Trzecia żona - Ann Aguirre - ebook + audiobook

Trzecia żona ebook i audiobook

Ann Aguirre

4,1

Opis

Problem z potworami tkwi w tym, że nigdy nie mają dość, bo ich głodu nie można zaspokoić.

Marlena Durst żyje w cieniu męża. Kontroluje każdy jej ruch i podejmuje za nią decyzje – co ma na siebie włożyć, co zjeść, z kim się przyjaźnić. Jeżeli żona okaże się nieposłuszna, poniesie konsekwencje. To on trzyma całą władzę. Z zewnątrz wydaje się, że Marlenie nic lepszego w życiu nie mogło się trafić. Nikt się jednak nie zastanawia, czy po ślubie z idealnym mężczyzną jest szczęśliwa i spełniona. Marlena oddała wolność i bezpieczeństwo w zamian za złotą klatkę i życie w cieniu psychopatycznego męża. Jedyną ucieczką może okazać się śmierć. Tak jak w przypadku jego pierwszej żony. I drugiej. Chyba że role się odwrócą…

Wybrałam drogę, która z oddali wydawała się najładniejsza, ale wówczas nie wiedziałam, że czasami horyzont jaśnieje, bo stoi w ogniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 2 min

Lektor: Agnieszka Krzysztoń

Popularność




 

 

 

 

Teraz

 

 

 

 

 

Niektórych po prostu trzeba zabić. I być może ja się do nich zaliczam.

Mój mąż z całą pewnością podziela to zdanie, chociaż w zasadzie ocenia tak większość kobiet. Niewykluczone, że zadawanie się z nim przypłacę życiem.

Tak jak jego pierwsza żona. I druga.

Wszędzie płomienie. Trudno złapać oddech.

Zobaczymy, kto dziś umrze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Część pierwsza

 

 

POCZĄTEK

 

 

 

Jeden

 

 

 

 

 

Miałam szesnaście lat. Wsiadłam do autobusu, a wszystko, co ze sobą zabrałam, zmieściło się w plecaku, który ukradłam kuzynce. Porzuciłam malutką ruderę w amfiladzie, gdzie zostało pięcioro moich młodszych braci i sióstr. Pewnie płakali, kiedy zwiałam, tak samo jak rozpaczałam ja, gdy Dee poszła na swoje, ale ich łzy nie zaprzątały mi głowy. Nie mieliśmy prądu i nie zdarzyło się, żebyśmy wszyscy naraz mieli buty. Chciałabym móc powiedzieć, że matka się starała, ale uległa oksytocynce, która stanowiła jedyną rozrywkę w naszym zapyziałym miasteczku, i więcej się z tego nie podniosła.

Byłam wówczas szczupła, z nogami do nieba, miałam zabójcze kości policzkowe i wielkie oczy. Nie dlatego, że podpatrzyłam tę stylówę w piśmie o modzie i pozazdrościłam modelkom, lecz przez to, że nierzadko miewałam parodniowe przerwy między posiłkami. Dżinsy nosiłam dziurawe, a t-shirt tak cienki, że aż przezroczysty. Zimą mogłoby to stanowić problem, ale u nas panował skwar i chodniki buchały żarem, jak gdyby jakiś zły czarownik rzucił urok. Gdy wlokłam się ulicą, mężczyźni obracali za mną głowy, ale do tego akurat byłam przyzwyczajona.

Już wtedy dość wiedziałam o świecie, by rozumieć ryzyko, zdawałam sobie jednak również sprawę, że jeżeli zostanę w Barrettville, skończę jak moja mama – w ciąży w wieku szesnastu lat, rodząc dzieci, na które nie będzie mnie stać, bez innej ucieczki niż narkotyki lub śmierć – więc cały długi rok kradłam drobniaki, aż zebrałam na bilet na autobus w jedną stronę, a kiedy nastała właściwa pora, uciekłam. Wolałam umrzeć na ulicy w Nashville, niż stać się starą babą w wieku lat dwudziestu dziewięciu.

Od dwóch tygodni mieszkałam pod mostem i obserwowałam knajpę Burger Boy. Słyszałam, że wpadał tam czasem człowiek, którego musiałam poznać. Dzieciaki z ulicy znały Dela Mortona. Jeśli przypadniesz mu do gustu, twoje życie się zmieni. Kropka. Postanowiłam wyrwać ten złoty bilet za wszelką cenę.

Myłam gary za parę dolarów wypłacanych pod stołem, więc nie chodziłam głodna, ale wciąż nie miałam gdzie spać, jednak niebawem miało się to zmienić. W tamtych czasach miałam jedynie determinację. Gdyby sama silna wola mogła sprawić, że mi się uda, to moje plany już dawno jaśniałyby na niebie jak neon, który zapewnia: „MARLENA ALTIZER SPEŁNI SWOJE SNY”.

Wydałam parę dolców na zestaw i czekałam, by się przekonać, czy Del Morton się pokaże.

Frytki były tłuste i słone, rozkoszowałam się też każdym kęsem burgera. Kiedy jadłam w ten sposób, posiłek wystarczał prawie na godzinę i maskowało to fakt, że nie mam się dokąd udać. Pracownikom chyba nie przeszkadzało, że zwlekam z jedzeniem. Chłopak, który sprzątał stoły obok mnie, wycierał je dłużej, niż było to konieczne, bo chciał nawiązać kontakt wzrokowy.

Nie mógł mi pomóc w najmniejszym stopniu, więc nie zwracałam na niego w ogóle uwagi. Wtedy do środka weszła Jenny Song. Ta dziewczyna pomogła mi znaleźć obecną dziuplę. Była młodsza, ale miała więcej doświadczenia w życiu na ulicy.

– Udało się? – spytała.

Pokręciłam głową.

– Jeszcze nie.

Była niewiarygodnie piękna, już w wieku czternastu lat. Miała długie czarne włosy, delikatne rysy twarzy i jasnobrązowe oczy lśniące jak topazy.

– Supermarket wywalił właśnie przeterminowane produkty. Mam dla nas parę dobrych rzeczy.

– Zostawiłam ci pół burgera i trochę frytek. – Przesunęłam jedzenie w jej stronę, a ona rzuciła mi uśmiech, który zawsze buzował we mnie jak jakaś luksusowa mineralka.

Kiedy Jenny zjadła, musiałyśmy przestać się guzdrać. Poszła do łazienki, a ja pomału skierowałam się do drzwi. Niewiele brakowało, a zderzyłabym się z człowiekiem w zmiętym garniturze. Miał zaczerwienione policzki, co najmniej dwudniowy zarost na brodzie, a na głowie – słomkową panamę.

Del Morton. No nareszcie.

Obiecałam Jenny, że jeżeli nakłonię go, by podpisał ze mną umowę, ją też w to wciągnę. Jakoś.

Wszystko idzie zgodnie z planem – pomyślałam.

Otaksował mnie spojrzeniem w sposób, do którego przywykłam bardziej, niż powinnam, tyle że w jego bladych oczach brakowało tej szczególnej iskierki; raczej tak ogólnie mnie zlustrował. Zatrzymał na chwilę wzrok na moim wypchanym plecaku.

– Uciekłaś z domu – powiedział zamiast „przepraszam”.

– Co to za ucieczka. Zresztą nie twój interes. – Skinęłam do niego głową, przechodząc i udając obojętność. Opinie, jakie słyszałam o Mortonie, nie sugerowały, że lubi macać. Jednak obłapiano mnie już tyle razy, że z góry zakładałam, iż poczuję jego rękę na tyłku.

On jednak powstrzymał mnie słowami:

– Pozwól, że postawię ci colę. Być może mamy o czym pogadać.

Uśmiechnęłam się i poszłam za nim do stolika. Usiadłam i czekałam, a on podszedł do lady. Dla mnie kupił colę, a dla siebie tylko kawę, taką dużą, czarną i gorącą. Pił ją potężnymi łykami pomimo upalnej pogody. Zwyczajne dziewczyny pewnie nie ucięłyby sobie takiej pogawędki ze starszym mężczyzną, ale ich matki zapewne je przed wszystkim ostrzegały, podczas gdy moja mama, odkąd pamiętam, opowiadała, żeby zawsze chwytać rękę, która ma pieniądze. Sączyłam colę, delektując się przypływem cukru.

– Przepraszam – powiedział. – Jestem w trasie od ośmiu godzin.

Faktycznie wyglądał, jakby sporo pojeździł po wertepach.

– Czego chcesz?

– Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Del Morton. – Wyjął z portfela wizytówkę i przesunął ją po stole.

Było na niej napisane „UMAX” – tak nazywała się jego firma – a poniżej „Del Morton, agent talentów”. Poza tym na wizytówce widniały namiary na niego, w tym numer komórkowy. Rzecz jasna słyszałam o komórkach, ale nie znałam nikogo, kto by coś takiego posiadał. Musiał nieźle zarabiać.

– Czym się zajmuje agent talentów?

Oczywiście dobrze wiedziałam, ale mężczyźni lubią myśleć, że mogą nas czegoś nauczyć. Dotarłam aż tutaj, patrząc niewinnie i robiąc zdziwioną minę. W tej chwili Jenny wyszła z toalety. Zatrzymała się na końcu wykafelkowanego korytarza przy bocznych drzwiach i uniosła brwi, bezgłośnie zadając pytanie.

Niedostrzegalnym skinieniem głowy potwierdziłam: tak, to ten.

– Doskonałe pytanie. Najprostsza odpowiedź jest taka, że wyszukuję fotogenicznych młodych ludzi i znajduję im pracę w modelingu.

– Pieprzysz. – Takiej reakcji należało się spodziewać. Gdybym się wcześniej nie przygotowała, podeszłabym do tej propozycji sceptycznie. Ja jednak przecież o nią zabiegałam, desperacko jej pragnąc, więc teraz z trudem panowałam nad euforią.

– Jeśli mi nie wierzysz, odejdź. Prawie skończyłem kawę, a za czterdzieści minut mam spotkanie. – Jednak w jego oczach błyszczał głód. Skoro okazuję niechęć, muszę pewnie jawić się jako lepsze znalezisko.

– Może zapytam jeszcze o parę spraw – powiedziałam.

– Takich jak?

– Jaką pracę znajdujesz?

Zamiast odpowiadać, z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął złożoną kartkę.

– Na tej ulotce są dwie nasze modelki.

Była to reklama, jaką można zobaczyć na przystanku autobusowym albo słupie telefonicznym, promująca wyprzedaż w sklepie sportowym. Wszyscy modele byli wystrojeni, jakby zaraz mieli zacząć grę w tenisa czy golfa.

– Co jeszcze?

– Umieszczaliśmy ludzi w pokazach w galeriach handlowych oraz lokalnych katalogach, także w paru reklamach w miejscowej telewizji. Nie obiecuję, że będziesz sławna, ale z taką twarzą dasz radę trochę zarobić, może tyle, by starczyło na studia.

W Barrettville studia byłyby niemożliwe; nie powiedziałam mu, że skończyłam edukację po gimnazjum. Ludzie z moich rodzinnych stron rodzili się w wannach, a nie pod szczęśliwymi gwiazdami, ale może ja odmienię swój los. Skinęłam wtedy na Jenny.

– Jeśli podpiszesz ze mną umowę, musisz wziąć również Jenny. Jest jeszcze ładniejsza ode mnie.

Zmierzył ją wzrokiem tak samo jak mnie i przekrzywił głowę z wyrazem zamyślenia.

– Rzadko tak robię, ale dobra. Umowa stoi. Czy to znaczy, że się zgadzasz?

Pokiwałam głową, a Jenny podskoczyła obok mnie na siedzeniu. Wyruszałyśmy w drogę.

– To co będzie najpierw?

– Przede wszystkim każę wam naprawić zęby. Potem zrobimy trochę zdjęć i porozsyłamy parę portretów, dodamy was do portfolio naszej firmy.

– Powiedz tylko, dokąd mam iść – odparłam.

Na wizytówce, którą mi dał, nie było adresu, więc wziął ją z powrotem i zapisał go na odwrocie.

– Jak się nazywasz? Panna…?

– Altizer – odpowiedziałam. – Mów do mnie Marlena. A to Jenny Song.

– Miło was obie poznać. Myślę, że możemy cię wylansować, używając twojego imienia. Brzmi tak klasycznie.

– Przynajmniej mama tak sądziła. – Nie zamierzałam wyliczać, w jak wielu kwestiach się myliła. Może w sprawie mojego imienia akurat miała rację.

Del Morton chwilę się zastanawiał, a potem spytał Jenny:

– Panno Song, czy oprócz amerykańskiego nazwiska i imienia masz też chińskie?

– Song Li-hua. Skąd takie pytanie?

– Ładnie brzmi. Pomyślałem, że łatwiej cię wypromuję na Wschodzie, jeśli będziesz miała chińskie imię.

– Mogę pracować pod dowolnym z nich – oznajmiła.

Skinął głową i powiedział:

– Skontaktuję się z wami. Jeżeli potrzebujecie noclegu, zapisałem wam numer menedżerki biura. Często się zgadza, by kandydatki spały u niej w gościnnym pokoju, zanim oficjalnie podpiszą kontrakt i przydzielimy im łóżko w jednym z mieszkań, które wynajmujemy dla naszych modelek.

– Zapewniacie zakwaterowanie i wyżywienie? – O tym nie słyszałam.

Morton pokręcił głową, a tylko stukanie stopą zdradzało jego zniecierpliwienie.

– Nie płacę rachunków, ale podpisałem umowę najmu. Może się okazać, że będziecie spały w szafie, ale wiesz już, że nie obiecuję wielkiego splendoru. Modeling to trudna i konkurencyjna branża. Powinnyście to wiedzieć od samego początku.

Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową, a on dopił kawę i wstał. Obietnica świetlanej przyszłości – ładnych, równych zębów, dzięki którym będę mogła się uśmiechać, nie zaciskając ust, jakbym znała jakiś sekret – te zmiany otworzą przede mną tak wiele drzwi. Jakimś cudem Jenny i ja aż do jego wyjścia zachowałyśmy spokój, a potem zaczęłyśmy skakać i wrzeszczeć na samym środku burgerowni.

– Wierzyć się nie chce, że to się udało. – Obejmowała mnie mocno i ciasno, a ja odwzajemniłam uścisk.

– Trzeba zadzwonić do tej menedżerki biura. Nie musimy wracać do dziupli, skoro mamy lepszą opcję. – Pociągnęłam Jenny w stronę telefonu na monety, ale zdałam sobie sprawę, że nie mam dość pieniędzy. Jenny dołożyła jednak dziesięć centów.

Sygnał rozbrzmiał dwukrotnie, a potem odezwał się kobiecy głos:

– Halo, tu Pamela.

– Dzień dobry. Trochę to dziwnie brzmi, ale Del Morton właśnie dał nam swoją wizytówkę oraz pani numer. Mówił, że może zgodzi się pani przenocować nas przez parę dni. Zaproponował, żebyśmy podpisały umowę z UMAX-em…

– Pan Morton właśnie do mnie dzwonił. Lubi przygarniać przybłędy – powiedziała. – Musicie jednak być piękne, bo na byle co nie traci czasu.

– Dziękuję. – Uznałam, że to stosowna odpowiedź.

– Domyślam się, że jesteście oszołomione, to wszystko może się wydawać dosyć ryzykowne, ale u mnie w domu jest prawdopodobnie bezpieczniej niż tam, gdzie obecnie pomieszkujecie.

Jenny i ja sypiałyśmy na zmianę, więc kobieta się nie pomyliła.

– Jestem gotowa. Poda nam pani adres? – Wyjęłam z plecaka długopis oraz skrawek papieru i zanotowałam informacje, a potem je powtórzyłam.

– Dziękuję. Niedługo będziemy.

– To parę mil – stwierdziła Jenny, kiedy się rozłączyłam. – Naprawdę to zrobimy?

Skinęłam głową stanowczo i wzięłam ją za rękę.

– Odkąd się spotkałyśmy, praktycznie o niczym innym nie rozmawiałyśmy. Słyszałaś, co spotkało Dee… Nie możemy teraz zrezygnować. Wchodzisz w to na całego?

W odpowiedzi Jenny pociągnęła mnie w stronę drzwi.

 

 

 

Dwa

 

 

 

 

 

Tej nocy spałyśmy u Pameli Morgan. Była kobietą w średnim wieku, jedną z tych ze skłonnością do matkowania, miała kasztanowate włosy i serdeczny uśmiech. W jej pokoju gościnnym było duże łóżko, więc Jenny i ja spałyśmy razem. Żadnej z nas to nie przeszkadzało, poza tym bosko było wziąć prysznic zamiast myć się w umywalce na stacji benzynowej.

Zgodnie z obietnicą Pameli jej dwupokojowy bungalow był czysty i bezpieczny. Może kiedyś była zamężna, ale teraz nie miała nikogo. Rankiem zawiozła nas do UMAX-u, żebyśmy podpisały umowy.

Del Morton nie kłamał.

Kiedy złożyłyśmy podpisy, zawiózł mnie do ortodonty, gdzie założono mi aparat, który spłacałam na raty – niewielkie kwoty potrącane były z każdego zlecenia na modeling. Nie była to praca na czerwonym dywanie, a chociaż nie trafiłyśmy z Jenny do niczyjej szafy, to wiodłyśmy skromne życie – szóstka dziewczyn w dwupokojowym mieszkaniu. Miałyśmy piętrowe łóżka jak na letnim obozie, ale nie było źle. Im więcej nas tam mieszkało, tym niższe miałyśmy opłaty za czynsz oraz media, zresztą kilka z nas często wyjeżdżało na sesje fotograficzne.

Starsze dziewczyny wytłumaczyły Jenny i mnie, co i jak. Wyjaśniły, którzy fotografowie to zawodowcy, a które zlecenia sobie odpuścić, bo firma chciała płacić barterem. Czyli dostałybyśmy ciuchy zamiast gotówki. Większość z nas miała dodatkową pracę, żeby zdobyć pieniądze na rachunki, a jednocześnie kombinowałyśmy, jak wylansować nasze twarze. Byłam za młoda, by pracować jako hostessa na imprezach jak Dana i Stephanie. Wendy i Alexis pracowały na pół etatu jako recepcjonistki, ale ja nie miałam odpowiednich umiejętności. Zatrudniłyśmy się więc z Jenny w myjni samochodowej. Nie miałyśmy do roboty zbyt wiele – głównie stałyśmy w krótkich spodenkach oraz crop topach, trzymając tabliczki z napisem „Promocja” i „Gorący wosk”, ale dzięki temu miałyśmy na opłaty. Gdy jesień przeszła w zimę, zrobiło się znacznie ciężej.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, zaczęłam się uczyć do egzaminu General Educational Development[1] – ekwiwalentu ukończenia liceum. Otworzyłam też pierwszy rachunek w banku, bo kiedy byłam niepełnoletnia, bywało ciężko i chcąc nie chcąc, musiałam zawsze używać gotówki. Zdmuchując świeczki w towarzystwie Jenny, westchnęłam z ulgą, bo już nikt nie mógł odesłać mnie z powrotem do Kentucky.

Nic nie przychodziło bez walki, ale miałam poczucie, że robię postępy, zwłaszcza gdy zdjęto mi aparat. Miałam proste ząbki, które obiecał mi pan Morton, a kiedy je porządnie wyczyszczono, miałam wrażenie, że zamknęłam jakiś rozdział. Dorastając, nie odżywiałam się prawidłowo, więc musieli mi kilka zębów wyrwać, a tu i ówdzie wstawić implanty, ale mój uśmiech wcale tego nie zdradzał.

I wtedy dopisało mi szczęście.

Zespół rockabilly zobaczył mnie na ulotce reklamującej sklep z meblami i chcieli, żebym wystąpiła w ich teledysku. Niektóre modelki z agencji szkoliły się w tańcu, inne uczyły się aktorstwa. Kiedy pan Morton zaoferował mi to zlecenie, zmartwiłam się. Nie miałam doświadczenia w niczym tego rodzaju.

Wyśmiał mnie.

– Marlena, nie ma w tym nic trudnego. Pozujesz, zarzucasz włosami, wydymasz wargi. Nie oglądałaś nigdy MTV?

– Nie bardzo.

– To siadaj i rób rozeznanie rynku. – Włączył telewizor i ustawił kanał z teledyskami. – Moim zdaniem szybko załapiesz, o co w tym chodzi.

Nie mylił się.

Szybko dostrzegłam schemat, o którym mówił pan Morton, i zauważyłam, że dziewczyny w wideoklipach w ogóle się nie odzywają. Doszłam do wniosku, że dam radę. Wychodząc z biura, niemal wpadłam na wysokiego mężczyznę w garniturze uszytym na miarę – niekoniecznie przystojnego, lecz szczupłego, z brązowymi włosami i jasnobłękitnymi oczami. Było to moje pierwsze spotkanie z Michaelem Durstem.

To również stanowiło element planu. Jego zaciekawienie rozbudziłam zapewne tym, że się do niego nie przymilałam. Już wtedy pojawiał się na łamach plotkarskich czasopism, a w gazetach biznesowych opisywano jego udane inwestycje w nieruchomości.

Podtrzymał mnie, kładąc dłonie na moich ramionach.

– Nic pani nie jest?

– Wszystko w porządku, dziękuję. Niestety pana Mortona nie ma.

Ściągnął brwi i zerknął na kosztownie wyglądający zegarek, by sprawdzić godzinę.

– Jestem z nim umówiony. Recepcjonistka mówiła, że mogę wejść.

– Pewnie wkrótce się zjawi. Dobranoc panu.

– Ciekawy akcent – rzekł z uśmiechem.

Nie zatrzymywał mnie dłużej, a ja pognałam korytarzem i przez niewielką poczekalnię, gdzie siedziała Pamela, czytając reportaż o jakimś morderstwie.

– Załatwione? – Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.

Czasami nas niańczyła, zadając pytania w rodzaju „Zażywasz pigułki regularnie?” albo „Jadłaś dziś coś oprócz selera?”. Dzisiaj jednak rzuciła jedynie zmartwione spojrzenie w głąb korytarza.

– Pan Durst przyszedł przed czasem. Zadzwonię do Dela jeszcze raz.

Durst to był VIP – typ, któremu nie należało kazać czekać. Może chciał zarezerwować całą grupkę modelek, co oznaczałoby, że pan Morton nie mógł sobie pozwolić na to, by go zirytować. Tak czy owak, nie było to moje zmartwienie. Odpowiednia koordynacja czasowa to klucz do sukcesu, a ja musiałam nałożyć jeszcze maseczkę i porządnie się wyspać przed jutrzejszym filmowaniem.

 

*

 

Plan filmowy zorganizowano na wynajętym od jakiegoś farmera ugorze, gdzie zakontraktowana firma rozstawiła prywatne wesołe miasteczko. Uważałam to za niewiarygodną stratę pieniędzy. Nazwożono nawet statystów, którzy szwendali się tu i tam, jakby bawili się jak nigdy w życiu, nie zwracając specjalnie uwagi na zespół, który był zbyt sławny jak na taką scenę.

Zabiegany łysol złapał mnie, jak tylko przyjechałam.

– Czy agent wytłumaczył ci, o co chodzi?

– Mniej więcej. – Zapewne nie takiej odpowiedzi pragnął, czego dowiódł, wciskając mi w dłonie jakieś papiery.

– Przeczytaj to. Byle szybko.

„To” stanowiło ramowy zarys „fabuły”, którą chcieli przedstawić: prosta dziewczyna z prowincji udaje się na festyn, zakochuje w ambitnym muzyku, a potem rozstają się po jednej cudownej nocy. W dalszej części wideoklipu starszą wersję mnie miał zagrać ktoś inny – kobietka po trzydziestce z nastoletnią córką, podobną do gitarzysty, który był już wtedy szalenie popularny. Nie znałam się na teledyskach, ale pomysł wydawał mi się niezły, choć może nieco ckliwy, zwłaszcza kiedy przeczytałam tekst piosenki.

Nie byłam może zbytnio wyedukowana, ale dobrze wiedziałam, jak się czuła ta kobieta, bo widziałam to uczucie w oczach mojej mamy niejeden raz. A przelotny żal znanego mężczyzny? Żółć stanęła mi w gardle, bo był on niczym w porównaniu ze zmaganiami kobiety, która zdecydowała się wychować dziecko samotnie, a nie stać jej było na ten wybór. Nie mogło się też równać z uczuciami jej córki.

Westchnęłam, zmięłam kartkę i dałam się zapędzić na makijaż, który robiono w namiocie. Nie czułam entuzjazmu na myśl o roli wieśniary w opcji dymanie na pożegnanie, ale pan Morton urwałby mi głowę, gdybym zrezygnowała z tak osobistego powodu. Zrobili mi makijaż i zapletli włosy w dwa luźne warkocze. Chyba celowali w klimat seksownej córki rolnika, bo musiałam założyć obcięte dżinsy i czerwoną koszulę w kratkę, związaną pod biustem.

Pogoda była ładna – typowe lato na Południu. Wystarczyło nam naturalnego światła, by nakręcić sceny na jarmarku w ciągu jednego dnia. Ekipa biegała jak opętana, a ja nie wiedziałam, co mam robić, więc czekałam. Nie miałam przyczepy, w odróżnieniu od Bobby’ego Raya Hudgensa, głównego wokalisty. Moim zdaniem był za stary, by zabawiać się z laską na festynie, ale kiedy reżyser dawał mi wytyczne, trzymałam język za zębami.

Nie powiedziałabym, że wspaniała ze mnie aktorka, ale zaskoczyło mnie, jak łatwo było dać się ponieść, stać się tą naiwną dziewczyną, która spojrzała w oczy przystojnemu łajdakowi z gitarą. Stanęłam na palcach, żeby widzieć coś nad głowami innych dziewczyn. Nie było tego w wytycznych reżysera, ale kręcili dalej. Reżyser nie przerwał też, gdy Bobby Ray wyciągnął mnie z tłumu. Weszłam na scenę, potykając się, nieśmiała i podekscytowana. Nie tańczyłam, lecz przywarłam do niego i wtuliłam w niego twarz – później ten gest miał się stać jednym z moich znaków rozpoznawczych. Masa zdjęć podkreślających moje włosy, linię mojej szyi, łuki pleców.

Zmiana sceny.

Później po występie szaleliśmy na festynie ręka w rękę. Jeździłam na karuzelach, na których robiło mi się niedobrze, a musiałam udawać, że w życiu się tak nie bawiłam. Bobby Ray miał spoconą dłoń, a oczy lśniły mu, jakby był porządnie porobiony. Co dziwne, czułam się z tym całkiem swojsko, bo spędziłam mnóstwo czasu z moją mamą, kiedy nie była w pełni obecna, bo była na haju.

Reżyser nic nie wspomniał o scenie pocałunku, ale Bobby Ray przyparł mnie do namiotu, gdzie można rzucać obręczą, i mocno obślinił, nie skąpiąc języka. Nie mogłam go odpychać, bo to zepsułoby ujęcie – w końcu miałam się kochać w tym dupku – oplotłam więc jego szyję ramionami i nie kopnęłam go, gdy przesunął mi dłonią po udzie. Wysoko. Coraz wyżej. Całował mnie w szyję, a ja ją wygięłam, zamykając oczy, bo dzięki temu wyglądało to, jakby było mi przyjemnie.

– Cięcie! – zawołał reżyser.

Bobby Ray miał obie ręce na moich pośladkach i przyciskał mnie do swojego krocza, nie słuchał więc poleceń. Trzeba było kilku technicznych, żeby go odciągnąć. Uśmiechnął się do mnie szelmowsko i odmaszerował, puszczając do mnie oko, jakbyśmy oboje tego chcieli. Jego usta smakowały piwem i papierosami. Gdy tylko mogłam, splunęłam.

Przez cały dzień nie zaproponowali mi nic do jedzenia ani do picia, ale były tam lodówki oraz tak zwany bufet z kanapkami, czipsami, owocami i rozmaitymi przekąskami. Kiedy poszłam w tamtą stronę, ludzie stojący w pobliżu umilkli.

– Cześć – powiedziałam.

Dwie statystki zmierzyły mnie wzrokiem, a potem wyższa z nich zapytała:

– Pieprzysz się z Bobbym Rayem?

– Co?

– Chciałam dostać twoją rolę – poskarżyła się ta druga – ale nie pozwolili mi iść na casting, chociaż nasza agencja jest dużo lepsza niż wasza.

Obie miały idealny akcent z Południa – taki, który kojarzy się z delikatnymi pięknościami i kotylionami, a nie wsiokami z zadupia. Zdawałam sobie z tego sprawę, więc starałam się mówić jak reporterzy przekazujący doniesienia z Atlanty. Średnio mi się to jednak udawało, a kiedy się złościłam, mój akcent tylko się nasilał.

– A niby czemu to ma być mój problem?

Dziewczyny się zaśmiały. Właśnie dlatego przestałam chodzić do szkoły. Nienawidziłam, gdy ludzie spoglądali na mnie z góry. Zamiast wziąć coś do jedzenia, odmaszerowałam i schowałam się w namiocie do makijażu, a tam jedna z wizażystek uprzejmie przyniosła mi butelkę wody. Siedziałam tam do zmroku, kiedy musieli nakręcić scenę pożegnania na malowniczym polu, na tle rozgwieżdżonego nieba i kolorowych, wirujących karuzeli.

Do tego momentu nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele kłopotów nastręcza filmowanie w nocy – ile to wymaga pracy i bieganiny. Byłam zmęczona po długim dniu i smutna po utarczce z tamtymi dziewczynami, więc wiele nie było mi trzeba i rozpłakałam się, kiedy Bobby Ray puścił moją dłoń, wsiadł do swojego poobijanego vana i odjechał, zostawiając mnie na polnej drodze samotnie i po ciemku. Zbliżenie twarzy Marleny we łzach. Płakałam po cichu, tak jak kiedyś w domu, bo jeżeli narobiłam hałasu, dostawałam lanie.

Reżyser był zachwycony.

– Jedno ujęcie, Marleno! Moim zdaniem masz przed sobą przyszłość. Bobby Ray czeka na ciebie w przyczepie. Chce osobiście ci podziękować za ciężką pracę.

 

 

 

[1] General Educational Development (GED) – amerykański egzamin, uznawany za odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej (przyp. red.).

 

 

 

Trzy

 

 

 

 

 

W przyczepie unosiła się woń dawno wypalonych papierosów, wódy i potu, a do tego przenikliwy zapach trawy ze skręta w dłoni Bobby’ego Raya. Zaciągnął się głęboko i odprawił dwie panie, które już go zabawiały. Wychodząc, kobiety obrzuciły mnie niechętnym spojrzeniem. Czekałam w drzwiach, bo nie chciałam wchodzić głębiej, ale złapał mnie za nadgarstek i wciągnął do środka. Straciłam równowagę i wylądowałam u niego na kolanach. Uśmiechnął się lekko i zrozumiałam, że jego zdaniem powinnam się cieszyć z tego, gdzie jestem.

Chciał być błyskotliwy, więc odśpiewał pierwsze trzy linijki Three Marlenas – piosenki, która mnie zachwyciła, gdy pierwszy raz usłyszałam ją w radiu. Już nigdy tak o niej nie pomyślę.

Gwałt nie zawsze jest brutalny. Niekiedy chodzi o to, że mężczyzna ma całą władzę, a dziewczyna zwleka z odmową. Kiedy ja się zastanawiałam, on podjął decyzję za nas oboje. Pochylił mnie, poducha na kanapie podrapała mnie w twarz, zdarł mi szorty i wziął od tyłu. Był szybki, spocony. Za pierwszym razem bolało dużo bardziej, kiedy był to jeden z chłopaków mojej matki, a ja miałam tylko jedenaście lat. Zacisnęłam zęby i wpatrywałam się w pieska z kiwającą główką, który potakiwał przy każdym pchnięciu. „One, Two, Three Marlenas”. W kółko słyszałam w głowie tę cholerną piosenkę. Doliczyłam do sześćdziesięciu dwóch potaknięć pieska, nim Bobby Ray jęknął i się ze mnie zsunął. Trzasnął mnie w tyłek na znak, że skończyliśmy, a ja wciągnęłam ubranie, czując, że jego nasienie mnie kala.

Na zewnątrz przyczepy uklękłam w pyle i żwirze i zwymiotowałam wodę, którą przyniosła mi ta miła wizażystka. Zacisnęłam pięści, koncentrując się na tym, jak paznokcie wrzynają mi się w skórę. Przez chwilę zastanawiałam się nad złożeniem doniesienia, ale skoro nie powiedziałam wprost „nie”, skoro się nie opierałam, skoro nie było siniaków, uznałam, że tylko jeszcze mocniej na tym ucierpię.

Pewnego dnia będę miała władzę i zemszczę się na Bobbym Rayu – pomyślałam.

Stanęłam niepewnie na nogach i chwiejnym krokiem poszłam do autobusu, który wynajęto, by odwieźć statystów z powrotem do miasta. Mieli dla mnie miejsce i osunęłam się na siedzenie z przodu obok jakiejś kobiety w średnim wieku. Pochyliłam się i ukryłam twarz w dłoniach.

– To był długi dzień – stwierdziła statystka – ale doskonale się spisałaś. Na moje oko po tej robocie będziesz miała masę zaproszeń na castingi, pewnie też więcej zleceń na modeling.

Wyprostowałam się powoli.

– Znasz mnie?

– Nie, ale dzisiaj dałaś z siebie wszystko. Choć okoliczności nie sprzyjały.

Nawet sobie nie wyobrażała, ale jej słowa nieco poprawiły mi nastrój. Przełknęłam drugą falę mdłości i aż do powrotu do mieszkania o niczym nie myślałam. Współlokatorek nie było albo spały, mogłam więc udać się prosto do łazienki. Na ogół ze względu na rachunki brałyśmy szybkie prysznice, ale tym razem siedziałam w łazience, szorowałam się i płakałam, aż woda wystygła. Przestałam tylko dlatego, że nie chciałam uszkodzić sobie skóry. Następnego dnia miałam robotę.

Nie spałam wiele tej nocy, rozdarta między złymi wspomnieniami a marzeniami o odwecie. Jenny wślizgnęła się do mojego łóżka, kiedy usłyszała łkanie, a ja wtuliłam się w nią, wdychając zapach jej truskawkowego szamponu. Ona nie pytała, a ja jej nie powiedziałam. Obie miałyśmy demony, z którymi zmagałyśmy się w ciemnościach.

Po drodze do agencji wstąpiłam do kliniki planowania rodziny. Mówiło się o tej nowej pigułce dzień po, a prędzej szlag mnie trafi, niż skończę jak moja matka z dzieckiem jakiegoś gnoja.

Przyjęli mnie szybko, był to spokojny poranek, a lekarz nie zadawał zbyt wielu pytań. Pewnie nie wyglądałam na skrzywdzoną. Może jednak powinnam się zabrać za aktorstwo. Po godzinie było po wszystkim i poszłam sobie, z pozoru taka sama jak wcześniej. Nauczyłam się jednak czegoś ważnego. W tym biznesie musiałam chronić się sama, bo nikt inny mnie w tym nie wyręczy.

Było trochę gorzej, kiedy pan Morton pochwalił mnie, że tak świetnie się spisałam przy kręceniu teledysku. Byłam ponoć tak fantastyczna, że Bobby Ray osobiście winszował mi szczęścia i przesłał mi ładną premię. Czy to znaczyło, że wiedział, że go nie chciałam, i uznał, że pięćset dolarów to cena za moje milczenie? Gdy pan Morton podał mi czek, zrobiło mi się niedobrze.

– Marleno, nic ci nie jest?

Najgorszy był fakt, że nikogo to nie obchodziło. Nawet gdybym powiedziała panu Mortonowi, co się stało, wcale nie byłam pewna, czy byłby po mojej stronie. Pewnie zastanawiałby się, czy jakoś zachęcałam Bobby’ego Raya, może nawet kazałby mi siedzieć cicho. Poza tą pracą nie miałam nic i nie byłam w stanie się zmusić, żeby poddać pana Mortona próbie. Jak dotąd postępował uczciwie, ale nie ufałam mu aż tak, by puścić parę z gęby. Z doświadczenia wiedziałam, że mężczyźni trzymają się razem.

Kiedyś w Barrettville mama nie chciała, żeby Ernest Ford do nas zaglądał, a ten to nie słyszał, kiedy mówiło się „nie”. Pamiętałam, jak mama krzyczała i płakała, a my, dzieciaki, tuliliśmy się do siebie, bo nie wiedzieliśmy za bardzo, co się dzieje. Później próbowała wsadzić go za kratki, ale szeryf zaklinał się, że tej nocy Ernest Ford był z nim na rybach, i pytał, czy mama jest pewna, bo może po dragach przyśniło jej się coś przykrego?

Raczej nie. Dziewięć miesięcy później urodziła mojego najmłodszego braciszka. Ale Ernest Ford nigdy nie poniósł z tego powodu żadnych konsekwencji, bo w hrabstwie Lee niżej niż zgraja Altizerów nie można było zejść. Szybko pojęłam tę naukę i patrząc na pana Mortona, po prostu nie mogłam wydusić słowa. Przełknęłam więc tylko ślinę i skinęłam głową.

– Wszystko gra, proszę pana.

Kiedy jednak to samo pytanie pięć minut później zadała Pamela, załamałam się. Wyszła z pośpiechem zza lady recepcji i umilkła. Przytuliła mnie jak matka, tylko że Pamela pachniała świeżo i czysto, z lekką nutką lawendy. Mama zawsze cuchnęła potem i czymś, co akurat zjadła.

– Nie będę pytać, jeśli nie jesteś gotowa – powiedziała. – Ale możecie, dziewczęta, zawsze na mnie liczyć, i zrobię wszystko, czego będziecie ode mnie potrzebować.

Jakoś nie mogłam przestać płakać. Nikt nigdy nie powiedział mi czegoś takiego, a ona może nawet nie mówiła szczerze. Ściskałam ją jednak, jakby świat miał zwalić mnie z nóg, gdybym ją puściła.

Później zrobiła mi herbatę i zimny okład pod oczy. Kiedy miałam jechać na zdjęcia do katalogu, po tym, że niedawno rozsypałam się jak garstka piasku, nie było śladu.

Poza tym statystka miała rację. Przewidziała, że będę dostawać więcej zleceń, a oferty posypały się tak, że mogłam w nich przebierać. W kilku z nich pokrywano koszty mojego przelotu na plener, co było niesamowicie ekscytujące. Trudno było jednak uciec przed myślą, że to brudne pieniądze. W przyczepie Bobby’ego Raya zapłaciłam wysoką cenę za to, by wspiąć się na wyższy poziom.

Miesiąc później pierwszy raz znalazłam się na okładce – było to regionalne pismo podobne do „YM”[2], nazywało się „Carolina Girl”. Nikomu nie przeszkadzało, że nie pochodzę ani z Karoliny Północnej, ani Południowej, miałam całodniową sesję modową w różnych strojach, z nowymi fryzurami i nawet pozwolili mi powiedzieć, które zdjęcia najbardziej mi się podobają. Do tamtej chwili traktowano mnie z grubsza jak rekwizyt, który pozuje i się uśmiecha. Muszę przyznać, że ta oznaka poważania – może szacunku – była czymś nowym i mile mnie łechtała.

Na tym etapie zarabiałam dla pana Mortona już tyle, że zaczął jeździć ze mną na zdjęcia. Odstraszał różnych gnojów i nawet się nie wychylali. Żałowałam, że wcześniej nie miałam tej osłony, lecz to mnie również czegoś nauczyło. Pieniądze sprawiają, że stajesz się ważniejsza i bardziej nieprzystępna. W tym wieku nie miałam specjalnych aspiracji zawodowych, ale wówczas podjęłam decyzję – muszę stać się bogata albo związać się z kimś, kto jest bogaty. Już wtedy rozumiałam, że moja twarz kiedyś przestanie być popularna.

Tej jesieni sporo się najeździłam po Południu, a moje konto bankowe nabrało rumieńców. Im lepiej mi się powodziło, tym mniej współlokatorki mnie lubiły. Niebawem rzuciłam pracę w myjni, a Dana w ogóle przestała się do mnie odzywać, bo miała zaledwie dwadzieścia sześć lat, a już słyszała, że na niektóre sesje jest „za stara”.

Im więcej pracowałam, tym rzadziej widywałam Jenny. Nie dostawała tylu ofert, co ja, chociaż właśnie nakręciła reklamę szamponu. Odkąd poznałyśmy się na ulicy, Jenny nie opowiadała o swojej przeszłości zbyt wiele, wiedziałam jednak, że miała białą matkę oraz ojca Chińczyka, który zmarł. Pracowałyśmy we dwójkę na tej samej sesji – robiłyśmy reklamę salonu kosmetycznego do gazet – i odciągnęłam ją od fotografa.

– Mówię ci, nie chcesz zostać z nim sam na sam.

Pilnowanie Jenny weszło mi w nawyk. Nie było mowy, bym pozwoliła jej zapłacić za sukces tę samą cenę, co ja. Kiedy tylko mogłam, czuwałam, podsuwałam szeptem sugestie i powstrzymywałam tych, którzy chcieli ją skrzywdzić.

Podczas naszego następnego zlecenia wykorzystałam pierwszą nadarzającą się okazję – przerwę.

– Jeszcze jedno. Nie zbliżaj się do Bobby’ego Raya Hudgensa. I nie przyjmuj propozycji, w których pomijasz zwykłe castingi. Na pewno będzie ukryty koszt.

Jenny chwyciła mnie pod rękę.

– Dzięki. Nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła.

– Nigdy się tego nie dowiesz – powiedziałam miękko.

 

 

 

[2] Amerykańskie czasopismo dla nastolatków (przyp. red.).

 

 

 

Cztery

 

 

 

 

 

Tuż przed Bożym Narodzeniem poszłam na casting do epizodycznej roli w jakimś niezależnym filmie. Nie dostałam angażu, zagrał ktoś inny, ale nie wiedzieć czemu pan Morton czekał na mnie z szampanem. Korek wyskoczył z hukiem i polała się biała piana. Oboje wiedzieliśmy, że jestem niepełnoletnia, ale nie tym zaprzątałam sobie głowę.

– O co chodzi?

– Gratulacje, Marleno. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że poznałaś Michaela Dursta. Wygląda na to, że zrobiłaś na nim wrażenie i śledzi twoją karierę.

– Naprawdę? Dlaczego to takie ważne? – zapytałam, choć miałam pewne podejrzenia.

– Długa historia, ale dla ciebie ją skrócę: to bogacz… i ważna figura. – Postukał w komputer i otworzył stronę, na której powoli wyświetliło się zdjęcie. – To Michael Durst.

– Ach, spotkałam go, kiedy wychodziłam kiedyś z pańskiego biura.

– Serio? Cóż, polecił cię do udziału w targach w Niemczech.

– Jakich targach? – Nie znałam się za bardzo na haute-couture, ale nawet ja się domyślałam, że nie będzie to Fashion Week.

– Bielizna. Odbędą się w lutym, więc musisz wystąpić o wydanie paszportu w trybie przyspieszonym. Złóż wniosek na poczcie, tylko zdjęcie wywołaj sobie w drogerii, żeby było prędzej.

Pan Morton wygonił mnie ze swojego biura, a ja, nieco zamroczona, poszłam spełnić jego polecenia. Dopiero później, kiedy już miałam zdjęcie, uiściłam wszystkie opłaty i wypełniłam wszelakie formularze, wydało mi się to osobliwe. Rozmawiałam z Michaelem Durstem raptem przez minutę, dlaczego więc życzył sobie, żebym pozowała w niemieckiej bieliźnie? Było w tym coś dziwnego, ale pan Morton tak się podekscytował, że uznałam, iż to na pewno fantastyczna okazja.

Może będę kiedyś brała udział w prawdziwych pokazach mody, a moja twarz znajdzie się w „Vogue’u”? Gdyby ktoś z Barrettville to zobaczył, dopiero by się zdziwił.

Z perspektywy czasu widzę, że to był punkt zwrotny. Gdybym odmówiła i nie pojechała do Niemiec, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Wybrałam drogę, która wydawała się najładniejsza, ale wówczas nie wiedziałam, że niebo nad nią jaśnieje, bo szlak tak naprawdę stoi w ogniu.

 

*

 

Kiedy szykowałam się do pierwszej podróży za ocean, nie zwracałam uwagi na współlokatorki, nawet na Jenny, z którą czasem spałyśmy w jednym łóżku, gdy któraś z nas miała zły sen.

Przycupnęła na krawędzi mojego łóżka, gdy się pakowałam.

– Nie wrócisz tu już, prawda?

– Pewnie nie. Sama rozumiesz, że tak musi być.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Nie przypuszczałam jednak, że będzie to takie bolesne. Trzymamy się razem od tak dawna i nie wiem, czy sobie bez ciebie poradzę.

– Musisz – stwierdziłam stanowczo. – Tak samo jak ja. Przetrwamy to, będę pisać. I dzwonić.

– Świadomość, że to konieczne, niczego mi nie ułatwia. Uciekłam od ojczyma, bo wiedziałam, że pewnego dnia zrobi coś, po czym się nie pozbieram. Boję się o ciebie, Marleno. Mam złe przeczucia.

Usiadłam na łóżku obok niej. Nigdy nie wypytywałam o jej przeszłość, ale wyglądało na to, że ją w przeszłości również spotkało zło – zło, którego powrót przewidywała. W Barrettville była kobieta, na którą wszyscy mówili Babcia June. Stawiała tarota i jakimś sposobem zawsze wiedziała, że ktoś się urodzi, umrze albo spotka kogoś okropne nieszczęście. Ludzie chodzili do niej cichaczem po czary i uroki, a także po ludową antykoncepcję. Widywałam osoby, które przechodziły na drugą stronę ulicy, żeby uniknąć jej rzekomo rzucającego zły urok spojrzenia, a w Kentucky napatrzyłam się na dziwne rzeczy. Nie miałam więc zamiaru odmawiać Jenny tego rodzaju talentu, zwłaszcza że ta intuicja utrzymała ją przy życiu.

Położyłam rękę na jej dłoni, a ona podniosła wzrok zaskoczona.

– Powiedzmy, że to prawda i masz o co się martwić. Jestem twarda. Umiem sobie radzić. I nie zapomnę o tobie, słowo. Skończymy to razem, tak samo jak zaczęłyśmy.

Splotła palce z moimi.

– Obiecujesz? Dana mówiła…

– Dana jest zła, bo wygląda na więcej niż dwadzieścia sześć lat. Zawsze będziemy razem. To najszczersze słowa w moim życiu.

Wówczas Jenny mnie przytuliła, a jej uścisk był inny niż wszystkich moich sióstr, które opuściłam. Uwielbiałam jej jedwabiste włosy, słodki, miodowy zapach skóry. Po prysznicu używałyśmy tego samego balsamu, ale na niej pachniał jakoś ładniej. Pogłaskałam jej włosy, a ona do mnie przylgnęła. Czasami miałam wrażenie, że Jenny się we mnie buja, ale nie miałam pewności. Tej nocy spałyśmy razem w moim łóżku, przytulone do siebie. Wykradłam się przed świtem z poczuciem, że opuszczam kochankę, ale musiałam zdążyć na samolot.

Pan Morton czekał na mnie na dole. Zaparkował przy chodniku. Opierał się o samochód, nie zważając na rosę, która nadal pokrywała karoserię.

– Gotowa, by podbić świat?

– Mniej więcej – odparłam.

Roześmiał się, jakbym żartowała, i wrzucił moją walizkę do bagażnika.

– Może już wiesz, ale pan Durst będzie w Niemczech w interesach. Jeżeli się spotkacie, porządnie mu podziękuj.

Kiedy pan Morton odpalał silnik, bacznie mu się przyglądałam, ale nic nie zdradzało, że chodziło mu o coś więcej niż podziękowanie słowne, więc nieco się rozluźniłam.

– Tak zrobię. Ale… naprawdę może pan ze mną tak jechać? – Nie chciałam mówić, że pozostałe dziewczyny mają mi za złe to specjalne traktowanie, ale była to prawda.

– Nie chodzi tylko o ciebie. Muszę nawiązać kontakty, podziałać tu i ówdzie, więc nic się nie przejmuj. Kiedy zaczniesz więcej zarabiać, pomyślę nad zatrudnieniem ci menedżera.

Szczerze powiem, że słabo się orientowałam, co to znaczy, ale widziałam zdjęcia celebrytów podróżujących z całą świtą. Nie sądziłam, żebym kiedyś miała osiągnąć taki poziom, i przestałam myśleć o tej propozycji, zanim zaparkowaliśmy pod lotniskiem w Nashville. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam z kraju i pewnie bałabym się podróży, gdyby pan Morton wysłał mnie samą. Przeprowadził mnie przez całą procedurę jak porządny pies pasterski, podgryzając mi kopytka, gdy za bardzo się ociągałam.

Kiedy wreszcie czekaliśmy przy bramce, jakieś pół godziny przed pierwszym lotem, podszedł do mnie chłopak, spłoszony jak króliczek. Miał piegi i wielkie przednie zęby, więc porównanie było trafne.

– Występowałaś w wideoklipie Bobby’ego Raya Hudgensa i Mad Misfits, prawda? Nie mogę uwierzyć, że spotkałem kogoś sławnego.

Pokryła mnie gęsia skórka, a uśmiech zamarł mi na twarzy. Przez jakieś dziesięć sekund było mi miło, że ktoś mnie rozpoznał, a potem przypomniało mi się, że nawet najjaśniejsze płomienie rzucają cień.

– To byłam ja – odparłam cicho.

Pan Morton stał kawałek dalej i rozmawiał przez telefon. Nie mógł pomóc.

Chłopak chyba nie zdawał sobie sprawy, że chciałabym, by sobie poszedł.

– Jeżeli to nie kłopot, czy mogłabyś to podpisać?

„To”, czyli jego kartę pokładową. Podpisałam się starannie, ale pismo wyglądało infantylnie. Chłopakowi chyba to nie przeszkadzało.

– Dziękuję. Od tej pory będę twoim największym fanem!

Powrót pana Mortona odegnał mojego wielbiciela, który popędził w stronę pobliskiej bramki.

– Naprzykrzał ci się?

Tak – pomyślałam.

– Nie – odparłam.

– Przyzwyczaisz się do tego, że ludzie cię zaczepiają. Trzeba umieć tak to rozegrać, żeby nie trwoniąc zbyt wiele czasu, sprawić, że poczują się zauważeni.

 

*

 

Berlin bardzo mnie zaskoczył. W porównaniu ze zgiełkiem panującym w Nashville oraz Chicago tamtejsze lotnisko było niewielkie i stosunkowo ciche. Ledwie parę kroków dzieliło nas od odprawy granicznej do wyjścia, gdzie czekała limuzyna marki Mercedes. Szofer otworzył mi drzwi, a pan Morton skinął mu głową z aprobatą. Wślizgnęłam się na tylne siedzenie, drżąc i marząc o cieplejszym płaszczu.

– Jedziemy prosto do hotelu wysadzić Marlenę, a potem proszę mnie zawieźć na pierwsze spotkanie.

– Tak, proszę pana.

Nie wiedziałam dokładnie, czego się spodziewać po Niemczech, ale Berlin sprawiał wrażenie bardzo praktycznego miasta, kanciastego i uprzemysłowionego. Podczas jazdy nie miałam czego podziwiać. Na niebie wisiały ciężkie, różowawe chmury, chłodne i rozświetlone blaskiem zimowego poranka. Wylecieliśmy o ósmej rano, byliśmy w drodze przez czternaście godzin, a teraz była piąta rano. Pierwszy raz straciłam w ten sposób cały dzień.

Wczesna pora przekładała się na niewielki ruch na ulicach, więc szybko dotarliśmy do małego hoteliku w centrum miasta. Prostokątny i pudełkowaty budynek wyglądał, jakby powstał w latach pięćdziesiątych. Foyer było utrzymane w tonacji pomarańczowo-kremowej, miało wypastowane podłogi oraz gładkie lady. Pan Morton pomógł mi się zameldować, a kiedy już dostałam klucz do pokoju – kartę, którą należało przyłożyć do czytnika – powiedział:

– Odpocznij sobie trochę. Kierowca przyjedzie po ciebie o dwunastej, w południe.

Gdybym była mniej zmęczona, pewnie bym się stresowała pokazem bielizny, ale po pierwszym w życiu locie, i do tego trwającym wiele godzin, miałam ochotę jedynie na prysznic i łóżko. Nastawiłam budzik i spałam przez sześć godzin. Dźwięk alarmu był przeszywający, ale to postawiło mnie na nogi. Odstawiłam się na pierwsze spotkanie z producentem pokazu i zbiegłam na dół do foyer, by poczekać na szofera.

Przyszedł pięć minut przed czasem i pełniąc obowiązki, niewiele się odzywał. Byłam teraz bardziej przytomna, więc kiedy podjeżdżaliśmy pod halę wystawową, poczułam ucisk w żołądku. Budynek zwieńczono kopułą, a w jego ścianach umieszczono masę okien. Pewnie była to nowoczesna architektura. Nic więcej do powiedzenia na jej temat nie miałam.

– Jesteśmy na miejscu, panno Altizer.

– Dziękuję.

W porównaniu z temperaturami, do jakich byłam przyzwyczajona, na zewnątrz panował przenikliwy ziąb, dlatego kierując się strzałkami, pospiesznie podążyłam do budynku. Pan Morton już na mnie czekał. Uśmiechał się szeroko i odzywał serdecznym, donośnym głosem, rozmawiając z kobietą po pięćdziesiątce, która miała jasnoblond włosy i wyraziście błękitne oczy. Wyglądała tak pięknie, ubrana w wąski, czarny kostium, że od razu uznałam ją za projektantkę albo stylistkę.

– Marleno, to Clotilde Weber, prezeska Celestial. Zgodziła się dać ci szansę ze względu na pana Dursta. – Subtelna aluzja była czytelna.

– Dziękuję pani.

– Mów mi, proszę, Clotilde. Obróć się, dziecko.

Zaskoczyła mnie, ale posłuchałam, poruszając się zgodnie z tym, czego mnie nauczono. Projektantka kiwnęła głową z aprobatą.

– Nada się – zwróciła się do pana Mortona. Do mnie powiedziała: – Zmykaj i poznaj wszystkich. Poważną pracę zaczynamy jutro.

Wcześniejszy ucisk w żołądku wcale nie zelżał. Teraz przypominał raczej ściśnięcie imadłem, ale zrobiłam, co mi kazano. Jeszcze zanim doszłam do foyer, dobiegł mnie gwar wielojęzycznych rozmów i od razu poczułam się niepewnie. Przypuszczałam, że trudno będzie mi rozmawiać z tymi ludźmi, a kiedy zerknęłam do środka, utwierdziłam się w tym przekonaniu. Wszystkie modelki w pomieszczeniu wydawały się ode mnie wyższe, piękniejsze i lepiej ubrane. Nawet personel był niesłychanie szykowny, przewyższając standardy, o jakich nawet mi się nie śniło w Barrettville – od ściany do ściany same luksusowe marki, buty za tysiące dolarów oraz torebki tak drogie, że w głowie się nie mieściło, by ktoś mógł je nosić na ramieniu.

– Zdenerwowana? – Usłyszałam męski głos.

Z zaskoczenia niemalże upuściłam własną torebkę, a on zwinnie ją złapał. Kiedy podniósł wzrok, rozpoznałam Michaela Dursta. Pokręciłam szybko głową i sięgnęłam po torebkę. Nie oddał.

– Nie – wymamrotałam. A potem przypomniało mi się: – Dziękuję, że mnie pan polecił do tego pokazu.

Roześmiał się.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Pozwól, że zdradzę ci sekret, panienko. Tajemnica sukcesu tkwi w przekonaniu, że w niczym się nie ustępuje pozostałym. Wiara w siebie może zaprowadzić człowieka dalej, niż można by to sobie wymarzyć.

 

 

 

Pięć

 

 

 

 

 

Jenny miała rację.

Już nigdy nie wróciłam do mieszkania w Nashville. Ten pokaz bielizny poszedł tak znakomicie, że podpisałam z Celestial długi kontrakt na sesje do katalogów oraz kolejne pokazy. Pan Morton z pomocą Clotilde zorganizował mi wizę wraz z pozwoleniem na pracę i znalazłam się w niewielkim mieszkanku z trzema innymi modelkami – dwoma Europejkami i dziewczyną z Afryki. Wszystkie trzy były lepiej wykształcone i bardziej wyrafinowane niż ja, więc się nie zaprzyjaźniłyśmy.

Miały modnie wyglądających chłopaków, którzy przyjeżdżali po nie błyszczącymi sportowymi autami. Do mieszkania wracały pijane i rozchichotane, ponad miarę objuczone prezentami. Chciałam stać się częścią tego świata, ale jednocześnie się go obawiałam, bo każdy mężczyzna w głębi duszy mógł się okazać Bobbym Rayem Hudgensem. Pieniądze po prostu pokrywały ohydę pozłotką, maskując prymitywną przemoc takiego miejsca jak Barrettville. Zresztą nawet tam zamożni robili z niezamożnymi, co im się podobało.

Tęskniłam niekiedy za braćmi i siostrami, ale gdybym posłała im jakieś pieniądze, mama by je skonfiskowała i wydała na swój nałóg. Jeżeli któreś z nich miało szansę na ucieczkę, to musiało wykorzystać ją samodzielnie, podobnie jak wcześniej ja. Może byłam bez serca, ale gdyby któreś z nich mnie namierzyło, wówczas udzieliłabym pomocy.

Kiedy nie pracowałam, uczyłam się języków – niemieckiego, francuskiego i włoskiego. Niemiecki załapałam szybciej niż języki romańskie, ale ogólnie miałam do tego smykałkę. Od czasu do czasu dręczyło mnie sumienie, że zerwałam kontakty z Jenny, choć obiecywałam, że tego nie zrobię. Słałam jej więc pieniądze, utrzymywałam łączność przez mejle. Jej słowa widoczne na ekranie często koiły dopadający mnie najgorszy rodzaj samotności.

Tutaj wszystko w porządku. Wciąż pracuję w myjni. Nie lubię tej nowej i tęsknię za tobą. Słyszałam jednak, że poleciłaś mnie do europejskiej reklamy szamponu. Dziękuję! Nie dostałam roli, zdecydowali się na kogoś „nie tak etnicznego”. Ostatnio robiłam katalog z odzieżą sportową dla firmy w Galveston, a w przyszłym miesiącu mam brać udział w pokazie w galerii handlowej. Pracuję nad GED, jak kazałaś, bo nie chcę, żebyś się czepiała. Napisz do mnie szybko, dobra?

Wymieniałyśmy też z Jenny dużo esemesów. Ze względu na różnicę czasu były to raczej doniesienia na szybko, a nie prawdziwe rozmowy. Mimo to miło było obudzić się i zobaczyć serduszko od niej albo uśmieszek, zwłaszcza że na miejscu nie miałam przyjaciół. Oficjalnie nadal reprezentował mnie pan Morton, ale dał mi wolną rękę, bym spróbowała szczęścia we współpracy z Celestial.

Szczęście mi dopisało.