Trzecia siostra - Louise Jensen - ebook

Trzecia siostra ebook

Louise Jensen

4,1

Opis

Bestsellerowa autorka Siostry i Surogatki znowu przyprawi cię o dreszcze. Lepiej przygotuj się na zarwaną noc, bo od tej książki nie można się oderwać.

Więzy krwi je połączyły. Trauma je naznaczyła. Razem dorastały. Do prawdy muszą dojść osobno.

Oto siostry Sinclair – porwane jako dzieci przeżyły piekło, ale dwadzieścia lat później wydają się radzić sobie z traumą. Każda na swój sposób.

Leah – jest perfekcyjną panią domu, matką i żoną. A przynajmniej taka jest oficjalna wersja.

Marie miała nieco mniej szczęścia. Ale niezbyt idealny związek z alkoholem pomaga jej o wszystkim zapomnieć, więc kobieta nie narzeka.

No i Carly. Nigdy nie wybaczy sobie, że wtedy zawiodła siostry.

Każda z nich czuje się winna. Każda z nich ma dobry powód.

Gdy one próbują ułożyć się z przeszłością, ich oprawca wychodzi z więzienia.

On ma rachunki do wyrównania, a jedna z sióstr – dług, który wreszcie musi spłacić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (244 oceny)
100
87
43
12
2

Popularność




Dedykuję Finley Duffy, która zawsze ma najlepsze pomysły…

Część pierwsza

1

Carly

Wtedy

Kiedy Carly wracała pamięcią do tamtego dnia, jej wspomnienia rysowały się w odcieniach szarości. Koszmar, który przeżyła, pozbawił niebo błękitu, a świeżo skoszoną trawę zieleni. Siedziała na schodkach prowadzących do drzwi na tyłach domu, chłód betonu przenikał przez jej szkolną spódniczkę, późnopopołudniowe słońce ogrzewało odsłonięte ręce. Carly przypomina sobie głęboką czerń pancerzyka chrząszcza, który pomknął ścieżką, po czym zagrzebał się w ziemi pod krzewem różanym. I biel zmarszczonych pod kolanami skarpetek bliźniaczek.

Błahe szczegóły, które policjanci zapiszą później w swoich notesach, tak jakby Carly rzeczywiście okazała się bardzo pomocna, a przecież wiedziała, że wcale tak nie jest i że – co gorsza – wszystko to wydarzyło się z jej winy.

Frustrująco zwyczajny dzień. Leah i Marie piszczały z udawanym przerażeniem, umykając przed goniącym je zaślinionym bokserem, który wabił się Bruno. Wtedy jeszcze ich dziecięce głosiki wypełniała radość, zupełnie inaczej niż później, kiedy z krzyku przebijał strach i nie było dokąd uciec.

Carly zapamiętała takie rzeczy.

To, jak ściskała w dłoni nieporęczną nokię, jakby bała się wypuścić z rąk tajemnicę. Rozdrażnienie, gdy próbowała ułożyć telefon tak, by słońce nie odbijało się w ekranie, i nawet nie podejrzewała, że wkrótce zatęskni za blaskiem dnia.

Za świeżym powietrzem.

Za przestrzenią.

Narastające dudnienie w głowie, kiedy dziewczynki odbijały na tarasie piłkę do tenisa. To, jak warknęła na bliźniaczki, tak jakby były winne temu, że Dean Molden do niej nie napisał. Spośród wszystkich rzeczy, z powodu których mogła – powinna – czuć się winna, nigdy nie zdołała wybaczyć sobie tego, że ostatnie słowa, jakie wypowiedziała do sióstr, zanim je skrzywdzono, były przesycone gniewem zamiast życzliwością.

Właściwie to nie wybaczyła sobie niczego.

– Przymknijcie się! – zagrzmiała sfrustrowana tym, że pierwszy chłopak, jakiego pokochała, złamał jej trzynastoletnie serce.

Pomyśleć, że uważała wtedy brak SMS-a za koniec świata. Istniały znacznie gorsze rzeczy, bez porównania z jasnowłosym chłopcem o grzywce opadającej na czoło, który ją wystawił.

Dziewczynki zwróciły na nią spojrzenia identycznych zielonych oczu. Marie wbiła wzrok w Carly i nie odrywając od niej spojrzenia, rzuciła piłkę Brunowi. Kiedy ta przeleciała przez ogrodzenie, Carly zakipiała ze złości.

– Na litość boską. – Wstała, strzepnęła kurz z tyłu plisowanej spódnicy i zakomenderowała: – Do domu.

– To nie fair. – Marie ze zbolałą miną łypnęła w stronę płotu.

– Życie nie jest fair – stwierdziła Carly z poczuciem rozżalenia, że ośmiolatkom wszystko uchodzi na sucho.

– Pójdziesz po piłkę? – poprosiła Marie.

– Same sobie idźcie – usłyszała w odpowiedzi.

– Przecież wiesz, że nie wolno nam wychodzić samym z ogrodu. Dopiero jak skończymy dziesięć lat – zauważyła Marie.

– No, ale dzisiaj ja rządzę i mówię, że wolno. Przecież nie jesteśmy w wielkim mieście. Nic wam się nie stanie w tej dziurze. – Carly miała serdecznie dosyć mieściny, w której wszyscy wiedzieli o sobie wszystko. Jutro trudno będzie znaleźć osobę nieświadomą, że dostała kosza od Deana. – Tylko pospieszcie się i porządnie zamknijcie furtkę.

Odwróciła się, pchnęła drzwi i weszła do wielkiej kuchni, w której nigdy nie unosił się zapach ciast ani domowego chleba. Jedyną wyczuwalną wonią był aromat świeżo palonej kawy. Rzuciła telefon na marmurowy blat wyspy i szarpnięciem otworzyła lodówkę. Półki, niegdyś pełne stiltona i steków, uginające się pod ciężarem świeżych owoców i warzyw, teraz były żałośnie puste. Znalazła tylko sparciałego ogórka i przeterminowany humus. Mamie i ojczymowi – którym kolejny wieczór upływał na następnej imprezie firmowej – jakoś to nie przeszkadzało. Ostatnio więcej czasu poświęcali interesom niż dzieciom. Mama wprawdzie zapewniała, że już niedługo, że jeszcze trochę i przestanie być tylko gościem we własnym domu, ale na razie obowiązek przygotowania kolacji spoczywał na Carly. Kochała swoje przybrane siostry całym sercem, ale chwilami naprawdę wolałaby, żeby mama zatrudniła którąś z sąsiadek emerytek do opieki nad bliźniaczkami. Ale nie, mama uważała, że jako trzynastolatka Carly jest już wystarczająco odpowiedzialna, by można było powierzyć jej opiece dziewczynki.

Westchnęła i podeszła do półki nad kuchenką. Zajrzała do dzbanka. W środku znajdował się banknot dziesięciofuntowy. Drobne na kolację. Wystarczy na trzy kiełbaski? – pomyślała. – A może lepiej kupić dorsza w cieście i się nim podzielić?

Kilka chwil później do kuchni wpadły bliźniaczki.

– Fuj. – Leah wrzuciła zaślinioną piłkę do tenisa do wiklinowego kosza, w którym Bruno trzymał swoje zabawki.

– Umyj ręce – burknęła Carly, kolejny raz sprawdzając w telefonie, czy nie przyszła wiadomość.

Nadal cisza.

Co zrobiła nie tak? Wydawało jej się, że Dean ją lubi.

Marie wgramoliła się na stołek przy barku śniadaniowym. Zaczęła machać nogami, stukając noskami butów o płytę meblową na dole. Niby jak w tym hałasie Carly miała usłyszeć powiadomienie? Marie wsparła brodę na dłoniach i ułożyła usta w podkówkę; nie znosiła być w tarapatach. Carly widziała jej zdenerwowanie, ale nie zdołała się powstrzymać i syknęła ze złością:

– Przestań.

Dziewczynka zsunęła się ze stołka.

– Zostawiłam bluzę na dworze.

Carly pokazała ruchem głowy, że ma pójść i ją przynieść, a sama pstryknęła radio. Kuchnię wypełniły dźwięki kawałka Steps. Marie zatrzymała się w połowie drogi do drzwi i nagle wszystkie trzy poczuły siłę siostrzanej więzi. 5, 6, 7, 8 była jedną z ich ulubionych piosenek. Często ją podśpiewywały, odtwarzając układ choreograficzny z teledysku.

– Zatańczmy! – Marie strzepnęła rude kosmyki z ramion i wsparła dłonie na biodrach.

– To dziecinne – skwitowała Carly, mimo że jej stopa odruchowo zaczęła wybijać rytm.

– Musimy zatańczyć wszystkie trzy, żeby dobrze wyszło – jęknęła Marie.

Carly zsunęła z nadgarstka frotkę, którą nosiła jako bransoletkę, przygładziła długie, jasne włosy i związała je w koński ogon. Gotowe do akcji bliźniaczki zajęły miejsca. Czekały na siostrę. Ta jednak sięgnęła po telefon, starając się ignorować wyrzuty sumienia z powodu złośliwości, z jaką potraktowała dziewczynki. Leah zrzedła mina. Z Marie uszło powietrze; zrezygnowana poczłapała na dwór.

Kilka minut później wbiegła z powrotem do kuchni, w samych skarpetkach, ślizgając się na płytkach, a po jej piegowatych policzkach płynęły łzy.

– Bruno uciekł. Furtka była otwarta.

– Na miłość boską. – Carly czuła, jak nagromadzona w niej wściekłość zamienia się w twardy, zimny kamień zalegający w piersi. W przyszłości rzadko będzie sobie pozwalała na tak silne uczucia. – Która z was miała zamknąć furtkę?

Marie zagryzła dolną wargę.

– Ja – powiedziała Leah, wkładając buty.

– Miałaś ją porządnie zatrzasnąć, idiotko. Przecież wiesz, że jest zepsuta i załapuje dopiero za trzecim razem. Trzeba nią uderzyć trzy razy.

Dziewczynki wybiegły na podwórze, wołając psa.

Marie zawahała się przy furtce.

– Może lepiej zaczekać… – Była blada jak ściana.

Dzień wcześniej nie poszła do szkoły, bo bolał ją brzuch; dziś była na lekcjach, ale nadal nie wyglądała na całkiem zdrową. Carly wiedziała, że powinna spytać siostrę, czy dobrze się czuje, ale zamiast tego po prostu wypchnęła ją na ulicę.

– To twoja wina, Marie. Idź w tamtą stronę. – Pokazała na bukową alejkę. – Masz go znaleźć.

Marie wzięła Leah za rękę.

– O nie, Leah idzie ze mną – zarządziła Carly.

Kiedy bliźniaczki były razem, przychodziły im do głowy różne, niekoniecznie mądre pomysły. Carly miała wystarczająco dużo zmartwień i najmniejszej ochoty zachodzić w głowę, w jakie kłopoty dziewczynki wpakują się tym razem.

– Ale ja chcę… – zaczęła Marie.

– Guzik mnie obchodzi, czego chcesz. Idziemy. – Carly złapała Leah za rękę i pociągnęła w przeciwnym kierunku, w stronę ścieżki wiodącej wzdłuż domu i prowadzącej do parku.

W następnej chwili wypadki nabrały takiego tempa, że później Carly nie umiała przypomnieć sobie kolejności zdarzeń. Ujrzała człowieka w kominiarce, który założył jej chwyt na szyję i zasłonił usta dłonią w rękawiczce. Zobaczyła, że Leah próbuje się wyrwać drugiemu napastnikowi. Ktoś zaczął ją ciągnąć do furgonetki zaparkowanej po przeciwnej stronie ulicy. Usłyszała szuranie swoich butów. Marie – którą widziała jak przez mgłę – rzuciła się na ubranego na czarno człowieka, który trzymał jej siostrę bliźniaczkę, i zaczęła okładać go drobnymi piąstkami.

– Puść ją! Tak nie wolno! Nie zabieraj jej! Nie chcę!

Carly wgryzła się w palec dłoni zasłaniającej jej usta i zatrzymała się zębami niemal na kości.

– Uciekaj! – wrzasnęła do Marie.

Mężczyzna trzymający Leah wyciągał rękę, żeby schwycić Marie za kołnierz, za rudy warkocz, za cokolwiek, ale dziewczynka mu się wymykała.

– Uciekaj!

2

Leah

Teraz

Strach wierci mi dziurę w brzuchu. Nie potrafię go zignorować, biegnę z powrotem, otwieram drzwi i wchodzę do środka. Kuchnia wygląda dokładnie tak, jak ją zostawiłam. Nie może być inaczej, skoro oprócz mnie nikogo nie ma w domu. Trzykrotnie sprawdzam, czy kuchenka nie jest przypadkiem włączona – mimo że nic dziś nie gotowałam.

To kwestia bezpieczeństwa.

Muszę zapewnić nam wszystkim bezpieczeństwo.

Moja obsesja znów się pogłębia. Gdybym miała dla siebie choć trochę życzliwości, pomyślałabym, że trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, przez co przeszłam i czemu będę musiała stawić czoło w nadchodzącym tygodniu.

Ale niestety, rzadko bywam dobra dla samej siebie.

Niemniej pamiętam, co się wydarzyło ostatnim razem, kiedy sprawy wymknęły się spod kontroli. Wzrost napięcia. Niepanowanie nad sytuacją. Mimo że przez najbliższe kilka dni będę się znajdowała pod baczną obserwacją, nie wolno mi się rozsypać – tym razem muszę zachować zimną krew, jeśli nie dla siebie, to ze względu na George’a i Archiego.

Ze stojącego na komodzie zdjęcia w srebrnej ramce patrzy na mnie cała nasza promiennie uśmiechnięta trójka, uchwycona podczas wyprawy do parku rozrywki w Drayton Manor. Archie ma ognistorude włosy – to po mnie; w przeciwieństwie do moich nie są jednak proste jak struna, tylko kędzierzawe jak ciemna czupryna George’a (byłyby takie, gdyby George nie obcinał ich krótko). Włosy Archiego – inaczej niż jego ojca – zawsze pachną jabłkowym szamponem, którym myję je co wieczór. Patrząc na fotografię, myślę o znajomej woni i pozwalam sobie na odrobinę rozluźnienia. Po chwili ekran telefonu rozświetla powiadomienie o nowej wiadomości.

Potrzebuję Cię.

Mówię sobie, że przecież mogę odmówić, ale wzbiera we mnie niepokój, jak łzy w oczach Archiego, kiedy jest przemęczony.

Uspokój się.

Rozglądam się po pomieszczeniu, szukając trzech przedmiotów, które mogą dać mi zaczepienie, i głośno wypowiadam ich nazwy.

Pluszowy labrador Archiego. Leży w wiklinowym koszyku ze sztuczną kością między łapami. Archie od dawna błaga nas o szczeniaka, ale na samą myśl, że mielibyśmy w domu prawdziwego psa, robi mi się słabo.

Rękawiczki na kożuchu należące do George’a. Leżą na mikrofalówce. Wiecznie zapomina, gdzie je zostawił.

Wydruk na płótnie przedstawiający trzy trzymające się za ręce dziewczęta na złotej plaży. Nie mam pojęcia, kim są, ale kiedy zobaczyłam ten obrazek w witrynie miejscowej galerii, stałam, sama nie wiem jak długo, i zastanawiałam się, co czuję: radość czy smutek. Wisi u nas już od trzech lat, a ja wciąż nie jestem w stanie patrzeć na niego bez sprzecznych emocji. Nadal nie potrafię go rozgryźć.

Spokój.

Przychodzi kolejna wiadomość.

To ważne.

Mogę po prostu odmówić.

Ale nie zrobię tego.

Nie mogę dłużej zwlekać. Ściągam jednorazowe rękawiczki, wkładam świeżą parę, zabieram klucze i telefon. Na wycieraczce znajduję wizytówkę jakiegoś dziennikarza z dopiskiem: „Proszę zadzwonić”.

Nie zrobię tego.

W takich chwilach zastanawiam się, dlaczego zostałam, dlaczego nie wyprowadziłam się z tej mieściny, w której dorastałam i w której wszyscy wiedzą, co mi się przytrafiło. Chyba po części z tej przyczyny, że nie ma od tego ucieczki. Nie ma powrotu do anonimowości po tym, jak trafisz na pierwsze strony gazet. Wystarczy jedna osoba, która napisze na Twitterze albo Facebooku, że cię widziała, i znów pokazują twoją twarz w wiadomościach. Opinia publiczna lubi zabawę w chowanego, mimo że ja wcale nie mam na nią ochoty. Poza tym widok znajomych twarzy daje mi komfort psychiczny. Obcy ludzie nadal mnie przerażają. Jeśli jednak mam być szczera, najważniejszy powód jest taki, że bliskość miejsca, w którym to się wydarzyło, jest dla mnie rodzajem kary, bo w głębi duszy wszystkie czujemy się w jakiś sposób odpowiedzialne.

Nadal się obwiniamy.

Jestem już spóźniona, ale nie spieszy mi się; podejrzewam, że wiem, o czym będzie chciała porozmawiać, i nie sądzę, abym była na siłach się z tym zmierzyć.

Jadę ostrożnie. Reflektory auta rozpraszają mrok. Niebo zasnuły tak ciemne chmury, że choć jest wczesne przedpołudnie, mam wrażenie, jakby zbliżał się wieczór. Jesień dopiero się zaczęła, a ja już czuję, jakby była zima. Obserwuję mijające mnie samochody i próbuję zaglądać do środka, zastanawiając się, kto siedzi za kółkiem. Dokąd jedzie?

Czy jest szczęśliwy?

Po naszym porwaniu mieszkańcy miasteczka wzmogli czujność. Strach umocnił więzy łączące społeczność, ale z czasem ludzie nie tyle zapomnieli, ile… przeszli nad tym do porządku dziennego. A przynajmniej próbowali. Współczucie w ich spojrzeniach zaczęło ustępować rozdrażnieniu, w miarę jak wraz z kolejną rocznicą do miasteczka napływały nowe fale miłośników zbrodni i rozlewały się pod naszym rodzinnym domem, pod starą szkołą, pod huśtawkami na placu zabaw, na których bujali nas rodzice – wyżej-wyżej-wyżej. Dziś chodzę tam z Archiem.

Mniej więcej w połowie drogi do celu dociera do mnie, że mam prawie pusty bak. Klnę w duchu. George miał zatankować. Przecież wie, że dla mnie to trudne. Nie znoszę oparów benzyny. Byłam przekonana, że zajął się tym, kiedy kąpałam Archiego i czytałam mu na dobranoc, ale najwyraźniej tego nie zrobił. Pewnie znowu wezwały go obowiązki. Ostatnio urabia się po łokcie, ale mam szczęście, że tak ciężko pracuje na naszą wspólną przyszłość, nawet jeśli nie zawsze pragniemy tego samego.

Kusi mnie, żeby zawrócić do domu, ale uświadamiam sobie, że i tak nie uniknę wizyty na stacji, kiedy będę jechała odebrać Archiego ze żłobka. Włączam więc kierunkowskaz i skręcam na BP. Kiedy wysiadam z samochodu, intensywny zapach benzyny sprawia, że żołądek podchodzi mi do gardła.

Tankuję. Potem trzęsącą się dłonią odkładam pistolet na dystrybutor i idę zapłacić.

Kasjer obsługuje innego klienta. Czekając na swoją kolej, pod wpływem impulsu wybieram kit kata dla Archiego i twiksa dla George’a. Sama nie przepadam za przekąskami, wolę zjeść porządny posiłek. Trzymam w ręku kartę, chcę przyłożyć ją do czytnika, ale przypominam sobie, że przekroczyłam limit transakcji zbliżeniowych, i muszę wsunąć plastik do urządzenia. Kątem oka dostrzegam białą furgonetkę, która zatrzymuje się obok mojego auta. Wytrącona z równowagi, dopiero za trzecim razem podaję poprawny PIN.

Z furgonetki wysiada mężczyzna o czarnych, nastroszonych włosach. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Jest młodszy ode mnie i wygląda na zadowolonego z życia, co wcale nie oznacza, że jest niegroźny, prawda? Wszyscy nosimy maski, sama też to robię. Spokojna matka, beztroska żona. To nie w porządku. Znowu jestem dla siebie zbyt surowa. Bywały miesiące – nawet lata – kiedy niemal… może nie zapominałam, ale czułam się pogodzona z tym, co przeszłam. Nauczyłam się z tym żyć, jeśli można tak powiedzieć – tak jak z egzemą, która szpeciła moją skórę, kiedy się stresowałam. Co ciekawe, przestała mi dokuczać, gdy zaczęłam oddawać się swoim rytuałom. Mój stan psychiczny gwałtownie się pogorszył, ale choroby ciała zniknęły właściwie z dnia na dzień.

– Może pani zabrać kartę. – Ostry ton kasjera sugeruje, że musiał to powtórzyć dwa albo więcej razy, zanim do mnie dotarło.

– Dziękuję – bąkam.

Rzucam „przepraszam” do stojącego za mną w kolejce kierowcy furgonetki, nie patrząc mu w oczy, i prędko wychodzę na zewnątrz.

Kiedy mijam furgonetkę, mam wrażenie, że w środku coś łomocze. Zatrzymuję się, nadstawiam uszu, ale dociera do mnie jedynie miarowy szum aut jadących szosą. Mimo to przyklejam nos do szyby po stronie kierowcy i zaglądam.

– Ej!

Odskakuję od samochodu i usiłuję nie kulić się ze strachu przed biegnącym w moją stronę kierowcą.

– Co pani wyprawia?

– Czy wiezie pan pasażerów? – pytam.

– A co to panią?

Nie odrywam od niego wzroku.

– Nie. Jadę sam – odpowiada łagodniej.

Wkłada kluczyk do zamka i nagle oboje to słyszymy: dźwięk, jakby ktoś szurał po podłodze.

– Funkcjonariuszka Ross z wydziału dochodzeniowo-śledczego – zmyślam. – Czy może pan otworzyć tylne drzwi? – Udając pewną siebie, zachodzę furgonetkę od tyłu.

– Przecież mówię, że nikogo tu…

– Więc niczym pan nie ryzykuje, prawda?

Cmokając ze zniecierpliwieniem, mężczyzna odblokowuje drzwi. Odsuwam się na bezpieczną odległość i z walącym sercem czekam, co się stanie. Rozlega się radosne szczeknięcie i biały staffik z ciemną plamą wokół oka rzuca się na swojego pana.

To tylko pies.

Wycofuję się, czując na sobie gniewne spojrzenie mężczyzny. Zdenerwowana wsiadam do swojego samochodu i ciężko oddychając, włączam silnik i wracam na szosę. Docieram do skrzyżowania, ustawiam się do skrętu w lewo, rozglądam się i nagle widzę twarz kierowcy czarnego auta, które zatrzymuje się na sąsiednim pasie, żeby skręcić w prawo.

To o n.

Mężczyzna, który o mało mnie nie zniszczył.

Zastygam i próbuję zmusić zesztywniały z napięcia kark do wysiłku, żeby obrócić głowę i przyjrzeć się ponownie.

Znów go widzę. Włącza się do ruchu. Ale teraz już nie jestem pewna, czy to on. Ma inny podbródek. Kierowcy za mną zaczynają trąbić. Chcę pojechać, ale samochód mi gaśnie. Drżącą dłonią ponownie przekręcam kluczyk w stacyjce.

Nie, to nie mógł być on.

Niemożliwe.

Wreszcie ruszam. Wyobrażam go sobie w więzieniu. Myślę o grubych żelaznych prętach jego celi.

Wiem, że to przez rocznicę zrobiłam się taka nerwowa. Dwadzieścia lat. Minęło prawie dwadzieścia lat.

Roztrzęsiona parkuję pod mieszkaniem Marie. Widok auta Carly wcale nie pomaga mi się uspokoić.

Za chwilę wszystkie trzy znajdziemy się w jednym pomieszczeniu.

Trzy siostry.

Kiedy jesteśmy razem, zwykle nie wynika z tego nic dobrego.

Mogę po prostu odmówić.

Z ciemnoszarych chmur zaczyna padać ulewny deszcz.

Jest jak znak. Zapowiedź nieuchronnej klęski.

3

Carly

Wtedy

Czuła się tak, jakby swoim wrednym zachowaniem w stosunku do bliźniaczek sprowokowała los i doprowadziła do tej koszmarnej sytuacji. Przełknęła ślinę, próbując opanować mdłości. Musi pozostać silna – dla dziewczynek. Na pewno są przerażone.

Sama też umierała ze strachu.

Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Napastnik usiłował zaciągnąć ją do furgonetki, jedną ręką zaciskając na jej szyi, a drugą obejmując wpół. Wierzgała, próbowała się wyrwać. Podrapała sobie policzek o wystający element zamka tylnych drzwi samochodu. Kiedy zobaczyła drugiego mężczyznę, wlokącego dziewczynki do wozu, z jej gardła wydobył się przenikliwy wrzask.

– Uciekajcie! – krzyknęła, młócąc nogami, ale wiedziała, że nawet jeśli jedna się uwolni, to nie zostawi drugiej.

Porywacz podniósł Carly i brutalnie wepchnął ją do auta.

– Pomocy! – wychrypiała ile tchu w płucach.

Wtedy błysnęło srebrne ostrze i ostry czubek dotknął jej szyi. Świat Carly się zawalił, opór osłabł. Nie może dać się zabić, musi pozostać przy życiu – dla sióstr. Nie protestowała, jedynie drżała na całym ciele, kiedy napastnik wykręcił jej ręce do tyłu i zaczął krępować nadgarstki szorstkim sznurem raniącym skórę. Zakleił jej usta taśmą – te usta, którymi jeszcze godzinę temu miała nadzieję całować się z Deanem – i skrępował nogi w kostkach. Na koniec zawiązał jej oczy, odcinając światło. Była zaskoczona, że coś takiego mogło się zdarzyć w środku dnia. Coś szarpnęło ją za ramię. Po chwili obie bliźniaczki wylądowały na podłodze obok niej. Z poczuciem bezradności słuchała płaczu Leah i błagalnego jęku Marie.

– To taka gra, prawda? Proszę, Carly, powiedz, że to nie jest naprawdę – pisnęła żałośnie Marie.

Nie, gra toczyła się kilka metrów obok, na miejskim boisku. Carly słyszała dolatujące zza żywopłotu okrzyki radości po zdobytym golu i wiedziała, że znalazły się w śmiertelnie poważnych tarapatach.

Mimo to nadal myślała, że wołanie o pomoc dotrze do czyichś uszu i że ten ktoś przybiegnie i uratuje je w ostatniej chwili. Wszystkie bajki, które kiedyś czytała, zawsze kończyły się dobrze, i Carly jakoś nigdy nie przyszło do głowy, że czasem bohaterowie mogą nie doczekać szczęśliwego finału. Drzwi furgonetki zamknęły się z trzaskiem, zaryczał silnik i auto nagle ruszyło. Carly przewróciła się na bok.

Ciasną przestrzeń samochodu wypełniał nieznośny smród benzyny wymieszany z odorem potu. Z początku uznała, że ten drugi zapach pochodzi od porywaczy – dopóki nie poczuła, że koszulka klei jej się do ciała, i nie dotarło do niej, że to nie mężczyźni cuchną, lecz ona. Czuła woń własnego strachu.

Było gorąco. W dodatku bardzo trzęsło. Na wybojach kołysała się na boki, bo nie mogła użyć spętanych rąk do zachowania równowagi. Starała się głęboko oddychać, by się uspokoić, ale za każdym razem, gdy próbowała nabrać powietrza ustami, taśma skutecznie jej to uniemożliwiała. Czuła nieprzyjemne pieczenie w piersi. Nozdrza rozszerzały się w miarę, jak robiła krótkie, gwałtowne wdechy nosem, aż zaczęło jej się kręcić w głowie. Węzeł z tyłu opaski wpijał się w skórę głowy.

Jedna z bliźniaczek pojękiwała, a druga milczała – i to właśnie ta cisza najbardziej przerażała Carly. Dziewczynki od zawsze robiły mnóstwo hałasu: śmiały się, płakały, bawiły się, rozmawiały w swoim dziecięcym języku, którego nikt poza nimi nie rozumiał. Carly postawiła stopy na podłodze, nie bacząc na sznur nieprzyjemnie ocierający kostki, i szurając pośladkami, zaczęła przesuwać się do przodu, powoli i nierówno – jak pająk, któremu brakuje nóg – dopóki nie natrafiła palcami na coś, co mogło być ciałem. Obróciła się i dotąd szukała po omacku, aż jej dłoń dotknęła dłoni jednej z sióstr. Ta najpierw krzyknęła przestraszona, a potem oplotła kciuk Carly swymi długimi palcami. Zatem to Leah – miała dłuższe palce, bo grała na pianinie.

Carly znów się przesunęła, macając dokoła, aż znalazła Marie, która siedziała całkiem nieruchomo. Pełna obaw Carly przycisnęła kciuk do nadgarstka siostry, modląc się o puls. Kiedy udało jej się wyczuć powolne, miarowe tętno, odetchnęła z ulgą i miała ochotę rozpłakać się z wdzięczności, ale nie, nie mogła płakać.

Pozwoliła bliźniaczkom opuścić podwórze przy domu – zmusiła je do tego.

Dlatego teraz musiała wybawić je z opresji.

Myśli kłębiły się w jej głowie, usiłowała zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Kto je porwał i dlaczego? To, co wiedziała, nie układało się w żadną sensowną całość. Jakaś jej część nadal kurczowo trzymała się rozpaczliwej nadziei, że cała ta sytuacja jest po prostu wielkim żartem i wszystkie trzy zostały bohaterkami z ulubionych programów telewizyjnych ich rodziców, w którym prowadzący nabierają niczego niepodejrzewających, zwykłych ludzi. Ale przeczyła temu krew z rany na policzku. W telewizji psikusy zawsze były niewinne i zabawne – nigdy okrutne.

Potarła twarzą o ściankę furgonetki, próbując zdjąć opaskę z oczu. Na każdym wyboju jej głowa boleśnie uderzała o twardy metal, ale Carly nie ustępowała, aż w końcu poczuła, że materiał zaczyna się zsuwać.

Widziała rozmyte kształty. Czekała, aż oczy przyzwyczają się do warunków.

Było ciasno i ciemno. Przez brudną, matową szybę w oknie wpadała jedynie niewielka ilość światła. Z przodu Carly zobaczyła dwie ciemne sylwetki. Tylko dwie. Poczuła przypływ nadziei. Bliźniaczki były małe, to prawda, ale we trzy miały przewagę liczebną nad porywaczami. Gdyby wiedziała, dokąd jadą i co się z nimi stanie, być może miałyby szansę uciec.

Przeniosła ciężar z jednego pośladka na drugi. Jeżeli uda jej się zbliżyć do ścianki oddzielającej szoferkę od ładowni furgonetki tak, by nie zostać zauważoną, być może pomimo wycia silnika zdoła podsłuchać rozmowę mężczyzn.

„Ważne, żeby zawsze mieć plan”, brzmiało motto jej taty.

Miała dopiero trzynaście lat, ale to nie powód, by jej nie doceniać.

Obróciła się, uklękła, rozsunęła nogi i napinając palce, żeby nie stracić równowagi, ruszyła przed siebie chwiejnymi niby-krokami, starając się nie przewrócić. Auto zaliczało dziury w drodze. Ryk silnika narastał, furgonetka nabierała prędkości. Pewnie wyjechali poza miasto. Carly pomyślała o odległości, jaka dzieliła je od domu, i poczuła, że coś ściska ją za gardło. Jej różowy pokój pełen kwiatowych wzorów, o który toczyła z mamą boje, żeby wreszcie urządzić go jakoś inaczej; kiedy miała sześć lat, uwielbiała swoje łóżko z baldachimem, ale w Carly-nastolatce budziło ono wyłącznie zażenowanie. Syrenkowa sypialnia bliźniaczek; uparły się, że chcą mieszkać razem, zupełnie bez sensu, bo przecież w domu było wystarczająco dużo miejsca, żeby każda miała własny pokój. Pluszaki Marie i Leah usadzone w szeregu na łóżku. Misie Carly leżały gdzieś z tyłu szafy. Nadal miała do nich sentyment, ale z czasem coraz mniejszy.

Skup się.

Przesunęła lewe kolano do przodu i w tej samej chwili koło furgonetki znowu trafiło na wybój. Carly poleciała do przodu i uderzyła twarzą o podłogę. Oszołomiona obróciła się na bok. Taśma, która zaklejała jej usta, wisiała na strzępku. Carly splunęła krwią i zębem. Nos zapiekł z bólu; pewnie był złamany.

Przyciągnęła kolana do piersi i leżała wygięta jak przecinek. Nie zwinęła się w kropkę. Nie, to jeszcze nie koniec.

Zegarek tyk-tyk-tykał.

Upłynęło… dziesięć minut? Godzina? Zupełnie straciła rozeznanie, przestała ogarniać nie tylko czas, ale i siebie, była przesiąkniętym adrenaliną kłębkiem bólu, krwi i strachu.

Ucieczka albo walka. Uczyła się o tym w szkole.

Postanowiła się nie poddawać i jeszcze raz dźwignęła się na kolana.

Koła w dołkach, kolejne szarpnięcie – i znów wylądowała na boku.

Auto przez pewien czas jechało po bardzo nierównym terenie, a potem zaczęło zwalniać.

Chwilę później Carly usłyszała charakterystyczne skrzypnięcie hamulca ręcznego.

Silnik zgasł i zaległa cisza.

Dziewczyna zebrała się w sobie i zaczęła tak mocno, jak tylko pozwalały jej siły, kopać obiema nogami w burtę furgonetki. Wołała pomocy, aż zupełnie zdarła sobie gardło.

Ktoś musiał ją usłyszeć.

To pewne.

Kiedy nagle otworzyły się drzwi, zmrużyła oczy oślepiona blaskiem. Ktoś złapał ją za włosy i zaczął ciągnąć.

– Coś taka narowista? – odezwał się, ale bez złości, raczej z rozbawieniem. Z powrotem założył jej opaskę na oczy i mocno związał. Zbyt mocno. – Od razu lepiej. Trzy ślepe myszki, trzy ślepe myszki – zanucił.

Carly czuła na sobie jego spojrzenie. Kiedy ponownie zaklejał jej usta, mocno je zacisnęła. Nie będzie płakała, o nie.

Podniósł ją, jakby nic nie ważyła, i przewiesił sobie przez ramię.

Przestała oddychać. Nasłuchiwała. Usiłowała jak najwięcej zapamiętać po to, żeby potem móc opowiedzieć o wszystkim policji i rodzicom – musiała wierzyć, że będzie jakieś „potem”.

Zapach ziemi. Gospodarstwo? Farma? Szelest. Liście?

Błahe szczegóły, które nie zrównoważą tego, że naraziła bliźniaczki na niebezpieczeństwo.

To wszystko przez nią.

Mężczyzna zaczął iść. Znów była wygięta jak przecinek. Ta myśl dodawała jej sił: przecinek, nie kropka.

To jeszcze nie koniec.

4

Leah

Teraz

Stukam palcem w przyciski domofonu, rozlega się trzask i zanim zdążę się odezwać, zapadka w zamku przestawia się z cichym kliknięciem. Nie odpowiedziałam na SMS, ale Marie i tak wiedziała, że przyjdę. Drzwi lepią się od brudu. Popycham je ramieniem, a wtedy skrzynka na listy obluzowuje się i zaczyna zwisać pod dziwnym kątem. Wygląda jak krzywy uśmiech. Próbuję ją zamocować, ale okazuje się, że brakuje śrubki.

Na klatce jak zawsze śmierdzi sikami. Wdrapuję się po schodach na trzecie piętro. Mieszkanie numer dziewięć. Przypominam sobie, że dzwonek nie działa, sięgam do rudej od rdzy kołatki. Podnoszę ją i opuszczam, głośno obwieszczając swoje przybycie. Uderzenie sprawia, że na podłogę spada deszcz drobin z czarnej łuszczącej się farby. Marie szarpnięciem otwiera drzwi i rzuca mi się na szyję, spowijając mnie obłokiem swoich od lat ulubionych perfum o leśnej, drzewnej nucie. W niczym nie przypominają kwiatowych pachnideł, których używała nasza matka – albo może nadal używa, nie wiem, minęło sporo czasu, od kiedy widziałam się z nią po raz ostatni. Obejmuję Marie. Czuję jej wystające kości. Waży tyle co wróbel, bardzo schudła, mam wrażenie, że bez trudu mogłabym przełamać ją na pół. Robi krok do tyłu i trzymając dłonie na moich ramionach, obrzuca mnie spojrzeniem. Obraca mnie to w jedną, to w drugą stronę. Bransoletki, które błyszczą na jej nadgarstkach, pobrzękują przy każdym ruchu.

– Świetnie wyglądasz.

– Ty też. Wszystko u ciebie w porządku? – Wolałabym zapytać: „Pijesz?”, ale nie robię tego.

Ma zaróżowione białka oczu, być może od łez, które wszystkie ronimy o tej porze roku. Nie czuję od niej alkoholu – to dobry znak. Był taki czas, kiedy jedna nie musiała zadawać drugiej pytania o to, co u niej słychać, bo Marie doskonale wiedziała, o czym myślę. Czuła to samo co ja. Z upływem lat stawałyśmy się sobie coraz bardziej obce. To, co razem przeżyłyśmy, zbliżyło nas do siebie – a potem oddaliło.

– Carly już jest. – Zaprasza mnie gestem do środka.

Przeciskam się obok niej w wąskim korytarzu i uświadamiam sobie, że nie odpowiedziała na moje pytanie. Czy wszystko u niej dobrze? A u mnie? A u Carly?

Wchodzę do maleńkiej kuchni, w której unosi się wyczuwalna woń zgnilizny, być może z kosza na odpadki, który należałoby opróżnić.

Carly stoi oparta o staromodną kuchenkę gazową i przebiera palcami po klawiaturze telefonu. Na mój widok odkłada aparat na blat i zamyka mnie w objęciach. Na chwilę zapadam się w nie, jakbyśmy nie widziały się rok, a nie raptem kilka dni. Utrzymuję z nią bliższy kontakt niż z Marie. Carly pozostała w miasteczku, podczas gdy Marie wybrała pełne przeciągów teatry zamiast normalnego domu i jeździ po całym kraju, wcielając się w różne postaci, wszystkie bez wyjątku równie piękne i doświadczone przez życie jak ona. W mrocznych sztukach, w których grywa, nie ma mowy o happy endzie.

Zsuwam palto z ramion, odwiązuję szalik i kładę je na dżinsowej kurtce Carly.

– Zaparzę herbatę. – Marie napełnia czajnik.

Zachowuje się, jakbyśmy wpadły na ploteczki. Zerkam na Carly, która unosi brwi.

– Mam swój kubek. – Sięgam do torebki i wyjmuję kubek zawinięty w kawałek folii.

Szykuję się do obrony swoich racji, ale Marie nawet nie pyta, co takiego tym razem uruchomiło moją obsesję na punkcie zarazków (choć to w sumie chyba oczywiste) ani jak długo to już trwa. I bardzo dobrze. Nie przyszłam tu po to, by mnie oceniano.

Dzwoni telefon. Dźwięk dolatuje z półki nad lodówką.

– Odebrać? – pytam; mam najbliżej.

– Nie! – Marie prędko wyłącza aparat.

– Nie musiałaś tego robić. To mogła być propozycja pracy.

– Nie była. Gdzieś tu mam ciasteczka. Poszukasz?

Rozglądam się po blatach, próbując namierzyć przekąski, których nie zjem.

Mieszkanie Marie jest równie niezorganizowane i pełne niepotrzebnych rupieci jak jej życie. Stos niepozmywanych naczyń w zlewie. Brud na każdej powierzchni. Buteleczki i tubki z kosmetykami na niewielkim kuchennym stole, przy którym Marie jada samotnie posiłki. Z przepełnionego kosza na śmieci wystaje pudełko po farbie do włosów. Ten dom to zaprzeczenie idei minimalizmu. Dawniej dzieliłyśmy się wszystkim, jak to bliźniaczki, a dziś… nawet wyglądamy zupełnie inaczej, myślę, przyglądając się jej krótko obciętym, świeżo rozjaśnionym włosom. Ja nadal noszę długie. Mam dopiero dwadzieścia osiem lat, ale moją naturalną rudość już zaczynają przetykać siwe kosmyki; mimo to uparłam się, że nie zacznę farbować. Co kilka minut Marie przeciąga dłonią po karku, jakby chciała się upewnić, że warkoczyki zniknęły i nikt jej za nie nie chwyci. Zachowuje się tak, jak gdyby pragnęła zmienić tożsamość, stać się całkiem inną osobą. Rozumiem ją, też się tak czułam. Ale przecież nie uciekniemy przed sobą, prawda? I przed tym, co zrobiłyśmy. To wiedza, którą wyniosłam z wieloletniej terapii.

– Co u Archiego? – W oczach Carly pojawia się blask, gdy wspomina o siostrzeńcu.

Bardzo szkoda, że nigdy nie wpuściła nikogo do swojego życia. Nie założyła rodziny. „To zbyt duża odpowiedzialność”, stwierdziła lata temu, kiedy zapytałam ją, czy chce mieć dzieci.

Długo się opierała, zanim w końcu zgodziła się opiekować Archiem.

– Nie dam rady – powiedziała, kiedy po raz pierwszy poruszyłam z nią temat mojego powrotu do pracy.

Ujęłam jej dłonie.

– Ufam ci. George też.

Pokręciła głową.

– Nie powinnaś.

– A jednak… Carly, nikomu nie będę umiała zaufać tak jak tobie. – Nie wyobrażałam sobie, żebym mogła zostawić Archiego z zupełnie obcą osobą.

– A jeśli… – Zacisnęła powieki.

– Nie martw się na zapas. „Jeśli” i „gdyby” nie będą rządziły naszym życiem.

Spojrzała wtedy na mnie z głębokim niedowierzaniem.

– No tak – przyznałam – dostrzegam ironię tych słów, ale się staram. Proszę, postaraj się ze mną. Przecież uwielbiasz Archiego. – Kiedy w szpitalu wzięła go na ręce, a on oplótł jej kciuk swymi maleńkimi paluszkami, ogarnęło ją wzruszenie, nad którym nie była w stanie zapanować.

– Nie mogę tego zrobić. Właśnie dlatego, że go kocham.

– Odwrotnie. Możesz to zrobić, ponieważ go kochasz.

Dziś Carly zostaje z Archiem za każdym razem, kiedy jadę do miasta popracować w biurze. Jestem zatrudniona w firmie ubezpieczeniowej, zajmuję się polisami, które ludzie wykupują na wszystkie swoje lęki: śmierć, choroby, kradzieże, ale ja dobrze wiem, że żadna z tych rzeczy nie jest najgorszą, jaka może spotkać człowieka w życiu. Daleko im do tego.

– W porządku – odpowiadam Carly na tle szumu czajnika. – Ale powiem ci, że najadłam się wstydu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że wszystkie pozostałe dzieci już siedzą w kółeczku, i wtedy Archie wypalił: „Przepraszamy za spóźnienie. Mama chciała do cholernej łazienki, ale nie mogła, bo tata robił wielką kupę”. Co za dzieciak… – Robię minę, jakby Archie był nie wiadomo jakim utrapieniem, ale wszystkie wiemy, że to nieprawda. Jest światłem mojego życia. – Powinnaś go kiedyś odwiedzić, Marie. – Staram się, by nie było słychać przygany w moim głosie; Marie rzadko do nas zagląda.

– Tak, wybacz, ostatnio byłam zajęta.

– Czym? – pyta Carly.

Marie straciła rolę po tym, jak zjawiła się w teatrze pięć minut przed wejściem na scenę. Pijana. To było pół roku temu i od tamtej pory nie dostała żadnego angażu. Mówiła, że to był kopniak, którego potrzebowała, żeby zerwać z piciem i skupić się na przyszłości.

– Tym i owym – odpowiada wymijająco.

Tłumi ziewnięcie. Ma podkrążone oczy. Ona też kiepsko sypia.

– Coś nie daje ci spać w nocy? A może ktoś? – rzuca Carly.

Marie nie reaguje, ale po jej szyi pełznie rumieniec. Coś przed nami ukrywa.

– Marie, czy ty się z kimś spotykasz?

Nie zaprzecza. Zamiast tego koncentruje się na dolewaniu mleka do herbaty i wyławianiu torebek łyżeczką. Nie powtarzam pytania. Jeśli Marie nie chce powiedzieć, to nie powie. Prowadzi nas do salonu. Zrzuca z kanapy stosy czasopism; lądują na wytartym dywanie. Nad stojącym na parapecie kadzidełkiem unosi się chmura dusząco słodkiego dymu. Czyżby Marie usiłowała zamaskować woń alkoholu? Dyskretnie rozglądam się po pokoju, szukając pochowanych po kątach pustych butelek i szklaneczek ze śladami szminki, ale niczego takiego nie znajduję. Zerkam na Carly, która wzrusza ramionami. Wiem, że myśli o tym samym. Stawiam na stole wyszczerbiony talerz z tanimi herbatnikami z Tesco.

– No więc… – Marie układa usta w promienny uśmiech, ale na jej twarzy nie widać radości.

Czerwona szminka, którą pociągnęła wargi, zostawiła szkarłatny ślad na żółtych od nikotyny zębach.

– Nie dam rady w tym roku – wtrąca Carly. – Po prostu.

Atmosfera jeszcze się zagęszcza. Popijam herbatę, usiłując przypomnieć sobie, czy łyżeczka leżała na ociekaczu, zanim Marie wyłowiła nią moją torebkę.

– Wiem, że w tym roku będzie ciężko… – Marie nerwowo porusza nogą.

Obciąga rękawy swetra, chowając w nich dłonie.

– Zawsze jest ciężko. – Carly odgarnia włosy z twarzy.

Jej rękaw podjeżdża do góry, odsłaniając przecinek, który wytatuowała sobie na nadgarstku.

Ma rację.

Kiedy zbliża się rocznica naszego uprowadzenia, Marie uparcie i z determinacją rozgrzebuje traumatyczne wspomnienia, jakby nie chciała pozwolić, aby ich dogasający żar nareszcie zamienił się w suchy popiół.

„Nie było aż tak źle, jak się obawiałyśmy, prawda?”

„Tamte wydarzenia nas ukształtowały”.

Zupełnie jakby pragnęła odmienić ich obraz i sprawić, by stały się czymś, czym nie są.

To niemożliwe.

Nie wiem, dlaczego to robi, być może tylko w taki sposób jest w stanie poradzić sobie z urazem psychicznym, który wyniosła z tamtych wydarzeń. Każda z nas ma własną metodę: Carly reglamentuje swoją miłość, a ja przestrzegam rytuałów.

– Ale… – ciągnie Marie, nie zważając na słowa Carly – mija dwadzieścia lat. Odezwała się do mnie dziennikarka…

– Do każdej z nas regularnie odzywają się dziennikarze. – Stały okolicznościowy nagłówek: „SIOSTRY SINCLAIR – CO ROBIĄ PO LATACH?”. Nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza ta rozmowa.

– Chce, żebyśmy wystąpiły w telewizji z okazji dwudziestej rocznicy. Program będzie na żywo, co daje nam raptem kilka dni na przygo…

– Nie ma mowy – oznajmia stanowczo Carly.

– Wiem, że nie lubisz być w centrum uwagi, dlatego wezmę to na siebie. Nie musisz się nawet wiele odzywać, wystarczy, że tam będziesz – wyjaśnia rzeczowo Marie. Zagrałaby główną rolę, nam przypadłyby drugoplanowe. – Leah?

– Nie przychodzi mi do głowy nic gorszego niż przeżywanie tego wszystkiego od nowa.

Zawsze mogę odmówić.

– Poprzednim razem się zgodziłaś – zauważa Marie.

Robię lekko skwaszoną minę. Przed dziesiątą rocznicą porwania dostałyśmy propozycję napisania książki. Carly i ja nie byłyśmy zainteresowane, ale Marie dotąd nas przekonywała, tłumacząc, że rozgłos nada pędu jej karierze – a przecież chciałyśmy, by odniosła sukces – aż w końcu się zgodziłyśmy. Według mojej ówczesnej terapeutki, opowiedzenie naszej historii mogło w ostatecznym rozrachunku wyjść nam wszystkim na dobre. Mogło zdjąć z nas piętno i stłumić wstyd, który czułyśmy, a przynajmniej ja czułam – i nadal czuję. Uważała, że jeżeli otworzymy się przed tą jedną osobą, i tylko przed nią, wówczas przestaną krążyć nad nami sępy próbujące szarpać dziobami fragmenty naszego życia. Mogłybyśmy wreszcie przestać wracać do przeszłości. Wydawca skontaktował nas z ghostwriterem. Miałyśmy tylko kilka razy spotkać się z nim i jego dyktafonem i opowiedzieć, co przeżyłyśmy. Nie oczekiwano od nas udziału w procesie powstawania tekstu. Każda z nas zainkasowała za to sześciocyfrową sumę.

– Książka ukazała się lata temu – mówię. – Od tamtej pory wiele się zmieniło. Muszę myśleć o Archiem.

We wrześniu Archie idzie do podstawówki i nie chcę, żeby inne dzieci i ich rodzice plotkowali o mnie jeszcze więcej niż dotąd. Dyrektorem szkoły jest ta sama osoba co w czasie, kiedy zostałyśmy porwane. Z niektórymi spośród rodziców kolegów i koleżanek Archiego chodziłam do jednej klasy, ale największą zaletą tego, że mój syn będzie się uczył w tej samej szkole co ja, jest jej swojskość. Znam rozkład budynku, wiem, jak się po nim poruszać, i w razie czego będę mogła szybko dotrzeć do Archiego.

– Nie chcę rozdrapywać ran – mówi Carly. – Nie chcę, by mieszkańcy miasteczka pomyśleli, że obarczamy ich winą za brak czujności.

– Carly ma rację. – Miejscowi interesują się sąsiadami. Nie chcę, żeby oglądali mnie w telewizji. Nie pozwolę, żeby moje życie znowu zamieniło się w medialny cyrk. Nie mam powodu, by się na to godzić. – Poza tym wałkowanie tego, co się wydarzyło…

– Nie chodzi tylko o to – przerywa mi Marie. – Telewizję interesuje, w jaki sposób porwanie wpłynęło na nasze dalsze życie.

– W żaden. Mamy się dobrze. Teraz. – Głos Carly zaczyna się łamać.

Jej palce szukają tatuażu na nadgarstku. Siedzę i czuję, że dłonie pocą mi się w rękawiczkach.

– Ja nie mam się dobrze – mówi cicho Marie. – Moja kariera aktorska… Powiedzmy, że stanęła w miejscu. Z chęcią przytuliłabym trochę gotówki. A wy nie?

Owszem, mnie też przydałby się zastrzyk finansowy. Zanim poznałam George’a, udało mi się nie wydać ani pensa z pieniędzy zarobionych na książce. Kupiłam nam dom. George uparł się, by na akcie własności widniało tylko moje nazwisko; nie chciał, by ktokolwiek pomyślał, że związał się ze mną dla pieniędzy. Pierwszy raz przekredytowałam hipotekę, żeby George miał pieniądze na rozkręcenie własnego studia projektowego, a drugi raz, kiedy okazało się, że zarobek jest niższy, niż się spodziewaliśmy; w takim klimacie ekonomicznym ludzie nie myślą o budowaniu domów.

– Nie narzekam – stwierdza Carly.

Za pieniądze z książki mogła kupić niewielki dom w okolicy, ale zdecydowała się na mieszkanie. Bez ogrodu. Pozostałe pieniądze wydaje w sklepach z używanymi rzeczami. Przetrząsa je w poszukiwaniu przedmiotów w okazyjnych cenach, które potem odsprzedaje z zyskiem na eBayu. Tak zarabia na życie. Do tego dochodzą niewielkie sumy ode mnie za opiekę nad Archiem.

– No to świetnie. Ja wszystkie pieniądze władowałam w tę sztukę o siłach nadprzyrodzonych. – Marie wiązała z nią wielkie nadzieje, ale niestety nikt nie zrozumiał fabuły. – Telewizja proponuje naprawdę duże pieniądze, pod warunkiem że powiemy coś nowego, co nie znalazło się w książce.

– Ale przecież wszystko już…

– Nie wszystko. – Marie przełyka ślinę. – Możemy powiedzieć prawdę.

5

Carly

Wtedy

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Część pierwsza
1. Carly
2. Leah
3. Carly
4. Leah
5. Carly
6. Leah
7. Carly
8. Leah
9. George
10. Leah
11. Carly
12. George
13. Carly
14. Leah
15. George
16. Leah
17. George
18. Leah
19. Carly
20. Leah
21. George
22. Leah
23. Carly
24. Leah
25. Leah
26. George
27. Leah
28. Carly
29. Leah
30. Carly
31. Leah
32. Carly
33. Leah
34. Carly
35. Leah
36. George
37. Carly
38. George
39. Carly
40. Leah
41. Carly
42. Leah
Część druga
43. Marie
44. Marie
45. George
46. Marie
47. Leah
48. Carly
49. Marie
50. Carly
51. Marie
52. Carly
53. Marie
54. Carly
55. Leah
56. George
57. Leah

Tytuł oryginału: The Stolen Sisters

Copyright © by Louise Jensen, 2020

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2020

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Redakcja: Cała Jaskrawość

Korekta: Olga Gorczyca-Popławska, Marzenna Kłos

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: HQ 2020

Zdjęcie na okładce: Jakub Kopczyk Photography

Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki:

Studio Karandasz/www.karandasz.com.pl

ISBN 978-83-8053-818-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek