Trzecia osoba - Małgorzata Hayles - ebook + audiobook + książka

Trzecia osoba audiobook

Małgorzata Hayles

0,0

Opis

Barbara jest wytrawną czytelniczką, wdową po bogatym Angliku. Od dwóch lat nie wychodzi z domu. Ma liczne fobie, wszystkie zakupy robi przez Internet. Przypadkiem w jej ręce wpada debiutancka powieść Jerzego „Zanim stanęła w oknie”.  

Jerzy to pisarz z kryzysem twórczym. Małe dzieci, hipoteka, małżeństwo sfrustrowanych, niespełnionych artystów – ona fotograf, on pisarz zblokowany po debiucie bez sukcesu. 

W ich życie wkracza Barbara, która twierdzi, że Jerzy napisał książkę właśnie o niej. Kobieta wierzy, że jej życie zostało zawieszone przez zakończenie książki. Oferuje Jerzemu kontrakt.

Zacierają mu się powoli granice między fikcją i rzeczywistością, a pytanie, kim jest naprawdę Barbara, pozostaje bez odpowiedzi. 

Małgorzata Hayles – anglistka, anglofilka, wielbicielka mody retro, przez chwilę mieszkała w Londynie, by ostatecznie wybrać Poznań. Od pewnego czasu dzieli swoje życie między Poznań pełen bliskich jej ludzi a Pojezierze Drawskie, w którym zakochała się bez pamięci. Ze współczesnych pisarzy inspirują ją przede wszystkim Anne Tyler, Elizabeth Strout i Jonathan Franzen. W świecie, w których coraz więcej ludzi mówi, a coraz mniej słucha, pisze wtedy, kiedy czuje, że historia dojrzała do opowiedzenia. Autorka powieści „Tymczasowa” i „Sekretne życie Roberty”.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 40 min

Lektor: Ilona Chojnowska




Copyright © Małgorzata Hayles, 2017

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Simone Betz/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Piotr Chojnacki

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Zofia Firek

ISBN 978-83-8097-955-0

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Karolowi – mojemu

Muzowi

Do Eufemii przyjeżdża się nie tylko po to, aby sprzedawać i kupować, ale też dlatego, że nocą, wokół całego targu, siedząc na workach czy beczkach lub leżąc na stosach dywanów, na każde wypowiedziane przez kogoś słowo – jak „wilk”, „siostra”, „ukryty skarb”, „bitwa”, „świerzb”, „kochankowie” – wszyscy pozostali zaczynają opowiadać własne historie o wilkach, siostrach, skarbach, kochankach, bitwach. A ty wiesz, że w czekającej cię długiej podróży, kiedy, aby nie dać się uśpić kołysaniu wielbłąda czy dżonki, zaczynasz przywoływać kolejno wszystkie swoje wspomnienia, twój wilk stanie się innym wilkiem, twoja siostra – inną siostrą, twoja bitwa – innymi bitwami, w drodze powrotnej z Eufemii, gdzie cztery razy do roku wymienia się wspomnienia.

Italo Calvino, Niewidzialne miasta

przeł. Alina Kreisberg

Barbara

Odłożyła książkę na półkę i mimowolnie przejechała palcem po nosie. Garbka pozbyła się dawno temu, ale wieloletni nawyk pozostał. Położyła książkę grzbietem do góry obok innych przeczytanych tylko w jednej czwartej czy jednej piątej tomów. Ułożone na półce w ten sposób, pięknie wydane, w lśniących okładkach, wyglądały jak stadko kolorowych ptaków szykujących się do odlotu.

Niechętnie się do tego przyznawała, ale brakowało jej kontaktu z Polską i od czasu do czasu zamawiała powieści współczesnych polskich autorów w księgarni internetowej. Autorów i zdań było coraz więcej, treści coraz mniej. Jej matka, gdy jeszcze żyła, była żelazną damą o wielu niezłomnych zasadach. Jedna z nich, w dodatku wcale nie najdziwaczniejsza, polegała na tym, żeby nie czytać książek napisanych przez ludzi młodszych od siebie. Matka mawiała, że nowe, telewizyjne pokolenie (zmarła, zanim do pisania dojrzało pokolenie internetowe) nie ma pojęcia o pisaniu eleganckiej, starannie wykończonej prozy, a taką lubiła najbardziej. Porównywała literaturę do strojów lub fraz muzycznych. Współczesne powieści zdawały jej się wystrzępione jak dżinsy nastolatki, rwane niczym nowoczesny improwizowany jazz, o którym także nie miała najlepszego zdania i nazywała go jazzem na kolanie. Uważała, że książki powinno się czytać tak, jak się nosi dobrze dopasowany kostium, w którym nic nie uwiera, a najmniejszy nawet detal sprawia estetyczną przyjemność. Powinno się je czytać, mawiała, tak jak się słucha Mozarta, w oczekiwaniu kolejnych harmonijnych pasaży. O książkach pisanych przez młodszych od siebie, przesiąkniętych kiepską telewizją, mówiła więc, że są jak niepotrzebne wodotryski. Taka tam byletrystyka, machała z lekceważeniem ręką i wracała do lektury Williama Faulknera lub Doris Lessing, ewentualnie wiecznym piórem wypełniała w skupieniu krzyżówki, które pozostały jej namiętnością wtedy, kiedy wszystkie inne dawno już wygasły. „Requiem” Mozarta w tle i poziomo grzebień gręplarski, więc czochra. Rytmiczne tam da dam „Koncertu C-dur”, a pionowo bikini na mapie, czyli atol. Pod koniec życia umysł matki podobno pogrążył się w ciemnościach i choć nadal słuchała Mozarta, to w krzyżówkach wpisywała dziwne hasła, które owszem miały wspólne litery tam, gdzie pion przecinał się z poziomem, ale nic nie znaczyły. Były jak zaszyfrowane wiadomości, które matka zostawiła im przed śmiercią. Ojciec wysłał Barbarze te ostatnie krzyżówki do Anglii. Hronduta blejak strrugra, żegnała się matka wertykalnie. Blubrad czwirek dulul, rozstawała się z nimi horyzontalnie. Zdawało się bez żalu.

Barbara nie podzielała niezłomnych poglądów swojej matki. Nie pogodziła się na przykład nigdy z zasadą, że długość spódnicy powinna się wydłużać wraz z wiekiem kobiety. Uważała też, że nie ma nic złego w tym, by od czasu do czasu oprzeć się na męskim ramieniu i skorzystać z pomocnej dłoni. Niekiedy jednak, podobnie jak matka, zastanawiała się, po co niektórzy w ogóle piszą książki. Może to folgowanie obsesjom i natręctwom (słowa te wybrzmiały w jej głowie z akcentem na ostatnią sylabę, przez co wydały jej się obcojęzyczne, francuskie być może, jakby zakończone na „ą”). Nie czekała na żadne objawienie, bo tych się od dziecka obawiała. Gdy tylko ksiądz opowiedział na lekcji religii o Matce Boskiej, która ukazała się dzieciom w Lourdes i w kilku innych miejscach, modliła się do niej co wieczór, by przypadkiem nie wpadła na tak niedorzeczny pomysł i nie próbowała kiedykolwiek jej się objawić. Matko Boża – szeptała, klęcząc na peerelowskim tapczanie z niewielkim wgłębieniem wyżłobionym przez jej rosnące ciało – niech ci tylko nie przyjdzie do głowy mi się ukazać, bo chyba umarłabym ze strachu. Zamiast na objawienie czekała więc na zwykły ludzki zachwyt. Taki, że się chce wybiec na ulicę z włosami w nieładzie. Zwykły zachwyt nad kawałkiem polskiej prozy.

Pomyślała, że być może kultura danego kraju jest najlepszym barometrem rozwoju jego klasy średniej. Polska klasa średnia była wobec tego na początku swojej drogi. Barbarze brakowało dobrych powieści środka, ciekawie opowiedzianych historii o tak zwanym zwyczajnym życiu. Pomiędzy harlequinopodobnymi tworkami w cukierkowych okładkach, których tytuły, Deszczowe łzy lub Zapach konwalii, brzmiały jak lista hitów disco polo, a depresyjnymi opowieściami o dzieciogwałtach, samookaleczeniach, anoreksji, alkoholizmie, aborcji czy kazirodztwie, rozpościerała się bezkresna pustynia.

Pięknie i głupio było więc lub mądrze i brzydko, a pomiędzy świstał porywisty i suchy pustynny wiatr, który autorzy krzyżówek lubią nazywać chamsinem.

Barbara odwracała kolejne kartki z nadzieją i sympatią dla autorów i gdyby jedno nie przeszkadzało drugiemu, wręcz trzymałaby za nich kciuki. Tak bardzo chciała, by książka jej się spodobała, że przymykała oczy na wszelkie niedostatki języka lub fabuły. Bywało, że dochodziła do wniosku, że to nie w książce leży problem, a w niej. Być może po ponad piętnastu latach mieszkania w Anglii w jej głowie zamieszkała cudzoziemka, która nie rozumie już ani polskiego języka, ani realiów życia w Polsce. Dlatego właśnie nie poddawała się łatwo zniechęceniu. Odkładała powieści grzbietami w górę, by czekały na dzień, w którym da im jeszcze jedną szansę. Półki w sypialni pełne były książek nielotów.

Autor niedawno dostarczonej przez kuriera powieści nazywał się Jerzy Nitecki. Ze zdjęcia na obwolucie spoglądał na nią zza okularów mężczyzna, który za chwilę będzie w średnim wieku. Miał chłopięcą urodę, która wcale nie miała mu ułatwić okresu transformacji. Tego typu mężczyźni wyglądali w połowie życia raczej psychopatycznie. Tak zdawali się uważać spece od castingów, którzy w rolach seryjnych morderców lubili obsadzać podstarzałych młodzieńców. Widać było wyraźnie, że autor chce wypaść na zdjęciu jak poważny twórca poważnej książki i nie wie jeszcze, jak to zrobić. Zdjęcie zrobiono tuż przed podjęciem decyzji, w związku z czym mężczyzna wydawał się lekko zdezorientowany, a efekt ten potęgowała krótkowzroczność. Książka była debiutem Niteckiego, o którym wyczytała jeszcze, że mieszka w Poznaniu z żoną i dwojgiem dzieci. Miała jeden z tych dziwacznych chwytliwych tytułów, w których lubują się niektórzy wydawcy, bo są jak drzwi, które obiecują czytelnikowi podróż do Norwegii, Armenii i na Karaiby w jednym, i zapadają w pamięć jak natrętne utwory muzyczne. Pogłaskała delikatnie czarno-białą okładkę Zanim stanęła w oknie, która przedstawiała duże okno podzielone szprosami podobnymi do krat na dwanaście mniejszych okien. Na szerokim parapecie kucała kobieta, może dziewczyna, odwrócona tyłem. Jasne włosy miała upięte w schludny węzeł, a jej apetyczne pośladki dotykały wysoko uniesionych pięt. Jedyną kolorową plamą na okładce był charakterystyczny londyński autobus, czerwony piętrowiec, umieszczony na tyle daleko, że zmieścił się cały w jednym z dwunastu okienek.

– Cóż, panie Nitecki, przynajmniej nie są to Łzy anioła – rzuciła pod adresem mężczyzny na zdjęciu. Poprawiła na sobie prosty biały kostium z głęboko wyciętym dekoltem, dokładną replikę tego, który nosiła Ingrid Bergman w Casablance, umościła się wygodniej na kanapie i pełna nadziei otworzyła książkę.

Kontakty Barbary z Polakami były rzadkie i nigdy zamierzone. Kiedy tu przyjechała, mieszkało w Londynie jeszcze niewielu rodaków, przy czym szczególnie biało-czerwono było w okolicach dzielnicy Hammersmith. Nie rozumiała Anglików, którzy polecali jej wycieczkę na Hammersmith, by mogła sobie poprzebywać z Polakami. Czy nie zostawiła ich wystarczająco dużo w kraju nad Wisłą? Czy przyjechawszy tu, nie powinna przebywać raczej z Anglikami? Poznawać ich języka, kultury i obyczajów? Czy po to miała jechać do polskiej restauracji, by zajadać się flakami i golonką, niczym egzotycznymi rarytasami, po to miała odwiedzać polskie delikatesy, by się posilać polską kiełbasą i polskim oscypkiem, po to się wybrać do ośrodka kulturalnego, by sobie porozmawiać po polsku, po to w polskim kościele klękać, bo jej angielski Bóg nie zrozumie i rozgrzeszenia nie da? Czy nie przyjechała tu, by przez czas jakiś swojego nie znać, a cudze chwalić? Zawędrowała raz na Hammersmith, owszem, przypadkiem. Znalazła ogłoszenie o pracy dla sprzątaczek w głównej siedzibie Coca-Coli. Obejrzała sobie słynne ogromne czerwone logo na wysokim budynku, a stamtąd pojechała do Fulham, gdzie czarnoskóry mężczyzna i jego biała żona potrzebowali niani do swojego czekoladowego dziecka. Mieli przestronny dom z czterema pokojami, a w jednym były same tylko ubrania. Żadna tam oddzielna garderoba. Po prostu pokój, który zajmowały wyłącznie ubrania. Wyścielały każdy cal podłogi. Ci ludzie, właściciele tak wielu ubrań, traktujący je tak nonszalancko, wydali jej się bardzo bogaci.

Odkąd Polska weszła do Unii, Polaków można było spotkać na każdym kroku. Londyn stawał się powoli Lądynem. W czasach gdy jeszcze wychodziła z domu i przemykała po nim swoim odrestaurowanym mini morrisem, na dźwięk polskiej mowy przysłaniała oczy rondem kapelusza lub okularami przeciwsłonecznymi. Rodacy. Zawsze czegoś chcieli. Pomocy w znalezieniu pracy, mieszkania, pożyczki, faworyzowania. Nie była wcale zimną suką. Ona też przyjechała tu bez grosza i bez żadnych kontaktów, a przecież dała sobie radę.

Kiedyś w perfumerii, przy stoisku Diora, obsługiwała ją młoda dziewczyna. Jeszcze zanim otworzyła usta, Barbara wiedziała, że jest Polką. Rysy twarzy, akcent, ale też coś więcej, pewien dystans, nieufność. Twarz była uprzejma, usta wygłaszały wyuczone angielskie formułki grzecznościowe i rozciągały się w uśmiechu, ale oczy były skupione jak u wytrawnego biznesmena podczas negocjacji. Barbarze wydawało się, że sama całkiem niedawno stała po tamtej stronie. Och doskonale znała te wszystkie handlowe sztuczki. Proponowanie tuszu, który nie schodzi, jako rewelacyjnego produktu, szeptanie pod adresem antypatycznych klientek „oby cię pokręciło”, kiedy schylała się pod ladę po opakowanie lub próbki. Obsługiwała kobiety, których wygląd przeczył metryce. Kobiety rasowe, których sekret urody opierał się na przesypianiu dzień w dzień dziewięciu godzin w dobrze przewietrzonym pomieszczeniu, zrównoważonej diecie i spokoju o byt. Ich matki wiodły być może skromniejsze, mniej ekscytujące życie na przedmieściach, ale również przesypiały dziewięć z dwudziestu czterech godzin, miały kremy Ponds, dobrze zaopatrzone lodówki, a także wypełnione po brzegi wolno stojące zamrażarki, i nie przekazały córkom w genach swoich nerwic. Pakowała luksusowe kosmetyki w aksamitne w dotyku pudełeczka, z uśmiechem wręczając klientkom ozdobne torebki wypełnione produktami, których łączna cena przekraczała równowartość jej miesięcznych zarobków. Zanim jednak dostała tę wymarzoną pracę, wchodziła do Boots spryskiwać się darmowymi próbkami drogich perfum, malować się testerami, składać podania o pracę, niczym nigdy nieotwarte listy do świętego Mikołaja, bo nie miała numeru ubezpieczenia ani pozwolenia na zatrudnienie w tym kraju. Była nikim. Przybłędą z Polski. Włóczyła się po Londynie, kupując najtańsze produkty, wiecznie moknąc i marznąc, a czasem dyskretnie głodując. Pytano ją skąd jest, polski akcent był tu wtedy bardziej egzotyczny niż hinduskie gudźarati. Na hasło „Poland” dopytywano „Holland?”, a później uśmiechano się grzecznie i wymieniano na jednym tchu trzy razy wu, Wojtyła, Wałęsa, Wajda. Pracy jednak dla niej nikt nie miał.

Kiedyś zniechęcona długim pieszym powrotem do wilgotnej nory, którą wynajmowała na East Endzie, usiadła na ławce. Pora była późna, a okolica podejrzana, ale ze zmęczenia nic jej już nie obchodziło. Kiedy podjechał samochód, a z okna wychylił się mężczyzna, pytając grzecznie, czy jest „pracującą dziewczyną”, na samo słowo praca aż podskoczyła i szybko podbiegła do przyjaźnie opuszczonej szyby. Znaczenie angielskiego zwrotu dotarło do niej dopiero po chwili.

Pokonała długą i wyboistą drogę od dworca Victoria Station, na którym się znalazła piętnaście lat wcześniej z dwoma pięćdziesięciofuntowymi banknotami zaszytymi w podszewkę lichego płaszczyka i dziesiątką w portfelu, do luksusowego apartamentu w dzielnicy Richmond, nieopodal słynnego georgiańskiego The Wick, którego dystyngowana ceglano-kamienna architektura wcale nie została sknocona1, i gdzie mieszkał obecnie Pete Townshend z The Who, a wcześniej Ronnie Wood z Rolling Stones. Za każdym razem, kiedy patrzyła na ten dom, w jej głowie odzywał się charakterystyczny riff gitarowy Richard­sa z początku (I can’t get no) satisfaction.

– A ty gdzie masz metę? – pytały w autokarze modnie ubrane dzieciaki z Warszawy, którym rodzice zasponsorowali kolejny drogi wyjazd do szkoły językowej.

– Eee, u ciotki – odpowiedziała i szybko zmieniła temat.

Jakoś głupio było im powiedzieć, że jej meta jest na dworcu Victoria (jeśli brytyjska kontrola na granicy nie cofnie jej do Polski, a w każdym autokarze krążyły opowieści, że to się czasem zdarza), a potem będzie myśleć, co dalej. Pierwszą Brytyjką, ba, pierwszym obywatelem korony brytyjskiej, którego w życiu zobaczyła, była znudzona otyła kobieta w okularach; sprawdzała paszporty i przeprowadzała krótką rozmowę z bladymi ze zmęczenia i nerwów Polakami. No dobrze. Może nie przedarła się do Dover wpław, tylko dopłynęła całkiem wygodnym promem, nie przejechała granicy na wpół uduszona wśród kilkudziesięciu innych nielegalnych „aliens”, niemal dosłownie przybyszów z innej planety, czy ukryta pod stosem mrożonek w wielkim tirze, a jednak podeszła do kobiety zaróżowiona z emocji, i przestraszona. Oto siedziała przed nią wielka anglosaska klucznica, ang­likańska święta Piotra, której usta mogły powiedzieć jej nie, górna warga mogła opaść na dolną jak szlaban. Warszawiacy poinformowali właśnie Barbarę usłużnie, że kilka osób z krakowskiego autobusu cofnięto już do Polski. Sezam nie otwiera się dla każdego, dla niektórych za wysokie progi.

– Jaki jest cel pobytu? – spytała kobieta, patrząc gdzieś za jej plecy, jakby chciała ocenić liczebność kolejki i przyrównać ją do liczby godzin, które zostały do pory lunchu. Wnioski chyba nie były zbyt optymistyczne, bo zmarszczyła brwi rozciągnięte po czole ołówkiem raczej nieproporcjonalnie. Barbara pomyślałaby dziś, że można łatwo manipulować kobietą, która źle gospodaruje własnym czołem, wtedy jednak poczuła się po prostu jeszcze bardziej zdenerwowana.

– Ja tego, tu mam list z zaproszeniem – pośpiesznie wyciągnęła list napisany odręcznie przez znajomego, dalekiego wuja matki. Tak często w czasie podróży sprawdzała, czy tam jest, bezpieczny w kieszeni torebki, że go wymięła.

– No dobra, dobra, very well i w ogóle wszystko pięknie i great, ale jaki jest cel pobytu? – huknęła kobieta, przyglądając się badawczo Barbarze.

– Będę zwiedzać Anglię. To taki piękny kraj

– Jak długo będziesz zwiedzać i ile masz pieniędzy? – jej koślawy komplement nie zrobił wrażenia na kobiecie. Słyszała to wszystko już wcześniej, więcej, mocniej i lepiej.

Wymowa urzędniczki w niczym nie przypominała angielskiego nauczycielki z ogólniaka, która uważnie oddzielała od siebie każde słowo, jakby to były składniki na sałatkę. Pomidory, ogórki, sałata, każdy składnik można nadal wyraźnie wskazać palcem i poczuć na języku. Angielski w wykonaniu tej kobiety bardziej przypominał ciasto, w którym po zmiksowaniu nie można już rozróżnić żółtek, mąki czy cukru.

– Pardon me? – Barbara rzuciła wyuczony zwrot.

– No na jak długo przyjechałaś i ile masz pieniędzy. Kasa. Cash.

– Miesiąc, mam przy sobie około 200 funtów – zaokrągliła odważnie kwotę, choć słyszała, że potrafią to sprawdzić.

– No to za dużo sobie, kochana, za to nie pozwiedzasz w naszym kraju – uśmiechnęła się kobieta i nie był to przyjazny uśmiech, tylko taki, po którym w bajkach rozlega się złowieszczy chichot. – Poczekaj tu – dodała po chwili, znikając gdzieś za drzwiami z jej drogocennym listem.

Barbara poczuła się jak bohaterka dziewiętnastowiecznej powieści, która przybyła na służbę do dworu uzbrojona w list polecający. O tym też słyszała od bardziej doświadczonych współtowarzyszy podróży. Mówili, że niektórym sprawdzają te listy. Bywało, że tylko adres, czy nie wymyślony, ale czasem dzwonili do osoby, która go naprawdę lub rzekomo napisała. Podobno sprawdzają tylko wtedy, kiedy ktoś wydaje im się podejrzany. Czy dworzec Victoria miałby być, o ironio, miejscem jej klęski?

Warszawiacy przetoczyli się hałaśliwie przez okienko obok. Tak jak wcześniej, w autobusie, towarzyszył im zgiełk i naturalna pewność siebie. Bezpieczni, już po drugiej stronie, obrzucili ją zaciekawionymi spojrzeniami. Stała tam, czekając przez kilka minut, podczas których czas się zatrzymał na dworcu Victoria w Londynie. Ludzie przymarzli obok niej jak skuci lodem, dźwięk ucichł, jakby ktoś przycisnął przycisk „mute” na pilocie telewizora, urzędnicy nie domknęli ust, łzy dzieci nie odkleiły się od rzęs. Nie chciała wracać. Na myśl o kolejnych dwudziestu pięciu godzinach w dusznym autokarze i bezsensownym wydaniu pieniędzy na podróż tam i z powrotem, zaszkliły jej się oczy. No kurde, chyba nie zamierzasz się tu rozpłakać? – zadała sobie pytanie, wcale nie w swojej głowie ani pod nosem tylko głośno i wyraźnie, tak że jej własny głos przywrócił bieg czasu i zdawało się przywołał głodną urzędniczkę zza tajemniczych drzwi. Może wcale nie sprawdzała listu, tylko szybko wsunęła kanapkę. Łzy dzieci stoczyły się po policzkach, urzędnicy znowu ruszali ustami, ludzie ponownie przepływali obok niej, a pieczęć w ręku urzędniczki wylądowała z hałasem gdzieś w środku jej nowiutkiego paszportu, zostawiając po sobie ślad „pozwolenie na pobyt przez 3 miesiące, bez prawa do pracy”.

Po drugiej stronie warszawiacy otoczyli ją kołem, żądni szczegółów. – Co ona tak długo cię maglowała, co? Nie znasz dobrze angielskiego? Poważnie? Sprawdzała twoje zaproszenie? Ale jaja. Dzwoniła do tej twojej ciotki? I co? I co?

Wreszcie pożegnali się hałaśliwie i odeszli w kierunku przedstawiciela szkoły językowej, który czekał na nich cierpliwie z tabliczką z logo szkoły i kluczykami do minibusa.

Wszystkie ławki były zajęte, więc usiadła jak wiele innych osób na płycie dworca, na swoim wypchanym po brzegi czerwonym plecaku. To Londyn był jej metą, jakaś w nim praca, jakieś w nim lokum i jakaś mała w nim wioska, w której nie będzie błądzić. W tym jednak momencie wydał jej się ogromny jak ocean i szumiał dookoła w ten sam sposób. Jak mogła być tak lekkomyślna i wyobrazić sobie, że może tu przyjechać bez adresu, bez kogoś, kto ją przywita z tabliczką z jej imieniem i kluczykami do samochodu lub choćby z przyjaznym uśmiechem. Dworzec był wielką międzynarodową plażą, z której podróżni odpływali w sobie tylko znanych kierunkach. Wokół niej bezustannie krążyli ludzie. Witali się i żegnali w wielu różnych językach, których nie rozumiała. Odpływali, ciągnąc za sobą bagaże i nie oglądając się za siebie. Nawet ci, którzy podobnie do niej siedzieli samotnie na ławkach lub walizkach, wyglądali raczej na leżakujących wczasowiczów: podjadali przygotowane wcześniej piknikowe kanapki i czytali książki oraz czasopisma, pocąc się w słońcu, które sączyło się przez wielkie dworcowe okna. Na zewnątrz panował wyjątkowy w Anglii trzydziestostopniowy upał. Barbara wiedziała, że siedzenie w jej przypadku niczego nie zmieni, bo przecież na nic ani na nikogo nie czeka, ale gdy tylko wyjdzie na zewnątrz, utonie w upale i hałasie nieznanych sobie ulic, zatopi się w języku, którego najwyraźniej nadal nie zna i nie rozumie. Co też ona sobie myślała. Wyjęła z plecaka ostatnią zgniecioną pod pośladkiem kanapkę, która wcale nie wyglądała zachęcająco, i zaczęła wkładać ją sobie do ust, kawałek po kawałku, palcami, jakby była myszą lub innym gryzoniem.

Wreszcie wstała, otrzepała się z okruchów, i kupiła przy stoisku z prasą mały atlas Londynu i gruby żółty magazyn „Loot” z wszelkiego rodzaju ogłoszeniami.

– Szukasz pokoja? – zaczepił ją po chwili śmiesznie wyglądający niski mężczyzna, którego skóra miała barwę przykurzonego rodzynka. Nosił na spoconej głowie turban, przy czym „nosił” wydaje się tu być niezwykle odpowiednim słowem, ponieważ turban ciążył mu w widoczny sposób i wcale się nie zespolił wygodnie z jego czaszką, był raczej niepotrzebnym dodatkiem do jego jajowatej głowy. Mężczyzna miał mocno wybałuszone oczy, które trzymały się oczodołów chyba ostatkiem sił. Jego uśmiech jednak wydawał się szczery, a głos był miły. Raz po raz przecierał kark małym, włochatym ręcznikiem.

Obejrzała się za siebie.

– Taaa ti ti, blond dziewczina. Szukasz pokoja? U mnie świetna pokoja niedaleko, łazienka, toaleta w korytarz, gorąca woda dwadzieścia cztery godziny na doba. Chcesz u mnie pokoja, dziewczina?

– Ile by to kosztowało? – spytała Barbara. Nie miała problemu ze zrozumieniem tego akurat człowieka.

– Piętnaście funty za doba tylko, no dobra, niech będzie dziesięć funty dla ciebie, bo ti miła dziewczina – odpowiedział mały pan, a widząc obawę na jej twarzy, dodał jakby na przełamanie lodów, wskazując na siebie palcem – ja jestem Mr Singh, a ty?

– Barbara

– Bara-barra? Skądeś ti przyjechała Barabarra?

– Z Polski.

Na to Mr Singh nie znalazł odpowiedzi i tylko cmoknął głośno, potrząsając głową lekko na boki w kierunku lewego i prawego barku.

Przez głowę przemknęła jej myśl, że być może to przyjaźnie wyglądający przedstawiciel szajki przestępczej, która sprzedaje młode dziewczyny do burdeli, lub seryjny gwałciciel i morderca, który najpierw będzie ją wykorzystywał seksualnie i torturował, a potem pokroi na kawałki i zapakuje w czarne plastikowe worki. Jednak potrzeba odpoczynku i snu wygrała z nadaktywną wyobraźnią. Później znajdzie coś tańszego, będzie musiała, ale na razie podrepcze za brązowawym człowieczkiem w ręczniku na głowie. Narzuciła plecak na ramiona i poszła za nim potulnie w kierunku stacji metra. Na zewnątrz, w pełnym słońcu, ruchliwość miasta była jeszcze bardziej zaskakująca. Pierwsze obrazy z Anglii w niczym nie przypominały jej niejasnych wyobrażeń i snów o mgłach, dżdżu, dżentelmenach, różanych ogrodach i filiżankach w kwiatowy rzucik z powieści Jane Austen. Ledwo nadążając za swoim przewodnikiem, miała ochotę się obejrzeć za każdym przechodniem, punkiem z niebieskimi włosami postawionymi na sztorc, starszą panią w podomce i wełnianych kozakach, Murzynem z dredami do pasa, wypełzającymi z marleyowskiego beretu niczym macki, ale nie było na to czasu.

– Barabarra, ti nie wiesz, na stacji metra Victoria popełnia się najwięcej samobójstw. Rzucają się głowami pod pociąg, wiesz. Tak hyc i już. Na główkę. Jakby to był basen. Podobno zwykle o jedenastej rano – powiadomił ją Mr Singh już na stacji i zerknął odruchowo na zegarek, jakby chciał sprawdzić, czy dotarli na miejsce o odpowiedniej porze, by ewentualnie nie przegapić spektaklu. Pomyślała, że to dziwna godzina. Być może pod pociąg rzucają się najlepiej zorganizowani z samobójców. Wstają, ubierają się, jedzą śniadanie, zostawiają list pożegnalny w widocznym miejscu, a później podlewają pelargonie w skrzynce i zamykają drzwi na klucz, mówiąc dzień dobry sąsiadce. O jedenastej, jak gdyby nigdy nic, jeśli nie są spóźnieni, nurkują pod pociąg.

Przez najbliższe tygodnie poznawała powoli topografię miasta. Jej kupiony na dworcu kieszonkowy atlas „Londyn od A do Z” nosił ślady jej brudnych i spoconych palców, a kartki były wystrzępione jak linia brzegowa Wysp Brytyjskich. Na charakterystycznym planie londyńskiego metra, na którym wiele osób dostrzega podobno różne tajemnicze kształty, ona widziała dodatkową czarną linię swoich rozczarowań, która biegła od stacji PRACY NIE MA do stacji PRACY NIE BĘDZIE. Wszystkie przystanki kojarzyły jej się z rozmowami o pracę. Centrum okazało się nie do zdobycia. W eleganckich snobistycznych dzielnicach nie chcieli o niej słyszeć bez znajomości i pozwolenia na pracę. Postanowiła zawęzić rejon poszukiwań do biedniejszego wschodniego Londynu, gdzie mieszkało sporo imigrantów, legalnych i nielegalnych.

Tańszy pokój na dłuższy pobyt, który wreszcie znalazła, mieścił się w jednym z zakurzonych i zawilgoconych szeregowców w dzielnicy Stratford, która niewiele miała wspólnego z malowniczym miasteczkiem Stratford-upon-Avon, gdzie urodził się Szekspir. Współdzielony z inną dziewczyną był dużo tańszy niż lokum u pana Singha i zapłaciła czterdzieści funtów za miesiąc z góry. Mieściły się w nim dwa poplamione materace, duża szafa i dwie małe szafki nocne, a w oknach wisiały lepkie od brudu zasłonki. Był to typowy pokój wynajmowany robotnikom, którzy przyjeżdżali tu do pracy w barach lub na budowach z Irlandii, Australii, Afryki. Hindusów w East Endzie również było dużo, ale oni trzymali się razem. Ich puby, domy i sklepy pachniały intensywnie egzotycznymi przyprawami, a kobiety w kolorowych sari rozjaśniały szare angielskie ulice. Mężczyźni mieli piękne długie rzęsy, a czasem turbany. Nadawali sobie anglojęzyczne imiona lub ksywy, które nie miały nic wspólnego z ich prawdziwą tożsamością.

Oprócz Barbary w domu mieszkał jeszcze Brian, Irlandczyk z Południa, który kiedy akurat nie pił, pracował na budowie, Irlandczyk z Północy Harry, którego nie tylko Barbara, ale nikt nie rozumiał, bo nie dość, że pochodził z okolic Belfastu, to jeszcze miał wadę wymowy, a także Anglik Ian, któremu nie chciało się pracować i od miesięcy był na zasiłku. Barbara dzieliła pokój z Siobhan, której imię w wersji pisanej nie miało nic wspólnego z wymową (coś w stylu Sziwon z akcentem na ostatnią sylabę). Tapety pełzły po ścianach, jak w hotelu, w którym zamieszkał Barton Fink w filmie Coenów. W zasadzie były już w pół drogi. W łazience sam i to z dużym sukcesem hodował się grzyb, nadając ścianom posiniaczony wygląd, jakby stoczyły nierówną walkę, a śliską od zjełczałego tłuszczu kuchenkę ktoś sprytnie przykrył metalowym wiekiem, zamiast ją wyszorować po ostatnim gotowaniu. Ciszej nad tą trumną.

Mieszkali tam tymczasowo, żyjąc w oparach alkoholu (Brian), czekając na łut szczęścia (Barbara) lub powrót do własnego kraju, gdy tylko odłoży trochę funtów (Siobhan) i tylko Ian miewał potrzebę małej stabilizacji, w ten sposób być może pojmując zasadę oddawania czegoś społeczeństwu, które wspaniałomyślnie zrzucało się co tydzień na jego zasiłek. Od czasu do czasu, zwykle w poniedziałki, kiedy uporał się już z weekendowym kacem, wrzeszczał na wszystkich, trzepiąc pod brudnymi oknami stare i postrzępione kawałki wykładziny z korytarza. W świetle dnia można było dojrzeć, że wykładziny te kiedyś były w kwiatki, a teraz są w ślady po butach. Ian sporządzał i wieszał grafik sprzątania kuchni i łazienki, na którym wszyscy poza Barbarą, niepewną na nowym gruncie, dodawali zabawne komentarze i obsceniczne rysunki. Grafik obwieszczał więc głównie, że Ian ma się walić, chrzanić, że ma małego fiuta i stąd potrzebę kontrolowania świata.

– Wiesz – powiedział Ian jednego z pierwszych wieczorów, pijąc melancholijnie żubrówkę, którą przywiozła z Polski i postawiła na stole, jak wkupny fant, zaraz po przeprowadzce – dla was wszystkich to może jest jakaś pieprzona zabawa. Wszyscy gdzieś tam sobie wrócicie, do domów rodzinnych, na studia, no cholera jasna was wie, skądkolwiek sobie tu przyszliście, ale to jest kurde moje życie. Ja nie mam dokąd wrócić.

Potem wszyscy się upili, Ian śpiewał Boże, chroń królową, Brian Amhrán na bhFiann, co przypominało pieśń elfów z Władcy pierścieni, a Harry Oh Danny boy, które w jego wykonaniu brzmiało jak coś w stylu „Odunbajaaa”. Barbara i Siobhan natomiast siedziały na kuchennym stole i zaśmiewały się do rozpuku, smarując dziesiąty tost dżemem. Śmiały się nie z ich kretyńskich śpiewów, tylko z powodu trawy, którą się wcześniej upaliły w zarośniętej graciarni za domem, szumnie zwanej ogródkiem.

Barbara nigdy nie znała takiej dziewczyny jak Siobhan. Ruda, niska, chuda i tak blada, że widać było każdą żyłkę pulsującą pod skórą, bez skrępowania przebierała się przy Barbarze, odkrywając wąskie piegowate uda i mały, żarzący się trójkąt włosów łonowych pod piegowatym pępkiem. Wspominała czasem sześcioro młodszego rodzeństwa, które zostawiła w Cork, i matkę, która próbowała im towarzyszyć, bo przecież nie wychowywać, o ile nie piła w lokalnym pubie (podczas gdy równie rudy jak matka, tylko łysiejący przedwcześnie ojciec pił z nową żoną w innym pubie, po drugiej stronie miasta). Siobhan obsługiwała stanowisko perfumeryjne w dużym sklepie Boots niedaleko Trafalgar Square i kiedy przywoziła do ich brudnego domu próbki drogich kosmetyków, złoty pył cieni do powiek, które przy zamykaniu wydawały wesoły odgłos, jakby ktoś strzelał w tańcu palcami, czy testery perfum, z których wydobywały się odurzające luksusowe obłoki, Barbara wyobrażała sobie kryształowe żyrandole i skórzane pufy w kolorze cappuccino, puchate kremowe dywany, w których można zanurzyć całe stopy. Siobhan mówiła bardzo szybko, jak lektorzy na końcu telewizyjnych reklam leków. Barbara pomyślała, że tak się mówi, gdy się mieszka z sześciorgiem rodzeństwa i trzeba współzawodniczyć o uwagę. Tak właśnie się mówi, łapczywie i zachłannie, dławiąc się własnymi słowami, choć Barbara nigdy jej nie przerywała. Słuchała Siobhan zafascynowana, poruszając się początkowo ostrożnie po jej, zdawało się nieograniczonej przestrzeni językowej, jak po lodzie. Przyswajała sobie w zadumie jej nieskrępowaną obcojęzyczną żywiołowość. „Ty smutna dziwko”, mówiła Siobhan do niej z sympatią, lub „ty szalona krowo”, mówiła do niej, kiedy paliły jointy. A czasem nawet ją ponosiło i mówiła „ty chorobo wściekłych krów”, co nie miało większego sensu i tym bardziej się podobało Barbarze, tym mocniej sprawiało, że czuła się zaangażowana w to nowe życie, stworzone z przypadku, z pewnej autokarowej podróży, z niczego.

Najbardziej jednak fascynowały Barbarę rzeczy Siobhan, ich nieskończona różnorodność. Jej absolutny zachwyt wzbudzały wiklinowe kuferki i pudełka z kolorowego plastiku, aksamitne kosmetyczne puzderka, a w nich kremy, balsamy, szampony, błyszczyki, płyny do naprzemiennie prostowania i kręcenia włosów, sztuczne rzęsy, zalotki, szminki, pierzaste boa, cekinowe opaski i malusieńkie torebki, które wyglądały jak wystrojone dzieci torebek, do których Barbara była przyzwyczajona. Rzeczy Siobhan zajmowały oba parapety, biurko, którego używała w charakterze toaletki ze względu na wiszące nad nim lustro, a także materace, do których dokupiły skrzynie. Były też oczywiście buty w liczbie wystarczającej do obucia małej perwersyjnej armii. Mnóstwo tanich butów na pozdzieranych wysokich obcasach przemierzało wzdłuż i wszerz ich niewielki pokój. Barbara nie wiedziała, że można produkować tak wiele zabawek dla kobiet, w tylu różnych odcieniach i fakturach. Duża szafa w kącie (Barbara dostała do dyspozycji niewielką szafkę nocną i ruchomy wieszak, taki jak te, które widywała w sklepach, a rzeczy miała tak niewiele, że w zupełności jej to wystarczało) wypluwała z siebie spiętrzoną lawę topów, spódnic i żakiecików, pasków, dżinsów i majtek. Czasem Barbara z nabożnym zachwytem dotykała staników Siobhan przewieszonych niedbale przez grzejnik. Te mięciutkie i delikatne staniczki, kremoworóżowe i bladobłękitne mgiełki obszyte sztucznymi perełkami lub delikatną koronką, w niczym nie przypominały opancerzonych pagórków i poliestrowych więzień, które kupowała na targowisku jeszcze w Polsce. Raz Siobhan ją przyłapała na nabożnym miętoleniu stanika i choć Barbara wypuściła go z ręki i odskoczyła jak oparzona, stanik Siobhan, romantyczne wspomnienie piersi, zmysłowy ślad po biuście, wił się oskarżycielsko pod oknem.

– On, no wiesz, bo on spadł i chciałam go tylko odwiesić na miejsce.

Potem przyszedł wieczór, kiedy Barbara przyprowadziła do domu Petera, a Siobhan dokończyła rozmowę, której nigdy przecież nie zaczęły.

– Odetchnęłam z ulgą, wiesz, ty smutna moja dziwko – powiedziała, gdy za Peterem zamknęły się drzwi. – Myślałam, że jesteś lesbą. No bo sama rozumiesz. Nigdy z nikim, no i nikogo nigdy nie przyprowadzałaś, a wtedy, pamiętasz, ten stanik. Wyglądałaś, jakbyś go wąchała czy jaka jasna cholera. Zaczęłam już myśleć, że czyhasz na moją nadwyrężoną irlandzką cnotę.

Barbara roześmiała się beztrosko. To właśnie sprawił Peter. Nie rozśmieszał jej, nie był typem błazna czy zgrywusa, sprawił jednak, że częściej rozluźniała mięśnie, nie spała już z zaciśniętymi pięściami, a ręce wkładała pod głowę i marzyła na jawie.

– Nie bądź taka poważna, darling – powtarzał. – To przecież tylko życie.

W weekendy Siobhan wychodziła z koleżankami „się zabawić, dziewczyno”. Początkowo Barbara ich nie rozróżniała i określała całą paczkę tym właśnie mianem. Jeszcze w domu Siobhan i się zabawić dziewczyno wypijały jedną lub dwie butelki wódki czy rumu z colą na rozgrzewkę. Później były drinki w pubie, pochłaniane w szalonym tempie, by zdążyć przed dwudziestą trzecią, godziną zamykania lokali, i coś najtańszego w klubie nocnym na dobicie. Ponieważ Barbara notorycznie nie miała pieniędzy (nie nazwałaby tego za nic w świecie ubóstwem, które przydarza się przecież tylko ludziom starszym, ponieważ oni nie mają już czasu, by to zmienić), wymawiała się od zaproszeń. Czasem wypijała z nimi tylko trochę wódki w domu. Się zabawić dziewczyno puszczały jakikolwiek przebój Spice Girls, byle głośno, i tańczyły i wrzeszczały na całe gardło, aż wreszcie przychodził Ian, zmęczony, zgarbiony i wymięty od wylegiwania się przez cały dzień przed telewizorem z dwulitrową butlą najtańszego cydru, i kazał im przestać drzeć te pieprzone głupie brzydkie gęby, na co niezmiennie reagowały spotęgowanymi napadami pijackiej wesołości.

Dzień, w którym darła się razem z nimi, był dniem, w którym po raz pierwszy nie pomyślała o Polsce.

Po dziesiątkach wydeptanych kilometrów i setkach kilometrów przejechanych metrem, jakby była pajęczycą, która osnuwa Londyn misterną siecią, Barbara znalazła wreszcie pracę w tureckiej szwalni. Mogła rzecz jasna trafić lepiej, ale był to nieszczęś­liwy moment, w którym wydała ostatnie funty. Szef szwalni nosił wiele złotych pierścieni i łańcuchów, a na imię mu było wdzięcznie Mustafa. Czy nie po to Sobieski zwyciężył pod Wiedniem, bym nie musiała teraz w niewoli u Turka ubrań odkurzać z nitek? Barbara zadawała sobie czasem to i inne pytania, chwiejąc się na zmęczonych nogach. Na tym właśnie polegała jej pierwsza praca w Londynie. Na odkurzaniu nowo uszytych ubrań.

Każdego ranka na dwa złączone ze sobą stoły przynoszono jej, niczym dziękczynne ofiary, stosy przeróżnej świeżej fabrycznej tanizny. Wyrastały przed nią w pośpiechu sterty kiepsko uszytych spódniczek, spodni, kamizelek. Do ręki dostawała coś w rodzaju ręcznego odkurzacza, którym miała dokładnie czyścić każdy ciuch z wszelkich wystających nitek i zmechaceń. Czasem próbowała sobie śpiewać dla otuchy, ale żona Mustafy, tłusta Turczynka, której obfity kok nadawał wygląd mitycznej dwugłowej istoty, gromiła ją wzrokiem z poziomu większej głowy, tej zakończonej twarzą. Żadnych polskich przyśpiewek. Ani angielskich. Ani w ogóle niczego – syczała po turec­ku. Nie żeby Barbara rozumiała turecki, pojmowała jednak mowę tych niedobrych oczu pływających w pełnych polikach jak w niedzielnym rosole zostawionym w dalekiej Polsce. Z pracy wracała tak późno i tak skonana, że nie miała siły ani czasu rozglądać się za lepiej płatnym zajęciem, mniej jednoznacznie przypominającym powieść Dickensa, do której zdaje się trafiła zamiast do powieści Jane Austen, w wyniku jakiejś kolosalnej pomyłki. Robiła sobie kilka kanapek z najtańszego gąbczastego chleba, kładła je obok wanny i w zagrzybionej łazience w prawie, ale nigdy wystarczająco gorącej wodzie zmywała z siebie fabryczny pył i kurz.

Wkrótce do pracy w fabryce przyjęto dwie Litwinki i to one zajęły miejsce przy stołach, a Barbarę awansowano na przyszywaczkę guzików. Praca ta była o tyle łatwiejsza, że można sobie było wreszcie posiedzieć. Przed odejściem Barbara wdrapała się na sam szczyt fabrycznej hierarchii, uzyskując tytuł metkującej. Oprócz niej pracowały jeszcze dwie metkujące, obie Angielki. Owszem, może nosiły narkotyczne makijaże w stylu przepitej pandy i zaciągały tak ostrym cockneyem, że równie dobrze mogłyby mówić po mandaryńsku, ale jednak były Angielkami. Skąd się tu wzięłyście?– spytała kiedyś Barbara podczas przerwy. – Skąd? Z brzuchów naszych matek – spojrzały na siebie i zaniosły się śmiechem.

Tego dnia, kiedy odeszła, jak zawsze odbiła kartę obecności i skierowała się do szatni, by ulokować w szafce płaszcz (wciąż ten lichy z Polski) i swój mizerny lunch. Wypłata, którą dostawała w piątki w szwalni, wystarczała jej tylko na czynsz i skromne jedzenie kupowane w najtańszych supermarketach. W sklepach takich jak Marks & Spencer, w których najchętniej żywiła się obecnie, wtedy oglądała tylko jedzenie jak eksponaty za szybą w muzeum.

– Jak ty lubi praca u mnie? – zapytał Mustafa, wsparty zalotnie o framugę, z koszulą rozpiętą jeszcze niżej niż zwykle. W dole, pod złotem łańcucha, majaczył mocno owłosiony pępek. Starała się tam nie patrzeć, ale pępek przyciągał jej wzrok niczym trzecie gęsto orzęsione oko Mustafy.

– Okej – odparła, uśmiechając się przyjaźnie do pępka. Kilka tygodni temu uratował ją w końcu tą robotą przed klęską głodową.

– Wy, Polki, mówią o was, że jesteście bardzo dobre w te klocki, co nie? Podobno lubicie seks? – Mustafa zamknął drzwi małej szatni na klucz i nagle jednym susem był tuż za nią. Jak na dużego mężczyznę poruszał się zadziwiająco szybko i zwinnie. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że od kilku dni jego żony nie ma w fabryce. A potem było tak, jak z nurkowaniem, gdy po dotknięciu dna z całych sił odpychasz się rękami, by się wynurzyć i zaczerpnąć powietrza. Chwilę tylko stała wmurowana, ze sztucznie uprzejmym grymasem na twarzy, jak ktoś, kogo właśnie pominięto przy rozdaniu Oscarów, a potem odepchnęła się z całych sił od jego ramion, przekręciła klucz i wybiegła z szatni. Nawet po płaszcz i tygodniówkę już tam nie wróciła. Wreszcie Sobieski byłby ze mnie dumny – przebiegła całą drogę do domu, choć Mustafa nie ruszył w pościg. Był na to zdecydowanie zbyt leniwy. Wzruszył tylko ramionami i poszedł na kebab do baru swojego wuja, który otworzyli niedawno obok fabryki.

– Jakie masz doświadczenie? – spytała Hannah, śliczna Jamajka, do której należał stragan z torebkami na Camden Town.

Różne. Na ogół złe – chciała odpowiedzieć. – Ostatnie obejmuje napastującego mnie Mustafę w rozchełstanej koszuli, ze złotym wisiorem aż po pępek. – Irlandki powiedziały, by tam spróbowała. Nie miała żadnych oszczędności, a co więcej, właśnie straciła tygodniówkę, więc pojechała na Camden Town od razu, z mocnym postanowieniem, że nie ruszy się stamtąd bez pracy.

– Mam duże doświadczenie w handlu. Dobrze liczę. Nie mylę się. Zatrudnij mnie na próbę, na pewno nie pożałujesz – szkolny angielski Barbary był coraz lepszy.

To na straganie Hannah poznała pierwsze zasady wolnego handlu. Pewnego dnia szefowa zarządziła – Masz tu czarny długopis i wpisz wyższe ceny, a potem poprzekreślaj te ceny czerwonym długopisem i to będzie tak, że niby mamy, wiesz, promocję.

Proceder obniżek, promocji, wyprzedaży, był nieznany w Polsce, z której wyjechała, z której uciekała przez dwadzieścia pięć godzin, nie oglądając się za siebie, by dopiero na promie do Calais, w sklepie bezcłowym, zobaczyć i poczuć wreszcie kolory i zapachy.

Kreśliła więc ceny upaloną gandzią, której zapach, charakterystycznie oleisty i ziemisty, unosił się nad całym Camden; nie trzeba było tracić cennych funtów na towar, wystarczyło nawdychać się z drugiej ręki.

– Ujarałaś się? – pytał ponuro łamanym angielskim Wasyl, Bułgar z sąsiedniego straganu, który uporczywie zapraszał ją na obiad, kolację, śniadanie, drinki w pobliskim pubie, a ona za każdym razem odmawiała.

– Nie byłaś jeszcze w muzeum figur woskowych? – wcale nie kręcił głową w prawo i lewo na tak ani w górę i w dół na nie, jak mówią o Bułgarach, raczej lekko potrząsał głową, podobnie jak pan Singh lub ludzie cierpiący na parkinsona. – A Westminster widziałaś? A Parlament? No ale w Buckingam Palace to byłaś już chyba, aaa? – zakończył z zaśpiewem jak Polacy ze wschodu.

– Wasyl, nie męcz mnie. Nic nie widziałam, nigdzie nie byłam, nie miałam czasu zwiedzać, obierając ciuchy z nitek u Turka ani szukając pracy, prawda? Poza tym ja tu nie przyjechałam jako turystka, Wasyl. Ja tu przyjechałam do pracy, pieniądze zarobić, a nie po zabytkach latać.

– Chodź z Wasylem na obiad, to Wasyl wszystko ci pokaże, cały Londyn ci Wasyl pokaże. Wszystko za darmo. W jeden dzień.

Nie wiedziała, czy Wasyl oferuje zwiedzanie Londynu w jeden dzień, czy za darmo będzie tylko jeden dzień, ale postanowiła się nad tym nie zastanawiać. Chłopak był miły i nawet przystojny w ten oliwkowo-południowy sposób, który niektórym kobietom uderza do głowy, ale zraziła się do mocno owłosionych mężczyzn w rozchełstanych koszulach, którzy noszą biżuterię.

Torebki, które sprzedawała dla Hannah były dziwne. Nigdy wcześniej takich nie widziała. Prawie wszystkie czarne. Niektóre przypominały rozłupane siekierą krwawiące czaszki, inne obwieszone były łańcuchami, kolcami i cienkim, ale wytrzymałym materiałem, który udawał pajęczynę. Kto takie kupuje? – zastanawiała się początkowo Barbara, a przecież nabywców nie brakowało. Każdego dnia przed straganem tłoczyły się tabuny dziewcząt podobnych do tych torebek. Nosiły się na czarno, a ich poszarpane ciuchy poprzetykane były gdzieniegdzie metalem. Na odsłoniętej skórze widać było tatuaże. Lubiła im się przyglądać i zastanawiać się, jak żyją: czy tak jak wyglądają, czy też wprost przeciwnie – być może mieszkają w wypucowanych mieszczańskich domach, których pełno na przedmieściach. Za młode, by się z nich wyprowadzić na swoje, wyprowadzają się do tych strojów, tatuaży i torebek.

Lubiła z nimi rozmawiać, rozpoznawała i rozumiała coraz więcej akcentów. Irlandki, Szkotki, Walijki, Portorykanki i Jamajki.

Niektóre były dla niej bardzo miłe i zapraszały ją nawet na imprezy – musisz przyjść, będzie czadowo. To taki klub za żelazną bramą, wiesz, tylko dla stałych bywalców, ale ciebie wkręcimy. Dasz nam potem zniżkę na torebkę, hehe. Powiedz tylko przy bramie, że jesteś od Ruth. Raz nawet poszła do takiego klubu, ale nikt jej nie wpuścił. Jaka Ruth? – spytał czarnoskóry facet z dredami. – Jaka Ruth, dziewczyno? Zwariowałaś?

Być może chodziło o jej nudny strój. Dżinsy i studencka czerwona koszula w kratę to był szczyt ekstrawagancji, na jaki mogła sobie wtedy pozwolić. To, że w ręce trzymała torbę z wampirzymi zębami ze straganu Hannah, nie pomogło. Tą torebką zachwycały się wszystkie dziewczyny, nawet Ruth, która miała przecież tatuaż nad prawą piersią, kolczyki w brwiach i w nosie. Jednak pod wzrokiem dreda stała się śmieszną małą dziewczynką, a ta torebka za dużymi szpilkami matki.

– No wpuść ją weź – jakiś facet, który przed chwilą odlał się niedaleko wejścia do klubu, stanął nagle w jej obronie – może to znajoma tej, no wiesz, Ruth, która nigdy nie bierze do ust – zarechotali obrzydliwie.

Dred zgred – pomyślała sobie, wycofując się spod klubu, pod który co chwilę dojeżdżali na motorach nowi obszarpani bywalcy.

– Gdzie jest torebka z kłami? – spytała Hannah na drugi dzień. Jak na złość przyjechała wcześnie rano, przed Barbarą, choć zwykle lubiła sobie pospać.

Barbara wyjęła ją z reklamówki.

– Przepraszam, ja ją tylko pożyczyłam, naprawdę. Przyniosłam dziś właśnie, żeby oddać – zaczęła się jąkać, nie umiała kłamać – chciałam tylko zobaczyć ją dokładnie, może potrafiłabym sobie sama taką uszyć, wiesz.

– Przykro mi – powiedziała Hannah – ale w tej sytuacji już tu nie pracujesz. Zabierz swoje rzeczy.

I znowu siedziała w metrze. W tym pierwszym Londynie, Londynie nieprzebłaganym, nieobłaskawionym było tak, że wiecznie siedziała w metrze, wśród milczących różnokolorowych twarzy, które odbijając się w przeciwległej szybie, obok jej twarzy, zdawały się dziwnie nierzeczywiste niczym zdjęcia ludzi na nagrobkach.

Spóźniała się z czynszem, a David, ich landlord, który miał około pięćdziesięciu lat i mniej więcej tyle samo kilogramów nadwagi, ostatnio dość wyraźnie zasugerował, w jaki sposób mogłaby przedłużyć pobyt w pokoju w omszałym norowisku, które nazywał domem. Nie chciała prosić współlokatorów o pożyczkę.

– Czy nie możemy się jakoś dogadać? – spytała. – Przecież wiesz, że będę miała pieniądze, daj mi tylko trochę czasu, znajdę zaraz nową pracę.

– Owszem. Oczywiście, że możemy się dogadać – odpowiedział lekko zdyszany, a pulchne policzki miał nadęte i czerwone, jakby wracał z siłowni, a nie z krótkiej przejażdżki motorem. Dotarł tu swoim nowym harleyem i miał na sobie obowiązkowy uniform motocyklisty, co to sobie kupuje pierwszy motor na drugą młodość. Skórzany kombinezon z frędzlami opinał ciasno jego grube ciało, dodając mu spoconego animuszu.

– Chciałbym tylko... Gdybyś tylko mi pozwoliła je potrzymać przez chwilę w dłoniach. No, wyjmij je, proszę, na wierzch, są na pewno takie śliczne.

Jeszcze szczelniej owinęła się swetrem.

– Chyba zwariowałeś. Chyba wyszedłeś ze swojego umysłu – tak dokładnie powiedziała coraz lepszym angielskim, uznając, że w tym akurat przypadku obcy zwrot lepiej oddaje to, co chce powiedzieć.

– Nie powinnaś tak do mnie mówić, Barbaro. Możesz tego gorzko pożałować. – David zmrużył tylko oczy, a może jej się tylko wydawało, zanurzone w tłustych policzkach tak czy owak przypominały dwie małe szpary. – Pieniądze do końca tygodnia – powiedział łamiącym się głosem (pomyślała, że jest albo naprawdę wściekły, albo zawstydzony, przy czym jedno często nie wykluczało drugiego) i odszedł na tyle dostojnie, na ile pozwalały mu na to powiewające na wietrze skórzane frędzle i ciężkie motocyklowe buciory – rzecz jasna niewyrobione nówki, które musiały obcierać jego grube kostki jak jasna cholera. Odnotowała to nie bez satysfakcji.

To Brian powiedział jej, że szukają dziewczyny w pubie, w którym utrzymuje więzi społeczne. Tak o tym mówił.

– Nie wiem, czy wiesz, ale pub to skrót od domu publicznego. Nie no, dziewczyno, żaden burdel, po prostu dom otwarty dla wszystkich okolicznych mieszkańców do godziny dwudziestej trzeciej. To taki wiesz, dom kultury, tyle że nie organizują żadnych nudnych spotkań i można zagrać w bilard albo strzałki, a nawet w szachy i w dodatku można sobie jeszcze wypić i zapalić.

– Szachy? – prychnęła Barbara. – Widziałeś, żeby ktoś w pubie grał w szachy?

– Pewnie, że grają. Przyjdź w niedzielę w porze lunchu na rozmowę o pracę, tak uzgodniłem z menedżerką, to zobaczysz sama. Tylko nie przynieś mi wstydu, bo poręczyłem za ciebie, że jesteś fajna, bystra, kontaktowa, i z każdym pogadasz.

Poszła do tego pubu zdeterminowana, bo nie uśmiechała jej się wyprowadzka z małego pokoju, który wysprzątała. Umyła nawet lepkie okna i powiesiła wyprane zasłonki. Nie zamierzała też dawać Davidowi swoich piersi do potrzymania, a na samą myśl o jego tłustych i włochatych łapach robiło jej się niedobrze. No i gdzie by poszła. Nie miała już nawet kasy na bilet powrotny do Polski.

Właścicielem lokalu, w połowie pubu, w połowie klubu nocnego, był Hindus, który śladem wielu Hindusów w Londynie nie przedstawiał się swoim prawdziwym imieniem, ale dziwnym pseudonimem, niczym aktor filmów pornograficznych.

– Tiger jestem – wyciągnął do niej chłodną rękę, która wcale nie przypominała tygrysiej łapy, i mocno uścisnął. Rozchełstany był, owszem, lekko, ale udało mu się uzyskać ten efekt bez udziału złotych łańcuchów. Łańcuchy dźwigał za to wysoki, gładko zaczesany Hindus, który stał obok. – A to jest Sunny, mój wspólnik, on zarządza naszym drugim pubem. – Sunny opierał się o bar. Był, zdaje się, na lekkim rauszu.

Menedżerką pubu była Irlandka, Sharon. To ona przeprowadziła z Barbarą krótką rozmowę.

– Piętnaście razy pięć plus trzy?

– Osiem razy cztery plus sześć?

Przypominało to bardziej test matematyczny. Z matematyki zawsze była niezła, ale liczenie w obcym języku to zupełnie inna sprawa. Odpowiadała z ociąganiem, tłumacząc sobie najpierw na polski, a potem z powrotem na angielski.

– Coś, kurde, wolna jesteś dziewczyno – stwierdziła Sharon, zawijając czarne włosy za uszy – ale niebrzydka. Dasz sobie radę. Tylko się dużo uśmiechaj.

I już. Nie zapytała ani o ubezpieczenie, ani o doświadczenie. Dzięki Bogu. Przyjęła chyba za pewnik, że przychodząc do tej speluny na końcu świata, Barbara wie, jak nalać pintę piwa z pianką lub bez.

Na nieszczęście okazało się, że w potocznym angielskim zwrot „zrób mi loda” brzmi podobnie do „nalej mi z pianką” i w pierwszych dniach klienci mieli mnóstwo uciechy, patrząc jak się rumieni aż po koniuszki uszu. Praca w pubie przypominała pracę w przedszkolu, w którym pomagała kiedyś podczas wakacji. Klienci, głównie mężczyźni, byli najczęściej nieszkodliwi, nawet jeśli trochę łobuzowali i rywalizowali o jej względy.

Zaraz na początku zapamiętała kilka podstawowych zasad: nie umawiać się na randki z klientami, uciekać, gdzie pieprz rośnie, czyli na drugi koniec baru, jeśli przyjdzie John, który szybko się upije i będzie ją zanudzał tymi samymi opowieściami aż do dzwonka przed ostatnimi zamówieniami, kiedy to ze stołka zdejmie go żona lub syn. Ponadto mówić żonie Raya, która jak zwykle, około dwudziestej, zadzwoni do pubu, że Ray przed chwilą właśnie wyszedł do domu. Poza tym nie popijać alkoholu w pracy i odgryzać się za wszelką cenę. To właśnie lubili i to podziwiali. Barmankę, która jest szefową baru, a nie ofiarą ich docinków, panią celna riposta, Wendy, która panuje niepodzielnie nad wszystkimi swoimi Piotrusiami. Cała reszta śmiała się do rozpuku, gdy docinała jednemu z nich, co zdarzało się coraz częściej, w miarę jak obcy język stawał się jej sprzymierzeńcem.

Kiedy miała nocną zmianę, po dwudziestej trzeciej przechodziła na drugą stronę, do nocnego klubu. Nie chcieli jej tam tylko kiedy trwał striptiz. Klienci nie lubią kobiet za barem, kiedy jest striptiz – wyjaśniła jej menedżerka – krępują się przy nich swojej – zawahała się nad wyborem słowa – chutliwości. Kilka razy Barbara musiała jednak zastąpić któregoś z barmanów i podać drinki rozweselonej grupie facetów z pobliskich fabryk. Jej regularni klienci z pubu nigdy tam nie chodzili. Grzecznie dawali się wyrzucić o dwudziestej trzeciej.

– Zobaczymy się po drugiej stronie? – żartowała.

– W sensie że w grobie? E tam, za drogo, a poza tym czy one mają coś, czego jeszcze nie widziałem?

Kiedy Barbara stała za barem podczas striptizu, niektórzy z mężczyzn faktycznie wydawali się skrępowani. Podrywali ją niezdarnie, mówiąc, że w zasadzie to oni wolą ubrane kobiety. Takie jak ona. Ubrane kobiety są seksowniejsze. Tak tylko tu przyszli się napić z kolegą, bo to jego wieczór kawalerski czy urodzinowy. Striptizerki różnych nacji, Rosjanki, Latynoski, Rumunki, czasem nawet Brytyjki, wciskały jej w ręce kasety z muzyką, a niektóre prosiły o świeże kostki lodu. Nieskrępowane, paradowały już po chwili w samej bieliźnie, nie stopniując napięcia. Czasem miały niedogolone łydki, spocone pachy, widoczne zaognione pryszcze. Dobry Boże, to nie była żadna wyrafinowana burleska, tylko zwykła, taka siermiężna dość rozbiórka, która być może mężczyzn najbardziej podnieca. Sala była niedogrzana i zakurzona, a one znudzone i w pośpiechu. Liczyły w głowie napiwki i minuty do odjazdu autobusu. Wyginały ciało, przytrzymując się rury, krzeseł, półek na kufle, baru, czegokolwiek, byle nie upaść. Barbara nie widziała w ich tańcu lubieżności, tylko potrzebę ciągłego bycia w ruchu. Coś w tym było. Te szybsze i zwinniejsze nie dawały się za nic złapać. Niekiedy potykały się na swoich niebotycznych obcasach. Pokazywały ciało, czasem dość pulchne, a czasem chude, nie identyfikując się z nim zbytnio. Ciało było kostiumem. Starały się obsłużyć kilka takich imprez w jeden wieczór, podróżując z jednego śmierdzącego piwem i papierosami klubu do drugiego, bywało, że z jednego końca miasta na drugi.

Kiedy mężczyźni wyszli, siadały przy barze, całkiem już zwyczajne w dżinsach, swetrach, apaszkach, i liczyły napiwki, narzekając, że za małe. Dopijały kawę i pakowały swoje cekinowe mikrołaszki i kasety do wysłużonych toreb. Zgodnie z poleceniami menedżerki, Barbara wyjmowała z kasy równowartość swojej dniówki i wręczała im ze skrępowanym uśmiechem.

– Nie wolałabyś tej pracy? – spytała raz Sharon. – Masz warunki, dziewczyno. Zgrabna jesteś. Mogłabyś. W jeden wieczór zarobiłabyś więcej niż przez cały tydzień w tej norze. Dziewczyny pokazałyby ci, jak się trochę powyginać przy rurze.

– To niedorzeczne – odpowiedziała Barbara. Sam pomysł, że mogłaby się wić przy metalowym drągu i że komuś mogłoby się to podobać, wydał jej się absurdalny.

Raz na kilka tygodni właściciele urządzali w klubie specjalną hinduską noc. Białasi mieli wtedy wstęp wzbroniony, z wyjątkiem obsługi baru rzecz jasna. Wcześniej przychodził kucharz przyrządzić dwie wielkie kadzie wściekle ostrego curry. Od samego zapachu łzawiły jej oczy. Na stołach stawiała dzbany z wodą, a na barze miseczki z ulubionymi przekąskami Hindusów – orzeszkami wymieszanymi ze świeżo skrojoną cebulą. Mężczyźni przychodzili sami lub w towarzystwie kobiet, ale kobiety, odświętnie i egzotycznie pachnące, nigdy nie podchodziły do baru. Siedziały cichutko przy stolikach, jak ślicznie ubrane lalki. Kiwały głowami. Cmokały. Czasem mówiły coś sobie na ucho, jak dzieci w obecności starszych. Didżej puszczał na przemian energetyczne i tęskne hinduskie przeboje, a kiedy mężczyźni zjedli już pełne kadzie curry i wypili dostateczną ilość rumu z colą, ruszali tańczyć. Bez kobiet. Obejmowali się ramionami i wirowali na parkiecie, podczas gdy ich żony i córki, na wpół uśpione, kontemplowały stojącą przed nimi szklankę coca-coli czy soku pomarańczowego. Nieruchome, w satynowych, barwnych odmętach sari, przywodziły Barbarze na myśl manekiny w witrynach sklepów z tekstyliami.

Czasem kobiety uśmiechały się do niej nieśmiało przez mroczną długość sali, nad którą wirowały dyskotekowe kule, sypiąc kolorowymi iskrami po ścianach i suficie. Nigdy jednak nie opuszczały raz zajętych pozycji. Pewnego wieczoru na takie spotkanie przyszedł Mr Singh gorąca woda dwadzieścia cztery godziny na doba. Nawet jeśli ją rozpoznał, nie dał po sobie nic poznać. Zamówił dla siebie whisky, a dla swojej maleńkiej żony, która ani razu nie podniosła na nikogo wzroku, sok pomarańczowy.

Pewnego dnia wycierała z baru krew. Nigdy nie pomyślała, że ze szklanki można tak po prostu wylać piwo, rozłupać ją o bar i wbić w faceta stojącego obok. To się stało tak szybko, że jakby wcale się nie stało. Ani muzyka nie przestała grać, ani ludzie śpiewać i tańczyć. Nic tu nie zaszło, potwierdziła Sharon. Dwóch czarnoskórych bramkarzy wyrzuciło ich za drzwi, niech tam się ze sobą rozprawiają. Sharon powiedziała również, że nie będą dzwonić na policję, bo mogą stracić licencję na sprzedaż alkoholu. A na pogotowie? Na pogotowie zadzwoni ktoś ze stacji benzynowej obok, jeśli oczywiście będzie taka potrzeba. Nic się przecież nie stało, kurwa, dziewczyno, więc się opanuj i się uspokój. Barbara wytarła bar, a z niego strużkę krwi, choć trzęsły jej się ręce. Potem poszła do toalety służbowej na zapleczu i umyła sobie dokładnie twarz i dekolt z przyschniętych rdzawych plamek.

Pracując w pubie, Barbara nabrała pewności siebie. Nie rumieniła się już prawie wcale. Była przedszkolanką, która doskonale panuje nad grupą maluchów. Kiedy Siobhan załatwiła jej pracę w Boots w centrum Londynu, na stoisku z luksusowymi kosmetykami, nie wahała się jednak ani chwili. Wreszcie normalne godziny pracy, dobra tygodniówka i nieograniczony dostęp do darmowych próbek.

– Pamiętaj, Barbra – dla nikogo nie była już Barbarą, tylko „Barbrą” – zawsze możesz tu wrócić. Klienci cię uwielbiają – powiedziała Sharon i ucałowała ją soczyście w oba policzki, ale Barbara była gotowa, by dla odmiany posłuchać opowieści kobiet. Spędziła wystarczająco dużo czasu wśród mężczyzn.

– W tej pracy bardzo ważny jest nienaganny makijaż – ostrzegła ją nowa przełożona. Angielka. Wreszcie. Nie żeby Barbara miała coś przeciwko Turczynkom, Jamajkom, Irlandkom. Nic z tych rzeczy. Chciała jednak podszkolić swój akcent, a nowa szefowa mówiła piękną angielszczyzną osoby wykształconej. Poza tym wydawała się Barbarze nieskończenie wyrafinowana w cienkich pończochach, eleganckich czółenkach i zielonym kostiumie, który odsłaniał zgrabny rowek między piersiami.

– Ale ja się prawie wcale nie maluję – zaoponowała Barbara

– Cóż, siadaj tu w takim razie, musimy to zmienić.

– Czy naprawdę tyle tego jest potrzebne?

– Tyle? Dziewczyno, to niezbędne minimum. Baza pod podkład, rozświetlacz, podkład, korektor, puder sypki, róż, dwa uzupełniające się cienie, kredka, tusz, błyszczyk, a zrobimy to w dodatku tak, że nie będziesz wyglądała na wymalowaną, tylko wyspaną, promienną i zadowoloną z życia. – Kierowniczka zebrała przed lustrem potrzebne pudełeczka i pędzle o różnych kształtach i z podnieceniem wychwalała kości policzkowe Barbary.

– Zamknij oczy i oddaj mi się. – Barbara spojrzała na nią podejrzliwie, ale ta już była w swoim żywiole. Pewnie ją źle zrozumiałam, pomyślała Barbara. Pewnie chodziło o to, że mam się poddać, nie oddać.

Kiedy menedżerka skończyła, zbiegły się dziewczyny z pozostałych stoisk.

– Wyglądasz jak gwiazda filmowa, spojrzenie Grety Garbo, zawsze powinnaś się malować.

Barbara otworzyła oczy i spojrzała wreszcie w lustro. Patrzyła na nią inna kobieta. Trochę starsza, elegancka. Myśl, że mogłaby tak wyglądać codziennie, nie była przykra.

– Mogłabym tak wyglądać. Jak kawałek mięsa pokryty marynatą, zanim trafi do piekarnika – powiedziała, dziękując za makijaż.

Kierowniczka podniosła pytająco brwi. Pomyślała pewnie, że Barbara nie mówi wystarczająco dobrze po angielsku, być może zakwestionowała nawet decyzję kadrowej, by przyjąć tę Polkę do pracy.

– Co pani sądzi o tych perfumach? – spytał eleganc­ki mężczyzna, niepewnie podając jej flakon Opium. Nie zwróciła na niego uwagi, miał około czterdziestu lat, więc wydawał jej się wtedy, rzecz jasna, niemal starcem.

– Znakomity wybór. To perfumy dla kobiety z klasą. Jednak zapach jest bardzo charakterystyczny i niektóre panie uważają, że zbyt duszący. Są tu nuty piżma, ambry, sandałowca... Odrobina, zimą, w szczególny wieczór doskonale... hmmm – szukała odpowiedniego słowa – otuli.

– To prezent dla żony? – Za późno ugryzła się w język. Na szkoleniu często im powtarzano, by nie zadawać takich pytań mężczyznom. Wielu z nich kupowało luksusowe kosmetyki dla przyjaciółek. Tak już było, a ich rolą było maksymalizować sprzedaż, a nie moralizować.

– To dla kogoś szczególnego? – spróbowała jeszcze raz.

Mężczyzna spojrzał na nią z łobuzerskim uśmiechem.

– Można tak powiedzieć. A pani? Czy pani ten zapach się podoba?

– Tak. Jest bardzo zmysłowy i orientalny. Poza tym ja lubię charakterystyczne zapachy.

– Proszę zapakować na prezent.

Śledziła go wzrokiem, gdy odchodził do kasy, w eleganckim płaszczu i miękkim szaliku, w dobrych skórzanych butach. Widziała, jak wkłada banknoty uważnie do odpowiednich przegródek i chowa portfel do kieszeni.

Zamiast skierować się do drzwi wyjściowych, szedł znowu w jej kierunku.

Pomyślała, że może czegoś zapomniał.

On jednak postawił ozdobną torebkę przed nią na ladzie.

– Tyle pani o nich wie, być może już je pani posiada. Chciałbym jednak – zawiesił swój dobrze ustawiony głos, głos radiowego spikera niedzielnej audycji dla nocnych marków – Cóż, chciałbym, jak masz na imię? No więc chciałbym, Barbaro, byś się nimi otuliła i udała w podróż Orient Expressem.

To, co powiedział było sztuczne, jakby grali w sztuce, ale mężczyzna zachowywał się przez cały czas tak swobodnie, że nie raziło jej to, wręcz przeciwnie. Ona też chciała wygłosić jakąś kwestię, ale zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. On tymczasem zmierzał już do wyjścia.

– A ty? Jak masz na imię? – rzuciła szybko w kierunku jego oddalających się pleców, żałując po raz pierwszy, że w angielskim nie ma grzecznościowej formy „pan”, przydałaby jej się teraz, by zaznaczyć dystans między nimi. Nie chciała zachować się poufale. Nie chciała, za nic nie chciała stracić tej pracy.

– Peter. – Odwrócił się z uśmiechem.

– Dziękuję, Peter – powiedziała wreszcie, ale nie była pewna, czy usłyszał, zniknął już w obrotowych drzwiach.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Wick (ang.) – knot.