Trzecia ludzkość - Bernard Werber - ebook + książka

Trzecia ludzkość ebook

Bernard Werber

3,1

Opis

Szalony eksperyment, który zmieni na zawsze przyszłość nadchodzących pokoleń… Żyjemy w erze drugiej ludzkości. Przed nami była już jedna. Po nas… przyjdzie czas na kolejną. Antarktyka, dno podziemnego jeziora. Paleontolog Charles Wells i jego ekspedycja odkrywają pozostałości ludzkiego szkieletu o długości blisko siedemnastu metrów. Paryż. Projekt autorstwa Davida, syna Charlesa Wellsa, mający na celu zmniejszenie istoty ludzkiej, otrzymuje wsparcie nowatorskiego programu badań naukowych poświęconego „ewolucji naszego gatunku”. Charles Wells trafił na ślad pradawnej ludzkości, jego syn natomiast pracuje nad ludzkością przyszłą – dalecy są jednak od poznania prawdy. Dzięki wsparciu i miłości kobiety, Aurore Kammerer, specjalistki od Amazonek, zostanie wyjaśniona jedna z najbardziej zaskakujących tajemnic i zrealizowany najbardziej szalony eksperyment mogący na zawsze zmienić losy świata. „Oto Werber w najczystszej postaci: zapierający dech w piersiach, pełen autoironii i lekko nakręcony na new age. Prawdziwy manifest ekologiczny”. VSD „Fantazja autora, jego zjadliwa ironia, zmysł suspensu i krytyki społecznej sprawiają, że awansuje do pierwszej ligi. Jako następca Juliusza Verne’a i Philipa K. Dicka tworzy własną kosmogonię i przyprawia nas o zawroty głowy, odpowiadając na najważniejsze pytanie, jakie zadaje sobie ludzkość: co się z nami stanie?” Elle

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 628

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,1 (14 ocen)
4
2
3
1
4

Popularność




Tytuł oryginału:

TROISIÈME HUMANITÉ (1)

Copyright © Editions Albin Michel et Bernard Werber - Paris 2012

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski i Olga Rutkowska

Korekta: Edyta Antoniak-Kiedos, Agnieszka Majewska, Grzegorz Krzymianowski

ISBN: 978-83-7999-802-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Benjamina

OSTRZEŻENIE

Niniejsza historia toczy się w czasie względnym, a nie w absolutnym.

Rozgrywa się dokładnie dziesięć lat – co do dnia – po tym, jak otworzycie tę książkę i zaczniecie ją czytać.

Wszystko nieustannie ewoluuje.

Nadchodzi jednak czas, w którym zmiana następuje szybciej, gwałtowniej, bardziej spektakularnie.

Zwarty pąk przekształca się w rozwinięty kwiat.

Gąsienica wydostaje się z ciemnej otoczki i przeobraża się w lekkiego kolorowego motyla.

Nastolatek staje się dorosły.

Plemię żyjące wśród strachu, egoizmu i przemocy zmienia się w świadomą i solidarną cywilizację.

Metamorfoza ta dokonuje się często w spazmach, skurczach i bólu.

Pozostawia po sobie starą pustą powłokę na gałęzi drzewa, przykre wspomnienia związane z pożółkłymi zdjęciami, tragedie spisane na kartach podręczników historii, ruiny i muzea nic nieznaczących szczątków archaicznego świata.

Przeobrażona istota może pofrunąć ku słońcu i osuszyć nowe skrzydła.

Niemniej w miarę zbliżania się momentu metamorfozy wyłaniają się siły mające na celu uniemożliwienie jej wystąpienia. Emanują one ze wszystkich osób, które obawiają się transformacji w nieznane i wolą stagnację albo nawet powrót do tego, co było. Nie można nie doceniać hamujących sił.

Przede wszystkim dlatego, że często mają one przewagę, a także z tego powodu, że są potężniejsze i lepiej zakorzenione niż siły ewolucyjne.

Chęć pozostania w dawnym świecie budzi zaufanie. Obawa przed postępem jest naturalna. Mimo to organizm, jeśli odmawia zmiany, ulega skostnieniu, dusi się w starej skórze, nie mogąc ujawnić prawdziwego potencjału.

Kiedy danemu osobnikowi udaje się poszerzyć pole widzenia w czasie i przestrzeni, naturalnie zaczyna go pociągać metamorfoza zarówno własna, jak i dotycząca otaczających go istot.

Edmund Wells

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom VII

AKT PIERWSZYWiek oślepienia

1.

Czy istoty ludzkie potrafią ewoluować?

Czasami mnie niepokoją.

Powinnam im pomóc czy zostawić je na łaskę losu?

Nie mogę jednak ich porzucić, zaplanowałam bowiem ich udział w wielkim projekcie.

Do tej konkretnej misji muszę wybrać kilka osób spośród najbardziej pomysłowych i najmniej lękliwych.

Jak je znaleźć? Jest ich tak dużo.

A jeśli się pomylę i trafię na nieudaczników? Znam ich szkodliwość.

Choćby dziś rano jacyś nieprzytomni ludzie doprowadzili do eksplozji jednej z bomb atomowych pod moją skórą!

Była potężniejsza niż zazwyczaj.

Nie zdają sobie sprawy ze szkód, jakie mi wyrządzają.

A potem się dziwią, że reaguję.

2.

WIADOMOŚCI SPECJALNE: Dziś rano o godzinie 9.23 popękały płyty kontynentalne na dnie Oceanu Indyjskiego. Tarcie spowodowało na powierzchni trzęsienie ziemi o sile 9,1 stopnia w skali Richtera. W następstwie wstrząsów powstała trzydziestometrowa fala, która wdarła się dziesięć kilometrów w głąb lądu. Łączymy się natychmiast z naszym korespondentem na miejscu zdarzenia, Georges’em Charasem.

– Georges, wszystko widziałeś. Czy możesz nam opowiedzieć, co dokładnie się wydarzyło?

– Istotnie, oglądałem tragedię z helikoptera. Wyglądało to tak, jakby morski potwór zaatakował pakistańskie wybrzeże. Ciemnozielona ściana wody zwieńczona srebrzystą pianą runęła niczym wściekły potok na Karaczi, ekonomiczną stolicę Pakistanu, zmywając budynki i małe domy, jak gdyby były zrobione z masy papierowej. Zapewniam cię, Lucienne, że było to straszliwe widowisko. Ludzie dosłownie wylewali się na ulice, pędzili do samochodów. Nieszczęśni, nie zajechali za daleko. Pojazdy stanęły w korkach. Pasażerowie opuszczali w pośpiechu swoje nieprzydatne stalowe muszle. Biegli. Zastępy uciekinierów z bagażami i dziećmi lawirowały między unieruchomionymi samochodami. Wodna lawina postępowała niepowstrzymanie. Okropny widok. Dopadła tysiące osób – zatopiła, zmiażdżyła, zalała. Unoszące się na wodzie pojazdy zderzały się z wirującymi statkami, zgniecionymi autobusami, zniszczonymi pociągami, połamanymi latarniami, kawałkami dachów. Karaczi jest już tylko miastem zatopionym w błotnistych wodach.

– Dziękuję, Georges. Właśnie się dowiedziałam, że jest organizowana międzynarodowa pomoc dla poszkodowanych. Przedstawiciele władz pakistańskich szacują liczbę ofiar na dziesięć do dwudziestu tysięcy osób. Będziemy państwa informować w miarę rozwoju sytuacji.

3.

Proszę, już po wszystkim.

Wciąż ulepszam moje „dreszcze”.

Nadal jednak brakuje mi precyzji.

Nie celowałam wcale w ludzi z tych terenów.

Trzeba było uderzyć znacznie dalej na północnym zachodzie, tam, gdzie nastąpiła ostatnia podziemna eksplozja jądrowa.

Cóż, powinno im to mimo wszystko dać do myślenia.

Czy jestem wobec nich zbyt surowa?

Muszę wybrać jednego lub dwoje i zainspirować ich moim wielkim projektem.

Jak ich znaleźć wśród tej mrowiącej się masy osobników?

Przede wszystkim muszę się uspokoić, zapomnieć chwilowo o misji, jaką powierzę kilku istotom ludzkim. Muszę odpocząć.

Co się jednak dzieje? Coś mnie kłuje w biegun południowy. Czy to możliwe, że już usiłują się zemścić?

Nie. Nawet jeszcze nie uświadomili sobie mojej egzystencji jako żywej istoty, jak więc mogliby chcieć mnie ukarać?

Ekspedycja na Antarktykę

4.

Głowica z węglika wolframu z osadzonym diamentem przebiła właśnie twardą powłokę skorupy ziemskiej.

Końcówka świdra wiertniczego, nie napotkawszy już oporu, zanurza się dalej swobodnie niczym śrubokręt zagłębiany w miękkie drewno.

Na powierzchni – w białym i lodowatym piekle Antarktyki, chłostani przenikliwymi wiatrami – troje członków ekspedycji Charlesa Wellsa zgromadziło się w pobliżu dziesięciometrowej wieży wiertniczej, którą cierpliwie złożyło.

Silniki, stękając, wyciągają ciężkie stalowe pręty, które przebiły się przez wszystkie warstwy osadowe podłoża.

Na ekranach maszyny wiertniczej wyświetlają się wyniki pierwszych pomiarów. Na głębokości dokładnie trzech tysięcy sześciuset dwudziestu trzech metrów zauważono kieszeń powietrzną. Pod obojętnymi spojrzeniami grupy pingwinów troje ludzi demontuje po kolei wciągniki urządzenia i nachyla się nad ziejącym otworem. Głowica wywierciła otwór średnicy jednego metra, wystarczający, aby członkowie ekspedycji mogli się przezeń przedostać.

Spuszczają w głąb otworu długie, miękkie drabiny ze stalowej linki.

Opatuleni w grube pomarańczowe skafandry, trzej badacze zanurzają się w ciemnościach.

Rozjaśnione białym światłem latarek elektrycznych, a także przytłumionymi żółtymi promieniami lampek na kaskach, ukazują się ich oczom wnętrzności ziemi – lśniące i pełne zakamarków.

Celem badaczy jest weryfikacja hipotezy najstarszego spośród nich, profesora Charlesa Wellsa, od którego wzięła się nazwa tej ekspedycji. Jego zdaniem, na biegunie południowym utrzymywała się niegdyś znacznie łagodniejsza temperatura i rósł tu rozległy las iglasty, prawdopodobnie zamieszkiwany przez dinozaury.

Hipoteza ta została zresztą umocniona odkryciem dokonanym dzięki satelicie Radarsat w latach osiemdziesiątych w pobliżu rosyjskiej stacji Wostok – na głębokości trzech kilometrów miało się znajdować podlodowcowe jezioro długości dwustu pięćdziesięciu kilometrów i szerokości pięćdziesięciu kilometrów. W lutym 2012 roku rosyjska sonda zdołała przebić się aż do samego jeziora, otwór jednak, ledwie kilkucentymetrowy, umożliwił wyłącznie wydobycie próbek minerałów i lodu.

Dziś dziura jest wystarczająco szeroka, by pozwolić trzem osobom zapuścić się pod skorupę ziemską.

Profesor Wells jest przekonany, że jeśli na Antarktyce kiedykolwiek kwitło życie, to – zgodnie z zasadami logiki – w jeziorze powinny się zachować skamieliny.

Po bezskutecznych staraniach o uzyskanie subwencji od instytucji publicznych słynny naukowiec znalazł w końcu prywatnego sponsora, który zgodził się sfinansować odważną ekspedycję. Na pomarańczowym skafandrze widnieje więc, zapisana dużymi czarno-białymi literami, nazwa marki należącej do przemysłowca związanego z produkcją mrożonek: Mrożonki GELUX, tuż nad hasłem przedsiębiorstwa: „Najlepsze przechowywane w chłodzie mięsa w najniższych cenach”. Pewna stacja telewizyjna zamówiła film dokumentalny i przydzieliła kamerzystkę, pod warunkiem, że na kasku i rękawicach szefa ekspedycji pojawi się napis: „CANAL 13 – program ekstremalnych podróży”.

Dziennikarka Vanessa Biton z kamerą zawsze trzyma się z tyłu, żeby filmować Charlesa Wellsa i jego asystentkę, młodą badaczkę Mélanie Tesquet. Wszyscy troje schodzą ostrożnie pod ziemię po miękkich drabinach spuszczonych w głąb ciemności. Trzy tysiące sześćset dwadzieścia trzy metry do pokonania pionowo w dół wymagają odpoczynku co tysiąc metrów.

Wreszcie podeszwy ich butów dotykają płaskiej powierzchni.

Snopy światła przeszukują ciemność, odsłaniając powoli przestronną jaskinię.

– Jezioro Wostok... – szepcze Vanessa Biton.

W blasku latarek migoce wodne rozlewisko.

– Miał pan rację, profesorze. To nie legenda, pod ławicą lodową Antarktyki rzeczywiście znajduje się podziemne jezioro – przyznaje Mélanie Tesquet.

Posuwają się naprzód brzegiem jeziora migoczącego turkusem i fiołkowym różem. Temperatura jest niewiele wyższa niż na powierzchni i ich oddechy zamieniają się w słupy białej pary. Stalaktyty i stalagmity otaczają doskonały owal jeziora w odcieniach granatu i fioletu.

– Można by pomyśleć, że znajdujemy się w czyichś ustach – zauważa młoda dziennikarka, oświetlając długie wypustki białego lodu przypominające zęby.

– Sklepienie wygląda jak podniebienie. A to jezioro mogłoby być śliną – przyznaje asystentka naukowca.

Stawiają duże kroki.

Na ścianach zauważają ślady roślinnych skamielin – mchów i paproci.

– Tu naprawdę istniało życie – potwierdza Mélanie.

Kontynuują badanie terenu i trafiają na skamieliny zwierząt: ślimaków i małży dwuskorupowych. Mélanie Tesquet odrywa kilka z nich za pomocą dłuta. Fotografuje je, po czym ogląda pod przenośnym mikroskopem elektronicznym.

– To gatunek trylobitów, które są znajdowane w strefach umiarkowanych. To potwierdza pana hipotezę, profesorze: swego czasu panowała tutaj łagodna temperatura.

W miarę jak poruszają się naprzód, odkrywają jeszcze inne mięczaki wrośnięte w ściany, głównie ślimaki wodne, skorupiaki i robaki.

– Są olbrzymie – stwierdza Mélanie. – Nigdy nie widziałam amonitów o takich rozmiarach.

Idą brzegiem jeziora, oświetlają otoczenie, fotografują, nagrywają, pobierają próbki skał i natychmiast je analizują. Profesor Wells z kolei daje pierwszeństwo swojemu drogiemu notesowi, w którym gorączkowo coś zapisuje.

– Cóż, nie przybyliśmy tu na próżno, profesorze – oznajmia asystentka. – Możemy wydostać się na powierzchnię i ogłosić nasze odkrycie światu.

Dziennikarka podchodzi do profesora i kręci ujęcie notesu w zbliżeniu.

– Papier i ołówek, jak za czasów dawnych naukowców – zauważa młoda kobieta. – Dość staroświeckie. Nie wiedziałam, że światowej sławy badacz, taki jak pan, korzysta jeszcze z tego typu narzędzi.

Uczony nie odpowiada, notuje kilka zdań, po czym chowa notes i rusza naprzód.

– Profesorze! Profesorze! Proszę się zanadto nie oddalać, nigdy nie zdołamy zbadać całego brzegu. Musimy wrócić ze sprzętem – woła asystentka.

Mężczyzna w pomarańczowym skafandrze nieruchomieje z latarką wycelowaną w konkretnym kierunku.

– Tędy! – rzuca.

5.

Co ich napadło, żeby nakłuwać mnie na biegunie południowym, tak daleko od zgrupowań jakichkolwiek populacji?

6.

Tunel biegnie prostopadle do osi jeziora.

W świetle latarek skała zdaje się miejscami pożyłkowana ochrą, czerwienią i różem.

Troje członków ekspedycji przemierza kilometr łagodnej pochyłości, która kończy się drugą pieczarą, równie wysoką, jak pierwsza, lecz nieco węższą.

Nad podłożem unosi się cienka warstwa szarej mgły. Snopy światła rzucane przez lampy wydobywają z matowych oparów spiczaste skały.

– Po jamie ustnej jama brzuszna? – sugeruje Vanessa Biton, cały czas filmując.

– Albo serce – dodaje Mélanie Tesquet, oświetlając fragment sklepienia poprzecinany skomplikowanymi czarnymi i lśniącymi żyłkami.

Charles Wells wodzi wokoło snopem światła latarki, aż nagle zatrzymuje go na nietypowym elemencie: białej i wąskiej wypukłości wyłaniającej się z mgły. Lekko zaokrąglona, wznosi się na kilka metrów.

– Co to? – pyta zaintrygowana dziennikarka.

– Zbyt krzywe, żeby mogło być stalagmitem – stwierdza asystentka.

Podchodzą bliżej i oświetlają osobliwy kształt otoczony aureolą oparów.

– To nie jest minerał, roślina zresztą też nie – zauważa Mélanie.

Głos zabiera profesor Wells:

– To nie stalagmit, to zwierzęca kość. Jakby... żebro. Wielometrowe żebro.

Słychać przyspieszone oddechy.

– Żebro?

– Należące, moim zdaniem, do szkieletu dinozaura – oznajmia uczony z nieumiejętnie powstrzymywanym podnieceniem.

Pociera rękawicą warstwę szronu i wyjaśnia swoją hipotezę.

– Załóżmy, że żyły tutaj dinozaury. Znalazły pod ziemią schronienie przed nieprzyjaznymi warunkami środowiska, jakie zapanowały na zewnątrz. Być może po zmianie temperatury lub grawitacji.

Asystentka profesora Wellsa opuszcza krąg światła latarki na podłoże i stwierdza, że olbrzymie żebro jest jednym z wielu równie olbrzymich, tworzących mostek zespolony z kręgami kręgosłupa połączonego z kościstą kulą przypominającą czaszkę.

– Wydaje mi się, że to nie dinozaur – oświadcza.

Ruchomy snop światła ślizgający się wśród cieni zdaje się ożywiać oczodoły wielkiej głowy.

– Prawdę mówiąc, to mi nie wygląda nawet na gada – szepcze Mélanie. – Mam wrażenie, że to raczej... olbrzymia małpa albo inne zwierzę naczelne.

– To człowiek, ale gigantycznych rozmiarów – uzupełnia profesor Wells.

7.

Tym razem wwiercili się naprawdę bardzo głęboko.

Znajdują się dobre trzy kilometry pod moją skórą.

Co zamierzają zrobić?

8.

Dziennikarka Vanessa Biton filmuje półkulę, na którą składa się wierzchołek, czoło i łuki brwiowe prehistorycznej czaszki.

Dwoje badaczy fotografuje osobliwy szkielet pod wszystkimi kątami, po czym postanawia kontynuować przerwaną eksplorację podziemnej jaskini. Trafiają na drugi człekokształtny szkielet, tej samej wielkości co pierwszy. Tu również wszystkie kości są nienaruszone, doskonale zakonserwowane w chłodzie, pokryte cienką warstwą szronu.

Usta Charlesa Wellsa wykrzywiają się teraz nerwowo, wyrażając z trudem powstrzymywaną radość. Ociera wierzchem dłoni białe wąsy i brodę.

– Jeśli moje przypuszczenia się sprawdzą, być może wpadł nam w ręce dowód na to, że w zamierzchłych czasach istniał na naszej planecie inny gatunek ludzi o tytanicznych rozmiarach.

Mélanie wyciąga miernik laserowy i odczytuje liczbę, która wyświetla się na ekranie.

– Od stóp aż po głowę mierzy on siedemnaście koma dziesięć metra długości – oznajmia.

– Wysokość budynku – wtrąca Vanessa. – Jak to możliwe, by istoty człekokształtne były dziesięć razy większe od nas?

Dziennikarka filmuje odkrycie, podczas gdy naukowiec fotografuje scenę pod różnymi kątami własnym aparatem. Profesor Wells zapełnia karnet znakami, notatkami, niewielkimi szkicami i pytajnikami.

Podchodzi do niego Mélanie.

– O czym pan myśli, profesorze Wells?

– Nie mogę się doczekać, aż mój syn dowie się o tym odkryciu.

– Syn? Jest pan na Antarktyce i myśli o synu?

– David ma dwadzieścia siedem lat i pasjonuje się biologią. Jesteśmy rodziną badaczy, mój dziadek był specjalistą od mrówek. David zajmuje się głównie redukowaniem roślin, bonsai, ale teraz, w świetle tego odkrycia... – Wskazuje czaszkę końcem długopisu. – Trudno będzie przebić tę naukową stawkę.

Mélanie Tesquet nie podoba się zarozumiały ton uczonego. Odkąd wyruszyli w podróż, wciąż słyszy z jego ust superlatywy, jak gdyby musiał bezustannie wychwalać swoją śmiałość, swoje szczęście i talent.

– Przed każdym pokoleniem stoi to samo wyzwanie: przewyższyć dzieło poprzedniej generacji – mówi asystentka profesora. – Ten olbrzym stanowi zapewne pozostałość zaginionej ludzkości, my stanowimy teraźniejszość, a pana syn jest przyszłością. Na pewno poradzi sobie lepiej od nas. Zawsze można być lepszym od swoich rodziców.

Charles Wells ociera czoło i ciągnie, jak gdyby niczego nie usłyszał:

– David wreszcie pozna ignorowaną do tej pory prawdę. Odtąd on, całe jego pokolenie, a także przyszłe generacje będą dowiadywać się z podręczników historii, że przed współczesnym człowiekiem istniały te siedemnastometrowe kolosy.

Wypowiedział te słowa uroczyście, po czym wyjaśnił swoim towarzyszkom:

– Właśnie odkryliśmy, że przedHomo sapiens istniał nieznany nam dotąd gatunek ludzki.

Charles Wells waha się, notuje kilka zdań w notesie, żeby nie zapomnieć, przekreśla kilka innych, z których nie jest zadowolony, i mówi:

– Homo gigantis?

9.

Kiedy ludzie drążą tak głęboko, zawsze powód jest ten sam.

Żeby pompować moją ropę.

Gdyby tylko wiedzieli, że ta substancja... jest moją krwią, moją niezbędną czarną krwią.

Kradną mi ją zawsze z tego samego powodu.

Żeby się poruszać.

Nigdy nie widziałam równie ruchliwego gatunku.

Dzięki mojej czarnej krwi, którą napełniają baki swoich samolotów, statków, ciężarówek, samochodów, motocykli, kosiarek do trawy, mrowią się jeszcze szybciej.

W jakim celu?

Najczęściej, żeby powrócić do punktu wyjścia. Są niespokojnym gatunkiem. Wyrywają mi, co mam najcenniejszego, aby przekształcić to w niepotrzebny ruch. Nie rozumieją, że ciecz ta znajduje się pod moją skórą nie bez powodu.

Moja czarna krew pełni bardzo konkretną funkcję.

10.

Stalaktyty ociekają kroplami krystalicznej wody przypominającymi łzy.

Troje badaczy w pomarańczowych skafandrach sprawia wrażenie maleńkich w obliczu dwóch gigantycznych szkieletów odkrytych w jaskini na głębokości ponad trzech kilometrów pod powierzchnią skorupy ziemskiej.

Asystentka profesora wyciąga urządzenie miernicze i oskrobawszy delikatnie żebro elektrycznym dłutem, uzyskuje próbkę, którą umieszcza w fiolce. Włącza ekran, dokonuje regulacji, uruchamia procedurę analizy, po czym oznajmia:

– Datowanie radiowęglowe wskazuje, że te Homo gigantis mają prawdopodobnie... uwaga... Osiem tysięcy lat!

Profesor Wells pochyla się nad kręgiem białego światła padającego na płaskie i szerokie kości.

– Elementy szkieletu są pod każdym względem identyczne, z zachowaniem odpowiednich proporcji, z tymi należącymi do naszej ludzkości.

– Sądząc po kształcie miednicy, osobnik po prawej stronie to kobieta, osobnik po lewej to mężczyzna.

– Niech pan spojrzy, profesorze! – woła Vanessa. – Tutaj!

Młoda dziennikarka Canal 13 potarła ścianę jaskini i odkryła pod warstwą szronu wyrzeźbione kształty, różniące się znacznie od chaotycznych motywów na skale.

– To bez wątpienia – stwierdza Charles Wells – efekt pracy rąk.

Vanessa wciąż trze ścianę w świetle swojej latarki i powoli odsłania długi fresk.

– To musi być płaskorzeźba.

Spod jej rękawiczki wyłania się oko.

– Chcieli przedstawić samych siebie...

– Wyryli w ścianie sceny i postacie w różnych sytuacjach, jak w komiksie – szepcze Mélanie.

Pospiesznie wyciąga z plecaka palnik gazowy. Nakłada trójkątną płaską końcówkę, po czym włącza urządzenie i zbliża je do warstwy szronu osłaniającej fresk. Wypukłe sceny, uwolnione wreszcie od przeźroczystej błony, ukazują się oczom trojga badaczy.

– Jaka precyzja! – woła Mélanie. – Można by pomyśleć, że rzeźbiono bardzo wąskim dłutem, zdolnym drążyć kamień niczym laser.

Widzą twarze, klatki piersiowe, grupy osobników wykonujących codzienne czynności na tle zmieniających się scenerii.

– Wygląda na to, że opowiedziana tu została pewna historia, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem – sugeruje Vanessa.

Profesor Wells podchodzi jeszcze bliżej, przyświeca sobie, maca, wciska paznokieć w wyżłobienia.

– Chcieli zrelacjonować historię swojej cywilizacji. Opisali, kim byli, żeby o nich nie zapomniano i dowiedziano się, jaki spotkał ich los.

Mélanie Tesquet rozpoczyna fotografowanie scen jedna po drugiej, od prawej do lewej, od miejsca, które zdaje się początkiem fresku.

Vanessa zwiększa moc swojej latarki, uruchamia mikrofon i włącza nagrywanie. Na ekranie pojawiają się trzy czerwone litery REC.

– Profesorze Wells, czy mógłby pan specjalnie dla widzów Canal 13, stacji ekstremalnych podróży, wyjaśnić, co widzimy na ścianach?

– Sądząc po scenach wyrzeźbionych w kamieniu, cywilizacja Homo gigantis byłaby starsza niż wszystkie znane nam do tej pory. Ponad osiem tysięcy lat temu osiągnęli to, co pozostałe cywilizacje o „normalnych” rozmiarach odkryły znacznie później.

Młoda badaczka, nie chcąc pozostać w tyle, zajmuje miejsce przed obiektywem i wyjaśnia:

– Jeśli wierzyć freskom, olbrzymy te posiadały zdolność długotrwałego przebywania pod wodą. Na tym obrazku widzimy, jak nurkują z wielorybami.

– Rozmiary ich klatek piersiowych świadczą o wyjątkowej wydajności płucnej, umożliwiającej długie okresy bezdechu – ciągnie profesor Wells.

– Spójrzcie tutaj! Jakby scena operacji chirurgicznej.

Rejestrując cały czas głosy naukowców, Vanessa filmuje starannie każdy fragment fresku, jak gdyby chciała się upewnić, że jeśli będzie mnożyć obrazy, ich prawdziwość nie zostanie podważona przez jakikolwiek sceptyczny umysł.

Profesor Wells komentuje:

– Tutaj najwyraźniej wspominają o katastrofach naturalnych. Popatrzcie na te szczegóły, nie ma wątpliwości: pierwszy ważniejszy przewrót, jakiemu musieli stawić czoło, był związany z wodą: tsunami. Widzimy, jak wysoka fala zalewa wszystkie domy.

– Potop? – dopytuje dziennikarka.

– Zapewne „ich” potop. Sądząc po tej rycinie, a także po tej i po tej, wyspa, którą zamieszkiwali, została zatopiona, co zmusiło ocalałych do ucieczki na widocznych tu statkach.

Asystentka profesora wskazuje inną skalną płaszczyznę.

– Zobaczcie! Coś jakby bardzo szczegółowa mapa, możemy na niej rozpoznać pięć kontynentów. A jeśli przyjrzeć się trasie, którą pokonały ich statki, można stwierdzić, że dotarli do wybrzeża Meksyku, na wysokości półwyspu Jukatan, a także do Afryki Północnej, na poziomie Maroka.

– Czyli przebyli kontynent afrykański z zachodu na wschód, aż po Egipt – kończy Charles Wells, wskazując wykropkowaną trasę wyrytą w skale.

– A tutaj, na tym rysunku... widzimy, że skontaktowali się z ludźmi dziesięciokrotnie mniejszymi od nich. Wreszcie normalni ludzie... Krótko mówiąc, my – dodaje. – Albo przynajmniej nasi przodkowie.

Troje uczestników ekspedycji kontynuuje rozpoznanie, odkrywając wciąż nowe obrazy wyłaniające się spod palnika gazowego.

– Jeśli wierzyć tym scenom, potop wypędził ich z wyspy i zmusił do życia z naszymi przodkami – ciągnie Charles Wells. – Tutaj widzimy, jak kształcą lokalną ludność, uczą ją pisać i są obiektem czci.

Vanessa usiłuje dokonać podsumowania, żeby mieć całkowitą jasność.

– A więc, panno Tesquet, ci ludzie o fenomenalnych rozmiarach mogliby być wynalazcami pisma, którego początki przypadają dokładnie na ten okres, czyli osiem tysięcy lat temu? – dopytuje.

– Tak w każdym razie twierdzą freski. Wygląda na to, że podobnie rzecz się miała z medycyną. Na tej rycinie wyraźnie widać laboratoria i szpitale, w których leczeni są ludzie.

– A tutaj olbrzymi uczą małych ludzików astronomii – dodaje profesor Wells.

Troje badaczy posuwa się naprzód. W miarę jak topnieje ochronna warstwa szronu, ich dłonie dotykają wypukłych rysunków, a umysły interpretują obrazy, które ukazują się ich zafascynowanym oczom.

– Tutaj! Chodźcie zobaczyć! – woła Mélanie. – Ta scena udowadnia, że mali ludzie traktowali ich jak bogów. Olbrzymy uczą ich budować pomniki, a nawet piramidy.

– Jakie to dziwne... Wygląda na to, że budowle te służyły za nadajniki radiowe wzmacniające ich fale mózgowe – uściśla Wells. – Egipscy giganci potrafili zatem porozumiewać się ze swoimi olbrzymimi braćmi z Meksyku za pośrednictwem piramid.

Dwoje uczonych zaczyna przerzucać się hipotezami na temat znaczenia wyrytych scen.

– Zapewne dlatego panteon egipski składa się z olbrzymich bogów – zauważa Mélanie.

– Podobnie jak panteon meksykański – podkreśla Wells.

– I panteon grecki. Mówi o tym Platon w Timajosie. Twierdzi, że na zachodzie, z dala od wybrzeży Europy, istniała wyspa zaludniona olbrzymami dysponującymi wyjątkowo zaawansowaną technologią: „Atlantyda”. Wyspa ta miałaby być zatopiona. Odpowiada to idealnie płaskorzeźbom, które obecnie odkrywamy. Nie wiedzieliśmy jednak, że Atlanci mieli siedemnaście metrów wzrostu.

– Ich inteligencja była być może proporcjonalna do objętości mózgu wyposażonego w znacznie większą liczbę neuronów.

Troje poszukiwaczy powoli fotografuje i filmuje sceny, jedna po drugiej.

– Spójrzcie tutaj – ciągnie Mélanie. – Te fragmenty pokazują, że mali ludzie przestają szanować olbrzymów. Wygląda na to, że się buntują przeciwko swoim bogom i, ostatecznie, zwalczają ich.

Roztapia warstwę lodu, po czym rzuca światło na sceny batalistyczne, na których mali wojownicy stawiają czoło gigantycznym przeciwnikom.

– Sądząc po tych rysunkach, z początku olbrzymy zdobyły przewagę.

– Zwycięstwo Tytanów w wojnie bogów opisane w mitologii greckiej – przypomina Charles Wells.

– Popatrzcie jednak na ten rysunek ze słońcem przysłoniętym chmurami i z sypiącym śniegiem.

– Zmiana klimatu. Druga wielka katastrofa po potopie: gwałtowne zlodowacenie. Spadek temperatury wpłynął niekorzystnie na olbrzymy – wyjaśnia uczony.

– W ich wypadku większa powierzchnia skóry była wystawiona na działanie zimna.

– Myślicie, że cierpiały z powodu kataru? – pyta Vanessa.

– W każdym razie były osłabione. Przyjrzyjcie się tej partii fresków. To oczywiste. Wyglądają na chore. Zostały pokonane, a następnie wygnane ze wszystkich kontynentów przez małe ludziki – zauważa Mélanie.

– A tu Odyseusz dobijający ostatniego cyklopa w Odysei Homera – dodaje Charles Wells.

– Albo bóg wikingów Thor walczący z olbrzymimi Jotunami.

– David stający do walki przeciw Goliatowi. Można by podawać setki przykładów. We wszystkich mitologiach odnajdujemy sytuację, w której nasi przodkowie walczą przeciwko wielkoludom i triumfują nad nimi.

Badacze są pod wrażeniem szczegółowych obrazów relacjonujących pradawną tragedię.

– Moim zdaniem dopiero trzecia katastrofa wyjaśnia ich zniknięcie – ciągnie Wells. – Po potopie i osłabiającym chłodzie ostatecznie niszczy ich wojna z małymi ludzikami dążącymi do emancypacji.

Paleontolog daje znak Vanessie, żeby podeszła bliżej.

– Spójrzcie, niektórzy zHomo gigantis uciekają na statkach i przybijają do wybrzeży wysp, których ludność zmuszają do oddawania im czci.

– Te wielkie posągi wydają mi się znajome.

– Do licha! Sądząc po ich umiejscowieniu na mapie, nie może być żadnej wątpliwości: to Wyspa Wielkanocna!

Trzy latarki przeczesują nerwowo płaskorzeźbę, która ukazuje olbrzymów zmuszających ludzi do przedstawienia ich w formie naturalnych rozmiarów rzeźb i otoczenia ich kultem.

Lampa błyskowa Mélanie znów się uruchamia.

– Ostatnie olbrzymy walczą o życie na wszelkie możliwe sposoby, następuje jednak czwarta katastrofa – ciągnie Charles Wells.

Snop światła latarki omiata fresk, który przedstawia przerażone wielkoludy wpatrzone w coś przed nimi. Rysunek kończy się gwałtownie kamienną ścianą.

– Skała musiała runąć po tym, jak zakończyli rzeźbić swoją historię. Dalszy ciąg serialu jest ukryty za tym skalnym murem.

Poszukiwacze stoją przed pokrytą lodem ścianą, w której odbijają się niczym w lustrze. Uderzają ze wszystkich sił czekanami, ledwie zarysowując przeszkodę.

Profesor Wells wyciąga z plecaka wiertarkę i przypuszcza atak na gładką i lśniącą powierzchnię.

Wiertło się wygina.

– Twarda jak metal. Będziemy zmuszeni użyć nadzwyczajnych środków, aby obalić ostatnią zasłonę, która dzieli nas od prawdy na temat minionych czasów.

Uczony klęka i wydobywa z plecaka laski dynamitu. Układa je u stóp ściany.

– Profesorze Wells, nie sądzi pan, że to przesada? – pyta Vanessa, cały czas filmując.

– Co najmniej tyle będzie potrzebne, żeby zaatakować równie oporną skałę.

Cofają się i kładą na ziemi, zatykając uszy dłońmi, aby ochronić bębenki.

Mężczyzna wciska detonator.

11.

Tym razem wyraźnie poczułam.

Używają ładunków wybuchowych, żeby przyspieszyć prace. Zaraz pewnie ustawią swoje wieże wiertnicze i te okropne pompy do wydobywania mojej czarnej krwi.

Wkurzają mnie.

Przecież mają własne pasożyty wysysające krew, komary – i nie są wobec nich łagodni. Dlaczego więc ja miałabym ich oszczędzić?

Nadszedł czas, żebym ich poinformowała, kim naprawdę są: „tymczasowymi lokatorami”.

12.

Lustro pękło.

Między ścianami jaskini wciąż jeszcze niesie się echem huk wybuchu. Ponure trzaski rozchodzą się wśród lodowych tafli kamiennego sklepienia. Podłoże również złowieszczo skrzypi, po czym wszystko się stabilizuje. Dym się przerzedza i wiszące cząstki opadają, odsłaniając kolejną jaskinię.

Troje badaczy podąża ostrożnie naprzód.

– Oto czwarta katastrofa, która spadła na ich cywilizację – oznajmia Vanessa.

Oświetlają obraz przedstawiający swego rodzaju kulę wyłaniającą się spośród chmur.

– Coś jakby... asteroida – szepcze.

– Jej uderzenie mogło zmodyfikować grawitację na korzyść małych ludzi, ze szkodą dla ostatnich gigantów – potwierdza Mélanie.

– Niczym czterech jeźdźców z Apokalipsy świętego Jana, cztery plagi, które zniszczyły ich cywilizację – mówi profesor Wells. – Sądząc po płaskorzeźbach, można by nawet pomyśleć, że biblijna księga świętego Jana, którą traktujemy jako przepowiednię dotyczącą naszej przyszłości, mówi w rzeczywistości o ich przeszłości. Zawsze fascynował mnie ten tajemniczy i poetycki tekst, w którym czterech jeźdźców, biały, czerwony, czarny i zielony, wyłania się zza horyzontu, żeby zniszczyć ludzkość.

– Popatrzcie na rysunek tutaj, w tym miejscu. Wygląda na to, że po uderzeniu asteroidy cudem ocalało troje olbrzymów – oznajmia Mélanie, wskazując jedną ze scen fresku. – Mieliby się oni ukryć tutaj i aby nie zostać odnalezieni przez małych ludzików, zejść na głębokość trzech tysięcy sześciuset dwudziestu trzech metrów pod lód, aż do... jeziora Wostok.

– Troje ostatnich Homo gigantis, ocalałych przedstawicieli wysoko rozwiniętej cywilizacji, obróconej w nicość przez cztery niszczycielskie katastrofy – szepcze Charles Wells, nie mogąc oderwać oczu od płaskorzeźb.

– Wygląda na to, że podczas długotrwałego wygnania pod powierzchnią bieguna południowego olbrzymy postanowiły opowiedzieć historię swojej zaginionej cywilizacji – podsumowuje Mélanie.

– Zapewne umarły z głodu, zimna albo ze starości.

Vanessa przerywa nagrywanie.

– Poczekaj, coś mi w tej hipotezie nie pasuje. Z fresku wynika, że powinno być troje gigantów, a my znaleźliśmy tylko dwa szkielety. Czy to możliwe, żeby jeden obrócił się całkowicie w pył?

– A dwa pozostałe miałyby pozostać nienaruszone? Nie, to nie do pomyślenia – przyznaje Mélanie.

Tymczasem Charles Wells przeszukuje latarką każdy zakamarek ciemności, zaglądając w szczeliny i pęknięcia.

– Jeszcze jedna kwestia – ciągnie Vanessa, zadowolona, że udało jej się zaskoczyć swoim pytaniem dwoje naukowców. – Dlaczego zadali sobie tyle trudu, żeby wyryć komiks w tym miejscu, na tej głębokości? Szansa, że ktoś go odkryje, była właściwie... zerowa.

Profesor Wells uśmiecha się.

– Zrobili to dla nas.

– Jak to „dla nas”?

– Myślę, że podejrzewali, że pewnego dnia najśmielsze, najdociekliwsze i najbardziej uparte z istot ludzkich dotrą tutaj. Chcieli, żeby poznały prawdę.

Milczą ze wzrokiem utkwionym w ostatniej scenie, przedstawiającej olbrzyma rzeźbiącego podobiznę samego siebie... rzeźbiącego ostatni rysunek. Efekt głębi jest ujmujący.

Charles Wells sięgnął po notes i długopis, wsadził latarkę do ust i zaczął pospiesznie zapisywać myśli w obawie, że mu umkną.

– Homo gigantis byli bardzo inteligentni, a mimo to wyginęli. Na czym polegli, pana zdaniem, profesorze Wells? – pyta Vanessa, zbliżając ponownie oko do celownika kamery.

– Nie dokonali właściwych wyborów – odpowiada za niego Mélanie.

– A gdybyśmy po prostu uznali, że mieli pecha? Meteoryt to zrządzenie losu – protestuje dziennikarka.

– Powinni byli się przystosować. Istota ewolucji polega na ciągu katastrof, które zmuszają dany gatunek do mutacji. Ci, którym uda się dostosować, ocaleją. Mali ludzie znaleźli drogę ewolucji dostosowaną do okoliczności, jakkolwiek dramatyczne one były. Na dowód tego my, potomkowie małych ludzi, istniejemy do dziś, a oni nie.

Charles Wells wciąż notuje w notesie, podczas gdy Mélanie rozwija jego teorię przed obiektywem kamery.

– Meteoryt mógł zmienić ziemską grawitację, utrudniając im życie ze względu na ich wzrost, podobnie jak to było kilka milionów lat temu w wypadku dinozaurów. To tylko pech działający na niekorzyść wielkich i dający przewagę małym.

Profesor Wells nie zaprzecza. Wciąż skrobie ciągi zdań w notesie. Następnie zdejmuje kaptur, odsłaniając włosy równie długie, jak jego biała broda, wyciąga z kieszeni buteleczkę z alkoholem, jak gdyby potrzebował rozpuszczonych i sfermentowanych roślin, żeby przetrawić ogrom odkrycia i skupić się na jego konsekwencjach.

– Mimo wszystko... Do licha... Cóż za odkrycie! Ale się zdziwi, gdy się dowie – szepcze.

– Wciąż myśli pan o swoim synu? – pyta dziennikarka.

– Nikt nie będzie chciał nam uwierzyć – przyznaje Mélanie. – Nikt. Wszystkim pomiesza się w głowach. Olbrzymy. Cywilizacja olbrzymów... prawdopodobnie bardziej rozwinięta od naszej... to policzek dla historyków, archeologów, a nawet dla religii! Pomyśleć, że większość starożytnych kultów nazywała Homo gigantis „bogami”. Ileż tajemnic przeszłości zostałoby wyjaśnionych.

Charles Wells bierze kolejny łyk napitku.

– Będą zmuszeni nam uwierzyć! Są moje notatki, jest film Vanessy i mamy zdjęcia – odpowiada. – Mogę zagwarantować, że za kilka dni wszystkie gazety będą się rozpisywać na ten temat. Trafimy na czołówki wiadomości. Później nastąpi najazd na Antarktykę i jezioro Wostok. Zjawią się tu setki badaczy. A kiedy odkryją dwa olbrzymie szkielety i ten fantastyczny fresk, będą zmuszeni zrewidować wszystkie podręczniki do historii i prehistorii. Czy tego chcą, czy nie, osiem tysięcy lat temu naszą ludzkość poprzedzała ludzkość gigantów. Tak jak przed jaszczurkami istniały dinozaury.

– Znam środowisko naukowe – mówi młoda kobieta, robiąc sceptyczną minę. – Pan i ja jesteśmy nikim wobec uniwersytetów i dawnych przekonań. Co zaś dotyczy zdjęć i filmów, na pewno znajdą sposób, żeby podważyć ich prawdziwość.

– Nie będą mieli wyboru. Przyjadą tutaj i stwierdzą fakty. Będą zmuszeni zmienić punkt widzenia. Bo taka jest prawda.

Vanessa odstawia kamerę i zdejmuje plecak.

– Zgłodniałam. Nie macie nic przeciwko temu, żebyśmy zrobili sobie przerwę na obiad?

– Nie spieszy nam się – mówi Charles Wells. – To miejsce czekało osiem tysięcy lat, żeby przekazać nam swój sekret, może więc poczekać jeszcze kilkadziesiąt dodatkowych minut. Jeżeli oczywiście nie zmarzłyście za bardzo.

Mélanie zapala palnik, na którym stawia garnek, wlewa do niego wodę z manierki i zawartość torebek z liofilizowanym jedzeniem o smaku łososia ze szczawiem i kurczaka po baskijsku.

– Pańscy koledzy mają wyjątkowo sztywne poglądy, drogi profesorze, sam pan wie – stwierdza. – Nie mówiąc już o ich zazdrości względem pana.

– Zmienią się. Oni też „zmutują”.

– Proszę się nie łudzić. Kiedy tylko poruszymy ten temat, roześmieją się nam w twarz. Już słyszę, jak nas wykpiwają.

– Publiczność nas wesprze.

– Publiczność to dla nich tylko banda ignorantów. I cóż znaczy wsparcie słuchaczy, jeśli ma się przeciwko sobie wszystkich współpracowników!

– Obawiam się, że pańska koleżanka ma rację, profesorze – wtrąca dziennikarka. – W naszym interesie jest jak największa ostrożność. Istnieje obawa, że nawet dysponując dowodami rzeczowymi, wyjdzie pan na wariata albo oszusta.

– Ach! Pani także swoje?

– Wiem coś o lekceważeniu, jakie otacza niektóre tematy, takie jak Atlantyda albo nawet potop, a jeśli dorzuci pan do tego olbrzymy i upadłą wysoko rozwiniętą cywilizację...

Na twarzach obu kobiet maluje się sceptycyzm.

Pochłaniają biszkopty maczane w gorącej kawie.

– Do licha, w obliczu takiego odkrycia nie możemy się poddawać! Mentalność da się zmienić. Sądzę, że zostaniemy nawet docenieni za wyjawienie wielkiej tajemnicy.

– Jest pan optymistą.

– Cóż znaczą obrazy wobec stuleci przesądów? – pyta Mélanie.

– A nasze próbki kamieni i lodu?

– Ich prawdziwość zostanie podważona. W naszych czasach, gdy mamy do dyspozycji skamieliny, nawet teoria Darwina ma mniejsze powodzenie niż teoria kreacjonizmu. Jeśli to może pana uczynić bardziej pokornym, profesorze, przypominam, że większość nauczycieli na świecie uczy dzieci, że to Bóg stworzył człowieka.

– Do czego pani zmierza?

– Będziemy mieć przeciwko sobie naukowców ORAZ wierzących!

– A fresk? Po nas przyjdą tu inni ludzie.

Mélanie wzrusza ramionami i układa próbówki w plecaku. Charles Wells, zirytowany tymi uwagami, wyciąga notes i długopis, po czym zabiera się do redagowania tekstu. Pisze i poprawia każde zdanie, jak gdyby szykował przemówienie, tymczasem dwie młode kobiety przyglądają mu się.

Uczony przerywa i pociąga długi łyk whisky. Chce zamknąć piersiówkę, lecz korek wypada mu z rąk i toczy się po podłożu. Wells schyla się po niego i nagle zamiera ze wzrokiem utkwionym w jeden punkt.

– Chyba... chyba znalazłem ostatniego olbrzyma.

Klęka i rękawem skafandra przeciera warstwę szronu na podłożu.

13. ENCYKLOPEDIA: APOKALIPSA

Z greckiego apo icalypsis, wyraz „apokalipsa” oznacza dosłownie „zdjęcie zasłony”.

Tłumaczony później jako „objawienie” albo „obnażenie prawdy”, termin ten stał się synonimem „końca świata”, ponieważ człowiek nie dostrzega prawdy (ukrytej za zasłoną jego własnych iluzji i kłamstw) i jej objawienie byłoby dla niego fatalne w skutkach.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej (powtórzenie z tomu V)

14.

Pod lodem dostrzegają beżową masę.

Paleontolog rzuca się w stronę latarki. Snop światła rozprasza się na milion błysków w sercu błękitnego lodu. Charles Wells zdejmuje rękawice i pociera podłoże gołymi rękoma.

Widoczny przez warstwę przeźroczystego lodu człowiek sprzed wieków jest nienaruszony. Mierzy piętnaście metrów wysokości, ma długie białe włosy i brodę, jest odziany w zużyte ubrania.

– Przypomina... – szepcze Vanessa.

– Kogo?

– Świętego Mikołaja albo Boga.

– To tylko stary mężczyzna z bardzo długą białą brodą – stwierdza trzeźwo Mélanie.

Profesor Wells nie kryje radości.

– Oto mamy nasz dowód nie do odparcia. Tego, moje panie, nikt nie zakwestionuje, to nie artefakt.

– Trzeba pobrać odrobinę zakonserwowanej pod lodem tkanki i przeprowadzić analizę DNA. Wreszcie poznamy biologię praludzi.

Wciąż uzbrojona w palnik, młoda badaczka roztapia lód na wysokości twarzy olbrzyma, po czym, odsłoniwszy jego usta, szpatułką pobiera próbkę komórek nabłonkowych z wnętrza policzków.

Pod elektronicznym mikroskopem tkanki okazują się zupełnie nienaruszone.

Mélanie powtarza zabieg i umieszcza pobrany materiał w aparaturze do datowania radiowęglowego.

– Sądząc po jądrach komórek tego Homo gigantis, zmarł w bardzo zaawansowanym wieku – oznajmia.

– Ile miał lat? – pyta niecierpliwie dziennikarka.

– Nie uwierzycie. Zgodnie ze wstępnymi danymi człowiek ten ma blisko tysiąc lat. Moja aparatura jest w tej kwestii kategoryczna.

– Matuzalem – szepcze profesor Wells.

– Być może autorzy Biblii znali ich życie i chcieli je opisać. Widzicie, Biblia nie jest naszym wrogiem, przeciwnie, potwierdza nasze badania. Wszyscy uważali, że życie trwające ponad pięćset lat to legenda, tymczasem to prawda – stwierdza uradowana Vanessa.

– Tysiąc lat? Zadziwiające, że tyle elementów związanych jest z liczbą dziesięć – zauważa profesor Wells. – Olbrzymy we wszystkim przewyższają nas dziesięciokrotnie. Są dziesięć razy większe od nas. Żyją dziesięć razy dłużej.

Uczony notuje tę obserwację, a także kilka pomysłów nią zainspirowanych. Zadowolony chowa notatnik razem z kartą pamięci aparatu fotograficznego do nieprzepuszczalnej saszetki, którą wkłada do wewnętrznej kieszeni skafandra z napisem MROŻONKI GELUX.

Młoda badaczka pobiera kolejne próbki, aby uzyskać cechy charakterystyczne DNA olbrzyma, nagle jednak zaczyna wiercić ją w nosie i kicha.

– Musiałaś się zaziębić – zauważa dziennikarka.

Asystentka wyciera nos i wraca do pracy.

– Jeśli się przebywa na zewnątrz przy temperaturze dobrze poniżej zera i obmacuje zamarznięte skamieliny, nie można się dziwić tego rodzaju niedogodnościom – usiłuje zażartować badaczka.

15.

Co oni tam robią?

Co knują na moim biegunie południowym?

Muszę ich powstrzymać, zadziałać bardzo precyzyjnie.

Jak zadrżeć tylko w jednym miejscu mojej skóry?

Przy odrobinie koncentracji powinno mi się udać.

16.

Profesorem wstrząsa dreszcz. Wyciąga z plecaka sprzęt do kopania, żeby wydobyć ciało z jego lodowego kokonu. Trzy osoby zaczynają kopać wokół zamrożonego olbrzyma.

Mélanie dostaje tak gwałtownego ataku kaszlu, że musi na chwilę przerwać pracę.

– W porządku, Mélanie? Zakrztusiłaś się?

– To nic, zaraz minie – udaje jej się wyartykułować.

Dziennikarka filmuje.

– Profesorze Wells, sądzi pan, że i nasza cywilizacja mogłaby zniknąć?

– Kto wie? Swego czasu olbrzymy również musiały czuć się niepokonane.

Wskazuje mężczyznę pod lodem.

– A jednak wystarczył jeden kamień przybyły z kosmosu.

Dokładnie w tym momencie wielki stalaktyt odrywa się od sklepienia i zatapia się w zamarzniętym jeziorze.

Huk roznosi się echem po całej jaskini. Ziemia zaczyna drżeć.

Temperatura gwałtownie wzrasta. Troje poszukiwaczy podbiega do ściany, żeby uniknąć spadających włóczni, które świszczą wokół nich. Vanessa nie może przestać wyobrażać sobie, że stalaktyty to zęby zamykających się ust, które chcą ich zmiażdżyć.

Przywierają do skały.

Z kamiennego gardła na drugim końcu pieczary zaczyna wydobywać się para. Temperatura staje się nieznośna.

– W pobliżu musiało dojść do wycieku lawy – woła uczony, usiłując pojąć nieoczekiwane zjawisko.

Jak gdyby na potwierdzenie jego hipotezy gardziel wypluwa dymiącą melasę. Rozpalona magma zalewa zamarznięte jezioro, doprowadzając je natychmiast do wrzenia. Ogień i lód mieszają się, ale temperatura wciąż rośnie.

– Tędy! – krzyczy Vanessa, wskazując w głębi jaskini niszę, która mogłaby im posłużyć za opatrznościowe schronienie.

Biegną, lecz lodowa skorupa jeziora coraz bardziej się ugina. Nagle pęka na całej długości z odgłosem rozdzieranego materiału.

Troje uczestników wyprawy czuje, że ziemia umyka im spod stóp.

Charles Wells nie zdąża na czas przytrzymać się brzegu i ześlizguje się. Szamocze się, usiłuje utrzymać głowę nad powierzchnią, lecz potężny wir wciąga go w głąb jeziora. Pochłania go wąskie gardło i wsysa niczym syfon umywalki.

Vanessa i Mélanie w następnej kolejności zostają wciągnięte do kamiennego jelita.

Na szczęście ich grube izotermiczne stroje są odporne na ekstremalne temperatury. Prąd znosi całą trójkę w stronę podziemnej zjeżdżalni, która przekształca się w labirynt. Małe latarki na kaskach oświetlają nieregularnie przesuwające się obok nich ściany.

Profesor Wells znajduje się na czele. Niesiony wartkim prądem znika w szerokim gardle, nie mając możliwości zwolnić. Jego skafander postrzępił się o krawędzie skał. Nagle tuż przed nim wyłania się ściana z otworem o średnicy zbyt małej, by mógł się w nim cały zmieścić. Wie jednak, że przy obecnej prędkości nie zdoła go uniknąć.

Otwiera usta. Przerażony wybałusza oczy. Instynktownie wyciąga naprzód ręce w obronnym geście.

Rocznik „Ewolucja”

17.

Ciało zostaje doszczętnie zniszczone.

Krew tworzy purpurowy ślad, który ciągnie się przez klatkę piersiową, ukazując miazgę złożoną z mieszaniny trzewi i nóżek.

David Wells wyciera ręce. Komar, który mu dokuczał, został unieszkodliwiony. Wciera go w białą chusteczkę i pozbywa się resztek szczątków szkodnika. David Wells nienawidzi komarów.

Bierze głęboki wdech, przekracza monumentalne uniwersyteckie progi Sorbony i dociera przed dębowe lakierowane wrota. Sala imienia Darwina. Na tabliczce widnieje napis: „Kandydaci na konkurs o ewolucji – proszę wchodzić bez pukania”.

Trochę się denerwuje.

Spogląda na zegarek. Dziesiąta pięćdziesiąt osiem.

Został wezwany na jedenastą. Zazwyczaj, mając nazwisko zaczynające się na „W”, przychodzi na ósmą i zostaje przyjęty ostatni, ale tym razem nakaz stawienia się przypada na chwilę, kiedy miał największe szanse się tu pojawić.

Naciska klamkę. Sala jest olbrzymia, ze ścianami pokrytymi boazerią i z freskiem na suficie przedstawiającym ewolucję. Jest to długa procesja, w której defilują ameba, ryba, płaz, jaszczurka, małpiatka, małpy, a następnie ludzie, którzy prostują się, pojawia się na nich kamizelka z niedźwiedziego futra, następnie skórzane spodnie, dżinsy, a na końcu stroje kosmonautów. Wszyscy oni zdają się zazdrościć stojącemu przed nimi i gardzić tym, który idzie z tyłu.

Na ścianach widnieją portrety wybitnych profesorów zasłużonych dla historii uniwersytetu. Pierwsi noszą stroje renesansowe i dzierżą instrumenty należące do swojej epoki. Następnie, w porządku chronologicznym, ubrania się zmieniają – od aptekarza i golarza w długiej sukni i spiczastej czapce po naukowca w białym kitlu trzymającego cyfrowy tablet. Najstarszych namalowano na wielkich obrazach, najbardziej współcześni pojawiają się na kolorowych przestrzennych fotografiach.

Przed Davidem Wellsem, na podwyższeniu, siedzi w rzędzie dziewięcioosobowe jury.

Wysoka kobieta o młodym wyglądzie, z włosami zaczesanymi w ciasny kok, w okularach w rogowej oprawie, zajmuje miejsce pośrodku. Najwyraźniej przewodniczy składowi sędziów. Na tabliczce przed nią widnieje nazwisko: Christine Mercier.

Po obu jej stronach siedzą starsze osoby. Na lewym krańcu stołu jedna z nich śpi, cicho pochrapując, ignorowana całkowicie przez współpracowników. Na prawym krańcu zasiada druga kobieta. David nie zauważył jej od razu, gdyż jest bardzo niska, zajmuje miejsce na specjalnie podwyższonym krześle. Bezustannie manipuluje przy swoim smartfonie, jak gdyby odczytywała wiadomości spływające jedna po drugiej.

David Wells podchodzi bliżej.

Pod ciągiem wysokich witraży na bocznych ścianach siedzi około sześćdziesięciu zaniepokojonych młodych osób. Ściskają na kolanach teczki z dokumentacją. Po prawej dwoje z nich przegląda nerwowo notatki w oczekiwaniu na swój występ przed sądem konkursowym.

– Następny! – rzuca Christine Mercier. – Kandydat numer sześćdziesiąt siedem. Doktor Francis Frydman. Projekt „Android: ku sztucznej świadomości robotów”.

David Wells dyskretnie dołącza do trojga kandydatów i siada, skupiony.

Francis Frydman jest młodym, bladym i pryszczatym mężczyzną w okularach z grubymi szkłami i w butach na gumowej podeszwie. Wyjaśnia zwięźle, że jest związany z wydziałem robotyki w Montpellier. Jeśli zostanie wybrany, ma nadzieję dokonać znacznego przełomu w budowie maszyn: wpoić im pojęcie „ja”.

Byłoby to jego zdaniem przejście od „sztucznej inteligencji”, która jest tylko umiejętnością obliczeniową, do „sztucznej świadomości”, która umożliwia odróżnienie swojej osobowości od reszty świata.

– Kiedy roboty androidy posiądą samoświadomość, staną się robotnikami zdolnymi do osobistych inicjatyw, idealnymi służącymi. Mogliby stworzyć liczny i mało kosztowny proletariat, co pozwoliłoby na rozwiązanie niektórych problemów ekonomicznych i socjalnych. Moglibyśmy je zaprogramować, usuwając wszelką skłonność do buntu lub strajku. Dzięki świadomości „ja” byłyby twórcze i potrafiłyby rozwijać własne pomysły, nie mając jednocześnie postawy roszczeniowej. Same zalety, żadnych wad.

– A jeśli oszaleją? – pyta jeden z członków jury.

– Należałoby wymyślić psychologię, psychiatrię i psychoanalizę dostosowane specjalnie do nich i do pytań, które mogłyby zadać. Pod kątem mojej pracy dyplomowej zamierzałem udać się do centrum wysokich technologii w Seulu w Korei Południowej, żeby pracować nad pierwszymi populacjami inteligentnych robotów i sprawić, żeby przekroczyły próg świadomości.

– Do Seulu?

– Tam znajdują się najdoskonalsze roboty. Koreańczycy znacznie wyprzedzili resztę świata, zarówno w dziedzinie chipów, ekranów czy obwodów scalonych, jak i mechaniki czy robotyki.

Zapada cisza, słychać tylko chrapanie drzemiącego członka komisji. Pozostali konsultują się między sobą, wymieniają uwagi na małych karteczkach, po czym, nie patrząc kandydatowi w oczy, kobieta z kokiem sięga po listę i oznajmia:

– Dziękujemy, doktorze Frydman. Następny. Kandydat numer sześćdziesiąt osiem. Doktor Aurore Kammerer. Projekt „Amazonki: wzmocnienie systemu odpornościowego dzięki kobiecym hormonom”.

Z gracją wstaje młoda kobieta i zajmuje miejsce przed składem sędziów. Kasztanowe włosy ma ścięte krótko, jest ubrana w czarne spodnie, żółty żakiet i czarną bluzkę, co nadaje jej męski wygląd, ledwie złagodzony broszką w kształcie pszczoły w tych samych kolorach.

– Jestem związana z wydziałem medycyny w Tuluzie, a moją specjalnością jest endokrynologia. Odkryłam ostatnie żyjące plemiona Amazonek na południowym wschodzie Turcji, przy granicy z Iranem. Nazywają się „kobietami-pszczołami” i otaczają te owady czcią. Dzięki miodowi, a także pszczelemu mleczku królowej oraz propolisowi kobiety te zdołały opracować oryginalny zestaw leków, które wydają się niezwykle skuteczne – wskaźnik zachorowań utrzymuje się wśród nich znacznie poniżej normy. Kobiety te cechuje również inny od naszego zestaw hormonów, jak gdyby były mutantami. Sądzę, że duży wpływ na to ma przyjmowanie żeńskich hormonów pszczelich. Obecnie plemię jest rozproszone w Turcji i Iranie. Gdyby wyginęły, ich wiedza zostałaby zapomniana. Mam zamiar udać się na miejsce i zbadać im krew, a także zgłębić ich wiedzę z zakresu chemii organicznej.

Kobieta z kokiem chce coś zanotować długopisem, ten jednak nie działa. Potrząsa nim, wreszcie pożycza inny od sąsiada.

– Dziękuję, panno Kammerer. Ostatni kandydat. Numer sześćdziesiąt dziewięć. Doktor David Wells. Projekt „Pigmej: ewolucja przez zmniejszenie”.

Młody człowiek występuje naprzód przed komisję.

– Doktoryzowałem się na wydziale biologii w Paryżu, moją specjalnością jest badanie wpływu środowiska na fizjologię ludzką i zwierzęcą. Mój projekt dotyczy fenomenu redukcji rozmiaru gatunków. Według mnie wszystko się miniaturyzuje: dinozaury zmieniły się w jaszczurki, a mamuty w słonie. Swego czasu rozpiętość skrzydeł ważki wynosiła półtora metra, obecnie wynosi zaledwie piętnaście centymetrów. W naszym bliższym otoczeniu wilki przekształciły się w yorki, a tygrysy w koty syjamskie.

Niska kobieta krzywi się, okazując całkowity brak zainteresowania tematem, który powinien dotyczyć jej w pierwszej kolejności.

– Moglibyśmy również wymieniać rośliny – ciągnie David. – Niegdyś niektóre sekwoje osiągały do stu metrów wysokości. Obecnie należą do królestwa drzew średnio dziesięciometrowych. Niedawno odkryto, że karaluchy zmniejszyły się, żeby móc przemieszczać się rurami nowoczesnych domów. Wreszcie w dziedzinie przedmiotów: samochody konstruuje się coraz mniejsze, aby zaadaptować je do zatłoczonych miast, komputery również mają tendencję do miniaturyzowania się, nawet średnia powierzchnia mieszkań się kurczy ze względu na przeludnienie dużych miast.

– To jest pański temat? – dopytuje kobieta z kokiem. – Chce pan „zmniejszyć świat”?

Kilkoro jurorów usiłuje powstrzymać wybuch śmiechu.

– Moja praca miałaby polegać na realizacji reportażu w Afryce, konkretnie na terenie Demokratycznej Republiki Konga, na temat śladów ostatnich Pigmejów. Są oni uważani za istoty zacofane, pod pretekstem, że są potomkami najstarszego znanego nam gatunku ludzkiego. Tymczasem znalazłem studium wykazujące, że rozwinęli oni niewyjaśnioną odporność na ukąszenia komarów odpowiedzialnych za przenoszenie wirusów dengi i chikungunya. Są bardziej odporni na malarię, śpiączkę i dyzenterię. Chciałbym, podobnie jak moja przedmówczyni, udać się na miejsce i zbadać ich krew. Liczę również, że uda mi się zrozumieć, dlaczego ich system odpornościowy jest lepiej rozwinięty niż ten tak zwanych cywilizowanych ludzi. Być może uda mi się też sprawdzić, czy Pigmeje nie są przypadkiem ludźmi przyszłości, gdyż daleko im do zacofania.

Zapada przeciągająca się cisza. Jurorzy spoglądają po sobie. Wreszcie zabiera głos karlica.

– Hm... Panie Wells, czy jest pan rzeczywiście synem profesora Charlesa Wellsa? Charlesa Wellsa, który wybrał się w ramach wspieranej przez media ekspedycji na biegun południowy?

– Hm... Istotnie.

– Dotarły do nas najnowsze wieści. Bardzo nam przykro. Mamy nadzieję, że odnajdą pana ojca.

David nawet nie drgnął.

Christine Mercier sprawdza, czy jej długopis działa, notuje coś i daje Davidowi znak, żeby dołączył do pozostałych kandydatów zajmujących krzesła po lewej stronie sali. W tym momencie śpiący członek komisji budzi się gwałtownie i przytakuje temu, co zostało powiedziane.

Uczeni, którzy przedstawili swoje projekty, czekają na werdykt. Christine Mercier naradza się z ośmioma kolegami, po czym wstaje i zwraca się do kandydatów.

– Są państwo pierwszym rocznikiem nowej sekcji na Sorbonie, specjalizującej się w badaniu „Przyszłej ewolucji ludzkości”. Jest to temat, który testujemy, ale mamy zamiar wspierać. Wkrótce zaproponujemy możliwość bronienia doktoratu, a ewolucjonizm być może okaże się nową pełnoprawną dziedziną nauki. Wszyscy państwo mają tytuły naukowe wysokiego stopnia, wszyscy są związani z renomowanymi szkołami wyższymi i uniwersytetami, wszyscy podążają różnymi ścieżkami kariery, ale mają głęboko zakorzenioną potrzebę zrozumienia, „dokąd zmierzamy”.

Młodzi ludzie potakują.

– Konkurs ten pozwala nam wypromować nową naukę. Stanowicie grupę sześćdziesięciu dziewięciu kandydatów prezentujących sześćdziesiąt dziewięć oryginalnych projektów. Wybierzemy spośród was trzech finalistów, którym przyznamy stypendium umożliwiające realizację pracy na wybranym terenie. Oczywiście podróż i wszelkie koszty zostaną sfinansowane w całości.

Wśród kandydatów rozchodzi się szmer zadowolenia.

– Chciałabym jednak najpierw przypomnieć wam o pewnych zasadach. Sorbona to miejsce tradycji. Z uniwersytetu – jakże przesiąkniętego wspomnieniami – spogląda na nas tysiąc lat historii nauki. To świątynia wiedzy. Naszym pierwszorzędnym kryterium przy wyborze trzech finalistów będzie zatem to, „co poprawi życie przyszłych pokoleń”. Poproszę teraz, aby poczekali państwo tutaj. Za godzinę zakończymy obrady i ogłosimy nazwiska trzech laureatów pierwszego rocznika „Ewolucji”.

David Wells przygląda się rywalom. Po jego prawej pewien naukowiec otwiera papierową teczkę z napisem: „Kandydat 21”. Doktor Gérard Saldmain. Projekt: „Fontanna młodości”, z podtytułem: „Aby ludzie żyli ponad dwieście lat”. Teczka jest ozdobiona rysunkiem przedstawiającym roześmianego staruszka wyrzucającego w górę swoją laskę. Nieco dalej inny uczony trzyma koszulkę na dokumenty opatrzoną informacją: „Kandydat 03”. Doktor Denis Ledélezir. Projekt: „Klonowanie bez lęku. Aby wybierać swoje dzieci i reprodukować w nieskończoność najlepszych”. Ilustracja: zdjęcie uśmiechniętego płodu powtórzone dwanaście razy.

Najdłużej David przygląda się młodej kobiecie od projektu z Amazonkami. Ma wrażenie, że gdzieś się już zetknęli. Kobieta odwzajemnia mu jego uporczywe spojrzenie i David spuszcza wzrok.

Przypominają mu się słowa karlicy-jurorki. „Dotarły do nas najnowsze wieści. Bardzo nam przykro. Mamy nadzieję, że odnajdą pana ojca”. David wyciąga smartfona, włącza go i wybiera aplikację telewizyjną, żeby obejrzeć wiadomości na całodobowym kanale informacyjnym.

18.

PIŁKA NOŻNA: Wkrótce w Rio de Janeiro rozpoczną się mistrzostwa świata w piłce nożnej i oczy całego globu są już zwrócone w stronę tego wielkiego brazylijskiego miasta. Ponad tysiąc dwustu dziennikarzy przyjechało na miejsce, przybycie zapowiedziały także liczne głowy państw, które zamierzają wspierać swoje drużyny narodowe. Według trenera drużyny francuskiej gracze jeszcze nigdy nie byli tak mocno zmotywowani, a kapitan Narcisse Diep jest przekonany o sukcesie. W wyniku losowania Francja zmierzy się w swojej grupie z krajami, które – jego zdaniem – bardzo łatwo będzie pokonać.

KATASTROFA W PAKISTANIE: Szacuje się, że w wyniku katastrofy w Karaczi zginęło lub zaginęło od piętnastu do dwudziestu tysięcy osób. Stolica ekonomiczna Pakistanu została całkowicie spustoszona przez trzęsienie ziemi i niszczycielskie tsunami. Pierwsze oddziały ratowników dotarły już na miejsce i zaczynają oczyszczać zalane błotem ulice. Ludność, która zdołała uciec, została umieszczona w tymczasowych obozach. Łączymy się teraz z naszym specjalnym korespondentem, Georges’em Charasem. Powiedz mi, Georges, jak wygląda sytuacja na miejscu?

– Karaczi jest od dziś miastem w ruinie, miastem-widmem, miastem zmiażdżonym. Sąsiadujące Indie pierwsze udzieliły pomocy miastu i przyjęły tłumy uchodźców. Wiemy, że między tymi dwoma krajami panowały napięte stosunki polityczne i wojskowe, którym początek dały zamachy na dworcu w Bombaju i na targu w New Delhi, o które rząd indyjski oskarża grupy ekstremistów szkolonych przez tajne służby pakistańskie. W obliczu tragedii Indie okazały jednak solidarność, a dramat ten być może przyczyni się do pojednania skłóconych braci. Dwie kwestie mogą niepokoić: przede wszystkim lęk przed drugim trzęsieniem ziemi, będącym echem pierwszego, i obawa przed epidemiami, które mogłyby wybuchnąć w obozach. Sytuacji nie poprawiają obfite monsunowe deszcze, które utrudniają jeszcze kursowanie samolotów z międzynarodową pomocą humanitarną.

– Dziękuję, Georges. Przejdźmy teraz do pozostałych wiadomości ze świata.

IRAN: Po wyborach, których właściwy przebieg został zdecydowanie podany w wątpliwość przez obserwatorów Organizacji Narodów Zjednoczonych, pokojowa manifestacja zgromadziła dziś po południu na głównym placu w Teheranie setki tysięcy ludzi skandujących: „Gdzie jest mój głos?”. Powtórzył się scenariusz z 2009 roku. Jeśli wierzyć przeciekowi z jednego z oficjalnych źródeł, strażnicy rewolucji dopełniali urny w większości lokali wyborczych. Te same źródła twierdzą, że w ostatniej chwili dorzucono blisko dwadzieścia milionów kart do głosowania faworyzujących prezydenta Jaffara. Ten ostatni uprzedził, że nie będzie tolerował reakcji „tych, którzy nie potrafią przegrywać”, i wydał policji rozkaz strzelania do tłumu z użyciem ostrej amunicji. Mówi się już o dziesiątkach zabitych i setkach aresztowanych. Zostały utworzone sądy doraźne.

Ani trochę niezrażeni manifestanci nawołują za pośrednictwem Internetu do zorganizowania jutro drugiego pokojowego protestu, wciąż pod hasłem: „Gdzie jest mój głos?”. Spodziewana jest dwukrotnie większa liczba uczestników. Prezydent Jaffar poprosił wszystkich zagranicznych dziennikarzy o opuszczenie Iranu.

TURCJA: W wyniku kolejnej zasadzki przygotowanej przez komando kurdyjskich bojowników Peshmerga na granicy turecko-irańskiej, na terenach położonych między Hakkâri a Mahabadem, zginęło osiem osób: siedmiu policjantów tureckich i jeden bojownik Partii Pracujących Kurdystanu.

DEMOGRAFIA: Według najnowszych szacunków Narodowego Instytutu Badań Demograficznych na Ziemi żyje obecnie osiem miliardów ludzi, w ciągu dziesięciu lat liczba ta wzrośnie do dziesięciu miliardów.

Badanie to wykazało, że średnia wysokość współczesnego Homo sapiens to sto siedemdziesiąt centymetrów (sto siedemdziesiąt pięć dla mężczyzny i sto sześćdziesiąt pięć dla kobiety). Średnia waga to siedemdziesiąt kilogramów.

Na osiem miliardów ludzi pięćdziesiąt trzy procent to mężczyźni, a czterdzieści siedem – kobiety. Człowiek żyje średnio siedemdziesiąt lat (sześćdziesiąt pięć – mężczyźni, siedemdziesiąt pięć – kobiety).

Futurolodzy przewidują, że ludzkość rozwinie się w dwóch kierunkach. Po pierwsze, w stronę wyższego wzrostu, co jest związane z lepszym odżywianiem się dzieci, bogatszym w wapń i proteiny. Po drugie, ku maskulinizacji spowodowanej dostępem do ultrasonografii w krajach trzeciego świata – możliwość poznania płci dziecka przed urodzeniem pociąga za sobą liczne aborcje, jeśli płód okaże się dziewczynką.

SZALONY PROJEKT: Pewien prywatny inwestor, kanadyjski miliarder Sylvain Timsit, zaproponował wyprodukowanie gigantycznego statku kosmicznego z zamiarem skolonizowania planety spoza Układu Słonecznego. Jego maszyna miałaby podróżować przez tysiąc dwieście lat, co oznacza, że członkowie wyprawy musieliby się rozmnażać, aby zapewnić istnienie załogi w momencie dotarcia do punktu docelowego. To obłąkany pomysł, na którym jednak bardzo zależy miliarderowi, mimo krytyki i kpin, jakich jest obiektem w środowisku naukowym, przede wszystkim astronautycznym. Sylvain Timsit zainwestował już kilkadziesiąt milionów dolarów kanadyjskich w badania nad wykonalnością tego projektu i ma zamiar w ciągu najbliższych miesięcy przystąpić do konstrukcji pierwszych elementów statku kosmicznego. Inspirację dla jego projektu stanowi książka science fiction z 2006 roku Gwiezdny motyl, w hołdzie której postanowił on nazwać swój statek „Gwiezdny Motyl 2”.

NAUKA: Wciąż brak wieści o ekspedycji słynnego paleontologa Charlesa Wellsa, który wyruszył na poszukiwanie dinozaurów w podziemnym jeziorze Wostok na Antarktyce, a także o dwóch towarzyszących mu osobach, w tym naszej koleżance Vanessie Biton. Minister do spraw badań naukowych postanowił wysłać okręt wojskowy wyposażony w radary najnowszej generacji w okolice, skąd badacze nadali ostatnią wiadomość. Statek ten, wykorzystywany podczas akcji ratunkowych, umożliwi przeprowadzenie dokładnych poszukiwań na miejscu. Będzie mógł przechwycić sygnały emitowane automatycznie przez nadajniki GPS wszyte w podszewkę skafandrów trojga uczestników ekspedycji. Ostatnia wiadomość wysłana przez profesora Wellsa pochodzi z wczorajszego wieczora: „Udało nam się przebić do kieszeni powietrznej znajdującej się prawdopodobnie nad jeziorem, schodzimy”. Od tamtej pory trwa cisza.

19.

Proszę, mówią o tym w najnowszych wiadomościach.

„Trzęsienie ziemi i niszczycielskie tsunami”.

Gdyby tylko wiedzieli, że zdążyłam nauczyć się podłączać do ich systemów komunikacji.

Nauczyłam się interpretować ich fale dźwiękowe.

Mówię we wszystkich ich językach.

Słyszę całą muzykę.

Odbieram wszystkie programy telewizyjne, a nawet rozmowy telefoniczne.

Wszystko zależy od tego, na czym skupię uwagę. Niektóre słowa sprawiają, że reaguję szybciej. Na przykład wtedy, kiedy wspominają o mnie osobiście.

Ziemia.

Gaja.

Albo nawet: świat.

Mają mnie po prostu za nieorganiczną kulę. Taka jest ich koncepcja słowa „planeta”.

Nieruchomy obiekt, w którym można drążyć dziury, aby wykradać minerały, płyny, gaz, bez żadnego „proszę” czy „dziękuję”.

Nigdy się nie zastanawiali, dlaczego jestem ciepła.

Nigdy się nie zastanawiali, dlaczego się obracam.

Nigdy się nie zastanawiali, dlaczego na mojej powierzchni istnieje życie.

Nigdy nie przyszło im do głowy, że żyję, a przede wszystkim, że potrafię myśleć.

Gardzą wszystkim, co nie jest do nich podobne.

Jeśli coś nie ma oczu – nie ma inteligencji.

Jeśli coś nie ma ust, żeby krzyczeć – nie cierpi.

Muszę się uspokoić.

W wypadku ekspedycji na biegun południowy nie chodziło wyjątkowo o wykradanie mi czarnej krwi. Tych troje szukało starych kości, szkieletów dinozaurów.

Istna kpina, gdyby tylko wiedzieli, co się tam naprawdę wydarzyło...

Dobrze, wypluję tych troje imbecyli.

20.

Z butelki wystrzeliwuje korek i uwalnia szampańską pianę, która kończy swój lot w ustawionych rzędem kieliszkach.

Jest dwudziesta trzecia i sześćdziesięciu dziewięciu naukowców ewolucjonistów oraz dziewięciu członków jury zgromadziło się na wielkim kwadratowym dziedzińcu Sorbony.

David Wells podchodzi do Aurore Kammerer, która powoli degustuje bąbelkowy napój.

– No i proszę, jesteśmy „szczęśliwymi zwycięzcami” – mówi, żeby nawiązać rozmowę.

Kobieta rzuca mu szybkie spojrzenie.

– Jeszcze nie wygraliśmy.

– Zostaliśmy wybrani jako finaliści. Troje spośród sześćdziesięciu dziewięciu, to już coś.

– W takim razie możemy się uważać za zwycięzców w innych „konkursach”. Spermatozoid, który umożliwił panu narodziny, wygrał z trzystoma milionami rywali – ironizuje.

– Istotnie, my, żyjący, wszyscy jesteśmy zwycięzcami.

– Żyjący? Powiedziałabym raczej: ocalali. Wyobraża pan sobie, ile setek naszych przodków musiało dożyć do wieku co najmniej szesnastu lat i uprawiać miłość, żeby zaistnieli nasi rodzice, którzy również uprawiali miłość, dając życie naszym dwóm niewiele znaczącym osobom? Ile milionów przypadków...

– Unikniętych epidemii, klęsk głodu, wojen – dodaje David. – Można też tak na to patrzeć. Wyszliśmy cało ze wszystkich przygód naszych przodków.

– I ze wszystkich ich błędów. Możemy dopatrywać się w nich winy za wiele nieszczęść, które obecnie nas spotykają. Dziś płacimy za ich niewłaściwe wybory.

– Tyle w kwestii naszych rodziców, ale nasze dzieci również się liczą. Jest pani endokrynologiem, do czego więc, pani zdaniem, będzie dążyć ewolucja przyszłych pokoleń? – pyta David.

– Do większej liczby kobiet. A jak pan uważa jako biolog?

– Do mniejszych ludzi.

– Nic dziwnego. Mówi pan tak, ponieważ sam jest niski. Widziałam korki w pana butach.

– Do licha, zostałem namierzony – żartuje David.

– Tak, wszyscy wierzymy, że nasza cecha charakterystyczna wyznaczy kierunek ewolucji całemu gatunkowi.

Kobieta wykonuje ruch głową.

– Proszę tam spojrzeć. Facet od projektu „Klon” ma brata bliźniaka! Facet od projektu „Fontanna młodości” przyjechał tu ze swoim dziadkiem. A ten od projektu „Robot ze świadomością do psychoanalizy” jest w towarzystwie dziwnego dandysa o wyglądzie Zygmunta Freuda. Nie zdziwiłabym się, gdyby to był jego psychiatra.

– A pani wierzy, że ewolucja będzie zmierzać w stronę feminizacji, ponieważ... jest pani kobietą.

David Wells ponownie napełnia jej kieliszek.

– Powinniśmy się nawzajem informować o losach naszych ekspedycji, żeby sprawdzić, czy wygra wyścig w stronę kobiecości, czy też w stronę skurczenia ludzkości.

Kobieta pociąga łyk szampana, po czym dopytuje z ciekawością:

– Czy w Kongu spodziewa się pan odkryć mniejszą i bardziej rozwiniętą ludzkość?

– Mam taką nadzieję.

– A jeśli ją pan znajdzie, co to zmieni?

– Sądzę, że moje przyjrzenie się temu ludowi, do tej pory zdecydowanie niedocenianemu, może przynieść wiele reperkusji. Zmiana sposobu spojrzenia jednego człowieka może zmienić ewolucję całego gatunku. Mój ojciec mawiał: „Kropla oceanu może przepełnić ocean”.

Aurore odwraca się w stronę zabieganego kelnera, porywa z tacy kanapeczkę i ciągnie z pełnymi ustami:

– Widziałam humorystyczny rysunek przedstawiający dwie ryby. Mniejsza pyta dużej: „Powiedz, mamo, podobno niektóre z nas wyszły z wody, żeby stąpać po stałym lądzie. Kto to był?”. A matka odpowiada...

– „Niezadowoleni” – przerywa jej David.

– Prawie. Ja znałam wersję z „przerażonymi”.

– W każdym razie osobniki, które miały powód, żeby wyrwać się ze środowiska swoich rodziców, w którym się nie rozwijały, i skierować się w stronę nieznanego i ryzyka.

Dwoje uczonych obserwuje pozostałych współtowarzyszy, którzy dyskutują w dwu- lub trzyosobowych grupach.

– Pewnego dnia jakiś człowiek musiał postanowić, że opuści dżunglę i swoją rodzinę, żeby wyjechać z Afryki – szepcze Aurore.

– Pewnego dnia jakiś człowiek musiał postanowić, że wsiądzie na pokład statku i zasiedli inne kontynenty – dokańcza David.

– Rodziny musiały ich znienawidzić.

– Musieli być traktowani jak zdrajcy, dezerterzy, tchórze.

– Niewdzięcznicy?

– „Uchybiający tradycjom”.

Spoglądają po sobie i dając upust napięciu zgromadzonemu w ciągu całego dnia, wybuchają śmiechem. Milkną i wpatrują się w siebie intensywniej, zaintrygowani sobą nawzajem.

David powoli zbliża się do Aurore.

– Mam wrażenie, że skądś się znamy.

– Klasyczna metoda podrywu – rzuca Aurore z ironicznym uśmiechem.

Mężczyzna podchodzi jeszcze bliżej.

– Czuję, że coś nas łączy.

– Być może dlatego, że oboje jesteśmy „przerażeni, niezadowoleni, ponadto mamy ochotę wyjść z wody i ryzykować”. Nie wiem, co by to mogło być innego.

David obserwuje ją bez mrugnięcia okiem.

Kobieta ma mały spiczasty nosek, jak surykatka, duże jasnobeżowe, niemal złote oczy w kształcie migdałów, mięsiste wargi i zaokrąglony podbródek. Okulary w czarnej oprawie nadają jej poważny wygląd.

Ona również przygląda mu się uważnie i stwierdza, że bez wkładek w butach nie ma on więcej niż metr siedemdziesiąt wzrostu, czyli jest dobre pięć centymetrów niższy niż ona. Owalna głowa przypomina nieco głowę dużego niemowlęcia. Jego skóra jest zadziwiająco delikatna i gładka. Nos okrągły, oczy ciemnobrązowe, niemal czarne.

David przysuwa się jeszcze trochę do jej twarzy. Ich wargi dzieli już tylko odległość kilkudziesięciu centymetrów. Mężczyzna dziwi się, że ona się jeszcze nie cofnęła.

Wówczas za jej plecami rozlega się głos.

– Ach, Aurore, tutaj jesteś!

David rozpoznaje profesor Mercier, przewodniczącą jury.

– Pański projekt o Pigmejach jest wspaniały, panie Wells! Szczerze mówiąc, bardzo mi się podobała historia o karaluchach, które kurczą się, żeby dopasować się do średnicy rur w domach. Nigdy bym na to nie wpadła. „Ewolucja przez zmniejszanie”. Prawdę powiedziawszy, moich kolegów mniej porwał pański pomysł, ale ja nalegałam, żeby pana wybrali. Pułkownik Natalia Ovitz, wie pan, ta niska kobieta po mojej lewej, bardzo mnie wsparła, promując ideę „małe jest piękne”. Pozostali woleli narcystyczne roboty. Ciekawe dlaczego?

Christine Mercier uwalnia włosy z koka. Tym prostym gestem gwałtownie się odmładza.

– Pigmeje są lepsi od robotów – przyznaje Aurore sztucznie rozbawionym tonem.

Christine Mercier słucha tylko jednym uchem, pożera bowiem dosłownie młodą kobietę wzrokiem. Bierze wdech, żeby się opanować, po czym zmusza się do uśmiechu. Nagle coś przyciąga jej uwagę i oddala się, żeby dołączyć do trzeciego finalisty.

– Ach, doktor Saldmain. Brawo. Pański projekt „Fontanna młodości” jest pasjonujący. Wymiana uszkodzonych organów starszych ludzi na nowe i ich ponowne formatowanie to naprawdę niezwykle oryginalny pomysł. Wreszcie mogę wyobrazić sobie świat, w którym wszyscy żyjemy po dwieście lat. Cudownie będzie wypełnić jedno życie dziesięcioma małżeństwami, dwudziestoma różnymi zawodami i trzydzieściorgiem dzieci! Wyjedzie pan zatem do Miami, stolicy emerytów i protez, w celu przeanalizowania najnowszych technologii odtwarzania uszkodzonych organów na bazie komórek macierzystych. Cóż to będzie za przygoda!

21.

Gdyby tylko wiedzieli, że to, co nazywają ropą, służy mi za najważniejszy nośnik pamięci.

Moja czarna krew odpowiada ich szarej materii.

Odkąd ludzie ją ze mnie wypompowują, obawiam się amnezji.

Muszę stawić im opór.

Mam zadanie pamięciowe.

Wszystko, co sobie przypomnę, musi być zabezpieczone.

Z początku byłam tylko energią skupioną w nerubiańskim jaju, któremu ludzie nadali nazwę „Big Bang”.

A potem wszystko zapłonęło, eksplodowało i wywołało cudowny wytrysk światła, ciepła, szału i pyłu w gwiezdną pustkę.

Tak, właśnie w ten sposób wszystko się zaczęło – od małej iskierki w ciemności.

22.

Płomień obejmuje zapałkę, po czym sunie w stronę końcówki papierosa umieszczonego między wargami Aurore Kammerer.

Dwie twarze pochylone nad przemijającym blaskiem nabrały na moment pomarańczowego odcienia.

Młoda badaczka zaciąga się głęboko, po czym wypuszcza dym ustami. Puszysty szary stożek rozpływa się wśród nocy.

– Wiem, o czym pan myśli – mówi.

Chowa pudełko zapałek do kieszeni.

– Niesprawiedliwie jest wygrywać, mając chody...

– Wcale o tym nie pomyślałem – kłamie.

Przyglądają się Christine Mercier, która dyskutuje ze specjalistą od dwustuletniego życia, najwyraźniej zafascynowana tym tematem.

– Mamy zamiar zawrzeć związek partnerski. W przyszłości chcemy mieć dzieci. Musimy tylko poczekać, aż zostanie przegłosowana ustawa o anonimowych dawcach spermy. W krajach skandynawskich prawo to już weszło w życie. Zazwyczaj nowoczesność zaczyna się na północy i schodzi ku południu, prawda?

– Domyślam się, że jeśli nie będziecie miały prawa do skorzystania z anonimowego dawcy spermy, to po zawarciu oficjalnego związku adoptujecie dziewczynki. Być może nawet, dzięki wiedzy na temat in vitro, będziecie mogły je sobie „wyprodukować”.

Spoglądają po sobie.

– A pan, panie Wells, jest pan z kimś związany?

– Oczywiście, jak pani.

– Jak ja?

– Mam na myśli: „z kobietą, która mnie kocha”.

Aurore uśmiecha się, odkłada papierosa i dopija szampana.

– Jak nazywa pan swoją szczęśliwą wybrankę?

– Mama.

Aurore krztusi się napojem, po czym wybucha śmiechem. Zaczyna się dusić i David musi poklepać ją po plecach. Wreszcie udaje jej się złapać oddech.

– Wciąż mieszka pan z matką? W pana wieku?

– Czekam na księżniczkę z bajki, dlatego większość moich związków się rozpada. Postawiłem poprzeczkę zbyt wysoko, zawsze jestem rozczarowany.

Aurore odstawia kieliszek.

– To prawda. Jak się tak panu dobrze przyjrzeć, wygląda pan na romantyka.