Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 697 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trzecia kula - Stephen Hunter

22 listopada 1963 roku przeszedł do historii jako dzień, w którym z ręki Lee Harveya Oswalda na Dealey Plaza w Dallas zginął 35. prezydent USA, John F. Kennedy. Oswald oddał trzy strzały z okna Teksańskiej Składnicy Książek Szkolnych, używając prymitywnego włoskiego karabinu Carcano z przytwierdzoną do komory zamka tanią japońską lunetką. Pierwszy strzał był niecelny; drugi zranił Kennedy'ego w szyję. Trzecia kula trafiła prezydenta bezpośrednio w tył czaszki, a następnie rozprysnęła się na drobne kawałki, co uniemożliwiło identyfikację broni, z której ją wystrzelono. Ten strzał okazał się śmiertelny. Czy tak przeciętny strzelec, jakim był Oswald, mógł być jedynym zamachowcem?

Zaczyna się od drobiazgu, czegoś, co trudno byłoby nawet nazwać poszlaką... Starego męskiego płaszcza poplamionego płynem do czyszczenia broni, który robotnicy wykonujący prace remontowe znajdują w budynku Dal-Texu, stojącym naprzeciwko składnicy. Wiele lat później pewien człowiek na podstawie tego drobnego

wydarzenia buduje teorię wyjaśniającą przeoczenia i błędy komisji Warrena. I natychmiast zostaje zamordowany. Zbieg okoliczności?

Na prośbę jego wdowy były amerykański snajper Bob Lee Swagger rozpoczyna prywatne śledztwo. Spokoju nie daje mu Trzecia kula – ta, której nie odnaleziono. Stawia pytania, które wcześniej bagatelizowano. Czy zabójczy strzał padł z budynku Dal-Texu? Kto strzelał? Kto był mocodawcą Oswalda? W jaki sposób udało się zorganizować tak trudny zamach w ciągu zaledwie dwóch i pół dnia? Stopniowo, krok po kroku, analizując powszechnie znane fakty, poszukując nowych informacji w moskiewskich archiwach, ryzykując własnym życiem, dochodzi do ostatecznej prawdy, która podważy wszystko, co wcześniej ustalono. Na sprawiedliwość nigdy nie

jest za późno – nawet po 50 latach...

Opinie o ebooku Trzecia kula - Stephen Hunter

Fragment ebooka Trzecia kula - Stephen Hunter

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

22 li­sto­pa­da 1963 roku prze­szedł do hi­sto­rii jako dzień, w któ­rym z ręki Lee Ha­rveya Oswal­da na De­aley Pla­za w Dal­las zgi­nął 35. pre­zy­dent USA, John F. Ken­ne­dy. Oswald od­dał trzy strza­ły z okna Tek­sań­skiej Skład­ni­cy Ksią­żek Szkol­nych, uży­wa­jąc pry­mi­tyw­ne­go wło­skie­go ka­ra­bi­nu Car­ca­no z przy­twier­dzo­ną do ko­mo­ry zam­ka ta­nią ja­poń­ską lu­net­ką. Pierw­szy strzał był nie­cel­ny; dru­gi zra­nił Ken­ne­dy’ego w szy­ję. Trze­cia kula tra­fi­ła pre­zy­den­ta bez­po­śred­nio w tył czasz­ki, a na­stęp­nie roz­pry­snę­ła się na drob­ne ka­wał­ki, co unie­moż­li­wi­ło iden­ty­fi­ka­cję bro­ni, z któ­rej ją wy­strze­lo­no. Ten strzał oka­zał się śmier­tel­ny. Czy tak prze­cięt­ny strze­lec, ja­kim był Oswald, mógł być je­dy­nym za­ma­chow­cem? Dla­cze­go chy­bił za pierw­szym ra­zem, a tra­fił pre­cy­zyj­nie za trze­cim, gdy jego cel znacz­nie się od­da­lił? Te py­ta­nia od dzie­siąt­ków lat nur­tu­ją opi­nię pu­blicz­ną i jak do­tąd nie zna­la­zły prze­ko­ny­wu­ją­ce­go wy­ja­śnie­nia. Trwa­ją­ce pra­wie rok do­cho­dze­nie pro­wa­dzo­ne przez słyn­ną ko­mi­sję War­re­na, któ­ra zde­cy­do­wa­ła, iż Oswald dzia­łał sam, rów­nież go nie przy­nio­sło. Zda­niem więk­szo­ści Ame­ry­ka­nów Ken­ne­dy padł ofia­rą spi­sku, zaś w trak­cie śledz­twa tu­szo­wa­no do­wo­dy wska­zu­ją­ce na wy­ko­naw­cę i or­ga­ni­za­to­ra za­ma­chu.

Za­czy­na się od dro­bia­zgu, cze­goś, co trud­no by­ło­by na­wet na­zwać po­szla­ką… Sta­re­go mę­skie­go płasz­cza po­pla­mio­ne­go pły­nem do czysz­cze­nia bro­ni, któ­ry ro­bot­ni­cy wy­ko­nu­ją­cy pra­ce re­mon­to­we znaj­du­ją w bu­dyn­ku Dal-Texu, sto­ją­cym na­prze­ciw­ko skład­ni­cy. Wie­le lat póź­niej pe­wien czło­wiek na pod­sta­wie tego drob­ne­go wy­da­rze­nia bu­du­je teo­rię wy­ja­śnia­ją­cą prze­ocze­nia i błę­dy ko­mi­sji War­re­na. I na­tych­miast zo­sta­je za­mor­do­wa­ny. Zbieg oko­licz­no­ści? Na proś­bę jego wdo­wy były ame­ry­kań­ski snaj­per Bob Lee Swag­ger roz­po­czy­na pry­wat­ne śledz­two. Spo­ko­ju nie daje mu trze­cia kula – ta, któ­rej nie od­na­le­zio­no. Sta­wia py­ta­nia, któ­re wcze­śniej ba­ga­te­li­zo­wa­no. Czy za­bój­czy strzał padł z bu­dyn­ku Dal-Texu? Kto strze­lał? Kto był mo­co­daw­cą Oswal­da? W jaki spo­sób uda­ło się zor­ga­ni­zo­wać tak trud­ny za­mach w cią­gu za­le­d­wie dwóch i pół dnia? Stop­nio­wo, krok po kro­ku, ana­li­zu­jąc po­wszech­nie zna­ne fak­ty, po­szu­ku­jąc no­wych in­for­ma­cji w mo­skiew­skich ar­chi­wach, ry­zy­ku­jąc wła­snym ży­ciem, do­cho­dzi do osta­tecz­nej praw­dy, któ­ra pod­wa­ży wszyst­ko, co wcze­śniej usta­lo­no. Na spra­wie­dli­wość nig­dy nie jest za póź­no – na­wet po 50 la­tach…

STE­PHEN HUN­TER

Ame­ry­kań­ski pi­sarz, ese­ista i kry­tyk fil­mo­wy, zdo­byw­ca Na­gro­dy Pu­lit­ze­ra w ka­te­go­rii „kry­ty­ki pra­so­wej”. Po ukoń­cze­niu stu­diów dzien­ni­kar­skich na Nor­th­we­stern Uni­ver­si­ty od­był służ­bę w ar­mii ame­ry­kań­skiej. W 1971 zo­stał dzien­ni­ka­rzem „The Bal­ti­mo­re Sun”; tam wy­spe­cja­li­zo­wał się w pi­sa­niu re­cen­zji fil­mo­wych. Od 1997 pra­cu­je w „The Wa­shing­ton Post”. Jako pi­sarz de­biu­to­wał w 1980 thril­le­rem The Ma­ster Sni­per. Na jego do­ro­bek li­te­rac­ki skła­da­ją się 3 książ­ki nie­be­le­try­stycz­ne i 18 po­wie­ści, m.in. Dzień przed pół­no­cą, Strze­lec, 47 sa­mu­raj, Ha­va­na, I, Sni­per, Dead Zero i Trze­cia kula. W 2014 ma uka­zać się ko­lej­ny thril­ler Hun­te­ra She, Sni­per.

www.ste­phen­hun­ter.net

Tego au­to­ra

DZIEŃ PRZED PÓŁ­NO­CĄ

TRZE­CIA KULA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE THIRD BUL­LET

Co­py­ri­ght © Ste­phen Hun­ter 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Jan Kraś­ko 2013

Re­dak­cja: Mi­chał An­drze­jew­ski

Zdję­cie na okład­ce: Gran­ger Col­lec­tion/BE & W (John F. Ken­ne­dy)

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-176-9

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przy­ja­cio­łom z dru­giej mło­do­ści,

bez któ­rych ży­ło­by się dużo go­rzej:

Gary’emu Gold­ber­go­wi

Jay­owi Car­ro­wi

Edo­wi De­Car­lo

Fran­ko­wi Star­ro­wi

Ro­ge­ro­wi Tro­upo­wi

Chy­ba pora już prze­stać, dzie­ci, co to za dźwięk?

Spójrz­cie, co się dzie­je.

For What It’s Worth

Buf­fa­lo Spring­field

Autentyczne postacie pojawiające sięw powieści

An­gle­ton, Ja­mes Je­sus (1917-1987). Wie­lo­let­ni pra­cow­nik ame­ry­kań­skich służb spe­cjal­nych; przez 20 lat – w tym w 1963 – peł­nił funk­cję sze­fa kontr­wy­wia­du CIA.

Col­by, Wil­liam (1920-1996). Dy­rek­tor CIA w la­tach 1973-1976, w Agen­cji od 1950.

Con­nal­ly, John (1917-1993). Gu­ber­na­tor Tek­sa­su w la­tach 1963-1969, cięż­ko ran­ny w za­ma­chu na JFK.

Dul­les, Al­len (1893-1969). Dy­rek­tor CIA od 1953 do 1963. Kres jego ka­rie­rze po­ło­ży­ła klę­ska w Za­to­ce Świń. Po za­bój­stwie JFK zo­stał jed­nym z człon­ków Ko­mi­sji War­re­na.

Ford, Ge­rald (1913-2006). Po­li­tyk Par­tii Re­pu­bli­kań­skiej, 38. pre­zy­dent USA, po za­ma­chu na JFK czło­nek Ko­mi­sji War­re­na.

John­son, Lyn­don Ba­ines (1908-1973). Ame­ry­kań­ski po­li­tyk Par­tii De­mo­kra­tycz­nej, w la­tach 1961-1963 spra­wo­wał urząd wi­ce­pre­zy­den­ta, a po za­bój­stwie JFK zo­stał za­przy­się­żo­ny na pre­zy­den­ta USA.

Ken­ne­dy, John Fit­zge­rald (1917-1963). 35. pre­zy­dent USA, wy­bra­ny z ra­mie­nia Par­tii De­mo­kra­tycz­nej jako naj­młod­szy w hi­sto­rii. Spra­wo­wa­nie urzę­du, któ­re roz­po­czął w 1961, za­trzy­mał za­mach w Dal­las 22 li­sto­pa­da 1963.

Lane, Mark (ur. 1927). Ame­ry­kań­ski dzia­łacz na rzecz prze­strze­ga­nia praw oby­wa­tel­skich. Au­tor Rush to Judg­ment (Po­spiesz­ny osąd), pierw­szej książ­ki, w któ­rej pod­wa­żo­no usta­le­nia Ko­mi­sji War­re­na.

Le­ary, Ti­mo­thy (1920-1996). Ame­ry­kań­ski pi­sarz i psy­cho­log, je­den z za­ło­ży­cie­li ru­chu hi­pi­sow­skie­go, ba­dacz i pro­pa­ga­tor środ­ków psy­cho­de­licz­nych. Miał po­wią­za­nia z ko­chan­ką JFK, Mary Pin­chot Mey­er.

McCo­ne, John Alex (1902-1991). Dy­rek­tor CIA od 1961 do 1965 po­wo­ła­ny na to sta­no­wi­sko przez JFK.

McNa­ma­ra, Ro­bert (1916-2009). Ame­ry­kań­ski biz­nes­men i po­li­tyk, w la­tach 60. ubie­głe­go wie­ku se­kre­tarz obro­ny USA, któ­ry na­mó­wił JFK do za­koń­czo­nej fia­skiem ope­ra­cji w Za­to­ce Świń.

Mey­er, Cord (1920-2001). W la­tach 1951-1977 eta­to­wy pra­cow­nik CIA. Sy­no­wie by­łe­go agen­ta CIA Ho­war­da Hun­ta po śmier­ci ojca twier­dzi­li, że wie­lo­krot­nie mó­wił on o po­wią­za­niach Mey­era z za­ma­chem na JFK.

Oswald, Lee Ha­rvey (1939-1963). Uzna­ny przez Ko­mi­sję War­re­na za je­dy­ne­go za­bój­cę JFK, zo­stał za­strze­lo­ny przez Jac­ka Ruby’ego, za­nim po­sta­wio­no mu za­rzu­ty.

Oswald, Ma­ri­na, z domu Ni­ko­ła­jew­na Pru­sa­ko­wa (ur. 1941). Żona Oswal­da, któ­rą po­znał w 1961 pod­czas swo­je­go po­by­tu w ZSRR.

Pin­chot Mey­er, Mary Eno (1920-1964). Ma­lar­ka i by­wal­czy­ni sa­lo­nów, żona pra­cow­ni­ka CIA Cor­da Mey­era i ko­chan­ka JFK, za­mor­do­wa­na rok po za­bój­stwie pre­zy­den­ta.

Ruby, Jack (1911-1967). Wła­ści­ciel klu­bu noc­ne­go w Dal­las po­dej­rze­wa­ny o po­wią­za­nia z ma­fią. 24 li­sto­pa­da 1963 od­dał śmier­tel­ny strzał do Oswal­da, kie­dy ten był wy­pro­wa­dza­ny z ko­men­dy po­li­cji w Dal­las.

Tip­pit, J.D. (1924-1969). Po­li­cjant z Dal­las, 45 mi­nut po za­bój­stwie JFK za­strze­lo­ny przez Oswal­da, któ­re­go za­uwa­żył na uli­cy i za­mie­rzał za­trzy­mać ze wzglę­du na zbież­ność z ry­so­pi­sem za­ma­chow­ca.

Tru­ly, Roy (1907-1985). Kie­row­nik Tek­sa­skiej Skład­ni­cy Ksią­żek Szkol­nych, któ­ry za­trud­nił Oswal­da.

Wal­ker, Edwin (1909-1993). Pra­wi­co­wy ge­ne­rał ame­ry­kań­ski, któ­ry 10 kwiet­nia 1963 stał się ce­lem za­ma­chu przy­pi­sy­wa­ne­go Oswal­do­wi.

War­ren, Earl (1891-1974). Po­li­tyk zwią­za­ny z li­be­ral­nym skrzy­dłem Par­tii Re­pu­bli­kań­skiej, gu­ber­na­tor Ka­li­for­nii, pre­zes Sądu Naj­wyż­sze­go USA, po za­ma­chu na JFK mia­no­wa­ny prze­wod­ni­czą­cym ko­mi­sji, na­zwa­nej od jego na­zwi­ska Ko­mi­sją War­re­na, po­wo­ła­nej w celu zba­da­nia tej spra­wy.

Część IUSA„Coś się tu dzieje”

ROZDZIAŁ 1Baltimore

Chod­nik sta­wał dęba, uno­sił się i fa­lo­wał na wy­ją­cym wie­trze.

Chwi­la. Za­raz. Uści­ślij­my to. Nie było żad­ne­go uno­sze­nia się ani sta­wa­nia dęba. Nic też nie „fa­lo­wa­ło” ani nie „wyło”.

Ap­tap­to­no­wi tyl­ko się tak zda­wa­ło, po­nie­waż za­kłó­ca­ją­cy rów­no­wa­gę chod­ni­ka wiatr wiał – „wył” – tyl­ko w jego gło­wie. Wiatr, a ra­czej wód­cza­ny ze­fi­rek, znacz­nie na­ru­szył sta­bil­ność spła­chet­ka zie­mi mię­dzy bi­strem, z któ­re­go Ap­tap­ton wła­śnie wy­szedł, a jego sto­ją­cym kil­ka­set me­trów da­lej do­mem.

Ap­tap­ton: al­ko­ho­lik, pi­sarz, czło­wiek suk­ce­su, me­lan­cho­lik i mi­ło­śnik bro­ni pal­nej był tego wie­czo­ru bar­dziej niż na­pi­ty, ale mniej niż kom­plet­nie za­la­ny. Moż­na by po­wie­dzieć, że miał w czu­bie i czuł się szczę­śli­wy, och, jak szczę­śli­wy, tak szczę­śli­wy, jak szczę­śli­wy bywa tyl­ko ktoś o nie­zbyt moc­nej gło­wie po trzech mar­ti­ni z wód­ką. Pew­nie z tego po­wo­du uznał, że cze­ka­ją­ce go wy­zwa­nie, choć dość po­waż­ne, nie jest czymś, cze­mu nie po­tra­fił­by spro­stać. Osta­tecz­nie mu­siał tyl­ko po­ko­nać jesz­cze kil­ka me­trów, przejść na dru­gą stro­nę uli­cy, a po­tem…

Dy­gre­sja. Pau­za na au­to­bio­gra­ficz­ny prze­ryw­nik. Cał­kiem do­pusz­czal­ny, kie­dy ktoś jest pod do­brą datą. Coś ko­ja­rzy się za­wsze z czymś in­nym, a w tym przy­pad­ku ta­kie sko­ja­rze­nie było jak naj­bar­dziej na miej­scu.

Uli­ca na­zy­wa­ła się Ja­sna, a to su­ge­ro­wa­ło szczę­śli­we za­koń­cze­nie wie­czo­ru. Ja­sna jak ja­sność ser­ca, ja­sność du­cha, jak świa­teł­ko na koń­cu tu­ne­lu, jak pro­mien­na we­so­łość i dow­cip, sym­bol na­dziei i ży­cia. Ale rów­nież: ja­sność, czy­li świa­tłość dla wszyst­kich, jak od stu osiem­dzie­się­ciu lat gło­si­ło kre­do słyn­ne­go dzien­ni­ka – jego sie­dzi­ba mie­ści­ła się nie­ca­łe dwa ki­lo­me­try da­lej przy tej sa­mej uli­cy – gdzie Ap­tap­ton prze­pra­co­wał dwa­dzie­ścia sześć lat i gdzie jego żona pra­co­wa­ła po dziś dzień.

Tak, był Ja­me­sem Ap­tap­to­nem, tym Ja­me­sem Ap­tap­to­nem, mało zna­nym miej­sco­wym ce­le­bry­tą i gry­zi­piór­kiem, któ­ry dla pie­nię­dzy prze­rzu­cił się na pi­sa­nie ksią­żek o po­je­dyn­kach na re­wol­we­ry i pi­sto­le­ty i o wy­gry­wa­ją­cych je sto­ic­kich bo­ha­te­rach i któ­ry w wie­ku sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat stwier­dził, że od­niósł nie­praw­do­po­dob­ny wprost suk­ces (na małą ska­lę oczy­wi­ście) i że jest z sie­bie za­do­wo­lo­ny, co tro­chę go pe­szy­ło. Bo miał wszyst­ko: pięk­ną żonę, parę mi­lio­nów na kon­cie, ład­ny dom w pre­sti­żo­wej czę­ści mia­sta, jako taką re­pu­ta­cję (wy­star­cza­ją­co do­brą, by się nią cie­szyć), wspa­nia­łą przy­szłość, suty kon­trakt na kil­ka ksią­żek, mnó­stwo bro­ni, no i pra­co­wał wła­śnie nad czymś na­praw­dę eks­tra.

Trzy mar­ti­ni z wód­ką wy­pił nie z oka­zji ja­kie­goś świę­ta, tyl­ko z oka­zji wy­zwo­le­nia. Żony nie było – ha, ha! – tym go­rzej dla niej. Po­je­cha­ła na ja­kiś re­dak­cyj­ny spęd, bab­skie spo­tka­nie, pew­nie na czy­jeś uro­dzi­ny – tak przy oka­zji: dla­cze­go ko­bie­ty tak po­waż­nie trak­tu­ją uro­dzi­ny? – po­szedł więc do po­bli­skie­go bi­stra, zjadł ham­bur­ge­ra, wy­pił piwo, a po­tem za­mó­wił pierw­szą lufę, któ­ra zde­cy­do­wa­nie nad­wy­rę­ży­ła po­sta­no­wie­nie, by oprzeć się po­ku­sie dru­giej, ta zaś w pył roz­nio­sła de­cy­zję, by nie pić trze­ciej. Na szczę­ście nie było czwar­tej, bo za­snął­by w ki­bel­ku.

Ale do rze­czy.

O czym to ja mó­wi­łem przed dy­gre­sją?

Co to za uli­ca?

Gdzie ja je­stem?

Ha, ha, ha, ha.

A tak: do domu wró­cił my­śli­wy. Ap­tap­ton. Wła­ści­wie szedł. Do domu.

Uli­ca ko­ły­sa­ła się i fa­lo­wa­ła. A tro­chę da­lej opa­da­ła w dół, od­sła­nia­jąc wi­dok na do­li­nę. Tań­czy­ła rock and rol­la. Trzę­sła się, dy­go­ta­ła, grze­cho­ta­ła, ło­sko­ta­ła, wiła się i zwi­ja­ła, go­to­wa­ła się i bu­rzy­ła.

Par­sk­nął śmie­chem.

Uwa­żasz, że je­steś za­baw­ny? – cią­gle py­ta­ła go żona i po praw­dzie, tak, uwa­żał, że jest.

Na­strój, po­dob­nie jak ukształ­to­wa­nie te­re­nu, che­micz­nie wzmoc­nio­ny czer­wo­ny­mi ziem­nia­ka­mi roz­gnie­cio­ny­mi przez ku­łac­kich po­tom­ków, był cał­kiem do­bry. Tak, tego Ja­me­sa Ap­tap­to­na roz­po­zna­wa­no. Zda­rza­ło się, że go roz­po­zna­wa­no. Rzad­ko, ale się zda­rza­ło, choć był li­te­rac­ko nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nym trze­cio­li­go­wym ce­le­bry­tą.

– Pan Ap­tap­ton?

W po­ło­wie trze­cie­go mar­ti­ni pod­niósł wzrok i zo­ba­czył po­waż­ne­go mło­de­go czło­wie­ka, pew­nie za­stęp­cę dy­rek­to­ra czy kie­row­ni­ka.

– Chcia­łem tyl­ko po­wie­dzieć, że prze­czy­ta­łem wszyst­kie pań­skie książ­ki. Oj­ciec mi je pod­su­nął. I na­praw­dę bar­dzo, ale to bar­dzo mi się po­do­ba­ły.

– Cóż – od­parł – wiel­kie dzię­ki.

Mło­dzie­niec za­le­wał go przez kil­ka mi­nut po­to­ka­mi uwiel­bie­nia, w za­mian za co on pró­bo­wał po­dzie­lić się z nim jak­że waż­ny­mi do­świad­cze­nia­mi Ja­me­sa Ap­tap­to­na. Trans­ak­cja była obo­pól­nie ko­rzyst­na i kie­dy w trze­cim kie­lisz­ku uka­za­ło się dno, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że stru­mień po­chwał prze­stał na chwi­lę pły­nąć, Ap­tap­ton prze­pro­sił grzecz­nie Toma – a może Jac­ka albo Sama? – po­że­gnał się i wy­szedł. Tak więc był w do­brym na­stro­ju, do­brym, a na­wet pro­mien­nym. Mu­siał tyl­ko przejść na dru­gą stro­nę uli­cy, a wte­dy od celu wy­pra­wy, czy­li od po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej we wła­snym łóż­ku, dzie­lić go bę­dzie je­dy­nie wą­ski za­ułek zwa­ny Chur­chill.

* * *

Ro­sja­nin cze­kał na Ja­snej w skra­dzio­nym czar­nym che­vro­le­cie ca­ma­ro. Wy­glą­da­ło na to, że to jest ten wie­czór. Śle­dził cel od trzech dni, cier­pli­wie i pro­fe­sjo­nal­nie, a mia­rą jego ta­len­tu było mię­dzy in­ny­mi to, że za­wsze wie­dział, kie­dy oko­licz­no­ści są sprzy­ja­ją­ce, a kie­dy nie.

Stąd po­li­cyj­ny ska­ner, stąd pły­ną­ce z gło­śni­ka po­li­cyj­ne skró­ty, licz­bo­we kody i la­ko­nicz­ne sy­gna­ły roz­po­znaw­cze, któ­re wska­zy­wa­ły, że na Wzgó­rzu Fe­de­ral­nym i w jego bez­po­śred­nim są­siedz­twie nie ma po­li­cji. Stąd ta póź­na pora: w dziel­ni­cy się uspo­ko­iło, dziel­ni­ca już spa­ła i uli­ce, choć błysz­czą­ce od rosy, były pra­wie pu­ste, nie li­cząc snu­ją­cych się tu i ów­dzie gru­pek pi­ja­nych dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ków. Stąd wresz­cie cel, któ­ry wy­szedł­szy z bi­stra z funk­cja­mi ru­cho­wy­mi osła­bio­ny­mi przez al­ko­hol i sa­mo­uwiel­bie­nie, szedł przed sie­bie, za­ta­cza­jąc się na jezd­ni.

Cel: męż­czy­zna w dżin­sach i twe­edo­wej kurt­ce, w pi­sar­skich oku­la­rach na no­sie, coś jak­by Troc­ki w wy­da­niu Or­wel­la w ciu­chach od Ar­ma­nie­go czy ko­goś ta­kie­go. Ta­kie oku­la­ry wi­dy­wa­ło się w No­wym Jor­ku. Miał okrą­głą, za­do­wo­lo­ną z sie­bie twarz, he­min­gway­ow­ską bro­dę i nar­cyzm bił z nie­go bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek inna ludz­ka ce­cha. Do tego kosz­tow­ne buty. Ład­ne buty. Ele­ganc­ko ubra­ny gość.

Wy­jąw­szy na­głą in­ter­wen­cję ta­jem­nych sił, któ­re ze wszyst­kich pi­sa­rzy na świe­cie naj­bar­dziej sprzy­ja­ją au­to­rom thril­le­rów, wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że doj­dzie do tego wła­śnie dzi­siaj. Ro­sja­nin nie wie­rzył w ta­jem­ne siły: wie­rzył je­dy­nie w to, że szyb­ki sa­mo­chód z po­tęż­nym sil­ni­kiem zła­mie krę­go­słup nic nie­podej­rze­wa­ją­ce­mu sta­re­mu głup­co­wi – ta­kie­mu jak ten – w stu przy­pad­kach na sto. Wi­dy­wał ta­kie rze­czy, ba, ro­bił je. Był opa­no­wa­ny, od­waż­ny, miał zim­ną krew i ka­mien­ne ser­ce, nie­zbęd­ne, by zro­bić to bez zbyt­nie­go za­an­ga­żo­wa­nia emo­cjo­nal­ne­go. Był za­wo­dow­cem, w do­dat­ku do­brze opła­ca­nym.

Jego cel, męż­czy­zna z człon­ka­mi roz­luź­nio­ny­mi przez al­ko­hol, zdo­łał przejść na dru­gą stro­nę uli­cy bez upad­ku. Szedł z ty­po­wą dla pi­ja­nych prze­sad­ną ostroż­no­ścią. Brał roz­pęd i cał­kiem żwa­wo po­su­wał się do przo­du, ale bra­ko­wa­ło mu zdol­no­ści ad­ap­ta­cyj­nych: do­cie­rał nie tam, gdzie ce­lo­wał, tyl­ko tam, gdzie pcha­ła go siła bez­wła­du. W ostat­niej chwi­li brał po­praw­kę i kil­ko­ma śmiesz­ny­mi krocz­ka­mi uska­ki­wał w bok.

Wszyst­ko to nie mia­ło zna­cze­nia dla Ro­sja­ni­na, któ­ry nie wi­dział w tym nic za­baw­ne­go. Bo on mie­rzył wzro­kiem od­le­gło­ści i kąty na­chy­le­nia płasz­czyzn, ob­li­cza­jąc przy­rost przy­spie­sze­nia, z ja­kim sa­mo­chód miał ude­rzyć w cel. Pro­za­icz­nym ge­stem ze­tknął dwa prze­wo­dy z wy­rwa­nej sta­cyj­ki che­vro­le­ta i be­stia oży­ła. Nie na­le­żał do wy­sty­li­zo­wa­nych szpa­ne­rów, nie do­dał więc gazu, by drze­mią­cy pod ma­ską po­twór ryk­nął i na­brał mocy, wy­rzu­ca­jąc przy oka­zji kłąb tru­ją­ce­go dymu z rur wy­de­cho­wych. Nie, nie­spiesz­nie wrzu­cił je­dyn­kę, wy­je­chał po­wo­li na pu­stą uli­cę i tro­chę od­cze­kał, wie­dząc, że po­trze­bu­je co naj­mniej trzech se­kund, by przy­spie­szyć do osiem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, do pręd­ko­ści za­pew­nia­ją­cej śmier­tel­ny uraz w chwi­li zde­rze­nia.

* * *

Po dru­giej stro­nie uli­cy nie było nic oprócz sze­re­gow­ców. U wy­lo­tu Chur­chill stał ko­ściół, a na­prze­ciw­ko cią­gnął się rząd do­mów dla ka­rzeł­ków zbu­do­wa­nych w la­tach czter­dzie­stych dzie­więt­na­ste­go wie­ku. Ap­tap­ton usta­wił się przo­dem do celu i ru­szył przed sie­bie. W ak­tach miej­skich Chur­chill fi­gu­ro­wa­ła jako uli­ca, ale po­wsta­ła jako za­ułek, po­nie­waż w sto­ją­cych tu ma­lut­kich ka­mie­nicz­kach miesz­ka­ła na­on­czas tyl­ko służ­ba i ad­mi­ni­stra­to­rzy bar­dziej oka­za­łych do­mów sto­ją­cych fron­tem do szer­szych, ele­gant­szych ulic. Przez całe stu­le­cie wa­la­ły się tu pew­nie koń­skie i świń­skie od­cho­dy wy­mie­sza­ne z krwią Mu­rzy­nów i po­tem imi­gran­tów, nie­wi­dzial­nych sług, któ­rzy eg­zy­sto­wa­li tyl­ko po to, by za­pew­nić wy­god­ne i do­stat­nie ży­cie miesz­kań­com du­żych do­mów sto­ją­cych od uli­cy. Po­tem, co nie­unik­nio­ne, za­ułek zmie­nił się w je­den wiel­ki slums, jed­nak stan ten nie oka­zał się sta­nem ter­mi­nal­nym, po­nie­waż ka­mie­nicz­ki były zbyt ład­ne, by je po pro­stu zbu­rzyć. Z cza­sem za­czę­li się tam osie­dlać lu­dzie bo­gat­si i sta­tus uli­cy znacz­nie się po­pra­wił, co prze­ja­wia­ło się mię­dzy in­ny­mi tym, że wy­ło­żo­no ją mu­ze­al­nie uro­kli­wym bru­kiem, że po­sta­wio­no tu atra­py mi­ni­la­tar­ni ga­zo­wych, po­za­kła­da­no ogro­dy i ogród­ki, wszyst­ko od­ma­lo­wa­no, a ka­mie­nicz­ki grun­tow­nie od­re­mon­to­wa­no, tak by mo­gli za­miesz­kać w nich mło­dzi hip­ste­rzy.

Żeby się tro­chę ro­ze­rwać, Ap­tap­ton – ten Ap­tap­ton – za­czął wy­obra­żać so­bie ro­dza­je sek­su­al­nych per­wer­sji, do ja­kich mu­sia­ło do­cho­dzić po obu stro­nach ulicz­ki. Wte­dy usły­szał war­kot sil­ni­ka.

A niech to. War­kot sil­ni­ka zna­czył, że bę­dzie mu­siał tro­chę do­stro­ić swój le­ni­wy i roz­re­gu­lo­wa­ny we­wnętrz­ny ży­ro­kom­pas, zejść z wy­ło­żo­nej bru­kiem jezd­ni i wdra­pać się na wą­ziut­ki jak pół­ka chod­nik. Do­szło go głę­bo­kie dud­nie­nie, praw­dzi­we bas­so pro­fun­do, więc się w koń­cu od­wró­cił.

Trzy­dzie­ści me­trów da­lej zo­ba­czył opły­wo­we ca­ma­ro i za­la­ło go świa­tło re­flek­to­rów. Jak na przy­ja­zne­go czło­wie­ka przy­sta­ło, pod­niósł rękę i uśmiech­nął się na znak, że ule­ga­jąc sile wyż­szej, dziel­nie i od­waż­nie za­mie­rza do­trzeć do kra­węż­ni­ka. Ale w tym sa­mym mo­men­cie skon­sta­to­wał, że sy­tu­acja ta coś mu przy­po­mi­na, i za­marł, cze­ka­jąc, aż umysł prze­szu­ka swo­je za­so­by.

W koń­cu go olśni­ło: tak, to sce­na z jed­nej z jego ksią­żek.

Bo czy nie na­pi­sał książ­ki, w któ­rej czar­ny cha­rak­ter, ktoś w ro­dza­ju sa­mo­cho­do­we­go ge­niu­sza, za­bi­ja lu­dzi uży­wa­ny­mi che­vro­le­ta­mi ca­ma­ro, do­dge’ami char­ge­ra­mi czy pon­tia­ka­mi trans-am? Uznał wte­dy, że na ja­kiś czas po­wi­nien odejść od pi­sto­le­tów i ka­ra­bi­nów i prze­rzu­cić się na po­tęż­ne sa­mo­cho­dy. Ale ni­ko­mu się to nie po­do­ba­ło. W in­nej po­wie­ści pró­bo­wał uży­wać mie­czy – ku wiel­kie­mu nie­za­do­wo­le­niu czy­tel­ni­ków. Nie, był mi­ło­śni­kiem bro­ni pal­nej i naj­le­piej wy­pa­dał wte­dy, kie­dy pi­sał o pi­sto­le­tach.

Tak czy in­a­czej, była to sce­na żyw­cem prze­nie­sio­na z Nocy gro­mu, jak na­zwał tę po­wieść, więc ro­ze­śmiał się („Uwa­żasz, że je­steś za­baw­ny?”) na wi­dok sto­ją­ce­go na koń­cu za­uł­ka sa­mo­cho­du, nie­co roz­my­te­go w bla­sku re­flek­to­rów, ale czar­ne­go, po­kry­te­go kro­pla­mi i dziw­nie lśnią­ce­go w pro­mie­niach świa­tła z okien, któ­re od­bi­ja­ło się ma­gicz­nie od wil­got­ne­go bru­ku i tań­czy­ło na jego gład­kiej ka­ro­se­rii: film noir do szpi­ku ko­ści.

To wy­twór mo­je­go id! – po­my­ślał.

Wte­dy wy­twór przy­spie­szył.

Pę­dził z nie­wy­obra­żal­ną wprost pręd­ko­ścią, do­słow­nie za­ma­zy­wał gwiaz­dy, jak­by za­in­sta­lo­wa­no w nim na­pęd cza­so­prze­strzen­ny, i za­nim Ap­tap­ton zdą­żył prze­two­rzyć tę in­for­ma­cję, zna­lazł się w po­wie­trzu.

Le­ciał.

Nie od­czu­wał żad­ne­go bólu, cho­ciaż sa­mo­chód mu­siał go zdro­wo ude­rzyć. Bólu nie od­czuł rów­nież i wte­dy, kie­dy z po­ła­ma­ny­mi ko­ść­mi jak szma­cia­na lal­ka wró­cił na zie­mię. Le­żał krzy­wo na chod­ni­ku i wie­dząc, że żona zro­bi mu awan­tu­rę, my­ślał: Boże, ale bę­dzie wście­kła.

ROZDZIAŁ 2Idaho

W Ca­sca­de wszy­scy cho­dzą do Ric­ka. Na­wet Swag­ger.

By­wał tam od cza­su do cza­su. Ot, trzy, czte­ry razy w mie­sią­cu, pe­łen re­zer­wy, wy­prze­dzo­ny przez mit i od­izo­lo­wa­ny przez re­pu­ta­cję. Je­śli już przy­szedł, sia­dał sa­mot­nie przy la­dzie i wy­pi­jał parę kaw, czar­nych. Wy­pło­wia­ła czer­wo­na cza­pecz­ka Ra­zor­bac­ków, ja­kaś kurt­ka, dżin­sy, sta­re buty – mógł­by ucho­dzić za włó­czę­gę, kie­row­cę cię­ża­rów­ki, ran­cze­ra albo re­wol­we­row­ca. Cia­ło miał smu­kłe, bez gra­ma tłusz­czu, lek­ko spię­te i z ozna­ka­mi daw­nych ura­zów. Je­śli przy­cho­dził, to za­wsze o pią­tej rano, wraz z ran­cze­ra­mi. Po­wia­da­no, że cier­pi na bez­sen­ność – twier­dzi­li tak ci, któ­rzy go ob­ser­wo­wa­li, bo on sam rzad­ko kie­dy wy­po­wia­dał w knaj­pie wię­cej niż jed­no sło­wo. I o ile jesz­cze wciąż nie spał, gdy zza krań­ców świa­ta wy­ła­nia­ło się słoń­ce, wsia­dał do sa­mo­cho­du i je­chał stocz­ter­dziest­ką­czwór­ką do Ric­ka nie tyle po to, by do­łą­czyć do miej­sco­wej spo­łecz­no­ści, ile po to, by spraw­dzić, czy spo­łecz­ność ta jesz­cze tam jest.

Bo w ogól­nym roz­ra­chun­ku po to wła­śnie ist­nia­ła knaj­pa Ric­ka. Je­dze­nie było ta­kie so­bie – ser­wo­wa­no głów­nie śnia­da­nia, da­nia na szyb­ko. Za­trud­nie­ni tu ku­cha­rze zna­li wszyst­kie spo­so­by roz­bi­ja­nia ja­jek, mie­li rów­nież ta­lent do umie­jęt­ne­go sma­że­nia ziem­nia­ków, tak że za­wsze były od­po­wied­nio chrup­kie, jędr­ne i tłu­ste. Na­to­miast ran­ne ptasz­ki – któ­re na­krę­ca­ły miej­sco­wą go­spo­dar­kę, pła­ci­ły po­dat­ki, wy­naj­mo­wa­ły Mek­sy­ka­nów i przez kil­ka je­sien­nych ty­go­dni wy­sta­wia­ły my­śli­wym zwie­rzy­nę w oko­licz­nych la­sach, by za­raz po­tem zno­wu wy­ru­szyć w dro­gę – za­trzy­my­wa­ły się tam, by zjeść coś przed ko­lej­nym dniem cięż­kiej, uczci­wej pra­cy. Swag­ger nie na­le­żał do tych, któ­rzy lu­bią ści­skać lu­dziom ręce, ale lu­bił ich to­wa­rzy­stwo, ich prze­ko­ma­rza­nie się, roz­mo­wy o uni­wer­sy­tec­kiej dru­ży­nie fut­bo­lo­wej z Bo­ise i na­rze­ka­nia na po­go­dę. Miał pew­ność, że ża­den głu­piec nie po­dej­dzie do nie­go z py­ta­niem, proś­bą czy pro­po­zy­cją i że ci mu­sku­lar­ni dżen­tel­me­ni, żar­tow­ni­sie, acz nie mów­cy, za­wsze prze­strze­ga­ją re­guł.

Oni na­to­miast wie­dzie­li tyl­ko to, co usły­sze­li, choć nie byli pew­ni gdzie i od kogo. Bo­ha­ter wo­jen­ny. Żoł­nierz pie­cho­ty mor­skiej. Snaj­per z mnó­stwem taj­nych mi­sji w prze­gra­nej woj­nie. Po­dob­no naj­lep­szy strze­lec na Za­cho­dzie, w każ­dym ra­zie strze­lec nad strzel­ca­mi. Mi­ło­śnik bro­ni pal­nej; ma od gro­ma spluw z Mi­dway USA i z Brow­nel­l­sa. I cór­kę, praw­dzi­wą Ja­pon­kę, mi­strzy­nię w chwy­ta­niu bycz­ków na las­so w ka­te­go­rii dziew­cząt po­ni­żej dwu­na­ste­go roku ży­cia, któ­ra jeź­dzi kon­no, jak­by uro­dzi­ła się w sio­dle. Cór­ka, do tego pięk­na żona – fa­cet trzy­ma się na ubo­czu i wraz z ro­dzi­ną ma kil­ka staj­ni w trzech, a może czte­rech sta­nach. Do­brze so­bie ra­dzi. Zna wiel­ki świat, ale po­sta­no­wił za­miesz­kać aku­rat tu­taj. Ktoś po­wie­dział: gość jak z fil­mu, na co ktoś inny rzu­cił: tyl­ko że ta­kich fil­mów już nie krę­cą, i wszy­scy się z nim zgo­dzi­li, wszy­scy się ro­ze­śmia­li.

Tak, w knaj­pie Ric­ka za­wsze pa­no­wa­ło bez­tro­skie za­wie­sze­nie bro­ni, co by­najm­niej nie prze­szka­dza­ło ani Ric­ko­wi, ani jego dwóm dziew­czy­nom, Shel­ly i Sam. To zna­czy, było tak, do­pó­ki nie po­ka­za­ła się Chin­ka.

Zresz­tą może nie była Chin­ką. Ale na pew­no Azjat­ką – w tym trud­nym do okre­śle­nia wie­ku, bo ni to mło­da, ni sta­ra – o moc­no za­ry­so­wa­nym no­sie i ciem­nych by­strych oczach, któ­ry­mi, gdy­by tyl­ko ze­chcia­ła, mo­gła­by prze­pa­lić ka­wał sta­li. Cho­ciaż rzad­ko to de­mon­stro­wa­ła, mia­ła rów­nież uśmiech, któ­ry ła­mał ser­ca i po­tra­fił skło­nić każ­de­go do zmia­ny zda­nia. Była nie­wy­so­ka, dość pier­sia­sta, i jak na ko­goś w od­po­wied­nich miej­scach na pew­no mięk­kie­go, wy­glą­da­ła na twar­dą babę.

Przy­szła o pią­tej rano, usia­dła w ką­cie, za­mó­wi­ła kawę i przez dwie go­dzi­ny czy­ta­ła ebo­oka. O siód­mej wy­szła. Dała wy­so­ki na­pi­wek. Była miła i nie­obec­na i na pew­no nie cią­gnę­ło jej do lu­dzi, cho­ciaż obec­ność mu­sku­lar­nych ran­cze­rów, od któ­rych o pią­tej za­wsze się tam ro­iło, naj­wy­raź­niej jej nie prze­szka­dza­ła.

Za­wsze mil­czą­ca i ta­jem­ni­cza przez dwa ty­go­dnie przy­cho­dzi­ła co­dzien­nie, nie opusz­cza­jąc ani jed­ne­go dnia i nig­dy do ni­ko­go nie za­ga­du­jąc. Ran­cze­rzy szyb­ko zro­zu­mie­li, że to nie oni są przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia tej prze­bie­głej, za­mknię­tej w so­bie pięk­no­ści, do­szli więc do wnio­sku, że musi jej cho­dzić o Swag­ge­ra. Tak, cza­to­wa­ła na Swag­ge­ra. Była re­por­ter­ką, pi­sar­ką, hol­ly­wo­odz­ką agent­ką, kimś, kto zwie­trzył spo­sób na za­ro­bie­nie kil­ku do­la­rów na ta­jem­ni­cach ukry­wa­ją­cych się pod jego ka­mien­ną ma­ską wo­jen­ną. Ale kie­dy w koń­cu się po­ja­wił, nie za­ga­da­ła do nie­go ani on – choć na­tych­miast ją za­uwa­żył, bo na­tych­miast za­uwa­żał wszyst­ko – nie za­ga­dał do niej. Roz­dzie­le­ni wol­nym stoł­kiem sie­dzie­li przy la­dzie i pili czar­ną kawę: ona czy­ta­ła ebo­oka, a on roz­my­ślał albo wspo­mi­nał, w każ­dym ra­zie ro­bił to, co ro­bił, ile­kroć przy­cho­dził do Ric­ka.

Ry­tu­ał ten cią­gnął się przez parę ty­go­dni i stał się głów­nym te­ma­tem plo­tek w krę­gach miej­sco­wych plot­ka­rzy. W koń­cu – wy­glą­da­ło to tak, jak­by zro­bił to nie pod wpły­wem we­wnętrz­ne­go im­pul­su, tyl­ko po to, by za­spo­ko­ić ich cie­ka­wość – Swag­ger pod­szedł do niej i rzu­cił:

– Pro­szę pani?

– Tak? – Ko­bie­ta pod­nio­sła wzrok. W peł­nym świe­tle zo­ba­czył, że jest bar­dzo ład­na.

– Pro­szę pani, ci tu­taj my­ślą, że przy­je­cha­ła pani do Ca­sca­de, żeby po­roz­ma­wiać z nie­ja­kim Swag­ge­rem. To ja.

– Dzień do­bry.

– Chcę oszczę­dzić pani kło­po­tu, bo przy­pusz­czam, że mo­gła­by pani spę­dzać czas w dużo lep­szych lo­ka­lach niż ten bar. Ucie­kłem od świa­ta, więc je­śli przy­je­cha­ła pani, żeby się ze mną zo­ba­czyć, mu­szę pa­nią roz­cza­ro­wać. Ja się z ni­kim nie wi­du­ję. Ot, naj­wy­żej z żoną, cór­ka­mi i sy­nem. Sie­dzę so­bie w bu­ja­nym fo­te­lu i pa­trzę, jak słoń­ce wę­dru­je po nie­bie. Ni­czym wię­cej się nie zaj­mu­ję, już nie. Pra­cu­je moja żona. Dla­te­go bez wzglę­du na to, cze­go pani ode mnie chce, uprze­dzam, że nic z tego nie bę­dzie, szko­da pani cza­su. Od roku tyle nie ga­da­łem, więc le­piej bę­dzie, je­śli już prze­sta­nę, póki jesz­cze mogę.

– Nic nie szko­dzi – od­par­ła Azjat­ka. – Czas nie ma dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. Je­śli będę mu­sia­ła, zo­sta­nę tu choć­by rok. Na­sta­wi­łam się na dłu­gie cze­ka­nie.

Swag­ger nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. Wie­dział je­dy­nie, że nie ma po co wra­cać do tego, co przed laty, pod­czas tam­tej woj­ny, na­zy­wał Świa­tem przed duże Ś. Bo ile­kroć wra­cał, zbyt dużo go to kosz­to­wa­ło. Ostat­nim ra­zem stra­cił ko­bie­tę, któ­rą nie­opatrz­nie po­ko­chał, i nie chciał zno­wu do­świad­czać tego smut­ku, przy­najm­niej nie na ja­wie. Miał wy­star­cza­ją­co dużo zmar­twień z dwie­ma cór­ka­mi i sy­nem, ze sta­lo­wą kulą za­miast bio­dra, z bli­zna­mi na sta­rym, umę­czo­nym cie­le, któ­re moż­na by po­ka­zy­wać w te­le­wi­zji: drę­czy­ło go tyle wspo­mnień, tyle ob­ra­zów umie­ra­ją­cych lu­dzi, że nie chciał już żad­nych przy­gód, ko­lej­nych strat i smut­ków. Bał się ich.

Wte­dy ko­bie­ta po­wie­dzia­ła:

– Sły­sza­łam o panu i wiem, czym zaj­mo­wał się pan pod­czas woj­ny. Ro­zu­miem, że ten za­wód wy­ma­ga wiel­kiej cier­pli­wo­ści. Sie­dzi się i cze­ka. Cze­ka się, cze­ka i cze­ka. Praw­da?

– Owszem, cze­ka­nie od­gry­wa w tym pew­ną rolę.

– Nie mogę panu ni­czym za­im­po­no­wać. Nie umiem strze­lać, jeź­dzić kon­no, wspi­nać się ani się bić. Nie za­dzi­wi­ła­by pana ani jed­na książ­ka, któ­rą prze­czy­ta­łam, pań­ski ra­dar nie za­re­je­stro­wał­by żad­ne­go z mo­ich osią­gnięć. Ale udo­wod­nię panu, że je­stem cier­pli­wa. Prze­cze­kam pana, pa­nie Swag­ger. Za­im­po­nu­ję panu cier­pli­wo­ścią.

Od­po­wiedź za­brzmia­ła wspa­nia­le, ani przez chwi­lę się ta­kiej nie spo­dzie­wał. Ale że­la­zna ma­ska na jego twa­rzy stłu­mi­ła wszyst­kie emo­cje. Moż­li­we, że mru­gnął tymi swo­imi jasz­czur­czy­mi ocza­mi albo ob­li­zał spie­czo­ne usta, bo był sta­rym, za­su­szo­nym głup­cem, nie­uf­nym i za­mknię­tym w so­bie, głup­cem, któ­ry nie umiał po ci­chu cho­dzić – po jed­nej z przy­gód za­czął uty­kać – i cho­ciaż słoń­ce i wiatr nada­ły jego twa­rzy ko­lor ce­ra­mi­ki In­dian Na­va­jo, oczy ja­kimś cu­dem zu­peł­nie wy­bla­kły i wy­glą­da­ły te­raz jak nie­tknię­te przez em­pa­tię oczy gada.

– Do­brze – po­wie­dział. – Za­tem spró­bu­je­my się wza­jem­nie prze­cze­kać.

Trwa­ło to po­nad trzy ty­go­dnie. Ile­kroć przy­cho­dził, my­ślał, że so­bie po­szła. Ale nie, wciąż tam tkwi­ła, wciąż sie­dzia­ła w ką­cie z twa­rzą w po­świa­cie bi­ją­cej z ekra­nu ma­szy­ny do czy­ta­nia czy co­kol­wiek to było. Zro­bił so­bie dzie­się­cio­dnio­wą prze­rwę, za­kła­da­jąc, że to na pew­no ją znie­chę­ci. Nie znie­chę­ci­ło.

W koń­cu, w po­ło­wie czwar­te­go ty­go­dnia, gdy omi­nąw­szy chma­rę wy­ru­sza­ją­cych w dro­gę pick-upów, po­de­szła do swe­go wy­po­ży­czo­ne­go sa­mo­cho­du, zo­ba­czy­ła, że tuż obok stoi jego czar­ny ford F-150. I że o jego zde­rzak opie­ra się Swag­ger w bejs­bo­lo­wej cza­pecz­ce, chu­dy jak nit­ka, we­ster­no­wy Sha­ne albo kie­row­ca cię­ża­rów­ki, któ­ry zje­chał z au­to­stra­dy na krót­ki od­po­czy­nek.

– Do­brze – za­czął. – Gdy­by cho­dzi­ło o pie­nią­dze, już daw­no by pani wy­je­cha­ła. Je­śli jest pani wa­riat­ką, kła­pa­nie star­ców u Ric­ka ode­sła­ło­by pa­nią z po­wro­tem do domu wa­ria­tów. Do­my­ślam się, że kie­ru­je pa­nią upór, a pod upo­rem za­wsze kry­je się de­ter­mi­na­cja. Wy­gra­ła pani. Dam pani to, cze­go pani chce, je­śli tyl­ko będę mógł i je­śli będę mógł zo­stać przy tym sobą.

– Nie pro­szę o wie­le – od­par­ła. – Nie cho­dzi o pie­nią­dze ani o ża­den kon­trakt, nie ma w tym żad­nych krucz­ków. Nie przy­je­cha­łam tu z wiel­kie­go, ha­ła­śli­we­go mia­sta, tyl­ko z ro­bot­ni­czej dziu­ry zwa­nej Bal­ti­mo­re. Chcę po­znać pań­ską opi­nię w pew­nej spra­wie, to wszyst­ko. Zna się pan na rze­czach, o któ­rych ja nie mam po­ję­cia. Ja coś panu opo­wiem, a pan osą­dzi, czy coś w tym jest, czy to tyl­ko sza­leń­stwo i zbieg oko­licz­no­ści. To wszyst­ko. Aha, za­po­mnia­łam o naj­lep­szym: opo­wieść bę­dzie dłu­ga i bar­dzo nud­na.

– Zgo­da – od­rzekł Swag­ger. – Ma pani pra­wo mnie za­nu­dzać, za­słu­ży­ła pani. Mogę się tro­chę po­nu­dzić, cze­mu nie, to ża­den pro­blem. Mo­że­my spo­tkać się ju­tro w Iron Springs? O dru­giej w TGI Fri­day’s przy au­to­stra­dzie. To strasz­na spe­lu­na, ale tłocz­no tam i gło­śno i nikt nie zwró­ci na nas uwa­gi. Wy­pi­je­my kawę i po­roz­ma­wia­my. Wy­bra­łem to miej­sce, bo nie chcę, żeby te sta­re ko­zły do­sta­ły za­wro­tu gło­wy na nasz wi­dok.

– Do­brze, oczy­wi­ście. W ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia.

* * *

Przy­je­cha­ła punk­tu­al­nie i zna­la­zła go w bok­sie na koń­cu tan­det­nie urzą­dzo­nej sali, któ­rej we­so­łość sta­ła w sprzecz­no­ści z jego po­nu­rą miną, za­głę­bie­nia­mi i płasz­czy­zna­mi jego sta­rej, spię­tej twa­rzy, z głę­bo­ki­mi roz­pa­dli­na­mi ku­rzych ła­pek od­cho­dzą­cych od oczu jak ka­ta­rak­ty na sta­ro­żyt­nej rze­ce fa­ra­onów. A może – za­po­mi­na­jąc na chwi­lę o ry­cer­skich ro­man­sach – był po pro­stu wra­kiem czło­wie­ka. Tym­cza­sem lu­dzie, ci, dla któ­rych au­to­stra­da jest sym­bo­lem wol­no­ści i raju, krę­ci­li się po za­tło­czo­nej sali, wznie­ca­jąc zgiełk, je­dząc lody, krzy­cząc na dzie­ci i de­mon­stru­jąc wszyst­kie ozna­ki nie­za­do­wo­le­nia, ja­kie przed­sta­wi­cie­le zmo­to­ry­zo­wa­nej cy­wi­li­za­cji są tyl­ko w sta­nie za­de­mon­stro­wać.

– Pro­szę pani? Nie wiem na­wet, jak się pani na­zy­wa.

Usia­dła na­prze­ciw­ko nie­go.

– Jean Ma­rqu­ez. Je­stem z po­cho­dze­nia Fi­li­pin­ką, ale uro­dzi­łam się i wy­cho­wa­łam tu­taj. Z za­wo­du je­stem dzien­ni­kar­ką, ale nie pi­szę żad­ne­go ar­ty­ku­łu ani nie wy­stę­pu­ję w imie­niu mo­jej ga­ze­ty. Je­stem cór­ką dwoj­ga le­ka­rzy, mam pięć­dzie­siąt pięć lat i je­stem wdo­wą.

– Bar­dzo mi przy­kro. Ja też stra­ci­łem kil­ko­ro bli­skich i ro­zu­miem pani ból.

– Li­czy­łam na to. Mam na imię Jean. Wszy­scy się tak do mnie zwra­ca­ją. Moim mę­żem był Ja­mes Ap­tap­ton. Czy to na­zwi­sko coś panu mówi?

– Hm… – od­parł Swag­ger, bo tak, chy­ba mu coś mó­wi­ło. Jego umysł i twarz za­szły mgłą nie­pew­no­ści, w koń­cu po­wie­dział: – Przy­cho­dzi mi do gło­wy ja­kiś pi­sarz. Pi­sał o snaj­pe­rach? O bro­ni pal­nej, tak? Nie zna­łem go ani nie czy­ta­łem jego ksią­żek, ale tak, od cza­su do cza­su na­po­ty­kam to na­zwi­sko. Pa­mię­tam na­wet, że ktoś spy­tał mnie, czy to ja je­stem pier­wo­wzo­rem jed­ne­go z jego bo­ha­te­rów, Bil­ly’ego Dona Tru­ehe­ar­ta czy ko­goś ta­kie­go.

– Wła­śnie. Tak, Jim in­te­re­so­wał się bro­nią. Na­le­żał do tych, któ­rzy ją ko­cha­ją, i gdy­by żył z nim pan przez dwa­dzie­ścia lat, tak jak ja, przy­wykł­by pan do wi­do­ku wszech­obec­nych pi­sto­le­tów i ka­ra­bi­nów. Stał się w koń­cu na tyle bo­ga­ty, że stać go było na wy­da­nie sie­dem­na­stu ty­się­cy do­la­rów na za­kup pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go Thomp­so­na. Gdy­by chciał pan go kie­dyś wy­po­ży­czyć, pro­szę dać mi znać. Za­pro­po­nu­ję panu bar­dzo przy­stęp­ną staw­kę.

– Będę o tym pa­mię­tał, ale są­dzę, że te dni mam już za sobą.

– Tak czy in­a­czej, wszę­dzie broń, cza­so­pi­sma o bro­ni, bio­gra­fie lu­dzi ta­kich jak El­mer Ke­ith i John M. Brow­ning, gło­wy mar­twych zwie­rząt: Ja­mes już taki był. Wie­dzia­łam o tym, kie­dy się z nim wią­za­łam, i cał­ko­wi­cie to ak­cep­to­wa­łam. Jego po­glą­dy po­li­tycz­ne? Tego nie, nig­dy, ale broń tak, jego za­mi­ło­wa­nie do bro­ni mi nie prze­szka­dza­ło, bo umiał pod­cho­dzić do tego z hu­mo­rem, z przy­mru­że­niem oka, tak jak do wszyst­kie­go in­ne­go. Był do­bry, miły i na­wet kie­dy od­niósł suk­ces, nie zmie­nił się w za­ro­zu­mia­łe­go dup­ka i po­zo­stał od­da­ny dzie­ciom, mo­jej ro­dzi­nie, swo­jej mat­ce i zna­jo­mym. Nig­dy nie za­le­ża­ło mu na sła­wie. Chciał tyl­ko ku­po­wać broń, pić wód­kę i roz­śmie­szać lu­dzi. Wszyst­kim, któ­rzy go zna­li, bar­dzo go bra­ku­je i jesz­cze dłu­go bę­dzie bra­ko­wa­ło.

– Czy to ma zwią­zek z jego śmier­cią?

– Tak. Pew­ne­go wie­czo­ru ten idio­ta po­szedł do baru i za­miast jed­ne­go mar­ti­ni, na któ­re miał po­zwo­le­nie, wy­pił trzy. Kie­dy pod­pi­ty wra­cał do domu, po­trą­cił go ja­kiś sa­mo­chód. Kie­row­ca zbiegł. Mó­wią, że Ja­mes miał szczę­ście, że zgi­nął na miej­scu.

– Bar­dzo mi przy­kro. Zła­pa­li tego pi­ra­ta?

– Nie. Mię­dzy in­ny­mi o to cho­dzi. W ta­kich wy­pad­kach gi­nie co roku po­nad dwa ty­sią­ce osób i dzie­więć­dzie­siąt osiem pro­cent tego ro­dza­ju spraw znaj­du­je roz­wią­za­nie. Po­zo­sta­je dwa pro­cent spraw nie­roz­wią­za­nych, dla­te­go moż­li­we jest, choć tak, mało praw­do­po­dob­ne, że mąż zo­stał za­mor­do­wa­ny. Wiem, wiem, to był pew­nie ja­kiś na­ćpa­ny gów­niarz w skra­dzio­nym sa­mo­cho­dzie, któ­ry zo­ba­czył na uli­cy za­ta­cza­ją­ce­go się pod­sta­rza­łe­go fa­ce­ta i do­dał gazu. Nie mam po­ję­cia, dla ad­re­na­li­ny, dla za­ba­wy. Ale… mo­gło być rów­nież in­a­czej.

– Mia­łem do czy­nie­nia z kimś, kto za­bi­jał lu­dzi sa­mo­cho­dem. To jest praw­do­po­dob­ne. Kie­ro­wa­ne przez za­wo­dow­ca auto jest śmier­cio­no­śną bro­nią. Do­my­ślam się, że po­wie mi pani te­raz, dla­cze­go to mo­gło być mor­der­stwo.

– Tak. Do­cho­dzi­my do nud­nej czę­ści opo­wie­ści. Może le­piej niech pan do­le­je so­bie kawy.

– Po­do­ba mi się pani mąż. Pani też. Pro­szę mó­wić. Śmia­ło, niech mnie pani za­nu­dzi.

– Jak już wspo­mnia­łam, w tej hi­sto­rii nic się nie dzie­je. Nie ma w niej moc­no za­ry­so­wa­nych barw­nych po­sta­ci, dziw­nych zrzą­dzeń losu, gwał­tow­nych zwro­tów ak­cji, hu­mo­ru ani dra­ma­ty­zmu. To rzecz o czymś, co daw­no temu zda­rzy­ło się w zwy­kłym miej­scu pra­cy.

– Jak do­tąd cał­kiem nie­źle.

– Nie da się tego spraw­dzić ani po­twier­dzić. Miej­sca­mi opo­wieść jest bar­dzo nie­ja­sna. Może to tyl­ko zwy­kła buj­da i wy­mysł, ale jest tak po­nu­ra, że wąt­pię, by ktoś chciał coś na tym zy­skać. Nie znam do­kład­nych dat. Pierw­szy raz przed­sta­wio­no ją w li­ście, po­tem, lata póź­niej, w dru­gim li­ście, a po­tem, zno­wu wie­le lat póź­niej, w li­ście trze­cim. Nie czy­ta­łam żad­ne­go z nich, a duże od­stę­py cza­su, w ja­kich je pi­sa­no, su­ge­ru­ją po­stę­pu­ją­cą ero­zję co­raz słab­szej pa­mię­ci. Na do­miar wszyst­kie­go wiem o nich tyl­ko od mo­je­go męża i mu­szę przy­znać, że kie­dy mi o tym opo­wia­dał, nie słu­cha­łam go zbyt uważ­nie, dla­te­go na mo­jej pa­mię­ci też nie na­le­ży za bar­dzo po­le­gać. Suma sum­ma­rum, ma­te­riał do­wo­do­wy jest dość ża­ło­sny.

– Mimo to nie daje pani spo­ko­ju.

– To praw­da. Cza­sem jest tak, że nie moż­na o czymś za­po­mnieć. My­ślisz, że za­po­mnia­łeś, ży­jesz da­lej i na­gle bu­dzisz się w środ­ku nocy, bo to coś wra­ca i zno­wu za­czy­na cię drę­czyć. Tak jak tych trzech od li­stów i mo­je­go zmar­łe­go męża. Mnie też. Nie da­wa­ło mi to spo­ko­ju na tyle, że do­wie­dzia­łam się o nie­ja­kim Bo­bie Lee Swag­ge­rze, wy­tro­pi­łam go w upstrzo­nej przez mu­chy ja­dło­daj­ni w przy­droż­nym wy­gwiz­do­wie zwa­nym Ca­sca­de i za­in­we­sto­wa­łam pra­wie dwie mie­sięcz­ne pen­sje, żeby z nim po­roz­ma­wiać.

– Cie­ka­wy wstęp. Je­stem za­in­try­go­wa­ny.

– Za­cznie­my od pew­ne­go mło­de­go czło­wie­ka, ab­sol­wen­ta stu­diów in­ży­nier­skich z Dal­las w Tek­sa­sie. Czas jest nie­zna­ny, ale przy­pusz­czam, że było to w po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych. Nasz ab­sol­went jest by­stry, am­bit­ny, pra­co­wi­ty i po­rząd­ny. Chce do­stać pra­cę w fir­mie bu­dow­la­nej i pro­jek­to­wać wiel­kie gma­chy. Jest po­cząt­ku­ją­cy, więc za­czy­na jako kon­ser­wa­tor wind.

– Wind?

– Tak, wind. To nie­zbyt atrak­cyj­ne za­ję­cie. Ale win­dy, dla nas coś zu­peł­nie oczy­wi­ste­go i co­dzien­nie spo­ty­ka­ne­go, są urzą­dze­nia­mi bar­dzo skom­pli­ko­wa­ny­mi. Trze­ba je re­gu­lar­nie spraw­dzać, re­mon­to­wać i kon­ser­wo­wać i ża­den z od­po­wie­dzial­nych za to me­cha­ni­ków nie trak­tu­je tego lek­ko. Fir­ma na­sze­go mło­de­go in­ży­nie­ra in­sta­lu­je je i kon­ser­wu­je, żeby prze­szły co­rocz­ną kon­tro­lę i z dzie­się­cio­ma pa­sa­że­ra­mi w ka­bi­nie nie spa­dły z pięć­dzie­sią­te­go pię­tra.

– Bar­dzo roz­sąd­ne po­dej­ście.

– To cięż­ka, brud­na pra­ca. Szy­by wind i ma­szy­now­nie, w któ­rych miesz­czą się sil­ni­ki i wy­cią­gi, są ciem­ne i dusz­ne, bo nie ma w nich kli­ma­ty­za­cji. Tym bar­dziej nie było jej wte­dy. Jest bar­dzo cia­sno i żeby tam wejść, trze­ba nie­źle się na­gim­na­sty­ko­wać. Pra­cu­je się szyb­ko i pod pre­sją, bo ad­mi­ni­stra­to­rzy bu­dyn­ków nie lu­bią wy­łą­czać wind. Nie lu­bią tego oni, nie lu­bią miesz­kań­cy, nie lu­bią użyt­kow­ni­cy, nie lubi tego nikt. Ro­zu­mie pan?

– Ro­zu­miem.

– Nasz mło­dy in­ży­nier i jego eki­pa są w ma­szy­now­ni na da­chu pew­ne­go bu­dyn­ku. Mają la­tar­ki i wła­śnie mie­rzą sto­pień zu­ży­cia lin, prze­kład­ni, sil­ni­ka elek­trycz­ne­go, spraw­dza­ją, czy wszyst­ko jest do­brze na­oli­wio­ne, i ro­bią to wszyst­ko na tem­po, żeby klat­ka, jak na­zy­wa­ją ka­bi­nę, zo­sta­ła po­now­nie do­pusz­czo­na do eks­plo­ata­cji. Jest go­rą­co, cia­sno i, nie li­cząc sła­be­go świa­tła la­ta­rek, pra­wie zu­peł­nie ciem­no. Za­ję­cie nie jest przy­jem­ne, pra­cow­ni­cy nie są za­do­wo­le­ni i na­gle… ba­buch!

– Ba-buch?

– Je­den z pra­cow­ni­ków, nie wiem… od­po­czy­wa­jąc, co­fa­jąc się, by zro­bić miej­sce dla ko­le­gi, może ro­biąc to, co robi się zwy­kle w ma­szy­now­ni, opie­ra się o coś na ścia­nie i sły­chać gło­śny trzask, od­głos cze­goś spa­da­ją­ce­go na pod­ło­gę. Ma­szy­now­nię wy­peł­nia chmu­ra gry­zą­ce­go pyłu, wszy­scy za­czy­na­ją kasz­leć, ki­chać i rzę­zić. Oświe­tla­ją la­tar­ka­mi pod­ło­gę i stwier­dza­ją, że ich ko­le­ga wpadł na pół­kę, a ta z ja­kie­goś po­wo­du – prze­rdze­wia­łe albo ob­lu­zo­wa­ne śru­by, pęk­nię­ty me­tal, zwie­trza­ła ce­gła lub tynk – spa­dła, a wraz z nią wszyst­ko, co na niej le­ża­ło. A pro­pos: to jest naj­bar­dziej dy­na­micz­na sce­na opo­wie­ści, spa­da­ją­ca pół­ka. Bar­dziej eks­cy­tu­ją­co już nie bę­dzie.

– Moje ser­ce bije tak szyb­ko, że za­raz nie wy­trzy­ma.

– Te­raz po­wie­je nudą. Pra­cow­ni­cy spraw­dza­ją, co się sta­ło, wie­sza­ją pół­kę na ścia­nie i za­czy­na­ją ukła­dać na niej to, co zle­cia­ło na pod­ło­gę. Oka­zu­je się, że to reszt­ki wy­kła­dzi­ny. Jest nią wy­ło­żo­ny hol bu­dyn­ku: ktoś z ad­mi­ni­stra­cji do­szedł praw­do­po­dob­nie do wnio­sku, że trze­ba te reszt­ki za­cho­wać na łaty, a po­nie­waż w ma­szy­now­ni była pół­ka, uznał, że to do­bre miej­sce na ich zma­ga­zy­no­wa­nie.

– Brzmi bar­dzo ta­jem­ni­czo.

– Na­gle ktoś mówi: „Hej, spójrz­cie tyl­ko na to”. By­ło­by faj­nie, gdy­by cho­dzi­ło o strzel­bę, praw­da? Albo o pu­deł­ko na­bo­jów, ce­low­nik optycz­ny, szpie­gow­ską ra­dio­sta­cję, coś z Ja­me­sa Bon­da.

– Tak, by­ło­by cie­ka­wiej.

– Nie­ste­ty. To tyl­ko płaszcz. Uprze­dza­łam: opo­wieść jest bar­dzo nud­na.

– Nie, chwi­la­mi jest cał­kiem in­te­re­su­ją­ca. Pro­szę mó­wić da­lej.

– Oka­zu­je się, że to mę­ski płaszcz roz­mia­ru XL, z brą­zo­wej ga­bar­dy­ny, nie­złej ja­ko­ści i w bar­dzo do­brym sta­nie. Pra­wie jak nowy. Ktoś sta­ran­nie go zło­żył i wsu­nął mię­dzy reszt­ki wy­kła­dzi­ny na pół­ce w ma­szy­now­ni. Nie wia­do­mo kie­dy, bo nie znam dat, szcze­gó­łów ani ni­cze­go.

– Ro­zu­miem.

– Roz­kła­da­ją go i od razu do­ko­nu­ją od­kry­cia: płaszcz cuch­nie. Po roz­ło­że­niu bije z nie­go che­micz­ny za­pach, bar­dzo nie­przy­jem­ny. Oświe­tla­ją go la­tar­ka­mi. Na le­wej pier­si wid­nie­je wy­raź­na pla­ma od naf­ty albo cze­goś ta­kie­go i na­wet te­raz, Bóg wie po ilu la­tach, odór jest nie­zwy­kle sil­ny. Nie znik­nął. Za­miast dar­mo­we­go płasz­cza zna­leź­li coś, co trze­ba by od­dać do pral­ni che­micz­nej bez żad­nej gwa­ran­cji, że uda się sprać pla­mę i po­zbyć się nie­zno­śne­go za­pa­chu. Tra­cą więc za­in­te­re­so­wa­nie i płaszcz tra­fia do ko­sza na śmie­ci. Zni­ka. Prze­pa­da na za­wsze. Ko­niec opo­wie­ści. Nudy, praw­da?

– Nie, kil­ka mo­men­tów na­wet mi się po­do­ba­ło – od­parł Bob, ba­wiąc się nimi w swo­im po­krę­co­nym tak­tycz­nym umy­śle. Było w tym coś sub­tel­nie pro­wo­ku­ją­ce­go. Dal­las. Po­rzu­co­ny płaszcz. Dziw­ny za­pach i pla­ma.

– Do­brze – cią­gnę­ła Jean. – Nasz in­ży­nier do­sta­je awans, rzu­ca do­tych­cza­so­wą pra­cę i prze­cho­dzi do du­żej fir­my bu­dow­la­nej. Po­nie­waż jest bar­dzo in­te­li­gent­ny i pra­co­wi­ty, awan­su­je po­now­nie. Na­le­ży do tych, któ­rzy zbu­do­wa­li Ame­ry­kę. Zo­sta­je wspól­ni­kiem. Żeni się ze swo­ją dziew­czy­ną z ogól­nia­ka, ro­dzą mu się trzy ślicz­ne có­recz­ki i z cza­sem prze­pro­wa­dza się do domu na przed­mie­ściach, gdzie miesz­ka­ją wszy­scy wspól­ni­cy. Wstę­pu­je do pre­sti­żo­we­go klu­bu. Jest po­wszech­nie sza­no­wa­ny. Jego cór­ki wy­cho­dzą za wspa­nia­łych męż­czyzn. Praw­dę mó­wiąc, zmy­ślam szcze­gó­ły, ale ro­zu­mie pan, o co cho­dzi. Jed­na z có­rek za­rę­cza się z sy­nem ran­cze­ra, inna z bo­ga­tym przed­się­bior­cą. Ran­czer i jego żona chcą po­znać ro­dzi­ców przy­szłej sy­no­wej, więc za­pra­sza­ją in­ży­nie­ra i jego żonę na week­end, na po­ga­du­chy przy gril­lu. Sie­dzą w wiel­kim, wy­ło­żo­nym bo­aze­rią sa­lo­nie z wi­do­kiem na ba­sen, bia­łe pło­ty stad­ni­ny i roz­le­głe zie­lo­ne pa­stwi­ska i wte­dy in­ży­nier coś za­uwa­ża: wszę­dzie wi­szą gło­wy mar­twych zwie­rząt. Oka­zu­je się, że ran­czer jest my­śli­wym. Po­lo­wał we wszyst­kich za­kąt­kach świa­ta. Na lwy, ty­gry­sy i niedź­wie­dzie.

Na ko­zio­roż­ce, so­bo­le i kudu. Piją whi­sky z na­po­jem im­bi­ro­wym z wy­so­kich szkla­nek, do­brze się ba­wią i na­gle ran­czer pyta: „Don, chcesz zo­ba­czyć mój ar­se­nał?”.

Don kiwa gło­wą i idą. Wcho­dzą do du­że­go po­miesz­cze­nia peł­ne­go bro­ni. Sztu­ce­ry, zno­wu gło­wy zwie­rząt, sej­fy, ławy, tar­cze, zdję­cia męż­czyzn z za­bi­ty­mi zwie­rzę­ta­mi, sta­ry ka­len­darz z Ma­ri­lyn Mon­roe, na­rzę­dzia, wszyst­ko to, co miał mój mąż, cho­ciaż u ran­cze­ra pa­no­wał pew­nie więk­szy po­rzą­dek. I na­gle łup! In­ży­nie­ra ude­rza pe­wien za­pach. Sta­ry, bar­dzo sta­ry za­pach. Może pan wie, że psy­cho­lo­go­wie twier­dzą, iż za­pach na­le­ży do naj­sil­niej­szych bodź­ców uru­cha­mia­ją­cych pa­mięć. Może cof­nąć nas do cza­su i miej­sca, gdzie po raz pierw­szy się go po­czu­ło, więc Don cofa się na­tych­miast o trzy­dzie­ści lat i zno­wu jest w ma­szy­now­ni sta­rej win­dy w Dal­las.

– GI czy hop­pe’s 9? – spy­tał Bob.

– Hop­pe’s. Tak. To był płyn do czysz­cze­nia lufy. Roz­pusz­czal­nik usu­wa­ją­cy po­zo­sta­ło­ści po wy­strza­le. Sto­su­je się go od lat dwu­dzie­stych. Don czu­je ten za­pach w do­mo­wym warsz­ta­cie swe­go no­we­go ko­le­gi i zda­je so­bie spra­wę, że zna go z bu­dyn­ku, któ­re­go na­zwy oczy­wi­ście nie wy­mie­ni­łam.

– Chce pani po­wie­dzieć, że była to Tek­sa­ska Skład­ni­ca Ksią­żek Szkol­nych?

– By­ło­by cie­ka­wiej, praw­da? Ale nie, to był Dal-Tex, bu­dy­nek po dru­giej stro­nie Ho­uston Stre­et, do­kład­nie na­prze­ciw­ko skład­ni­cy. Stał tam już w sześć­dzie­sią­tym trze­cim. Dal-Tex to skrót nie od Dal­las-Te­xas, tyl­ko od Dal­las Te­xti­les, bo w owym cza­sie mie­ści­ły się tam biu­ra hur­tow­ni­ków i pro­du­cen­tów odzie­ży. Na­wia­sem mó­wiąc, znaj­do­wa­ło się tam rów­nież biu­ro Abra­ha­ma Za­pru­de­ra i sto in­nych. Nic spe­cjal­ne­go z wy­jąt­kiem tego, że Dal-Tex jest mniej wię­cej ta­kiej sa­mej wy­so­ko­ści co skład­ni­ca, że z jego okien roz­ta­cza się taki sam wi­dok jak z okna, z któ­re­go strze­lał Oswald, i że Elm Stre­et i De­aley Pla­za wi­dać z nich pod pra­wie iden­tycz­nym ką­tem. Ro­zu­mie już pan, dla­cze­go nie daje mi to spo­ko­ju?

– Tak – od­parł Bob, pró­bu­jąc wy­cza­ro­wać bu­dy­nek Dal-Texu z na­tło­ku wspo­mnień z De­aley Pla­za, tego trój­kąt­ne­go traw­ni­ka w ją­drze ame­ry­kań­skiej ciem­no­ści. Nie wy­cza­ro­wał nic, żad­nej wi­zji, żad­ne­go wra­że­nia.

– Bu­dy­nek ten wy­stę­pu­je w kil­ku ty­sią­cach teo­rii spi­sko­wych. Przej­rza­łam je, ale żad­na nie jest ani cie­ka­wa, ani prze­ko­nu­ją­ca. Ktoś twier­dzi, że na jed­nym ze zdjęć wi­dać ka­ra­bin i trój­nóg na ko­min­ku, ale to tyl­ko smu­gi i cie­nie. Bu­dy­nek za­mknię­to kil­ka mi­nut po wy­strza­łach i do­ko­na­no tam kil­ku „za­trzy­mań”, ale nic z nich nie wy­nik­nę­ło. Nie­któ­rzy bez­pod­staw­nie utrzy­mu­ją, że jest to jed­no z dzie­wię­ciu, a może na­wet dwu­na­stu miejsc, z któ­rych strze­la­no do Ken­ne­dy’ego i któ­re CIA, Se­ars, Ro­ebuck, Kró­lew­skie Ka­na­dyj­skie Siły Lot­ni­cze i Proc­tor and Gam­ble wy­ko­rzy­sta­li w swo­ich teo­riach spi­sko­wych. Czy­li nic ta­kie­go.

Bob kiw­nął gło­wą.

– Mimo to – cią­gnę­ła Jean – rzecz jest in­try­gu­ją­ca. Zwłasz­cza dla na­sze­go in­ży­nie­ra. Nie umie o tym za­po­mnieć. Ro­zu­mie pan dla­cze­go, praw­da?

– Za­pach hop­pe’s 9 su­ge­ru­je, że ktoś czy­ścił broń, co z ko­lei su­ge­ru­je, że broń tam była. Moż­na rów­nież za­ło­żyć, że w trak­cie czysz­cze­nia płyn wy­ciekł albo zo­stał nie­chcą­cy wy­la­ny na płaszcz. Ale płaszcz do­brze ukry­to, jak­by ten, kto za­pla­mił go tym sil­nie cuch­ną­cym środ­kiem, nie chciał, by lu­dzie zo­ba­czy­li pla­mę albo po­czu­li cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach. Mnó­stwo Tek­sań­czy­ków na­tych­miast by go roz­po­zna­ło, w tym więk­szość po­li­cjan­tów. Wte­dy był to śro­dek po­wszech­nie sto­so­wa­ny. Mo­gło się to zda­rzyć dwu­dzie­ste­go dru­gie­go li­sto­pa­da ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go trze­cie­go roku, dla­te­go nie daje to pani spo­ko­ju. Drę­czy pa­nią, że broń mo­gła się zna­leźć tam, gdzie ofi­cjal­nie jej nie było. Ale to bar­dzo cien­kie. Na­praw­dę cien­kie.

– Da­lej jest jesz­cze cie­niej. Mija kil­ka lat. Nasz in­ży­nier nie wie, co z tym zro­bić. Nie jest głu­pi, on też zda­je so­bie spra­wę, że teo­ria jest cien­ka, o wie­le za cien­ka, by za­in­te­re­so­wa­ły się nią wła­dze. Wte­dy wpa­da mu do ręki pew­na książ­ka: Strze­la­ni­na na Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue. Na­pi­sał ją mój mąż z przy­ja­cie­lem. Jest to opis nie­uda­ne­go za­ma­chu na pre­zy­den­ta Har­ry’ego Tru­ma­na w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym roku, za­ma­chu, któ­ry za­koń­czył się strze­la­ni­ną na środ­ku uli­cy, w bia­ły dzień, w cen­trum Wa­szyng­to­nu, do­kład­nie na­prze­ciw­ko Bia­łe­go Domu. Zgi­nę­ło dwóch lu­dzi, czte­rech zo­sta­ło ran­nych. Ot, pra­wie cał­kiem za­po­mnia­ny epi­zod. Mimo to in­ży­nier czy­ta książ­kę. Jego wy­obraź­nię roz­pa­la wą­tek agen­ta Se­cret Se­rvi­ce Floy­da Bo­rin­ga, któ­ry tuż przed strze­la­ni­ną peł­nił służ­bę w Bla­ir Ho­use i któ­re­go uzna­no za bo­ha­te­ra. Tra­fił jed­ne­go z za­ma­chow­ców w gło­wę, uniesz­ko­dli­wił go i być może ura­to­wał Tru­ma­no­wi ży­cie. In­ży­nier do­wia­du­je się z książ­ki, że Bo­ring wciąż żyje, że trzy­na­ście lat po tym, jak w Wa­szyng­to­nie uzna­no go za bo­ha­te­ra, do­wo­dził gru­pą re­ko­ne­san­so­wą, któ­ra mia­ła za­bez­pie­czyć tra­sę prze­jaz­du pre­zy­den­ta Ken­ne­dy’ego w Dal­las, i że był w tym mie­ście pod­czas za­ma­chu i ze­zna­wał przed Ko­mi­sją War­re­na. Wzbu­dza sym­pa­tię in­ży­nie­ra, bo wy­glą­da na czło­wie­ka pra­we­go, po­rząd­ne­go, pra­co­wi­te­go i od­da­ne­go spra­wie. Po­nie­waż jest już na eme­ry­tu­rze i był świad­kiem za­ma­chu, wy­da­je się tym, kto mógł­by naj­le­piej oce­nić jego teo­rię. Tak po­wsta­je pierw­szy list: nasz in­ży­nier pi­sze do Bo­rin­ga i przed­sta­wia mu wszyst­kie szcze­gó­ły, któ­re ja przed­sta­wi­łam panu.

– Ale pani go nie czy­ta­ła.

– Na­wet go nie wi­dzia­łam. Po­wta­rzam tyl­ko to, co usły­sza­łam od Jima, kie­dy nie bar­dzo słu­cha­łam.

Swag­ger kiw­nął gło­wą, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak sta­ry agent od­bie­ra od li­sto­no­sza gru­bą prze­sył­kę od ko­goś z Dal­las i po­wo­li prze­glą­da jej za­war­tość.

– Co zro­bił Bo­ring?

– Z ja­kie­goś po­wo­du nic. Cał­kiem moż­li­we, że wrzu­cił list do ko­sza. Wie pan, zno­wu te zwa­rio­wa­ne teo­rie i spi­ski. Miał tego dość, bo nie­któ­rzy twier­dzi­li, że ma­czał pal­ce w za­ma­chu, co bar­dzo mu się nie po­do­ba­ło. Poza tym cięż­ko cho­ro­wał, miesz­kał w domu star­ców w Si­lver Springs, opła­ki­wał śmierć żony i wie­dział, że zo­sta­ło mu mało cza­su.

– Ro­zu­miem.

– Mimo to jemu też spę­dza­ło to sen z po­wiek. Nie po­tra­fił prze­stać o tym my­śleć. Kil­ka lat póź­niej pi­sze do mo­je­go męża list, a wła­ści­wie pół li­stu. Nie do­koń­czył go. I nie wy­słał. Może się roz­my­ślił. Kto to wie? A po­tem umarł. Wy­da­wa­ło­by się, że to już ko­niec, że nikt nie bę­dzie się tym wię­cej za­drę­czał. Ale kil­ka lat póź­niej nie­do­koń­czo­ny list znaj­du­je jego cór­ka. I wy­sy­ła go do Jima. Tak więc wie­le lat po tym, jak zna­le­zio­no płaszcz, lata po tym, jak roz­po­zna­no bi­ją­cy z nie­go za­pach, lata po tym, jak do­nie­sio­no o tym eme­ry­to­wa­ne­mu agen­to­wi Se­cret Se­rvi­ce, lata po jego śmier­ci, dzię­ki uprzej­mo­ści jego cór­ki list tra­fia wresz­cie do rąk mo­je­go męża.

– A mąż do­cho­dzi do wnio­sku, że coś w tym jest?

– Żeby tyl­ko. Za­czy­na nad tym pra­co­wać. Ma kon­trakt na jed­ną książ­kę rocz­nie, wła­śnie ja­kąś skoń­czył, ale on nie wie co to zmę­cze­nie i kie­dy do­sta­je od Bo­rin­ga nie­do­koń­czo­ny list, któ­ry miał być od­po­wie­dzią na list na­sze­go in­ży­nie­ra, do­zna­je olśnie­nia, ro­zu­mie pan: eu­re­ka. Twier­dzi, że roz­wią­zał za­gad­kę śmier­ci Ken­ne­dy’ego. Po­dej­rze­wam, że pew­ną rolę ode­gra­ła w tym wód­ka. Bo na­gle wpa­da na po­mysł, na jaki nikt do­tąd nie wpadł. I musi po­je­chać do Dal­las. No więc je­dzie.

– Z do­brym skut­kiem?

– Roz­ma­wiał tam z kil­ko­ma oso­ba­mi, do­stał się chy­ba do Dal-Texu i wró­cił bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny. Od razu za­brał się do pra­cy i pi­sał jak sza­lo­ny. Pew­ne­go dnia, ty­dzień póź­niej, idzie do baru na drin­ka i gi­nie w za­uł­ku ze zła­ma­nym krę­go­słu­pem i zmiaż­dżo­ną mied­ni­cą.

– My­śli pani, że za­mor­do­wa­no go, bo za­czął grze­bać w ja­kiejś teo­rii na te­mat śmier­ci Ken­ne­dy’ego?

– Tego nie po­wie­dzia­łam. Przed­sta­wi­łam panu tyl­ko fak­ty, a fak­tem jest, że te­raz tyl­ko ja znam tę hi­sto­rię. I nie daje mi to spo­ko­ju. Nie umiem wy­bić so­bie tego z gło­wy, zwią­zek mię­dzy tym i praw­do­po­dob­nym za­bój­stwem Jima spę­dza mi sen z po­wiek. Chcia­ła­bym zro­bić wszyst­ko, żeby hi­sto­ria ta zo­sta­ła do­kład­nie prze­ana­li­zo­wa­na. Ktoś musi ją prze­tra­wić, osą­dzić, oce­nić i skon­tek­stu­ali­zo­wać. Ktoś, kto w tym świe­cie żył i się na tym zna. Do tego za­szczyt­ne­go za­da­nia no­mi­no­wa­łam pana. Dla­te­go te­raz chcę za­dać panu py­ta­nie, z któ­rym tu przy­je­cha­łam. Czy to jest coś war­te?

Bob cięż­ko wes­tchnął.

– Co to wszyst­ko zna­czy? Ma mnie pan za idiot­kę? To czy­sty ab­surd? Kom­plet­na stra­ta cza­su?

– Nie. Ro­zu­miem, że spra­wa może pro­wo­ko­wać. Temu nie za­prze­czam. Nie je­stem za­go­rza­łym zwo­len­ni­kiem teo­rii z ra­por­tu Ko­mi­sji War­re­na o jed­nym strzel­cu. Nie przy­glą­da­łem się temu do­kła­da­nie, ale tak jak pani uwa­żam, że wie­le z tych „teo­rii” wy­my­ślo­no tyl­ko po to, żeby tro­chę za­ro­bić. My­ślę rów­nież, że przez te wszyst­kie lata ana­li­zo­wa­ło to tyle osób, że jest mało praw­do­po­dob­ne, by nie zna­leź­li cze­goś no­we­go.

– Zgo­da.

– Po­zwo­li pani, że przed­sta­wię to w in­nym świe­tle, do­brze? Moim zda­niem coś pani prze­oczy­ła, prze­oczył to pani mąż, agent Bo­ring i wszy­scy po­zo­sta­li z in­ży­nie­rem włącz­nie. Tym czymś jest Tek­sas. Tek­sas to kraj pe­łen bro­ni. W Bal­ti­mo­re musi pani tłu­ma­czyć się z jej po­sia­da­nia, ale na pew­no nie ka­za­no by pani tego ro­bić w Tek­sa­sie. Tam każ­dy ma broń. Tam no­szą ją, idąc na gril­la, do ope­ry czy na ba­sen. Nikt na­wet okiem nie mru­gnie, a wte­dy, przed za­ma­chem na Ken­ne­dy’ego, było jesz­cze li­be­ral­niej. Wte­dy nikt nie zwra­cał na broń naj­mniej­szej uwa­gi. Po pro­stu była, i tyle. Jej obec­ność w tym bu­dyn­ku też nie jest czymś nie­zwy­kłym. Co wię­cej, zu­peł­nie nic nie zna­czy. Była tam, bo ktoś chciał za­bić Ken­ne­dy’ego?

Rów­nie do­brze po­dam pani sto in­nych po­wo­dów. Może za­raz po pra­cy kil­ku chło­pa­ków wy­bie­ra­ło się na je­le­nia. Chcie­li być na miej­scu pierw­sze­go dnia se­zo­nu, z sa­me­go rana i żeby za­osz­czę­dzić tro­chę cza­su, przy­no­szą broń do pra­cy. Je­den z nich stwier­dza, że jego sztu­cer wy­ma­ga wy­czysz­cze­nia, więc go czy­ści. Nikt nic nie mówi, bo to zu­peł­nie nor­mal­ne. Fa­cet sta­wia sztu­cer w ką­cie i za­mek ocie­ra się o czyjś płaszcz. Jego wła­ści­ciel ubie­ra się, wi­dzi, że płaszcz jest znisz­czo­ny, wrzu­ca go do ko­sza, a wie­czo­rem znaj­du­je go cieć, któ­ry po­sta­na­wia go za­trzy­mać. Wie­sza go, żeby wy­sechł, ale po­nie­waż za­pach środ­ka czysz­czą­ce­go jest bar­dzo sil­ny i nie zni­ka, cho­wa płaszcz, by zaj­rzeć do nie­go póź­niej, lecz z cza­sem za­po­mi­na o jego ist­nie­niu. Po la­tach znaj­du­ją go me­cha­ni­cy na­pra­wia­ją­cy win­dę. Mo­gło tak być nie tyl­ko w se­zo­nie na je­le­nie, ale i w se­zo­nie na ba­żan­ty, bo w Tek­sa­sie za­bi­ja­ją ich mnó­stwo, tak jak za­bi­ja­ją mnó­stwo go­łę­bi i wszyst­kie­go, co lata. Od­kry­ła pani coś, co su­ge­ru­je obec­ność bro­ni w tym bu­dyn­ku, i za­sko­czy­ło to pa­nią tyl­ko dla­te­go, że nie zna się pani na bro­ni albo nie zna pani Tek­sa­su.

– Ro­zu­miem.

– Pro­szę pani, Jean, je­śli mogę… Ze­bra­ła pani coś, co żoł­nie­rze pie­cho­ty mor­skiej na­zwa­li­by wy­wia­dem nie­wy­star­cza­ją­cym do prze­pro­wa­dze­nia ak­cji. Pani in­for­ma­cje są nie­prze­ko­nu­ją­ce. Ist­nie­je zbyt wie­le in­nych ewen­tu­al­no­ści. Dla­te­go na pani miej­scu po­gra­tu­lo­wał­bym so­bie wy­trwa­ło­ści w speł­nia­niu po­win­no­ści wzglę­dem męża i wró­cił do swe­go ży­cia. My­ślę, że z cza­sem pani mąż do­szedł­by do tego sa­me­go wnio­sku. Nie­wy­klu­czo­ne, że wy­ko­rzy­stał­by to od­kry­cie w któ­rejś ze swo­ich po­wie­ści, ale nie w praw­dzi­wym świe­cie, i je­stem pe­wien, że nie mia­ło ono nic wspól­ne­go z jego śmier­cią. Prze­pra­szam, że mó­wię bez ogró­dek, ale nie przy­je­cha­ła tu pani aż z Bal­ti­mo­re i nie po­świę­ci­ła tyle cza­su tyl­ko po to, że­bym te­raz wszyst­ko upięk­szał.

– Tak, to praw­da. Chy­ba spro­wa­dził mnie pan na zie­mię.

– Mam na­dzie­ję, że po­mo­głem. I bar­dzo mi przy­kro z po­wo­du pani męża. Może kie­dy wró­ci pani do domu, oka­że się, że już zła­pa­li tego kie­row­cę.

– Może.

– Od­pro­wa­dzę pa­nią do sa­mo­cho­du i wresz­cie wy­je­dzie pani z tej dziu­ry.

– Dzię­ku­ję.

Swag­ger od­li­czył kil­ka bank­no­tów dla kel­ner­ki, po­tem wsta­li i wy­szli.

– Pew­nie już się nie do­wie­my – rze­kła Jean, kie­dy do­szli do jej sa­mo­cho­du – kto prze­je­chał go ro­we­rem.

Słu­chał jej jed­nym uchem, pró­bu­jąc zer­k­nąć na ze­ga­rek, by spraw­dzić go­dzi­nę, i za­sta­na­wia­jąc się, o któ­rej bę­dzie w domu, bo obie­cał Miko, że po­ćwi­czy z nią rzu­ca­nie las­sem i…

– Prze­pra­szam. Co pani po­wie­dzia­ła?

– Nie, to nic ta­kie­go. Po pro­stu na ple­cach płasz­cza był ślad, coś jak­by od­cisk bież­ni­ka. In­ży­nier uwa­żał, że bież­ni­ka opo­ny an­giel­skie­go ro­we­ru, wie pan, ta­kie­go z cien­ki­mi opo­na­mi. Miał nie­ca­łe trzy cen­ty­me­try dłu­go­ści i wy­glą­dał jak znak fir­mo­wy. To wszyst­ko. Mały szcze­gół, zu­peł­nie o tym za­po­mnia­łam…

– Ma pani li­stę osób, któ­re od­wie­dził pani mąż?

– Mam jego no­tes. Trud­no go roz­czy­tać, ale tak, są tam ja­kieś na­zwi­ska i ad­re­sy. Dla­cze­go? Co się…

– Mu­szę coś za­ła­twić. Zaj­mie mi to ty­dzień. Pro­szę wró­cić do domu, zna­leźć ten no­tes i przy­słać mi go Fe­dE­xem. Je­śli mąż miał w kom­pu­te­rze coś na te­mat wy­jaz­du do Dal­las, pro­szę mi przy­słać i to. Po­ja­dę tam, jak tyl­ko będę go­to­wy.

– Chce pan po­ży­czyć mo­je­go thomp­so­na?

– Nie, na ra­zie nie.

– Pan nie żar­tu­je, praw­da?

– Nie, pro­szę pani.

– Chce pan, że­bym po­kry­ła kosz­ty? Wy­glą­da na to, że je­stem te­raz bo­ga­ta, więc…

– Nie, pro­szę pani – od­parł Swag­ger. – Ja sta­wiam.

ROZDZIAŁ 3

Sie­dział na ław­ce na rogu Ho­uston i Elm, pod roz­ło­ży­sty­mi sta­ry­mi dę­ba­mi na­prze­ciw­ko dziw­ne­go pro­sto­kąt­ne­go ba­se­nu z bia­łe­go ce­men­tu, jak­by ob­rzę­do­we­go, ob­szer­ne­go i peł­ne­go ukry­tych moż­li­wo­ści. Wo­kół nie­go to­czy­ło się la vie to­uri­sti­que, ży­cie spe­cy­ficz­ne­go pod­ga­tun­ku czło­wie­ka, któ­re­go za­cho­wa­nie cha­rak­te­ry­zu­je się tym, że cią­gnie go do in­nych przed­sta­wi­cie­li tego sa­me­go pod­ga­tun­ku, cu­dacz­nie ubra­nych osob­ni­ków. Osob­ni­cy ci, sto­jąc tu i ów­dzie ma­ły­mi grup­ka­mi, z apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi zbyt kiep­ski­mi, by ob­jąć prze­strzeń miej­ską zwa­ną De­aley Pla­za, cał­ko­wi­cie ją kon­tro­lo­wa­li. Wszyst­ko to wy­glą­da­ło bar­dzo dziw­nie. Od cza­su do cza­su, w krót­kiej prze­rwie w ru­chu ulicz­nym, któ­ryś z naj­od­waż­niej­szych osob­ni­ków wy­bie­gał na Elm Stre­et, by sta­nąć na jed­nym z dwóch krzy­ży na­ma­lo­wa­nych w miej­scu, gdzie kie­dyś za­strze­lo­no czło­wie­ka. A wo­ko­ło krę­ci­li się bez­dom­ni, jed­ni że­brząc, inni za pięć do­la­rów sprze­da­jąc Kro­ni­ki spi­sko­we, szma­tław­ca z naj­now­szy­mi re­we­la­cja­mi na te­mat wy­da­rzeń z 22 li­sto­pa­da 1963.

Do­kład­nie na­prze­ciw­ko, po dru­giej stro­nie Elm Stre­et, sta­ła pu­deł­ko­wa­ta sze­ścio­pię­tro­wa ka­mie­ni­ca, nie­róż­nią­ca się ni­czym od in­nych, acz słyn­na: Tek­sa­ska Skład­ni­ca Ksią­żek Szkol­nych. Mimo swej ni­ja­ko­ści mia­ła jed­ną z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych w świe­cie fa­sad, zwłasz­cza róg pią­te­go pię­tra, gdzie przed czter­dzie­stu dzie­wię­ciu laty czy­hał za­ma­cho­wiec. Nie­bo było zu­chwa­le błę­kit­ne, ty­po­wo tek­sa­skie, a ze wscho­du na za­chód wiał lek­ki wiatr opły­wa­ją­cy skwer oto­czo­ny przez rze­kę po­jaz­dów pę­dzą­cych uli­cą Ho­uston, bio­rą­cych ostroż­nie pod­stęp­ny stu­dwu­dzie­sto­stop­nio­wy za­kręt w lewo, w Elm Stre­et, i ja­dą­cych da­lej w kie­run­ku au­to­stra­dy Stem­mons bie­gną­cej tuż za wia­duk­tem. Wszy­scy mie­li coś do zro­bie­nia, wszy­scy się gdzieś spie­szy­li i więk­szość miesz­kań­ców Dal­las już daw­no za­po­mnia­ła o tra­ge­dii, do któ­rej tu kie­dyś do­szło. Ale sie­dzą­cy sa­mot­nie Swag­ger żył nią przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, sie­dem dni w ty­go­dniu.

Spoj­rzał w lewo, spoj­rzał w pra­wo, spoj­rzał do góry i w dół, ro­zej­rzał się, po­pa­trzył na uli­cę, na swo­je buty, na czub­ki pal­ców i spró­bo­wał to wszyst­ko od­two­rzyć. Wte­dy też był dzień taki jak te­raz, bez­chmur­ny, cho­ciaż rano za­no­si­ło się na deszcz, wte­dy też nie­bo było błę­kit­ne jak oczy gwiaz­dy fil­mo­wej. Przy­najm­niej tak pi­sa­no w ga­ze­tach. Bo on w tym cza­sie spał pół świa­ta da­lej, na Oki­na­wie, gdzie jako sie­dem­na­sto­let­ni star­szy sze­re­go­wiec tra­fił wła­śnie do ba­ta­lio­no­wej dru­ży­ny strze­lec­kiej i gdzie przez naj­bliż­sze trzy ty­go­dnie miał tu­lić do sie­bie ga­ran­da M1 na pła­skiej, su­chej jak wiór strzel­ni­cy, pró­bu­jąc zro­bić jak naj­wię­cej dziur w od­da­lo­nej o sześć­set me­trów tar­czy. Ni cho­le­ry o tym wte­dy nie wie­dział, za­in­te­re­so­wał się tym do­pie­ro wie­le lat póź­niej.

Ale wte­dy, o 12.29 tu, w Dal­las, pre­zy­denc­ka ka­wal­ka­da wy­je­cha­ła z Main Ste­et, skrę­ci­ła w Ho­uston i prze­je­chaw­szy jed­ną prze­czni­cę, zna­la­zła się na pół­noc­nym krań­cu trój­kąt­ne­go skwe­ru zwa­ne­go De­aley Pla­za. Tak, te­raz ją uj­rzał. Dłu­ga jak łódź czar­na li­mu­zy­na mar­ki Lin­coln. Dwóch z przo­du, kie­row­ca i agent Se­cret Se­rvi­ce; dwo­je nie­co ni­żej, gu­ber­na­tor Con­nal­ly i jego żona; po­tem kró­lew­ska para, ten bło­go­sła­wio­ny, ten cha­ry­zma­tycz­ny John F. Ken­ne­dy w gar­ni­tu­rze i jego ubra­na na ró­żo­wo żona Jac­kie, oby­dwo­je ma­cha­ją­cy do sto­ją­cych na chod­ni­ku tłu­mów.

Li­mu­zy­na do­tar­ła do Elm i skrę­ci­ła w lewo. Mu­sia­ła do­trzeć do au­to­stra­dy, a do­stać się do niej moż­na było tyl­ko od Elm Stre­et. Za­kręt miał nie dzie­więć­dzie­siąt, tyl­ko sto dwa­dzie­ścia stop­ni, dla­te­go ma­new­ru­jąc cięż­kim po­jaz­dem, kie­row­ca, agent Se­cret Se­rvi­ce na­zwi­skiem Gre­er, mu­siał bar­dzo zwol­nić. Zwol­nił, po­tem zno­wu przy­spie­szył i mi­nąw­szy kil­ka drzew, po­je­chał da­lej lek­ko opa­da­ją­cą w dół Elm Stre­et. Tuż obok, po jego pra­wej stro­nie, stał sze­ścio­pię­tro­wy bu­dy­nek Tek­sa­skiej Skład­ni­cy Ksią­żek Szkol­nych, nie­cie­ka­we, ni­czym nie­wy­róż­nia­ją­ce się gma­szy­sko, któ­re gó­ro­wa­ło te­raz nad Swag­ge­rem. Bob po­wiódł wzro­kiem po jego fa­sa­dzie, za­trzy­mał się na rogu pią­te­go pię­tra i zo­ba­czył… tyl­ko okno.

Ale o 12.30 tam­te­go dnia, gdy li­mu­zy­na mi­nę­ła drze­wa, za­brzmia­ło coś, co nie­mal wszy­scy uzna­li za wy­strzał. Wy­glą­da­ło na to, że kula ni­ko­go nie tra­fi­ła, przy­najm­niej nie bez­po­śred­nio, choć co naj­mniej je­den świa­dek, nie­ja­ki Ta­gue, twier­dził, że obe­rwał nie­groź­nie czymś, co mo­gło być frag­men­tem po­ci­sku, któ­ry roz­pry­snął się po ude­rze­niu w kra­węż­nik za li­mu­zy­ną albo w ga­łąź drze­wa. Z po­ci­ska­mi tak bywa, to nic dziw­ne­go ani nad­zwy­czaj­ne­go. Mniej wię­cej sześć se­kund póź­niej padł dru­gi strzał i więk­szość świad­ków za­ło­ży­ła, że od­da­no go ze skład­ni­cy. Ta kula tra­fi­ła pre­zy­den­ta w kark, w oko­li­cę szyi: prze­szy­ła cia­ło, wy­szła przez gar­dło, mu­snę­ła wę­zeł kra­wa­ta i uło­żyw­szy się po­przecz­nie, ugo­dzi­ła na­stęp­nie gu­ber­na­to­ra Con­nal­ly’ego. Prze­bi­ła klat­kę pier­sio­wą, zła­ma­ła pra­wy na­pię­stek i ude­rzy­ła w jego pra­we udo, nie po­wo­du­jąc dal­szych ran. Po po­łu­dniu zna­le­zio­no ją na no­szach w szpi­ta­lu. Była to ta słyn­na „cza­ro­dziej­ska kula”, któ­ra we­dług wie­lu nie mo­gła zro­bić tego, co zro­bi­ła.

Trze­ci strzał był strza­łem w gło­wę od­da­nym kil­ka se­kund póź­niej (to, ile ich mi­nę­ło, mia­ło po­zo­stać le­gen­dar­nie nie­ja­sne) z od­le­gło­ści sie­dem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu me­trów, z pią­te­go pię­tra Tek­sa­skiej Skład­ni­cy Ksią­żek Szkol­nych. Wy­strze­lo­ny z góry po­cisk tra­fił pre­zy­den­ta w po­ty­li­cę. Wy­glą­da na to, że roz­pry­snął się lub eks­plo­do­wał, bo­wiem nie­licz­ne śla­dy wska­zu­ją­ce na jego ist­nie­nie są w naj­lep­szym wy­pad­ku kon­tro­wer­syj­ne. Wy­rwał z czasz­ki duży frag­ment mó­zgu i wy­szedł na ze­wnątrz z pra­wej stro­ny gło­wy, w roz­bry­zgu roz­drob­nio­nej ma­te­rii.

Wy­buchł cha­os. Li­mu­zy­na po­mknę­ła do szpi­ta­la z ła­dun­kiem dwóch cięż­ko ran­nych męż­czyzn i ich żon. Do ak­cji wkro­czy­ła po­li­cja, moż­li­we, że tro­chę za póź­no, ota­cza­jąc bu­dy­nek, z któ­re­go – jak się wy­da­wa­ło – pa­dły strza­ły. Spraw­dzo­no li­stę obec­no­ści i oka­za­ło się, że bra­ku­je pra­cow­ni­ka na­zwi­skiem Lee Ha­rvey Oswald, cho­ciaż wcze­śniej na pew­no go tam wi­dzia­no: co wię­cej, za­raz po tym, jak pa­dły strza­ły, w sto­łów­ce za­trzy­mał go i wy­pu­ścił je­den z po­li­cjan­tów.

Ro­ze­sła­no przez ra­dio jego ry­so­pis i kil­ka ki­lo­me­trów da­lej, w Dal­las Oak Cliff, funk­cjo­na­riusz po­li­cji J.D. Tip­pit za­uwa­żył na uli­cy męż­czy­znę, któ­ry temu ry­so­pi­so­wi od­po­wia­dał. Tip­pit za­trzy­mał się i za­wo­łał go. Kie­dy wy­siadł z ra­dio­wo­zu, by z nim po­roz­ma­wiać, do­stał czte­ry kule i zgi­nął na miej­scu.

Po­dej­rza­ny od­da­lił się z miej­sca zda­rze­nia, ale za­tro­ska­ni oby­wa­te­le po­dą­ży­li za nim; wie­dząc, że całe Dal­las mówi tyl­ko o za­ma­chow­cu, któ­ry za­bił Ken­ne­dy’ego, inni też zwró­ci­li uwa­gę na jego dziw­ne za­cho­wa­nie. Za­uwa­ży­li mia­no­wi­cie, że wszedł do kina, i we­zwa­li po­li­cję. I tak Lee Ha­rvey Oswald zo­stał aresz­to­wa­ny.

Tym­cza­sem w Tek­sa­skiej Skład­ni­cy Ksią­żek Szkol­nych po­li­cjan­ci zdą­ży­li już od­kryć „gniaz­do snaj­pe­ra”, kar­to­ny z książ­ka­mi usta­wio­ne pod oknem na pią­tym pię­trze bu­dyn­ku, trzy łu­ski ka­ra­bi­no­we ka­li­bru 6,5 mm i – trzy­dzie­ści me­trów da­lej, mię­dzy sto­ją­cy­mi przy scho­dach kar­to­na­mi – ku­pio­ny z de­mo­bi­lu ka­ra­bi­nek Car­ca­no mo­del 91/38, cza­sem zwa­ny też Man­n­li­cher-Car­ca­no mo­del 38, wy­po­sa­żo­ny w tani, źle za­mon­to­wa­ny ja­poń­ski ce­low­nik optycz­ny. Broń była go­to­wa do strza­łu, w ko­mo­rze znaj­do­wał się na­bój.

Szyb­ko oka­za­ło się, że na ka­ra­bin­ku i na usta­wio­nych pod oknem kar­to­nach są od­ci­ski pal­ców Oswal­da, że tego dnia rano Oswald wniósł do skład­ni­cy po­dej­rza­nie wy­glą­da­ją­cy pa­ku­nek z „kar­ni­sza­mi” i że pod in­nym na­zwi­skiem za­mó­wił i ku­pił za­rów­no ka­ra­bi­nek Car­ca­no, jak i re­wol­wer S & W ka­li­bru.38 spe­cial, z któ­re­go za­strze­lo­no po­li­cjan­ta Tip­pi­ta. Co wię­cej, oka­za­ło się, iż po­dej­rza­ny jest wiecz­nym mal­kon­ten­tem o „re­wo­lu­cyj­nych skłon­no­ściach”, sa­mo­zwań­czym ko­mu­ni­stą, ucie­ki­nie­rem po­li­tycz­nym, by­łym żoł­nie­rzem pie­cho­ty mor­skiej (mar­nym, cze­go do­wo­dzi­ły jego umie­jęt­no­ści strze­lec­kie), że bije żonę i że w ogó­le jest po­krę­co­nym dzi­wa­kiem i od­mień­cem.

Nie sta­nął przed są­dem, bo w po­łu­dnie 24 li­sto­pa­da 1963 roku, gdy po­li­cjan­ci wy­pro­wa­dza­li go z ko­men­dy, by opan­ce­rzo­nym sa­mo­cho­dem prze­wieźć go w bez­piecz­niej­sze miej­sce, zgi­nął za­strze­lo­ny przez Jac­ka Ruby’ego.

* * *

Tak wy­glą­da­ły fak­ty, któ­rym po dłu­gich spo­rach wszy­scy uwie­rzy­li i któ­re osta­tecz­nie za­ak­cep­to­wa­li. Swag­ger też im uwie­rzył i je za­ak­cep­to­wał – przy­najm­niej do chwi­li spo­tka­nia z Jean Ma­rqu­ez.

Jej sło­wa po­ru­szy­ły pew­ne wspo­mnie­nia, wspo­mnie­nia by­najm­niej nie pu­blicz­ne, tyl­ko pry­wat­ne, głę­bo­ko ukry­te. Kie­dyś, w swej dłu­giej, burz­li­wej prze­szło­ści, mu­siał sta­wić czo­ło po­lu­ją­cym na nie­go lu­dziom i ślad opo­ny na ple­cach płasz­cza, o któ­rym wspo­mnia­ła Jean, po­wie­dział mu coś, cze­go nie po­wie­dział­by ni­ko­mu in­ne­mu na świe­cie. To zdu­mie­wa­ją­ce, że po tylu la­tach i w tej for­mie spra­wa ta zno­wu do nie­go po­wró­ci­ła.

– Nie mogę uwie­rzyć, że tu je­stem – usły­szał i prze­ry­wa­jąc po­dróż w cza­sie, zo­ba­czył swe­go przy­ja­cie­la, męż­czy­znę młod­sze­go i le­piej ubra­ne­go, ko­goś w ro­dza­ju do­brze za­po­wia­da­ją­ce­go się urzęd­ni­ka wyż­sze­go szcze­bla w gar­ni­tu­rze z weł­ny cze­san­ko­wej od Hic­keya Fre­ema­na. Męż­czy­zna pod­szedł do nie­go i usiadł obok.

– W gru­pie do spra­wy Ken­ne­dy’ego sie­dzi nasz naj­dur­niej­szy prak­ty­kant – oznaj­mił, kie­dy uści­snę­li so­bie ręce i skoń­czy­li z głu­po­ta­mi z cy­klu: „jak się masz”. – Od­bie­ra dzie­sięć, dwa­dzie­ścia te­le­fo­nów dzien­nie od lu­dzi, któ­rzy roz­wią­za­li za­gad­kę i dają gło­wę, że za za­ma­chem sto­ją Cy­ga­nie w zmo­wie z Wa­ty­ka­nem i ja­poń­skim wy­wia­dem woj­sko­wym.

Nick Mem­phis był te­raz głów­nym agen­tem spe­cjal­nym pla­ców­ki FBI w Dal­las. W więk­szo­ści przy­pad­ków ozna­cza­ło­by to do­brze płat­ne sta­no­wi­sko nie­wy­ma­ga­ją­ce prak­tycz­nie żad­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia, ale dla nie­go był to ostat­ni przy­sta­nek przed osta­tecz­nym wy­lo­tem. Jego ka­rie­ra do­bie­gła koń­ca, kie­dy nowy dy­rek­tor FBI, prze­jąw­szy ster wła­dzy i do­wie­dziaw­szy się, że Nick ma­czał pal­ce w tra­gicz­nym in­cy­den­cie w wiel­kim cen­trum han­dlo­wym w Min­ne­so­cie, wy­rzu­cił go z kwa­te­ry głów­nej. De­li­kat­ne za­da­nie usu­nię­cia Nic­ka ze sta­no­wi­ska za­stęp­cy dy­rek­to­ra po­wie­rzo­no jed­ne­mu z asy­sten­tów, cho­dzą­ce­mu tru­po­wi z kwa­sem za­miast krwi w ży­łach, zom­bie na­zwi­skiem Ren­fro. Skie­ro­wał on Nic­ka do pra­cy w te­re­nie, do biu­ra w Dal­las, któ­re szczy­cąc się wię­cej niż dużą licz­bą roz­wią­za­nych i za­mknię­tych spraw, nie wy­ma­ga­ło jed­no­cze­śnie wpro­wa­dza­nia ra­dy­kal­nych zmian ani od­waż­ne­go no­we­go kie­row­nic­twa. W Dal­las w zu­peł­no­ści wy­star­czył ktoś w ro­dza­ju spo­koj­nie drze­mią­ce­go do­zor­cy, któ­ry aż do eme­ry­tu­ry pod­pi­sy­wał­by za­mó­wie­nia, za­twier­dzał bu­dżet i pil­no­wał, żeby po­szcze­gól­ne ze­spo­ły mia­ły sto­sow­ną ob­sa­dę.

Bob nie po­wie­dział ani sło­wa. Wie­dział, że dziw­na proś­ba, z jaką zwró­cił się do Nic­ka przed kil­ko­ma dnia­mi, moc­no nim wstrzą­snę­ła i że przy­ja­ciel musi spu­ścić parę. Dla­te­go po­zwo­lił mu się wy­ga­dać, uwol­nić od cię­ża­ru, wy­pluć to z sie­bie i wy­rzu­cić.

To był cały Swag­ger, la­ko­nicz­ny, obo­jęt­ny i za­ma­sko­wa­ny na­wet w gar­ni­tu­rze, tan­det­nym brą­zo­wym ła­chu, któ­ry wy­glą­dał jak skle­po­wa tor­ba na stra­chu na wró­ble. Jed­ną nogę za­ło­żył nie­zdar­nie na dru­gą, de­mon­stru­jąc do cna zno­szo­ne buty; wy­glą­dał mło­dziej, kie­dy sie­dział, niż kie­dy cho­dził, bo kie­dy cho­dził, drga­nia kil­ku ry­wa­li­zu­ją­cych z sobą, osła­bio­nych sta­ry­mi ra­na­mi czę­ści cia­ła zmie­nia­ły jego chód w po­wol­ne, nie­pew­ne szu­ra­nie. Lu­dzie wzdry­ga­li się, świa­do­mi bólu, jaki mu­sia­ło spra­wiać mu bio­dro, za­sta­na­wia­jąc się pew­nie, dla­cze­go ten sta­ry, upar­ty głu­piec nie chce brać żad­nych prosz­ków. Do­brze cho­ciaż, że nie wło­żył tej cho­ler­nej czap­ki bejs­bo­lo­wej.

– Nie do wia­ry – wście­kał się Nick. – Mia­łem w ręku do­bre pa­pie­ry z pro­gra­mu ochro­ny świad­ków De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści i zmar­no­wa­łem je dla cie­bie. Za kogo ty się uwa­żasz, za Mar­ka Lane’a? Już po wszyst­kim. Za­bił Oswald. Nikt inny. Do­wo­dzą tego wszyst­kie sen­sow­ne ba­da­nia na­uko­we, naj­now­sze re­kon­struk­cje kom­pu­te­ro­we, dys­ku­sje w ko­mi­sjach se­nac­kich. Tyl­ko czub­ki i we­ge­ta­ria­nie wie­rzą w spi­sek. Sta­ry, je­śli ktoś się do­wie, że da­łem się wcią­gnąć w ten idio­tyzm, Ren­fro po­wie­si mnie za jaja na sznu­rze do bie­li­zny.

– Do­ce­niam two­ją uprzej­mość – od­parł w koń­cu Swag­ger. – I nie, nie zwa­rio­wa­łem. Mój umysł pra­cu­je chy­ba nor­mal­nie. Jak zwy­kle po­wo­li, ale nor­mal­nie.

Sfru­stro­wa­ny Nick prych­nął gło­śno.

– Chry­ste, już nig­dy w ży­ciu nie będę pró­bo­wał cię roz­gryźć. John Fit­zge­rald Ken­ne­dy! Za sto lat nie do­my­ślił­bym się, że wpad­niesz w to ba­gno.

– Gdy­by po­trzeb­na ci była ja­kaś pod­kład­ka – przy­zna­nie taj­nej toż­sa­mo­ści nie wy­ma­ga­ło ofi­cjal­nej pa­pie­ro­lo­gii z kom­pu­te­ra ani za­twier­dze­nia z cen­tra­li, bo do sie­ci za­wsze mo­gli wła­mać się ha­ke­rzy; wy­star­czy­ła je­dy­nie zgo­da sze­fa da­nej pla­ców­ki, w tym przy­pad­ku Nic­ka – mo­żesz im po­wie­dzieć, że za­ry­zy­ko­wa­łeś, bo cho­dzi o mor­der­stwo. Ktoś przy­je­chał do Dal­las, na two­je po­dwór­ko, wró­cił do domu, do Bal­ti­mo­re, i zgi­nął w oko­licz­no­ściach wska­zu­ją­cych na pro­fe­sjo­nal­nie zor­ga­ni­zo­wa­ny za­mach.

– My nie zaj­mu­je­my się mor­der­stwa­mi – burk­nął opry­skli­wie Nick. – Mor­der­stwa­mi zaj­mu­je się miej­sco­wa po­li­cja.

– Tak, ale żeby zro­bić swo­je, za­ma­cho­wiec mu­siał tam skądś przy­je­chać. Nie­wy­klu­czo­ne że z Dal­las. Wie­my o tym, bo w su­mie może być dwóch, naj­wy­żej trzech za­wo­do­wych za­bój­ców wy­kań­cza­ją­cych lu­dzi sa­mo­cho­da­mi, a w Bal­ti­mo­re ich nie ma.

– Nie masz po­ję­cia, czy to był za­wo­do­wiec. Mógł to zro­bić ja­kiś na­ćpa­ny gów­niarz.

– Czy­ta­łem ra­port. Był świa­dek, dziew­czy­na na spa­ce­rze z psem. Bar­dzo spo­strze­gaw­cza. Przed zde­rze­niem kie­row­ca wy­raź­nie przy­spie­szył. Po­trą­cił fa­ce­ta, nie zyg­za­ku­jąc ani nie wpa­da­jąc w po­ślizg, jak po sznur­ku po­je­chał da­lej, ostro skrę­cił w lewo i w cią­gu trzech se­kund opu­ścił miej­sce zda­rze­nia. Wszyst­ko to bez pi­sku ha­mul­ców, bez śla­du ha­mo­wa­nia, bez jed­ne­go wgnie­ce­nia czy krę­cioł­ka. To przy­kład pro­fe­sjo­nal­nej ro­bo­ty, na­wet je­śli nie wpadł na to nikt z Bal­ti­mo­re. Je­śli przy­je­chał skądś do Bal­ti­mo­re, jest cały twój, a kie­dy już za­rzu­cisz mu na­ru­sze­nie pra­wa w sto­sun­kach mię­dzy­sta­no­wych, prze­kro­cze­nie gra­ni­cy od pię­ciu do ośmiu sta­nów w celu do­ko­na­nia prze­stęp­stwa, prze­ka­żesz go pro­ku­ra­tu­rze w Bal­ti­mo­re i fa­cet zgni­je w pier­dlu.

To było za mało, Nick do­brze o tym wie­dział. Mor­derstw mie­li tu na pęcz­ki. Spró­bo­wał spoj­rzeć na to z in­nej stro­ny i się z tym za­przy­jaź­nić. I wy­my­ślił, co na­stę­pu­je: za­bój­stwa na zle­ce­nie zda­rza­ły się rzad­ko i gdy­by uda­ło mu się zła­pać ja­kie­goś me­cha­ni­ka z ciem­nej stro­ny mocy, ko­goś z bo­ga­tą kar­to­te­ką, mógł­by zno­wu wy­pły­nąć na sze­ro­kie wody, na­wet je­śli ten zom­bie Ren­fro za­brał mu łódź. By­ło­by miło odejść, po­grą­ża­jąc ja­kie­goś za­twar­dzia­łe­go ban­dzio­ra. Gdy­by oka­za­ło się, że gość ma na­praw­dę spo­ro na su­mie­niu, a do­wo­dy są moc­ne – Swag­ger jak nikt po­tra­fił zdo­by­wać do­wo­dy – mo­gli­by skrzyk­nąć HRT, Ze­spół Ra­to­wa­nia Za­kład­ni­ków, pójść na ca­łość i za­osz­czę­dzić wszyst­kim za­mie­sza­nia z pro­ce­sem. Pra­sa lu­bi­ła, kie­dy ci z HRT ko­goś ka­so­wa­li. To było ta­kie schwa­rze­neg­ge­row­skie.

– Je­śli bę­dziesz miał kon­takt z miej­sco­wy­mi albo fe­de­ral­ny­mi, nie wspo­mi­naj im o Ken­ne­dym. Ani sło­wem. To pro­sta dro­ga do prze­stęp­stwa. Nie chcia­łem brać ni­ko­go z miej­sco­wych, więc wzią­łem ko­goś pod przy­kryw­ką, ko­goś, kto już dla nas pra­co­wał, kogo znam i komu ufam. To na­sza le­gen­da. A pro­pos: kim je­steś tym ra­zem?