Trylogia tatrzańska - Wawrzyniec Żuławski - ebook + książka

Trylogia tatrzańska ebook

Wawrzyniec Żuławski

0,0
34,30 zł

Opis

Zebrane w jednym tomie klasyczne już opowiadania wybitnego taternika przed- i powojennego, Wawrzyńca Żuławskiego. Odkrywają przed czytelnikami sedno taternictwa i miłości do gór. Wskrzeszają lata, które odeszły w niepamięć. Pierwsze przejścia tatrzańskich ścian zimą i latem, pełne poświęcenia akcje ratunkowe, samotne włóczęgi wśród skalnych szczytów, schroniska z rodzinną atmosferą, braterstwo liny… Po lekturze opowiadań Żuławskiego chciałoby się, żeby te czasy wróciły.

Nowe wydanie wzbogacono niepublikowanymi zdjęciami z archiwum Żuławskiego oraz fotografiami znanego tatrzańskiego fotografa, Jana Sunderlanda. Zostało również opracowane tak, by współczesny czytelnik nie miał problemów ze zrozumieniem elementów z poprzedniej epoki.

„Sygnały ze skalnych ścian” zawierają wspomnienia Żuławskiego z tatrzańskich akcji ratunkowych, w których brał udział już jako bardzo młody wspinacz. Opowiadania mają niesamowity klimat, smutek przeplata się ze śmiechem, śmierć z życiem. Na ich kartach ożywają wielcy wspinacze tamtych lat.

„Tragedie tatrzańskie” kontynuują ten temat, autor w barwny sposób przywołuje najbardziej znane i jednocześnie najtragiczniejsze wypadki tatrzańskie, również te do dziś niewyjaśnione. Ofiarność i śmierć Klimka Bachledy w ścianach Małego Jaworowego, tajemnicza tragedia w Dolinie Jaworowej, krwawa historia Zamarłej Turni…

W „Skalnym lecie” Żuławski wraca do początków swojego taternictwa, kiedy jego mistrzem był m.in. Zbigniew Korosadowicz, a wspinaczka z nim miała miejsce tylko w marzeniach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 343

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Zdjęcia (numery stron odnoszą się do papierowego wydania książki ISBN 978-83-7136-136-4 ) na s. 48, 53, 66, 69, 77, 85, 95, 161, 174, 180, 219, 246, 249, 268: Jan Sunderland

Pozostałe dokumenty i fotografie pochodzą ze zbiorów Wawrzyńca Żuławskiego udostępnionego przez rodzinę Żuławskich

Zdjęcie na pierwszej stronie okładki: Polana Głodówka, panorama zimowa z Hawraniem i Lodowym (zbiory Wawrzyńca Żuławskiego)

Wstęp: Janusz Kurczab

Konsultacje merytoryczne: Grzegorz Głazek, Janusz Kurczab

Opracowanie: Katarzyna Babicz, Agata Kozłowska

Korekta: Joanna Duraj, Ewa Pietraszek

Projekt okładki: Igor Browiński

Copyright © Przemysław Chlebicki 2015

Wydanie III, Warszawa 2015

ISBN 978-83-7136-157-9

Wydawnictwo Sklepu Podróżnika

02-320 Warszawa, ul. Grójecka 46/50 tel. 22 658 46 26

[email protected]

podroznik.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl

Nota redakcyjna

Tekst „Sygnałów ze skalnych ścian”, „Tragedii tatrzańskich”, „Skalnego lata” oraz słownika pozostawiliśmy w kształcie z 1958 roku, z zachowaniem oryginalnej interpunkcji i ortografii. Nowe wydanie zostało wzbogacone o przypisy przybliżające współczesnemu czytelnikowi realia taternictwa przed- i powojennego oraz nowy wstęp autorstwa Janusza Kurczaba. Przygotowaliśmy również biogramy osób pojawiających się na kartach opowiadań Wawrzyńca Żuławskiego, dodane na końcu „Trylogii tatrzańskiej”.

Wstęp

Do pisarstwa Wawrzyńca Żuławskiego mam stosunek wybitnie osobisty, jego opowiadania były bowiem moimi pierwszymi lekturami o tematyce górskiej. Był rok 1956. Uczestnicząc w obozie sportowym w Zakopanem, wybrałem się z dwiema koleżankami na wycieczkę w Tatry. Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z ośrodka na Groniku i przez Halę Gąsienicową dotarliśmy na Zawrat. Zamierzaliśmy przejść Orlą Perć, którą już znałem z przejścia przed trzema laty. Doszliśmy do Zmarzłej Przełęczy i po raz pierwszy zobaczyłem wtedy taterników wspinających się południową ścianą Zamarłej Turni.

Byłem wówczas świeżo po przeczytaniu „Tragedii tatrzańskich”. Od razu przyszły mi na myśl dramatyczne przygody na tej ścianie opisywane przez Wawrzyńca Żuławskiego. Gdy wkrótce potem podchodziliśmy na Kozie Czuby ponad Kozią Przełęczą, zauważyliśmy, że na zwróconym w naszym kierunku fragmencie ściany również ktoś się wspina. Jak się później dowiedziałem, była to droga Motyki, prowadząca południowo-wschodnią ścianą.

Już pod wierzchołkiem Kozich Czub spotkaliśmy dwójkę taterników związanych liną, co wydało się dziwne na dość eksponowanym wprawdzie, ale przecież szlaku dla zwykłych turystów. W chwilę potem sprawa się wyjaśniła – jeden z nich był zakrwawiony, trochę pokiereszowany i miał zaburzenia równowagi. Byliśmy tym bardzo przejęci. Nie dokończyliśmy przejścia, tylko zeszliśmy z nimi aż do schroniska, choć pomoc z naszej strony nie była potrzebna.

Wkrótce po tych wydarzeniach zgłosiłem się na kurs taternicki. Tak więc wrażenia wyniesione z książki Żuławskiego i spotęgowane autentycznymi górskimi przeżyciami były wstępem do mojej długiej kariery alpinistycznej.

*

Jerzy Wawrzyniec Żuławski urodził się 14 lutego 1916 roku w Zakopanem. Jego matką była Kazimiera z Hanickich, a ojcem – znany poeta, dramaturg i prozaik, jeden z prekursorów polskiej literatury fantastycznonaukowej, autor „Trylogii księżycowej” Jerzy Żuławski (1874-1915). Jerzy Żuławski się wspinał, brał udział w akcjach ratowniczych i wraz z Mariuszem Zaruskim był jednym z głównych założycieli Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Również i matka czynnie uprawiała taternictwo, chodziła też po Alpach.

Wawrzyniec (nie używał pierwszego imienia) nigdy nie poznał swojego sławnego ojca, który zmarł na tyfus kilka miesięcy przed jego urodzeniem, w wieku zaledwie 41 lat. Tym, który przekazał tradycje wysokogórskie młodszemu pokoleniu Żuławskich, był młodszy brat Jerzego – Janusz. Wawrzyniec był najmłodszy w rodzinie. Bracia Marek i Juliusz, starsi odpowiednio o 8 i 6 lat, wraz z kuzynem Jackiem, wprowadzali szesnastoletniego Wawrzyńca w tajniki sztuki wspinania. Pierwsze wspinaczki odbył w 1932 roku, a już w dwa lata później rozwiązał pierwszy problem tatrzański, zdobywając wraz z bratem Markiem północno-zachodnią ścianę Żabiego Mnicha. Od tego czasu już niemal co rok dokonywał wybitnych przejść w Tatrach. Towarzyszami jego górskich przygód byli tacy znani taternicy jak Jan Staszel, Zbigniew Korosadowicz, Tadeusz i Stefan Bernadzikiewiczowie, Stanisław Luxemburg, Maciej Zajączkowski, a nieco później także Tadeusz Orłowski. Z tym ostatnim dokonał drugiego przejścia, a pierwszego jednym ciągiem, sławnej z trudności drogi Orłowski-Gosławski na północnej ścianie Galerii Gankowej. Było to w roku 1943.

W czasie okupacji Żuławski wspinał się sporadycznie. Zaangażował się wówczas w działalność konspiracyjną. W mieszkaniu na Marszałkowskiej organizował tajne zebrania i wspólne czytanie podziemnej prasy. W różnych skrytkach chowana była broń, nielegalne wydawnictwa, a niejednokrotnie także – ludzie. Jako podporucznik batalionu AK Wawrzyniec wziął udział w powstaniu warszawskim. W latach 1940-1944 ściśle współpracował przy wydawaniu konspiracyjnego „Taternika” (redaktorem był Tadeusz Orłowski) – jedynego na świecie czasopisma o tematyce alpinistycznej wydawanego pod okupacją hitlerowską.

Wawrzyniec Żuławki – portret z lat chłopięcych

Książeczka legitymacyjna TOPR Jerzego Żuławskiego, ojca Wawrzyńca

Po zakończeniu wojny Żuławski przystąpił do wspinaczki ze zdwojoną energią. Popularny „Wawa” dokonał wówczas w Tatrach wielu znaczących pierwszych wejść nowymi drogami, wśród których były: Żabi Szczyt Wyżni lewą częścią północnej ściany (z Tadeuszem Orłowskim, 1948), Mięguszowiecki Szczyt Pośredni środkowym filarem północno-wschodniej ściany (z Danutą Schiele i Tadeuszem Orłowskim, 1948), Spadowa Kopa zachodnim filarem (z Tadeuszem Orłowskim, 1949), Niżnie Rysy zachodnią grzędą przez Tomkowe Igły (z Tadeuszem Orłowskim, 1950) i Lodowy Szczyt wschodnią ścianą (m.in. z Arno Puškašem, 1953).

W 1947 roku Żuławski wziął udział w pierwszej powojennej wyprawie Klubu Wysokogórskiego w Alpy. Mimo długiej przerwy i niedawno przebytej choroby przeszedł m.in. wschodnią ścianę Grépon i filar Boccalattego na Mont Blanc du Tacul (obie z Tadeuszem Orłowskim). Ukochany przez Wawrzyńca Żuławskiego masyw Mont Blanc stał się w 10 lat później jego lodowym grobem. 18 sierpnia 1957 roku, wraz z trzema Polakami i dwójką Francuzów, wyruszył na poszukiwanie zaginionej trójki wspinaczy, wśród których był doświadczony polski alpinista Stanisław Groński. Na stokach Mont Blanc du Tacul potężna lawina seraków zmiotła Wawrzyńca Żuławskiego do głębokiej szczeliny lodowej i zamurowała jego ciało. Stanisław Biel, z którym był związany liną, pozostał na powierzchni stoku, jednak doznał poważnych obrażeń.

W rocznicę wypadku pod Mont Blanc du Tacul odbyła się na starym cmentarzu w Chamonix uroczystość wmurowania symbolicznej tablicy ufundowanej przez ZAiKS. Napis w języku francuskim głosi:

LE 18 AOÛT 1957

PORTANT SECOURS À SES CAMARADES ALPINISTES

PÉRIT ENSEVELI PAR L’AVALANCHE

ET

GÎT DANS UNE CREVASSE

DU MONT BLANC DU TACUL

WAWRZYNIEC – LAURENT

ŻUŁAWSKI

NÉ À ZAKOPANE LE 14-2-1916

MUSICIEN ET COMPOSITEUR POLONAIS

ÉCRIVAIN – ALPINISTE

À SON PRÉSIDENT

LA SOCIETÉ POLONAISE DES AUTEURS

“ZAIKS”

W latach 1934-1939 Żuławski odbył studia w zakresie filozofii i muzykologii na Uniwersytecie Warszawskim. Kompozycję studiował początkowo w Toruniu, a następnie w Konserwatorium Warszawskim w klasie prof. Kazimierza Sikorskiego (dyplom w 1937 roku). W 1947 roku uzupełniał studia u Nadii Boulanger w École Normale de Musique w Paryżu. Był również krytykiem muzycznym i pedagogiem. Tuż po wojnie wykładał w Konserwatorium Łódzkim, a w 1950 roku został profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie.

Był utalentowanym kompozytorem – napisał m.in. wariacje fortepianowe, sonatę skrzypcową, kwintet fortepianowy, kilka mazurków i pieśni – jednak zabrakło czasu na pełny rozwój jego możliwości. Jego temperament i niespożyta energia sprawiały, że również organizacyjnie działał w dziedzinach związanych ze swoim zawodem. W latach 1951-1953 pełnił funkcję sekretarza Związku Kompozytorów Polskich oraz był członkiem Rady Kultury, od maja 1956 roku do śmierci był prezesem Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.

Ogromny był jego wkład w rozwój polskiego taternictwa i alpinizmu. Stał się czołową postacią walczącego o przyszłość polskiego ruchu wysokogórskiego. Wykazywał wielki talent i zmysł organizacyjny, co w połączeniu z jego autorytetem, erudycją i wdziękiem osobistym dawało nadspodziewanie dobre efekty nawet w trudnych latach powojennych. Dzięki wielu znajomościom – także w kręgach politycznych – Żuławski potrafił doprowadzić do reaktywacji Klubu Wysokogórskiego w 1956 roku, który jako samodzielna organizacja przestał istnieć w ciemnych latach stalinowskich.

Choć ambicje artystyczne Wawrzyńca Żuławskiego związane były z inną dyscypliną sztuki i za literata sensu stricto nigdy się nie uważał, to jego talent literacki, od wydanych jeszcze przed wojną „Wędrówek alpejskich” (wyd. Gebethner i Wolff w serii Biblioteki młodzieży, 1939), stale się rozwijał. Pisząc serię książek na temat ratownictwa tatrzańskiego: „Niebieski krzyż” (1946), „Sygnały ze skalnych ścian” (1953) i „Tragedie tatrzańskie” (1955), Żuławski trafił w gusty i zainteresowania społeczeństwa, które po dopiero co przeżytej gehennie wojennej, zaczęło interesować się górami i okazał się bardzo poczytnym pisarzem. Uzupełnione o powojenne wspomnienia z Alp „Wędrówki alpejskie”, podobnie jak niedokończone „Skalne lato”, nawiązywały do bogatej działalności wspinaczkowej autora.

Pierwsza z wydanych po wojnie książek – „Niebieski krzyż” – zawiera wspomnienia z wypraw ratunkowych, w których Wawrzyniec brał udział już jako siedemnastoletni chłopiec w 1933 roku. „Sygnały ze skalnych ścian” to opracowany na nowo stylistycznie i poszerzony o kolejne przygody zbiór opowiadań zawartych w „Niebieskim krzyżu”. Tematykę ratownictwa tatrzańskiego kontynuował w „Tragediach tatrzańskich”. Bo też jak nikt inny miał z czego czerpać. W poświęconym mu numerze „Taternika” (nr 4/1959), który ukazał się w dwa lata po śmierci w lodach Mont Blanc, napisano:

Wśród wybitnych taterników on jeden może się poszczycić tak wielką ilością wypraw ratunkowych, w których brał udział i które sam przeprowadził. Uważał to za swój obowiązek. Zawsze był gotów spieszyć z pomocą na każde wołanie o ratunek bez względu na niebezpieczeństwo. Za to głębokie wewnętrzne przekonanie, za swoje ideały, zapłacił najwyższą cenę, jaką może zapłacić człowiek.

Janusz Kurczab

Tablica na Cmentarzu Symbolicznym pod Osterwą

Sygnały ze skalnych ścian
Na ratunek

W senną ciszę lipcowej nocy, pogłębioną jeszcze szumem pluskającego za oknami deszczu, wdarł się ostry głos dzwonka telefonicznego. Człowiek drzemiący przy biurku drgnął, gwałtownie przebudzony, niepewną ręką szukał przez chwilę po omacku słuchawki telefonu, wreszcie przyciągnął ją szerokim gestem do siebie.

Halo... tak, to tutaj... Przepraszam, jakie schronisko?... Tak, słucham... Ilu turystów? Dwóch mężczyzn i kobieta... O której słyszano ich wołania?... Czy teraz odpowiadają na sygnały latarką?

Człowiek w małym pokoiku przy biurku jest już najzupełniej rozbudzony. – Czy w książce schroniskowej zostawili informację, jaką drogę zamierzają odbyć? A może mówili dzierżawcy lub komuś z turystów? Proszę się starać zbliżyć do nich na odległość głosu, powiedzieć im, żeby siedzieli spokojnie tam, gdzie są, nie ruszali się i czekali cierpliwie na nas. Za dwie godziny będziemy u was w schronisku.

Człowiek dyżurujący w małym pokoiku zakopiańskiego Dworca Tatrzańskiego[1] na Krupówkach tylko na chwilę odłożył słuchawkę. Natychmiast idzie meldunek telefoniczny do kierownika Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego: – Schronisko przy Morskim Oku melduje, że troje turystów nie powróciło na nocleg.

Inni turyści, wracający z Rysów, twierdzą, że słyszeli wieczorem wołania o pomoc dochodzące – jak zeznają – z prawej strony ścieżki, od Niżnich Rysów. Późno wieczorem nadeszło do schroniska dwóch znanych taterników N. i S., którzy na ochotnika udali się na poszukiwania.

Decyzja kierownika zapadła błyskawicznie: Wysłać natychmiast ekspedycję ratunkową złożoną z sześciu przewodników. Niech nawiążą łączność z działającymi w terenie ochotnikami i wspólnie prowadzą akcję. Poszukiwania rozpocząć w Kotle pod Rysami, przeszukać grzędy spadające z Niżnich Rysów. Dwóch przewodników wysłać na przetrząśnięcie ścieżki wiodącej na Przełęcz pod Chłopkiem. Informacjom przygodnych turystów nie można zbyt ufać. Echo górskie myli czasem nawet doświadczonych.

Podczas tego dwaj dyżurujący w Dworcu przewodnicy nie próżnują. Szykują żywność, wydobywają z szafek liny, haki, pętle, „bambusy”[2], całą zbrojownię taternicką i ratowniczą. Łącznik na rowerze pruje ciemność deszczowej nocy, pedałując co sił na Kasprusie, Kościeliską, Krzeptówki, by wezwać na zbiórkę wyznaczonych do wyprawy przewodników. Na placu przed Dworcem warczy już silnik samochodowy.

W pół godziny, a może trzy kwadranse ekspedycja jest gotowa do wymarszu. Jeszcze ostatnie wskazówki, rozkazy i auto pędzi po wariackich serpentynach szosy do Morskiego Oka, nie bacząc na ciemności i rozmokłą od deszczu drogę.

Wewnątrz samochodu panował milczący nastrój, jak zwykle wśród ludzi wyrwanych gwałtownie z pierwszego mocnego snu. Z nieba spływały prawdziwe potoki deszczu. Gwałtowne porywy wichru miotały w ciemność całe fale dżdżu. W ostrym świetle reflektorów samochodowych wyglądało to jak powierzchnia wzburzonego morza.

– Dobra dziś będzie robota – mruknął jeden z na wpół uśpionych przewodników, patrząc przez szybkę samochodu. – Nie zazdroszczę tym, co tam siedzą teraz w skałach.

Nikt nie odpowiedział i w aucie zapanowała znowu cisza.

Ze zgrzytem hamulców zajechali przed uśpione schronisko. Gdy weszli na ciemną werandę, wysunął się ze swego pokoju zarządca. Udziela objaśnień, informuje. Krótka narada: iść czy czekać świtu?

– Po ciemku wiele nie zwojujemy. Za dnia prędzej się ich odszuka. A więc czekać? – Ba, a może oni tam już ostatkiem sił i woli trzymają się kurczowo skał lub rozmokłych traw w jakimś „złym” miejscu? Może tamci, co tak ofiarnie poszli na pomoc, mimo że to wspinacze pierwszej wody – sami są w niebezpieczeństwie? Choć podejść do nich na odległość głosu, choć krzyknąć, że pomoc już blisko, byle tylko wytrwali do rana!

Namysły nie trwały długo. Opinają szczelniej kaptury wiatrówek wokół głowy, plecaki zarzucają na ramiona – i sześć postaci niknie w mroku nocy. Chwilę jeszcze bieleją w ciemności cyfrowane „portki”[3] góralskie z grubego samodziału...

... O dziewiątej rano zebrani na werandzie schroniska turyści niecierpliwie przebijali wzrokiem zasłonę deszczu, wpatrując się w taflę jeziora. Od strony Czarnego Stawu sunie łódź. Zbliża się – jest już niemal w pół drogi. Lornetki idą w ruch. Niektórzy na głos liczą ludzi w łódce.

– Siedem, osiem... dziewięć... Są wszyscy! – krzyczy ktoś.

Sześciu przewodników, dwaj taternicy i trójka uratowanych turystów. Łódka dobija do brzegu. Wysiadają. Wynoszą na ramionach chłopaka ze złamaną nogą, wyprowadzają i powierzają opiece lekarskiej młodą kobietę z objawami szoku nerwowego. Trzeci z uratowanych – choć mocno podrapany i posiniaczony, w ubraniu wyglądającym jak podarta szmata wyjęta świeżo z błota – trzyma się jednak dobrze i nawet usiłuje żartować ze swej sytuacji.

Góry pokazały niedoświadczonym moc i grozę, udzieliły im bolesnej lekcji, a wreszcie... z królewską wielkodusznością wypuściły ich żywych ze swych szponów.

*

Wyprawy górskie – czy będą to zwykłe turystyczne wycieczki ścieżkami, czy włóczęga po rzadziej odwiedzanych dolinach, szczytach i graniach[4], czy wreszcie karkołomne wspinaczki poprzez pionowe urwiska – stają się dla człowieka, który w nich raz zasmakował, źródłem głębokich, niezatartych przeżyć, źródłem radości życia, odprężenia i wypoczynku po trudach pracy, źródłem kształtowania sprawności fizycznej i siły charakteru.

Majestat i urok dzikiej, pierwotnej przyrody górskiej rozwija zmysł piękna, budzi umiłowanie natury. Trudności terenu i ciężkie nieraz wysiłki wyrabiają odwagę, orientację, szybkość decyzji, wytrzymałość, odporność fizyczną i psychiczną, wyrabiają tak cenne zalety, jak wewnętrzna dyscyplina, wysokie poczucie odpowiedzialności za siebie i swych towarzyszy, koleżeństwo i braterską solidarność między ludźmi. Dlatego rokrocznie latem i zimą tysiące ludzi spieszy w Tatry – jedyne w Polsce pasmo o charakterze prawdziwie wysokogórskim – by zaczerpnąć pełną piersią krystalicznego powietrza, by znaleźć wytchnienie w jakimś czarodziejskim zakątku nad błękitnozielonym stawem lub piąć się w górę ku słonecznym szczytom.

Nie wolno jednak zapominać, że urzekająca piękność Tatr kryje w sobie liczne niebezpieczeństwa – prawdziwe pułapki dla niedoświadczonych: kruchość skał, strome, śliskie trawki, pozornie łatwe, a w dole podcięte urwiskiem żleby... A poza tym wszystkim, największa może groźba: kapryśna pogoda tatrzańska. Ileż to razy najpiękniejszy, słoneczny dzień górskiego lata zmienia się w ciągu pół godziny, przynosząc gwałtowną burzę, ulewę, grad, nawet śnieżyce, albo zasnuwając świat gęstą, nieprzeniknioną mgłą! Ileż to razy każdy z nas, przemoknięty do ostatniej nitki, trzęsący się z zimna, zgrabiałymi palcami zakładał sztywną jak drut, oblodzoną linę do zjazdu, by móc się wycofać z jakiegoś groźnego urwiska, choćby za cenę zostawienia w nim sprzętu taternickiego – świadka poniesionej klęski. Tylko największy wysiłek woli, nerwów, sił fizycznych, tylko ogromne doświadczenie wysokogórskie pozwala wyjść szczęśliwie z takiej sytuacji. A co się dzieje, gdy młodemu taternikowi – choćby był świetnym wspinaczem – tego doświadczenia zabraknie? Albo gdy – nawet w normalną pogodę – nie potrafi w zawiłym labiryncie skalnym odnaleźć właściwej drogi, gdy nie dość starannie ubezpiecza się liną, a hak wbity niewprawną dłonią wyleci od szarpnięcia i nie powstrzyma upadku? Wtedy już tylko szczęśliwy przypadek może zapobiec katastrofie.

A cóż dopiero mówić o turystach przebiegających zwykłe „znakowane” i zabezpieczone klamrami szlaki! O turystach posiadających z reguły minimalne albo żadne doświadczenie górskie...

Wystarczy, że zagrodzi im drogę stromy, twardy płat śniegu, na który lekkomyślnie wkroczą, by za chwilę w śmiertelnym pędzie zsuwać się ku sterczącym w dole głazom. Wystarczy zmiana pogody, mglistość powietrza, a czasem nawet nie dość widocznie namalowany znak przy ścieżce, by zgubili szlak. Wtedy, zamiast spokojnie zastanowić się, odnaleźć znaki, cofnąwszy się kawałek ścieżką do miejsca, gdzie są one wyraźne – poczynają szukać zejścia na własną rękę. Zazwyczaj schodzą pierwszym lepszym żlebem, który wydaje im się łatwy i który może zaprowadziłby ich na dno doliny, gdyby nie to, że tatrzańskie żleby łagodne w górnej części, w dolnej są w wielu wypadkach poderwane pionowymi kominami. Nieszczęsny turysta natrafia na coraz bardziej stromy teren, na pionowe, początkowo niewysokie progi, przez które ześlizguje się jakoś, nie zdając sobie sprawy, że odcina w ten sposób drogę odwrotu i wpada coraz głębiej w nastawioną na niego przez góry pułapkę. Wreszcie staje nad pionowym urwiskiem, a kilkadziesiąt lub czasem kilkaset metrów niżej widzi bezpieczne piargi doliny. Jeśli jest rozsądny – siada w możliwie najbezpieczniejszym i najwygodniejszym miejscu i woła o pomoc – a jeżeli przed wyjściem w góry czytał instrukcję Pogotowia, to wie, że należy wołać (machać zdjętą z siebie koszulą, w nocy świecić latarką) sześć razy na minutę, potem zrobić minutową przerwę i znowu sześć razy na minutę[5]. Jeśli natomiast ów turysta da się ponieść fałszywej ambicji lub ulegnie panice i zacznie schodzić urwiskiem – śmiertelny wypadek jest nieunikniony.

Nie tylko jednak żleby pociągają niedoświadczonego turystę, który zgubił drogę. Potrafi on wejść na urwiste mokre trawki, a nawet w jakiś nieprawdopodobny sposób zaplątać się w dostępną tylko dla wytrawnych taterników pionową ścianę, jedynie dlatego, że najbliższych parę metrów wydało mu się łatwych lub że w dole ujrzał schronisko, do którego starał się zejść „najkrótszą” drogą. Nic więc dziwnego, że nie ma prawie roku, by Tatry nie pochłaniały śmiertelnych ofiar.

*

Wśród wielu zasług, którymi słusznie szczycić się może dawne (założone w roku 1873) Towarzystwo Tatrzańskie, przodek dzisiejszego Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego – jedną z największych jest bez wątpienia stworzenie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Myśl założenia takiej instytucji powstała w pierwszych latach naszego wieku[6], gdy coraz więcej ludzi poczęło chodzić w Tatry, a jednocześnie wypadki górskie stawały się coraz liczniejsze. Myśl ta zrodziła się wśród czynnych taterników zgrupowanych wokół ówczesnej Sekcji Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego. Rzucił ją pierwszy w roku 1907 Mariusz Zaruski, świetny taternik, narciarz, wybitny podróżnik i żeglarz. Dzień 29 października 1909 roku jest datą powstania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Pod kierownictwem Zaruskiego skupili się ówcześni przewodnicy – górale: sławny Klimek Bachleda, Kuba Wawrytko, Szymon Tatar młodszy, Jan Pęksa, Wojciech Tylka-Suleja, Staszek Gąsienica-Byrcyn i honorowy członek Pogotowia, Jędrzej Marusarz starszy. Obok tych godnych następców wielkich tradycji przewodnickich Macieja Sieczki, Wojciecha Roja czy Jędrzeja Wali – w szeregach Pogotowia znaleźli się świetni taternicy, zdobywcy Zamarłej Turni: Henryk Bednarski, Józef Lesiecki i Stanisław Zdyb. Wszyscy członkowie rzeczywiści Pogotowia mieli obowiązek stawienia się na każde wezwanie kierownika. Ponadto istniała kategoria członków–ochotników, którzy w wyprawach ratunkowych brali udział dorywczo, w miarę potrzeby. Ochotnikami Pogotowia byli niemal wszyscy wybitni taternicy, a w owych czasach rekrutowali się oni często spośród najlepszych przedstawicieli inteligencji polskiej, spośród wybitnych artystów, pisarzy, naukowców, działaczy społecznych. Dowodem niech tu będzie choćby osoba wielkiego rewolucjonisty polskiego, Juliana Marchlewskiego, który był członkiem–ochotnikiem Pogotowia i w roku 1912 brał udział w poszukiwaniach Aldony Szystowskiej zaginionej bez śladu w masywie Czerwonych Wierchów.

Czterdzieści pięć lat działalności Pogotowia to długi okres chlubnych wysiłków, które uratowały życie setkom i tysiącom turystów i narciarzy. Toteż Pogotowie Ratunkowe ma już swoją historię pełną wydarzeń czasem radosnych, czasem dramatycznych – zawsze przynoszących zaszczyt tym, którzy nie pomnąc na niebezpieczeństwo spieszyli na pomoc o każdej porze dnia i nocy, w każdej porze roku, w deszcz czy pogodę, w śnieżycę, zadymkę czy wichurę.

W swych bogatych kronikach ma Pogotowie wyprawy na zawsze utrwalone w pamięci ludzkiej. Wyprawę, owianą cieniem głębokiego smutku, gdy na barkach dźwigano tragiczne zwłoki Mieczysława Karłowicza, genialnego, a tak przedwcześnie zmarłego kompozytora – i epickie boje w ścianach Małego Jaworowego Szczytu o życie młodego taternika, Stanisława Szulakiewicza, w roku 1910 – i z mniej już odległych czasów – słynną zimową wyprawę po ciało Wincentego Birkenmajera na Galerię Gankową w kwietniu 1933 roku. Ma też Pogotowie swego bohatera; jest nim przewodnik Klimek Bachleda, stary orzeł tatrzański „bez strachu i skazy”, który znalazł śmierć w nie zdobytych podówczas zerwach Małego Jaworowego, gdy wspinał się samotnie w lodowatym deszczu i wichrze za milknącym głosem konającego turysty.

Nie o tych dziejach chcę mówić. Pisano o nich niejednokrotnie. Pisał w swych popularnych książkach Mariusz Zaruski – pisał poeta Jerzy Żuławski, również członek Pogotowia, w swym wspomnieniu o Klimku Bachledzie – piszą o tych i innych – wprawach coroczne kroniki Pogotowia.

Jerzy Żuławski – ojciec Wawrzyńca

Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (w skrócie: TOPR) jest i było od samego początku jednym z najlepiej zorganizowanych górskich towarzystw ratowniczych w świecie. Twórcy Pogotowia od razu postawili je na płaszczyźnie zaszczytnej służby społecznej. Jeśli przed wojną w Alpach wyruszenie ekspedycji ratunkowej złożonej z zawodowych przewodników uzależnione było... od sumy, którą zaofiarowała rodzina zaginionego, sumy idącej często w tysiące franków, a wielogodzinne, ba! wielodniowe targi kosztowały nieraz kilka istnień ludzkich – to w Tatrach działo się zupełnie inaczej. Ekspedycja wyruszała we wzorowo krótkim czasie, gdy tylko kierownik uznał, że nie zachodzi wypadek omyłki lub fałszywego alarmu. Nikt się nie zastanawiał, czy poszkodowany będzie miał czym płacić, czy nie. Niezbędne koszty (taksówki, żywność dla wyprawy, zniszczony sprzęt itd.) pokrywane były z funduszu Pogotowia, na który składało się stałe subsydium Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i składki samych członków Pogotowia, to jest przewodników i ochotników. Uczestnicy wyprawy ratunkowej i przewodnicy otrzymywali normalną dzienną taksę, ochotnicy – oczywiście nic prócz wyżywienia. Niewielkie w rezultacie koszty wyprawy ściągane były z poszkodowanych nieraz w wielomiesięcznych drobnych ratach, a w razie stwierdzenia niezamożności – obciążały budżet Pogotowia. Tak było w czasach, w których rozpoczyna się akcja niniejszych opowiadań.

TOPR w szerokim składzie, około 1910 roku. W tle Dworzec Tatrzański

Dziś zmieniły się oczywiście również warunki, w których działa Pogotowie. Do przeszłości należy już troska o zapewnienie funduszów na ratownictwo w Tatrach, uzależnienie od prywatnych i półprywatnych datków. Obecnie stałe dotacje z funduszów państwowych pozwalają na to, by Pogotowie pracowało bez obaw o przyszłość. Pozwalają one zatrudniać kilkuosobowy personel stałych pracowników. Oprócz nich rzeczywistymi członkami Pogotowia są obowiązkowo wszyscy przewodnicy w liczbie kilkudziesięciu, a nadto, tak jak dawniej, na prawach ochotników – wszyscy niemal wybitniejsi taternicy. Dziś już nie ma przykrej konieczności ściągania choćby niewielkich kwot z ofiar wypadków czy też z ich rodzin. Nie ma też konieczności wynajmowania taksówek czy „fiakrów”[7], bo do dyspozycji uczestników wyprawy ratunkowej stoi własny samochód Pogotowia. Sprzęt choć jeszcze niedostateczny, to jednak w stosunku do lat przedwojennych został wydatnie powiększony i unowocześniony.

Nie na tym koniec. W trosce o zapewnienie bezpieczeństwa rozwijającemu się ruchowi turystycznemu utworzono Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w pozostałych grupach górskich Polski. Istnieje więc Beskidzkie (BOPR), Sudeckie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (SOPR) i inne. Wszystkie one podlegają Górskiemu Ochotniczemu Pogotowiu Ratunkowemu (GOPR), którego siedzibą jest Zakopane, a ogólnym kierownikiem (od roku 1947) Tadeusz Pawłowski. Zawrzemy z nim bliższą znajomość w niniejszych opowieściach. Poznamy go jako młodego chłopca, świetnego taternika i alpinistę, a później po latach – jako pełnego energii kierownika Pogotowia[8].

Jedno się wszakże nie zmieniło w ciągu tych długich czterdziestu kilku lat. Bez względu na to, czy kierownikiem był Zaruski, czy później, w latach 1926-1939, niezwykle zasłużony dla Pogotowia, zamordowany skrytobójczo Józef Oppenheim, czy następnie Korosadowicz, Paryski i na koniec Pawłowski – członkom Pogotowia przyświecał jeden i ten sam cel. Cel jasny i prosty: nieść pomoc zawsze i wszędzie, gdziekolwiek zajdzie potrzeba, bez względu na warunki i okoliczności.

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie podkreślił tu wyjątkowych zasług Mariusza Zaruskiego. Był on jednym z pierwszych, którzy umieli dostrzec społeczne znaczenie turystyki i taternictwa, jednym z pierwszych, którzy głosili hasła turystyki popularnej i prowadzili zbiorowe wycieczki w Tatry. Ten szczery miłośnik gór przeciwstawiał się z żelazną konsekwencją zamachom na przyrodę tatrzańską, zarówno przed pierwszą wojną światową, jak i w latach rządów osławionego ministra Bobkowskiego. Jako kierownik Pogotowia, okazał się Zaruski niezrównanym pedagogiem: umiał u swych podwładnych i towarzyszy wzbudzić ogromne poczucie odpowiedzialności, bezgraniczną ofiarność, wytrwałość, dyscyplinę i męstwo. Wszystkie wyprawy prowadził osobiście, był zawsze na czele ratowników, na najtrudniejszych odcinkach akcji. Oto jak pisano o nim we wspomnieniach z dramatycznej wyprawy w ścianach Małego Jaworowego: „Członkowie Pogotowia i ochotnicy padali ze znużenia – zastępowano ich nowymi siłami; od pierwszej chwili do ostatka wytrwał tylko jeden człowiek, iście żelazny, Mariusz Zaruski”.

W niniejszych opowieściach zawarte są drobne, nieraz mało znaczące fragmenty wybrane z długiej historii Tatrzańskiego Pogotowia. Wybrałem jednak te, a nie inne, bo są one wycinkiem mych własnych wspomnień górskich, bo brałem w nich bezpośredni udział. Prawdziwość przygód tu opisanych da czytelnikowi, być może, bliższy obraz ciężkiej, niebezpiecznej pracy Pogotowia, pełnej trudów, ale i szlachetnego zadowolenia, jakie daje świadomość ratowania ludzkiego życia. A że z tymi, z którymi te przygody przeżyłem, łączyć mnie będą zawsze wspomnienia serdeczne i ciepłe, więc – choć wielu, bardzo wielu z nich nie ma już pośród żyjących – myśl moja towarzyszy im wiernie poprzez wszystkie stronice tej książki.

[1] Dworzec Tatrzański – budynek w Zakopanem przy ulicy Krupówki 12. Pełnił funkcję pierwszego zakopiańskiego domu kultury. Mieścił także centralę Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratowniczego, która dziś znajduje się przy ulicy Piłsudskiego 63 A (przyp. red.).

[2] W gwarze górskiej składane nosze ratunkowe do wypadków górskich. Rannego umieszcza się w hamaku, który zawieszony na aluminiowym drągu, niesiony jest na ramionach dwóch ratowników. Nazwa pozostała z czasów, kiedy zamiast drągów używano łodygi bambusowej (przyp. red.).

[3] Góralskie spodnie z wyhaftowaną parzenicą – sercowatym wzorem charakterystycznym dla zdobnictwa góralskiego (przyp. red.).

[4] Terminy wysokogórskie objaśnione są w słowniku na końcu książki (przyp. autora).

[5] Jest to międzynarodowy górski sygnał wzywający na ratunek. Ratownicy odpowiadają sygnałem: światło trzy razy na minutę, minuta przerwy i znowu światło trzy razy na minutę (przyp. autora).

[6] Mowa o wieku XX (przyp. red.).

[7] Fiakr, in. fiakier – lekka dorożka, jedno- lub dwukonna (przyp. red.).

[8] Obecnie organizacja górskiego pogotowia ratunkowego w Polsce wygląda nieco inaczej. Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe działa na terenach górskich Polski z wyłączeniem Tatr. W skład jego wchodzi 7 grup regionalnych: Bieszczadzka, Krynicka, Podhalańska, Jurajska, Beskidzka, Wałbrzysko-Kłodzka i Karkonoska. Na terenie Tatr działa Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, które jest organizacją niezależną. Po Tadeuszu Pawłowskim naczelnikami Grupy Tatrzańskiej GOPR, a od 1991 roku TOPR byli kolejno: Zygmunt Wójcik, Eugeniusz Strzeboński, Michał Gajewski, Ryszard Drągowski, Michał Jagiełło, Tadeusz Ewy, Stanisław Janik, Ryszard Szafirski, Jerzy Klimiński, Jan Komornicki, Stanisław Łukaszczyk, Piotr Malinowski, Robert Janik, a od 1998 roku nieprzerwanie funkcję tę pełni Jan Krzysztof (przyp. red.).

Dwudziestoczterogodzinny dzień pracy

13-14 lipca 1933 r.

Nie znam chyba milszego zajęcia, jak w pogodny, słoneczny dzień letni balansować między niebem a ziemią na urwistej tatrzańskiej grani. Jeśli jest nią grań Mięguszowiecka, spadająca ku przełęczy gęstwą ostrych iglic skalnych – z lewej strony widoczne jak na dłoni Hińczowe Stawy, z prawej, zdawałoby się tuż pod stopami, Morskie Oko – jeśli słońce przypieka tak, że granit niemal parzy dłonie, jeśli wreszcie towarzyszem jest tak wyborny wspinacz i tak przemiły kompan, jak Bolek Chwaściński, chluba polskiego taternictwa – dzień taki śmiało mogę zaliczać do najbardziej udanych wspomnień górskich. Jak tancerze na linie suniemy lekko po wąziutkiej krawędzi między dwoma otchłaniami, niby łódka na falach powietrznego morza wznosi się szczyt iglicy, opada w szczerbę grani pod następną turniczką i znowu w górę...

Gdyśmy stanęli na przełęczy, ukończywszy grań Mięguszowickiego Szczytu Środkowego – wprost żałowaliśmy, że przebyta droga nie była jeszcze o godzinę lub dwie dłuższa.

Z przełęczy trzeba zejść kawałek żlebem w dół ku Hińczowym Stawom i tzw. kominem Martina w górę z powrotem na grań Mięguszowieckiego. Ten odcinek to najtrudniejszy fragment drogi. Dopiero teraz czeka nas główna robota. Ba! niewielka to robota dla młodych, dobrze wysportowanych ludzi wspiąć się kominkiem i przewinąć przez zamykającą go przewieszkę. Jeden hak wbity pod przewieszką – ot tak, „na wszelki wypadek”, i już gonimy po szerokiej łatwej grani. W dziesięć minut później wygrzewamy się na szczytowych głazach Mięguszowieckiego.

Od lewej Zofia Paryska, Wawrzyniec Żuławski, Stefania Grodzieńska w górnej części Doliny za Mnichem, w głębi po prawej Mnich

Zejście w dół długie i nieco zawikłane. Za to po grani ku Hińczowej Przełęczy można pędzić szybko, zwłaszcza że nietrudny teren nie zmusza do asekuracji liną. Z przełęczy tylko „skoczyć” na Pola pod Cubryną[9], a dalej – nieco już tracąc na tempie – poprzez rozliczne kociołki, piarżyska i płaty śniegu – do ścieżki w Dolinie za Mnichem. Nie spieszy nam się już zresztą. Nie ma co! Oblecieliśmy kawałek drogi: z Morskiego Oka na Przełęcz pod Chłopkiem, potem na Mięguszowiecki nad Czarnym, stamtąd granią poprzez Mięguszowiecki Środkowy i Główny na Hińczową Przełęcz, a teraz – dokładnie dookoła – przez Dolinę za Mnichem dochodzimy właśnie w lekko zapadającym mroku z powrotem do Morskiego.

Jeszcześmy nie wstąpili na schodki wyprowadzające znad stawu na morenę, gdzie stoi schronisko, gdy jakaś znajoma postać wybiegła nam naprzeciw. Poznajemy już z daleka naszego przyjaciela, jednego z najśmielszych zdobywców urwisk skalnych, jacy kiedykolwiek po Tatrach chodzili – no, czyż trzeba zresztą tłumaczyć, kim był Wiesław Stanisławski[10]?

Wiesiek przyjechał właśnie dziś prosto z Warszawy, przywiózł ze sobą młodego, doskonale zapowiadającego się taternika Witolda Wojnara, którego nam zaraz zaprezentował – no i oczywiście przywiózł również masę planów taternickich. Jego wyrazista twarz o wydatnych szczękach, znamionujących siłę, twardy upór i wolę, jego pełne energii oczy promienieją, gdy opowiada nam o tych planach: to trzeba zrobić, tam „drogę” na pionowej ścianie „wyprostować”, tu i ówdzie znajdą się niezdobyte, a godne przejścia urwiska... To przecież jego ostatni sezon tatrzański! W jesieni służba wojskowa, potem wyjazd za granicę – też w góry! – ale już inne, wyniosłe, niezdobyte, niedostępne.

Gdy rozmawiając wyszliśmy na platformę moreny przed schroniskiem, zjawił się przed nami stale rezydujący w Morskim delegat Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego – Bohdan M.

– Nie spieszcie się zanadto do schroniska – wita nas od razu – czeka was niespodzianka. Tylko co turyści wracający znad Czarnego Stawu donieśli, że w północnej ścianie Mięguszowieckiego woła ktoś o pomoc. Dzwoniłem już do Pogotowia, ale skoro tu jesteście, to jazda z powrotem w górę.

Istotnie, zajęci rozmową nie zauważyliśmy niezwykłego ruchu przed schroniskiem. Tłum ludzi wpatruje się w doskonale po przeciwnej stronie stawu widoczną ścianę, rozprawia, gestykuluje. Kilka lornetek pracuje wytrwale, ale w wieczornym zmierzchu letnim nie sposób wypatrzyć drobnego punktu, jakim jest sylwetka ludzka z tej odległości. Coraz to ktoś pokazuje jakąś sterczącą ze ściany skałkę (która w rzeczywistości ma rozmiary kilkupiętrowej kamienicy), przysięgając na wszystkie świętości, że – „rusza się”. Jednakże w krótkich chwilach, kiedy udaje się uciszyć zgromadzenie, dochodzi słabe, ale zupełnie wyraźne wołanie na pomoc.

Do diabła! Trzeba zaraz pędzić, a tu dwunastogodzinny kurs czujemy dobrze w nogach.

Podają nam naprędce coś gorącego do zjedzenia. Popijając kwaśnym mlekiem, jemy tak szybko, jak tylko pozwalają nam natrętne pytania i „trafne” rady licznych gapiów.

W dziesięć minut jesteśmy gotowi. Łapiemy plecaki i cała nasza czwórka biegiem puszcza się dookoła zachodniego brzegu Morskiego Oka. Na piargach pod północną ścianą Mięguszowieckiego nie zwalniamy tempa. Nie wiem, czy upłynęło dwadzieścia minut, a już znaleźliśmy się pod ścianą. Teraz ocieramy pot obficie płynący z twarzy, łapiemy oddech i robimy krótką naradę. Krzyków nie słychać – widocznie zagłuszają je najbliższe formacje skalne. Znając jednak konfigurację ściany, domyślamy się, że skądkolwiek nieszczęśliwy turysta poleciał, powinien się znaleźć w niewielkim kociołku w dolnej części ściany, gdzie zbiegają się wszystkie jej żleby i kominki. Wobec tego postanawiamy się rozdzielić na dwie partie i zlustrować partię ścianę poniżej kociołka, który został obrany jako miejsce spotkania. Bolek Chwaściński rusza z Wojnarem ściankami sporej buli zamykającej dojście do kociołka, drogą mniej więcej identyczną ze szlakiem opisanym w przewodniku – my z Wieśkiem próbujemy zaatakować ściankę na prawo od wspomnianej buli.

Wiesiek wiąże się ze mną liną i pierwszy atakuje ścianę. Od razu widać, że część zadania przypadająca na nas jest – przy zupełnej ciemności – nie do wykonania. Wiesiek wspina się kilka metrów, z trudnością wyszukując na oślep chwyty i stopnie. Gdy wbił hak, doszedłem i ja do niego, powierzając się więcej szczęściu niż własnym umiejętnościom, które i tak tu na nic się nie mogły przydać. Wiesiek szturmuje znowu. W pewnej chwili o mało nie odleciał od skały; musimy wkrótce uznać całe przedsięwzięcie za bezcelowe i wycofać się ze wstydem z powrotem do miejsca, gdzie rozstaliśmy się z naszymi towarzyszami[11]. Ci tymczasem są już wysoko w ściance buli. Nic dziwnego zresztą – teren mają znacznie łatwiejszy, a przy tym znany Bolkowi z normalnego dziennego przejścia. Sylwetki ich są zupełnie niewidoczne w ciemności – słyszymy tylko rozmowy. Nawiązujemy z nimi kontakt głosowy.

– Halo! – wrzeszczy Wiesiek – jak tam?!

– Ano – odpowiada z wysoka z czarnej pustki głos Bolka – ciemno jak licho, nic nie widać, tylko co przydepnąłem nogą własną rękę.

– A „jego” słyszycie przynajmniej?

– Owszem, troszkę się odzywa, ale jakoś z daleka i nie mogę wyłapać kierunku.

Impreza wygląda właściwie dość szaleńczo. Szanse pomożenia ofierze wypadku – minimalne, szanse skręcenia karku – bardzo duże. Rozsądek każe wrócić i zaczekać kilka godzin do świtu. Rozsądek tak, ale...

– Wracaj – krzyczy Wiesiek – nic na razie nie pomożesz, do rana tylko parę godzin!

– Dobrze, a jak zleci do reszty? – replikuje Bolek i szamocze się dalej w ciemnościach.

– Wracaj, wariacie, skręcisz łeb i ty, i Witek – irytuje się już na dobre Wiesiek.

– Nic się nie martw, wyśpij się trochę, a jutro przyjdziecie do nas – przecina dyskusję Bolek.

Jeszcze parę chwil słychać głosy. Padają krótkie wskazówki i rozkazy: „lina”, „ściągnij”, „uwaga”, „idę” – a potem zapada cisza.

Od szosy wiatr przynosi daleki warkot motoru. Jedzie samochód z Pogotowiem. Siadamy na głazach, rozmawiamy. Cóż w końcu pozostaje nam do zrobienia! Umawiamy się z Wieśkiem na sierpień; będziemy chodzić razem, to było postanowione już w Warszawie. Warkot samochodu jest coraz bliższy, słychać go wyraźnie poprzez szum wodospadów. Chwilami nagły błysk reflektorów przebiega po uśpionych lasach pod Żabim. O, teraz coś błysnęło znowu, na prawo od nas. Ale nie, to nie reflektor. To księżyc zaświecił rąbkiem przez wrota Żabiej Przełęczy. Schował się za Żabiego Konia. Znowu rozświecił na chwilę kotlinę Czarnego Stawu i znowu zniknął za granią, na dłużej tym razem. Za to ostry blask świateł samochodowych wyłonił się niespodzianie zza ostatniego zakrętu szosy. Podjechali bliżej, stanęli i skierowali reflektory na ścianę. Snop światła oślepił nas na chwilę i przesunął się wyżej na miejsce, gdzie prawdopodobnie wspinali się nasi przyjaciele. Ach, gdyby tak zatrzymać światło – Bolek z Wojnarem mogliby iść, prawie jak w dzień! Niestety, lustrują ścianę dalej i światło przesuwa się w górne jej partie. Wymachujemy latarkami, pragnąc kierować ruchami reflektora. Nasze światło nie było jednak z odległości blisko dwóch kilometrów widoczne lub też znaki nie zostały zrozumiane, dość że po chwili ludzie z auta zaprzestali swych usiłowań i podjechali pod samo schronisko.

Siedliśmy z powrotem na kamieniach. Niewiele czasu minęło, gdy ujrzeliśmy cztery nikłe światełka latarek sunące szybko ku nam. Już wznoszą się po stromym usypisku. Schodzimy kawałek, zapalamy latarki.

– Kto tam? – słyszymy wołanie.

Mówimy nazwiska i witamy się z przybyłymi. Są wśród nich dwaj nasi koledzy: Tadek Pawłowski i Tadek Brzoza – obaj znakomici taternicy, a z nimi dwaj przewodnicy: Stanisław Roj i Wojtek Wawrytko-Krzeptowski.

– A tamci gdzie? – pada pytanie.

Zdajemy krótką relację.

– Wariaci! – wyrokują wszyscy, ale tak jakoś z dziwnym szacunkiem.

Po naradzie postanawiamy zabiwakować do świtu. Każdy z nas wkłada na siebie, co może, i układa się, gdzie może. Podłożyłem sobie linę pod bok i wygodnie rozciągnąłem się między głazami.

Na wprost miałem kotlinę Czarnego Stawu. Księżyc właśnie znowu pokazał rąbek zza Wołowej Szczerbiny. Powoli, bez pośpiechu wspiął się na grań Wołowego Grzbietu i począł toczyć się nią – przysiągłbyś – obniżając się nieco w przełączkach, gramoląc się w górę na turniczki. Tak jak my w dzień, tak teraz księżyc balansował wdzięcznie po grani, a jego niebieskawe, zimne światło zalewało szczyty, żleby i kamienne usypiska. Potok w dole błyszczał jak srebrna nitka wskroś ciemnego boru.

Tak w pół drzemce, pół marzeniach mijała krótka noc letnia.

Budzimy się jeszcze po ciemku. Przeciągamy się, poprawiamy na sobie wymiętoszone ubrania i z rękami w kieszeniach – skuleni nieco z zimna – czekamy światła dziennego.

Świt zastaje nas już w żlebie, na lewo od buli, kędy wiedzie droga poprzez północną ścianę Mięguszowieckiego Szczytu. Teren wydaje się nam obecnie wprost dziecinnie łatwy. Szybko pokonujemy próg żlebu i posuwamy się śniegiem ponad nim. Niedługo potem słyszymy nad sobą okrzyk i w szarym świetle poranku widzimy sylwetkę Bolka czerniejącą na trawiastym grzbiecie buli.

– Tu chodźcie! – krzyczy Bolek.

Zbliżamy się do niego szybko.

– Wszystko w porządku? – pytamy, witając się.

– Wszystko w porządku – odpowiada – udało nam się po ciemku wyjść tu, na grzbiet buli, a stąd usłyszeliśmy od razu jego krzyki i doszliśmy na miejsce wypadku. Wyobraźcie sobie, chłop miał niesamowite szczęście. Odpadł, schodząc tym tu kominem, doleciał na sam dół, śmignął przez ten stromy śnieg i zatrzymał się tuż nad krawędzią urwiska. Gdyby „rąbnął” dalej, nie byłoby co zbierać.

Oglądamy miejsce, gdzie Bolek z Wojnarem znaleźli ofiarę wypadku. Dosłownie metr czy półtora dalej zaśnieżony żleb urywa się siedemdziesięciometrową ścianką, tą właśnie, którą daremnie szturmowaliśmy w nocy z Wieśkiem. Miejsce, w którym leżał, jest mocno nachylone ku przepaści. Gdyby nie odważna decyzja i szybka interwencja Bolka i jego towarzysza, jest więcej niż prawdopodobne, że niefortunny turysta – trawiony gorączką spowodowaną poniesionymi ranami, byłby się stoczył się w ciągu nocy poza krawędź urwiska. Zimna krew Bolka niewątpliwie ocaliła mu życie.

– No dobrze – pytamy – ale gdzież on jest?

Okazuje się, że jeszcze w nocy przenieśli go na bezpieczniejszy teren i jest w tej chwili pod opieką Witka Wojnara.

Idziemy grzbietem kilkanaście kroków do miejsca, gdzie tworzy się olbrzymia trawiasta platforma, porosłą kosodrzewiną. Tu pod krzakiem kosówki widzimy Witka, a obok niego... Brrr... Usiadłem szybko tam, gdzie stałem, i z udanym zainteresowaniem odwróciłem się ku pięknej panoramie Morskiego Oka. Proszę mi wybaczyć tę słabość – wszakże to był mój pierwszy autentyczny „umrzyk” górski. Ta twarz sina od potłuczeń i czerwona od zakrzepłej krwi, ten nos, który mu służył widocznie za hamulec w czasie zjeżdżania przez śnieg, te ręce jakby ze skóry obdarte! Wszystko to właściwie powierzchowne skaleczenia, ale wyglądało okropnie!

Korzystając z krótkiego odpoczynku, wypytujemy rannego, którym się okazał F. M., Polak, studiujący na uniwersytecie w Pradze, jakim cudem się tu właściwie znalazł? Widać od razu, że jest to zupełnie niedoświadczony turysta, i mimo dobrych chęci nie umiał nam dokładnie wyjaśnić, gdzie chciał iść, którędy szedł i gdzie go spotkał wypadek. Faktem jest, że zrobił to, co właśnie robią niedoświadczeni turyści, a mianowicie schodził do schroniska przy Morskim Oku „na przełaj”... wprost północną ścianą Mięguszowieckiego Szczytu. Wątpię, żeby zszedł z samego wierzchołka, bo ściana jest trudna i cały czas bardzo stroma, byłby to więc dziw nad dziwy, że nie skręcił na niej karku. Czy zaplątał się na ścianę od strony Hińczowej Przełęczy, czy przedostał się na nią jakimś sposobem od Kotła Mięguszowieckiego – nie wiem tego do dzisiaj.

Przewodnicy robią mu prowizoryczny opatrunek, my tymczasem przygotowujemy się do zejścia. Uwiązujemy rannego i przewodników na kilku posiadanych linach i rozmieszczamy się po obu stronach żlebu dla zapewnienia im mocnej asekuracji. Przewodnicy wzięli rannego silnie pod ramiona i powolutku zaczęli sprowadzać go żlebem. Tadek Pawłowski chodził luzem bez asekuracji, doglądając grupy schodzących. To pomagał rannemu, to znów ustawiał stopę któregoś z przewodników, którym nie wolno się w takiej sytuacji poślizgnąć ani na centymetr. Podziwiamy pewność Tadka w poruszaniu się na stromym śniegu, zwłaszcza że biedak miał na nogach jakieś resztki butów turystycznych, ogołocone ze wszelkich gwoździ[12], rozłażące się jak stare kalosze.

Co pewien czas cała grupa zatrzymywała się, a wówczas przesuwaliśmy nasze stanowiska asekuracyjne o kilkanaście metrów niżej. Najwięcej kłopotu sprawił nam kilkumetrowy próg żlebu, przez który musieliśmy spuszczać rannego na linie, podczas gdy inni podtrzymywali go z dołu i z boków. Za to poniżej progu, gdzie zaczynają się już piargi, niefortunny turysta spróbował stąpać o własnych siłach, a gdyśmy trawersowali wspaniałe łany paproci, rosnące niemal z podzwrotnikową bujnością u stóp północnych ścian Mięguszowieckiego – szedł już wcale raźno, z lekka tylko podtrzymywany przez dwóch z nas. Dalsze zejście po piargach w dół nad staw odbywało się w nieco żółwim tempie, ale na ogół dość sprawnie.

Rysy i Niżnie Rysy, widok sprzed Morskiego Oka

W międzyczasie Tadek Pawłowski zbiegł szybko nad brzeg Morskiego Oka i dziarskimi okrzykami tak skutecznie przywoływał stojącą koło schroniska łódź, że gdyśmy wreszcie znaleźli się nad stawem, łódź dobijała już prawie do brzegu. Dzięki temu po krótkiej chwili wygodnie rozparci w łodzi pruliśmy spokojne fale jeziora.

Na przystani przy drugim brzegu witają nas w komplecie wszyscy mieszkańcy schroniska: goście, turyści i personel z zarządcą Morskiego Oka, niegdyś czynnym taternikiem, Teofilem Janikowskim na czele. Pomagamy najpierw rannemu wysiąść z łódki, po czym krótką relacją zaspokajamy ciekawość obecnych.

Zanim po „dwudziestoczterogodzinnym dniu pracy” będziemy nadrabiać w wygodnych łóżkach nieprzespaną noc (jest właśnie szósta rano), trzeba przecież zjeść coś niecoś. Kawa i bułki to dobre dla wyspanych i wypoczętych – nie dla nas! Zamawiamy coś solidniejszego. Porcje bigosu i małe piwa znikają jedne po drugich.

Nie przysięgnę, ile takich porcji zjadł wówczas Tadek Pawłowski obdarzony z nas wszystkich najlepszym apetytem – nam go zresztą też nie brakowało. Stwierdzam tylko lojalnie, że nasz „klient” osobiście doglądał, aby Tadek nie próżnował ani chwili.

– Choremu nie wolno się sprzeciwiać – stwierdzał łagodnie Tadek i zamawiał nową porcję bigosu.

[9] Obecnie te pola piargów noszą nazwę Wielka Galeria Cubryńska (przyp. red.).

[10] Wiesław Stanisławski – zdobywca wielu przejść o najwyższej skali trudności. Zdobyte przez niego ściany: wschodnia Mnicha, północna Żabiego Konia, zachodnia Łomnicy, drogi na północnej ścianie Galerii Gankowej i Małego Kieżmarskiego, zimowe drogi na Zadni Gerlach, Lodową Przełęcz Wyżnią i wiele innych, były największymi osiągnięciami taternickimi lat międzywojennych (przyp. autora).

[11] Ścianka ta została pokonana po raz pierwszy dopiero w r. 1949 przez K. Bruna, A. Nunberga i T. Orłowskiego. Przejście to zostało uznane za bardzo trudne (przyp. autora).

[12] Dawniej do okucia butów turystycznych używano specjalnych gwoździ (przyp. red.).

„Udana” wycieczka

23-24 lipca 1933 r.

– Mam dla ciebie robotę! Jedziemy zaraz z Pogotowiem w Zachodnie Tatry szukać dwojga ludzi.

Przyjaciel mój, przewodnik Józek Krzeptowski, zastał mnie w izbie, gdy ze skwaszoną miną patrzyłem przez okno na mokre mgiełki włóczące się smętnie po reglach. Zimna, mglista, deszczowa pogoda tatrzańska trzymała już od kilku dni góry w wilgotnej zasłonie.

– Jedziesz z nami? – pyta Józek, stojąc jeszcze w progu.

Ożywiłem się natychmiast. Pogoda nie pozwala na taternicką wycieczkę – na wyprawę ratunkową nie ma złej pogody.

– Gdzie, co i jak? – pytam.

– Nie gadaj dużo, tylko zbieraj graty, bo zaraz wychodzimy. Nic ci nie powiem, bo sam nic nie wiem. Meldunek przyszedł ze schroniska na Pysznej[13], wiec tam na razie pojedziemy.

Pakowanie plecaków zajęło nam najwyżej pięć minut, a tymczasem przed chałupą już zjawił się fiaker, a w nim drugi przewodnik – Jasiek Gąsienica-Tomkowy.

Ruszamy w kawalerskim tempie ku Dolinie Kościeliskiej, wzbudzając sensacje w przydrożnych zagrodach i wśród ludzi na szosie. Józek nie pomija po drodze żadnej okazji, żeby popisać się przed znajomymi, niby od niechcenia – emblematami ratownika: liną, latarnią i ceratową peleryną.

Szybko zbliżamy się do Kościeliskiej. By oszczędzić sił, dojeżdżamy fiakrem, jak tylko się da najdalej – aż do Hali Pisanej. Stamtąd – już pieszo – lesistą ścieżką w zapadającym mroku wychodzimy na Halę Pyszną.

W czyściutkim, niedawno przebudowanym schronisku gotujemy sobie kolację i usiłujemy się czegoś dowiedzieć o zaginionych. Nie bardzo nam się to zresztą udaje: turyści, wałęsający się po okolicy, donieśli, że słychać wołania o pomoc. Skąd one jednak pochodzą – albo nie wiedzą, albo określają w sposób tak bałamutny, że nie można tych informacji brać na serio. Nic dziwnego – wilgotna, siąpiąca deszczem mgła zakrywa góry i myli kierunek głosu. Wiadomo tylko, że chodzi tu o dwoje ludzi, których przydługą nieobecność zauważono w schronisku. Trudno! Trzeba więc przeszukać okolicę, zdając się tylko na własny nos. Nos ten zresztą okazał się wcale niezły, przynajmniej u jednego z nas: u Józka Krzeptowskiego. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Zerwaliśmy się dobrze przed świtem. W zupełnej jeszcze ciemności, z latarkami w ręku poczęliśmy się piąć w kierunku Siwej Przełęczy. Uszedłszy nieco, przyjmujemy szyk bojowy: rozsuwamy się w tyralierę o kilkadziesiąt kroków jeden od drugiego, a gwizdki zawieszone na szyjach pracują intensywnie.

Metr po metrze przeszukujemy grań i sąsiadujące z nią stoki: Siwą Przełęcz, Siwe Turnie, Rączkową Przełęcz, Raczkowe Turnie... Obniżamy się kilkakrotnie niemal do dna doliny – to po jednej, to po drugiej stronie. Beznadziejna wędrówka, beznadziejne prawie poszukiwania w mgłach gęstych jak mleko. Tylko ostry dźwięk naszych gwizdków przeszywa chwilami białą pustkę.

Krótki poryw wichru odsłania nam na chwilę szałasy pasterskie w Raczkowej Dolinie. Schodzimy do nich za radą Józka, który ma nadzieję dowiedzieć się od juhasów czegoś o zaginionych.

Niczegośmy się wprawdzie nie dowiedzieli, ale chyba nigdy nie zapomnę cudownej żętycy[14], którą tam piliśmy. Wróciły nam od niej siły utracone w dotychczasowych mozolnych poszukiwaniach.

Wypoczęci ruszamy z powrotem w kierunku grani – tym razem jednak celujemy gdzieś między Bystrą a Błyszcz. Józek nadaje kierunek, a my idziemy za nim, zdając się całkowicie na jego wyczucie.

Początkowe rezultaty nie były zbyt zachęcające. Głos gwizdków rozwiewał się nadal w pustce i ciszy. Całkiem już zniechęceni wychodzimy wreszcie na grań. Ileż to już dzisiaj setek metrów podejścia zrobiliśmy?... – nie mogę się ani rusz doliczyć.

Józek bierze oddech w płuca i gwiżdże ile mocy. I nagle... o kilkanaście kroków od nas podnosi się przeraźliwy wrzask.

Biegniemy co tchu. Są! Kobieta i mężczyzna. Wyglądają... litości, jakże oni wyglądali! Kobieta odziana w jakieś nieokreślone resztki strojów damskich – sytuację ratuje tylko względnie cała wiatrówka. Mężczyzna, okaz co najmniej stukilowy, w letnim płóciennym ubraniu wyglądającym teraz tak, jakby w nim odbywał kąpiele błotne w Ciechocinku. Twarze czerwono-sine z zimna i dokładnie zabłocone. Oboje są na szczęście cali i zdrowi, tylko ręce trochę podrapane. Nic dziwnego zresztą! Przez czas pobytu tutaj wyrwali na pewnej przestrzeni trawę, wygrzebali gołymi rękami płytką jamę i nakrywali się darnią jak kołdrą. Tak spędzili tu noc, dzień i jeszcze jedną noc, niby borsuki w jamie lub górskie świstaki. A tymczasem... z doliny oddzielonej od nich równym jak stół, łagodnym trawiastym stokiem dobiegały dzwonki pasących się krów i owiec.

Przy prezentacji okazuje się, że są to rzeczywiście pani dr F. i pan St. G., których nieobecnością niepokojono się w Zakopanem. Nie trzeba było wielkiej bystrości, żeby zorientować się, że ci ludzie znaleźli się w górach tylko przez jakieś grubsze nieporozumienie.

Dajemy im wszystko, co z sobą mamy do jedzenia, bo są porządnie wygłodzeni, i układamy po cichu plan zejścia. Najgorzej, że sami nie bardzo się orientujemy, gdzie jesteśmy, do czego wszakże nie możemy się za żadną cenę głośno przyznać, aby nie osłabiać i tak już nadwątlonego „morale” tamtej dwójki. Chcemy w zasadzie znaleźć się na Pyszniańskiej Przełęczy. Grań, na której stoimy, powinna nas na nią zaprowadzić, tylko że trzeba by wspinać się poprzez wyniosłe czuby Bystrej i Błyszcza. Postanawiamy wreszcie trawersować skośnie poprzez trawiaste zbocza w kierunku przełęczy.