Trylogia Szpiegowska - Vincent V. Severski - ebook
lub
Opis

Polskie powieści na miarę kultowego Millennium!

Misternie skonstruowane thrillery szpiegowskie osadzone w realiach polskich służb specjalnych. Osobiste porachunki, polityczne ambicje, zdrady i spiski w cieniu zagrożenia atakami terrorystycznymi i światowym konfliktem zbrojnym.

Mrożące krew w żyłach losy Konrada Wolskiego i jego ekipy.

Vincent V. Severski ─ pseudonim literacki pułkownika polskiego wywiadu. Przez wiele lat pracował poza granicami kraju pod przybraną tożsamością. Zajmował jedno z najwyższych stanowisk kierowniczych w Agencji Wywiadu. Odszedł ze służby w 2007 roku. Wielokrotnie odznaczany i wyróżniany przez najwyższe władze RP, uhonorowany Legią Zasługi przez prezydenta Baracka Obamę.

Nielegalni

Konrad powraca do Warszawy po zakończonej fiaskiem misji na Bliskim Wschodzie: znów nie udało mu się dopaść „Karola” vel Safira as-Salama, polskiego odszczepieńca, łącznika Al-Kaidy... Niejaki Hans Jorgensen szuka w szwedzkiej prasie niewinnych na pozór ogłoszeń, z których następnie odszyfrowuje zakodowane informacje... Pułkownik Stiepanowycz z mińskiego KGB krótko cieszy się z zarobionych na przemycie dolarów, gdyż pada ofiarą napadu... W październiku 1939 roku w Moskwie Beria, naczelnik NKWD, słucha referatu majora Zarubina na temat działań wywiadowczo-operacyjnych na terenie Polski. W gabinecie prezesa IPN zjawia się profesor Barda i twierdzi, że ma dokumenty, które rzucają całkiem nowe światło na zbrodnię katyńską... We współczesnej Polsce stanowisko prezydenta piastuje Stanisław Zieliński, lecz rzeczywista władza spoczywa w rękach szefa jego kancelarii, Marcina Kamińskiego – osobnika o niezbyt reprezentacyjnej aparycji, za to cieszącego się poparciem konserwatywnego elektoratu.

Wszystkie te na pierwszy rzut oka odległe od siebie wątki, postacie, miejsca i wydarzenia łączą się w niezwykłą, precyzyjnie skonstruowaną fabułę, tworząc kilkuset stronicową wciągającą historię o wyjątkowej mocy.

Niewierni

Agenci polskiego wywiadu z zespołu Konrada Wolskiego wpadają na trop tajemniczego spotkania w hotelu Marriott. Nie podejrzewają, że wydarzenie to postawi na nogi służby wywiadowcze wielkich mocarstw. Nowe zagrożenie terrorystyczne uruchamia lawinę wydarzeń od Jemenu po Irlandię.

Nieuchwytny Safir as-Salam, polski terrorysta w szeregach Al-Kaidy jest gotowy do decydującego starcia. Wszystkie tropy prowadzą do Szwecji, gdzie uwagę służb zaprząta genialny haker antyglobalista...

Nieśmiertelni

Ekipa Konrada Wolskiego znów rusza do akcji daleko poza granice kraju. Dostają niezwykle trudne zadanie. Jadą do Teheranu, by zapobiec konfliktowi zbrojnemu na skalę światową. Niestety wszystko zaczyna się komplikować. Czy Konrad i Sara wygrają wyścig z czasem i uratują życie swoich ludzi?

Tymczasem na politechnice w Sztokholmie zostają brutalnie zamordowane cztery osoby. Do gry wraca inspektor Gunnar Selander, który wraz z genialną hakerką Harriet Berghen i naczelnik wydziału ds. zwalczania terroryzmu Lindą Lund mają rozwiązać tę zagadkę. Śledztwo jest jednak zbyt trudne, by poradzili sobie z nim sami. Rozpoczynają arcytrudną rozgrywkę ze światem szpiegów i zdrajców.

W Moskwie dochodzi do cichego zamachu stanu. Michaił Popowski, chcąc wspomóc spiskowców, wyjeżdża do Sztokholmu na ostatnią misję. Jagan wraz ze swoim oddziałem podąża za Aminą na Kaukaz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 3074


Redak­cja try­lo­gii: Miro­sław Gra­bow­ski

Pro­jekty okła­dek do try­lo­gii: Magda Kuc

Nie­le­galni Zdję­cia na okładce © Magda Kuc Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Wero­nika Girys-Cza­go­wiec, Jolanta Spodar Text © copy­ri­ght by Vin­cent V. Sever­ski Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2011

Nie­wierni Zdję­cia na okładce: kobieta w czerni (modelka – Elż­bieta Kwinta) © Magda Kuc Modern ocean liner © Melissa Madia/Shut­ter­stock Per­sian and Medean Guards, Per­se­po­lis, Iran © Danita Deli­mont/Gallo Ima­ges/Getty Ima­ges/Flash Press Media Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Anna Zaremba Text © copy­ri­ght by Vin­cent V. Sever­ski Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2012

Nie­śmier­telni Zdję­cia na okładce: Kobieta, samo­lot i góry © Magda Kuc Per­sian and Medean Guards, Per­se­po­lis, Iran © Danita Deli­mont/Gallo Ima­ges/Getty Ima­ges/Flash Press Media Korekta: Mał­go­rzata Denys, Maciej Kor­ba­siń­ski Text © copy­ri­ght by Vin­cent V. Sever­ski Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2014

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

ISBN 978-83-8015-075-1

Wydaw­nic­two Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 War­szawawww.czar­na­owca.pl Redak­cja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redak­cja@czar­na­owca.pl Dział han­dlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: han­del@czar­na­owca.pl Księ­gar­nia i sklep inter­ne­towy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czar­na­owca.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

NIE­LE­GALNI

Zbież­ność wyda­rzeń opi­sa­nych w niniej­szej książce z praw­dzi­wymi jest na ogół przy­pad­kowa, ale nie zawsze. Nie­któ­rzy w tej powie­ści zoba­czą sie­bie. Przed­sta­wi­łem te posta­cie tak, jak je widzia­łem, i chciał­bym, żeby takie pozo­stały w mojej pamięci.

Vin­cent V. Sever­ski

NIE­LE­GAŁ to ofi­cer wywiadu dzia­ła­jący za gra­nicą pod przy­braną toż­sa­mo­ścią. W odróż­nie­niu od ofi­cerów legal­nych rezy­den­tur nie obej­muje go immu­ni­tet dyplo­ma­tyczny. Toż­sa­mość nie­le­gała budo­wana jest naj­czę­ściej na pod­sta­wie tak zwa­nych danych wtór­ni­ko­wych, to zna­czy „skra­dzio­nego” życio­rysu auten­tycz­nej osoby, lub zgod­nie z fik­cyj­nym, lecz wia­ry­god­nym wzo­rem. Naro­do­wość i – co za tym idzie – oby­wa­tel­stwo dobiera się tak, by nie wzbu­dzał podej­rzeń i mógł się swo­bod­nie prze­miesz­czać. Naj­więk­sze wywiady świata wyko­rzy­stują nie­le­ga­łów do naj­trud­niej­szych zadań, dla­tego są oni nara­żeni na szcze­gólne nie­bez­pie­czeń­stwo. Tę formę dzia­łal­no­ści wywia­dow­czej opa­no­wał i roz­wi­nął w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym Zwią­zek Radziecki, a do mistrzo­stwa dopro­wa­dził ją po II woj­nie świa­to­wej. Nie­le­ga­ło­wie są naj­pil­niej strze­żoną tajem­nicą tych nie­licz­nych służb na świe­cie, które są w sta­nie posłu­gi­wać się tą jedną z naj­trud­niej­szych, naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych tech­nik wywia­dow­czych.

1

Pomruk czte­rech wiru­ją­cych sil­ni­ków potęż­nego air­busa 340 zapo­wia­dał bli­ski start.

Wraz z grupą spóź­nio­nych pasa­że­rów jako ostatni wszedł na pokład Kon­rad Wol­ski. Ste­war­desa Lufthansy w nie­na­gan­nym gra­na­to­wym kostiu­mie wska­zała mu drogę do prze­działu klasy biz­nes.

Wrzu­cił ple­cak do luku baga­żo­wego i ciężko opadł na fotel przy oknie. Wszyst­kie miej­sca oprócz sąsied­niego były zajęte. Po pra­wej stro­nie, w środ­ko­wym rzę­dzie, sie­dział męż­czy­zna około trzy­dziestki, w bia­łej koszuli, bez kra­wata, i z wyraź­nym zaan­ga­żo­wa­niem pisał na lap­to­pie. Kon­rad przy­glą­dał mu się przez chwilę i pomy­ślał, że jest prze­cież trze­cia w nocy. Będzie tak stu­kał do rana?

– Nie­ważne… – mruk­nął do sie­bie, nieco zre­zy­gno­wany. Nie był w dobrym nastroju, czuł skutki alko­holu wypi­tego przez ostat­nie dwa dni.

Miał nadzieję, że szybko się roz­luźni i zaśnie, że napię­cie i roz­cza­ro­wa­nie bez­owocną akcją w górach Jemenu ustą­pią cho­ciaż na jakiś czas. Od początku wie­dział, że szanse powo­dze­nia są nie­wiel­kie, a nie była to prze­cież jego pierw­sza misja wywia­dow­cza, mimo to obwi­niał się o jej fia­sko.

Przez całą poprzed­nią noc, w miarę roz­bra­ja­nia mini­baru w pokoju 347 hotelu Al Bustan Rotana, Wil­liam Sten­ton sta­rał się mu wytłu­ma­czyć, że to nie jego wina, taki po pro­stu mają zawód. Jed­nakże wraz z upły­wem czasu Kon­rad coraz bar­dziej się roz­rzew­niał, a Wil­liam popa­dał w coraz więk­szą deter­mi­na­cję. Każdy z nich bro­nił swo­jej opi­nii do tego stop­nia, że następ­nego dnia zgod­nie zre­zy­gno­wali ze śnia­da­nia.

Kon­rad lubił pra­co­wać z Wil­lia­mem. Widział, że jest on zupeł­nie inny niż pozo­stali ofi­ce­ro­wie Secret Intel­li­gence Service, a w końcu znał ich wielu – od her­bo­wych ary­sto­kra­tów, walij­skich gór­ni­ków, Irland­czy­ków, Żydów do zadzi­wia­ją­cych lon­dyń­czy­ków, jakich można spo­tkać mię­dzy Bri­xton, Soho a East Endem. Jed­nym z nich był wła­śnie Sten­ton, tro­chę młod­szy od Kon­rada, ale z dużym szpie­gow­skim talen­tem, bez­błędną zna­jo­mo­ścią arab­skiego, pol­skim cwa­niac­twem, odpor­no­ścią Rosja­nina i urodą fiń­skiego chłopa.

To już nasza kolejna wspólna robota, a che­mia wciąż się zga­dza – pomy­ślał. No i dobrze… bo lubię tego Bry­tola!

Miał totalny zamęt w gło­wie. Osą­dził, że sta­now­czo prze­sa­dzili z ilo­ścią czer­wo­nego wina i bur­bona, wypitą pod­czas dwu­go­dzin­nego ocze­ki­wa­nia na lot­ni­sku w Dubaju.

Bill wyle­ciał godzinę wcze­śniej do Lon­dynu – pomy­ślał z zazdro­ścią – a mnie czeka jesz­cze prze­siadka we Frank­fur­cie. W War­sza­wie będę dopiero o jede­na­stej.

Spoj­rzał na zega­rek.

Naj­gor­sza godzina! Reszta dnia stra­cona.

Przez moment mu zaświ­tało, że po dro­dze z lot­ni­ska mógłby wpaść do Agen­cji na Miło­będzką, ale natych­miast zro­zu­miał, że wła­ści­wie nie ma powodu i że takie myśli to zwy­kły odruch Paw­łowa.

Cie­kawe, czy w Wydziale udało się uzy­skać coś nowego w spra­wie tego cho­ler­nego „Karola”, Safira as-Salama.

Zadzi­wia­jący przy­pa­dek, ten „Karol”! Po raz kolejny Kon­rad ana­li­zo­wał sprawę i cho­ciaż znał ją tak dobrze jak sie­bie samego, to wciąż nie mógł zna­leźć odpo­wie­dzi na wiele pytań, w tym na naj­waż­niej­sze: Dla­czego? Dla­czego Polak kon­wer­tyta, dwa fakul­tety, pięć języ­ków: arab­ski, fran­cu­ski, angiel­ski, nie­miecki i wło­ski, mistrz walk wschod­nich, został łącz­ni­kiem mię­dzy Al-Kaidą w Jeme­nie i Paki­sta­nie a resztą świata? Co zro­bił, że powie­rzono mu ważną i deli­katną funk­cję zaufa­nego współ­pra­cow­nika Sajeda al-Sza­riego? Musiał udo­wod­nić swoje odda­nie dżi­ha­dowi i Kora­nowi, prze­le­wa­jąc krew nie­wier­nych! To jasne! Ta myśl napa­wała Kon­rada wście­kło­ścią.

Trudno to teraz zwe­ry­fi­ko­wać, ale praw­do­po­dob­nie to on pomógł lokal­nym ter­ro­ry­stom porwać naszego amba­sa­dora w Jeme­nie w 2000 roku. Może to wła­śnie była jego prze­pustka do Al-Kaidy.

Roz­ma­wia­li­śmy ze wszyst­kimi, któ­rzy go znają, i nikt nie potra­fił zna­leźć roz­sąd­nej odpo­wie­dzi. Kim on jest? Dla­czego napi­sał do swo­jej para­fii w Ursu­sie, że wystę­puje z Kościoła kato­lic­kiego? Już tyle mie­sięcy Kon­rad powta­rzał sobie te same pyta­nia. Gdyby znał na nie odpo­wiedź, już dawno dopadłby „Karola”.

A tu cią­gle to męczące, idio­tyczne „dla­czego?”. Przy­pa­dek nie do wyja­śnie­nia, cho­ciaż wszy­scy myślą, że wie­dzą, w czym rzecz. Jak ten mój szef, gene­rał szpie­go­stwa! On też zawsze wszystko wie… Dla­czego kana­dyj­ski geniusz Gerald Bull budo­wał super­działo dla babi­loń­skiego geniu­sza Sad­dama? Dla­czego został zamor­do­wany? Pro­ste pyta­nia, trudne odpo­wie­dzi. „Gene­rał” zawsze odpo­wiada na pyta­nie „dla­czego?” zda­niami wie­lo­krot­nie zło­żo­nymi i nie jest to odpo­wiedź zaczy­na­jąca się od „nie wiem, ale…” czy „bo to jest tak…”. Kon­rad wciąż czuł nie­smak po nie­uda­nym pościgu za Safi­rem bez­dro­żami Sza­bwy i roz­pie­rała go wście­kłość towa­rzy­sząca porażce.

Musi wie­dzieć, że go ści­gamy, ma to prze­cież wkal­ku­lo­wane w swój los, to jego ryzyko! Cóż, sam sobie wybrał… Co też mi cho­dzi po łbie! – obru­szył się. Prze­cież dla­tego znowu zwiał, że wie, iż jest dla nas bez­cenny.

Leżał w opusz­czo­nym fotelu, przy­mknąw­szy powieki, gdy ktoś deli­kat­nie szarp­nął go za ramię.

Ste­war­desa z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem przy­po­mniała o pod­nie­sie­niu fotela i zapię­ciu pasów. Poczuł ulgę, gdy prze­rwała mu te męczące myśli.

Zapiął pas i dopiero teraz zauwa­żył, że tygo­dnie spę­dzone w górach Jemenu i Omanu zdjęły z niego kilka kilo­gra­mów. Jesz­cze przez chwilę się moco­wał, by roz­sz­nu­ro­wać i zdjąć buty trek­kin­gowe, po czym oparł głowę o szybę i obser­wo­wał, jak samo­lot toczy się po pły­cie lot­ni­ska. Przy­ga­sło świa­tło i ciężki air­bus roz­po­czął swój długi roz­bieg, by wresz­cie pode­rwać się do spo­koj­nego, mia­ro­wego lotu.

Prze­le­cia­łem w swoim życiu już chyba na Księ­życ i z powro­tem, ale do star­tów ni­gdy się nie przy­zwy­czaję. Z wyjąt­kiem air­busa 340! – pomy­ślał, wciąż wyglą­da­jąc przez okno w nadziei, że w końcu zoba­czy słynną pal­mową wyspę i mapę świata. Samo­lot jed­nak dopiero się wzno­sił i z tej wyso­ko­ści nie­wiele było widać. Wpa­trzony w widok za oknem, Kon­rad nawet nie zauwa­żył, kiedy zgasł sygnał „zapiąć pasy” i zapa­liło się świa­tło.

Roz­ło­żył fotel, który wychy­lił się nie­mal hory­zon­tal­nie. Lubił latać klasą biz­nes, bo przy jego wzro­ście, pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt, zapew­niała mu odpo­wiedni kom­fort.

Ste­war­desa podała kartę posił­ków. Bez zasta­no­wie­nia zamó­wił rybę i podwójną whi­sky, mając nadzieję, że szybko zaśnie. Obie­cał sobie, że zaraz po powro­cie weź­mie tydzień wol­nego i poje­dzie poże­glo­wać na Mazury. Myśl o jezio­rach i soczy­stej zie­leni bez czter­dzie­sto­stop­nio­wego upału spra­wiła mu wyraźną przy­jem­ność. Poczuł, jak popra­wia się jego nastrój.

Włą­czył moni­tor kina pokła­do­wego i przej­rzał zestaw tytu­łów. Wybrał na chy­bił tra­fił film 300. Tym­cza­sem ste­war­desa przy­nio­sła mu szkla­neczkę whi­sky z brzę­czą­cym lodem. Zało­żył słu­chawki i włą­czył film. Posta­no­wił zacze­kać na posi­łek, a potem oglą­dać tak długo, aż zaśnie.

Nie zasnął. Obej­rzał do końca i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że film zro­bił na nim wra­że­nie. Zaczął się inten­syw­nie zasta­na­wiać, co go tak poru­szyło. Czy to, że komik­sowa, barwna i tan­detna histo­ria trzy­stu Spar­tan nie odbie­gała tak bar­dzo od świata, w któ­rym żył? Świata szpie­gów, wywia­dów, peł­nego kłam­stwa i hipo­kry­zji, choć także przy­jaźni i boha­ter­stwa. Świata, w któ­rym nic nie jest tym, na co wygląda, świata, w któ­rym nie ist­nieją słowa „wiem” i „nie wiem”, kolory zaś są kwe­stią umowy. Nie ma nazwisk, tylko imiona, a praw­dziwe są może jedy­nie twa­rze.

Ale w tym fil­mie wszystko wydaje się takie jasne, szczere… Chciał­bym, żeby takie było moje życie, chciał­bym być takim Leoni­da­sem.

Odbie­rał film zmy­słami wyostrzo­nymi przez alko­hol. Odre­ago­wy­wał w ten spo­sób ostat­nie cięż­kie mie­siące. Był to natu­ralny odruch obronny, który pozwa­lał cho­ciaż przez chwilę wie­rzyć, że świat jest prost­szy i ludzie są lepsi. Że ist­nieją honor, god­ność i zasady. Jak żona, to taka jak Gorgo, jak zdrajca, to taki jak Efial­tes, jak zwierzch­nicy, to tacy jak efo­ro­wie, a moral­ność i poli­tyka, które w fil­mie uosa­biał Teron, oparte na jasnych, pro­stych regu­łach.

Ale tak nie jest i ni­gdy nie będzie. W tym zawo­dzie naprawdę trudno zna­leźć jakiś wyraźny punkt odnie­sie­nia. Trudno więc wie­rzyć także w Boga, o ile to w ogóle moż­liwe. A w zasa­dzie lepiej nie wie­rzyć. Widać zresztą, jak poboż­ność ofi­ce­rów maleje wraz ze wzro­stem ich doświad­cze­nia.

Jeśli szpieg w cokol­wiek wie­rzy, to tylko w to, że może mu się uda – myślał Kon­rad, leżąc w fotelu przy­kryty kocem, i nagle zorien­to­wał się, że nie pamięta, czy zjadł już posi­łek, czy nie. Na oczach miał opa­skę i czuł, że oło­wiane ręce odmó­wi­łyby mu posłu­szeń­stwa, gdyby kazał im się ruszyć.

2

Obu­dził się, lecz pozo­stał jesz­cze w łóżku. Pokój wypeł­niało blade świa­tło roz­po­czy­na­ją­cego się dnia.

Nazy­wam się Hans Jor­gen­sen – pomy­ślał.

– Nazy­wam się Hans Jor­gen­sen – powie­dział pół­gło­sem, akcen­tu­jąc nie­na­tu­ral­nie mocno „H” i „J”. – Jestem Duń­czy­kiem i miesz­kam w Szwe­cji.

Zapa­lił lampkę i spoj­rzał na zegar: docho­dziła piąta trzy­dzie­ści. Usły­szał gło­śne trza­śnię­cie meta­lo­wej klapki w drzwiach, gdy dorę­czy­ciel wrzu­cił do środka gazetę. Lubił ten dźwięk, poranny sygnał dnia zapo­wia­da­jący nowe wyda­rze­nia.

W miesz­ka­niu uno­sił się wyraźny aro­mat kawy.

Auto­mat też już się obu­dził – pomy­ślał i poczuł przy­pływ dobrego nastroju.

Przez chwilę leżał jesz­cze w łóżku i myślał o Ingrid, która przez tyle lat parzyła mu kawę dokład­nie o pią­tej trzy­dzie­ści. Odkąd ode­szła, jej rolę prze­jęło to bez­duszne urzą­dze­nie.

Pode­rwał się żwawo, zado­wo­lony, że mimo osiem­dzie­siątki na karku wciąż jest w dobrej for­mie. Wie­dział, że osią­gnął to nie bez wysiłku.

Wyko­nał kilka ćwi­czeń, by roz­luź­nić stę­żałe po nocy mię­śnie. Przy­po­mniał sobie, że nie wyku­pił jesz­cze kar­netu na basen, na który uczęsz­czał regu­lar­nie przez ostat­nie trzy­dzie­ści sie­dem lat.

Wło­żył szla­frok i zaczął przy­go­to­wy­wać śnia­da­nie. Z lodówki wyjął tubkę pasty ryb­nej Kal­les. Przyj­rzał się bli­żej opa­ko­wa­niu i stwier­dził, że wczo­raj upły­nął ter­min przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Sporo jesz­cze zostało, więc wyci­snął tubkę do końca. Wystar­czyło na dwie kromki ciem­nego chleba.

– Jak typowy stary Szwed – powie­dział, cho­ciaż rzadko myślał o sobie w ten spo­sób.

Pod­szedł do drzwi, pod­niósł z pod­łogi gazetę „Sven­ska Dag­bla­det” i jak codzien­nie pod­czas śnia­da­nia zaczął ją prze­glą­dać. Naj­pierw rzu­cił okiem na pierw­szą stronę i tytuły arty­ku­łów. Szybko jed­nak prze­sko­czył do stron z ogło­sze­niami. W dziale „sprze­dam”, sunąc pal­cem po tek­ście, przej­rzał uważ­nie anonse na literę „Z”. Nie potrze­bo­wał oku­la­rów.

Czyn­ność tę wyko­ny­wał dzień w dzień od czter­dzie­stu trzech lat i ani razu jej nie zanie­dbał. Mimo że z nie­ma­łym tru­dem opa­no­wał obsługę Inter­netu, wolał posłu­gi­wać się gazetą.

Prze­pra­co­waw­szy ponad czter­dzie­ści lat jako naczel­nik wydziału Urzędu Imi­gra­cyj­nego w Sztok­hol­mie, odszedł na eme­ry­turę tuż przed kolejną kom­pu­te­ry­za­cją. Wie­dział aż nazbyt dobrze, że nie pora­dziłby sobie w nowych warun­kach. Był jed­nak dumny ze swo­jego przy­wią­za­nia do cze­goś, co nazy­wał tra­dy­cją i zasa­dami Hansa.

Na ostat­nim miej­scu w kolum­nie „sprze­dam” dostrzegł ogło­sze­nie: „Zain­te­re­so­wani szki­cem E. Dahl­ber­gha, Ryga, tel. 0859011678”.

Drgnął, poczuł nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Zawsze tak reago­wał, gdy czy­tał ten anons, choć ostat­nio nie zda­rzało się to czę­sto. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, który to już raz.

Nie jestem pewien – pomy­ślał – ale chyba co naj­mniej pięć­dzie­siąty.

Pod­szedł do biblio­teki, wyjął książkę, w któ­rej zazna­czał numery stron odpo­wia­da­jące kolej­nym ogło­sze­niom. Obli­czył, że to jest pięć­dzie­siąte piąte, i aż się zdzi­wił, stwier­dziw­szy, że poprzed­nie uka­zało się zale­d­wie dwa mie­siące wcze­śniej. A był czas, że nie uka­zy­wało się przez dwa lata.

Sta­nął przed lustrem w przed­po­koju i uśmiech­nął się do sie­bie. Miał poczu­cie, jakby satys­fak­cja mie­szała się z mło­dzień­czym wigo­rem. Ten stan, któ­rego doświad­czał cał­kiem czę­sto, koja­rzył mu się zawsze z pega­zem. Nie wie­dział wła­ści­wie dla­czego, ale darzył sym­pa­tią to niby-zwie­rzę, któ­rego tan­detna figurka stała na regale. Ingrid kupiła ją wiele lat temu na targu sta­roci na Skärholmen.

Prze­szedł do salonu. Spoj­rzał na zdję­cie uśmiech­nię­tej Ingrid, obej­mu­ją­cej wysoką syl­wetkę ich syna Carla w gra­na­to­wym mun­du­rze ofi­cera Szwedz­kiej Mary­narki Wojen­nej. Przez chwilę się zasta­na­wiał, gdzie on teraz może być. Od wielu dni nie miał z nim kon­taktu. Ale tak jest zawsze, gdy Carl wyjeż­dża na ćwi­cze­nia.

Musiał zająć się ogło­sze­niem. Wie­dział, że ma na to tylko dwa­na­ście godzin. Nie oba­wiał się żad­nych kom­pli­ka­cji. Był pro­fe­sjo­na­li­stą i ni­gdy się nie pomy­lił.

Spo­koj­nie dokoń­czył śnia­da­nie, powta­rza­jąc w pamięci numer tele­fonu. Przy­cho­dziło mu to z łatwo­ścią dzięki wyćwi­czo­nej zasa­dzie sko­ja­rzeń. Umie­jęt­ność zapa­mię­ty­wa­nia fak­tów, obra­zów, a cyfr w szcze­gól­no­ści, opa­no­wał już dawno i mimo upływu pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat wciąż dosko­nale sobie radził. Był prze­ko­nany, że pomy­lić się nie może. Waż­niej­sze było jed­nak to, że znów zdał swój egza­min z alzhe­imera. Bał się tej cho­roby bar­dziej niż jakiej­kol­wiek innej. Znał ją dobrze, bo zma­gała się z nią Ingrid.

Mimo że od wielu lat był na eme­ry­tu­rze, czuł ogromną potrzebę aktyw­no­ści. Nie prze­szka­dzało mu, że jest teraz wyko­rzy­sty­wany w mniej­szym stop­niu niż daw­niej. Tak czy owak wciąż cie­szył się zaufa­niem i był potrzebny.

– Życie w samot­no­ści wymaga szcze­gól­nego hartu. I ja go mam. Taka samot­ność dłu­go­dy­stan­sowca – mruk­nął pod nosem.

Kolejny raz przy­ła­pał się na tym, że coraz czę­ściej mówi do sie­bie. Znów pomy­ślał o Carlu. Odkąd ode­szła Ingrid, tęsk­nił za nim jesz­cze bar­dziej i tro­chę dał się ponieść emo­cjom.

No pro­szę, zabra­kło mleka do kawy. Ona ni­gdy by o tym nie zapo­mniała – pomy­ślał. Więc co? Mam dzi­siaj dwie sprawy do zała­twie­nia: kupić mleko i odpo­wie­dzieć na ogło­sze­nie.

– Jestem cza­sami tro­chę za bar­dzo cyniczny – powie­dział do sie­bie i stwier­dze­nie to spra­wiło mu przy­jem­ność.

Wziął prysz­nic i ubrał się.

Stał teraz na środku salonu. Lubił go, choć wielu mógł się wyda­wać sta­ro­modny i nie­prak­tyczny. Ni­gdy nie prze­ko­nał się do pro­duk­tów Ikei, bo zawsze odrzu­cała go myśl, że będzie musiał je skrę­cać. Żało­wał jedy­nie, że po odej­ściu Carla z domu sprze­dał wszyst­kie jego meble, tak jakby chciał wyrzu­cić go z pamięci, a to prze­cież nie­prawda.

Nie ma to jak moja przed­wo­jenna komoda – pomy­ślał, patrząc na ponury mebel, który Ingrid kupiła gdzieś na pchlim targu. Prze­cho­dząc obok, prze­je­chał pal­cem po bla­cie, żeby spraw­dzić poziom kurzu.

W przed­po­koju wło­żył zie­loną kurtkę Bar­bo­ura, którą miał od pięt­na­stu lat, i sto­jąc już z klu­czami w ręku, spoj­rzał jesz­cze raz na pokój i kuch­nię. Utrwa­lił ten widok w umy­śle jak na foto­gra­fii. Sta­rał się zapa­mię­tać usta­wie­nie wszyst­kich przed­mio­tów do naj­drob­niej­szego szcze­gółu. Odkąd został sam, zawsze tak robił, kiedy opusz­czał miesz­ka­nie na dłu­żej. Może nie­po­trzeb­nie, ale pod­świa­do­mość nie pozwa­lała mu o tym zapo­mnieć.

Zamknął za sobą drzwi, dwu­krot­nie się upew­nia­jąc, czy zamek zasko­czył. To bar­dziej intu­icja niż prze­zor­ność, ale od czasu wła­ma­nia do sąsia­dów stał się jesz­cze bar­dziej ostrożny.

Zszedł z pierw­szego pię­tra i wyszedł na pustą ulicę. Poczuł silne szarp­nię­cie wia­tru. Było już oczy­wi­ste, że tego dnia nie będzie ład­nej pogody. Zaczerp­nął głę­boko powie­trza i poczuł się wyraź­nie oży­wiony.

Pod­szedł do swo­jego wysłu­żo­nego volvo 245, które stało na par­kingu za domem, cho­ciaż nieco dalej miał garaż. Wie­lo­krot­nie myślał o zmia­nie samo­chodu, ale z tym pojaz­dem wią­zały się jego naj­waż­niej­sze wspo­mnie­nia.

Ingrid była znacz­nie lep­szym kie­rowcą niż ja – skon­sta­to­wał i zła­pał się na tym, że coraz czę­ściej ją ide­ali­zuje. To takie typowe dla samot­nego czło­wieka…

Wsiadł do zim­nego samo­chodu, włą­czył sil­nik, ogrze­wa­nie i na końcu radio. Roz­le­gły się dźwięki Sta­bat Mater Vival­diego. Lubił tę kom­po­zy­cję. Wcze­śniej słu­chali jej zawsze z dużej płyty winy­lo­wej pod­czas wiel­ka­noc­nego śnia­da­nia. Przy­po­mniał sobie małego Carla z opa­da­jącą na oczy jasną czu­pryną i pogodną Ingrid krzą­ta­jącą się wokół świą­tecz­nego stołu.

Nie sły­szał tego utworu od jej śmierci.

Teraz musiał jechać do swo­jego let­niego domu nad brze­giem morza, kilka kilo­me­trów od miej­sco­wo­ści Åkersberga, na pół­noc od Sztok­holmu.

Gdy uci­chła muzyka, zdał sobie sprawę, że sie­dział w samo­cho­dzie kil­ka­na­ście minut. Miał jesz­cze czas na spraw­dze­nie numeru tele­fonu zamiesz­czo­nego w ogło­sze­niu, ale był zły na sie­bie, że przy­po­mniał sobie o tym tak późno. Wła­ści­wie nic się nie stało, nie­mniej potrak­to­wał to jako ostrze­że­nie: powi­nien być bar­dziej skon­cen­tro­wany.

Jest wcze­śnie rano, muszę się roz­ru­szać – pomy­ślał, odrzu­ca­jąc w ten spo­sób podej­rze­nie, że się sta­rzeje.

Zje­chał na sta­cję ben­zy­nową Shella na Värmevägen, kupił kartę tele­fo­niczną za dwa­dzie­ścia pięć koron i zadzwo­nił z auto­matu. Ode­brała zaspana kobieta, zasko­czona pyta­niem o sztych Dahl­ber­gha. Po chwili, żeby się upew­nić, wyko­nał jesz­cze jeden, tym razem głu­chy tele­fon na ten sam numer. Od początku wie­dział, że nie ma się czym nie­po­koić, ale teraz poczuł się jesz­cze lepiej.

Dojazd do Åkersbergi zajął mu o tej porze trzy­dzie­ści minut.

Wszedł do domu. Rozej­rzał się i od razu nabrał pew­no­ści, że wszystko jest w takim samym porządku jak trzy tygo­dnie temu, kiedy stąd wycho­dził.

Otwo­rzył okna, by wpu­ścić tro­chę świe­żego powie­trza. Wyszedł na taras i ode­tchnął głę­boko. Wsta­wał dzień. Cisza, prze­pla­tana wia­trem i nie­wy­raź­nym odgło­sem mor­skich fal, dzia­łała kojąco.

Po chwili zro­biło mu się zimno. Wszedł do domu, zdjął kurtkę i wło­żył grub­szą, któ­rej uży­wał do pracy w ogro­dzie. Bar­dziej jed­nak nie chciał pobru­dzić swo­jego sta­rego bar­bo­ura, który nie nada­wał się do pra­nia. Był z nim zwią­zany jak z naj­bliż­szym towa­rzy­szem i wcale nie uwa­żał, że to może być śmieszne.

Pod­szedł do włazu w pod­ło­dze, obok wej­ścia do kuchni, i z pew­nym tru­dem go otwo­rzył. Poczuł zna­jomą lekką woń stę­chli­zny.

Czy to może być zapach sta­ro­ści?

– Co za idio­tyzm! – powie­dział do sie­bie po cichu.

Nie lubił słowa „sta­rość” i szybko odpę­dził tę coraz bar­dziej natrętną myśl. Teraz ma się czym zająć, czymś waż­nym, waż­niej­szym niż tak pro­za­iczna sprawa jak sta­rość.

Stał przez chwilę przed ciem­nym i wil­got­nym wej­ściem do piw­nicy. Zszedł jede­na­ście stopni w dół po pra­wie stu­let­nich schod­kach. Potknął się na uszko­dzo­nym dzie­wią­tym stop­niu, ale szybko odzy­skał rów­no­wagę. Zapa­lił świa­tło, cho­ciaż i bez niego tra­fiłby bez­błęd­nie. Przy świe­tle czuł się jed­nak pew­niej. Znowu zapo­mniał ręka­wi­czek. Owi­nął dłoń ręka­wem kurtki i zaczął roz­gar­niać narzę­dzia ogro­dowe.

Nagle odsko­czył. Czarny kosmaty pająk tkwił w bez­ru­chu na ogrom­nej sza­rej paję­czy­nie.

Zawa­hał się tylko sekundę i wymie­rzył sta­ranny cios butem.

– Chyba ni­gdy się z tego nie wyle­czę – wyszep­tał.

Wyda­wało mu się, że już dawno poko­nał tę sła­bość, ale lekka gorycz w ustach wska­zy­wała, że jed­nak nie do końca. Jak przez mgłę zoba­czył nie­bie­ski, nie­do­świe­tlony pokój z dzie­ciń­stwa i pra­wie usły­szał prze­raź­liwy krzyk chłopca sto­ją­cego naprze­ciw bru­nat­nej zasłony, po któ­rej powoli sunął tłu­sty pająk… i śmiech dziew­czynki z war­ko­czami. Olga… Ale nie­wy­raźny obraz szybko się roz­pły­nął.

Powró­cił do pracy. Odsta­wił narzę­dzia i otwo­rzył dobrze zama­sko­wane przej­ście do dru­giego, nie­du­żego, wąskiego pomiesz­cze­nia. Zga­sił świa­tło w piw­nicy i zamknął za sobą drzwi. Teraz mógł włą­czyć świa­tło w bun­krze.

Powiódł ręką po murze, wyczuł nie­zau­wa­żalne dla innych zgru­bie­nie i deli­kat­nie prze­su­nął w prawo kamienną narośl. Kiedy usły­szał zgrzyt, pew­nym ruchem przy­cią­gnął do sie­bie wysta­jący kawa­łek ściany.

Cie­kawe – pomy­ślał – tyle lat, a mecha­nizm działa bez zarzutu. Muszę go jed­nak naoli­wić.

Był dumny ze swo­jego pomy­słu, a jesz­cze bar­dziej z jego reali­za­cji. Poprzed­nia, kla­syczna skrytka, mimo że wyko­nana przez fachow­ców, była, jak się póź­niej oka­zało, bar­dziej zawodna. Słu­żyła mu tylko dzie­sięć lat.

Teraz jest dobrze. Bar­dzo dobrze – pomy­ślał.

Scho­wek miał co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści i tyle samo sze­ro­ko­ści. Był za to dość niski.

Z wnę­trza wyjął gruby notat­nik w skó­rza­nej opra­wie i z mosięż­nym zam­kiem szy­fro­wym. Usiadł na krze­śle przy stole, nad któ­rym wisiała meta­lowa lampa ze stu­wa­tową żarówką. Otwo­rzył notat­nik na pierw­szej stro­nie. Od góry, w pię­ciu pierw­szych wier­szach, bie­gły grupy pię­cio­cy­fro­wych odręcz­nych zapi­sów, pozo­stała część kartki była jesz­cze nie­za­peł­niona. Z pojem­nika na stole wybrał zwy­kły, dobrze zaostrzony ołó­wek. Wpi­sał numer tele­fonu z ogło­sze­nia w „Sven­ska Dag­bla­det” i dodał do niego pierw­sze dzie­sięć cyfr zapi­sa­nych powy­żej.

Przy­su­nął się do stołu, opu­ścił lampę i przez chwilę nasłu­chi­wał odgło­sów z zewnątrz.

Po zsu­mo­wa­niu powstał dwu­krot­nie dłuż­szy nowy zestaw cyfr. Na wyklejce okładki notat­nika znaj­do­wał się tezau­rus, który pozwo­lił odczy­tać tekst poprzez przy­pi­sa­nie kolej­nym dwóm cyfrom odpo­wied­niej litery. Powoli wyło­nił się tekst: „5 dni, miej­sce 12”.

Szybko prze­rzu­cił kartki do czer­wo­nej zakładki i spraw­dził, czy pamięć go nie zawo­dzi, choć dobrze pamię­tał miej­sce numer 12 w Visby na Gotlan­dii, które sam przy­go­to­wał.

– Naresz­cie! – wes­tchnął w poczu­ciu zado­wo­le­nia.

Od dłuż­szego już czasu nie otrzy­my­wał ofen­syw­nych zadań ope­ra­cyj­nych, jedy­nie usta­le­niowe czy zabez­pie­cza­jące, choć cza­sami dość skom­pli­ko­wane. Dla­tego już dwu­krot­nie pro­sił Cen­tralę o przy­sła­nie nowych doku­men­tów lega­li­za­cyj­nych. Swoje duń­skie papiery wyko­rzy­sty­wał już wie­lo­krot­nie, toteż za każ­dym kolej­nym razem zwięk­szało się nie­bez­pie­czeń­stwo wpadki.

Się­gnął głę­biej do ciem­nego schowka i wyjął zawi­nięty w naoli­wioną szmatkę pisto­let Wal­ther PP. Roz­wi­nął go, poło­żył na stole i pomy­ślał, że może trzeba go wyczy­ścić. Nie pamię­tał, kiedy robił to ostatni raz. Ni­gdy z niego nie strze­lał. Nie miał emo­cjo­nal­nego sto­sunku do broni. Nawet nie był pewien, czy amu­ni­cja po tylu latach może się jesz­cze do cze­goś przy­dać.

A wła­ści­wie do czego? Cie­kawe, że też się tym nie inte­re­sują – pomy­ślał z prze­ką­sem.

Zawi­nął pisto­let i wło­żył z powro­tem do skrytki. Jed­no­cze­śnie wyjął her­me­tyczną kopertę ze swo­imi doku­men­tami. Spraw­dził je i stwier­dził po raz kolejny, że pasz­port stra­cił już waż­ność. Zaklął. Był pra­wie pewien, że naresz­cie wysłu­chano jego bła­gań i że na Gotlan­dii odbie­rze nowe doku­menty. Od jakie­goś czasu ta sprawa dziw­nie go dener­wo­wała, cho­ciaż zda­rzały się i gor­sze sytu­acje w rela­cjach z Cen­tralą.

No tak! Zro­bił się już ze mnie typowy zgryź­liwy Svens­son! – pomy­ślał z auto­iro­nią.

Tak jak zwy­kle kartkę z roz­szy­fro­waną wia­do­mo­ścią wyrwał z notat­nika i spa­lił w dużej kamien­nej misce. Teraz naj­waż­niej­sza była reali­za­cja zada­nia. Lubił to uczu­cie, wra­że­nie prze­pro­gra­mo­wa­nia. Sta­wał się jakby auto­ma­tem, nie­za­wod­nie pra­cu­jącą maszyną, mecha­nicz­nym cudem daw­nych rze­mieśl­ni­ków, a nie jakimś zapi­sem w pro­gra­mie kom­pu­te­ro­wym.

3

Samo­lot wylą­do­wał w War­sza­wie pięt­na­ście minut przed cza­sem. Pilot poże­gnał się z pasa­że­rami, infor­mu­jąc, że na zewnątrz jest trzy­dzie­ści stopni cie­pła. Roz­wiało się marze­nie Kon­rada o desz­czu i chło­dzie.

Zanim zga­sły sil­niki, w samo­lo­cie zabrzmiały róż­no­barwne sygnały tele­fo­nów komór­ko­wych.

Kon­rad miał dwa SMS-y. Pierw­szy od Mar­cina – „Cze­kamy” – i drugi od Wil­liama – „W porządku? Ni­gdy wię­cej mie­szanki! Będę za tydzień. OK?”. Zdał sobie sprawę, że zapo­mniał o usta­le­niach, jakie zro­bili z Wil­lia­mem w Dubaju. O koniecz­no­ści pil­nego pod­su­mo­wa­nia sprawy Safira i wypra­co­wa­nia jakiejś nowej kon­cep­cji dal­szego dzia­ła­nia.

Myśl o wyjeź­dzie na Mazury, jesz­cze przed chwilą tak miła, stała się nagle nie­re­alna.

Prze­cież muszę napi­sać raport z wyjazdu, co w opty­mi­stycz­nym warian­cie zaj­mie mi przy­naj­mniej tydzień. Nie zdążę się przy­go­to­wać do dys­ku­sji z Wil­lia­mem, a jesz­cze cze­kają na mnie sprawy bie­żące. Z pew­no­ścią w Wydziale nagro­ma­dziło się ich mnó­stwo… ale dzięki Bogu Sara czuwa nad tym wszyst­kim.

W holu przy­lo­tów nowego ter­mi­nalu na Okę­ciu, w sta­łym, dys­kret­nym miej­scu, cze­kał Mar­cin.

Wysoki, w ciem­nych oku­la­rach za mini­mum pół­tora tysiąca zło­tych, z wło­sami zacze­sa­nymi do tyłu za pomocą potęż­nej dawki żelu i kil­ku­dnio­wym zaro­stem, w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i bia­łym pod­ko­szulku, wyglą­dał jak gro­te­skowy szpieg macho z kosz­mar­nego snu reży­sera pol­skich seriali sen­sa­cyj­nych. Tak się ubrać potra­fił tylko on.

Swoim wido­kiem roz­ba­wił Kon­rada, tym bar­dziej że on sam przy­po­mi­nał teraz Jeffa Cor­wina, poszu­ki­wa­cza przy­gód z kanału Ani­mal Pla­net. Ni­gdy się głę­biej nie zasta­na­wiał, czy to arty­styczna dusza zmu­sza Mar­cina do tych meta­mor­foz, czy też pró­buje on w ten spo­sób wabić kobiety, co prze­cież i tak przy­cho­dziło mu łatwo.

– Witam w ojczyź­nie, sze­fie – rzu­cił Mar­cin na powi­ta­nie i zało­żył oku­lary na czoło jak wło­ski żigo­lak. Wziął od Kon­rada ple­cak i skie­ro­wał się pro­sto do wyj­ścia. – Sara czeka przed ter­mi­na­lem… wia­domo, tu jest zakaz pale­nia – dodał, co było oczy­wi­ste, bo Sara paliła nie­ustan­nie, jed­nak w miarę moż­no­ści sta­rała się prze­strze­gać zaka­zów.

Na zewnątrz było wyjąt­kowo duszno.

Sara stała przy popiel­niczce. Na widok Kon­rada uśmiech­nęła się pogod­nie.

– Naresz­cie jesteś! Stę­sk­ni­li­śmy się za tobą… Jak lot? – zapy­tała z teatral­nym gry­ma­sem, gdy Kon­rad objął ją po przy­ja­ciel­sku. – Czuję i widzę, że tro­chę męczący… Szkoda, że nie dopa­dli­ście tego Safira, ale nie martw się, mamy nowe infor­ma­cje na jego temat. Nie prze­sła­łam ich, bo wyma­gają wery­fi­ka­cji. Sam zresztą oce­nisz. Poza tym to nie takie pilne… ale cie­kawe! – Mówiła z szyb­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego. – Schu­dłeś! Ładna opa­le­ni­zna! – dorzu­ciła, tak­su­jąc go wzro­kiem.

Wsie­dli do gra­na­to­wego volks­wa­gena touarega zapar­ko­wa­nego w garażu.

– Jedziemy do domu… Kabaty? – zapy­tał Mar­cin z waha­niem.

– A ty myśla­łeś, że dokąd, do roboty? Jedziemy do domu! – odpo­wie­dział Kon­rad.

– Sorry, sze­fie, ale Sara mówiła, że numer dwa od rana dopy­tuje się o szefa. Czy już szef przy­le­ciał… i takie tam. Dla­tego pomy­śla­łem, że… – urwał w pół zda­nia.

– O co cho­dzi, Saro? – zapy­tał spo­koj­nie Kon­rad. – Prze­cież zna­li­ście ter­min mojego powrotu. Nie poin­for­mo­wa­łaś go?

Był abso­lut­nie pewny, że Sara powia­do­miła numer dwa, czyli zastępcę szefa Agen­cji do spraw ope­ra­cyj­nych, pod­puł­kow­nika Lecha Zabłoc­kiego, z powodu zwa­li­stej syl­wetki powszech­nie zwa­nego „Cięż­kim”. Od razu zro­zu­miał, że ten chce go widzieć – choć raczej nie w spra­wie „Karola” – bo jak zwy­kle ma kło­poty z pod­ję­ciem jakiejś decy­zji. Przy­zwy­czaił się już do tego, ale ukry­wał cha­rak­ter i nie­kom­pe­ten­cję „Cięż­kiego” przed młod­szymi ofi­ce­rami, by nie szko­dzić dodat­kowo i tak już zszar­ga­nemu auto­ry­te­towi służb spe­cjal­nych.

– Oczy­wi­ście, że go poin­for­mo­wa­łam! – odpo­wie­działa sucho Sara, patrząc przez okno. – Jak wrócę do Cen­trali, to zadzwo­nię i powiem, że jesteś zmę­czony po podróży i będziesz jutro o dzie­sią­tej. No, chyba że „Ciężki” wyzna­czy inny ter­min… A może sam teraz do niego zadzwoń i zamel­duj, że już jesteś – dodała tro­chę ofi­cjal­nie, choć dobrze wie­działa, że tego nie zrobi.

Przez sie­dem lat prze­ko­pała z nim świat od Kam­czatki do Bośni, od Archan­giel­ska do Mom­basy i znała go na tyle dobrze, by mieć pew­ność, że jego sza­cu­nek dla cią­gle zmie­nia­ją­cych się i cza­sem przy­pad­ko­wych prze­ło­żo­nych był w isto­cie sza­cun­kiem dla kraju, przy­ja­ciół i sie­bie samego.

Kon­rad nie zare­ago­wał i było to dla niej oczy­wi­ste.

Mar­cin ostro pro­wa­dził potęż­nego touarega z widoczną rado­ścią dużego dziecka. Kon­rad nie lubił takiej zabawy, ale mu na nią pozwa­lał, przy­naj­mniej do pierw­szego upo­mnie­nia. Teraz jed­nak sta­nęli w nie­koń­czą­cym się korku na skrzy­żo­wa­niu Poleczki i Puław­skiej i Mar­cin cier­piał.

– Byłam dwa tygo­dnie temu w twoim miesz­ka­niu. Umy­łam lodówkę, bo jak zwy­kle zapo­mnia­łeś ją opróż­nić przed wyjaz­dem. Trzeba było wie­trzyć całe miesz­ka­nie po makreli, która wyglą­dała, jakby ją ktoś ubrał we wło­chaty zie­lony kożuch. Smród nie­mi­ło­sierny! – Sara zmie­niła temat. – Mar­cin wysa­dzi mnie przy skle­pie, a cie­bie zawie­zie do domu. Ja tym­cza­sem zro­bię zakupy. Co chcesz do jedze­nia? – zapy­tała.

– Cokol­wiek! – odpo­wie­dział.

Czuł się tro­chę nie­swojo za każ­dym razem, gdy inni, a w szcze­gól­no­ści pod­władni, wyświad­czali mu jaką­kol­wiek przy­sługę. Ale godził się na to. Tłu­ma­czył sobie, że żyją w związku, który nie jest tylko zwy­kłą przy­jaź­nią, i takie gesty są czymś natu­ral­nym, co wiąże ich emo­cjo­nal­nie, bo prze­cież w tym zawo­dzie nie można rzą­dzić za pomocą roz­ka­zów i pole­ceń. Może to tro­chę cyniczne – jak uwa­żał – ale wszy­scy świa­do­mie się na to godzą. Wię­cej! Chcą i potrze­bują tego, bo to odruch samo­obronny przed ciemną stroną ich codzien­nego życia w Wydziale Spe­cjal­nym „Q” Agen­cji Wywiadu.

To lek­kie, podobne do wstydu skrę­po­wa­nie czuł zawsze wtedy, gdy Sara robiła dla niego o jeden krok wię­cej, niż było to nor­mal­nie potrzebne.

Uczu­cie to towa­rzy­szyło mu od czasu, gdy wyszedł ze szpi­tala w Sara­je­wie i zro­zu­miał, że żyje dzięki niej. Do dzi­siaj nie potrafi pojąć, jak ta dziew­czyna zdo­łała wycią­gnąć go nie­przy­tom­nego z pło­ną­cego domu, z kulą w nodze, i dowieźć do odle­głego o pięć­dzie­siąt kilo­me­trów Sara­jewa. Ile­kroć pro­sił ją o szcze­góły tam­tych wyda­rzeń, odpo­wia­dała z uśmie­chem: „Zanio­słam cię na rękach, sze­fie”.

Za tę i za wiele innych akcji Sara cie­szyła się uzna­niem wszyst­kich ofi­ce­rów, któ­rzy z nią pra­co­wali i znali jej doro­bek. Dla­tego tak naprawdę to ona liczyła się naj­bar­dziej w Wydziale „Q”, a nie kapi­tan Marek Belik, któ­rego przy­niósł kolejny zakręt histo­rii.

Sara paliła kolej­nego papie­rosa, wydmu­chi­wała dym przez lekko uchy­lone okno samo­chodu i nie widziała, że Kon­rad na nią patrzy. Nie widziała, ale zawsze potra­fiła wyczuć na sobie czyjś wzrok.

Wró­ciła z zaku­pami i wło­żyła je do lodówki. Mar­cin sie­dział w kuchni i prze­glą­dał stary numer „Poli­tyki”.

– Zaraz jedziemy! Musisz odpo­cząć – zarzą­dziła zde­cy­do­wa­nie, wcho­dząc do pokoju, gdzie roz­pa­ko­wy­wał się Kon­rad. – Zapalę jesz­cze papie­rosa… na bal­ko­nie… chodź ze mną! Chcę ci coś powie­dzieć. – Mówiąc to, spoj­rzała na Mar­cina.

Usie­dli w słońcu na bal­ko­nie, a Kon­rad opu­ścił mar­kizę.

– Posłu­chaj… – zaczęła – dzieje się coś dziw­nego. Wydział Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego pro­wa­dzi docho­dze­nie, praw­do­po­dob­nie w spra­wie Mar­cina. Nie mam naj­mniej­szego poję­cia, o co cho­dzi, wiem tylko, że wzy­wali go już kilka razy. Pró­bo­wa­łam z nim roz­ma­wiać, ale unika odpo­wie­dzi i baga­te­li­zuje sprawę. Jestem pewna, że dostał pole­ce­nie, by nic nam nie mówić. To go męczy! Widać jak na dłoni… znasz Mar­cina… Mam też wra­że­nie, że od pew­nego czasu tro­chę się zmie­nił, jakby się cze­goś wsty­dził. Zaczyna mnie to wszystko iry­to­wać, wiesz prze­cież, w jakich ope­ra­cjach w tej chwili uczest­ni­czy. Koń­czy przy­go­to­wa­nia przed wyjaz­dem do Afga­ni­stanu, a to trudna i nie­bez­pieczna akcja, wymaga kon­cen­tra­cji i opa­no­wa­nia. To ja ją nad­zo­ruję, to mój pomysł, moja kon­cep­cja i moje decy­zje. – Sara mówiła szybko, cicho i z głę­boką deter­mi­na­cją. – Mar­cin jest w wyraź­nym stre­sie… i boję się, że może popeł­nić błąd. Nie powinno być żad­nych nie­do­po­wie­dzeń! Ale nie chcia­łam na niego naci­skać i pomy­śla­łam, że zacze­kam na cie­bie.

Nagle zmie­niła ton i zaczęła mówić spo­koj­nie, Kon­rad jed­nak zda­wał sobie sprawę, że takie dwu­znaczne sytu­acje dzia­łają na nią wyjąt­kowo iry­tu­jąco.

– I jesz­cze coś – kon­ty­nu­owała. – Roz­ma­wia­łam z Beli­kiem, pyta­łam go wprost, o co cho­dzi z Mar­ci­nem. Zupeł­nie zlek­ce­wa­żył sprawę, a prze­cież wiesz, że szef WBW jest jego kum­plem. I wła­śnie to mnie zasta­no­wiło! On musi wie­dzieć, o co cho­dzi, ale ukrywa to przede mną, mimo że jestem prze­ło­żoną Mar­cina. – Zga­siła nie­do­pa­lo­nego papie­rosa, co jasno ozna­czało, że jest wście­kła.

– Nie dener­wuj się. Jutro zajmę się tą sprawą – powie­dział uspo­ka­ja­jąco Kon­rad.

Sara zawsze prze­ja­wiała nad­wraż­li­wość na punk­cie lojal­no­ści i zaufa­nia – i nic dziw­nego, bo sama była uczciwa wobec firmy i przy­ja­ciół. Ale nie do końca rozu­miała – lub nie chciała tego zaak­cep­to­wać – że ist­nieje też szara strefa życia wywiadu. Kon­rad takie sprawy zawsze brał na sie­bie, bo chciał chro­nić Wydział przed demo­ra­li­za­cją, teraz jed­nak zro­zu­miał, że na dłuż­szą metę to nie ma sensu. Sara jest zbyt inte­li­gentna, by tego nie widzieć, i już na tyle doświad­czona, że powinna sama się zmie­rzyć z tymi pro­ble­mami – pomy­ślał Kon­rad.

– Jeżeli jest tak, jak mówisz, to naj­praw­do­po­dob­niej sprawa nie doty­czy Mar­cina, tylko Wydziału… może jakiejś naszej sprawy lub kogoś z kie­row­nic­twa. – Zasta­no­wił się przez moment. – Pew­nie mnie, bo, jak widzisz, zajęli się Mar­ci­nem pod­czas mojej nie­obec­no­ści, a szef prze­cież powi­nien o wszyst­kim wie­dzieć… Mogli na mnie zacze­kać. – Zro­bił krótką prze­rwę i po chwili zasta­no­wie­nia rzu­cił już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie: – Czuję, o co tu cho­dzi! Ludzie z WBW są wię­cej niż lojalni wobec kie­row­nic­twa, to wia­domo, ale mają zero doświad­cze­nia i kom­pe­ten­cji. Naj­lep­szy dowód, że od razu wyczu­łaś, że coś się dzieje. Może to wła­śnie w tej spra­wie numer dwa chce mnie pil­nie widzieć… Jed­nego jestem pewien: to nie doty­czy cie­bie… nie doty­czy też Belika, z oczy­wi­stych powo­dów. W spra­wach zawo­do­wych Belik jest na przy­zwo­itym pozio­mie, ale ni­gdy nie będzie jed­nym z nas i dobrze o tym wie. Jest już u nas rok, nic sam nie zro­bił, nic nie wymy­ślił i cały czas cho­dzi za naszymi ple­cami do „Cięż­kiego”… Wiem o tym! Prze­cież muszą o czymś roz­ma­wiać! O czym?! – Kon­rad zdał sobie sprawę, że chyba się zaga­lo­po­wał. – Nie dener­wuj się, Saro. My wiemy dobrze, że nie mamy nic do ukry­cia i że nie popeł­ni­li­śmy żad­nych błę­dów, a błąd w sztuce jest zawsze do obrony.

W rze­czy­wi­sto­ści Kon­rad wie­dział, że nowe kie­row­nic­two Agen­cji Wywiadu, zgod­nie zresztą z panu­jącą w kraju atmos­ferą i nowymi wzo­rami, używa WBW jako oręża do zała­twia­nia swo­ich spraw.

Zawsze tak było, ale tak źle jak teraz to jesz­cze ni­gdy. Wśród kie­row­nic­twa poja­wiają się pierw­sze symp­tomy kom­pleksu Angle­tona1, a to zaczyna już być groźne – pomy­ślał Kon­rad.

Wie­dział, że mimo ofi­cjal­nych zapew­nień „Gene­rała”, jakoby liczyły się tylko kom­pe­ten­cje zawo­dowe, trzy lata jego służby w wywia­dzie PRL dys­kwa­li­fi­kują wszyst­kie następne i to, co w tym cza­sie zro­bił. Nie czuł żalu, wie­dział, że będzie musiał wkrótce odejść. To jedna z naszych pol­skich para­noi i doty­czy nie tylko wywiadu. Miał poczu­cie zawo­dowego speł­nie­nia i satys­fak­cję, że przy­go­to­wał takich ofi­ce­rów jak Sara, Lutek czy Mar­cin, któ­rzy są nadzieją pol­skich służb spe­cjal­nych, a co naj­waż­niej­sze – jego towa­rzy­szami broni i jedy­nymi przy­ja­ciółmi.

Geh­len2 miał wię­cej szczę­ścia – pomy­ślał z sar­ka­zmem.

– Będziesz roz­ma­wiał z Mar­ci­nem? – zapy­tała Sara, wsta­jąc.

– Nie! Po co? – ock­nął się Kon­rad. – Nie teraz… nie chcę go sta­wiać w nie­zręcz­nej sytu­acji. Zoba­czymy, co sam zrobi – odpo­wie­dział bez emo­cji, bo nie pierw­szy raz spo­ty­kał się z podobną sytu­acją.

– Zbie­raj się, Mar­cin. Jedziemy! Trzeba dać sze­fowi odpo­cząć! – powie­działa Sara gło­śno, sto­jąc już w przed­po­koju.

Mar­cin pode­rwał się tak gwał­tow­nie, że aż prze­wró­cił krze­sło.

– Zacze­kaj, Saro. O czymś zapo­mnia­łem. – Kon­rad wró­cił do pokoju i wyjął z ple­caka nie­dużą paczkę. – To pre­zent! Dla cie­bie… kupi­łem go na suku w Sanie. Ręczna robota. Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Wyjęła z opa­ko­wa­nia inkru­sto­wany mie­dziany dzba­nu­szek.

– Piękny! Dzię­kuję! Pamię­ta­łeś o mnie… to miłe! – powie­działa to tak ser­decz­nie, jak tylko potra­fiła, i poca­ło­wała go w poli­czek.

Gdy wycho­dzili, Kon­rad wyszep­tał Mar­ci­nowi do ucha:

– Zrób coś ze sobą, to nie jest twój styl!

Zmru­żył oko, pokrę­cił głową i wło­żył mu do kie­szeni wore­czek z her­batą imbi­rową.

4

Drogę do Visby prze­ćwi­czył wcze­śniej wie­lo­krot­nie, więc nie musiał się spe­cjal­nie przy­go­to­wy­wać. Prawdę mówiąc, znał ją na pamięć.

Do Nynäshamn, skąd odcho­dził prom na Gotlan­dię, udał się kolejką pod­miej­ską z prze­siadką w Västerhaninge. Zajęło mu to pół­to­rej godziny. Mógł oczy­wi­ście jechać samo­cho­dem, ale trwa­łoby to znacz­nie dłu­żej.

Może gdyby… Ingrid! Przy oka­zji poje­cha­li­by­śmy na Fårö, na spa­cer wzdłuż rau­ków3 – prze­mknęło mu przez myśl.

Cza­sami zabie­rał ją na takie wyjazdy. Dla niej to były tylko jego dele­ga­cje albo mniej lub bar­dziej spon­ta­niczne wycieczki. Ni­gdy niczemu się nie dzi­wiła i przyj­mo­wała wszyst­kie jego pomy­sły jak coś natu­ral­nego.

Do Visby dopły­nął szyb­kim pro­mem SF 1500 linii Desti­na­tion Gotland w ciągu trzech godzin i dwu­dzie­stu minut. Pod­czas podróży obej­rzał film, lecz nie pró­bo­wał nawet wczuć się w jego akcję i teraz nie potra­fiłby nawet powie­dzieć, o co w nim cho­dziło. Morze było sil­nie wzbu­rzone, więc po pół­go­dzi­nie pomruk sil­ni­ków zaczął dzia­łać usy­pia­jąco.

Nie lubił szyb­kich pro­mów.

W bufe­cie, gdzie za jedyne towa­rzy­stwo miał ponu­rego har­ley­owca, zjadł klop­siki z sałatką ziem­nia­czaną i wcze­snym popo­łu­dniem zszedł z promu. Przed­tem jesz­cze przez chwilę podzi­wiał z gór­nego pokładu piękny widok śre­dnio­wiecz­nego Visby, któ­rego mury miej­skie zawsze koja­rzyły mu się z Car­cas­sonne, gdzie był z Ingrid w 1963 albo 1964 roku.

Z promu zszedł wprost na ulicę Färjeleden. Minął po lewej stro­nie port jach­towy, nad któ­rym koły­sało się na sil­nym wie­trze kil­ka­dzie­siąt meta­lo­wych masz­tów. Wokół niósł się ostry dźwięk ude­rza­ją­cych o nie sta­lo­wych linek.

Skrę­cił lekko w prawo i jesz­cze przez chwilę szedł wąskimi ulicz­kami. Porywy sie­ką­cego desz­czem zim­nego wia­tru, zupeł­nie nie­ty­po­wego dla Gotlan­dii o tej porze roku, pró­bo­wały wyrwać mu z ręki duży czarny para­sol.

Szedł pro­sto do dobrze zna­nego mu hotelu Cla­rion Wisby na Strand­ga­tan 6, który stał tuż obok portu, lecz już w obrę­bie murów miej­skich, i utrzy­many był w stylu śre­dnio­wiecz­nego zajazdu.

Dostał jed­no­oso­bowy pokój z oknem wycho­dzą­cym na port widoczny nad pej­za­żem stro­mych czer­wo­nych dachów oko­licz­nych kamie­ni­czek.

Wziął szybki prysz­nic. Wło­żył koszulę i spodnie, po czym wycią­gnął się na łóżku przy­kry­tym szarą narzutą. Potrze­bo­wał teraz kilku minut relaksu, zanim pój­dzie na spa­cer. Do miej­sca, które zawsze odwie­dzał, kiedy był na Gotlan­dii.

Nie­da­leko od murów obron­nych, na wschód, stoi nie­duży kamienny krzyż. Z tru­dem już można odczy­tać wykuty na nim napis: „Roku Pań­skiego 1361 Goci wpa­dli w ręce Dunów. Świeć, Panie, nad ich duszą”. Ten napis i to miej­sce maso­wego mordu doko­na­nego na miesz­kań­cach Gotlan­dii miały dla niego szcze­gólne zna­cze­nie.

Zło­żył pod krzy­żem kupioną po dro­dze czer­woną gotlandzką różę i wyszep­tał: „Pamię­tam o tobie, Olgo”. Spę­dził tam dwie, może trzy minuty i tą samą drogą wró­cił do hotelu.

W restau­ra­cji zjadł lekką kola­cję i resztę dnia spę­dził w pokoju, czy­ta­jąc kolejną książkę Petera Englunda – tym razem był to Nie­zwy­cię­żony. Nawet nie zauwa­żył, kiedy zasnął.

Rano wstał w wyjąt­kowo dobrym nastroju, jak zwy­kle o pią­tej trzy­dzie­ści, i przed szó­stą był już gotowy. Wło­żył sto­no­wane pista­cjowe spodnie chino, pod­ko­szu­lek, grubą białą koszulę z koł­nie­rzy­kiem na guziki i żeglar­skie buty firmy Green-Red. Wia­trówkę na zamek bły­ska­wiczny wziął w rękę.

Miał jesz­cze czas do hote­lo­wego śnia­da­nia, wysta­wia­nego o szó­stej. Posta­no­wił zatem obej­rzeć miej­sce, które było celem jego przy­jazdu. Wcze­śniej pla­no­wał, że zrobi to po śnia­da­niu, ale pro­gnoza pogody na ten dzień, zamiesz­czona w „Sven­ska Dag­bla­det”, nie zapo­wia­dała niczego dobrego.

Zanim ruszył, posie­dział jesz­cze chwilę, wygod­nie roz­party, w sty­lowo urzą­dzo­nym ogro­dzie zimo­wym, pró­bu­jąc dostrzec niebo przez szklany dach.

Miej­sce, które miał odwie­dzić, odda­lone było od hotelu o zale­d­wie trzy­sta metrów. Szło się tam sze­roką jak na Visby Strand­ga­tan lub labi­ryn­tem wąskich zauł­ków i przejść, by dotrzeć w końcu do roz­le­głego parku, gdzie tutejsi miesz­kańcy i tury­ści obcho­dzą czerw­cowy Mid­som­mar. O tej porze dnia było to jesz­cze odludne miej­sce.

Nie­zwy­kłe… jak dobrze pamię­tali o wybo­rze odpo­wied­niej pory roku – pomy­ślał z zado­wo­le­niem Hans Jor­gen­sen.

Więk­szą część parku zaj­mo­wał ogród bota­niczny, a w nim, obok ruin małego romań­skiego kościoła Świę­tego Olafa, stała nie­duża altana spo­wita gęstym listo­wiem dzi­kiego wina. Było szaro i mimo że słońce już dawno wze­szło, trudno było powie­dzieć, która może być godzina.

Na pobli­skiej Stu­den­tal­len, bie­gną­cej wzdłuż wewnętrz­nej strony murów, poja­wili się nie­liczni prze­chod­nie. Pomy­ślał, że na pro­me­na­dzie nad morzem musi wiać jesz­cze moc­niej. Uważ­nie obser­wo­wał oko­licę i sta­rał się zacho­wy­wać jak typowy star­szy pan na poran­nym spa­ce­rze.

Intu­icja, a może raczej suma zespo­lo­nych zmy­słów, pod­po­wia­dała mu, że wszystko jest w porządku. Nie zauwa­żył niczego nie­po­ko­ją­cego.

Spo­koj­nym, wyraź­nie zre­lak­so­wa­nym kro­kiem wró­cił do hotelu tą samą drogą, nie­znacz­nie tylko ją mody­fi­ku­jąc.

Coraz licz­niejsi prze­chod­nie przy­po­mi­nali, że dzień wstał już na dobre. I cho­ciaż słońca nie było, to deszcz rów­nież prze­stał padać.

Wyszedł z hotelu koło połu­dnia. Na początku krą­żył wąskimi, krę­tymi ulicz­kami sta­rego mia­sta. Impro­wi­zo­wał, potra­fił to robić, czuł, jakby miał to we krwi. Doświad­cze­nie i pew­ność sie­bie budo­wały w nim spo­kój i wewnętrzną rów­no­wagę. Był skon­cen­tro­wany jak sza­chi­sta, który ma przed sobą słab­szego prze­ciw­nika i wie, że wygra.

Przy­sta­wał przed wysta­wami, zatrzy­mał się, by zawią­zać but lub wyrzu­cić chu­s­teczkę. Wyko­rzy­sty­wał każde natu­ralne miej­sce, które pozwa­lało mu na obser­wa­cję oto­cze­nia. Nie­liczni prze­chod­nie nie wzbu­dzali jego podej­rzeń. Mecha­nizm wewnętrz­nej samo­kon­troli pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach, ryt­micz­nie i pew­nie.

Od wyj­ścia z hotelu minęło około czter­dzie­stu pię­ciu minut. Nie musiał się spie­szyć ani tym bar­dziej spraw­dzać czasu, by wła­ści­wie zre­ali­zo­wać to, co zapla­no­wał. Musiał jed­nak być pewny, że zrobi to bez­piecz­nie.

Wyszedł z wąskiej uliczki na Store Torg i wszedł do kawiarni, jed­nej z nie­licz­nych czyn­nych o tej porze w mie­ście.

Był jedy­nym gościem, wybrał miej­sce przy oknie, z któ­rego miał widok na cały duży plac, kamienny szkie­let kościoła po lewej, schod­kową fasadę śre­dnio­wiecz­nego budynku z napi­sem „Gutekällaren” i rząd zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów. Zawsze go dener­wo­wało, że wła­dze mia­sta godzą się na par­ko­wa­nie wozów na naj­ład­niej­szym placu.

Zaczął padać deszcz. Prze­je­chał zmok­nięty rowe­rzy­sta i prze­szła para sta­rusz­ków sku­lona pod wiel­kim sza­rym para­so­lem. Przez następne dwa­dzie­ścia minut na placu poja­wiło się kilka naj­wy­raź­niej zupeł­nie przy­pad­ko­wych osób.

Poczuł się pew­nie. Wie­dział już, że nikt go nie śle­dzi. Posta­no­wił, że prze­czeka deszcz i dopiero potem ruszy dalej. Wypił dwie fili­żanki kawy i poroz­ma­wiał ze śnia­dym wła­ści­cie­lem lokalu.

Po pół­go­dzi­nie prze­stało padać i nie­mal od razu poja­wiły się słabe pro­mie­nie słońca. Wyszedł z kawiarni i skrę­cił w lewo, stromo pod górę, w Sant Drot­tens­ga­tan. Zatrzy­mał się na chwilę przed wystawą jubi­lera, skąd miał dobry widok w dół na drogę, którą prze­szedł.

– Czy­sto, czy­sto, czy­ściu­teńko – powie­dział pół­gło­sem z wyraź­nym zado­wo­le­niem.

Robiło się coraz sło­necz­niej i zza chmur prze­świe­cały już inten­syw­nie nie­bie­skie frag­menty mor­skiego nieba. Klu­czył jesz­cze chwilę ulicz­kami w pobliżu murów i oglą­dał wystawy skle­pów, coraz bar­dziej skra­ca­jąc odle­głość od miej­sca prze­zna­cze­nia. Ściany domów ginęły wśród cięż­kich kiści czer­wo­nych gotlandz­kich róż.

Poczu­cie bez­pie­czeń­stwa spo­wo­do­wało, że przez chwilę pozwo­lił sobie na mimo­wolne roz­luź­nie­nie i utratę czuj­no­ści. Skar­cił się natych­miast za ten prze­jaw bez­tro­ski. Wolał nie myśleć, jak jego brak pro­fe­sjo­na­li­zmu mógł się odbić na karie­rze Carla.

Dotarł do Bramy Wschod­niej. Na placu, przed wej­ściem na stare mia­sto, krę­ciło się już wielu tury­stów. Wszedł do pobli­skiego lokalu Ali’s Kiosk & Grill.

O tej porze roku w Visby mało kto tu zaglada. Świet­nie! – pomy­ślał.

Był sam. Usiadł w rogu sali, by mieć na oku wej­ście do lokalu. Zjadł sałatkę z rukoli i wypił lek­kie piwo. Zajęło mu to trzy­dzie­ści minut i w tym cza­sie nikt nie wszedł do środka. Uznał, że sytu­acja doj­rzała już na tyle, że powi­nien przy­stą­pić do reali­za­cji zada­nia.

Ścieżką wzdłuż murów obron­nych udał się do Bramy Pół­noc­nej, przez którą mógł wejść do parku, a potem do ogrodu bota­nicz­nego. Nie pomy­ślał jed­nak, że po desz­czu ścieżka będzie grzą­ska, i mocno zabło­cił buty. Był za to tro­chę zły na sie­bie, ale szedł dalej. Zaczął nawet przy­spie­szać kroku, chciał mieć to już za sobą, jak naj­szyb­ciej, a może bar­dziej chciał wie­dzieć, co tam jest!

Napię­cie i stres ostat­nich kil­ku­na­stu godzin dawały już o sobie znać i przez moment pomy­ślał, że nie może nad sobą zapa­no­wać.

– To prze­cież nor­malne – uspo­koił się.

Poczuł dreszcz prze­bie­ga­jący po ple­cach. Miał wra­że­nie, że myśli mu ucie­kają. Frag­menty wspo­mnień i wra­żeń zaczęły się mie­szać. Prze­stra­szył się, że za chwilę zacznie biec, a prze­cież nie mógł tego zro­bić.

Przy­po­mniał sobie, jak mały Carl, w krót­kich spoden­kach i ze łzami w oczach, nie chciał się usta­wić do zdję­cia.

Prze­szedł przez Bramę Pół­nocną i znów zna­lazł się w obrę­bie murów. Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach przez niską żela­zną furtkę wszedł do parku. Spo­koj­nym, wyćwi­czo­nym kro­kiem prze­mie­rzał asfal­towe alejki. Minął młodą kobietę z wóz­kiem, pochło­niętą roz­mową przez tele­fon komór­kowy. Nikogo wię­cej nie zauwa­żył.

Po kil­ku­na­stu minu­tach zbli­żył się do altany. Jesz­cze raz się zatrzy­mał, pod­cią­gnął skar­petkę i zlu­stro­wał oto­cze­nie. Czuł lek­kie stę­że­nie mię­śni. Wszedł do środka i po pra­wej stro­nie, na wyso­ko­ści głowy, zoba­czył zawie­szoną żółto-zie­loną kulę, która wyglą­dała jak pokarm dla pta­ków.

Dooobrze! Wszystko w porządku! Teraz szybko i dokład­nie… – pomy­ślał, nieco uspo­ko­jony tym wido­kiem.

Wycią­gnął z kie­szeni kurtki czarne skó­rzane ręka­wiczki i szybko je wło­żył. Zde­cy­do­wa­nym ruchem, może tro­chę zbyt ner­wowo, zerwał kulę. Roz­darł ją i wyjął ze środka małą czarną tulejkę, którą zaci­snął mocno w dłoni.

Nagle po dru­giej stro­nie altany usły­szał zbli­ża­jące się szybko kroki. Poczuł ucisk w żołądku i na chwilę znie­ru­cho­miał. Nic nie widział. Deli­kat­nie roz­su­nął gęste liście pokry­wa­jące altanę i zauwa­żył syl­wetkę śmie­cia­rza w nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie. To był zły znak i nie mógł opa­no­wać wście­kło­ści.

Wró­cił do hotelu, naru­sza­jąc zasady bez­pie­czeń­stwa, ale to nie­spo­dzie­wane spo­tka­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi, czym sam był zasko­czony.

Zamknął drzwi od wewnątrz i zabez­pie­czył łań­cusz­kiem. Usiadł za biur­kiem. Ostroż­nie zła­mał u nasady szklaną tulejkę. Wyjął z niej cen­ty­me­trowy papie­rowy rulo­nik i roz­wi­nął deli­kat­nie.

Kartkę w cało­ści wypeł­niały pię­cio­cy­frowe liczby wyso­ko­ści dwóch mili­me­trów. Kan­tem dłoni roz­pro­sto­wał papier i poło­żył na nim szybkę, którą przy­wiózł ze sobą. Tezau­rus znał na pamięć i mógł roz­szy­fro­wać tekst prędko i bez­błęd­nie. W miarę jak zesta­wiał litery, na jego twa­rzy coraz wyraź­niej poja­wiało się zdu­mie­nie. Cze­goś podob­nego już dawno nie robił!

Zdzi­wił się nawet tro­chę, dla­czego on, ale poczu­cie satys­fak­cji i roz­luź­nie­nie z łatwo­ścią stłu­miły te myśli. Cze­kała go prze­cież cie­kawa podróż.

Nauczył się pro­stego tek­stu na pamięć, ale dla pew­no­ści zro­bił kilka kodo­wa­nych nota­tek. Dopiero potem zdał sobie sprawę, że w instruk­cji nie ma ani słowa o jego nowych doku­men­tach.

Zaklął.

5

Posta­no­wiła, że dzi­siaj położy się wcze­śniej. Była zmę­czona kie­ro­wa­niem Wydzia­łem pod nie­obec­ność Kon­rada. Dla­tego tro­chę ją dotknęło, że wyra­ził się pozy­tyw­nie o umie­jęt­no­ściach Belika. Ona naj­le­piej wie­działa, że ten facet nie ma zie­lo­nego poję­cia o ofen­syw­nym wywia­dzie ope­ra­cyj­nym, o ope­ra­cjach spe­cjal­nych. Przy­cho­dził do niej ze wszyst­kim, z każ­dym pyta­niem, z każdą sprawą, a doku­menty trzeba było po nim cią­gle popra­wiać. Ale był kum­plem „Cięż­kiego”, zastępcy szefa Agen­cji!

Sara ukry­wała tro­chę nie­kom­pe­ten­cję Belika, żeby chro­nić Kon­rada. Miał tyle spraw na gło­wie. Cza­sami był tak wybu­chowy i nie­obli­czalny, że mógł nawet nie zauwa­żyć, iż szko­dzi sobie samemu.

Kon­rad Wol­ski – mniej­sza o to, jak brzmiało jego praw­dziwe nazwi­sko – był naj­waż­niej­szą osobą w jej życiu, które, jeśli nie liczyć krót­kiego dzien­ni­kar­skiego epi­zodu, zwią­zała z wywia­dem. Rok wcze­śniej zakoń­czyła luźny zwią­zek z pochop­nie odświe­żoną sym­pa­tią ze szkoły śred­niej. Od tego czasu nie miała życia pry­wat­nego, a jej cały świat kon­cen­tro­wał się wokół pracy i dzie­lił na swo­ich i obcych.

W wywia­dzie ope­ra­cyj­nym słu­żyła już trzy­na­ście lat i też nie nazy­wała się Kor­ska. Nie miało to zresztą żad­nego zna­cze­nia. Nazwi­sko to ostat­nia rzecz, jaka iden­ty­fi­kuje ofi­cera wywiadu.

Kiedy roz­po­czy­nała współ­pracę z Kon­ra­dem, miała już swoje osią­gnię­cia, poważne wer­bunki agen­tury na Wscho­dzie. Dopiero jed­nak przy nim poczuła smak odpo­wie­dzial­no­ści za trudne i nie­bez­pieczne ope­ra­cje. W gro­nie naj­bliż­szych opo­wia­dała cza­sami, jak to wszystko się zaczęło.

Sie­dem lat temu, gdy wró­cił do Pol­ski po kilku latach pracy gdzieś za wschod­nią gra­nicą, Wydział „Q” jesz­cze nie ist­niał. Ni stąd, ni zowąd Kon­rad poja­wił się w ówcze­snym Wydziale XX, który uzna­wała za obszar swo­jej wyłącz­nej domi­na­cji.

Czę­sto widy­wali się na kory­ta­rzu. Ale Kon­rad ni­gdy nie mówił jej „dzień dobry” ani nie zwra­cał na nią spe­cjal­nej uwagi. Uznała go więc za zaro­zu­mia­łego gbura i palanta. I nie pomo­gło mu nawet to, że był naj­przy­stoj­niej­szy, nie tylko na tym kory­ta­rzu. Któ­re­goś dnia wezwał ją ówcze­sny szef Wydziału, który znał Kon­rada jesz­cze z nie­słusz­nych cza­sów PRL, i zapy­tał, czy chcia­łaby z nim pra­co­wać. Odpo­wie­działa, nie­mal krzy­cząc: „Ni­gdy! Z takim cha­mem?!”.

Szef zapro­po­no­wał jej wtedy układ: „Popra­cuj mie­siąc z Kon­ra­dem. Jeśli po tym cza­sie na­dal będziesz uwa­żała, że to palant i gbur, wyco­fam cię natych­miast”.

– Ni­gdy już do niego nie przy­szłam – koń­czyła zwy­kle swoją histo­ryjkę, któ­rej nie znał tylko Kon­rad.

Podo­bał jej się także jako męż­czy­zna, cho­ciaż potra­fiła to zręcz­nie masko­wać. Musiał się podo­bać rów­nież innym kobie­tom. Miał swój ory­gi­nalny styl, i w stroju, i w zacho­wa­niu, nie­moż­liwy do sko­pio­wa­nia. Wysoki, może nawet za bar­dzo, o wyćwi­czo­nej szczu­płej syl­wetce, z czar­nymi wło­sami z nie­znaczną domieszką sre­bra i sinym zaro­ście, nawet rano.

Sara widziała jego zdję­cia z cza­sów, gdy miał dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści lat, i ni­gdy nie zamie­ni­łaby go na tę wcze­śniej­szą wer­sję. Podo­bało jej się też samo imię. Nie wie­dzieć czemu dosko­nale paso­wało do jego śród­ziem­no­mor­skiej urody, cho­ciaż miała uza­sad­nione powody, by uwa­żać, że to raczej semicki typ. To był jedyny Kon­rad, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tkała, i cza­sem bała się, że może natra­fić na innego.

Ufała mu bez­gra­nicz­nie, bo po latach znała go lepiej, niż on sam sie­bie, i wie­działa, jaki jest naprawdę. Spra­wiało jej satys­fak­cję, że pra­cuje z czło­wie­kiem, któ­rego ofi­ce­ro­wie darzą praw­dzi­wym sza­cun­kiem.

W spra­wach zawo­do­wych był zdolny do nie­zwy­kłych czy­nów, pomy­słowy i nie zawsze wystar­cza­jąco cier­pliwy. W spra­wach oso­bi­stych, małych spra­wach dnia codzien­nego, nie­za­radny jak dziecko. Zupeł­nie tego nie zauwa­żał. Zawsze wyglą­dał na skon­fun­do­wa­nego, gdy zorien­to­wał się, że mu poma­gała. A ona prze­cież zarzą­dzała całym sys­te­mem „opieki spe­cjal­nej nad sze­fem”, który obej­mo­wał pra­wie wszyst­kich ofi­ce­rów Wydziału Spe­cjal­nego „Q”, o czym Kon­rad rów­nież nie miał poję­cia. Robili to z przy­jem­no­ścią i peł­nym odda­niem, bo każdy z nich zali­czył już z sze­fem ostrą robotę za gra­nicą i wie­dział, że może na niego liczyć, na jego doświad­cze­nie i przy­jaźń. Dla nich nie miało zna­cze­nia, że był w wywia­dzie PRL, cho­ciaż wszy­scy przy­szli do służby już po 1990 roku.

Sara Kor­ska miała za sobą początki dobrze zapo­wia­da­ją­cej się kariery dzien­ni­kar­skiej. Począt­kowo w pra­sie niszo­wej, która szybko oka­zała się tubą pol­skich nacjo­na­li­stów. Współ­pracę zakoń­czyła, nie pobie­ra­jąc nawet wyna­gro­dze­nia. Potem pra­co­wała przez rok w „Rzecz­po­spo­li­tej” i jakiś czas w „Gaze­cie Wybor­czej”. Szybko jed­nak zorien­to­wała się, że ten zawód nie daje ocze­ki­wa­nej satys­fak­cji, nie sta­wia przed nią wyzwań, a była wtedy znacz­nie bar­dziej naiwną ide­alistką, niż jest teraz. Zgło­siła się wów­czas jako wolon­ta­riuszka do pracy w obo­zach dla uchodź­ców w Suda­nie. Otrzy­mała już przy­dział, gdy prze­czy­tała w gaze­cie ogło­sze­nie o nabo­rze do Agen­cji Wywiadu.

Praca w wywia­dzie była jak przej­ście do świata nowych war­to­ści, praw­dzi­wej przy­jaźni. Mimo że na co dzień obcu­jesz tam z bru­dami, sam musisz pozo­stać czy­sty.

Zaufała po raz pierw­szy męż­czyź­nie, star­szemu o dzie­więć lat. Powie­działa mu o sobie wszystko już na samym początku zna­jo­mo­ści, kiedy czuła, że potrze­buje opieki, i ni­gdy potem się na nim nie zawio­dła.

Tyle lat! Cza­sami ogar­niał ją strach, gdy pomy­ślała, że może go zabrak­nąć. Wtedy, jak na fil­mie w HD, prze­wi­jały się w jej pamięci obrazy z Bośni, kiedy przez pięć kilo­me­trów cią­gnęła go w nocy, nie­przy­tom­nego, na dzie­cin­nym wózku do pierw­szego poste­runku wojsk ONZ w Zenicy i nikt nie chciał jej pomóc. Pamię­tała strach, omdle­wa­jące od wysiłku ręce i wła­sny krzyk odbi­ja­jący się od pustych domów.

Teraz była zła na sie­bie, że znów przy­wo­łała te wspo­mnie­nia przed snem, i zła­pała się na tym, że zda­rza jej się to coraz czę­ściej. Jak jakiś zły znak, zła wróżba.

6

Moskwa, paź­dzier­nik 1939

– Towa­rzy­szu Zaru­bin, przy­stąp­cie do refe­ro­wa­nia. Ocze­ku­jemy od was jasnego przed­sta­wie­nia sprawy. Jeste­ście doświad­czo­nym, inte­li­gent­nym ofi­ce­rem wywiadu, więc liczymy, że wasza infor­ma­cja pozwoli nam wycią­gnąć wła­ściwe wnio­ski. Nie muszę wam chyba mówić, że sprawa pol­ska ma teraz dla kie­row­nic­twa par­tii i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina nad­zwy­czajne zna­cze­nie. Zawsze miała, ale teraz ma szcze­gól­nie! – zakoń­czył swoje lekko pate­tyczne przy­wi­ta­nie Ław­rien­tij Beria.

Nie ocze­ki­wał na reak­cję Zaru­bina. Znał go słabo i trudno mu było pole­gać na opi­nii Jeżowa, ale krą­żące na Łubiance opo­wie­ści o wyjąt­ko­wym pro­fe­sjo­na­li­zmie i stos dono­sów, które nazy­wały go bez­względ­nym, gru­biań­skim i nie­obli­czal­nym karie­ro­wi­czem, w zupeł­no­ści wystar­czały. Lubił wła­śnie takich, nie zno­sił ide­owych cze­ki­stów.

Beria sie­dział za dłu­gim sto­łem, nakry­tym zie­lo­nym suk­nem, pośrodku trzy­oso­bo­wej komi­sji kie­row­nic­twa NKWD. Patrzył Zaru­bi­nowi pro­sto w oczy i obra­cał w pal­cach ostro zatem­pe­ro­wany ołó­wek.

W sali wisiała chmura papie­ro­so­wego dymu i cho­ciaż nie było to małe pomiesz­cze­nie, Zaru­bin, kiedy tylko wszedł, zdał sobie sprawę, że pierw­sze trzy mózgi NKWD musiały tutaj spę­dzić już dłuż­szy czas.

Sądzą, że wie­dzą, co trzeba robić! – pomy­ślał pewny sie­bie. Zoba­czymy, jak poznają szcze­góły. Prze­cież ani Beria, ani kie­row­nic­two INO4 nie mieli nawet czasu zapo­znać się szcze­gó­łowo z tema­tem. I to jesz­cze potrwa. Zaję­cie zachod­niej Ukra­iny i Bia­ło­rusi pla­no­wane było prze­cież od dawna. Plan awa­ryjny, nad któ­rym tak się napra­co­wa­łem, po odej­ściu Jeżowa i jego ludzi zagi­nął. Stało się zatem bar­dzo… bar­dzo… dobrze, nie ma doku­men­tów! – roz­wa­żał z poczu­ciem satys­fak­cji. Jeżow jesz­cze żyje, ale to już pew­nie tylko kwe­stia dni. Czyli… towa­rzy­sze… teraz ja będę pocią­gał za sznurki, a to w tych cza­sach i przy tym sze­fie prze­pustka do prze­trwa­nia. Obu­dzili się nagle! I to oso­bi­ście towa­rzysz Sta­lin! A więc? Dosko­nale! – skon­sta­to­wał ze szcze­rym sza­cun­kiem dla sie­bie major bez­pie­czeń­stwa pań­stwo­wego Wasi­lij Michaj­ło­wicz Zaru­bin, cze­ki­sta z dzie­więt­na­sto­let­nim sta­żem i ręką wręcz stwo­rzoną do nagana.

Sie­dział teraz na krze­śle wypro­sto­wany, tak by poka­zać wzo­rowo skro­jony i dopa­so­wany mun­dur. Dbał o wygląd i wyma­gał tego samego od pod­wład­nych.

Ostre jesienne słońce wpa­dało przez duże brudne okno i świe­ciło Zaru­bi­nowi pro­sto w oczy. Z tru­dem powstrzy­my­wał gry­mas i nie mógł dostrzec twa­rzy człon­ków komi­sji, sie­dzą­cych sze­re­giem, ple­cami do okna – trzech postaci, które spra­wiały wra­że­nie ponu­rego sądu gra­ni­to­wych, bez­dusz­nych cieni.

Jak sąd trój­kowy – pomy­ślał Zaru­bin i zasta­no­wił się, czy to może być śmieszne. Nie wąt­pił, że jest obser­wo­wany, ale nie widział tego. Widział nato­miast Berię, a przede wszyst­kim jego pince-nez, jakby pokryte mgłą, poru­sza­jące się nie­zau­wa­żal­nie w takt odde­chu, i krą­żący w pal­cach ołó­wek.

Czuł się jak aktor na sce­nie i ta rola bar­dzo mu odpo­wia­dała. Jako ofi­cer wywiadu miał to we krwi. Umie­jęt­ność odgry­wa­nia spon­ta­nicz­nych i zapla­no­wa­nych maestrii, jak to okre­ślał, była jego mocną stroną i sły­nął z tego wśród ofi­cerów i prze­ło­żo­nych. Z powo­dze­niem wyko­rzy­sty­wał tę swoją tajną broń, reali­zu­jąc zada­nia dla dobra Kraju Rad, ale rów­nież na wła­sne potrzeby. Trudno nawet powie­dzieć, co było waż­niej­sze, bo w obu przy­pad­kach stawką było prze­trwa­nie.

Wstęp Berii Zaru­bin przy­jął z satys­fak­cją i potrak­to­wał jako dobry znak. Sam jed­nak ni­gdy się nie zasta­na­wiał, czy jest inte­li­gentny. To sztuka mani­pu­la­cji i inspi­ra­cji były jego naj­moc­niej­szymi atu­tami. Spraw­dziły się szcze­gól­nie w 1937 roku. Naj­in­te­li­gent­niejsi pierwsi dostali kulę w łeb. Jemu się udało, lecz od tego czasu musiał się mieć na bacz­no­ści, choć nie­okre­ślony, wiszący w powie­trzu zapach nad­cho­dzą­cej wojny odsu­wał to ryzyko coraz bar­dziej. Tacy jak on są teraz na wagę złota, a nie­wielu ich zostało!

Jako Wielki Mani­pu­la­tor zawsze potra­fię zna­leźć wła­ściwą drogę i wyjść z kło­po­tów – powta­rzał w głębi duszy Zaru­bin i miał pod­stawy, by tak o sobie myśleć.

Po chwili mil­cze­nia, jak aktor przed dekla­ma­cją, otwo­rzył leżącą przed nim czer­woną teczkę i wyjął z niej plik zapi­sa­nych odręcz­nie kar­tek.

– Towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący, towa­rzy­sze – roz­po­czął spo­koj­nym, wyraź­nym, dobrze akcen­to­wa­nym gło­sem, sie­dząc sztywno w pozy­cji służ­bo­wej. – Sytu­acja ope­ra­cyjna na kie­runku pol­skim po pierw­szym wrze­śnia jest trudna, jak to można okre­ślić, albo ina­czej, trudna do okre­śle­nia… Wymaga szcze­gó­ło­wych obja­śnień i, jak sądzę, naj­le­piej będzie… towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący… jeśli zacznę refe­ro­wać sprawę od powsta­nia Wydziału Pol­skiego Depar­ta­mentu „S” i przed­sta­wię pro­ces budo­wa­nia jego modus ope­randi aż do chwili obec­nej. Pozwoli to na lep­sze zro­zu­mie­nie, z jakimi pro­ble­mami i wyzwa­niami, nie pomi­ja­jąc natu­ral­nie nie­wąt­pli­wych suk­ce­sów, spo­tkał się radziecki wywiad nie­le­galny w byłej bia­łej Pol­sce. Poru­szać będę, z oczy­wi­stych powo­dów, przede wszyst­kim te aspekty naszej aktyw­no­ści, które doty­czą tere­nów zaję­tych obec­nie przez Rze­szę Nie­miecką.

Zaczerp­nął powie­trza.

– Wkro­cze­nie Armii Czer­wo­nej na zachod­nią Ukra­inę i Bia­ło­ruś prak­tycz­nie zakoń­czyło dzia­łal­ność wywia­dow­czą na tym tery­to­rium, i to, muszę wyraź­nie pod­kre­ślić, z powo­dze­niem. W związku z wzię­ciem do nie­woli masy pol­skich ofi­ce­rów, urzęd­ni­ków, inte­li­gen­tów i opa­no­wa­niem waż­nych ośrod­ków admi­ni­stra­cyj­nych otwie­rają się przed nami ogromne, choć trudne jesz­cze do jed­no­znacz­nej oceny, moż­li­wo­ści na przy­szłość – kon­ty­nu­ował Zaru­bin tro­chę sztyw­nym i urzę­do­wym języ­kiem. – Powrócę do tej kwe­stii w dal­szej czę­ści swo­jego refe­ratu.

Nie posłu­gi­wał się notat­kami, mówił płyn­nie z pamięci.

– Na posie­dze­niu Polit­biura trzy­dzie­stego stycz­nia tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku przed­sta­wiony został znany towa­rzy­szom raport kie­row­nic­twa INO, rela­cjo­nu­jący i jed­no­cze­śnie oce­nia­jący stan pro­wa­dzo­nych wów­czas dzia­łań wywia­dow­czo-ope­ra­cyj­nych. Wyraźne wytyczne Polit­biura i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina zobo­wią­zy­wały nas, ówcze­sne OGPU5, do zde­cy­do­wa­nego zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia pracy wywia­dow­czej. Doty­czyły mię­dzy innymi państw sąsia­du­ją­cych, w tym oczy­wi­ście bia­łej Pol­ski. Byłem wów­czas mło­dym ofi­ce­rem i prze­by­wa­łem we Fran­cji, gdzie orga­ni­zo­wa­łem naszą nie­le­galną rezy­den­turę, ale dzięki zaufa­niu par­tii i kie­row­nic­twa od początku uczest­ni­czy­łem w opra­co­wa­niu pro­gramu pionu „S”, mają­cego reali­zo­wać dyrek­tywę – powie­dział Zaru­bin bez cie­nia skrom­no­ści. – Kie­row­nic­two INO pod­jęło decy­zję, by w celu mak­sy­mal­nie efek­tyw­nej reali­za­cji wytycz­nych towa­rzy­sza Sta­lina zde­cy­do­wa­nie roz­bu­do­wać pracę z pozy­cji rezy­den­tur nie­le­gal­nych, o czym towa­rzy­sze wie­dzą.

Zaru­bin pró­bo­wał skra­cać dystans, jaki dzie­lił go od komi­sji, a szcze­gól­nie od Berii.

– Dotych­cza­sowe wyniki pracy wywia­dow­czej, pro­wa­dzo­nej z pozy­cji naszych przed­sta­wi­cielstw czy bez­po­śred­nio z pozy­cji ZSRR, pod­dane zostały przez towa­rzy­sza Sta­lina uza­sad­nio­nej kry­tyce. Zatem cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści spadł na nas, czyli pion „S”, który poka­zał już wcze­śniej, że ta nowa metoda pracy wywia­dow­czej ma przy­szłość. Daje nad­zwy­czaj dobre rezul­taty, ale wymaga sto­sun­kowo dużej pracy, którą trzeba wło­żyć w przy­go­to­wa­nie nie­le­gała… Co naj­waż­niej­sze, bur­żu­azyjne służby spe­cjalne, w szcze­gól­no­ści kontr­wy­wiad, wciąż pra­cują na pozio­mie z okresu Wiel­kiej Wojny… może z wyjąt­kiem Nie­miec i w jakimś sen­sie byłej Pol­ski. Brak im ela­stycz­no­ści i otwar­to­ści na nowe idee, dla­tego tę walkę wygry­wamy – cią­gnął Zaru­bin.

– Towa­rzy­szu majo­rze, do rze­czy! – zde­cy­do­wa­nie ode­zwał się szef INO NKWD Paweł Michaj­ło­wicz Fitin, ale Zaru­bin się tym nie prze­jął, bo wie­dział, że Beria lubi poli­tyczne wstępy.

– Idea świa­to­wej rewo­lu­cji, uzna­nie świata pracy i postępu dla Kraju Rad – kon­ty­nu­ował – spo­wo­do­wały masowy napływ rewo­lu­cjo­ni­stów goto­wych oddać życie w walce z bur­żu­jami i kapi­ta­li­zmem. Tajne oddziały w par­tiach komu­ni­stycz­nych, kie­ro­wane przez znaną nam jed­nostkę w Komin­ter­nie, spraw­dziły się dosko­nale, dostar­cza­jąc kan­dy­da­tów na nie­le­ga­łów. Spo­śród nich wybra­li­śmy bry­lanty, które, jak to się mówi, pod­le­gały dal­szej obróbce. Z dzie­się­ciu kan­dy­da­tów warunki speł­niał jeden, a wyma­ga­nia wciąż pod­no­si­li­śmy. Wyniki pracy Depar­ta­mentu „S” od tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku do dzi­siaj są wię­cej niż zachę­ca­jące. Doty­czy to pla­so­wa­nia ofi­ce­rów tego pionu i roz­bu­dowy rezy­den­tur na tere­nie Anglii, Fran­cji, Nie­miec, Włoch i wielu innych kra­jów. Nasze dzia­ła­nia w tym zakre­sie refe­ro­wa­łem szcze­gó­łowo poprzed­nio, ale w wielu wąt­kach, któ­rych wów­czas nie poru­szy­łem, wiążą się one ze sprawą pol­ską.

Zaru­bin zaj­rzał do swo­ich nota­tek. Zauwa­żył, że Fitin otwiera leżący przed nim zeszyt i zaczyna coś noto­wać. Nie znał go jesz­cze dobrze, cho­ciaż znał pra­wie wszyst­kich cze­ki­stów, żywych i mar­twych, jak mówił. Fitin był czło­wie­kiem z zewnątrz, nowym. Miał dopiero trzy­dzie­ści dwa lata, o jede­na­ście mniej niż Zaru­bin, i jesz­cze się uczył. Rezul­tat swo­ich dotych­cza­so­wych spo­tkań z Fiti­nem Zaru­bin oce­nił jako dodatni. Ostroż­nie dodatni, bo nie wie­dział jesz­cze, jak ułożą się rela­cje nowego szefa INO z Berią, który znał się dobrze na służ­bach, ale słabo na wywia­dzie, a Fitin był inte­li­gentny i szybko robił postępy.

Wygląda na to, że Paweł Michaj­ło­wicz ma przed sobą przy­szłość – zasta­na­wiał się Zaru­bin, nie prze­ry­wa­jąc wystą­pie­nia. Po czy­stce sprzed dwóch lat i w obli­czu nie­ja­snych per­spek­tyw jego nomi­na­cja musiała być głę­boko prze­my­ślana. Z pew­no­ścią była to decy­zja Sta­lina, nie ma wąt­pli­wo­ści, ale jaka naprawdę jest pozy­cja Berii, nikt nie wie. Ozna­cza to mimo wszystko, że Beria nie powi­nien już czuć się tak pew­nie. Fitin to zupeł­nie nowa postać, nie­mal zni­kąd, jakiś redak­tor pisma dla koł­choź­ni­ków… a ma zaufa­nie Polit­biura. Będzie więc potrze­bo­wał doświad­czo­nego i lojal­nego współ­pra­cow­nika, towa­rzy­sza Zaru­bina! Myśl ta spra­wiła mu nie­spo­dzie­waną przy­jem­ność.

Uznał, że skoń­czył ostrożny występ dla Berii. Teraz musi się skon­cen­tro­wać. Będzie mówił do Fitina.

– Plan budowy nie­le­gal­nej rezy­den­tury pionu „S” w Pol­sce uzna­li­śmy za jedno z prio­ry­te­to­wych zdań. Kraj ten miał i zawsze będzie mieć szcze­gólne zna­cze­nie dla naszych inte­re­sów stra­te­gicz­nych. Sytu­acja wewnętrzna w Pol­sce po woj­nie dwu­dzie­stego roku i budowa pań­stwa bur­żu­azyj­nego to czas budze­nia się sil­nego anty­bol­sze­wi­zmu. Kle­ry­kalny nacjo­na­lizm Pola­ków sta­no­wił poważną prze­szkodę w roz­woju par­tii komu­ni­stycz­nej. Musie­li­śmy się zatem oprzeć na mniej­szo­ściach naro­do­wych, co de facto było pół­środ­kiem i w pew­nym stop­niu obró­ciło się prze­ciwko nam. Nie doce­ni­li­śmy anty­se­mi­ty­zmu Pola­ków. Woj­skowo-bur­żu­azyjne rządy w Pol­sce skie­ro­wały ostrze swo­ich służb spe­cjal­nych przede wszyst­kim prze­ciwko ZSRR. I trzeba obiek­tyw­nie przy­znać, że stwo­rzyły, w porów­na­niu z innymi pań­stwami, nad­zwy­czaj sprawne służby, tak zwany Oddział Drugi Sztabu Gene­ral­nego.

Zaru­bin tylko dla pozoru zaglą­dał do nota­tek.

– Jeżeli dodać do tego jesz­cze fakt, że Pol­ska stała się sie­dzibą wszel­kiej maści rene­ga­tów bia­łej Rosji, to sytu­acja w tym kraju jest szcze­gólna i wciąż stwa­rza zagro­że­nie dla naszego bez­pie­czeń­stwa. Pol­skie służby bli­sko współ­pra­co­wały z Fran­cu­zami i Bry­tyj­czy­kami, miały kon­takty nawet z Japoń­czy­kami, wiemy o tym. Kie­runki naszego zain­te­re­so­wa­nia Pol­ską od tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego dru­giego roku ule­gały zmia­nie. Do tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego czwar­tego udało nam się w wystar­cza­ją­cym stop­niu spe­ne­tro­wać śro­do­wi­ska bia­łych emi­gran­tów i tym samym zneu­tra­li­zo­wać ich wyko­rzy­sta­nie przez pol­ski wywiad, zwłasz­cza że Polacy musieli skon­cen­tro­wać się w więk­szym stop­niu na sytu­acji w Niem­czech, co trwało aż do wybu­chu wojny.

Fitin zaczął się krę­cić na krze­śle, więc Zaru­bin pomy­ślał, że lepiej przejść do kon­kre­tów.

– Nasze rezy­den­tury nie­le­galne w Euro­pie Zachod­niej osią­gnęły nad­zwy­czaj dobre rezul­taty w uzy­ski­wa­niu dostępu do kodów i szy­frów dyplo­ma­tycz­nych, co pozwo­liło naszemu radio­wy­wia­dowi na kon­trolę kore­spon­den­cji więk­szo­ści państw zachod­nich. Nie­stety, tak dobrych wyni­ków nie udało się osią­gnąć wzglę­dem Nie­miec i Pol­ski.

– Towa­rzy­szu Zaru­bin – ode­zwał się nagle dziw­nym, nie­na­tu­ral­nym gło­sem Beria i nie pod­no­sząc wzroku, mówił dalej: – Rozu­miem, że jeste­ście zaprzy­jaź­nieni z „Andrie­jem”. Czy to, co powie­dzie­li­ście przed chwilą, ma na celu jego obronę?

Zaru­bin zdrę­twiał. Nie spo­dzie­wał się takiej reak­cji, ale ton głosu Berii nie paso­wał do pyta­nia. Stra­cił na chwilę orien­ta­cję. Nie mógł zro­zu­mieć, o co cho­dzi.

– As naszego wywiadu nie­le­gal­nego, „Andriej”, czyli Dmi­trij Alek­san­dro­wicz Bystro­le­tow, prze­cho­dzi od pew­nego czasu pro­ce­durę spraw­dze­niową – cią­gnął Beria. – Myślę, że komi­sja wery­fi­ka­cyjna, która ma oce­nić jego dzia­łal­ność na Zacho­dzie, zain­te­re­suje się rów­nież waszą opi­nią. Dobrze, że już przy­naj­mniej znamy jej zarys. Nie­zwy­kłe suk­cesy „Andrieja” w spra­wie ofe­ren­tów Gio­van­niego de Rya, Erne­sta Oldhama i innych wyma­gają szcze­gó­ło­wego zba­da­nia. To prawda, że uzy­skane od nich szy­fry oraz kody wło­skie i bry­tyj­skie oka­zały się nie­zwy­kle pomocne w pracy naszego dekryp­tażu. „Andriej” nie jest jed­nak ofi­ce­rem i ma dosyć pokrętną oso­bo­wość, zatem trudno oce­nić, gdzie zaczy­nają się u niego fan­ta­zjo­wa­nie i impro­wi­za­cja i czy przy­pad­kowo nie gra­ni­czą jesz­cze z naiw­no­ścią – pro­wa­dził spo­koj­nie swój wywód Beria.

Zaru­bin od razu zro­zu­miał, że szef NKWD zna dobrze sprawę Bystro­le­towa, a jego cichy, uspo­ka­ja­jący ton nie wróży niczego złego, tym bar­dziej że „Andriej” sie­dzi już od ponad roku. Ina­czej dawno byłoby po nim – pomy­ślał.

– Naiwny fan­ta­sta, agent natursz­czyk – cią­gnął Beria. – Nawet gdyby był naj­in­te­li­gent­niej­szy i na śmierć oddany spra­wie Związku Radziec­kiego, w star­ciu z Bry­tyj­czy­kami ma małe szanse. Anglicy, obok Niem­ców, są naszym głów­nym prze­ciw­ni­kiem, wie­cie o tym dobrze. Sztukę inspi­ra­cji i dez­in­for­ma­cji opa­no­wali per­fek­cyj­nie i „Andriej” może być ich ofiarą. Są też bez­względni, a to nie wszyst­kim tak dobrze wycho­dzi… – powie­dział z prze­ką­sem, a Fitin lekko obró­cił głowę i spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem – jak nam! – dokoń­czył Beria z pełną powagą i dodał: – Ale naj­le­piej wycho­dzi nam inspi­ra­cja i dez­in­for­ma­cja. Zada­niem komi­sji jest wyja­śnić, czy Bystro­le­tow kie­ro­wał Oldha­mem, czy też Bry­tyj­czycy kie­ro­wali Bystro­le­towem, czy błąd popeł­nił „Andriej”, czy może Cen­trala, a może było jesz­cze ina­czej. Nie zakła­damy winy umyśl­nej, nato­miast wina nie­umyślna ma w zawo­dzie wywia­dowcy tak wiele odmian, że mało kto z zewnątrz zdaje sobie z tego sprawę, i jest nie mniej, a cza­sami bar­dziej nie­bez­pieczna niż umyślna. Nie­praw­daż? – Spoj­rzał z zacie­ka­wie­niem na Fitina. – Sprawą Bystro­le­towa inte­re­suje się oso­bi­ście towa­rzysz Sta­lin – zakoń­czył krótko.

Zaru­bin był zasko­czony, że Beria wypo­wiada się o „Andrieju” w tak łagodny spo­sób. Miał dziwne uczu­cie, że Dmi­trij prze­żyje. Był nawet zado­wo­lony, że Beria sam roz­wi­nął wątek Bystro­le­towa, bo w swoim wystą­pie­niu chciał się powo­łać na uzy­skane od niego infor­ma­cje. Zatem ma roz­wią­zane ręce, bo, jak widać, śledz­two naj­praw­do­po­dob­niej zmie­rza do wyka­za­nia inspi­ra­cji Angli­ków, a jego sprawa się z tym nie łączy.

Lubił i sza­no­wał Dmi­trija za jego nie­by­wały natu­ralny szpie­gow­ski talent, dzięki któ­remu nie musiał koń­czyć spe­cjal­nych szkół, by zre­ali­zo­wać zada­nie. Nie był prze­cież ofi­ce­rem, lecz agen­tem, inte­li­gent­nym i eks­cen­trycz­nym, a to bar­dzo czę­sto nie podoba się sze­fom z par­tyj­nej nomi­na­cji, bez ele­men­tar­nej zna­jo­mo­ści języ­ków i kul­tury Zachodu.

Zaru­bin myślał tak też o sobie, ale w odróż­nie­niu od szcze­rego i tro­chę naiw­nego Dmi­trija potra­fił posłu­gi­wać się swo­imi umie­jęt­no­ściami jak nie­bez­piecz­nym orę­żem. Był prze­cież ofi­ce­rem. Zachę­cony teraz postawą Berii, posta­no­wił nieco zmie­nić sche­mat swo­jego wystą­pie­nia.

– Tajna sek­cja Komu­ni­stycz­nej Par­tii Pol­ski, zgod­nie z wytycz­nymi Komin­ternu, wyty­po­wała w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym ósmym roku trzech towa­rzy­szy do pracy w pio­nie wywiadu nie­le­gal­nego. Wszy­scy ukoń­czyli z dobrymi wyni­kami Uni­wer­sy­tet Mniej­szo­ści Naro­do­wych imie­nia Mar­chlew­skiego i zostali skie­ro­wani do OGPU pod pseu­do­ni­mami: „Sosna”, towa­rzysz Arnold Krantz, „Jura”, towa­rzysz Jakub Szulc, i „Lana”, towa­rzyszka Mira Ski­bi­niecka. Dwaj pierwsi są pocho­dze­nia żydow­skiego, „Lana” – bia­ło­ru­skiego. Dobór naro­do­wo­ściowy był efek­tem uzgod­nień taj­nej sek­cji Komin­ternu i kie­row­nic­twa OGPU. Rów­nież w mojej oce­nie należy mieć ogra­ni­czone zaufa­nie do osób naro­do­wo­ści pol­skiej – stwier­dził Zaru­bin.

– Czy nie zapo­mnie­li­ście o czymś, towa­rzy­szu Zaru­bin? – wtrą­cił z prze­ką­sem Beria. – Zapo­mnie­li­ście, kto jest ojcem zało­ży­cie­lem naszej służby?!

Zaru­bin spu­ścił wzrok, ale Beria nie cze­kał na jego reak­cję. Wie­dział, co Zaru­bin miał na myśli, i uwa­żał dokład­nie tak samo.

– Na prze­ło­mie tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego ósmego i dwu­dzie­stego dzie­wią­tego roku cała trójka została prze­rzu­cona do Pol­ski – cią­gnął major. – Dla „Sosny” i „Jury” spo­rzą­dzone zostały doku­menty na oby­wa­teli pol­skich pocho­dze­nia nie­miec­kiego. Obaj rze­czy­wi­ście pocho­dzą z zachod­niej Pol­ski, nie­gdyś pod pano­wa­niem Nie­miec. Legenda dla nich została opra­co­wana w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach: „Sosna” przed­się­biorca, „Jura” ary­sto­krata, nato­miast „Lana”, Polka, dzien­ni­karka. Pochwa­lić trzeba tajną sek­cję KPP za dobre przy­go­to­wa­nie legendy dla naszych ludzi i pomoc w ich adap­ta­cji śro­do­wi­sko­wej w Pol­sce – pod­kre­ślił Zaru­bin. – Głów­nym zada­niem „Sosny” i „Jury” było dotar­cie do krę­gów woj­sko­wych Pol­ski, nato­miast „Lana” miała się zająć sfe­rami poli­tycz­nymi. W szcze­gól­no­ści zale­żało nam na uzy­ska­niu dostępu do Oddziału Dru­giego Sztabu Gene­ral­nego.

Zaru­bin zaczął teraz czę­ściej zaglą­dać do nota­tek.

– W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym roku „Sosna” zwer­bo­wał do współ­pracy Wła­dy­sława Koliń­skiego, wów­czas kapi­tana Woj­ska Pol­skiego. Otrzy­mał on kryp­to­nim „Saxon”. Był szlach­ci­cem, można nawet powie­dzieć, że ary­sto­kratą. Pocho­dził z rodziny o sil­nych anty­ro­syj­skich tra­dy­cjach. Jego dzia­dek został powie­szony w cza­sie pol­skiego powsta­nia tysiąc osiem­set sześć­dzie­sią­tego trze­ciego roku, „Saxon” uczest­ni­czył w woj­nie tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego roku w tak zwa­nych puł­kach wiel­ko­pol­skich, zna­nych ze zbrodni prze­ciw żoł­nie­rzom radziec­kim. Koliń­ski był zago­rza­łym zwo­len­ni­kiem soju­szu pol­sko-nie­miec­kiego prze­ciw ZSRR i pod­czas spo­tkań pry­wat­nych dosyć swo­bod­nie wyra­żał swoje poglądy.

Prze­rwał na chwilę.

– No tak, Koliń­ski pocho­dzi z Pozna­nia – powie­dział pół­gło­sem, prze­glą­da­jąc notatki, po czym już gło­śno kon­ty­nu­ował: – Był agre­sywny, aro­gancki, próżny, bez­kom­pro­mi­sowy, miał prze­rost ambi­cji, duże długi oraz sła­bość do kobiet. Brał udział w zama­chu majo­wym i nale­żał potem do bli­skiego grona mar­szałka Pił­sud­skiego.

Zaru­bin poczuł, że jest jakby w tran­sie. Nie widział roz­mów­ców, tylko myśli, jak obrazy, w ide­al­nym porządku prze­su­wały mu się przed oczami.

– „Sosna” zwer­bo­wał go pod flagą nie­miecką nad­zwy­czaj łatwo. Do dzi­siaj zapewne Koliń­ski jest prze­ko­nany, że pra­cuje dla Niem­ców. Wrócę do tej sprawy nieco póź­niej – powie­dział.

– Co to zna­czy „nad­zwy­czaj łatwo”, towa­rzy­szu Zaru­bin? Może­cie to wyja­śnić? – zapy­tał Fitin.

Zaru­bin spo­dzie­wał się tego pyta­nia.

– „Saxon” przed wer­bun­kiem został wyjąt­kowo dobrze roz­pra­co­wany. Wie­dzie­li­śmy o nim pra­wie wszystko. Zresztą otwar­cie pro­nie­miec­kie poglądy wypo­wia­dało w tym cza­sie wielu ofi­ce­rów z krę­gów zwią­za­nych z Pił­sud­skim. Pod­su­mo­wu­jąc, można w skró­cie powie­dzieć, że „Saxon” jakby cze­kał na wer­bu­nek, choć oczy­wi­ście nie był ofe­ren­tem. Już po dru­gim spo­tka­niu z „Sosną” zade­kla­ro­wał ide­owe podej­ście do soju­szu z Niem­cami, oczy­wi­ście wsparte poważną kwotą pie­nię­dzy. W rze­czy­wi­sto­ści jest on zwy­czaj­nym hipo­krytą. Licząc się z moż­li­wo­ścią pod­sta­wie­nia nam „Saxona” przez pol­ski kontr­wy­wiad, prze­pro­wa­dzi­li­śmy wobec niego dwie… – Zaru­bin spoj­rzał w notatki – nie, trzy dobrze zapla­no­wane kom­bi­na­cje spraw­dze­niowe, które dały jed­no­znacz­nie nega­tywny wynik. Po ugrun­to­wa­niu wer­bunku „Sosna” pole­cił „Saxo­nowi” zde­cy­do­wane wyci­sze­nie jego otwar­cie pro­nie­miec­kich zacho­wań i gene­ral­nie powstrzy­ma­nie się od dekla­ra­cji poli­tycz­nych, co ten wyko­nał bez zastrze­żeń. Prze­szedł różne szcze­ble kariery woj­sko­wej. Ostat­nie sta­no­wi­sko pia­sto­wał w Głów­nym Inspek­to­ra­cie Woj­ska Pol­skiego jako kon­tro­ler w stop­niu puł­kow­nika, stan na sier­pień tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku. Przy­dział mobi­li­za­cyjny: Sztab Naczel­nego Wodza.

Zaru­bin był auten­tycz­nie prze­ko­nu­jący i spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego z przej­rzy­sto­ści swo­ich słów.

– W ciągu ośmiu lat „Saxon” prze­ka­zał nam sze­reg waż­nych danych doty­czą­cych pla­nów mobi­li­za­cyj­nych, dys­lo­ka­cji jed­no­stek, uzbro­je­nia Woj­ska Pol­skiego i innych. Szcze­gól­nie war­to­ściowe były infor­ma­cje o sta­nie armii pol­skiej w pasie wschod­nim, wysoko oce­nione przez nasz Sztab Gene­ralny i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina. „Sosna” otrzy­mał za to spe­cjalne podzię­ko­wa­nia kie­row­nic­twa par­tii.

– Jak rozu­miem, „Saxon” przez tyle lat nie zorien­to­wał się, dla kogo pra­cuje – wtrą­cił spo­koj­nie Fitin. – Jeżeli tak było, to chwała dla „Sosny”, ale jak uza­sad­nia­li­śmy nasze zain­te­re­so­wa­nie infor­ma­cjami doty­czą­cymi ZSSR? I dru­gie pyta­nie: czy ist­nieje moż­li­wość odkry­cia przed „Saxo­nem”, kto jest rze­czy­wi­ście jego part­ne­rem?

Beria się oży­wił i wpa­try­wał w Zaru­bina przez swoje pince-nez.