Trylogia Mocy i Szału 2. Szał - Anna Lewicka - ebook
Opis

Drugi tom Trylogii Mocy i Szału. Miłość kontra złowrogie przeznaczenie.

Alicja i Wiktor postanawiają związać swoje losy, jednak nikt nie spodziewa się konsekwencji wynikających z przeprowadzanego nad jeziorem rytuału. Tymczasem na organizowanej w ogrodzie bieszczadzkiego domu uroczystości, między Igą, kochającą dobrą zabawę siostrą Alicji, a przyjacielem Wiktora – tajemniczym ciemnowłosym Alexem, pojawia się niezaprzeczalny magnetyzm. Zbyt uparci, by się do czegokolwiek przyznać, i zbyt pragnący wolności, by się do kogoś przywiązać, ścierają się, przybliżają i oddalają od siebie, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że nikt wcześniej nie wzbudził w żadnym z nich tak silnych, choć czasem bardzo sprzecznych uczuć. Zaprzątnięci burzą emocji i wciągnięci w kryminalną intrygę, związaną z ciemnymi interesami, w które wydaje się wplątany Alex, nie zauważają nawet, że drzemiące w odmętach jeziora zło zdążyło już się uwolnić i czeka tylko na odpowiedni moment, aby się zamanifestować. Szał to książka, w której niepewność i negacja własnych uczuć przeplatają się z poszukiwaniem sensu i przynależności, a kontrola nad potęgą płynącą z mocy i szału nie zawsze okazuje się wystarczająca, by pokonać pojawiające się przeciwności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Dorota Matejczyk

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce: © Sofie Delauw/Cultura/Getty Images

© iprogressman/iStock/Getty Images Plus

Zdjęcie autorki: Wojtek Biały

Copyright © Anna Lewicka 2019

ISBN 978-83-7686-828-8

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019

konwersja.virtualo.pl

Dla Koła Gospodyń Piszących,

za burze mózgów i litry wypitej kawy

Playlista

1. Orkiestra św. Mikołaja – Pieśń Sobótkowa

2. Metallica – Wherever I May Roam

3. Nancy Sinatra & Lee Hazlewood – Summer Wine

4. Hozier – Take Me To Church

5. Royksopp & Robyn – Monument

6. First Aid Kit – My Silver Lining

7. Hey – A Ty?

8. Rage Against The Machine – Bulls On Parade

9. Riverside – #addicted

10. Feeder – Piece By Piece

11. Incubus – 11 A.M.

12. Bryce Fox – Horns

13. Elsa & Emilie – Au Volant

14. Coma – Sto Tysięcy Jednakowych Miast

15. Puscifier – The Humbling River

16. Happysad – Bez Znieczulenia

17. Coma – Trujące Rośliny

18. Nine Inch Nails – Meet Your Master

19. Halestorm – I Miss The Misery

20. SIA – Fire Meet Gasoline

21. How to Destroy Angels – A Drowning

22. Three Days Grace – I Hate Everything About You

23. Archive – Bullets

24. Florence + The Machine – Seven Devils

25. Blackfield – Blackfield

Rozdział 1

Koło Jana, koło Jana,

Tam dziewczęta się schodziły.

Sobie ogień nałożyły,

Tam ich północ ciemna naszła.

Orkiestra św. Mikołaja – Pieśń sobótkowa

Mówi się, że najciemniej jest zawsze przed samym świtem, a ta noc była tego najlepszym przykładem. Mimo że ciepła i cicha, najkrótsza w roku noc okazała się jednocześnie jedną z najciemniejszych. Kompletnie bezksiężycowe niebo było wprawdzie roziskrzone mnóstwem gwiazd rozrzuconych po nieboskłonie niczym migoczący, magiczny pył, jednak ich delikatny blask w najmniejszym nawet stopniu nie wystarczał, by rozświetlić ciemny las.

Pod osłoną gęstych koron drzew panowała całkowita ciemność. Jedyną jaśniejszą plamę stanowiła spokojna tafla jeziora, nad którą zaczynała powoli unosić się mgła. Pomimo braku wiatru ślizgała się po powierzchni mlecznobiałymi pasmami, jakby żyła własnym życiem.

Przyzwyczajone do ciemności oko ujrzałoby jednak na brzegu jeziora pozbawioną drzew, porośniętą gęstą, zieloną trawą połać, na którą właśnie wślizgiwał się znad wody język mgły, opływając siedem niewielkich kamieni tworzących krąg. Przed każdym z kamieni leżał upleciony z leśnych i polnych kwiatów oraz liści paproci wianek, a za nimi tkwiły wbite w ziemię, spore pochodnie, chociaż żadna z nich nie była zapalona.

Na samym środku stał ustawiony wcześniej spory głaz, uformowany na górze tak, by tworzył płaską powierzchnię.

Leżały teraz na niej jakieś wcześniej przygotowane przedmioty, zakryte na razie białą tkaniną.

W powietrzu dało się wyraźnie wyczuć wiszące ciężko oczekiwanie.

Nagle pomiędzy drzewami zapełgało jakieś światełko. Potem kolejne. I jeszcze jedno.

Niczym świetliki zabłysły pomiędzy szerokimi pniami, powiększając się, w miarę jak korowód postaci zaczął zbliżać się do kręgu nad jeziorem.

Przewodziła im trzymająca pochodnię smukła, starsza kobieta o rozpuszczonych siwych włosach i ciepłym wyrazie twarzy, która pomimo zmarszczek zachowała piękne rysy. Miała na sobie jedynie prostą, białą szatę. Podobnie ubrane były podążające za nią kobiety – różniły się od siebie wiekiem, wzrostem i posturą, ale wszystkie nosiły takie same, luźne, sięgające do ziemi białe stroje o długich, rozszerzających się rękawach. Wszystkie niosły też w rękach zapalone świece, które wraz z jasną pochodnią stanowiły jedyne źródło światła rozświetlającego atramentowy mrok nocy.

Za nimi podążała para, jako jedyna ubrana inaczej. Wysoki, brodaty mężczyzna miał na sobie spodnie i prostą, lnianą koszulę, a trzymająca jego rękę drobna dziewczyna o długich, rozpuszczonych włosach wyglądała jak leśna rusałka w swojej prostej, białej sukni i wianku na głowie. Wyglądała na zdenerwowaną, chociaż uśmiechała się szeroko i co chwila spoglądała na swojego towarzysza, który ściskał wtedy jej dłoń krzepiącym gestem, gładząc ją po wierzchu kciukiem.

Chłodna rosa zebrana na trawie moczyła bose stopy postaci, które po kolei zaczęły zajmować miejsca w kręgu.

Prowadząca cały korowód babcia sióstr Olszańskich weszła na środek i kropiąc najpierw woskiem na powierzchnię kamienia, zamocowała tam swoją świecę, po czym zdjęła białą serwetę, która przykrywała konieczne do przeprowadzenia rytuału przedmioty.

Przyjrzała się im, sprawdzając po raz ostatni, czy jest wszystko, co potrzebne. Przesunęła wzrokiem po dzbanuszku z wodą, w którym rozpuszczono sól i olejek hyzopowy, po sztylecie, napełnionym wodą kielichu i sznurze o siedmiu supłach.

Kiwnęła do siebie głową, po czym odwróciła się do Alicji i Wiktora, którzy stali przed nią, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy.

Tymczasem pozostałe kobiety podeszły ze świecami do ustawionych wcześniej pochodni, podpalając je od małych płomyków. Nasączone pochodnie momentalnie zajęły się ogniem, tworząc w ciemności lasu spore plamy światła. Każda ze zgromadzonych umieściła swoją świeczkę w jednym z leżących koło kamieni wianków, podnosząc go następnie i niosąc na brzeg jeziora. Jedna po drugiej, kucały przy wodzie, kładąc na niej swoje wianki.

Kiedy Iga popchnęła swój, płomyk świecy zapełgał lekko, ale nie zgasł. Uśmiechnęła się do jakiejś swojej myśli, wstając i spoglądając na moment na gwieździste niebo. Nów. Ależ się trafiło. Idealna pora na taki rytuał. Nowy księżyc, nowe początki. Energia nowiu, chociaż często niedoceniana, niosła w sobie silną moc, która potrafiła dawać wspaniałe efekty, jeśli tylko wiedziało się, jak z niej korzystać.

Na powierzchni wody unosiło się już siedem wianków, rozświetlając małymi promyczkami zamgloną taflę jeziora.

Zwykle wianki puszczane na wodę w noc świętojańską miały zupełnie inny cel niż te, które teraz chybotały się na wodzie. Patrząc na swój, Iga zastanowiła się przez chwilę, czy właściwie chciałaby tego, czego zwykle pragną dziewczęta, puszczając na wodę kwietne obręcze.

Odwróciła się w kierunku stojących na środku kręgu Alicji i Wiktora, którzy patrzyli sobie w oczy i zdawali się nie widzieć świata poza sobą. Uśmiechnęła się ze słodko-gorzką świadomością, że takie momenty jak ten, budziły tęsknotę za czymś, co w świetle dnia przestawało wydawać się jej równie magiczne i intrygujące, jak pod osłoną nocy, w świetle gwiazd i w porannej mgle oplatającej świat przed świtem niczym sen, który za chwilę opadnie.

Wróciła na swoje miejsce w kręgu jako ostatnia, ustawiając się pomiędzy sześcioma pozostałymi kobietami, rozglądając się po ich oświetlonych pochodniami twarzach, na których grały światła i cienie. Wszystkie były znajome, poza jedną. Poczuła ukłucie na myśl o tym, że nie było między nimi Sówki. Jej miejsce zajęła w kręgu kobiet mieszkająca na Pomorzu bratanica cioci Tereski, która należała do tamtejszego zaprzyjaźnionego kowenu. Iga nie znała jej zbyt dobrze, spotkała ją do tej pory chyba tylko raz i czuła przemożną gorycz spowodowaną tym, że niemal obca osoba musiała zastąpić Sówkę w tak ważnym dniu. Była zła na siostrę, chociaż teraz starała się opanować negatywne emocje. Chodziło przecież o Alicję, to było jej wydarzenie, jej święto, najpiękniejsza chwila jej życia. Idze zależało na szczęściu siostry, nawet jeśli zupełnie nie rozumiała jej potrzeby wiązania się z kimś w tak ostateczny, nieodwołalny sposób, w jaki Alicja bez cienia wątpliwości postanowiła związać się z Wiktorem. Iga nie wyobrażała sobie oddania w tej formie swojej wolności, nawet mając przed sobą perspektywę narodzin dziecka i założenia rodziny, czego zresztą też zupełnie nie potrafiła sobie wyobrazić.

Alicja jednak stała rozpromieniona, patrząc swojemu ukochanemu w oczy, niemal zahipnotyzowana.

Babcia skinęła, dając znak, że nadszedł czas, żeby rozpocząć rytuał. Zanim jednak można było przejść do samego stworzenia więzi, zgromadzone kobiety musiały najpierw uwolnić moc, która od stuleci tkwiła uśpiona na dnie jeziora.

Złapały się za ręce, po czym usiadły, opierając się plecami o ustawione w kręgu kamienie, i zaczęły cicho inkantować jednostajną, miarową melodię. Dla postronnego obserwatora wyglądały po prostu jak siedzące z zamkniętymi oczami kobiety – nikt, kto nie miał podobnych umiejętności, nie dostrzegłby, jak w chwili, kiedy na ustach każdej z nich po kolei zamierała nucona melodia, ciało astralne opuszcza fizyczne, ulatując w kierunku poruszających się po wodzie ogników.

Małe płomyki świec stanowiły dla nich swoiste kotwice w rzeczywistości, nadając kierunek astralnym bytom i nie pozwalając im się zagubić.

Unosiły się przez chwilę nad wodą, chwytając się za ręce i tworząc krąg wokół kołyszących się na wodzie wianków, po czym jednocześnie, w doskonałej synchronizacji opadły w dół, pod wodę.

Na dnie panowała kompletna ciemność, one jednak nie potrzebowały fizycznych oczu, żeby widzieć. Znalazły się w kręgu kamiennych głazów, poprzewracanych i na wpół zakopanych w piasku. Niemal całkiem pokryły je śliskie, zielone glony, a na przestrzeni wieków dno obrosło splątanymi wodorostami, oplatając długimi, liściastymi łodygami również same głazy.

Kobiety kiwnęły do siebie głowami i w tej samej chwili zaczęły monotonnym, miarowym tonem inkantować łacińskie słowa, chociaż w wodzie nie unosił się w rzeczywistości nawet najmniejszy dźwięk. Nie musiał. Moc nie potrzebowała fizycznej manifestacji, wręcz przeciwnie – zmysłowe wrażenia i przekonanie o tym, że jedyna istniejąca rzeczywistość jest materialna, stanowiły zwykle największą przeszkodę.

Pozornie nic się nie wydarzyło. Magia nie działała w efektowny sposób. Wokół kamieni nie zaczęły ni z tego, ni z owego tworzyć się wodne wiry, nic też nie rozbłysnęło ani nie zaczęło świecić magicznym blaskiem.

Unoszące się na dnie astralne postaci poczuły jednak, jak między głazami wzbiera uwolniona moc, przepływając do przygotowanych na brzegu kamieni.

Żadna z nich nie zauważyła jednak, że na samym dnie, między piaskiem i wodorostami, pod wielkim, kamiennym głazem, znajdującym się na samym środku, leżały niemal całkowicie zakopane ludzkie kości. Żadna z nich, skupionych na przekierowywaniu energii do nowo stworzonego na powierzchni kręgu, nie zwróciła uwagi, że pojawił się pomiędzy nimi jeszcze jeden astralny byt, który wyprysnął niezauważony ponad powierzchnię.

Nareszcie, po setkach lat oczekiwań, zapieczętowana wraz z magią kręgu wiedźma została uwolniona. Cierpliwie czekała w uśpieniu na ten właśnie dzień. Uniosła się nad wodę, widząc pod sobą dryfujące na powierzchni drobne płomyki świec umieszczonych w kwiecistych wiankach.

Musiała użyć całej swojej woli, żeby nie opaść z powrotem w wodną otchłań, w której spała przez wiele lat. Jej duch był słaby, bardzo słaby. Nie miała się czym karmić przez te wszystkie lata – naprawdę rzadko udawało jej się kogoś zwabić i utopić.

Niedawno… niedawno miała okazję, która umknęła jej sprzed nosa. Zorientowała się nagle, że czuje w pobliżu tamtą energię. Dokładnie tę samą. Zwróciła się ku brzegowi i dopiero teraz zobaczyła scenę na brzegu jeziora. Przemieściła się ponad oświetlony pochodniami krąg i zorientowała się, że ma pod sobą swoją niedoszłą ofiarę. Bardzo chętnie zadomowiłaby się w niej, ale wtedy, w jeziorze, kiedy dziewczyna tonęła, dotknęła już jej umysłu i wiedziała, że w obecnym stanie jest zbyt słaba, by go pokonać. Musiała wybrać inny.

Oprócz kapłanki i zawiązującej więź dziewczyny wszystkie pozostałe kobiety opuściły swoje ciała, co bardzo ułatwiało sprawę. Dotykała po kolei ich umysłów, szukając najodpowiedniejszego dla siebie miejsca. Oczywiście wcześniej czy później trzeba będzie stoczyć walkę, ale na razie zyska czas, by urosnąć w siłę i czekać na słabszą chwilę swojej gospodyni, pozwalając krok po kroku przejmować nad nią kontrolę. Wiedziała doskonale, jak to się robi – miała już naprawdę niemałe doświadczenie.

Wybór był spory. Dziewięć wiedźm. Jeden mężczyzna – nie, mężczyźni jej zupełnie nie interesowali. Dziesięć umysłów. Zaraz, zaraz… jedenaście. Robiło się ciekawie. Dotknęła malutkiego, jedenastego umysłu, po czym, po chwili namysłu, podjęła ostateczną decyzję i spłynęła w dół, zajmując miejsce w ciele, które wybrała. Tak, to był dobry wybór. Znalazła dla siebie idealne miejsce. Będzie teraz musiała trochę czasu odczekać, zanim uda jej się osiągnąć cel, ale jest cierpliwa. Przecież przeczekała już całe stulecia.

Kiedy kobiety zaczęły wracać do swoich ciał, duch wiedźmy, przytajony, spał niezauważony w swojej nowej siedzibie.

Mgła zaczęła unosić się coraz gęstszą zasłoną znad jeziora, osnuwając stopy zebranych w kręgu osób, unosząc się coraz wyżej, liżąc suknie i oplatając kamienny głaz. Powoli wstawał świt, malując niebo na wschodzie szarością i fioletem, kiedy stojąca w centrum kręgu starsza kobieta obmywała stojącą przed nią parę hyzopem i solą. W chwili, kiedy nakłuła opuszek palca Alicji, a kilka kropli krwi spadło do napełnionego wodą kielicha, pierwsze promienie słońca zabłysły między drzewami, przebijając się przez pasma mgły.

Tkanina sukienki dziewczyny była tak lekka, że we wstającym słońcu widać było obrys smukłego ciała, rysującego się pod białym materiałem. Alicja zadrżała, kiedy jej dłonie, splecione z rękami Wiktora, zostały obwiązane szorstkim sznurem.

– Niech moja moc okiełzna twój szał – powiedziała, unosząc się na palcach, żeby pomóc ukochanemu napić się z kielicha, w którym zmieszana została krew ich obojga. Wiele razy próbowała sobie wyobrazić, jak to będzie, kiedy nareszcie zostanie z nim połączona tą magiczną więzią, ale nie wyobrażała sobie nawet, że istniało cokolwiek, co mogło sprawić, że byłaby w stanie pokochać go jeszcze mocniej. Kochała go całą sobą, całą swoją duszą.

– Niech mój szał rozpali twoją moc. – Wiktor uśmiechnął się do niej, wypowiadając swoje słowa przysięgi, kiedy i ona uniosła do ust kielich.

Chociaż nie po raz pierwszy oglądał świt nad jeziorem, był pewien, że na zawsze zapamięta ten niezwykły, magiczny poranek. Nie uważał się za mężczyznę szczególnie romantycznego, ale piękno tej chwili dosłownie zapierało mu dech. Alicja wyglądała jak istota z innego świata, prawdziwa rusałka. Blask wschodzącego słońca rozmywał się w otaczającej ją mgle, opływając jej postać świetlistym nimbem. Światło przebijało się też przez pajęczynę jej rozpuszczonych włosów i bogaty kwietny wianek, tworząc aureolę wokół jej jasnej twarzy. Była najpiękniejszą istotą, jaką widział w swoim życiu.

– Niechaj się stanie – głos babci Alicji wyrwał go z zamyślenia.

Kobieta wyjęła z ich rąk kielich i uśmiechnęła się, kiedy Wiktor bez namysłu strząsnął z rąk sznur i uniósł dłonie do twarzy Alicji, żeby ją pocałować.

Ona objęła szyję mężczyzny, a on uniósł ją ponad ziemię, nie przestając całować. Alicja roześmiała się i przytrzymała wianek, kiedy opuścił ją z powrotem na mokrą od rosy trawę.

Zgromadzone dookoła kobiety zaczęły śmiać się i bić brawo, podchodząc do Alicji i Wiktora. Zanim jeszcze zrobił to ktokolwiek inny, Iga podkasała swoją białą, mokrą od trawy szatę i podbiegła do nich, od razu rzucając się roześmianej, zarumienionej z emocji siostrze na szyję.

– Bądź szczęśliwa, kochana! – Uściskała ją z całej siły.

Rozdział 2

A droga staje się moją panią i wybranką

Prócz mej dumy nie potrzebuję niczego,

W jej ręce więc składam los życia mojego,

Ona zaś słodko mnie całuje,

Daje wszystko, czego potrzebuję.

Metallica – Wherever I May Roam

Duży, czarny motocykl pędził między porośniętymi zbożem polami z prędkością o wiele większą, niż pozwalały na to przepisy i stan asfaltowej nawierzchni. Łata na łacie, dziura na dziurze. Alex nie miał jednak zbyt dużego wyboru. I tak był już spóźniony. Na ślub własnego przyjaciela, psia jego mać.

Wprawdzie wiedział, że Wiktor miał świadomość, jak wygląda jego życie, i jako jedna z niewielu osób orientował się, czym Alex się zajmuje, ale w tej sytuacji nie było to żadne wytłumaczenie. Tym bardziej że przyjaciel nigdy nie miał pretensji o to, jak wiele ich wspólnych planów brało w łeb z tego powodu. Alexowi zdarzało się już, że odbierał telefon w najmniej spodziewanych momentach i po prostu, bez słowa, znikał. Pół biedy ostatnia majówka – chłopaki mogli spokojnie kontynuować imprezę bez niego – ale kiedyś dostał telefon, kiedy naciągali z Wiktorem żagiel na łódce, gdzieś na środku jeziora. Musieli skończyć swoją długo wyczekiwaną wyprawę w ekspresowym tempie, a on już wsiadał na motocykl i zasuwał z powrotem z Mazur do tej cholernej Warszawy, ledwo tylko wyskoczył z łajby na keję, zostawiając Wiktora z całym tym majdanem. On nawet tego nie skomentował, tylko kazał grzać do roboty. Alex był mu za to dozgonnie wdzięczny.

A teraz miałby nie dotrzeć na czas na jego ślub? Niedoczekanie. Dokręcił manetkę jeszcze mocniej.

Miał się zjawić nad ranem, żeby pomóc w przygotowaniach, a dochodziło południe. Na szczęście już był blisko, ale przecież musiał jeszcze pojechać odebrać tort.

Na ostatniej stacji benzynowej, na której się zatrzymał, walnął sobie jeszcze dwa energetyki, żeby się postawić na nogi. Nie była to bynajmniej jego pierwsza nieprzespana przez robotę noc.

Myślał, że rozwali telefon o ścianę, kiedy poprzedniego dnia dostał wezwanie od bossa. Facet doskonale wiedział, że Alex ma plany, a i tak wezwał go na jakąś akcję, która koniec końców okazała się tylko jakimś nieważnym spotkaniem z nic nieznaczącym lamerem z miasta. Nie potrzebował do tego ochrony, a już na pewno nie potrzebował Alexa. Tym bardziej wpieniło go, że ta sytuacja była w oczywisty sposób jedynie próbą jego lojalności i pokazaniem mu miejsca w szeregu, jakby Decha chciał mu udowodnić, że cokolwiek by się w jego życiu działo i jakkolwiek byłoby to ważne, robota zawsze ma być na pierwszym miejscu. Przez kolejne kilka godzin był zmuszony do udawania, że dobrze się bawi, siedząc w zadymionym klubie i obserwując tancerki wijące się wokół łysiejącego grubawego faceta. Tamten nie wypuścił go aż do czwartej nad ranem, mimo że przez resztę nocy nie działo się nic, do czego Alex mógłby być przydatny.

– Szefie, ale tak tylko uprzedzam, że rano jadę do rodziny – oznajmił grzecznie, choć stanowczo, kiedy Decha postanowił zwinąć imprezę. – To jest daleko, więc może być mi ciężko się zjawić, jakby coś się działo.

Tamten tylko roześmiał się jowialnie, poklepując Alexa po plecach.

– Chłopaku, no coś ty, przecież my tu jesteśmy twoją rodziną i wiemy doskonale, że dla rodziny trzeba robić wszystko. Jedź i baw się dobrze!

Przekaz był jasny i każdy z nich o tym wiedział.

Niemniej jednak Alexowi wydawało się, że po tej demonstracji powinien raczej mieć spokój przynajmniej na czas ślubu i wesela. Z Dechą jednak nigdy nie wiadomo, facet potrafił być naprawdę nieprzewidywalny. Zresztą jego ksywa nie wzięła się znikąd. Jeszcze w czasach zawodówki, kiedy był chłopakiem, pierdolnął kiedyś dechą w kark komuś, z kim miał zatarg. Tłukł go potem tą deską do nieprzytomności i w efekcie poszedł siedzieć za ciężkie uszkodzenie ciała. Niewiele potrzeba było, żeby koledzy z celi zaczęli wołać na niego Decha. Zostało do dziś.

Kiedy w końcu Alex wjechał na podwórko Wiktora, stało tam już kilka samochodów. Widział z daleka, że w ogrodzie za domem kręciło się sporo ludzi, ale nie miał czasu iść się przywitać. Zsiadł z motocykla, zdejmując kask.

Ubrany w elegancki garnitur Gustav właśnie wyciągał coś z bagażnika samochodu.

– No, jesteś wreszcie.

Uścisnął się z Gustavem po męsku, nie czas na dłuższe rozmowy. Wprawdzie dawno się już nie widzieli, ale wiedział, że przecież zdążą jeszcze pogadać.

– Słuchaj, muszę jeszcze po tort pojechać. Obiecałem. Pożycz samochód, bo przecież inaczej się nie zabiorę – nie owijał w bawełnę.

Gustav zamknął bagażnik i podał mu kluczyki.

– Dzięki stary, powiedz Wiktorowi, że zaraz jestem z tortem – poprosił, wsiadając za kierownicę białej terenówki.

Kwadrans później wchodził już do niewielkiej, pachnącej mąką i ciepłym chlebem piekarni. O tej godzinie półki z pieczywem świeciły pustkami, jedynie lodówka ze słodkościami była nadal pełna kolorowych ciast, torcików i przystrojonych owocami babeczek.

– Pani Mario, dzień dobry! – zawołał, nie zważając na dźwięk dzwoneczka, który go przed chwilą zaanonsował.

– Idę, idę – usłyszał z zaplecza, a po chwili za ladą pojawiła się korpulentna kobieta, na której twarzy rozkwitł szeroki uśmiech, kiedy tylko zobaczyła czekającego na nią postawnego bruneta w skórzanej kurtce i motocyklowych spodniach. – Panie Olku! – wykrzyknęła z ulgą, składając ręce na pokaźnej piersi. – No nareszcie! Już się martwiłam, kto młodym tort zawiezie!

Alex uśmiechnął się w odpowiedzi. Bawiło go trochę, że nazywa go panem Olkiem, bo nikt tak do niego nie mówił, nawet własna matka.

– Pani Mario, na mnie to jak na Zawiszy! – Mrugnął do niej okiem.

– Wiem, wiem, panie Olku! – zawołała. – Może pan sobie usiądzie przy stoliku i wypije kawkę, a ja wszystko naszykuję.

– Pani Mario, ja to dzisiaj na jednej nodze, pani rozumie, czas goni.

Blondynka machnęła ręką, kiwając głową z udawaną dezaprobatą, chociaż uśmiech nie zniknął z jej oczu.

– Wy, młodzi, to się zawsze tak wszędzie śpieszycie. – Poprawiła fartuch i nalała ze stojącego w rogu ekspresu kawy do kartonowego kubeczka. – Jak pan nie chce porządnej, to niech się pan chociaż takiej napije, przecież widzę, że pan zmęczony jest.

Pomyślała, że chłopak wygląda, jakby przynajmniej całą noc nie spał. Kiwnął głową z wdzięcznością.

– Długo jechałem – potwierdził.

Prychnęła.

– I pewnie pan głodny jeszcze? – Sięgnęła za witrynę z wypiekami, kładąc przed nim na serwetce bułkę z francuskiego ciasta. – Niech pan chociaż kapuśniaczka zje, a ja zaraz wracam z tortem.

– Pani to jest niezastąpiona! – wykrzyknął za nią Alex, kiedy szła na zaplecze, i usłyszał, jak kobieta śmieje się tylko w odpowiedzi.

Alex wprawdzie nie przyjeżdżał do Wiktora wyjątkowo często, ale zawsze, kiedy tu bywał, odwiedzał tę piekarnię. Mieli tu naprawdę dobre pieczywo, takie, jakiego nie dostałby nigdzie w Warszawie. Zajadał się potem w domu Wiktora grubymi pajdami z samym masłem, żeby poczuć smak chleba.

Pani Maria z kolei polubiła go od chwili, kiedy go poznała. Oczywiście, że zaintrygował ją ten młody człowiek, który przyszedł do jej sklepu z panem Wiktorem, a z jego twarzy zdawał się nie znikać uśmiech. Zaglądał od tamtej pory od czasu do czasu i zawsze chwalił pod niebiosa jej wypieki, a kiedy wyjeżdżał od pana Wiktora, zawsze kupował zapas pieczywa, które zabierał ze sobą do Warszawy. Musiała przyznać, że jej to pochlebiało. Ale ostatecznie zdobył jej względy, kiedy któregoś razu po wejściu do sklepu zapytał ją o okropne, niecenzuralne bazgroły, wypisane czarnym sprejem na elewacji. Kiedy zaczęły się pojawiać, pani Maria na początku próbowała je zamalowywać farbą, ale po pewnym czasie dała sobie spokój, bo co rusz pojawiały się nowe. Nie była zresztą jedyna – właściciele okolicznych sklepów narzekali na bandę miejscowych niedorostków. Wszyscy wiedzieli kto to, ale nikomu nie udało się ich doprowadzić do porządku.

A kiedy opowiedziała o tym panu Olkowi i pokazała mu bandę młodzików pijących piwo na ławeczce pod spożywczym po drugiej stronie ulicy, zupełnie nie spodziewała się z jego strony reakcji, która nastąpiła. Grzecznie ją przeprosił, stwierdzając, że on w takim razie porozmawia z delikwentami, po czym wyszedł z piekarni i zdecydowanym krokiem przeszedł na drugą stronę ulicy.

Stojąc przy witrynie z rękami splecionymi na piersi, w obawie o pana Olka, obserwowała, jak mężczyzna do nich podchodzi. Nie wiedziała, co im powiedział, ale kilku z nich wstało z ławeczki i podeszło do niego z prowokacyjnie zaciśniętymi pięściami. On zrobił tylko dwa kroki do jednego z nich i zawisł nad nim ze złą miną, mówiąc coś do niego przez zęby, po czym tamten zmalał w sobie, a w tej samej chwili piórka jakby opadły również całej reszcie miejscowych łobuzów. Nie wierzyła własnym oczom. Ani uszom, kiedy pan Olek wrócił do niej i z szerokim uśmiechem oznajmił, że koledzy nie będą już więcej niszczyć jej sklepu i obiecali naprawić szkody.

Faktycznie, następnego dnia zjawili się z wiadrem farby i nie dość, że zamalowali napisy, to jeszcze odnowili jej całą elewację.

Kiedy następnym razem zapytała pana Olka, co im powiedział, mrugnął tylko do niej.

– Pani Mario – stwierdził – ja im tylko przemówiłem do rozsądku.

Od tamtej pory zawsze stawiała mu na koszt firmy kawę i ciastko. Za pierwszym razem upierał się, żeby zapłacić, ale kategorycznie odmówiła. Uśmiechnął się i podziękował, wypił kawę przy jedynym stoliku stojącym obok sklepowej witryny, po czym wychodząc, zostawił jej napiwek wart więcej niż kawa i ciastko. I do dziś robił to za każdym razem, kiedy je dostawał.

Niemożliwy chłopak. A przystojny jak sam diabeł.

– Ile za wszystko? – zapytał, odbierając ogromny pakunek.

– Niech pan za tort tylko zapłaci, kawa i bułka ode mnie.

– Pani ma naprawdę złote serce – wyszczerzył się w uśmiechu, wyciągając portfel z wewnętrznej kieszeni kurtki.

– Panie Olku, jak pan się uśmiechnie, to od razu dzień się milszy robi. – Zaśmiała się perliście w odpowiedzi. – Pan tego nie mówi panu Wiktorowi, ale on to zawsze taki mruk. Dobrze, że się żeni, ja tam zawsze mówiłam, że mu kobieta na gospodarstwie potrzebna, żeby taki sam jak palec nie siedział. Dobrze, że teraz ma tę swoją Alutkę. – Pokiwała głową. – Taki z niej promyczek. Młoda jest, ale to może dobrze, teraz się ludziom w głowach poprzewracało, studia chcą robić, karierę, a potem już za późno.

Alutka, uśmiechnął się do siebie Alex. Już uznali ją za swoją. Ludzie tutaj naprawdę żyli zupełnie inaczej niż w mieście. Nie byłby w stanie tak funkcjonować na co dzień, ale lubił się w tym zanurzyć raz na jakiś czas, kiedy przyjeżdżał do Wiktora. Czuł się, jakby wkraczał w zupełnie inny świat, zostawiając za sobą całą swoją rzeczywistość. Wprawdzie to był azyl jego przyjaciela, ale potrafił zrozumieć, czemu go wybrał i sam chętnie korzystał z niego od czasu do czasu.

– Też uważam, że to dobrze, że ją sobie znalazł – potwierdził.

– Panie Olku, ale niech pan powie – nachyliła się do niego konspiracyjnie – a oni ślub kościelny to wezmą? No bo jak to tak; dziecko zaraz będzie, przecież ochrzcić trzeba.

Alex rozłożył ręce z zatroskaną miną, chociaż w duchu chciało mu się trochę śmiać. Po Alicji zupełnie nic nie było jeszcze widać, a jednak jakimś cudem wszyscy w okolicy już najwyraźniej wiedzieli o całej sytuacji.

– Nie mam pojęcia, pani Mario, co oni tam sobie planują.

– A pan, panie Olku? – Zaśmiała się. – Dla pana też już chyba najwyższa pora, żeby się ożenić, prawda? – Mrugnęła do niego żartobliwie.

Roześmiał się serdecznie.

– Niech mnie pani jeszcze nie obrączkuje, pani Mario, jeszcze mam czas.

Poklepała go po dłoni matczynym gestem.

– Wszystkim się tak wydaje, panie Olku. – Spojrzała mu w oczy trochę poważniej, jakoś tak melancholijnie. – Wszystkim tak się wydaje – westchnęła.

Chciała chyba jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie rozległ się zawieszony przy drzwiach dzwoneczek, a do piekarni wszedł kolejny klient.

Pani Maria uśmiechnęła się ponownie.

– Nie trzymam pana, niech pan pędzi z tym tortem – stwierdziła. – I niech pan życzy młodym najlepszego na nowej drodze życia!

– Na pewno nie zapomnę, do zobaczenia, pani Mario! – zawołał na odchodne, otwierając sobie drzwi łokciem i odpychając je plecami, żeby nie uszkodzić zawartości wielkiego białego pudła.

Okazało się, że tort zajął całe siedzenie pasażera. Alex wolał nie wkładać go do bagażnika, tylko na wszelki wypadek mieć na niego oko. Jechał z powrotem bardzo ostrożnie – tylko tego brakowało, żeby teraz jeszcze go uszkodził.

Kiedy dojechał na miejsce, była już jedenasta. Została mu godzina na szybki prysznic i przebranie się. Na styk.

Wszedł do domu z wielkim pudłem, rozglądając się dookoła w pełnym ludzi domu.

– Pani Iwonko! – zaczepił śpieszącą się gdzieś mamę Wiktora.

– O, Alex! – odwróciła się w jego stronę kobieta w eleganckim, kremowym kostiumie.

– Co mam zrobić z tym tortem? – zapytał.

Mama Wiktora rozejrzała się i złapała za rękę przechodzącą właśnie obok dziewczynę.

– Przekaż świadkowej – rzuciła z przepraszającym uśmiechem. – Muszę lecieć znaleźć urzędnika.

W stronę Alexa odwróciła się brunetka w długiej, pudrowej sukience bez ramiączek. Na jej twarzy malowała się mieszanka ulgi i stresu. Zastanawiał się, kim właściwie była – słyszał, że Alicja ma jakieś siostry, więc najbardziej logiczne byłoby, gdyby świadkową została właśnie jedna z nich, ale ta dziewczyna z czarną grzywką i lekko podkręconymi, rozpuszczonymi włosami, zupełnie nie przypominała narzeczonej Wiktora. Może jakaś przyjaciółka?

– Tort? – spytała krótko, nie patrząc nawet specjalnie, kto go przyniósł. – Postaw, proszę, na stole, ja się tym zajmę.

– Cześć, sorry za obsuwę. – Alex przywitał się, stawiając przyniesione pudło na blacie kuchennym z pewnym poczuciem ulgi, że przekazał je w inne ręce.

Iga przeniosła na niego wzrok.

– Tak w ogóle jestem Alex.

– Wiem. – Pokiwała głową.

Spojrzał na nią rozbawionym wzrokiem.

– Chyba nie mieliśmy okazji się poznać.

Westchnęła, wyciągając w jego kierunku dłoń uprzejmym, chociaż odrobinę sztywnym gestem.

– No tak. Iga – przedstawiła się. – A wiem, bo wszystko to organizowałam. – Podniosła palec i zrobiła nim kolisty ruch, wskazując na wszystko dookoła.

Oczywiście, że wiedziała, kim jest. Zdążyła się już nieźle zestresować, bo zgodnie z przewidywaniami świadek miał przyjechać z tortem z samego rana. Kiedy dochodziła jedenasta, zaczęła już poważnie rozważać alternatywne scenariusze na wypadek, gdyby się nie pojawił na czas – w końcu do ceremonii została raptem godzina. Pomyślała sobie, że rozszarpie na strzępy tego całego Alexa, jeśli nawali i nie przyjedzie. Całe szczęście zjawił się już chwilę później, zanim jeszcze Iga postanowiła wprowadzić w życie plan B i szukać dla niego zastępstwa wśród znajomych Wiktora.

Nadal była na niego trochę zła – mógł w końcu jakoś uprzedzić! Niemniej jednak, kiedy już wszedł z tym tortem, poczuła ulgę i stwierdziła, że przecież nie ma o co kruszyć kopii i robić afery, a już na pewno nie w takim dniu. Najważniejsze, że był na miejscu.

Otaksowała go od stóp do głów, kiedy złapał jej dłoń w geście powitania krótkim, mocnym uściskiem.

Więc tak wyglądał ten świadek Wiktora. Wprawdzie nadal była na niego wkurzona – nawet jeśli nie chciała tego manifestować – ale musiała przyznać, że okazał się naprawdę niczego sobie. Miał mocno zarysowaną szczękę z lekkim, kilkudniowym zarostem i uśmiechał się do niej oczami spod wyraźnej linii brwi.

Miał na sobie motocyklowe spodnie z ochraniaczami na kolanach i ciężkie, czarne buty. Na T-shirt zarzucił wyraźnie już znoszoną skórzaną kurtkę.

– Pójdziesz się przebrać? – spytała, unosząc brwi. – Czas nas goni.

Zmrużył oczy, patrząc na nią, ale nie skomentował tego w żaden sposób.

Przygładziła dłońmi lekki tiul spódnicy. Sukienka sprawiała romantyczne i eleganckie wrażenie, ale chłodne oczekiwanie w spojrzeniu dziewczyny kontrastowało z tym wizerunkiem.

Iga przeniosła na chwilę wzrok na tort, ale kiedy podniosła spojrzenie znad pudła, zobaczyła już tylko plecy wbiegającego po kilka stopni na górę faceta. Na skórzanej kurtce widniało naszyte logo klubu motocyklowego z wielką czarną czaszką na białym tle. Black Skulls. Ciekawe.

Wzruszyła ramionami i odwróciła się, zaglądając z ciekawością do opakowania. Tort miał być prezentem od świadka, więc nie mieszała się zupełnie w to zamówienie. Ściągnęła usta z zastanowieniem – wyobrażała sobie chyba, że będzie prezentował się trochę inaczej. Nie wyglądał źle, tylko trochę... zwyczajnie. Niespecjalnie pasował do przygotowanego przez Igę wystroju, ale nie było już czasu się nad tym zastanawiać. Trudno, zostanie taki, jaki jest. Miała nadzieję, że jak przyjdzie czas na tort, będzie już na tyle ciemno, a goście okażą się na tyle wstawieni, że nikt nie zwróci uwagi na to, że weselne ciasto nie wygląda perfekcyjnie. Oby chociaż okazał się smaczny.

Otworzyła lodówkę. Była pełniutka. Jęknęła załamana i pobiegła do spiżarni, gdzie na szczęście stała druga lodówka. W kilku ruchach opróżniła ją na tyle, żeby zrobić w niej miejsce na tort.

– Ted! – zawołała głośno, wyglądając na zewnątrz i szukając wzrokiem ojca.

Wypatrzyła go przez otwarte drzwi wejściowe, palącego papierosa na ganku.

– Ted, chodź proszę, pomóż mi przenieść ciasto do lodówki! – zwróciła się w jego stronę, przywołując go gestem ręki. – Bo bita śmietana zaraz spłynie w ten upał.

Szpakowaty mężczyzna pokiwał głową i zgasił papierosa w stojącym obok słoiku, wypełnionym już dość pokaźną stertą petów.

– Gdzie ten tort? – zapytał, wchodząc do środka i roztaczając wokół siebie chmurę papierosowej woni.

Ledwo Iga zdążyła mu pokazać, gdzie przenieść pudło, w otwartych na ogród drzwiach balkonowych zjawiła się mama Wiktora, wołając wszystkich na zewnątrz. Iga sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić godzinę.

– Pospiesz się, Ted! – zawołała z uśmiechem. – Bo twoja mała córeczka zaraz wychodzi za mąż!

Rozdział 3

Truskawki, wiśnie i anioła dotyk w snach

to moje letnie wino ma właśnie taki smak.

Zabierz tych ostróg blask i dołącz do mnie dziś,

by razem ze mną letnie wino pić.

Nancy Sinatra & Lee Hazlewood – Summer Wine

Iga skinęła do Teda głową, pokazując mu gestem, żeby już poszedł zająć miejsce, a sama stanęła w otwartych drzwiach balkonowych, po raz ostatni omiatając wzrokiem cały ogród, żeby sprawdzić, czy wszystko znajduje się na swoim miejscu.

Włożyła sporo czasu i pracy, żeby wszystko wyglądało jak z obrazka, i trzeba stwierdzić, że udało jej się osiągnąć naprawdę niezły efekt.

Alicja na początku mocno oponowała, utrzymując, że i tak chcą zaprosić na ślub jak najmniej osób i że ona nie planuje bynajmniej niczego wystawnego ani przypominającego tradycyjne polskie wesela, czemu Iga zresztą skwapliwie przytaknęła. Okazało się jednak, że kiedy Iga poprosiła o wypisanie wszystkich gości, to chociaż Alicja twierdziła, że zapraszają jedynie kilka najbliższych osób, na liście nagle pojawiło się pięćdziesiąt nazwisk. No właśnie. Wprawdzie nie czyniło to planowanej uroczystości weselichem z wielką pompą, ale gości okazało się tak dużo, że wymagało trochę większych przygotowań. Iga uważała, że to idealna liczba osób na elegancką, kameralną uroczystość.

Jej siostra próbowała ją jeszcze powstrzymać, przypominając o braku funduszy, ale Iga tylko spojrzała na nią z politowaniem, po czym zadzwoniła do Teda.

Ojciec, co było do przewidzenia, w pierwszej chwili zareagował sporym zaskoczeniem, ale kiedy tylko minął mu pierwszy szok, od razu zadeklarował wszelką potrzebną pomoc. Pomoc, która, czego Iga się dobrze spodziewała, ograniczała się w zasadzie do zaoferowania potrzebnych środków finansowych i przyjechania na samą uroczystość. Oczywiście nie zamierzała przesadzać, ale – prawdę powiedziawszy – nie liczyła się specjalnie z kosztami. I nie przyznawała się Alicji nawet do połowy wydatków. Wprawdzie Ted w pewnym momencie chciał trochę przykręcić kurek, ale dał się jakoś uprosić pod warunkiem, że ograniczy Idze budżet na następne miesiące. No, ale w końcu czego się nie robi dla młodszej siostry?

Zresztą miała przecież niewiele ponad miesiąc na wszystkie przygotowania, co niejednokrotnie mocno windowało ceny – wynajęcie DJ-a, fotografa, zorganizowanie cateringu i firmy przygotowującej namioty i parkiet przy tak krótkim terminie graniczyło niemal z cudem. Wszystko działo się w naprawdę szalonym tempie. Iga sama wprawdzie nie wyobrażała sobie, jak można było podjąć decyzję o ślubie tak szybko, ale rozumiała, co kierowało Alicją, nawet jeśli jej własne podejście do takich rzeczy było zupełnie inne. Musiała jednak przyznać, że pasowali do siebie z Wiktorem jak mało kto, a do tego wszystkiego dochodziła jeszcze cała ta sytuacja z więzią, przeznaczeniem i słowiańskimi mitami. Nie żeby to do końca przemawiało do Igi, ale na pewno ostatecznym argumentem było mające przyjść na świat dziecko. Co jak co, ale nawet jeśli sam fakt ślubu w ciąży zupełnie jej nie ruszał, to zdecydowanie uważała, że ze względów czysto estetycznych było dużo lepiej, żeby na zdjęciach ślubnych Alicja prezentowała szczupłą sylwetkę. Na szczęście, przynajmniej do tej pory, zupełnie nie było po niej widać, że spodziewa się dziecka. Co najwyżej zrobiła się odrobinę krąglejsza na twarzy i nabrała bardziej kobiecych kształtów, ale różnica była tak naprawdę subtelna. Może Iga zwróciłaby na nią większą uwagę, gdyby rzadziej widywała siostrę, jednak choć Alicja już kilka tygodni wcześniej przeniosła się na dobre do Wiktora, Iga bywała u nich stosunkowo często ze względu na organizację uroczystości.

W każdym razie ostatecznie efekt ślubnych przygotowań okazał się zdumiewająco udany.

Iga przez kilka dni bez przerwy siedziała na Pintereście, szukając pomysłów na rustykalny ślub. Przejrzała całe mnóstwo altan ślubnych w stylu boho, leśnych dekoracji i wystroju w hipisowskim stylu, zanim zdecydowała się, co będzie najlepiej pasowało do tutejszej, bieszczadzkiej okolicy.

Ogród na tyłach stojącego w lesie domu Wiktora okazał się bardzo wdzięcznym miejscem na urządzenie takiej uroczystości. Z jednej strony był wystarczająco zadbany, a z drugiej miał w sobie naturalny urok, którego zwykle brakowało wymuskanym obiektom na przedmieściach Warszawy, w których Iga do tej pory bywała na urządzanych pod gołym niebem przyjęciach. No i do tego wszystkiego mogła wykorzystać stolarskie umiejętności Wiktora, którego zapędziła do realizacji swojej wizji.

Teraz patrzyła na wzniesiony z tyłu ogrodu łuk weselny, zbity z ciemnych, drewnianych belek, oplecionych liściastymi pędami, kwiatami i cienkimi brzozowymi gałązkami. Prowadził do niego długi chodnik rozłożony na trawie między prostymi, drewnianymi ławkami, zbitymi z tego samego drewna, ozdobionymi dzikimi kwiatami.

Po bokach ławek ustawione zostały lampiony, które wisiały też wszędzie dookoła na drzewach, na razie dając uroczy, rustykalny efekt, żeby później w nocy oświetlić cały ogród miękkim, ciepłym światłem.

Bliżej domu przygotowany już był spory, biały namiot, pod którym postawione zostały dwa bardzo długie, drewniane stoły, każdy nakryty na ponad dwadzieścia osób i udekorowany w podobny sposób, co ławki, stroikami z liści i polnych kwiatów.

Czasu na to wszystko było niewiele, dlatego też Iga poświęciła na przygotowania wszystkie swoje siły. I wszystkich członkiń kowenu. No, oprócz jednej. Zachmurzyła się na myśl o Sówce, która – ledwo usłyszała o całej sytuacji – stwierdziła kategorycznie, że nie ma zamiaru w tym wszystkim uczestniczyć. Z początku Idze wydawało się, że chodzi tylko o przygotowania, ale naprawdę nie spodziewała się, że Sówka odmówi nawet samego udziału w rytuale. Widziała, jak przykro było z tego powodu Alicji i jak przez reakcję najstarszej siostry bez przerwy płakała przez pierwsze dni po powrocie z majówki – nocami w poduszkę w swoim pokoju, a całymi dniami, wisząc z Wiktorem na telefonie. Iga starała się jakoś ją pocieszać, ale dobrze wiedziała, że to nic nie da. Przez te ostatnie lata Sówka pozostawała dla Alicji kimś o wiele więcej niż tylko siostrą, odkąd po wypadku rodziców w zasadzie zastąpiła jej matkę. Wydawało się wręcz nie do pomyślenia, że miałaby się nie zjawić na jej ślubie. A jednak. Zawzięła się w sobie i nic jej nie przekonało; ani Iga, ani babcia, ani Ted, ani nawet łzy Alicji.

Iga wciąż była zszokowana reakcją Sówki i naprawdę zła. Dobrze wiedziała, jak bardzo jej siostra przeżywała zdarzenie z dzieciństwa, ale niemiłosiernie zdenerwowało ją to, że uparła się jak osioł i nawet nie próbowała się przemóc. Przecież chodziło o Alicję! W końcu jeśli nawet tak bardzo się obawiała berserkerów, to co niby miało jej grozić w środku wesela? Iga miała przecież sama okazję poznać tych facetów i jakoś wróciła do domu w jednym kawałku.

Jasne, rozumiała emocje Sówki, ale że ta nawet nie próbowała się wytłumaczyć, a jedynie zarzuciła Alicji bezmyślność i stwierdziła, że nie będzie brać udziału w takiej farsie. Farsie! Naprawdę, tym był dla niej ślub siostry?

Dzisiaj zaś widziała, że choć Alicja starała się tego nie okazywać, nieobecność Sówki naprawdę kładła się cieniem na tym dniu. Cóż, przynajmniej ona nie powinna teraz pokazywać po sobie, jak bardzo nadal była wściekła na starszą siostrę.

Z drugiej strony, niezwykle cennym gestem wobec Alicji okazała się obecność rodziców, którzy od lat nie znaleźli się w tym samym pomieszczeniu, a jednak teraz bez mrugnięcia tolerowali wzajemnie swoją obecność na uroczystości. Iga to naprawdę doceniała.

Zauważyła, że urzędnik już czeka, więc podeszła szybkim krokiem, ustawiając się przy drewnianym łuku po stronie Alicji.

Ted usiadł właśnie w pierwszym rzędzie, najbliżej państwa młodych. Zawsze lubił być w centrum wydarzeń, uśmiechnęła się pod nosem Iga.

Mama z kolei siedziała na wózku dokładnie po drugiej stronie ławki, jak zwykle nie odzywając się zupełnie, ale na jej twarzy widać było cień uśmiechu. Przyglądała się Alicji; nie patrzyła w przestrzeń, jak to zwykle miała w zwyczaju. Babcia trzymała jej dłoń, położywszy swoją rękę na jej kolanach. Na twarzy kobiety malowało się wzruszenie.

Nikt w rodzinie nie spodziewał się, że Alicja wyjdzie za mąż jako pierwsza z sióstr, i to jeszcze w takim wieku, ale babcia całym sercem czuła, że wnuczka robi właściwą rzecz. Jeśli nie byłaby do tego przekonana – gdyby poznawszy Wiktora, miała choćby najmniejsze wątpliwości – zrobiłaby wszystko, żeby odwieść Alicję od takiej decyzji. Ostatecznie, kiedy dziewczyna oznajmiła, że jest w ciąży, babcia bez chwili wahania stwierdziła, że już nie z takimi rzeczami sobie radziły w tym domu i że zrobi co w jej mocy, żeby pomóc Alicji wychować to dziecko. Okazało się jednak, że mężczyzna stanął murem za Alicją i zapewnił babcię, że zamierza zadbać o nią i stworzyć z nią rodzinę. Wszystko zresztą wskazywało na to, że jej wnuczka chciała dokładnie tego samego. Zawsze uważała ją za racjonalną dziewczynę, pomimo młodego wieku, i w tym wypadku też się nie zawiodła. Mimo dość lekkomyślnej – jakkolwiek na to spojrzeć – wpadki, szybko ułożyła sobie nowy plan, uwzględniający nawet zaoczne studia informatyczne i własną firmę. Wprawdzie babcia nie rozumiała tych wszystkich komputerów Alicji, ale nigdy nie wątpiła, że ze swoimi umiejętnościami dziewczyna poradzi sobie w każdej sytuacji.

Iga patrzyła tymczasem, jak mama Wiktora pogania wszystkich zgromadzonych, żeby już siadali, i uśmiechnęła się do siebie w duchu, widząc, jak ławki się zapełniają. Musiała przyznać, że goście dopisali. Wprawdzie wydawało jej się, że z ich strony przybyło więcej osób, ale przecież cały kowen był sporą grupą, a oprócz samych jego członkiń przyjechali też ich mężowie i partnerzy, oraz inne osoby z rodziny. No i oczywiście bliźniaczki, przyjaciółki Alicji. Niemniej jednak Iga znała już większość twarzy gości przybyłych ze strony Wiktora; nie kojarzyła jedynie niektórych członków jego rodziny. Zanotowała jednak obecność wszystkich jego przyjaciół, których poznała na majówce – Janusz pojawił się ze swoją partnerką Barbarą, a Paweł zabrał swoją uroczą żonę. Obie kobiety zresztą również zaangażowały się w pomoc przy organizacji przyjęcia. Bardzo je lubię, pomyślała, uśmiechając się do biuściastej Basi, poprawiającej właśnie wydekoltowaną sukienkę mini.

Iga zamknęła na moment oczy i wystawiła twarz w kierunku lazurowobłękitnego nieba. Uśmiechnęła się błogo, kiedy poczuła ciepłe promienie czerwcowego słońca na swojej skórze.

Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, jak w jej kierunku śpiesznym krokiem podchodzi Alex. No nareszcie, długo mu to zajęło! Kiedy ją ominął, spoglądając na zegarek, poczuła zapach jego perfum o męskiej, skórzanej nucie.

Zajął swoje miejsce niemal dokładnie w tym samym momencie, w którym ostatni goście siadali na ławkach i zaczęły cichnąć rozmowy.

Zanim zwróciła całą swoją uwagę na Alicję i Wiktora, rzuciła jeszcze w jego kierunku dyskretne spojrzenie. Włożył eleganckie, czarne spodnie i białą koszulę z prostą muchą, a ciemne, półdługie włosy ściągnął gładko w krótki kucyk nad karkiem.

Iga niemal momentalnie przesunęła wzrok na młodą parę, nie chcąc, żeby zauważył, że mu się przygląda, a tymczasem urzędnik rozpoczął ceremonię.

Młodzi zaś, do tej pory stojący przytuleni pod weselnym łukiem, teraz zwrócili się w jego stronę, nadal trzymając się za ręce.

Oboje włożyli inne stroje niż o poranku – Wiktor, z uwagi na stosunkowo luźny charakter ogrodowej uroczystości, miał na sobie jasnobrązowe garniturowe spodnie i białą koszulę z muchą. Alicja z kolei, chociaż na początku planowała tylko jedną sukienkę, musiała wziąć pod uwagę, że spacer po lesie o świcie może nie okazać się dla jej stroju zbyt łaskawy. I faktycznie, zgodnie z przewidywaniami wróciła z lasu z mokrą, ubłoconą spódnicą. Teraz brała więc ślub w uroczej w swojej prostocie sukience o minimalistycznej linii – całą jej ozdobę stanowiła misterna koronka, z której ją uszyto. W dłoni trzymała bujny bukiet ułożony z traw i dzikich kwiatów, które specjalnie dla niej zebrały w lesie członkinie kowenu po porannej ceremonii. Kwiaty zerwane w noc kupały miały przynieść jej moc miłości w tym związku na resztę życia.

Ceremonia ślubna nie trwała długo – Alicja i Wiktor mieli wrażenie, że wszystko toczy się wręcz w przyspieszonym tempie. Ledwie powtórzyli tekst przysięgi, zdążyli nałożyć sobie nawzajem obrączki i wymienić się pocałunkiem, a już fotograf ustawiał ich do kolejnych zdjęć. Roześmiana panna młoda nie zdążyła nawet podzielić się wrażeniami z nowo poślubionym mężem, kiedy kolejni goście zaczęli ich ściskać i im gratulować. Iga nie nadążała z przejmowaniem kwiatów i kopert.

Kiedy minął największy entuzjazm, wszyscy udali się do stołów. Na szczycie dwóch długich, przygotowanych dla gości stołów stał trzeci, z czterema miejscami przeznaczonymi dla państwa młodych i ich świadków.

Alex poczekał na moment, kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca, po czym wstał i poprosił o ciszę, sięgając po napełniony szampanem kieliszek, żeby wznieść toast.

Gdy tylko głosy ucichły, odstawił kieliszek, wyjmując z kieszeni plik małych kartoników.

– Dla osób, które mnie nie znają, jestem Alex – zaczął, rozglądając się dookoła po zebranych osobach. – Wiktor poprosił mnie, żebym był jego drużbą, bo miał chyba nadzieję, że wygłoszę tu dziś błyskotliwą mowę, ale Alicja powiedziała mi, że są tematy, których nie powinienem poruszać, więc... – Alex zawiesił głos i z udawanym zastanowieniem przerzucił kilka kolejnych trzymanych karteczek do tyłu, po czym upuścił je wszystkie na ziemię, poza jedną – ...chciałem powiedzieć, że Wiktor jest bardzo fajnym kumplem! – Rozłożył ręce. – Wygląda na to, że będę musiał improwizować.

Tłum się zaśmiał.

– Kiedy się poznaliśmy, niemal natychmiast staliśmy się jak bracia, których jako jedynacy nigdy nie mieliśmy. Naprawdę nie znalazłem lepszego kompana, z którym mógłbym spędzić długą, deszczową noc w lesie albo zakopać się samochodem w błocie, a potem jeszcze chcieć to powtórzyć. – Kiedy goście ponownie się zaśmiali, Alex wyjął z kieszeni kilka zabawnych zdjęć z ich wspólnych wypraw na żagle i offroady, po czym podał je w obieg, do obejrzenia. – Naprawdę czuję się częścią tej rodziny, chociaż obiecuję nie wpadać nieproszony na święta ani nie pożyczać od was kasy. – Spojrzał znacząco na Alicję i Wiktora, co spotkało się z ogólnym rozbawieniem. Alicja uniosła do ust zwiniętą dłoń, zanosząc się śmiechem. – Tym bardziej ogromną radość sprawia mi, że ta rodzina dzisiaj się powiększa o tak piękną, wrażliwą kobietę, jaką jest Alicja – zwrócił się w kierunku panny młodej. – Dziękuję ci, Alu, że wniosłaś w życie Wiktora tyle słońca i radości. I za tę kawę i jajecznicę, które mi ostatnio podałaś na kaca. I że zapoznałaś mnie ze swoją uroczą druhną... A nie, to jeszcze przed nami. – Alex mrugnął okiem do Igi, ku radości zebranych. Iga spojrzała na zebranych gości i rozłożyła ręce teatralnym gestem, po czym uśmiechnęła się szczerze, kiwając głową z udawanym oburzeniem.

– Usłyszałem kiedyś, że nie powinno się wybierać osoby, z którą po prostu da się żyć, ale taką, bez której nie można sobie tego życia wyobrazić. A to chyba idealnie podsumowuje miłość Alicji i Wiktora. Kochani, wznieśmy wszyscy toast za państwa młodych!

Iga stwierdziła, że toast Alexa był jednocześnie ciepły i zabawny. Teraz, kiedy cała ceremonia się udała, a napięcie z niej opadło, cała wcześniejsza złość jej przeszła. Musiała przyznać, że pomimo kiepskiego pierwszego wrażenia związanego z jego spóźnieniem, po tej przemowie spojrzała na niego o wiele przychylniejszym okiem.

Tymczasem, zanim goście jeszcze nie wrócili do rozmów, wstała z kieliszkiem w dłoni, zwracając się w ich stronę ze swoim toastem.

– Po pierwsze, chciałabym wszystkim podziękować za obecność w tym najważniejszym dla Alicji i Wiktora dniu! – Uśmiechnęła się do zebranych osób, unosząc w ich stronę kieliszek. – Jako siostra panny młodej chciałam podzielić się dzisiaj z wami kilkoma słowami, bo zaszczytem dla mnie jest, że mogę towarzyszyć mojej malutkiej siostrzyczce jako jej druhna. – Iga spojrzała na Alicję i położyła sobie rękę na piersi. – Ze wzruszeniem patrzę, jak z wrodzoną gracją i optymizmem Alicja wchodzi w dorosłe życie. Cieszę się, że mogę być częścią tej uroczystości i że mogę patrzeć na miłość kwitnącą między tą dwójką ludzi – powiedziała, widząc uśmiech i wdzięczność na twarzy siostry. – Raz na jakiś czas, w środku zwyczajnego, szarego życia przydarza się historia niczym z bajki, romantyczna opowieść o miłości, która pokonuje wszelkie przeciwności i jest większa niż wszystko na świecie. Tak właśnie narodziło się uczucie Alicji i Wiktora; między zaspami białego śniegu, przy ogniu kominka, z baldachimem gwiazd rozpostartym na nocnym niebie nad samotnym domem w lesie. I chociaż, jak w każdej opowieści, na ich drodze pojawiły się przeszkody, prawdziwa miłość nie pozwoliła się ugasić, a jedynie zapłonęła jeszcze mocniej.

Teraz stoimy tutaj, na końcu tej historii, a ja jestem bardziej niż szczęśliwa, mogąc zakończyć ją słowami: I żyjcie długo i szczęśliwie.

Na twarzach gości widać było wzruszenie. Babcia ocierała łzę i nawet Ted wydawał się mieć szkliste oczy.

– Oczywiście ciąg dalszy nastąpi! – zaśmiała się Iga dla przełamania podniosłej atmosfery. – Wypijmy więc za kolejny rozdział tej opowieści!

Uniosła kieliszek, a goście zaczęli klaskać.

– Proszę państwa, czas na pierwszy taniec! – rozległ się z głośników entuzjastyczny głos DJ-a, a Alicja pociągnęła za sobą na parkiet Wiktora, który wstał ze swojego krzesła z ciężkim westchnięciem.

Zrobił jednak dobrą minę do złej gry i z uśmiechem objął Alicję, mocno ją przytulając. Zaczęli się kołysać do dźwięków piosenki. Kiedy jednak melodia ustała, a Alicja i Wiktor zeszli z parkietu, w głośnikach rozległ się przesterowany pisk, a tuż po nim odezwał się ponownie głos DJ-a.

– Ale, ale, nie tak szybko, zanim zasiądziecie do posiłku, po pierwszym tańcu państwa młodych teraz zatańczą świadkowie!

Stojący nieopodal siebie Iga i Alex jednocześnie spojrzeli po sobie z paniką w oczach. Iga potrząsała głową, dając mu do zrozumienia, że to niekoniecznie najlepszy pomysł.

W końcu mówiła DJ-owi, że chce uniknąć przaśnych zagrywek z typowych polskich wesel.

– Zachęćmy ich brawami! – zakrzyknął wodzirej, wykonując pierwsze klaśnięcia, do których po chwili dołączyła reszta gości.

– Ej, nie, nie będę robił z siebie pajaca! – żachnął się Alex.

– To wesele mojej siostry i twojego przyjaciela – mruknęła Iga z równą niechęcią. – Chyba nie mamy wyjścia.

Mężczyzna prychnął cicho, ale kiwnął głową i jak na zawołanie przybrał promienny uśmiech, wskazując Idze dłonią parkiet. Poczekał, aż ruszy pierwsza, po czym dołączył do niej.

Kiedy zabrzmiała muzyka, objął ją w pasie jedną ręką i drugą chwycił jej dłoń, ale uniknął przysuwania się zbyt blisko, bo czuł, jaka była sztywna. Nie chciał naruszać jej granic, a zresztą sam czuł się niezręcznie, kiedy wszyscy na nich patrzyli. Ktoś coś krzyknął, ktoś zaklaskał. Okropna sytuacja.

– Kto załatwił tego DJ-a? – zagadał Igę dla rozładowania panującego między nimi napięcia.

– No ja – przyznała się ona, przewracając oczami – Nie sądziłam, że odstawi taką wieś, teraz mam za swoje.

Zaśmiała się lekko i spojrzała na niego, a on poczuł wtedy, że jej ciało lekko się rozluźniło.

– W sumie jesteśmy na wsi, może poczuł jej zew – zażartował w odpowiedzi, ściskając jej dłoń dla otuchy, a ona przysunęła się odrobinę bliżej, wyciągając głowę, żeby usłyszeć, co mówił.

Złapał ją w pasie drugą ręką, a ona położyła mu dłoń na piersi. Zauważył, że zaczęła lekko kołysać biodrami. Spojrzał w dół, na linię jej kusząco zarysowanej talii i pośladków, po których spływała lejąca się tkanina, i stwierdził, że dla tego widoku może nawet było warto wystawić się na spojrzenia wszystkich zebranych. Uśmiechnął się do niej i dostosował się do jej ruchów.

Ku swojemu zaskoczeniu Iga po pierwszych, niezgranych krokach, kiedy parę słów przełamało niezręczną sytuację, poczuła się zupełnie przyjemnie w ramionach tańczącego z nią mężczyzny. Pod swoją dłonią czuła zaskakująco twarde, umięśnione ciało. Musiał być naprawdę niezwykle wysportowany; to nie było ciało pierwszego lepszego faceta. Z ciekawości przeniosła dłoń na jego ramię – mięśnie były zbite i wyraźnie zarysowane, chociaż wcale nie utrzymywał napiętej ręki. Miała już ochotę przysunąć się do niego jeszcze odrobinę bardziej, kiedy nagle muzyka ucichła, a z głośników ponownie odezwał się DJ. Znów nieproszony, pomyśleli oboje.

– Dziękujemy bardzo! – wykrzyknął – Zaraz zaprosimy do zabawy wszystkich, ale teraz proponuję coś przekąsić, żeby nabrać sił do tańca.

– DJ suchar. – Iga przewróciła oczami w stronę Alexa.

Zaśmiał się do niej.

– Chodź, naleję ci wina, będzie ci łatwiej znieść te żarty – zaproponował, przepuszczając ją przed sobą, kiedy skierowała się z powrotem do stołu.

Alex nalał Alicji szklankę soku, Idze podał kieliszek wina, a sobie i Wiktorowi polał wódkę.

Kiedy już zjedli pierwszy posiłek i wypili kilka toastów, Wiktor zabrał go na bok na papierosa i nareszcie znalazł moment, żeby porządnie przywitać się ze swoim przyjacielem.

– Nie masz pojęcia, stary – powiedział Alex, wytłumaczywszy mu powód, dla którego nie dotarł wcześniej, zgodnie z planem – jak zapierniczałem po tych wertepach, żeby zdążyć.

Wiktor poklepał go po plecach.

– Dzięki, brachu, że dotarłeś. Naprawdę dużo dla mnie znaczy, że tu jesteś.

– No, jakby mnie mogło zabraknąć na twoim ślubie! – zaśmiał się, ale po chwili trochę spoważniał. – Kto by pomyślał, że będziemy tu kiedyś stać w takiej sytuacji.

– Nie uwierzyłbym ci, gdybyś mi to kiedyś powiedział – przyznał Wiktor.

– W ogóle jak tu wszedłem, to prawie nie poznałem tego ogrodu, stary.

Wiktor potarł brodę i machnął ręką.

– Igi robota. Powiedziała, że nie zamierza zmarnować potencjału tego miejsca. – Spojrzał znacząco na Alexa. – No i siedziała tu ostatnio non stop, przywożąc jakieś dekoracje. Dobrze, że już po wszystkim, stęskniłem się za ciszą i spokojem.

Alex się zaśmiał i spojrzał na Wiktora z politowaniem.

– Jak się młode zjawi, to ty ciszy i spokoju nie uświadczysz – stwierdził, ale na te słowa Wiktor tylko szeroko się uśmiechnął.

Rzadko uśmiechał się w taki sposób.

– To co innego.

Alex pokiwał głową.

– Chyba nie chcę się przekonywać – zażartował. – Ale zanim wleziesz w te pieluchy i będzie za późno, może jeszcze sobie zorganizujemy jakiś wypad?

Wiktor pokiwał głową.

– Po tym wszystkim mi się przyda – przyznał. – Obgadam z Alą.

– Czekaj, cicho, Janusz idzie – syknął nagle Alex, zauważając zmierzającego w ich kierunku brodacza.

Nie musieli mówić sobie więcej. Janusz kiedyś już wybrał się z nimi na łajbę. A chociaż obaj ogromnie go lubili, to jednak zupełnie zaburzył tę surową atmosferę, którą tak cenili we wspólnych wyjazdach. Janusz wyciągał się na słońcu z piwkiem i proponował cumowanie w portach, żeby wyskoczyć do smażalni na rybkę. I nie przestawał gadać.

– Wiktooor! – jowialnie zawołał Janusz. – Chodźcie się z nami napić.

Alex wskazał głową Wiktorowi stół, przy którym siedziała grupa ich chłopaków, i poszli się do nich dosiąść.

Czas mijał szybko, impreza nabrała trochę luźniejszego charakteru, a goście ruszyli na parkiet. Po kilku głębszych Alex podwinął rękawy koszuli, zdjął muchę i rozpiął guzik przy szyi, poluzowując kołnierzyk. Dzień był naprawdę gorący.

Koło szóstej Alicja i Wiktor poszli z fotografem do lasu na sesję zdjęciową, a Alex siedział właśnie z chłopakami, śmiejąc się z czegoś, kiedy nagle siedzący okrakiem na ławie podchmielony Maurycy wykonał zamaszysty ruch ręką niemal koło jego twarzy.

– Iga! – zawołał – Cho no tu do nas!

Alex odwrócił głowę w kierunku, w którym wołał chłopak i zobaczył przechodzącą właśnie brunetkę.

Odwróciła się w pół kroku, podchodząc do nich.

– Siadaj! – Maurycy pociągnął ją lekkim gestem w dół za tiul sukienki.

– Dajcie Idze kielona – powiedział Paweł, a Gustav wziął skądś pusty kieliszek i postawił przed dziewczyną, po czym polał wszystkim wódki.

– Hej, miałam dziś nie mieszać! – zaprotestowała, ale kiedy rozległy się głosy sprzeciwu, westchnęła ciężko i wychyliła kolejkę z pozostałymi, po czym oparła się łokciami na stole.

– Co tam słychać, już po egzaminach? – zapytał Maurycy. – Jakieś poprawki?

– No nie, na szczęście obyło się bez. Ty?

– Jedną mam – wzruszył ramionami. – Z biochemii.

– Macie biochemię na AWF-ie? – zdziwiła się.

– No, kto by pomyślał, nie? – zaśmiał się chłopak. – A tobie to już ostatni rok został, co?

– No tak – potwierdziła. – I praca magisterska. Już mnie boli, jak o tym myślę.

– Co studiujesz? – wtrącił Alex.

– Anglistykę. – Dziewczyna zwróciła głowę w jego stronę, przesuwając od niechcenia dłonią po szyi i nagim ramieniu.

– Masz już pomysł, co potem?

– Kilka. – Uśmiechnęła się. – Chociaż pewnie nic związanego z moim kierunkiem.

Wyglądało na to, że Iga zupełnie nieźle znała się z chłopakami. Zawołali ją do siebie i rozmawiali, jakby już była swoja.

– Skąd się znacie? – zapytał z ciekawości.

– No, z ostatniej majówki – wyjaśnił Paweł. – Dziewczyny przyjechały i zostały z nami na grillu. I na ognisku. Fajnie było.

– Żałuj, że musiałeś wyjechać – dodał Gustav.

– Spoko, nadrobimy – zapewnił Alex, mrugając do Igi, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi, spoglądając na niego swoimi kocimi oczami i jakby od niechcenia zagryzła paznokieć u dłoni, na której opierała podbródek. – Napijesz się jeszcze wina?

Przytaknęła.

Przez chwilę siedzieli tak, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Alex dolewał Idze wina, sam wychylając w tym czasie parę kieliszków wódki. Widział, że dziewczyna pozwala sobie na flirt, przysuwa się czasem do niego, muska jakby od niechcenia, śmiejąc się z jego żartów. Była w tym wszystkim naturalna i nienachalna, jakby zmysłowość leżała w jej naturze.

– Iga, kotku! – Ktoś nagle podszedł z tyłu, a dziewczyna odwróciła się momentalnie.

– Ted! – Uśmiechnęła się na widok podchodzącego wysokiego, szczupłego mężczyzny w średnim wieku i wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać go po rękawie marynarki. – Alexa chyba nie muszę ci przedstawiać, po jego przemowie chyba każdy go tu już zna – zaśmiała się. – Alex, to nasz ojciec.

– Wybacz, ale chyba muszę cię porwać, panie z cateringu pytają, kiedy podać kolejny posiłek – powiedział mężczyzna, ścisnąwszy wcześniej Alexowi dłoń.

Iga wstała, przepraszając, po czym poszła gdzieś z Tedem, a Alex przysunął się z powrotem do chłopaków.

Ani się obejrzał, jak nastał wieczór i zaczęło się ściemniać. Kiedy po raz kolejny poszedł zapalić za parkiet, gdzie zaczynała się już linia lasu, popatrzył stamtąd na rozpościerający się przed nim ogród. Musiał przyznać, że wyglądał przepięknie, cały oświetlony lampionami. Pod baldachimem namiotu rozwieszona została pajęczyna malutkich lampek, zalewających ciepłym blaskiem stoły i parkiet, na którym kilka osób tańczyło w rytm latynoskich rytmów największego hitu tego lata.

Jego uwagę momentalnie przykuła Iga, która właśnie weszła na parkiet z Alicją i grupą innych dziewczyn i zaczęła tańczyć wraz z innymi, formując okrąg wokół panny młodej.

Miał właśnie ochotę do niej podejść, kiedy ktoś nagle poklepał go po ramieniu.

– Chodź, Alex, idziemy się napić z Wiktorem! – zawołał wstawiony lekko Gustav, podchodząc do niego z Maurycym.

Alex obejrzał się jeszcze na parkiet, ale potrząsnął głową i poszedł za Gustavem, dołączając do grupy nieźle rozbawionych już chłopaków. Zdążyli wychylić kolejne dwie kolejki, kiedy przybiegła do nich Alicja i porwała Wiktora, oznajmiając, że czas na tort.

Kiedy wszyscy odśpiewali już parze młodej tradycyjne sto lat i oklaskami wymusili, żeby Alicja z Wiktorem nakarmili się tortem, po czym sami zebrali się dookoła ciasta, Wiktor wymknął się spomiędzy gości, podchodząc w kierunku Alexa.

– Masz fajkę? – zapytał konspiracyjnie, rozluźniając muchę. – Błagam, daj zapalić i zabierz ode mnie tych wszystkich ludzi.

Alex się roześmiał i skinął głową, przechodząc za parkiet, w kierunku linii drzew. Wprawdzie nie było tam o wiele ciszej, ale przynajmniej trochę ciemniej i spokojniej. Domyślał się, że dla Wiktora, który naprawdę doceniał spokojne życie z dala od ludzi, dzisiejsza impreza musiała być trudna do wytrzymania.

– Dobrze się bawisz? – spytał retorycznie, wyciągając w jego stronę paczkę. – Ale skoro ty wytrzymujesz coś takiego, to ona chyba naprawdę musi być tego warta.

– Żebyś wiedział – mruknął przyjaciel z uśmiechem, odpalając papierosa. – A tak serio, to po tym torcie mam już serdecznie dosyć i jak tylko wypalimy, to zaraz zawinę Alicję na górę.

– Nie ma lepszej wymówki niż noc poślubna – zaśmiał się Alex.

– Mój as w rękawie – odpowiedział mu Wiktor, puszczając oko, i zaciągnął się papierosem.

Zabrzmiały pierwsze dźwięki piosenki Cake by the Ocean. Iga poznała od razu ten wakacyjny hit sprzed paru lat i zerwała się znad talerzyka z ciastem. Chwyciła w biegu swój kieliszek z winem i poleciała tańczyć, dołączając do kilku innych osób bawiących się już na parkiecie. Na początku jedynie poruszała niemo ustami do słów piosenki, ale po chwili zaczęła śpiewać refren już na całe gardło, wiedząc, że jej głos i tak zgubi się w hałasie i głośnych dźwiękach muzyki.

Kiedy w pewnej chwili zarzuciła włosami podczas tańca, przekręcając na chwilę głowę w innym kierunku, kątem oka zauważyła, że ktoś jej się przygląda.

Odwróciła się w tamtą stronę i zorientowała się, że to Alex wpatruje się w nią uważnie, trzymając papierosa w kąciku ust, z drugą ręką nonszalancko wsuniętą do kieszeni garniturowych spodni. Uśmiechnęła się kącikiem ust, łapiąc jego wzrok. Zauważył to. Zmrużył oczy.

– I keep on hoping, we’ll eat cake by the ocean – zaśpiewała refren Iga, patrząc mu prosto w oczy i w rytm piosenki wykonała krótki ruch palcem, wskazując na niego i na siebie, po czym zagryzła ze śmiechem wargę, wyrzucając głowę do tyłu.

Alex uniósł jedną brew i nie zastanawiając się dwa razy, klepnął Wiktora w ramię, rzucił papierosa na ziemię, depcząc go obcasem buta, po czym ruszył w jej stronę, przemieszczając się między tańczącymi postaciami.