Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Kryminał Język: polski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Trupów hurtowo trzech - Piotr Bojarski, Bohdan Głębocki, Ryszard Ćwirlej, Olga Rutnicka, Gaja Grzegorzewska, Joanna Jodełka, Wojciech Chmielarz, Joanna Opiat Bojarska, Marcin Wroński, Michał Larek

Zbrodnia i tajemnica, miłość i zemsta, czarny humor, lokalny koloryt, duchy przeszłości i pasja – to wszystko w jednym mistrzowskim tomie!

Dziesięciu autorów, dziesięć opowiadań i jeden cel – charytatywny. Najlepsi polscy pisarze kryminałów oddali swe pióra, by wspomóc budowę wyjątkowego Domu i stworzyli niezwykły zbiór opowiadań. Znajdziecie w nim zarówno mroczne historie brutalnych morderstw, jak i lżejsze opowieści o skradzionych beczkach śledzi. Zawodowi mordercy i amatorzy, makabra i farsa przeplatają się w książce, ukazując różnorodne oblicza polskiego kryminału.

Kupując książkę, wspieracie budowę poznańskiego Domu Autysty - bezpiecznego domu z profesjonalną opieką dla dorosłych osób z autyzmem.

Opinie o ebooku Trupów hurtowo trzech - Piotr Bojarski, Bohdan Głębocki, Ryszard Ćwirlej, Olga Rutnicka, Gaja Grzegorzewska, Joanna Jodełka, Wojciech Chmielarz, Joanna Opiat Bojarska, Marcin Wroński, Michał Larek

Fragment ebooka Trupów hurtowo trzech - Piotr Bojarski, Bohdan Głębocki, Ryszard Ćwirlej, Olga Rutnicka, Gaja Grzegorzewska, Joanna Jodełka, Wojciech Chmielarz, Joanna Opiat Bojarska, Marcin Wroński, Michał Larek

Adam Kompowski - Wstęp. Śmiertelnie poważna sprawa

ADAM, DLACZEGO BY TEGO NIE ZROBIĆ? ZRÓB TO SAMO! To było ładnych kilka lat temu. Jacek, mój kolega z pracy, pokazał mi wydaną w Anglii książkę. Nick Hornby namówił swoich kolegów – pisarzy z Londynu – żeby oddali po jednym swoim opowiadaniu. I tak powstał tomik, którego sprzedaż wsparła szkołę dla dzieci z autyzmem, do której chodził jego syn. Ja też mam syna z autyzmem, Kuba ma 14 lat.

Przeczytałem posłowie, w którym pisarz wyjaśniał, jak ważna jest odpowiednia terapia, jak bez niej jego syn biegał bezładnie po mieszkaniu albo w kółko oglądał na magnetowidzie jeden i ten sam odcinek bajki Tomek i przyjaciele, Tomek i tuba, o ile pamiętam. Skądś to znam, jakbym czytał o moim Kubie.

– Zrób to samo – powtarzał Jacek, który później zresztą wielokrotnie doradzał nam, rodzicom dzieci z autyzmem, jak zdobywać pieniądze i promować naszą działalność.

Od trzech lat jestem prezesem poznańskiej Fundacji Dom Autysty. Założyli ją rodzice nastolatków z autyzmem, żeby zadbać o ich przyszłość, o terapię i zajęcie, gdy skończy się szkoła, o bezpieczny dom, gdy rodziców zabraknie. Chodzi o Angelikę, Damiana, Dawida, Jeremiego, Jurka, Kubę, Maćka, Marcina, Przemka, Roberta, Sonię. I nie tylko o nich. W Polsce nie ma takich miejsc i wiemy, że po prostu my musimy to zrobić. Nie zamierzam tu przedstawiać sprawy w szczegółach, bo wtedy musiałbym dramatyzować, a nie chcę. Kupiliście Państwo zbiór opowiadań kryminalnych, a nie wynurzenia ojca chłopaka z autyzmem. Ale, wierzcie mi, sprawa jest poważna. Śmiertelnie. Dorosłymi, mocno zaburzonymi osobami z autyzmem zajmują się w Polsce pojedyncze organizacje. Dla większości – nie ma nic. Czeka ich wegetacja pod wpływem dużej ilości środków uspokajających. Chyba że znajdą bezpieczny dom z profesjonalną opieką.

Zbieramy pieniądze na ten dom. Organizujemy bale charytatywne, coroczną Aukcję dla Domu w poznańskim Zamku, był też koncert charytatywny, Koncert dla Domu. No i jest książka, Książka dla Domu. Nie jestem pisarzem jak Nick Hornby, ale… mam kolegę pisarza. Piotr Bojarski, autor kryminałów osadzonych w poznańskich realiach, namówił dziewięcioro koleżanek i kolegów pisarek i pisarzy „kryminalistów”, żeby oddali po jednym opowiadaniu. Udało się, są świetne, wciągające, przeczytajcie! Piotr przekonał twórczynie Festiwalu Kryminału Granda, żeby objęły projekt swoim patronatem. Wydawnictwo Media Rodzina zdecydowało się książkę wydać i przekazać nam dochód z jej sprzedaży. Firma Kreatik nieodpłatnie pomogła w jej promocji. Kupując tę książkę, wspomagacie Państwo budowę Domu Autysty.

Rzeczywistość bywa bardziej zaskakująca niż literacka fikcja. Jacek wtedy nie miał dzieci. Dziś z żoną Kasią mają dwóch synów i tak się złożyło, że obaj chłopcy mają zaburzenia ze spektrum autyzmu. Na szczęście – dzięki wytężonej pracy rodziców i terapeutów – i dlatego, że los sprawił, że było to możliwe – obaj mówią, chodzą do „normalnych” szkół i wiele wskazuje na to, że będą samodzielni.

Osób z autyzmem jest wśród nas coraz więcej. Zwracajmy na nich, i na wszystkich niepełnosprawnych, uwagę, starajmy się ich zrozumieć. Tobie, Czytelniku, dziękuję za to, że kupiłeś tę książkę i wsparłeś nasz cel.

Dziękuję także:

Jackowi za pomysł i wieloletnie wsparcie.

Pisarzom, którzy podzielili się swoim talentem i czasem, przekazując opowiadania do tej książki: Piotrowi Bojarskiemu, Wojciechowi Chmielarzowi, Ryszardowi Ćwirlejowi, Bohdanowi Głębockiemu, Gai Grzegorzewskiej, Joannie Jodełce, Michałowi Larkowi, Joannie Opiat-Bojarskiej, Oldze Rudnickiej, Marcinowi Wrońskiemu.

Piotrowi Bojarskiemu – dodatkowo za koordynację projektu.

Organizatorom Poznańskiego Festiwalu Kryminału Granda – za patronat i wsparcie.

Elizie Wandtke i Hannie Koźmińskiej z wydawnictwa Media Rodzina za włożoną pracę i życzliwość, a całej firmie – za wprowadzenie projektu w życie.

Firmie Scriptor – za dołożenie swojej cegiełki – komputerowego składu książki.

Zespołowi z agencji interaktywnej Kreatik: Marii Połońskiej, Aleksandrze Maniakowskiej-Nosek, Iwonie Wojciechowskiej, Angelinie Gąkowskiej, Dajanie Bieganowskiej, Mateuszowi Iwińskiemu i Dawidowi Bartodziejowi za wspaniałą, pomysłową akcję promocyjną książki pod hasłem „Jestem wplątany”.

A Michałowi Larkowi – za zaangażowanie w tę akcję i współpracę przy tworzeniu interaktywnego opowiadania, w którym to czytelnik decyduje, jak zakończy się historia.

Jesteście wspaniali!

Adam Kompowski, Prezes Fundacji Dom Autysty

Przekaż nam 1% podatku nr KRS 0000522417

www.domautysty.org.pl Bank PKO BP, 71 1020 4027 0000 1102 1304 4633 fundacja@domautysty.org.pl tel. 733 673 674

Ryszard Ćwirlej - Czwarta beczka norweskich śledzi

Poznań Wtorek, 19 lipca 1966 r. Godzina 18.30

Gdy kierownik Alojzy Koniarek zobaczył śledzie, mało nie umarł ze szczęścia. Takich okazów nie widział od przed wojny. Piękne, srebrzyste, z lekkim odcieniem błękitu, tłuste i grube płaty. Nie mógł się im oprzeć, dlatego po otwarciu beczki chwycił jednego w palce, obwąchał dokładnie, a stwierdziwszy, że ma do czynienia z najprawdziwszym „norwegiem”, położył go na talerzu i pokroił na kawałki.

– No chodźcie, babeczki – zaprosił swoje podwładne, podsuwając im talerz.

Cztery pulchne pracownice Centrali Rybnej na rogu Garbar i Woźnej podeszły zaciekawione. Kobiety były znacznie młodsze od kierownika sklepu i nie pamiętały czasów sanacyjnych, więc nie miały pojęcia, jak taki śledź może smakować. Te, które sprzedawano w ich punkcie, były zwyczajne, solone z Bałtyku, więc teraz z niedowierzaniem spoglądały na tego olbrzyma.

– Ale wielkolud – jęknęła Barciakowa, najstarsza i najbardziej doświadczona sprzedawczyni.

– Pani spróbuje – zachęcił ją kierownik.

Chwyciła duży kawał i wepchnęła do ust.

– I jak? – zapytał Koniarek.

– Łe Jezu, niebo w gębie – stwierdziła z zachwytem.

– No, spróbujcie wszystkie! – Kierownik spojrzał na pozostałe kobiety.

Ręce natychmiast wyciągnęły się do talerza. Zadowolony przyglądał się ich drgającym podwójnym podbródkom i wolno poruszającym się szczękom, a w końcu ustom, na których pojawił się wyraz błogości. Sam chwycił ostatni kawałek i przez chwilę rozkoszował się smakiem, który przypominał czasy beztroskiej młodości…

Otworzył oczy i dostrzegł wbite w niego spojrzenia pracownic. Nie musiały nic mówić, bo wiedział, w czym rzecz.

– No jasne, że możecie jeszcze. Nie ubędzie, jak se trochę zjemy.

Zadowolone sprzedawczynie ruszyły do otwartej beczki. Tylko Barciakowa została na miejscu.

– A pani to nie skosztuje więcej? – zdziwił się kierownik, który znał swoją podwładną i wiedział, że nigdy nie przepuszcza okazji.

– Nie, że niby nie chcę, ino niech te młode się naźrą. Ja chciałam się spytać…

– Niby o co?

– Bo te śledzie, co przywieźli dzisiaj, to cztery beczki, nie?

– No cztery.

– Ale ta jedna to jakaś oszukana chyba. – Wskazała na tę ostatnią w rzędzie

– Oszukana? – zdziwił się i spojrzał w tamtym kierunku.

– Bo jakby mniejsza trochę i kolor inny.

Koniarek zlustrował uważnie beczkę, a potem z politowaniem spojrzał na Barciakową.

– Pani Helenko kochana, jest mniejsza, bo za granicą mają różne wymiary. Te trzy to pewnie nasze beczki, czyli że przepakowali śledzie, a tej jednej chyba nie zdążyli. Widać, że zagraniczna.

– Aha… A skąd to niby wiadomo, że zagraniczna?

– No jak skąd? Przecież pisze po zagranicznemu „Porto”, bo jakby po naszemu, to byłoby napisane „Port”, nie? Bo po polsku port to port, a nie żadne porto.

Środa, 20 lipca Godzina 7.30

– Co to jest, do cholery, na sześć liter do picia? – zapytał sam siebie Teofil Olkiewicz. Spojrzał na krzyżówkową podpowiedź w „Przekroju”: piją ją Anglicy i Amerykanie. „Co, do cholery, piją ci zagraniczniacy?” – zastanawiał się. „Wódka nie pasuje, wino nie pasuje, piwo też nie…”.

Teofilowi zdawało się, że dobrze zna się na tym, co da się wypić, ale tu nic nie przychodziło mu do głowy. Zdenerwował się więc na ten „Przekrój” i jeszcze na tę cholerną krzyżówkę. Co go podkusiło, żeby brać tę gazetę do ręki? Nawet nie była jego. Znalazł ją w ubikacji i przyniósł do pokoju, bo zaciekawiły go obrazki na ostatniej stronie. No a później spróbował sił z krzyżówką. Wpisał zaledwie dwa hasła i na trzecim się zaciął. Pierwsze było łatwe, bo chodziło o królową polskich rzek, więc – jako że był poznaniakiem – wpisał Warta. Liczba liter się zgadzała, więc rozochocony sukcesem ruszył w głąb krzyżówkowych zawiłości, docierając do momentu, w którym złośliwy los postawił przed nim to cholerne pytanie.

– A do dupy z taką krzyżówką – powiedział i zdenerwowany rzucił gazetę na blat biurka.

– Co jest, Teoś? – zainteresował się kapral Kryspin Obrębski, szczupły blondyn z gęstym wąsem, kolega Olkiewicza z komisariatu Poznań Stare Miasto. – Co się tak pieklisz? Jak się będziesz złościł, to ci żyłka pęknie i nie dożyjesz zwycięstwa socjalizmu.

Obrębski stał przy otwartym oknie z papierosem w ustach i spoglądał na ulicę. Nie działo się tam nic ciekawego, więc odwrócił się do kolegi. Obaj zaczęli dziś służbę o siódmej rano i mieli nadzieję, że na siedzeniu w pokoju się skończy, tym bardziej że w swojej brązowej teczce Teofil miał schowaną butelkę stołowej. Na razie jednak nie mogli jej ruszyć, bo o dziewiątej musieli być na odprawie u szefa, porucznika Wróbla, a żaden z nich nie chciał mu podpaść. Za to po odprawie naleją sobie po solidnej porcji do szklanek z herbatą.

– Ani mi nie gadaj. Zwycięstwo socjalizmu jest pewne jak to, że zmieszanie wódki z winem daje na drugi dzień murowanego kaca. I nie przez socjalizm mnie cholera bierze, ale przez ten zgniły Zachód.

– A co on tobie zrobił?

– Jak co? Do krzyżówki dali pytanie, co piją Anglicy i Amerykanie? A skąd to niby normalny człowiek ma wiedzieć?

– He, he! – Obrębski parsknął śmiechem, chwytając się za umundurowany brzuch. – Jakbyś oglądał filmy, to byś dobrze wiedział.

– Jakie filmy?

– Komboje piją whisky.

– Nic z tego. To musi być na „w” tak jak wino albo wódka. Wychodzi mi tak, bo pionowo jest pseudomin towarzysza Gomułki z czasów konspiracji, znaczy się Wiesław. To jak on jest na „w”, to ta wóda amerykańska musi być też na „w”.

– Whisky jest na „w”.

– Jak?

– No normalnie, pisze się w-h-i-s-k-y – przeliterował.

– Co za durnie z tych Anglików. Nie mogli napisać normalnie?

– Jakby pisali normalnie, toby ci się nie skrzyżowało z Wiesławem.

– Też prawda. – Teofil przysunął do siebie gazetę i spojrzał na krzyżówkę. Już chciał sięgnąć po ołówek, gdy drzwi pokoju się otworzyły i do środka wszedł porucznik Wróbel. Obaj podoficerowie natychmiast poderwali się z krzeseł. Oficer tymczasem stanął na środku pomieszczenia i wziąwszy się pod boki, omiótł badawczym spojrzeniem swoich podwładnych.

– Tak se siedzicie, co?

– Melduję, że siedzimy w oczekiwaniu na rozkazy – wyrecytował sprytnie Obrębski.

– A jak tak oczekujecie, to co robicie?

– Melduję, że gadamy.

– A niby o czym?

– Ogólnie – wyjaśnił Obrębski. – O sytuacji międzynarodowej.

– Aha! To dobrze, że nie o dupie Maryni. A Olkiewicz też o sytuacji międzynarodowej? – Oficer, marszcząc groźnie brwi, spojrzał na łysiejącego trzydziestolatka o niezbyt imponującym wzroście, którego uważał za trochę ograniczonego.

– Melduję, że gadali my o Anglikach, że głupi są, bo piją jakąś „łyski”, a nie jak normalni ludzie…

– A wy piliście już whisky?

Obaj podoficerowie natychmiast pokręcili głowami.

– To nie wiecie cymbały, co dobre. Whisky to jest lepsza jak wódka, bo w beczkach całe lata leży i dojrzewa, zanim się ją do butelek zleje. Ale co ja tam wam będę tłumaczył, jak tu robota nas czeka. Na rogu Wielkiej i Garbar z Centrali Rybnej ktoś rąbnął cztery beczki ze śledziami. Idźcie tam, spiszcie wszystko i znajdźcie te śledzie.

Obaj funkcjonariusze spojrzeli na siebie, a potem podeszli do wieszaka, na którym wisiały ich czapki i raportówki. Wychodząc z pokoju, Teofil spojrzał jeszcze tęsknym wzrokiem za siebie i na moment zawiesił spojrzenie na brązowej teczce. Butelka stołowej musiała poczekać.

Godzina 8.15

Na drzwiach sklepu rybnego zawisła kartka wykaligrafowana przez kierownika Koniarka z napisem „RENAMENT”. Gdy ją zawieszał, kobieta, która przyszła na rybne zakupy, pogroziła mu pięścią. Na szczęście dla niego oddzielała ich gruba szyba. Gdyby nie to, jego los byłby marny, gdyż widział w oczach niedoszłej klientki determinację okraszoną ikrą szaleństwa. Baba miała w planach zjeść dziś rybę, a tu jej przed nosem zatrzaśnięto drzwi. No, ale co miał zrobić kierownik, kiedy stała się tak straszna rzecz. Cztery beczki z norweskimi śledziami zniknęły jak spirytus po przejściu krasnoarmiejców.

Spojrzał na cztery grube sprzedawczynie, które siedziały z ponurymi minami przy stoliku na zapleczu i piły kawę zbożową. Nie miały nic do roboty, bo Koniarek, który znał się na procedurach milicyjnych, gdyż był namiętnym miłośnikiem Kobry, wiedział, że nie wolno łazić po miejscu przestępstwa, żeby nie zadeptać śladów. Kazał więc im usiąść i czekać na milicję. Sam zaś chodził niespokojnie, wypatrując funkcjonariuszy. Wystawił właśnie głowę do części sklepowej, gdy rozległo się łomotanie do drzwi.

Nie byli to jednak milicjanci, a dwaj faceci w garniturach. Jeden zwalisty jak kłoda i grubszy nawet od Barciakowej, a drugi niższy, chudy, można by powiedzieć wymizerowany. To ten walił w szybę z siłą, o jaką trudno byłoby go podejrzewać. Kierownik spokojnie podszedł do drzwi i wskazał na kartkę. Nic to nie dało, chudy znów zastukał w szkło. Wtedy Koniarek nie wytrzymał, bo nie lubił chamów. Przekręcił klucz, uchylił drzwi i wrzasnął w szparę, tak żeby go dobrze usłyszeli:

– Spierdalać stąd, bo tu się pracuje! Jest renament. Czytać nie umiecie?!

– Otwórz, człowieku, bo my nie po ryby – wyjaśnił zniecierpliwionym tonem ten wielki.

– Jak nie po ryby, to po cholerę?! – zdenerwował się Koniarek.

– Otwieraj, ćwoku! – warknął chudy. – Jesteśmy z SB.

Kierownik jeszcze raz obrzucił obu mężczyzn zdumionym spojrzeniem i otworzył drzwi najszerzej, jak się dało.

– Jak się nazywacie? – zapytał chudzielec, stając przy gospodarzu, a gruby w tym czasie podszedł do lady i zaczął przyglądać się asortymentowi. Niewiele miał do oglądania, bo na półkach stały tylko puszki ze śledziem w oleju i śledziem w pomidorach.

– Kierownik Koniarek – odpowiedział grzecznie kierownik. – Ale żeby aż towarzyszy z SB fatygować do takiej sprawy, kto to widział? Ja telefonowałem na milicję, a tu aż panów przysłali. Zupełnie niepotrzebnie. Przecież to tylko się rozchodzi o beczki śledzia, no to chyba nie sprawa polityczna.

Chudzielec przez chwilę patrzył na kierownika jak na wariata, a potem uśmiechnął się przymilnie.

– Zawiadomiliście milicję, Koniarek?

– Tak jest, oczywiście i zgodnie z przepisami.

– I milicja już była?

Kierownik zdumiony spojrzał na esbeka.

– No nie była, tylko jest.

– Tam na zapleczu? – Chudy wskazał ręką drzwi prowadzące do magazynu.

– Nie, tam tylko moje baby, znaczy się sprzedawczynie siedzą.

– To gdzie ta milicja?

– No jak gdzie? Tutaj. Przecież SB to też milicja.

– A, tak – zrozumiał wreszcie, w czym rzecz, chudy esbek. – A beczki to na zapleczu?

Teraz Koniarek zdumiał się jeszcze bardziej. Wyjął więc z kieszeni spodni chusteczkę i przetarł nią zroszone potem czoło.

– Długo jeszcze będziemy tu stać, Roman? – zapytał ten wielki chudego. – Bierzemy beczkę i koniec. Po cholerę tylko gadać.

– Jak bierzemy beczkę? – Koniarek był coraz bardziej skołowany.

Chudy Roman spojrzał z wyrzutem na kolegę, a potem przeniósł spojrzenie na Koniarka.

– Słuchajcie, kierowniku, nastąpiła, że się tak wyrażę, pomyłka i jedna beczka specjalnego przeznaczenia trafiła z rozdzielnika do waszego sklepu. Łatwo ją poznać, bo jest mniejsza od tych, w których przywożą wam ryby. I tę beczkę właśnie musimy odebrać. Jakbyście nie wiedzieli która, to ta z napisem „Porto”. Ale coś mi się widzi, że już wiecie, skoro zawiadomiliście milicję, że w beczce jest nie to, co trzeba.

Kierownik Koniarek powoli pokręcił głową. Przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć, bo nagle zdał sobie sprawę, że jego odpowiedź nie zadowoli esbeków.

– Idzie o to, że… że ja wezwałem milicję… bo te beczki… co mnie je tu przywieźli wczoraj… to one, ten, no, znikły i ich nie ma.

Obaj bezpieczniacy z sykiem wypuścili powietrze, a Koniarek poczuł, że od tej chwili ma poważne kłopoty.

Godzina 8.30

– Ja ci powiem, Kryspin, że piwo najlepiej smakuje rano – stwierdził Teofil i głośno beknął.

– Mi tam zawsze smakuje – stwierdził jego kolega i osuszył małą butelkę jednym łykiem, a potem bezużyteczne szkło cisnął w pobliskie krzaki.

Obaj funkcjonariusze siedzieli na ławeczce w zacienionym zaułku za Archiwum Państwowym, przy ruinach murów obronnych. Cały ten zaniedbany teren otoczony był drewnianym płotem, na którym pysznił się transparent z gołąbkiem pokoju i hasłem z okazji 22 Lipca: „Wszyscy w pierwszym szeregu do walki o pokój na świecie”.

Teofil Olkiewicz rzucił okiem na hasło, ale zaraz przestał się nim interesować, bo nie bardzo mógł sobie wyobrazić tych wszystkich, którzy kroczą w pierwszym szeregu. On zawsze wolał iść z tyłu.

Milicjanci powinni oczywiście pójść, tak jak przewidywał rozkaz, wprost do rybnego, ale kto by się śpieszył do jakichś śmierdzących ryb, gdy do sklepu, który mijali po drodze, akurat dowieźli piwo poznańskie. Nie mieli wyjścia, wzięli osiem i poszli na porośnięte krzakami podwórko.

– Ja to mam, chłopie, nosa. Tego milicyjnego, ma się rozumieć. – Zadowolony z siebie Olkiewicz podał koledze otwarte piwo.

– Że niby to czemu?

– Bo jak się ma takiego nosa, to zawsze się na coś natrafi.

– Na co?

– Choćby na to piwo. Jakbyśmy poszli tak, jak żeś gadał, znaczy się przez Marcinkowskiego, tobyśmy na piwo nie trafili, a ja chciałem tędy, to widzisz, co żeśmy upolowali. – Uniósł butelkę, uśmiechnął się do niej i wypił do dna.

– To co, tak w ogólności, robimy z tymi pieprzonymi śledziami? – zapytał Kryspin, dopiwszy swoje piwo do końca. – Ty żeś jest z Chwaliszewa, a Garbary to też twój fyrtel, więc pewnie znasz wszystkich miejscowych wywijasów.

Teoś znów się uśmiechnął. Pewnie, że znał. W końcu wychował się w najbardziej podejrzanej dzielnicy Poznania i wyrastał z chłopakami, którzy już w dzieciństwie wchodzili w konflikt z prawem.

– Co mam nie znać. Pójdziemy teraz do tego rybnego, zobaczymy, co ukradli i jak zrobili włamanie, a potem pójdziemy odebrać towar.

– Chyba że je już opchnęli. Śledzie schodzą jak ciepłe bułeczki.

– Na mój nos, to byliby głupi, jakby czegoś dla siebie nie zostawili. No i dla nas, ma się rozumieć.

Obrębski pokiwał głową. To się rozumiało samo przez się, że jeśli dopadną tych, co okradli sklep, to zabiorą im towar, ale przynajmniej parę kilo zostawią dla siebie. I tak strata pójdzie na konto złodziei.

Godzina 8.45

– Świeżutkie śledzie prosto z Bałtyku. Solone solą z Wieliczki. Patrzcie się, państwo, jakie wielkie sztuki. Tłuste jakby były partyjne – nawoływała stara Kaźmierczakowa, która już ponad trzydzieści lat prowadziła sprzedaż warzyw, owoców i wszystkiego, co się dało opchnąć, na placu Bernardyńskim. Dziś prawdziwym rarytasem były śledzie prosto z beczki. Nic więc dziwnego, że przed straganem ustawił się kilkudziesięciometrowy ogonek bab, które z niepokojem czekały na swoją kolej.

– A skąd niby ma pani takie piękne śledzie? Takich to nawet w Centrali Rybnej nie mają. – Zdziwiona Pelagia Witkowska spod czterdziestego dziewiątego na Garbarach patrzyła na ryby wykładane właśnie na gazetę, którą sprzedawczyni rozłożyła na lewej szalce wagi.

– Jak to skąd? Z morza.

– To niby wiadomo, pani Kaźmierczakowa – wtrąciła się stojąca za plecami Witkowskiej Kaczmarkowa, żona stróża z Rybaków. – Ale one jakieś inne…

– Łe, ale też pani gada – zdenerwowała się sprzedawczyni. – Ja już je jadła dziś na śniadanie. Powiadam pani, niebo w gębie.

Krystek Kaźmierczak stał kilka kroków dalej z butelką piwa w ręce i zadowolony przyglądał się, jak idzie interes. Przede wszystkim cieszył się, że taka długa kolejka ustawiła się do straganu. Jak tak dalej pójdzie, za jakieś pół godziny nie będzie po śledziach śladu. Od rana poszły dwie beczki, a ta ostatnia była już opróżniona do połowy. Tak jak liczył, sprzedadzą się na pniu i nawet jak się napatoczy jakiś szkieł, to handel będzie już zakończony, a ryby sprzedane i po sprawie. Zostanie tylko tych kilka kilo, co trzej bracia Kaźmierczakowie zostawili dla siebie. Bo to oni we trzech obrobili centralę. Nie mieli innego wyjścia. Jak się tylko dowiedzieli od sprzedawczyni, że śledzie norweskie przyjechały do sklepu, trzeba było działać. Wypożyczyli od znajomego kierowcy nyskę i przewieźli towar od razu na stragan. Trzy beczki wyładowali o piątej rano. Chcieli wyciągać czwartą, ale Krystka coś tknęło. Ta była inna niż pozostałe i dlatego powstrzymał braci. Sprawdził ją dosyć dokładnie, a gdy się przekonał, że ma całkowitą rację, kazał ją zabierać z Bernardyńskiego jak najszybciej. Gdy jego żona zajęła się sprzedażą towaru, oni pojechali do znajomego, niejakiego Anatola Grubińskiego. Ten przedwojenny złodziej i włamywacz, z którym nieraz bracia Kaźmierczakowie chodzili na robotę, teraz był na emeryturze. Na co dzień zajmował się bimbrownictwem i pokątną sprzedażą alkoholu.

Godzina 8.50

– To co tu ukradli? – zapytał od drzwi wyraźnie zadowolony kapral Olkiewicz, omiatając spojrzeniem wnętrze sklepu. Za nim do środka wsunął się czerwony na twarzy kapral Obrębski. – I który tu jest kierownikiem sklepu? – Przed sobą miał bowiem trzech mężczyzn, a nie, tak jak powinno być, jednego.

– Ja jestem kierownikiem – stwierdził facet w białym kitlu.

– Od razu wiedziałem – pochwalił się swoją przenikliwością Olkiewicz. – A wy dwaj to co? Wycieczka z PTTK? Kapralu Obrębski, spiszcie tych dwóch, a potem won mi stąd, bo tu się śledztwo milicyjne prowadzi i obcym wstęp surowo wezbroniony jest. A wy – tu spojrzał groźnie na kierownika – jak się nazywacie?

– Alojzy Koniarek, syn Mariana – powiedział szybko kierownik, widząc, że z tym groźnym milicjantem to nie żadne przelewki. – A ukradli cztery beczki norweskich śledzi. Trzy duże pełnowymiarowe i jedna mniejsza…

– Chwileczka, kapralu – przerwał zeznanie Koniarka szczuplejszy z dwójki facetów, których właśnie chciał spisać kapral Obrębski.

– A wy co tu się wpierdalacie w przesłuchanie? Milczeć i nie przeszkadzać, kiedy władza ludowa prowadzi śledztwo, bo jak nie, to zaraz przeflancuje się was do aresztu na Młyńską za utrudnianie śledztwa i jeszcze za…

Teoś nie dokończył, bo mężczyzna podszedł do niego i machnął mu przed oczami kartonikiem legitymacji służbowej.

– Jestem kapitan Sokół z SB, a to jest porucznik Drewniak.

– A ja jestem kapral Olkiewicz.

– Słuchajcie, kapralu, to jest sprawa najwyższej wagi. Musimy pogadać.

Teofil spojrzał na kierownika, a potem na drzwi zaplecza.

– Kierownik na zaplecze i zamknąć drzwi, bo tu narada służbowa – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Po sekundzie w sklepie zostali sami funkcjonariusze.

– Słuchajcie, kapralu, to jest sprawa najwyższej wagi. Możemy wam zaufać? – zapytał kapitan.

Teofil uśmiechnął się zadowolony. Nikt jeszcze nigdy nie dzielił się z nim sprawą najwyższej wagi.

– Jak najbardziej, że można.

– Były trzy beczki śledzi i czwarta specjalnego przeznaczenia, która tu trafiła przez pomyłkę.

– Specjalne śledzie – domyślił się Teofil.

– Niezupełnie. Ta mniejsza, stulitrowa, to miał być specjalny prezent z okazji 22 Lipca dla generała Wargacza. Słyszeliście o Wargaczu z SB?

Olkiewicz skinął głową, choć nigdy nie słyszał o żadnym generale SB. Ale ranga robiła wrażenie. Tylko po cholerę takiemu Wargaczowi tyle specjalnych śledzi?

– No więc widzicie, że sprawa jest poważna.

– Znajdzie się te śledzie w trymiga, obywatelu kapitanie.

– Śledzie, kurwa, wcale mnie nie interesują. Te śledzie to se możecie zjeść. Mnie interesuje ta czwarta, mniejsza beczka.

– To znaczy się, że jak ją znajdziemy, to śledzie wypieprzyć, a oddać samą beczkę – domyślił się Teoś.

Kapitan z niedowierzaniem pokręcił głową.

– W tej beczce nie ma śledzi. Tam jest sto litrów dwudziestoletniej szkockiej whisky single malt, bo generał bardzo lubi…

– Takiej, co piją komboje? – domyślił się Teofil, ale zaraz aż otworzył gębę ze zdumienia. Dopiero teraz dotarło do niego, co powiedział esbek. Sto litrów wódy. Boże, w głowie rozbrzmiały mu chóry anielskie, a w gardle już poczuł błogi smak zupełnie darmowej gorzoły. – Złapiemy ich, inaczej nie nazywam się Olkiewicz – stwierdził głosem pełnym determinacji.

Czwartek 21 lipca Godzina 12.30

Zielony łazik przykryty brezentową budą, z namalowanymi na biało literami MO na bocznych drzwiach, zatrzymał się przy Komendzie Wojewódzkiej Milicji. Z auta wyskoczył kapral Olkiewicz. Szybko wspiął się po schodach, by udać się do dyżurki. Tam poprosił siedzącego za szklaną szybą sierżanta, by zawiadomił kapitana Sokoła z SB, że specjalny transport dojechał na miejsce. Po czym wyszedł na zewnątrz. Na chodniku stał kapral Obrębski i palił papierosa. Teofil też zapalił.

Obaj podoficerowie byli w doskonałych nastrojach, bo sprawili się nadzwyczaj dobrze. Już w środę Teofil na targowisku zatrzymał starą Kaźmierczakową i wsadził do aresztu za handel kradzionymi śledziami. Dowodem były trzy puste, ale jeszcze śmierdzące rybą beczki. Czwartej jednak nigdzie nie było. Wieczorem do Olkiewicza do domu przyszedł Krystek Kaźmierczak z prośbą, żeby Teoś zwolnił jego babę. Teofil był jednak twardy jak czekista.

– Puszczę babę, jak oddacie gorzołę. A jak nie, to do końca życia posiedzi.

– Kiedy my nie mamy tej wódy – zmartwił się Krystek.

– A kto ma? – zapytał podchwytliwie Olkiewicz.

Kaźmierczak wzruszył ramionami. Nie było co iść w zaparte. Trzeba było mówić prawdę, jak się chciało jeszcze we własnej chacie zjeść schabowego z kapustą i pyrami.

– Anatol Grubiński wziął od nas.

– To on jeszcze żyje? – zdziwił się Teoś. Dobrze znał starego Tolka, u którego nieraz kupował bimber.

– Żyje i ma się dobrze.

– No to kłaniaj mu się i powiedz, że sprawa gardłowa, co się nią SB zajmuje, bo to była wóda dla jakiegoś generała. Musi wrócić i tyle.

Krystek w mig zrozumiał, w czym rzecz. O ile z milicją szło jakoś sobie życie ułożyć, o tyle z bezpieką nie było żartów.

Ukłonił się więc grzecznie milicjantowi, wcisnął na głowę kaszkiet i odszedł, obiecując, że coś się zaradzi.

I jak obiecał, tak zrobił. Następnego dnia, zanim Teofil wyszedł do pracy, przybiegł z informacją, że beczka stoi na dole koło stróżówki. Była rzeczywiście taka, jak mówił kierownik sklepu, z napisami „Porto” i „Single Malt 1936”.

– No i trzeba było tak od razu, toby się nie musiała twoja stara tłuc po aresztach – stwierdził zadowolony Teofil.

Przez chwilę jeszcze słuchał wyjaśnień Kaźmierczaka, ale nie miał na nie za dużo czasu. Trzeba było wezwać łazik, żeby beczkę zawieźć na komendę.

Teraz stał oparty o bok samochodu i dumny czekał na pochwałę z ust esbeka, który wszedł na pakę i dokładnie oglądał beczkę. Po chwili przywołał do siebie Olkiewicza i Obrębskiego.

– Macie jakąś breszkę? – zapytał, a kapral Obrębski skinął głową i zaraz podał esbekowi niewielki łom. Ten wsunął go w szparę pod deklem i nacisnął. Beczka otworzyła się. Sokół nachylił się i zaczął wąchać jak dobrze wyszkolony pies.

– Jakieś szkło by się przydało?

Olkiewicz uśmiechnął się zadowolony. Przygotował specjalnie metalowy kubek. Oficer zanurzył naczynie w beczce i zaraz je wydobył, przyglądając się uważnie płynowi. Zadowolenie natychmiast odpłynęło z twarzy Olkiewicza, gdy dostrzegł mordercze spojrzenie kapitana.

– Co to, kurwa, jest?!

Teofil zbliżył się do kubka pełen złych przeczuć. Czyżby Kaźmierczak go oszukał? Jeśli tak, to już on wsadzi ich wszystkich do pierdla i załatwi im dożywocie.

Wziął od Sokoła kubek i najpierw przyłożył do niego nos. Pachniało jak trzeba, więc zdziwiony zamoczył usta i wziął solidny łyk. Smak był pierwszorzędny, więc ze zdziwieniem spojrzał na kapitana.

– I co? – zapytał Sokół drwiącym tonem.

– Pierwsza klasa.

– Jak, do cholery, pierwsza klasa?! Przecież to nie jest żadna whisky. To zwyczajny bimber!

Teoś wypił jeszcze jeden łyk i pokręcił głową. Widać było na pierwszy rzut oka, że esbek wcale nie zna się na dobrych alkoholach.

– Nie zwyczajny bimber, ale dwa razy filtrowany. Moc jakieś sześćdziesiąt procent.

– A gdzie jest whisky, co tu była? – zapytał niemal płaczliwym tonem kapitan.

– Łe… – Teoś lekceważąco machnął ręką. – Powiadają, że jak otwarli beczkę, to tak śmierdziało torfem, że nie szło wytrzymać. W smaku też była taka, że aż gębę wykręcało, no to chłopaki, żeby panu generałowi zrobić przyjemność, przepędzili te całe sto litrów dwa razy, żeby spiryt był jak najczystszy. I żeby pozbyć się tego bagiennego smrodu, dolali jeszcze swojego najlepszego bimberku, bo w beczce to wcale nie było sto litrów ino jakaś jedna czwarta mniej, i zrobili pięćdziesięcioprocentową wódeczkę. Niech obywatel kapitan sam spróbuje. – Teoś wysunął w kierunku pobladłego kapitana Sokoła kubek z bimbrem.

Ten spojrzał z odrazą na Olkiewicza, a potem wysyczał przez zęby:

– Spierdalajcie, żebym was tu więcej nie widział, wy cholerni kretyni. Tyle whisky zmarnować, Boże miłosierny, tyle whisky prosto ze Szkocji. Dwudziestoletnia single malt z bagiennym aromatem – mówił do siebie, wspinając się po schodach. Obaj kaprale patrzyli na niego jak na kogoś, kto najwyraźniej postradał zmysły.

– Obywatelu kapitanie – zawołał za nim Kryspin Obrębski.

– Czego? – Sokół zatrzymał się i z odrazą spojrzał w dół.

– A co mamy zrobić z tym… no… – Wskazał na pakę samochodu.

– Możecie to wylać do rzeki – powiedział i odszedł, zostawiając ich samych.

Obaj milicjanci stali przez chwilę, nie bardzo rozumiejąc, co robić.

– Taki bimberek do rzeki? – zdziwił się Teoś. – Ten esbek to jakiś wariat.

– I co robimy? – zapytał Kryspin.

– Jak co? Podzielimy. Pół dla mnie, pół dla ciebie. Przecie jeszczem nie zwariował, żeby wódę wylewać do Warty. Ryby by się zatruły. Mamy wódę i zagrychę, to trzeba to opić. – Klepnął kolegę w ramię.

Bo solone śledzie jak najbardziej nadawały się do wódeczki. Kaźmierczak dziś rano, prócz beczki, przyniósł Olkiewiczowi na przeprosiny pełną torbę norweskich śledzi.

Michał Larek - Czwarty zabójca

Siedzieli we trójkę przy ławie zastawionej zmrożonym Bolsem, sokiem jabłkowym i paroma paczkami najtańszych chipsów, gdy nagle Mario, najstarszy i najwyższy z nich, rzucił:

– Powtórzymy akcję sprzed roku, panowie.

Spojrzeli na niego niepewnie, ale on, rozochocony wypitym alkoholem, zaczął przekonywać ich do swojego pomysłu.

– Zrobimy skok na niezłą kaskę – doprecyzował z zawadiackim błyskiem w oku.

Jak się okazało, obiektem owego skoku miała być pewna firma świadcząca usługi IT, której siedziba mieściła się nieopodal Cytadeli, w jednej z willowych, bardzo spokojnych uliczek – „rzut beretem od nas”.

– Mają mnóstwo forsy, a szef, młody skurwysynek, jest tak arogancki, że trzyma ją w zwyczajnej szefie. – Oburzył się. – Rozumiecie to? Beż żadnych zabezpieczeń. Cwaniakowi nie chce się nawet kupić solidnego sejfu! No po prostu sam się prosi, żeby dać mu nauczkę, co nie?

Rozłożył ręce, pokręcił głową, po czym rozlał wódkę do kieliszków.

– Chluśniem, bo uśniem – rzucił swoje ulubione pijackie powiedzonko.

Kermit, blondyn o spektakularnie wyłupiastych oczach, pokręcił głową na znak, że ma już dość, ale Czarny trzepnął go w ramię.

– Pij, nie marudź.

Mario podniósł kieliszek i zerknął na Kermita, który ewidentnie miał już dość. Zmarszczył brwi, jakby zobaczył coś, co go zirytowało.

– Pij, chłopie! Musimy nabrać mocy.

Stuknęli się, wypili i natychmiast poczuli, że wódka, zrobiona na bardzo mocnym spirytusie, agresywnie rozpływa się po całym ciele. Syknęli jednocześnie. Mocna!

Spojrzeli po sobie.

– Masz jakieś wątpliwości, chłopie? – Mario wzbił wzrok w kolegę, który najwyraźniej nie zachwycił się jego pomysłem. – Pytam się. Masz?

Ten wzruszył ramionami i czknął.

Mario obrócił się w stronę Czarnego, sięgającego niezgrabnie po paczkę pomidorowych chipsów.

– A ty masz?

– No co ty? Dopijemy i idziemy… zarobić!

Mario wyszczerzył zęby, a potem dotknął kolana Kermita.

– Dlaczego pękasz? – zapytał, zmieniając ton głosu na cieplejszy. – Na ostatnim włamie zarobiliśmy mnóstwo forsy, nikt nas nie namierzył. Teraz będzie tak samo.

– Jesteśmy królami złodziei! – zaśmiał się Czarny, po czym podszedł chwiejnym krokiem do okna. Uchylił je i z wielką przyjemnością wystawił rozgrzane policzki na orzeźwiający powiew wiatru.

– Potrzebujemy forsy, przecież dobrze o tym wiesz.

Mario znowu napełnił szkło.

– Kermit, za miesiąc się żenisz. Musisz kupić porządne obrączki, garnitur, a potem zawieźć żonę w podróż poślubną. Gdzie na to, kurwa, zarobisz, pytam się?! W Biedronce na kasie? Nie rozśmieszaj mnie. Czarnego ojciec wyjebał z chaty – potrzebuje forsy na wynajem czegoś sensownego. A ja… jak nie oddam za tydzień długów, to mnie miastowi wywiozą do lasu. Sytuacja jest podbramkowa, musimy to zrobić. Nie ma wyjścia.

Zawiesił głos i dał znak, żeby wypić następną kolejkę. Przełknęli, skrzywili się, pokiwali głowami.

– Kermitku, mordo ty moja. Posłuchaj głosu rozsądku.

Cisza.

– No dobra, niech będzie, wchodzę w to – padła deklaracja, ozdobiona kolejnym czknięciem.

– No i o to właśnie chodziło, ziomek. O męską decyzję.

Czarny potrząsnął radośnie pięścią, wstał, zachwiał się i podszedł do laptopa. Po chwili rozległy się ostre gitarowe riffy.

– „Głupia pizdo, za to, co zrobiłaś wczoraj, więcej ręki ci nie podam” – zaśpiewał gniewnie wokalista, a koledzy przystąpili do następnej kolejki. Tym razem wznieśli toast: za skok stulecia.

Inspektor Rambert, emerytowany oficer policji, spojrzał na grupkę młodych ludzi zgromadzonych w salce konferencyjnej.

Uśmiechnął się pod krótko przystrzyżonym wąsem, gdy stwierdził, że udało mu się pozyskać uwagę słuchaczy. Spojrzał na zegarek, chrząknął i zamyślił się na chwilę.

Jakieś kilkanaście minut temu zaczął seminarium przeznaczone dla studentów z kilku humanistycznych wydziałów poznańskiego uniwersytetu.

Celem zajęć było przedstawienie frapujących aspektów zawodu śledczego i zachęcenie do podjęcia pracy w komendzie wojewódzkiej po ukończeniu studiów. Policja przeżywała ewidentny kryzys, brakowało oficerów, którzy swój fach traktują jak pasję, co uwidoczniało się w kolejnych fatalnie poprowadzonych dochodzeniach. Trzeba więc było zasadniczo zmienić politykę zatrudnienia, wyjść w stronę młodzieży akademickiej, zadzierzgnąć kontakt z jej najciekawszą częścią i na początek zacząć ją uwodzić smakowitymi opowieściami o „najbardziej filmowym poza kurestwem zawodzie świata”.

Komendant dość szybko dogadał się z rektorem i na łowy młodych, ambitnych dusz wypuszczono byłego naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego, Jerzego Ramberta o pseudonimie Dżery.

– Przystojny jak Roger Moore, utalentowany jak George Smiley, oczytany jak Umberto Eco, no i ma, kurwa, dużo wolnego czasu, z czego wcale nie jest zadowolony – powiedział nadinspektor do profesora.

Ten zarechotał, wyciągnął z tajnego barku koniaczek, rozlał po symbolicznej kapce i w atmosferze pełnego zrozumienia umowa o współpracy została zamaszyście podpisana. A gdy nastał październik, studenci wrócili z praktyk, Rambert przekroczył majestatyczny próg Collegium Maius, pobrał w portierni klucz i ruszył po schodach na drugie piętro.

Był podniecony, ale odrobinę speszony. Czy dwudziestolatkowie zainteresują się tym, co ma do powiedzenia siedemdziesięciolatek, nawet tak dobrze zakonserwowany jak on?

Ściągnął szalik, wypił parę łyków kawy, którą kupił po drodze w automacie, przywitał się i powiedział parę słów o sobie.

Młodzież zamilkła, odłożyła na bok smartfony i spojrzała na niego zaciekawiona – było dobrze.

– Mam dwa cele – powiedział. – Po pierwsze, przekonać was, że to fascynująca przygoda, także intelektualna, a po drugie, podważyć kilka stereotypów popularyzowanych przez amerykańskie filmy i seriale.

Punktem wyjścia stała się historia, którą jeden ze znajomych oficerów zatytułował „Czwarty zabójca”. Opowieść z zaskakującą pointą, która dowodzi, że rzeczywistość może zaskoczyć gwałtowniej niż niejeden twist wymyślony przez amerykańskich scenarzystów. Kiedy po raz pierwszy o niej usłyszał, przestraszył się. Potem często do niej wracał, gdy rozmyślał nad niebezpieczną rolą przypadku w robocie gliniarza. Lubił ją opowiadać. Za każdy razem zmieniał trochę nieistotne dla biegu sprawy szczegóły, co sprawiało mu osobliwą przyjemność. Może to był wyraz głęboko skrywanych ciągot pisarskich? Może. Przecież w dobie boomu kryminalnego coraz więcej emerytowanych policjantów próbowało szczęścia w literaturze. Niewykluczone, że któregoś dnia i on włączy komputer, żeby zacząć smarować z zapałem powieść.

Rybka chwyciła haczyk. Studenci dali się wciągnąć w fabułę, którą zaczął od pijackiej nasiadówki trzech nieszczęśników.

Gdy w końcu udało im się wejść do budynku, Mario poczuł lekkie zawroty głowy. Beknął. Nieprzyjemny zapach sosu czosnkowego od kebaba zaatakował jego nozdrza. Wzdrygnął się.

Kermit i Czarny zarechotali, a potem, coraz bardziej podekscytowani akcją i perspektywą szybkiego zdobycia dużej forsy, ruszyli przed siebie. Nucili pod nosem jakąś melodyjkę. To chyba była Gra o tron.

Ale on, jakby na przekór, przystanął i rozejrzał się wokoło. Znowu coś podeszło mu do gardła. Złapał się za twarz i spróbował opanować odruch wymiotny.

„To jednak nie był dobry pomysł” – pomyślał. „Trzeba było wstrzymać się z chlaniem. Człowiek jest jednak głupi”.

Światło nocnych latarni rzucało skąpą poświatę, zarysowując niewyraźnie kontury ścian, biurek z komputerami, rozlicznych szaf i szafek.

W oddali usłyszał niezgrabne kroki kolegów i ich bełkotliwe pomruki. Potem jakiś rumor.

Co jest?

Sięgnął po latarkę, która zaklinowała się w kieszeni, szarpnął ją i upuścił na ziemię. Zaklął głośno, schylił się i wtedy poczuł, że musi zwymiotować. Podbiegł do okna, pod którym zauważył kosz na śmieci, i zwrócił do niego resztki nieprzetrawionego jedzenia. Przez chwilę trwał w półzgięciu i zastanawiał się, czy nie dać sygnału do odwrotu, zanim dojdzie do jakiejś katastrofy.

„To się nie uda” – myślał gorączkowo. „Wpadniemy”.

Wtedy przypomniał sobie, że chwilę wcześniej doszły go dziwne dźwięki. Coś tam się stało.

Ale co?

Coś grzmotnęło, ktoś upadł. Pewnie Kermit, osioł jeden, wyjebał się w ciemnościach.

Mario wyciągnął chusteczkę i otarł usta. Gdy uspokoił na dobre oddech, doszedł go ryk – pełen wściekłości, ale i strachu.

– Coś ty zrobił? – To był Czarny. – Człowieku, coś ty, kurwa, zrobił?!

Mario drgnął i gwałtownie się odwrócił.

– Ki chuj? – szepnął.

Zmarszczył brwi i szybkim krokiem puścił się w stronę kumpli. Wyszedł na korytarz, doszedł do jego końca, skręcił w prawo, podążając za światłem latarek, aż w końcu znalazł się w jakimś dużym przestronnym pomieszczeniu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki