Truman Capote - Gerald Clarke - ebook + książka

Truman Capote ebook

Gerald Clarke

4,5

Opis

Truman Capote (1924-1984) autor Śniadania u Tiffaniego i Z zimną krwią, bohater filmów Capote i Bez skrupułów, był postacią niezwykle barwną, człowiekiem o piekielnej inteligencji i słabej woli. Jako pisarz dążył do największego ideału, ale jako człowiek zmierzał do destrukcji. Jego życie to nie tylko twórcze skupienie, ale także intensywne przyjaźnie, homoseksualne miłości, podróże, przyjęcia, skandale, procesy sądowe oraz nałogi.

Gerald Clarke zaczął pisać tą książkę jeszcze za życia Capotego. Odbył z nim dziesiątki rozmów, przeprowadził kilkaset wywiadów z niemal wszystkimi ludźmi, którzy go znali. "Clarke wie o mnie więcej niż ja sam" - twierdził bohater biografii. Zawiera ona ogromną wiedzę o życiu i osobowości pisarza. Znajdujemy w niej wiele informacji z pierwszej ręki, fragmenty listów i rozmów, wspomnienia, anegdoty i plotki, czasem bardzo pikantne, relacje przyjaciół i wrogów a także świetnie odtworzony obraz Ameryki tamtych czasów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla L.A.S.

za wiarę i hart ducha

Jest jeden jedyny T.C.

Nie było nikogo takiego przede mną

i nie będzie po mnie

Truman Capote

w rozmowie, która odbyła się w czerwcu 1984 roku

Opisałem tylko połowę tego, co widziałem…

Marco Polo

cytat wyrwany z czasopisma,

znaleziony w papierach Trumana Capotego

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

W tamtych czasach mieszkańcy Południa poruszali się znacznie wolniej niż dziś. Arch pod tym względem wyraźnie różnił się od swoich ziomków. Mógł uchodzić za Jankesa. Kiedy pewnego kwietniowego popołudnia szedł ulicą i zwalniał jedynie po to, by uchylić kapelusza znajomym damom, wydawało się, że chodzi, mówi i myśli szybciej niż pozostali mieszkańcy Troy, a może nawet całej Alabamy. Jednak Arch był tylko młodym człowiekiem zaaferowanym swoimi sprawami, a tego dnia, kiedy spotkał Lillie Mae, kolejny raz szukał możliwości zrobienia dobrego interesu, który wreszcie otworzyłby przed nim drogę do fortuny.

Minęli się na East Three Notch Street, przed wejściem do Folmar Building. Arch, który był przekonany, że zna wszystkie atrakcyjne dziewczęta w mieście, ze zdumieniem zatrzymał się na widok młodej kobiety, najładniejszej, jaką zdarzyło mu się widzieć. Była niewysoka, miała nie więcej niż sto pięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, ciemne blond włosy i oczy koloru dobrego burbona. „Po prostu ścięło mnie z nóg”1 – wspominał później. Bez wahania odwrócił się i poszedł za nieznajomą. Kiedy weszła do apteki McLeoda, w napięciu czekał na zewnątrz. Koniecznie chciał nawiązać rozmowę, ale chyba pierwszy raz w życiu nie był pewien ani tego, co powiedzieć, ani w jaki sposób, i wciąż gorączkowo o tym myślał. Tymczasem Lillie Mae wyszła z apteki i sama rozwiązała problem.

– Cześć, jak się masz, Archu Personsie – powiedziała. – Co tam słychać u Billa McCorveya? – Bill, stary przyjaciel Archa, pochodził z Monroeville, niewielkiego rolniczego miasteczka na zachodzie stanu. Lillie Mae, która właśnie stamtąd przyjechała do Troy, posłużyła się jego nazwiskiem, żeby dać do zrozumienia Archowi, że go zna, nawet jeśli on nie ma zielonego pojęcia, jak ona się nazywa.

– A, znam cię, skarbie – skłamał. – Tylko zapomniałem, jak masz na imię.

– Jestem Lillie Mae Faulk – odparła.

Teraz już Arch bez trudu znalazł właściwe słowa. Odprowadził ją do akademika – niedawno zaczęła naukę w college’u nauczycielskim przy Normal Avenue – po czym jeszcze raz zjawił się po kolacji, żeby porozmawiać z nią w salonie. Treść ich rozmowy dawno przepadła w ludzkiej niepamięci, jednak Arch, który ze swoimi grubymi szkłami okularów i rzednącymi blond włosami raczej nie mógł uchodzić za ideał męskiej urody, najwyraźniej ją oczarował, tak jak niemal każdego, kogo spotkał na swej drodze, ponieważ kiedy następnego dnia wyjeżdżał do Kolorado na jedną ze swoich licznych wypraw w poszukiwaniu możliwości zrobienia dobrego interesu, obiecała, że do niego napisze.

Dotrzymała słowa. Pisali do siebie niemal codziennie. Pod koniec lata Arch, nie natrafiwszy na swoją złotą żyłę, wrócił do Alabamy i pojechał prosto do Monroeville na spotkanie z Lillie Mae. Ich listy nie były stratą czasu, bo 23 sierpnia 1923 roku, po odebraniu stosownego pozwolenia od sędziego Fountaine’a, wzięli ślub. Arch za niecałe dwa tygodnie miał skończyć dwadzieścia sześć lat, Lillie Mae miała lat siedemnaście.

Jej owdowiała matka zmarła cztery lata wcześniej2. Piątce dzieci zostawiła nieduży majątek. Czworo z nich zamieszkało u rodzeństwa Faulków – kuzynów ze strony ojca – niezamężnych sióstr Callie, Jennie i Sook oraz ich brata, Buda, starego kawalera. Właśnie w ich domu przy Alabama Avenue odbyła się uroczystość weselna. W holu frontowym ustawiono olbrzymie paprocie, sąsiadka, pani Lee, grała na pianinie, a słowa przysięgi małżeńskiej odczytał pastor z Kościoła baptystów. Tego dnia panowała typowa dla tego miesiąca parna i gorąca, prawdziwie tropikalna aura. Mężczyźni co chwila poprawiali kołnierzyki, a kobiety wierciły się w ciężkich gorsetach. Po ceremonii wszyscy stłoczyli się w jadalni, żeby jeszcze przed spróbowaniem weselnego tortu ochłodzić się lemoniadą. W stosownym momencie pan Wiggins, miejscowy człowiek do wszystkiego, zawiózł szczęśliwą młodą parę do Atmore, położonej w odległości sześćdziesięciu pięciu kilometrów najbliższej stacji kolejowej na linii Nashville–Louisville, skąd pełni nadziei i uszczęśliwieni wyruszyli w podróż poślubną na wybrzeże Zatoki Meksykańskiej.

Lillie Mae nie musiała długo czekać na pierwsze rozczarowanie – przyszło niemal od razu po wyjściu z pociągu. Arch, któremu jak zwykle brakowało gotówki, nie zwracał uwagi na wspaniałe, białe hotele ulokowane nad brzegiem zatoki, tylko zawiózł ją do pensjonatu nieopodal Gulfport, w stanie Missisipi. Jego właściciel, stary znajomy, z którym robił interesy, zaproponował mu zniżkę. Spędzili tam mniej więcej tydzień. Potem pojechali do Nowego Orleanu, gdzie już po kilku dniach Lillie przeżyła kolejny, jeszcze większy cios. Archowi skończyły się pieniądze i miesiąc miodowy nagle dobiegł końca.

Arch postanowił zostać w mieście, żeby zdobyć trochę gotówki, więc odprowadził Lillie Mae na pociąg i wysłał do Monroeville. Wcześniej zadzwonił do opiekującej się nią kuzynki Jennie Faulk i poprosił, by odebrała Lillie Mae na stacji w Atmore. Słynącej z gwałtownego charakteru Jennie nie zdradził, że jest spłukany. Powiedział tylko, że ma okazję zrobić duży interes, co zmusza go do częstych podróży, więc nie chce, żeby taka prosta i niedoświadczona dziewczyna jak Lillie Mae została sama w obcym mieście. Nawet jeśli Jennie, kobieta bystra i podejrzliwa, nie domyśliła się prawdy, wkrótce i tak usłyszała o wszystkim od Lillie Mae. Gdy Arch cztery tygodnie później pojawił się u Faulków po żonę, Jennie poinformowała go, że nie jest już mile widziany w jej domu. „Wynoś się, i żebym cię tu nigdy więcej nie widziała!” – wrzasnęła. „Nawet nie próbuj się tu pojawiać!”3. Ustąpiła dopiero wtedy, gdy Arch spędził noc w hotelu „Purafore”, i w końcu pozwoliła mu zamieszkać razem z żoną w starej sypialni na tyłach domu.

Lillie Mae cierpiała, że jej miesiąc miodowy nagle się skończył, ale jeszcze większy żal miała do męża, gdy w końcu się zjawił. Wyszła za niego także dlatego, że chciała się wyrwać z Monroeville i uwolnić od kłótliwych, wścibskich kuzynów. A tu, proszę, jest mężatką, lecz nadal z nimi mieszka, jakby w ogóle nie było ślubu. W dodatku Arch, jakby to było coś całkowicie oczywistego, najwyraźniej uznał, że Jennie powinna i jego wziąć pod swoje skrzydła.

Bez wątpienia Arch był kimś innym niż człowiek, którego opowieści słuchała Lillie Mae4. Mieszkańcy Monroeville wiedzieli, że jeśli miał pieniądze, jeździł drogimi samochodami (marki LaSalle albo Packard Phaeton), a jeśli był spłukany, żerował na przyjaciołach. Teraz po cichu rozkoszowali się jej nieszczęściem. Nikt nie przeczył, że Lillie Mae jest bardzo atrakcyjną młodą kobietą, kto wie, może najładniejszą w całym hrabstwie Monroe. Ludziom nie podobało się jednak, że bez skrępowania podzielała tę pochlebną opinię o sobie. Odrzuciła względy pewnego sympatycznego miejscowego chłopca, żeby poślubić Archa i nieraz jasno dawała do zrozumienia, że nie zamierza spędzić reszty życia w Monroeville, piekąc ciasteczka dla kółka misjonarskiego przy Kościele baptystów. Jej spojrzenie błądziło wokół znacznie odleglejszych horyzontów. Myślała o Nowym Orleanie, o St. Louis, a może nawet o Nowym Jorku. Niemniej gorzka i okrutna prawda była taka, że wbrew zbyt wysokiemu mniemaniu o sobie wylądowała z powrotem w miasteczku, zanim zwiądł jej ślubny bukiet. Doprawdy, trudno sobie wymarzyć szybszy i bardziej spektakularny upadek. Tej jesieni i zimy wiele mówiło się w mieście o niepowodzeniu Lillie Mae. Jak wspomina jej brat Seabon: „Ludzie w Monroeville uważali Archa za człowieka zajmującego się podejrzanymi interesami i oceniali, że dzień, w którym siostra za niego wyszła, był dniem smutku. Ich zdaniem powinna być mądrzejsza”5.

Lillie Mae nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Była jednak zbyt młoda, pełna energii i optymizmu, by tylko kręcić się po domu, a ponieważ Arch nie potrafił się o nią zatroszczyć, zadecydowała, że sama to uczyni. Postanowiła, że nie wróci do college’u i zacznie się uczyć czegoś bardziej praktycznego. Zapisała się więc do szkoły handlowej w Selmie. I właśnie tam podczas ćwiczeń gimnastycznych zimą 1924 roku zemdlała. W ten przykry sposób dowiedziała się, że jest w ciąży. Z pewnością nie było to radosne odkrycie. Zważywszy na beznadziejne perspektywy małżeństwa z Archem, myśl o tym, że ma urodzić jego dziecko, mogła kojarzyć się Lillie Mae z wyrokiem więzienia, skazującym ją na trwały, nieodwracalny związek ze źle wybranym mężem. Wprawdzie Arch niedawno znalazł pracę w Nowym Orleanie, w Towarzystwie Żeglugowym Streckfusa, ale Lillie Mae nie wierzyła, że mąż się zmienił, i nie wtajemniczając go w to, co się stało, zrezygnowała z nauki i kolejny raz wróciła do Monroeville, głęboko przekonana, że usunie ciążę. W 1924 roku sprawa nie była jednak taka prosta. Przypuszczalnie Lillie Mae poprosiła Jennie o pomoc. Jennie niemal na pewno odmówiła. Wezwała przyszłego ojca, żeby przyjechał po ciężarną żonę.

Lillie Mae twardo stała przy swoim postanowieniu. Całą wiosnę 1924 roku błagała Archa, przekonywała go i kłóciła się z nim. „Oczywiście zwlekałem i przeciągałem sprawę, szukając różnych wymówek – wyjaśniał potem – ponieważ najbardziej na świecie pragnąłem mieć malutkiego synka. W czerwcu wraz z grupą moich przyjaciół wysłałem ją do Kolorado, gdzie był wspaniały klimat, bardzo dobry dla kobiety w jej stanie”. Kiedy w lipcu Lillie Mae wróciła do Monroeville, okazało się, że jest za późno, żeby myśleć o aborcji. Chcąc nie chcąc, musiała urodzić dziecko Archa.

Arch bez wahania powierzył Jennie i jej siostrom pieczę nad narodzinami dziecka, jednak gdy zbliżał się termin porodu, Jennie odesłała Lillie Mae do Nowego Orleanu. Arch wynajął apartament w położonym na krańcach Dzielnicy Francuskiej hotelu „Monteleone” i zaangażował do opieki nad żoną doktora E. R. Kinga, jednego z najlepszych ginekologów i położników w mieście. Rankiem 30 września, we wtorek, Lillie Mae poczuła bóle porodowe. Arch wezwał jej brata Seabona, po czym zniósł ją do taksówki i zawiózł do Szpitala Touro. Około piętnastej, gdy ojciec i wuj nerwowo chodzili po korytarzu, na świat przyszło dziecko – chłopiec, którego Arch tak bardzo pragnął. Dał mu na imię Truman, na cześć Trumana Moore’a, starego przyjaciela ze szkoły wojskowej, a na drugie Streckfus, na cześć nowoorleańskiej rodziny, dla której pracował. Truman Streckfus Persons.

Rozdział 2

Mimo wcześniejszych obaw Lillie Mae zachowywała się jak każda szczęśliwa młoda matka1. W niemal komiczny sposób próbowała nauczyć Trumana mówić i rozpoznawać otaczające go przedmioty, zanim mógł unieść głowę z poduszki. O dziwo, Arch odniósł wielki sukces w nowej pracy, która polegała na zachęcaniu członków rozmaitych klubów, stowarzyszeń i kościołów do wycieczek po Missisipi parostatkami Towarzystwa Żeglugowego Streckfusa. Jesienią i zimą działał na terenie Nowego Orleanu, wiosną i latem zaś w St. Louis.

Arch idealnie nadawał się do tej pracy i prawdopodobnie nikt od czasów Marka Twaina nie potrafił odmalować rejsu po Missisipi w równie ekscytujących barwach. Skutecznie umiał dotrzeć do każdej grupy klientów. „Gdybyś był na sprzedaż, Arch na pewno by cię sprzedał” – mawiał jego szef, kapitan Verne Streckfus. „Był najlepszy”2. Po latach poszukiwań Arch odnalazł wreszcie swoje powołanie. Niektórzy ludzie są urodzonymi sportowcami, muzykami albo frontowymi oficerami – on był urodzonym handlowcem. Zanim przyszły klient dopił filiżankę kawy, Arch tak go oczarował, że dzbanuszek do śmietanki zamieniał się w lampę Aladyna, a cukiernica w skrzynię pełną skarbów.

Nie był jednak zwykłym czarusiem i gdy przekonywał kogoś do swoich pomysłów, nie ograniczał się do pochlebstw, poklepywania po plecach i opowiadania dykteryjek, choć oczywiście nie stronił i od takich sztuczek. Jego urok miał znacznie solidniejsze fundamenty. Arch już po kilku minutach rozmowy odgadywał ukryte marzenia rozmówcy – tak jak wróżka, która na podstawie kilku mimowolnie zdradzonych szczegółów potrafi odtworzyć przeszłość klienta – i sprawiał, że ich spełnienie było na wyciągnięcie ręki, niczym wczorajsza gazeta. Potrafił kusić i fascynować. Na swój sposób był prawdziwym czarodziejem, magikiem, Svengalim[1] w białym lnianym garniturze. Sława jego zniewalającego uroku była tak duża, że w „The Circle”, oficjalnym czasopiśmie wydawanym przez firmę Streckfus, nazwano go Księciem z Bajki Linii Streckfus.

Te niezwykłe, olśniewające talenty Archa wykraczały daleko poza potrzeby rzecznej floty Streckfusów. W wolnym czasie, czyli w marcu i sierpniu, a także we wszystkich innych wolnych chwilach niestrudzenie poszukiwał swojej złotej żyły, która zawsze znajdowała się tuż za rogiem. W pierwszych latach życia Trumana ojciec miewał niezliczone pomysły. Każdy z nich był jego zdaniem istną kopalnią żółtego kruszcu. Został na przykład impresariem zawodowego boksera, Joego Littletona. Arch postanowił zorganizować walkę w Monroeville, która miała się odbyć na placu przed siedzibą magistratu. Aby przyciągnąć uwagę publiczności, kazał swojej głównej atrakcji biegać po ulicach w bokserskich spodenkach. „Wszystkie panie były oburzone” – wspominała Mary Ida Carter, siostra Lillie Mae. „Nigdy wcześniej nie widziały mężczyzny z gołymi nogami”. Zaniepokojona tym poruszeniem rada miejska wydała zakaz organizowania meczów bokserskich w obrębie granic miasteczka. Joe Littleton musiał wciągnąć spodnie i wrócić do domu w Nowym Orleanie.

Innym razem ową nieuchwytną, wciąż złotą żyłą miał być Wielki Pasza, znany także jako Sam Goldberg z Bronksu. Pasza nosił turban i powłóczystą szatę. Zarabiał na życie odgrywaniem groteskowych scenek rodem z teatrzyku rewiowego. Jego najlepszy numer – sztuczka ta wzbudziła zachwyt Archa – to „człowiek żywcem pogrzebany”. Za pomocą pewnej mikstury, którą zachwalał jako tajemny lek egipski, potrafił tak bardzo zwolnić rytm bicia serca, że prawie nie musiał oddychać, dzięki czemu mógł wytrzymać do pięciu godzin w szczelnie zamkniętej trumnie. Arch zareklamował go jako najbardziej tajemniczego człowieka świata i w kilkunastu miastach zorganizował przedstawienie z Paszą w roli głównej zatytułowane Zakopany żywcem, przybity do krzyża, jazda z zawiązanymi oczami, tortury i sto innych strasznych rzeczy. Na występ Paszy w Monroeville ludzie zjechali się z odległych okolic, a banki tego dnia zawiesiły działalność. Mimo sukcesów Arch i Pasza w końcu pokłócili się i rozstali. Arch jednak nie wyszedł na tym najgorzej, ponieważ egipski specyfik pewnego dnia zawiódł Goldberga i gdy trumnę wykopano z ziemi, okazało się, że Wielki Pasza leży w niej równie nieruchomo, jak faraonowie w swoich sarkofagach.

Arch miewał także inne pomysły – kursy stenotypii dla dziennikarzy prasowych, czasopismo dla męskich i żeńskich korporacji studenckich czy konkursy piękności dla uczennic szkół średnich. Zaiste jego pomysłom nie było końca. Strzelały z umysłu Archa niczym sztuczne ognie z okazji 4 lipca[2]. Nie potrafił myśleć o niczym innym niż o nowych sposobach zbicia majątku. „Pieniądze to szósty zmysł, bez którego nie ma żadnego pożytku z pozostałych pięciu”3 – lubił powtarzać, głęboko przekonany, że jest mu pisane wielkie bogactwo. Niewykluczone, że gdyby nie brak jakiejś cechy charakteru (choćby odrobiny cierpliwości), spełniłby swoje przeznaczenie i stanął w jednym szeregu obok tak sławnych impresariów, jak Billy Rose, Mike Todd czy Phineas Taylor Barnum, człowiek, którego najbardziej przypominał. Tak czy inaczej, czegoś mu zabrakło. Wskazówka jego emocjonalnego barometru zbyt szybko zmieniała położenie – jednego dnia wpadał w euforię, a następnego w głębokie przygnębienie. Najwyraźniej nie starczało mu siły charakteru, by nieco dłużej zatrzymać się przy jednym pomyśle. W dodatku szukając zarobku, nie zawsze pamiętał o zasadach i czasami gdy pędził ku wymarzonej fortunie, zniżał się do niezbyt apetycznych sposobów zarobienia paru dolarów. Coraz rzadziej przypominał impresaria wizjonera, a coraz częściej zwykłego oszusta. Ktoś, kto śledził jego poczynania w tych latach, mógł odnieść wrażenie, że ilekroć przyjeżdżał do jakiegoś miasta, miejscowy szeryf odruchowo przebierał palcami po pęku kluczy do aresztu. Nawet matka Archa, przekonana skądinąd, że Bóg przeznaczył go do wielkich i ważnych spraw, uskarżała się, że syn nie potrafi odróżniać dobra od zła.

Rozdział 3

Wiele lat później Lillie Mae często powtarzała, że wyszła za Archa jedynie po to, żeby uciec z domu. Czasami jednak, gdy była w lepszym nastroju, przyznawała, że kiedyś go kochała – i bez wątpienia mówiła prawdę. „Arch był taki romantyczny” – wspominała Mary Ida. „Zawsze przynosił jej kwiaty. Bywało, że zrywał te, które rosły na podwórku za domem”. Niemniej owe romantyczne chwile nie przetrwały okresu narzeczeństwa. Łatwo było lubić Archa, ale trudno było go kochać, i te same cechy, które sprawiały, że był taki uroczy, te wszystkie obietnice, którymi szafował z taką łatwością, nieuchronnie prowadziły do rozczarowania. Gdyby nie wzbudził w Lillie Mae tak wielkich nadziei, mogłaby mu wybaczyć nieodpowiedzialne zachowania, ale ona czyniła mu z tego powodu wyrzuty, ponieważ była przekonana, że ją oszukał. „Uważała, że wrobił ją w małżeństwo” – twierdził Seabon. „Myślała, że wychodzi za człowieka, który zapewni jej przyzwoity poziom życia i poczucie bezpieczeństwa”1. Arch jednak nie mógł jej tego dać i gdyby nie zaszła w ciążę, prawdopodobnie ich związek nie przetrwałby dłużej niż rok.

W rzeczywistości małżeństwo nie tyle się skończyło, ile rozpuściło, niczym kostka cukru wrzucona do drinka z lodem. W pierwszych miesiącach życia Trumana Lillie Mae robiła, co mogła, żeby utrzymać związek z Archem, lecz w końcu zrezygnowała i w jej życiu pojawili się inni mężczyźni. „Wystarczyło, że zobaczyła jakiegoś faceta, a już chciała iść z nim do łóżka” – opowiadał Arch. „Pragnęła dreszczu emocji i często go znajdowała. Po trzech albo czterech tygodniach miała dość i była gotowa szukać czegoś innego”2. W ciągu siedmiu lat małżeństwa doliczył się dwudziestu dziewięciu romansów żony3. Jego brat John, który sam wielokrotnie padał ofiarą podstępów i kłamstw Archa, był nawet gotowy wybaczyć Lillie Mae wiarołomstwo, jednak najwyraźniej nie potrafił jej wybaczyć złego smaku w doborze kochanków. W jednym z listów uskarżał się: „Za każdym razem to jakiś Grek, Latynos, podrywacz z college’u, durny młody karierowicz czy równie niedojrzały gość z prowincji”4.

Niewykluczone, że pierwszym z nich był pewien mieszkaniec Ameryki Środkowej, którego poznała latem 1925 roku5. Zgodnie ze stereotypem gorącego latynoskiego kochanka był namiętny, obsypywał prezentami i groził, że zabije ją, jeśli zobaczy z jakimś innym mężczyzną, oczywiście nie licząc męża. Archowi niezbyt podobało się to, że Lillie Mae się z nim widuje – w każdym razie tak później twierdził – jednak nie starał się jej powstrzymywać. „Co mogłem zrobić – tłumaczył się smętnie – i tak by się wymknęła na spotkanie, kiedy byłem w pracy. Po prostu nie rozmawialiśmy o tych sprawach”.

Lillie Mae, aby uniknąć kłopotliwych sytuacji, zwykle spotykała się z Latynosem po południu. Czasami widywali się także wieczorem. Gdy dowiadywał się od niej, że idą z Archem do kina, szedł za nimi. Lillie Mae pomagała Archowi znaleźć miejsce w pierwszym rzędzie – miał tak słaby wzrok, że jeśli siedział nieco dalej, z trudem widział ekran – po czym siadała z kochankiem w ustronnym kącie z tyłu sali. Po projekcji wracała do Archa, a Latynos szedł do swojej żony. Arch zwykle dobrze wiedział, co się dzieje.

Kilkakrotnie spotykała się z kochankami w obecności Trumana, bez wątpienia przekonana, że jest za mały, by rozumieć, o co chodzi. Tu się jednak myliła. „Raz poszła do łóżka z jakimś mężczyzną z St. Louis” – wspominał Truman. „Miałem około dwóch lat, ale wszystko dokładnie pamiętam, nawet to, jak wyglądał – miał brązowe włosy. Byliśmy w jego mieszkaniu. Spałem na kanapie. Nagle zaczęli się strasznie kłócić. Mężczyzna podszedł do szafy, wyciągnął krawat i zaczął ją nim dusić. Przestał dopiero wtedy, kiedy wpadłem w histerię. Kilka lat później zabrała mnie do Jacksonville, bo chciała mnie zostawić u babki. W tym czasie żyli już z ojcem w separacji i podczas naszego pobytu w mieście spotykała się z różnymi młodymi mężczyznami. Pewnego wieczoru słyszałem, co robiła na dodatkowym rozkładanym siedzeniu z tyłu samochodu. Innej nocy po prostu sprowadziła jakiegoś mężczyznę do domu. Musiała być pijana, ponieważ pamiętam jej chichot. Mówiła rozbawionym głosem. Nagle zapaliły się wszystkie światła. Matka z babką zaczęły na siebie wrzeszczeć. Matka zaczęła się pakować i co chwila przychodziła na werandę, na której spałem. Obejmowała mnie i z płaczem powtarzała, że nigdy mnie nie zostawi. Znowu wpadłem w histerię. Na tym te wspomnienia się urywają”.

Nie wszyscy jej kochankowie byli Grekami, Latynosami czy podrywaczami z college’u. Jeden z nich, Jack Dempsey, były bokserski mistrz świata wagi ciężkiej, spełniał nawet wysokie wymagania Johna Personsa. Lillie Mae spotkała go w pociągu, w czasie podróży z Trumanem z Memphis do St. Louis. „Siedzieliśmy w takim zwykłym wagonie bez przedziałów. W pewnym momencie przyszedł jakiś człowiek. Zaczął chodzić tam i z powrotem po korytarzu i przyglądać się mojej matce – byłem przyzwyczajony do tego, że mężczyźni na nią patrzą. Po chwili zaprosił nas na drinka do przedziału Dempseya. Już wtedy wiedziałem, kim jest Dempsey, a przynajmniej wiedziałem, że to ktoś sławny. Poszliśmy więc do jego przedziału. Matka zaczęła z nim rozmawiać. Po chwili Dempsey poprosił tego drugiego mężczyznę, który pewnie był jego impresariem, żeby zabrał mnie do wagonu restauracyjnego na colę. Poszliśmy tam i resztę popołudnia spędziłem na gapieniu się na tory. Pamiętam, że powtarzałem: «Gdzie jest moja mama?». Ale wiedziałem, gdzie ona jest. Takie rzeczy zdarzały się cały czas”.

Arch przez tyle lat spokojnie znosił zdrady żony (metodycznie licząc jej kochanków niczym wyniki karcianej rozgrywki) jedynie dlatego, że nie widział niczego zdrożnego w korzystaniu z tych znajomości, jeśli tylko mógł coś na tym zarobić. Na przykład wkrótce po ślubie namówił ją, żeby zrealizowała czeki bez pokrycia, spodziewał się bowiem, że jej uroda wywrze stosowne wrażenie. Dempsey miał być kolejną wielką złotą żyłą – większą niż Sam Goldberg. Arch wykorzystał więc Lillie Mae jako pośrednika i namówił byłego championa, który wciąż był niezwykle popularny, tak jak Charles Lindbergh czy Will Rogers[3], do wystąpienia w roli arbitra walki zapaśniczej w Columbus w stanie Missisipi. Rozesłał tysiące promocyjnych ulotek, wydrukował papier firmowy opatrzony nagłówkiem, w którym obok zdjęcia Dempseya widniała jego fotografia, i zbudował drewnianą trybunę na jedenaście i pół tysiąca widzów. „W całym stanie nie było tak dużej sali, by mogła pomieścić wszystkich chętnych, których się spodziewaliśmy!” – oświadczył. I tym razem jednak szczęście mu nie dopisało. Dziesiątego listopada 1930 roku, w Dniu Jacka Dempseya, nad miastem rozszalała się burza. Dempsey mimo popularności nie zdołał przyciągnąć więcej niż trzy tysiące osób, gotowych oglądać walkę na deszczu i wietrze. Arch nie zarobił nawet na pokrycie swoich wydatków.

Chociaż Lillie Mae zdradzała Archa, przez wiele lat wspierała go w różnych sytuacjach. Większość kobiet dawno by go rzuciła, ale ona nie zwracała uwagi na jego niepowodzenia, broniła Archa przy okazji coraz częstszych kłopotów z prawem i pomagała mu, jeśli tylko mogła. Spędzali ze sobą coraz mniej czasu, lecz żadne z nich nie wspominało o rozwodzie. Wydaje się, że oboje byli zadowoleni z takiego układu.

Jedyną osobą, która cierpiała, był Truman i jeśli jest prawdą, że jak mówią psychologowie, największy lęk – lęk pierwotny – budzi w dziecku obawa przed porzuceniem przez rodziców, to chłopiec miał wszelkie powody do niepokoju. Byli zbyt zajęci swoimi sprawami, Arch wielkimi planami, Lillie Mae innymi mężczyznami, i nie mieli dla niego wiele czasu. Jeśli już byli razem, zdarzało się, że zamykali go na noc w pokoju hotelowym. Polecali obsłudze, żeby go nie wypuszczała, nawet gdyby krzyczał, co w przerażeniu często robił. „W końcu – wspominał – byłem tak wyczerpany, że po prostu padałem na łóżko albo na podłogę i leżałem, dopóki nie wrócili. Każdy dzień był koszmarem, ponieważ gdy tylko robiło się ciemno, zaczynałem się bać, że mnie zostawią. Strasznie się bałem, że zostanę porzucony. Właściwie całe dzieciństwo spędziłem w stanie nieustannego napięcia i lęku”. Jako symbol tych lat samotności można potraktować jedno z jego najwcześniejszych wspomnień, które bez wątpienia dotyczyło raczej snu niż prawdziwego wydarzenia: szedł ze swoją czarnoskórą opiekunką przez zoo w St. Louis, kiedy nagle usłyszał krzyki – lew uwolnił się z klatki. Opiekunka uciekła, zostawiając Trumana samego. Nie miał się gdzie schować, nie mógł znaleźć żadnego bezpiecznego miejsca.

Lillie Mae od czasu do czasu próbowała zatrzymać Trumana przy sobie. Zimą 1929 roku zabrała go nawet do Kentucky, gdzie przez kilka tygodni uczyła się w szkole handlowej6. Nie porzuciła nadziei, że uda jej się zdobyć jakiś zawód. Arch także obiecywał mu wieczną miłość, ale żadne z nich nie zamierzało zająć się nim na stałe czy poświęcić dla niego coś na dłużej. Krótko mówiąc, kochali go tylko wtedy, kiedy nie mieli nic lepszego do roboty. Czasami zostawiali Trumana w Jacksonville, u owdowiałej matki Archa, która poślubiła prezbiteriańskiego pastora. Częściej podrzucali go do krewnych Lillie Mae z Monroeville. Latem 1930 roku, kilka miesięcy przed szóstymi urodzinami, zostawili go tam na dobre, w każdym razie na dłużej – a na jak długo, tego nikt nie umiał wtedy powiedzieć. Arch gonił gdzieś swoje kolejne marzenia, Lillie Mae pojechała odwiedzić przyjaciół w Kolorado. W końcu ziściła się obawa Trumana, że go porzucą.

Rozdział 4

Po przyjeździe do Monroeville Truman znalazł się w osobliwej rodzinie, takiej, jaką można było spotkać tylko na Południu, zwłaszcza w tamtych czasach. Składała się z trzech kłótliwych sióstr w mocno zaawansowanym wieku średnim oraz ich starszego brata. Wszyscy mieszkali w domu, w którym panowała atmosfera ciężka od drobnych sekretów i zastarzałych resentymentów. Jennie, Callie, Sook i Buda łączyły więzy krwi i mury rozległego domu przy Alabama Avenue, dzieliły natomiast zazdrości i urazy nagromadzone w ciągu półwiecza.

Rodziną rządziła Jennie, niebrzydka kobieta o nieco męskich rysach i rudych włosach, która była ostatecznym i niekwestionowanym autorytetem we wszystkich ważnych sprawach. W młodości szybko zorientowała się, że jako jedyna z rodzeństwa potrafi zarobić na utrzymanie rodziny. Wyjechała do St. Louis, a następnie do Pensacoli na Florydzie uczyć się kapelusznictwa. Po powrocie przy głównym placu miasteczka otworzyła własny sklep. W tych czasach kobiety nie wychodziły z domu bez jakiegoś ekstrawaganckiego nakrycia głowy. Jennie dobrze więc zarabiała na przekształcaniu ich mglistych, nieokreślonych fantazji w fajerwerki koronek i piór. Z czasem zaczęła rozbudowywać sklep, stopniowo poszerzać asortyment, aż można było w nim kupić wszystko, czego mogła zapragnąć kobieta – z wyjątkiem butów. Mówiła, że nie zamierza zniżać się do wciskania nowych trzewików na spocone nogi klientek. „Spośród wszystkich znanych mi kobiet miała najsilniejszy charakter – opowiadał Seabon – i była jedną z najlepszych kobiet interesu, jakie chodziły po ziemi. Należała do grona pierwszych udziałowców Monore County Bank oraz First National Bank w Monroeville i angażowała się w najróżniejsze przedsięwzięcia”1. Jennie była także znana z gwałtownego usposobienia. Pewnego razu zbiła leniwego robotnika łańcuchem, na którym trzyma się psa. Innym razem, gdy na ulicy zobaczyła kogoś, kto jej zdaniem ją oszukał, wyskoczyła z samochodu, podbiegła do niego i zwymyślała na oczach żony i dzieci. W obecności Jennie ludzie chodzili na paluszkach.

Callie, najmłodsza i swego czasu najładniejsza z sióstr, obdarzona kręconymi czarnymi włosami, początkowo pracowała jako nauczycielka. Jednak kiedy sklep zaczął przynosić dochody, Jennie kazała jej rzucić szkołę i prowadzić księgowość. Callie zrobiła, co jej kazano. Zajęła się księgami oraz listami handlowymi, które wystukiwała na starej maszynie do pisania, ale, podobnie jak wielu ludzi o słabym charakterze, odpłacała siostrze nieustannym utyskiwaniem i zrzędzeniem. Trzymała jednak wysoko głowę w poczuciu moralnej wyższości. Kiedy na przykład Jennie postanowiła, że nie pójdzie do kościoła, co jej się czasem zdarzało, Callie mocno poirytowana oświadczała: „Ależ Jennie, to jest grzech! Ja idę”2. Po czym stroiła się w najlepszą sukienkę i z wielkim hukiem, niczym transatlantyk odbijający od nabrzeża z porykiwaniem syren i łopotem chorągiewek na wietrze, wyruszała do kościoła. Callie wiedziała, że Jennie i Sook, trzecia siostra, po kryjomu pociągają z butelki, choć prawdziwi baptyści (a zwłaszcza baptystki) nie powinni sobie folgować. Uznała więc, że jednym z jej najważniejszych celów w życiu będzie odnajdywanie wszystkich ukrytych przez nie butelek burbona i wylewanie ich zawartości. Niepoprawna Jennie zawsze miała jakiś dobrze schowany zapasik i w sobotnie poranki często widziano ją, jak siedzi na werandzie i sączy napój, który nazywała mrożoną herbatą. Jeśli w polu widzenia pojawiała się któraś z sąsiadek, na przykład mieszkająca obok pani Lee, zapraszała ją na filiżankę, po czym szła do kuchni, by zaparzyć dzbanek prawdziwej herbaty.

Jennie spokojnie znosiła przycinki Callie, jednak zachowanie milczenia nie leżało w jej naturze, więc między siostrami nieustannie wybuchały sprzeczki. Wszystko mogło stać się powodem do kłótni: czy zaprosić gości na obiad, czy podać stek, czy kurczaka, czy nakryć stół tak, czy inaczej. Zgodnie z odwiecznym, tysiące razy powtarzanym scenariuszem Callie zawsze zwyciężała w tych małych potyczkach, ale to do Jennie należało ostatnie słowo we wszystkich poważniejszych sporach i kiedy osiągała cel, Callie często wybiegała do swojego pokoju, zalewając się łzami.

Najstarsza z nich, Sook, choć była dwa lata starsza od Jennie, a cztery od Callie, pod względem usposobienia i umysłu pozostawała w pewnym sensie najmłodsza z nich. Nieco przy kości, z siwymi włosami ostrzyżonymi blisko przy skórze, robiła tak dziecinne wrażenie, że wiele osób uważało ją wręcz za osobę opóźnioną w rozwoju. Była tak nieśmiała i nieobyta, że czasami rzeczywiście wyglądała na osobę niezbyt rozgarniętą. Rzadko opuszczała granice hrabstwa Mobile, w dorosłym życiu nie czytała niczego poza Biblią i bajkami braci Grimm. Nigdy nie była w kinie i nie widziała Rudolpha Valentina, Mary Pickford, Douglasa Fairbanksa ani żadnej innej gwiazdy, o których wszyscy naokoło rozprawiali. Nie zauważyła nawet, kiedy skończyła się epoka niemych filmów i aktorzy zaczęli na ekranie mówić. Życie wypełniało jej prowadzenie domu, niewiele więc wiedziała o świecie rozciągającym się poza jego granicami.

Czasami robiła dłuższe wycieczki. Każdej jesieni wyruszała do lasu, by znaleźć składniki, głównie zioła i kwaśnodrzew amerykański, swojego leku na puchlinę wodną. Nikt dokładnie nie wiedział, od kogo miała przepis – od Indian czy od Cyganów. Po powrocie do domu gotowała wszystko w ogromnym kotle stojącym na podwórku za domem. Czerwony blask żaru był dla sąsiadów sygnałem, że tego wieczoru Sook sporządza lekarstwo. Zagadkowa mikstura najwyraźniej była skuteczna, skoro niektóre ofiary owej dolegliwości wychwalały Sook niczym świętą.

Podczas drugiej wycieczki, która także odbywała się jesienią, przemierzała las w poszukiwaniu orzechów pekanowych, które wkładała do świątecznego ciasta z owocami. Kilkunastoma takimi ciastami własnej roboty obdarowywała krewnych albo ludzi, których szczególnie ceniła i podziwiała – choćby pewnego mężczyznę handlującego wyrobami metalowymi z wozu zaprzężonego w konie albo pana prezydenta i jego małżonkę. Jednym z jej najpilniej strzeżonych skarbów był list z podziękowaniami, napisany na papierze listowym Białego Domu i noszący podpisy Eleanor i Franklina Delano Rooseveltów. Jednak nawet łagodna, niewinna Sook miała swoją tajemnicę – uzależniła się od morfiny, którą zapisano jej jako środek przeciwbólowy po operacji odjęcia piersi. Czasami owo uzależnienie było źródłem jej zmiennych nastrojów i podenerwowania. „Kiedy lekarstwo się skończyło, zachowywała się jak szalona i nie można z nią było rozmawiać” – wspominał Seabon. „«Och» – jęczała. «Seabonie, biegnij do doktora Coxwella po lekarstwo. Muszę je mieć!»”.

Żyjąc w otoczeniu tych kłótliwych kobiet o trudnych charakterach, Bud – wysoki i chudy mężczyzna, który z powodu astmy do pewnego stopnia był inwalidą – wolał zadowalać się własnym towarzystwem. Chociaż z racji płci i wieku był głową rodziny, dawno odstąpił tę rolę Jennie. Większość dnia spędzał w swoim pokoju i wdychał kwaśne opary lekarstwa na kaszel o nazwie Zielona Góra. Wylewał je na ustawiony na półeczce kominka odwrócony do góry dnem talerzyk i ogrzewał. Resztę czasu pochłaniało mu doglądanie farmy pod miastem i bujanie się w fotelu, który stał na frontowej werandzie. Jennie i Callie w młodości miały narzeczonych. Bud nigdy nie umówił się z kobietą i nie przejawiał jakiegokolwiek zainteresowania płcią przeciwną. Nikt nie ośmielał się zapytać dlaczego. Nigdy nie wyrażał się nieprzyjaźnie o ludziach, a jedyną osobą na świecie, której jak się zdaje, nie cierpiał, był młodszy brat Howard, mieszkający z żoną na farmie niedaleko miasteczka. Przed laty obaj posprzeczali się o ziemię odziedziczoną po ojcu i od tamtej pory nie zamienili ani słowa. Kiedy Howard wraz z żoną pojawiał się na obiedzie, co zdarzało się w każde niedzielne popołudnie, bracia wypowiadali jakąś monosylabę i siadali jak najdalej od siebie.

Niemniej pod powierzchnią tych emocjonalnych burz i zawirowań, kłótni i wybiegania we łzach z salonu oraz osobliwych manier i zachowań życie w domu przy Alabama Avenue cechowało się pewnym spokojem i ładem oraz niespotykaną już dzisiaj prostotą. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego Lillie Mae, która tak bardzo pragnęła się stamtąd wyrwać, tak często wracała do Monroeville. Mimo intryg i ostrych słów Faulkowie byli rodziną. Wiedzieli, że tak czy inaczej mogą na siebie liczyć. Potrafili zadbać o swoich.

W roku 1930, gdy Truman miał z nimi zamieszkać, Monroeville3 było niewielkim miasteczkiem, zagubionym wśród rozległych pól bawełny i kukurydzy. Przeprowadzony tego roku spis ludności wykazał, że mieszka tu tysiąc trzysta pięćdziesiąt pięć osób. Prawdopodobnie ów skromny stan liczebny został zawyżony, ponieważ miejscowe władze chciały spełnić kryteria pozwalające na ubieganie się o założenie poczty. W Monroeville nie było ani jednej brukowanej ulicy, a dokładnie na środku Alabama Avenue rósł rząd dębów. W upalne letnie dni samochody i konie wzbijały tumany czerwonego pyłu, który po deszczu zamieniał się w błoto. Bez pomocy mapy trudno było się zorientować, gdzie kończy się miasteczko i zaczynają tereny rolnicze. Zaplecza domów stanowiły wielkie podwórka otoczone zwykle dwoma albo trzema budynkami gospodarczymi. Większość mieszkańców hodowała drób, niektórzy także świnie i co najmniej jedną krowę. Faulkowie nie mieli krowy, ponieważ Sook nie chciała jej doić, ale hodowali kurczaki i indyki. Poza tym każdej zimy Bud przywoził ze swojej farmy kilka świń, które oddawano do wędzenia.

Wszyscy żyli zgodnie z wiejskim rozkładem dnia. Wstawali o świcie, kładli się spać najpóźniej o dwudziestej albo dwudziestej pierwszej. W domu Faulków Sook i stara ciotka Liza – wszystkich starszych czarnoskórych pracujących dla białych nazywano „ciotką” lub „wujem” – o piątej zaczynały przygotowywać śniadanie, które stanowiło najważniejszy posiłek dnia. Oczywiście podawano szynkę, jaja i naleśniki, a w zależności od pory roku także pieczone kurczaki, kotlety wieprzowe, smażone sumy albo pieczone wiewiórki, co już było niemal przesadną manifestacją bogactw żyznej okolicy. Podawano również mamałygę z gęstym sosem, czarno nakrapianą fasolę, jarmuż duszony, chleb kukurydziany, który się w nim maczało, sucharki, herbatniki, dżemy i konfitury domowej roboty, ciasto biszkoptowe, słodkie mleko, maślankę i kawę z cykorią. Po tym porannym bankiecie Jennie i Callie wyruszały do swojego sklepu, Bud wracał do sypialni, a Sook zabierała się za inne prace domowe. Pilnowała też ciotki Lizy i kontrolowała Annę Stabler, starą czarnoskórą służącą. Anna mieszkała w małym domku na tyłach podwórka. Traktowano ją jak członka rodziny. Była osobą tak kłótliwą, że w porównaniu z nią Jennie i Callie wydawały się łagodne jak baranki. „Awanturnica! Jej jazgot można było usłyszeć z odległości ponad trzech kilometrów!’’ – opowiadała Mary Ida. „W tych czasach czarnoskórzy nie pyskowali do białych, ale Anna każdemu białemu mówiła to, co ma na języku. Kiedy Sook obsztorcowała ją za to, że nie posprzątała miejsc, gdzie nie widać brudu, na przykład podłogi pod pianinem, Anna odpłacała jej pięknym za nadobne. Po chwili obie wybuchały śmiechem i wracały do swoich zajęć”. Anna, która była po części Indianką, zaprzeczała, jakoby miała w sobie choć kroplę czarnej krwi, i żeby dowieść, że ma czerwoną skórę, smarowała policzki różem. W weekendy siadywała na werandzie i grała na akordeonie, z dumą prezentując swoją najlepszą sukienkę i policzki wypchane bawełną, w złudnej nadziei, że uda się jej w ten sposób zamaskować brak zębów.

Jennie i Callie wracały do domu na lunch, zwykle składający się z tego, co zostało ze śniadania, a potem na wczesną kolację, która prawie w całości stanowiła kontynuację porannej uczty. Po kolacji wszyscy szli na werandę. (Przez większość roku była ona głównym ośrodkiem aktywności domowników. Zimy w Alabamie są krótkie i czasami tak łagodne, że niemal niedostrzegalne, jesień niepostrzeżenie przechodzi w wiosnę, którą oddziela od jesieni jedynie mała przerwa). Po chwili wpadali na plotki sąsiedzi. Rozmowa stanowiła podstawową formę rozrywki, więc wszyscy doskonale wiedzieli o wszystkich wszystko, co należało wiedzieć. Raz w tygodniu Sook i Callie zapraszały na wieczór kilkoro przyjaciół – zwykle doktora Logana i doktora Beara – na grę zwaną oszustem. Sook, która była najlepszym graczem na całej ulicy, przyrządzała na tę okazję wspaniałe słodkości, a przez cały dzień krzątała się w gorączkowym podnieceniu. Jedynie Jennie zachowywała pewien dystans. Jak mawiała, „gry karciane są dla kompletnych idiotów”. Jej jedyną namiętnością był ogród. Wszyscy sąsiedzi podziwiali hodowane przez nią japońskie pigwowce. Strzegła ich, jakby były cennymi klejnotami.

Nawet okres wielkiego kryzysu, który najpierw i najmocniej dotknął Południe, nie zmienił tego spokojnego rytmu życia. Tylko Sook zaczęła rozdawać używane ubrania coraz większej liczbie ludzi, a na ulicach pojawiły się „samochody Hoovera”[4], czyli konne wozy na gumowych kołach zdjętych ze złomowanych fordów T. W małych miasteczkach jednak, do których należało Monroeville, pieniądze nigdy nie odgrywały tak wielkiej roli, jak w wielkich miastach, a ponieważ tych pieniędzy nigdy nie było zbyt dużo, to, że nagle zniknęły, miało stosunkowo ograniczone skutki. Faulkowie odczuli ciężkie czasy na własnej skórze, ale nigdy nie dotknęło ich prawdziwe ubóstwo i Sook każdego dnia wydawała w kuchni swój bankiet.

Rozdział 5

Truman, który wielokrotnie zatrzymywał się w tym domu, nierzadko na wiele tygodni, nie musiał się adaptować do nowej sytuacji, w jakiej się znalazł, nie musiał też do niczego się przyzwyczajać. Przez całe lato 1930 roku codziennie pływał1 w stawie koło Młyna Kapelusznika przy Drewry Road. Większość mieszkańców Monroeville przyjeżdżała tu na piknik, żeby popływać i oklaskiwać śmiałków, którzy skakali z okna na pierwszym piętrze tego starego młyna i nurkowali. Truman spał w pokoju obok sypialni Sook i jeśli nie pływał w stawie, zwykle kręcił się koło niej w kuchni albo na podwórku, na łąkach lub polach. We wrześniu poszedł do pierwszej klasy. mieli więc nieco mniej czasu dla siebie. Nadal jednak spędzali razem popołudnia i weekendy. Kiedy wraz z końcem lata zrobiło się bardziej wietrznie, Sook nauczyła go puszczać latawce. Jesienią Truman towarzyszył jej w dorocznych wyprawach do lasu i pomagał zbierać składniki lekarstwa na puchlinę wodną oraz orzechy pekanowe na święta. Sook starała się być dla niego matką i przyjacielem, i czyniła to z niemałym powodzeniem.

Oprócz niej Truman miał tylko jedną prawdziwą towarzyszkę zabaw, Harper Lee, najmłodszą córkę sąsiadów. W Monroeville uchodzili za elitę intelektualną. Pan Lee, prawnik, był współwłaścicielem i redaktorem dziennika „The Monroe Journal”. Kilka lat spędził w stolicy Alabamy jako członek stanowego senatu. Jego pokaźnej tuszy żona – ta sama pani Lee, która grała na pianinie podczas wesela Archa i Lillie Mae – była prawdziwą specjalistką w dziedzinie krzyżówek. Godzinami przesiadywała na frontowej werandzie i w skupieniu wpisywała słowa w odpowiednie kratki. Jej umysł nie zawsze funkcjonował bez zarzutu. Czasami chodziła po ulicach miasteczka i sąsiadom albo przechodniom opowiadała dziwne historie. Dwukrotnie usiłowała utopić w wannie Harper, czyli Nelle, jak ją wówczas nazywano. „Za każdym razem ratowała Nelle któraś ze starszych sióstr” – opowiadał Truman. „Groteskowe dziwactwa południowców to nie są żarty!”.

Harper, dwukrotna niedoszła topielica, wyrosła na dziewczynę o łobuziakowatym usposobieniu. Zdaniem Mary Idy: „Potrafiła dać w kość prawie wszystkim chłopcom w jej wieku, a nawet takim jak Truman, który był od niej o rok starszy”. Truman był jednym z ulubionych celów jej ataków. Nie przeszkodziło to jednak ich przyjaźni i wspólnym zabawom. Domek na splatających się konarach mydłodrzewu rosnącego w ogrodzie państwa Lee stał się ich fortecą, w której kryli się przed światem. Chronili się w nim, by czytać ulubione książki, których bohaterami byli Tarzan, Tom Swift oraz bracia Roverowie[5], i odgrywać sceny z ich przygód.

Łączyło ich coś silniejszego niż przyjaźń – wspólna udręka. Oboje doświadczyli bolesnego odrzucenia przez rodziców i oboje czuli się samotni. Żadne z nich nie miało prawdziwych przyjaciół. Zdaniem dziewczynek Nelle była zbyt szorstka, a w opinii chłopców Truman był zbyt miękki. Był też za mały jak na swój wiek i nie przepadał ani za bijatykami, ani za tarzaniem się po ziemi. Lillie Mae, która przysyłała mu pocztą nowe ubrania, nie miała świadomości, że ubiera go zbyt dobrze. W świeżo upranej koszuli i odprasowanych płóciennych szortach wyróżniał się na tle rówieśników niczym mały lord[6]. Ludzie często mówili, że jest śliczny jak dziewczynka, gdy patrzyli na jego opadające na czoło śnieżnobiałe włosy i błękitne oczy. Rówieśnicy uważali go więc za maminsynka.

Zachowało się kilka fotografii Trumana z tamtych lat. Widać na nich maleńkiego, bardzo jasnego blondyna z ogromnym promiennym uśmiechem. Najlepszy portret z tego okresu powstał trzydzieści lat później, gdy jego postać zainspirowała Harper do stworzenia jednego z bohaterów powieści Zabić drozda, w której opisała go jako prawdziwą osobliwość: „Miał na sobie króciutkie niebieskie spodenki przypięte na guziki do bluzki i włosy miał śnieżniebiałe, oblepiające mu głowę jak kaczy puch. Chociaż o rok był starszy ode mnie, znacznie przewyższałam go wzrostem. W czasie opowiadania tej starej historii niebieskie oczy to jaśniały mu, to ciemniały z przejęcia; wybuchał raptownym serdecznym śmiechem; pociągał się bezwiednie za piórko swych białych włosów sterczące w odwrotnym kierunku nad samym środkiem czoła. […] Szybko […] dał się poznać jako kieszonkowy Merlin[7] z głową pełną cudacznych projektów, dziwnych tęsknot i baśniowych fantazji”2.

Otoczenie nie zwracało na niego większej uwagi, mimo że ten kieszonkowy Merlin był dzieckiem uczuciowym i zachwycającym. Jennie i Callie nie pokochały go od razu tak jak Sook, ale i one znalazły się pod jego urokiem. „Obawiam się, że wszyscy kochamy go za bardzo, jeśli jest to możliwe”3 – wyznała Callie w jednym z listów do matki Archa. „To taki słodki, kochany chłopczyk” – dodała następnie. „Tak bardzo się cieszymy, że jest z nami. Jest prawdziwym słońcem naszego domu”. Truman był dzieckiem niezwykle bystrym i Callie, niegdyś nauczycielka, z dumą obserwowała rozwój jego umysłu. Wspominała, że co wieczór razem z Sook czytały mu książki, a on czytał je im. „Po prostu uwielbiam patrzeć, jak jego młody umysł pochłania wiedzę” – stwierdziła.

Callie jako domorosła strażniczka moralności z Alabama Avenue informowała jego babkę o postępach wnuka w szkółce niedzielnej – którą ukończył z wyróżnieniem – zapewniając jednocześnie, że odebrał właściwe wychowanie religijne w domu. „Staramy się zapewnić mu wszystkie przyjemności, na jakie nas stać – pisała – ale oczywiście staramy się także wpoić mu przekonanie, że istnieje właściwa droga wiodąca do przyjemności. Postanowiłam nakłonić go do nauczenia się na pamięć Psalmu 23[8] oraz Dziesięciorga przykazań. Powiedziałam mu, że jeśli nauczy się dobrze na pamięć tego psalmu, dostanie dwadzieścia pięć centów, mimo że nie jest to być może najwłaściwsza metoda nauczania, o czym sam już chyba wiedział. Nie chodzi tu o pieniądze, lecz o miłość Bożą i jego miłość do Boga. Chętnie się zgodził nauczyć psalmu, ponieważ uznał to za rzecz słuszną i właściwą. Spisał się doskonale. Dałam mu te dwadzieścia pięć centów, a Sook dorzuciła jeszcze coś od siebie. Teraz zaczął uczyć się Dziesięciorga przykazań. Poradziłam mu, by zapamiętywał jedno dziennie, a wtedy nie będzie to takie trudne”4.

Mimo zapewnień Callie Truman nie był szczęśliwy. Jego późniejsze opisy życia w Monroeville są niemal ponure. Byłaby zdumiona, gdyby przeczytała, że w jego pamięci zapisała się w niekorzystnym świetle. W porównaniu z Sook zarówno Callie, jak i Jennie jawiły mu się jako kobiety chłodne i nieczułe, jako skąpe stare panny z zaciśniętymi ustami. Pewnie oczekiwał od nich zbyt wiele, a może zwiódł go szorstki sposób bycia Jennie i męczyła pryncypialność Callie. We wspomnieniach na temat wychowania religijnego opowiadał, że ciągle ganiano go do kościoła i nie miał w tej materii wyboru, tak jak skuci łańcuchami więźniowie, którzy naprawiali drogi pod miastem. Jednak trudno sobie wyobrazić, co jeszcze siostry Faulk mogły dla niego zrobić. Mimo że większość wydatków na jego utrzymanie pokrywała Lillie Mae (czasem dorzucał coś Arch), faktycznie znajdował się pod opieką tej osobliwej rodziny.

Nie chodziło mu o to, że Jennie miała wybuchowy charakter, a Callie była zrzędą, ani o to, że brakowało pieniędzy na wszystkie wspaniałości, jakie widywał na wystawach sklepowych w Mobile. Rzecz sprowadzała się do tego, że żadna z sióstr, nawet ukochana Sook, nie mogła zająć miejsca rodziców. To prawda, że Lillie Mae czasami przyjeżdżała z daleka i modnymi, drogimi strojami wzbudzała zazdrosne spojrzenia przyjaciółek, ale wkrótce znikała otoczona chmurką „Soir de Paris”, swoich ulubionych perfum. Po jej wyjeździe Truman czuł się zawsze jeszcze bardziej opuszczony i osamotniony. Pewnego razu wypił buteleczkę perfum, które zostawiła, jakby wierzył, że wchłaniając ich zapach, zdoła sprowadzić ją z powrotem. Podczas jednej z jej wizyt myślał, że chce go zabrać ze sobą. „Wyjechała po trzech albo czterech dniach” – opowiadał. „Stałem na drodze i patrzyłem, jak odjeżdża czarnym buickiem. Robił się coraz mniejszy i mniejszy. Wyobraź sobie psa, który patrzy w dal, czeka i podskakuje, żeby go zabrać. To najlepszy obraz mojej osoby z tych lat”.

Arch robił zamieszanie w Monroeville na własny sposób i gdy powiodło mu się w interesach, zajeżdżał do miasteczka modnym kabrioletem, obwieszczając swoje przybycie srebrzystym klaksonem, który miał kształt trąbki i dumnie połyskiwał na masce. Cezar nie mógłby się domagać głośniejszej, bardziej triumfalnej fanfary. Natomiast kiedy kolejny z jego genialnych planów nie wypalił, co w ponurych latach kryzysu zdarzało się coraz częściej, przemykał się niepostrzeżenie do domu Faulków, żeby nikt go nie zobaczył, zwłaszcza wierzyciele. Nawet i w tej materii jego wysiłki zwykle okazywały się daremne. Pewnej nocy5, o dwudziestej trzeciej, gdy wszyscy już dawno spali, do drzwi Faulków zastukał policjant, żeby wręczyć mu nakaz sądowy. Arch na swoje szczęście po kolacji wyjechał z miasta. Niezależnie od tego jednak, czy zachowywał się cicho, czy hałaśliwie, na większości mieszkańców Monroeville nie robił wrażenia. Oni na pierwszy rzut oka potrafili rozpoznać oszusta. „Ludzie się z niego śmiali” – opowiadała Mary Ida. „Zawsze gonił za tym swoim milionem dolarów, który mu się wymykał, za czymś zbyt wielkim, żeby to pochwycić. A to, jakbyśmy dziś powiedzieli, rodziło w Trumanie psychologiczne problemy. Nawet jako mały chłopiec czuł, że coś jest nie w porządku z jego tatą”.

Swoimi obietnicami Arch olśniewał Trumana, tak jak większość ludzi, z którymi się stykał. Kiedy więc chłopiec czuł się niewłaściwie traktowany w domu przy Alabama Avenue, wojowniczo odpowiadał, że przyjedzie ojciec i wybawi go z nieszczęścia. Pewnego razu Arch obiecał, że kupi mu psa i książki, czego Truman bardzo pragnął – ale ani jedno, ani drugie nigdy się nie zmaterializowało. Ojciec wielokrotnie też zaklinał się, że zabierze go nad morze, na plażę w Zatoce Meksykańskiej. „Za każdym razem Truman był tak podniecony, że nie mógł usiedzieć w miejscu” – opowiadała Mary Ida. „Podskakiwał z radości i kupował sobie nowy strój kąpielowy. Zawsze był gotów do wyjazdu, jednak Arch się nie zjawiał. Ani razu go tam nie zabrał”.

W końcu nawet Truman przejrzał ojca i zrozumiał, że wszystkie te obietnice są czczą gadaniną. Zrozumiał, że nie może na niego liczyć, gdy Arch przyjechał do miasteczka jednym ze swoich wielkich samochodów i zaproponował, że zabierze syna oraz jego przyjaciół na lunch do Mobile. Sook dała Trumanowi dwa dolary na książki – w owych czasach była to całkiem spora suma – Arch ulokował wszystkich w samochodzie i pojechali do Mobile. Rozczarowanie przyszło dopiero w restauracji – ojciec szeptem poprosił Trumana o pieniądze, które chłopiec dostał od Sook. „Od tej pory przestałem mu ufać”.

Rozdział 6

Rodzice rzadko widywali Trumana, ale jeszcze rzadziej widywali się ze sobą. Jesienią 1930 roku historia Archa i Lillie Mae zaczęła szybko zbliżać się do końca. Po sześciu latach dziwnego, nieustannie rozpadającego się małżeństwa Lillie Mae miała dość i wystąpiła o rozwód. Miała po temu wiele powodów. Decydującą rolę odegrała jednak podróż do Monroeville. Arch namówił ją, by pojechała samochodem, który był wyładowany nielegalnie produkowanym alkoholem.

Można przypuszczać, że robiła to wielokrotnie i nieświadomie. Arch z powodu kurzej ślepoty oraz słabego wzroku często prosił ją (albo kogoś innego), żeby siadła za kierownicą, kiedy chciał gdzieś pojechać po zmroku. Nie wiedziała, co jest w bagażniku, i gdy się zorientowała, że jest zamieszana w tak prostackie, niegodne, a nawet ryzykowne przedsięwzięcie, jak przewożenie nielegalnie produkowanego alkoholu, wpadła w szał i nie dała się przebłagać „To była kropla, która przepełniła miarę” – opowiadała Mary Ida. „Nie mogła sobie na to pozwolić, żeby okrył ją takim wstydem. W Monroeville powszechnie pogardzano bimbrownikami”.

Arch posunął się za daleko, ale problem Lillie Mae, jak zawsze, polegał na tym, że nie miała pieniędzy. Nigdy nie udało jej się zarobić na swoje utrzymanie, a dzięki dochodom Archa, nawet jeśli były niepewne i coraz bardziej nieregularne, nie była całkowicie zdana na łaskę Jennie. Dwukrotnie, najpierw w Selmie, potem w Bowling Green, zapisywała się do szkoły handlowej w nadziei, że uda jej się zdobyć jakiś zawód, lecz za każdym razem rezygnowała. Teraz postanowiła spróbować jeszcze raz. Szkoła kosmetyczna Elizabeth Arden w Nowym Jorku przyznała jej stypendium. Arch miał trochę pieniędzy, bo dostał odszkodowanie za wypadek (wpadł do rowu w St. Louis), więc w chwili nietypowej dla siebie hojności obiecał, że będzie posyłał jej czterdzieści dolarów tygodniowo na utrzymanie. „Zgodziłem się tylko dlatego, że w Nowym Jorku mieszkał mój brat, Sam’’ – wyjaśniał później. „Pomyślałem, że będzie miał na nią oko. Kurs miał trwać tylko trzy miesiące, potem miała wrócić do Monroeville”. Piętnastego stycznia 1931 roku Lillie Mae wyjechała do Nowego Jorku. Sam, trzeci z braci Personsów, zdecydowanie nie przepadał za Archem, nie za bardzo też lubił Lillie Mae. „Ciągle się czegoś uczy albo chodzi na jakieś kursy, ale nie widzę, żeby próbowała pracować”1 – pisał do Johna. Chciał jednak odegrać rolę dobrego brata, więc wyszedł po nią na dworzec.

W świetle późniejszych wydarzeń wydaje się oczywiste, że Lillie Mae nie była z Archem szczera. Najwyraźniej miała nadzieję, że w taki czy inny sposób uda jej się zostać w Nowym Jorku dłużej niż obiecane trzy miesiące. Zawsze marzyła o tym, żeby się tam znaleźć, i gdy w końcu marzenie się spełniło, nie zamierzała szybko wracać do Monroeville. I nie wróciła. Trzeba przyznać, że nie miała większego wyboru. Podobnie jak to się działo podczas miodowego miesiąca, Archowi szybko skończyły się pieniądze – jednak tym razem zostawił ją na lodzie z dala od domu. W Alabamie popadł w konflikt z prawem, więc zaczął przysyłać jej czeki bez pokrycia. W końcu namówił matkę, żeby posłała owe obiecane czterdzieści dolarów. W tym momencie do akcji wkroczył John. Uznał, że musi stanąć w obronie matki. Krótko wyjaśnił Lillie Mae sytuację – „Arch ściągnie sobie zaraz na głowę poważne kłopoty”2. Dał jej tym samym wyraźnie do zrozumienia, że powinna szukać wsparcia gdzie indziej, a nie u rodziny Personsów. „Doskonale wiem, dlaczego tak bardzo chcesz skończyć ten swój kurs właśnie teraz” – pisał do niej. „Wygląda na to, że co do codziennych wydatków nie powinnaś liczyć na Archa, a matka nie ma pieniędzy na dalsze przekazy, jeśli w ogóle powinna je wysyłać”. Kilka dni później, 16 marca, John przysłał jej kolejny telegram. Arch znalazł się w areszcie w Birmingham oskarżony o wystawianie czeków bez pokrycia i o wyłudzenia.

Lillie Mae domyśliła się, że dzieje się coś niedobrego. Miała trudności z realizacją jego czeków. Na początku marca, jeszcze zanim dostała ostrzegawczy list od Johna, znalazła więc pracę w restauracji na dolnym Broadwayu. Niemniej była wstrząśnięta, gdy John zatelegrafował do niej, że Arch znalazł się za kratkami, i na niewielkiej kartce z taniego notatnika, jedynej papeterii, jaką miała pod ręką, natychmiast odpisała: „Proszę, wybacz ten papier itp. Dostałam właśnie telegram. Jestem za bardzo zdenerwowana i przybita, żeby pisać. Twój list mniej więcej przygotował mnie na treść telegramu. Co mogę więcej dodać? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Czy wiesz cokolwiek? Po prostu nie mogę pisać, taka jestem zdenerwowana. Kiedy zaczęły przychodzić czeki bez pokrycia, wiedziałam, że coś się święci. Od dwóch tygodni nie miałam od niego żadnej wiadomości. Zarabiam tylko tyle, żeby przeżyć, ale jakoś spróbuję tu zostać, skoro i tak nie mogłabym mu pomóc swoim przyjazdem, bo nie mam pieniędzy. Co mi radzisz? Proszę, napisz coś więcej”3.

Panika wkrótce minęła. Arch nadal był w tarapatach, lecz wyszedł z aresztu za kaucją. Matka jak zwykle pospieszyła mu na ratunek. Poświęciła swoje miesięczne dochody i wpłaciła sto pięćdziesiąt dolarów owej kaucji. „W razie potrzeby zastawiłaby swoje życie, żeby go wyciągnąć z kłopotów” – wyjaśniał zirytowany John w liście do Lillie Mae. „Jak dobrze wiesz, to się powtarza od wielu, wielu lat. To nie jest w porządku. Arch jest skrajnie samolubny, stawiając ją w takich sytuacjach, ale skoro ona i tak zawsze wyciąga go z kłopotów, przypuszczam, że jest głęboko przekonany, że tak samo zrobi w przyszłości, więc nie zważając na nic, pakuje się w kolejne tarapaty”4. I rzeczywiście, Arch bezwstydnie skarżył się, że władze Alabamy uwzięły się na niego. Pełen urazy, płaczliwym tonem groził, że przeniesie się do innego stanu, a może nawet wyjedzie z kraju.

Gdy ludzie żyjący na łasce innych znajdą się w potrzebie, odkrywają, że potrafią o siebie zadbać i że im to całkiem dobrze wychodzi. Nie inaczej było z Lillie Mae, która z opóźnieniem przekonywała się, że potrafi dać sobie radę w życiu. Szybko znalazła uznanie w oczach pracodawców. W połowie czerwca dostała awans na kierownicze stanowisko z pensją trzydziestu dwóch dolarów tygodniowo. Chociaż większość pieniędzy wysyłała do Monroeville na pokrycie kosztów utrzymania Trumana, udawało jej się jakoś żyć w Nowym Jorku. Była kobietą dość bystrą i atrakcyjną, więc gdyby poświęciła się karierze zawodowej, zapewne zdołałaby odnieść sukces. Jak zawsze jednak najważniejsze było dla niej co innego: dom, poczucie bezpieczeństwa i odpowiednia pozycja społeczna. Krótko po przyjeździe do Nowego Jorku, zimą lub wiosną 1931 roku, spotkała – a raczej ponownie spotkała – człowieka, który miał jej zapewnić to wszystko, czego tak bardzo pragnęła.

Nazywał się Joseph Garcia Capote. Swego czasu był jednym z tak cenionych przez nią latynoskich kochanków. Jego ojciec, pułkownik armii hiszpańskiej, przyjechał na Kubę w roku 1894, gdy była jeszcze kolonią hiszpańską, i walczył przeciw „Rough Riders” Theodore’a Roosevelta w bitwie o wzgórze San Juan[9]. Został właścicielem ziemskim. Ożenił się w Barcelonie. Po powrocie na Kubę starał się zapewnić rodzinie wygodne i dostatnie życie kubańskiej klasy średniej. Joe, najstarszy z trzech jego synów, po ukończeniu Uniwersytetu Hawańskiego jako dwudziestoczterolatek wyjechał w 1924 roku do Nowego Orleanu, by poszukać pracy. I właśnie tam, latem 1925 roku, spotkał Lillie Mae w holu hotelu „Monteleone”.

Urzeczony jej żywym temperamentem i urodą5, z miejsca się zakochał – tak jak wcześniej Arch. Joe spodobał się Lillie Mae, ponieważ mówił z akcentem, który kojarzył się jej z nieobecnym, zazdrosnym kochankiem z Ameryki Środkowej. Zjedli kolację i może nawet przespali się ze sobą, ale ich romans (jeśli do niego doszło) nie trwał długo. Lillie Mae miała już jednego kochanka, nie wspominając o mężu i dziecku, a Joe nie mógł sobie finansowo pozwolić na dalszy pobyt w mieście. W Nowym Orleanie nie znalazł pracy, więc przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie wkrótce poślubił sekretarkę pracującą w jednym z biur, które odwiedzał. Mimo to nadal korespondował z Lillie Mae i niewykluczone, że to właśnie on zachęcił ją do wyjazdu na Północ, a może nawet opłacił jej podróż. Tak czy inaczej, spotkali się ponownie w Nowym Jorku i podjęli swój nowoorleański romans.

Oboje dojrzeli w ciągu minionych pięciu lat. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, Lillie Mae miała zaledwie dwadzieścia lat i była wciąż szaloną, niespokojną dziewczyną, a Joe młodym człowiekiem, który nie był pewien, czego pragnie w życiu i gdzie chce się osiedlić. Kiedy spotkali się po raz drugi, ona była nieco poturbowaną przez życie dwudziestosześciolatką, a on młodym menedżerem u progu obiecującej kariery na Wall Street. Przez cztery lata pracował jako spedytor, a wieczorowo studiował księgowość oraz zarządzanie na Uniwersytecie Nowojorskim. W 1931 roku zarabiał już całkiem przyzwoicie jako kierownik biura starej renomowanej firmy handlującej tekstyliami, Taylor, Clapp and Beall.

Lillie Mae nie potrafiłaby się zakochać w jakimś nudziarzu, ale Joe był człowiekiem żywego usposobienia, obdarzonym dużym poczuciem humoru, i lubił wydawać więcej pieniędzy, niż zarabiał. Cenił dobrą zabawę, wykwintne jedzenie oraz dobre wino, ubierał się elegancko, w konserwatywnym stylu Wall Street, i miał niezwykle pedantyczne nawyki. „Nigdy nie spotkałem schludniejszego mężczyzny niż Joe Capote” – wspominał brat Lillie Mae, Seabon. „Brał kąpiel przed wyjściem do biura i po powrocie do domu, a zanim usiadł do kolacji, wkładał czystą koszulę i czystą bieliznę”6. Był niskim, krępym mężczyzną w okularach, o ciemnych, gładko przyczesanych do tyłu włosach. W potocznym rozumieniu nie mógł raczej uchodzić za wzór męskiej urody. Lillie Mae nie była jednak jedyną kobietą, która uważała, że jest atrakcyjny, a wyżsi mężczyźni szybko przekonywali się, że nie należy go prowokować. Pod ciemnym garniturem Joego kryło się ciało boksera: silne, muskularne ramiona, gruba szyja i szeroka, mocna klatka piersiowa.

Arch, w przeciwieństwie do kilku mężczyzn, z którymi Lillie Mae była związana, nie miał okazji go poznać, a nawet o nim nie słyszał, kiedy w roku 1925 Joe spotkał ją w Nowym Orleanie. Wkrótce jednak po przyjeździe Lillie Mae do Nowego Jorku, najpóźniej w kwietniu 1931 roku, domyślił się, że w jej życiu pojawił się ktoś inny. Skarżył się Johnowi, że przestała do niego pisać. Toteż kiedy latem potwierdziła jego podejrzenia, wpadł w przerażenie, że go zostawi, więc zaczął ją błagać, by rzuciła pracę i natychmiast wróciła do domu. W końcu umówiła się z nim na spotkanie 4 lipca – w każdym razie tak zrozumiał jej obietnice – w Jacksonville, gdzie organizował występ Wielkiego Paszy. Kiedy się nie zjawiła, John, mieszkaniec Jacksonville, wysłał Samowi do Nowego Jorku telegram z prośbą, by wstawił się za Archem: „Jeśli chodzi o nią, jest zrozpaczony, poza tym wszystko w porządku”7 – pisał. Dodał, nie wiadomo, na jakiej podstawie, że Arch się całkowicie zmienił i może jej teraz zapewnić wygodne życie.

Tego było jednak za wiele dla twardo stąpającego po ziemi Sama. Mocno zirytowało go zarówno postępowanie młodszego brata, który zgodził się wystąpić w imieniu Archa, jak i to, że Arch go o to poprosił. „Telegram dotarł do mnie przedwczoraj wieczorem, gdy już leżałem w łóżku” – odpisał. „Widnieje pod nim imię John, ale trudno mi uwierzyć, że mogłeś wysłać taką głupią depeszę. Pozwól, że ją pokrótce zanalizuję:

(1) «Jeśli chodzi o nią, jest zrozpaczony, poza tym wszystko w porządku». Czemu Arch miałby rozpaczać, skoro Lillie Mae ma na tyle rozsądku, by nie rzucać pracy i nie wracać do męża, który nie potrafił jej utrzymać i wielokrotnie ją upokorzy!?

(2) «Obiecała mu, że przyjedzie 4 lipca itd.». Źle się stało, nie powinna tak robić, ale Arch tak bardzo użalał się w listach nad sobą (jego stara sztuczka, kiedy rozpaczliwie pragnie wzbudzić czyjeś współczucie), iż zapewne pomyślała, że musi obiecać mu coś, co choć na chwilę ukoi jego cierpienia.

(3) «Zdecydowanie uważam, że powinna niezwłocznie przyjechać». Doprawdy skrajnie niedorzeczne. Dlaczego miałaby przyjeżdżać? Arch nie ma grosza przy duszy, nie ma pracy, ściga go policja, u wszystkich jest zadłużony, a Ty uważasz, że powinna do niego wrócić. Czyś postradał rozum, Johnie?

(4) «Nie ma wątpliwości że A. całkowicie się zmienił i może jej teraz zapewnić wygodne życie». To jeszcze bardziej absurdalne niż punkt trzeci. Jego całkowita przemiana budzi wszelkie możliwe wątpliwości. Przez minione dwadzieścia lat nieustannie sprawiał kłopoty – niekończące się poważne kłopoty. To byłby naprawdę cud, gdyby pewnego dnia zaczął zachowywać się jak normalny człowiek”8.

Lillie Mae sama nie mogłaby lepiej tego wyrazić. Gdy wreszcie zdecydowała się pojechać na Południe, żeby spotkać się z Archem, nie chciała dyskutować z nim o małżeństwie, ale je zakończyć. Wyjechała z Nowego Jorku w połowie lipca 1931 roku. Podróż opłacił Joe. Zabrała z Monroeville Trumana i 24 lipca spotkała się z Archem w Pensacoli na Florydzie. Nie było żadnej dyskusji. W ciągu piętnastu minut powiedziała mu, że chce się rozwieść, ponieważ pragnie poślubić innego. „Nie powiedziała mi, kto to taki” – wspominał Arch. „Powiedziała jedynie, że jego inicjały to J.C. i że jest ważnym dyrektorem w firmie tekstylnej w Nowym Jorku. Nie powiedziała mi, że jest Hiszpanem, Latynosem czy kimś takim”. Tożsamość Joego i tak wkrótce wyszła na jaw, jednak Arch jeszcze wiele miesięcy później udawał, że o niczym nie wie. W listach do rodziny błędnie pisał jego nazwisko jako Capotey lub Catobey albo w ogóle je pomijał – używał określeń w rodzaju: „cudzoziemiec”, „Hiszpan”, „nowojorski Latynos”, „ten zawszony, żałosny Kubańczyk” czy „najgorszy rodzaj białego Kubańczyka, jaki można sobie wyobrazić”.

W pozwie rozwodowym Lillie Mae zarzucała mu okrucieństwo. Jennie w zaprzysiężonym oświadczeniu stwierdziła, że widziała, jak ją uderzył. Arch wszystkiemu zaprzeczył – chociaż później powiedział, że czasami na to zasługiwała – niemniej wydawał się zadowolony, a nawet szczęśliwy, odgrywając rolę niewinnie skrzywdzonego męża, który unosi się słusznym gniewem. W listach do rodziny i przyjaciół w nieskończoność użalał się nad sobą i pławiąc się w żalu, opłakiwał straszliwą niesprawiedliwość, jaka go spotkała. Dowodził, że to chęć zdobycia pieniędzy na zaspokojenie pragnień Lillie Mae stało się przyczyną jego zatargów z prawem i że to jej „zachłanność i brak skrupułów” popchnęły go na złą drogę. „Jestem opuszczonym chłopcem”9 – podsumowywał i skarżył się, że była nielojalna, a także niewdzięczna. Był głęboko przekonany, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Arch, doskonały handlowiec, był swoim najlepszym klientem, uległ niemal patologicznej skłonności do łudzenia samego siebie.

Drugiego sierpnia adwokat Lillie Mae złożył pozew rozwodowy. Pod koniec miesiąca, trzy tygodnie po jej powrocie do Nowego Jorku, Arch otrzymał odpowiednie dokumenty. W liście do Johna jeszcze raz uskarżał się na swój nieszczęsny los. Pisał, że Lillie Mae zadzwoniła do niego z wiadomością, iż „zamierza natychmiast poślubić Joego, że go kocha i że nigdy nic dla niej nie znaczyłem. A więc koniec. Nie mogła tego ująć w bardziej okrutny, bezlitosny sposób. Dziewczyny potrafią zadawać ból”10. Nastąpiła jeszcze krótka zwłoka w procedurze prawnej, gdy Arch postanowił złośliwie przez kilka dni ukrywać się przed szeryfem, który usiłował przekazać mu decyzję sądu, ale 9 listopada 1931 roku ich rozwód nabrał mocy prawnej. Rzeczywiście było po wszystkim. Arch i Lillie Mae nie byli już mężem i żoną.

Rozdział 7

Zgodnie z warunkami ugody rozwodowej Lillie Mae miała sprawować opiekę nad Trumanem dziewięć miesięcy w roku, a Arch trzy, od 1 czerwca do 31 sierpnia. Na razie jednak i w najbliższej dającej się przewidzieć przyszłości było to jedynie porozumienie na papierze, ponieważ żadne z nich nie zamierzało przejąć obowiązków rodzicielskich w pełnym wymiarze. Jeśli chodzi o Trumana, rozwód nie miał większego wpływu na jego życie. Chłopiec pozostał w Monroeville. Rodzice widywali go tylko czasami, tak jak przedtem.