Trujący anioł - Jean Teulé - ebook
Opis

"Hélène Jégado, zwana Piorunicą, bez konkretnego powodu pozbawiła życia dziesiątki osób ze swego otoczenia. Jakie sekrety skrywała jej głowa, która 26 lutego 1852 roku potoczyła się do kosza ścięta gilotyną? Było to w czasach, kiedy w Bretanii duch oświecenia i nauczanie Kościoła nie miały żadnego wpływu na ludową wyobraźnię karmioną pradawnymi legendami. Wieczorami w wiejskich chatach snuto opowieści o podstępnych wyczynach istot nadprzyrodzonych, które obarczano odpowiedzialnością za nędzę i nieszczęścia spadające na lud. Najstraszniejszy wśród nich był Ankou, pomocnik Śmierci – jego postać właśnie zawładnęła bez reszty wyobraźnią małej Hélène Jégado. W cieniu gigantycznych menhirów dziewczynka uwierzyła, że jest wcieleniem Ankou. I dlatego czuła się zobowiązana zabić każdego, kogo spotkała na swej drodze – misję tę wypełniała z determinacją mrożącą krew w żyłach. Hélène Jégado należy do największych seryjnych zabójców we Francji, a może i na świecie."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 223

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

FLEUR DE TONNERRE

Copyright © Editions Julliard, Paris, 2013

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Maxime Reychman

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Anna Just, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-370-3

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Każdy kraj ma swoje szaleństwo.

Bretania ma je wszystkie.

Jacques Cambry,

założyciel Akademii Celtyckiej w 1805 r.

Plouhinec

– Och, nie zrywaj tego kwiatka, Hélène, to piorunica. O, tak powinnam cię odtąd wołać: „Piorunica”! Za tę łodygę też nie ciągnij, to żmijowica. Podobno kobieta, która zrobiła bukiet z tych kwiatków, stała się jadowita i język jej się rozszczepił na dwoje. Masz siedem lat, kiedy wreszcie to pojmiesz? Nie wbiegaj z gołymi nogami na to pole, płatki maków wysysają krew, i nie chodź tam, bo pobrudzisz saboty, gnojarko! Nie wkładaj do buzi tych błyszczących czarnych kulek, wilcza jagoda to śmiertelna trucizna. Och, co ja mam z tym dzieckiem!… A to kto tam, na wrzosowisku? Obcy jakiś. A za nim koło tego kurdupla czy to aby nie karriguel ann Ankou do góry kołami? Przynieś nam dwie igły, no już, Piorunico!

Po tej matczynej przemowie wygłoszonej w dialekcie celtyckim Piorunica – Hélène, ładniutka blondyneczka rozczochrana, jakby piorun w rabarbar trzasł, o chudych nóżkach wystających spod fioletowej spódnicy – biegnie w sabotach po błocie, w którym gniją kolcolisty i słoma, ku nakrytej strzechą nędznej chacie o ścianach z surowych kamieni.

Skał bowiem w tej okolicy nie brakuje! Wszędzie spośród ostrokrzewów i ostów wyziera granit. Kamieni tu pod dostatkiem, roślin niewiele, a ziemia taka jest uboga, że aby ją użyźnić, chłopki rozrzucają zebrane w morzu wodorosty.

Dwa rzędy łupkowych menhirów odcinają się na tle zamglonego nieba. W miarę jak obcy się przybliża, wrzosowisko jakby szczerzyło kły wyłaniające się spośród niskich krzewinek. Kobiety wracające znad rzeki z praniem dołączają do wieśniaczek na polu i razem podchodzą do Anne Jégado, matki Piorunicy.

– Jak ci się widzi, Anne, co to za jeden tu idzie?

– War ma fé, heman zo eun Ankou drouk. Klnę się, że to zły Ankou.

Jegomość idzie nadal. Elegancik około czterdziestki, w ręce trzyma laseczkę, w ustach fajkę, ma nowe buty z cholewami, kamizelkę z koziej wełny. Porywisty wiatr mierzwi mu rzadkie włosy nad zmarszczonym czołem.

– Halo, moje panie! – woła po francusku.

Skupione w gromadkę kobiety i dzieci, które nigdy nie widują gości, ze zdziwieniem nań patrzą, przybysz zaś ciągnie:

– Drogę tu macie taką, że gorszą trudno by sobie wyobrazić. Prowadzi między mnóstwem stawów i nie jest dość szeroka, by wyminęły się dwa wozy.

Z uśmiechem podchodzi bliżej. A niektóre z kobiet wyciągają ze stanika szpilkę spinającą jego poły.

– Która utoczy mu kroplę krwi, tej nie będzie mógł skrzywdzić…

Przybysz, teraz już blisko nich, przedstawia się:

– Ja i mój kolega, który tam został, jesteśmy normandzkimi perukarzami. Przyjechaliśmy tu kupować włosy, bo w tym regionie nawet mężczyźni noszą je długie.

Stojące naprzeciw niego staruszki w czarnych sukniach i młodsze kobiety w ciemnorudych spódnicach słuchają oniemiałe, jakby był wędrowcem przybyłym z jakiejś niezwykłej krainy.

– Rozumiecie mnie? – z niepokojem pyta Normandczyk, widząc ich niewyraźne miny. – Panie mówią po francusku?

Niejedna podnosi wówczas ręce, by wyjąć szpilkę, która przytrzymuje skrzydła czepca ułożone w poziomą ósemkę i sterczące po bokach głowy. Końce szerokich wstęg z białego płótna opadają im na ramiona, a urocza Piorunica, która wróciła z nogami ubłoconymi po kostki, podaje szpilkę matce noszącej płaski domowy czepek z samodziału. Perukarz tymczasem wyjaśnia, skąd się tu wziął:

– Wóz nasz kryty plandeką, który widać tam, z tyłu, zjechał dziś rano ze statku na wasze wybrzeże i nie przejechał nawet trzech mil, a obalił się w koleinie. Nie znalazłoby się u was paru chłopa, którzy by nam pomogli go postawić…

– Ann diaoulou!!! – wrzeszczy nagle jedna z kobiet i wszystkie, zarówno te z praniem, jak i te z pola, z nastawionymi szpilkami rzucają się wraz na Normandczyka. Jakby rój os spadł na jego niemal łysą głowę. Otoczony zewsząd czuje z każdej strony ukłucia. Igły i szpilki wbijają mu się głęboko w pośladki, plecy, nogi, twarz, brzuch.

– Caqueux1 broczą krwią z pępka!

– Pożre cię księżyc!…

Takie dzikie okrzyki rozbrzmiewają wokół perukarza, który osłania się rękami i wierzga na wszystkie strony. Pył dusz wzbija się nad wrzosowiskami porastającymi pagórki.

Do biadającego nad swoim losem żniwiarza włosów dociera, że podejrzewa się go, iż jest zwiastunem nieszczęścia, odsłania zatem twarz, aby zawołać:

– Cywilizacja ledwie się o was otarła! Doprawdy trzeba być tutejszym, żeby odprawiać takie gusła!

I wówczas czyjaś szpilka trafia go w oko. Rozlega się wrzask perukarza. Kryjąc twarz w dłoniach, ucieka z kręgu barbarzyńskiego kultu. A gruba wieśniaczka z żalem w głosie mówi:

– E tam, w oko! Ktoś wydłubał mu oko?

Normandczyk biegnie przez różowe wrzosy, kwitnącą grykę, ów śnieg schyłku lata. Krzyczy „Na rany Boga!” – tamte niewiasty jakby samego Jezusa Chrystusa odprawiły od drzwi. Dotarłszy do swego przerażonego towarzysza – ciemnowłosego chudeusza, który jęczy: „Toż to żenujące, żeby z czymś takim mieć do czynienia w cesarstwie Napoleona Pierwszego!” – raniony się odwraca. Zdrowym okiem dostrzega chłopów ryjących wrzosowiska, łopatą przekopujących nieurodzajną kamienistą glebę, na której lemiesz się wyszczerbia. Wieśniacy zaciekle próbują wycisnąć z kamieni nędzne miedziaki. Teraz jednak na ten widok pokładają się ze śmiechu z sękatymi łapskami zaciśniętymi na trzonkach narzędzi, które zdają się pamiętać czasy średniowiecza, odziani w krótką kamizelkę, luźne spodnie, z rozwianymi długimi włosami nakrytymi okrągłym kapeluszem. Do wszystkich autochtonów, kobiet i mężczyzn, zraniony przybysz wrzeszczy:

– Zacofane ciemniaki! Degeneraci!…

Dzieje się to w przysiółku Kerhordevin w Plouhinec (departament Morbihan). Perukarze wyprzęgają konia z przewróconego wozu nakrytego żółtą płócienną budą, na której przechyliwszy głowę, można przeczytać: „Pod Normandzkim Loczkiem”. Jadą teraz na oklep, tak przebywają staw (wierzchowiec musi płynąć), wymyślając ludziom zostawionym na wrzosowiskach:

– Cepy! Prymitywne chamy!

– Piou zo azé? Kto tam?

W nędznej chacie drzwi prowadzące na zewnątrz otwierają się szeroko. Siedząca przy kołowrotku Anne Jégado najpierw widzi w nich tylko jasną noc, potem sylwetkę córki w progu.

– A, to ty, wstrętna groac’h, wiedźmo! Ależ mnie przestraszyłaś! Czemuś przed wejściem zapukała trzy razy?

– Chciałam strząsnąć błoto z sabotów, mamo.

– To nie wiesz, Piorunico, że przypadkowy dźwięk powtórzony po trzykroć oznacza nieszczęście? Nie wiesz, że właśnie tak robi Ankou? Nim załaduje ciało ofiary na swój wóz, wzywa ją po trzykroć grobowym głosem. Przykładowo mnie by tak zawołał: „Anne! Anne! Anne!…”. Popatrz tylko, ojciec też się wystraszył. Nawet dobył miecza, ty zwiastunko nieszczęścia. Gdzie cię poniosło o tej porze, na penn ar bed, na koniec świata?

– Byłam przy menhirze na wrzosowisku.

– Znowu? A cóż ci chodzi po głowie, że tyle tam przesiadujesz oparta o te sterczące kamienie?

I oczywiście w języku brezhoneg, ponieważ w Plouhinec mówi się tylko po bretońsku, matka każe córce, by podała jej swoje saboty – „Boutoù-koat!” – chce je bowiem napełnić gorącym popiołem, aby przeschły i ogrzały małej stopy.

W izbie zadymionej od paleniska, na którym płoną krowie placki i suche grudy ziemi, w popiele pieką się kasztany. Nad zardzewiałym trójnogiem wisi kremaliera i patelnie.

Ojciec Piorunicy, siedzący na jednym z dwóch murków znajdujących się po obu stronach komina, podnosi się, aby wsunąć do pochwy miecz o płomienistej głowni ozdobiony herbem (na czerwonym tle wspięty srebrny lew z czarnym językiem). Sąsiad, który zajmuje drugi murek, z zachwytem mówi:

– A, czyli to prawda, żeś szlachetnie urodzony, Jean…

– Noblans Plouhinec, noblans netra! Szlachta z Plouhinec to żadna szlachta – bagatelizuje Jean Jégado. – Przez to, że wywodzę się od Jehana Jégado, pana na Kerhollain, który uratował Quimper zajęte przez rozbójnika La Fontenelle’a, wcale nie jest mi łatwiej chodzić dzisiaj po wrzosowiskach. Cóż, taki los najmłodszych z arystokratycznych rodów – przyznaje fatalistycznie, siadając na powrót na murku i wyjmując z kamizelki fajkę z glinki z Morlaix.

Kciukiem nabija ją podłym, grubo pociętym tytoniem do żucia, zapala od głowienki trzymanej w szczypcach. Po trzykroć pyka, spluwa do paleniska i z żalem w głosie dodaje:

– Najmłodszy syn najmłodszego syna, który też był najmłodszym synem… Za każdym razem dzieli się spadek na korzyść najstarszych i okazuje się w końcu, że masz spłachetek pola na tym kamienistym wrzosowisku. Rok nie był za dobry. Jeszcze jedne marne zbiory i nie starczy ci na opłaty, więc sprzedajesz cały dobytek, żeby spłacić długi, i możesz żebrać na ulicy.

Niegdysiejszy szlachcic widać żywi takie same lęki jak zwykli kmiecie, lecz prezentuje rodową dumę przy żonie, która odpruwa właśnie dół jakiejś wygniecionej sztuki odzienia.

– Zdaje się, że niedługo po kawałku wystawią na sprzedaż ruiny zamku Kerhollain, ale nasz herb ciągle widnieje u szczytu głównego witrażu w starym kościele nad rzeką Étel. Tyle że witraż tak obrósł mchem, że prawie nic nie widać. Muszę któregoś dnia wziąć drabinę i umyć go octem…

Jean Jégado pyka z krótkiej fajeczki, w której tytoń nienadający się do palenia wymaga płuc jak miechy. Równy wiekiem z żoną – około trzydziestki – jest chudy, twarz ma barwy kasztanowej, wygoloną, włosy natomiast długie. Odziany jest w tradycyjne bragou-braz, szerokie portki do kolan, i wełniane pończochy. Rozchyla kamizelkę zapinaną na prawo na metalowe guziki.

– A poza tym co powiesz, Le Braz? – pyta kmiecia siedzącego po drugiej stronie paleniska.

– Ano nic – odpowiada ów, myślami błądząc gdzie indziej. – Tak się zastanawiam nad twoją Hélène, nad tym, że ją przyciągają te wielkie kamienie…

– Czy ty się nie boisz, dziewczyno, sama siedzieć po ciemku na wrzosowisku? – dziwuje się Anne, która podszywa teraz rąbek, siedząc z córką na wielkim kufrze przystawionym do zamykanego łóżka2.

– Nie, a czemu bym się miała bać?

– Jak byłem mały – wspomina Le Braz – ludzie mówili, że co sto lat kamienie z wrzosowisk idą się napić do rzeki i wtedy odkrywają skarby, które pod nimi ukryto…

– Czemu!… Och, ty głuptasku… Do licha, bo mogłabyś się natknąć na Ankou! – z niepokojem mówi matka Piorunicy. – Zapytałabyś go: „Co tu robicie, panie?”. A on by odpowiedział: „Zaskakuję i zabieram”. „Czyli jesteście złodziejem?”, dopytywałabyś, a on by wyznał: „Jam jest ten, który przynosi nieszczęście, nie bacząc na nic”.

– A mnie – wtrąca żona Le Braza o głowie krągłej jak jabłko, korpulentna Madeleine, która siedząc obok kmiecia, przędzie kądziel – opowiadali, że te stojące kamienie to armia znieruchomiałych zjaw. Wszyscy weselnicy przemienieni w kamień za nie wiadomo jakie przewinienie.

– Wstań – rozkazuje Anne córce – zmierzymy, czy ta odświętna spódnica będzie teraz dobra na długość. Rośnie jak na drożdżach nasza Piorunica, choć ma dopiero osiem lat!

– Mamo, kto to ten Ankou, o którym stale mówisz?

Bijące od ognia ciepło rozluźnia powoli członki i rozwiązuje języki w chałupie z klepiskiem i oborą oddzieloną od izby dla ludzi przepierzeniem na wysokość pasa. Ze zwierząt jest tam mizerna krowa, trzy owce i wyliniały osioł, który potrząsa długimi uszami, kiedy Le Braz przepowiada:

– Tych kamieni druidycznych coraz mniej tu będzie, bo księża jak nie wykorzystują ich jako materiału do budowy kościołów, to je katolicyzują, na czubku każąc wycinać rzymski krzyż.

Jean Jégado wcale tym nie jest zdziwiony. Opiera obcasy sabotów na skraju wysiedzianego staroświeckiego fotela, którym wzgardzili starsi bracia, i odpowiada:

– Religie nawzajem się przenikają, w końcu jedna zastępuje drugą. Nowsza wchłania starszą, tak że z czasem nic z niej nie zostaje.

– No przecie Ankou to pomocnik Śmierci! – wyjaśnia Anne, przykładając plisowaną spódnicę do córki o blond włosach brudnych i sztywnych jak końskie włosie. – No, w tym roku jeszcze będzie. Posuń się, muszę to poskładać i schować. – Podnosząc wieko kufra, na którym siedziały, wyjaśnia: – Nie ma nic gorszego od Ankou! Jeździ po Bretanii wozem i ładuje na niego ciała tych, których dosięgła niewidzialna siła… których skosił, nie patyczkując się z nikim.

– Jaki on jest? – pyta Piorunica pożądliwie.

– Ale jeżeli kiedyś nie będzie już menhirów, Anatole, dokoła czego będą chodziły nasze gnomy… brr… wstrętne owłosione czarne karły, które łapią cię za rękę i zmuszają do oszalałego tańca, póki nie padniesz z wyczerpania?

Anatole Le Braz kręci głową, nie wiedząc, co na to powiedzieć, po czym rzuca „Gwin-ardant!” do swej pulchnej żony, która podaje mu butelkę z gorzałką. Kmieć szczodrze nalewa trunku do glinianej czarki Jeana Jégado.

– Ankou nosi długą pelerynę i kapelusz z szerokimi kresami – opowiada Anne Jégado, siadając na powrót. – Zawsze trzyma w rękach ostrą kosę. Często przedstawia się go pod postacią szkieletu, głowa bez przerwy mu się obraca na kręgosłupie jak wiatrowskaz na trzpieniu, żeby jednym rzutem oka mógł ogarnąć całą okolicę, którą ma za zadanie przemierzyć.

– Widziałaś go, mamo?

Otarłszy usta i powtórnie napełniwszy czarkę gospodarza oraz swoją, Le Braz zagłębia się w świat niewidzialny dla wszystkich prócz niego.

– Kiedyś zobaczyłem czarodziejkę, chyba że to była Mari Morgan. W każdym razie syrena w stawie. Wyszła z wody i usiadła na kamieniu, żeby ze śpiewem zapleść włosy. Obok przechodził żołnierz z Port--Louis. Podszedł do niej znęcony jej urodą i pięknym głosem, a Mari Morgan objęła go rękami i wciągnęła na dno stawu.

– Ano… – przytakuje Madeleine. – Czarodziejki… Niektóre są życzliwe i pomocne, inne potrafią zaleźć za skórę.

Po wychylonej do dna trzeciej czarce gorzałki, od której oczy nabierają blasku, Jean, potomek Jehana, pozwala sobie wtrącić:

– Meluzyna, owszem, ale czarodziejka Wiwiana… oj, tu bym się spierał!

– No gdzież tam, nigdym nie widziała Ankou! – obrusza się Anne, jasne oczy wznosząc do pułapu. – Kto zobaczy Ankou, nikomu już o tym nie opowie… Ale podobno jest jego figura w przeklętej kaplicy caqueux, no wiesz, tych wyrzutków, które żyją na najodleglejszych wrzosowiskach. Zresztą tam też jest stojący kamień.

– Czemu przez Ankou ludzie umierają?

– Czemu?… On nie potrzebuje powodu, po prostu jeździ sobie tym wozem, który wiecznie skrzypi: łik… łik… Albo spotyka ludzi, albo sam do nich wchodzi, na nikogo nigdy się nie gniewa. Ścina kosą i tyle. Idzie od domu do domu, to jego robota. Robota pomocnika Śmierci.

Dziewczynka już nic nie mówi. Pod wieczór przy pogawędkach żywiczna świeczka ledwie rozjaśnia mrok, tak że światło staje się magiczne. Dobiegające z zewnątrz wycie wiatru to głos topielca domagającego się pochówku. „Morze znowu uczyniło kilka kobiet wdowami”. Wysłyszeli to również w szeleście liści. Po gorzałce i kilku flaszkach podłego cydru wyobraźnia czuje się spuszczona z wodzy. A kiedy ściemni się na dobre, opowiedzą niejedną historię, od której ciarki będą chodziły po grzbiecie. W dusznej chacie pozbawionej przewiewu mieszają się kłęby dymu z komina i myśli. „Widziałem spadającą gwiazdę. Ksiądz się powiesi!”

Z zewnątrz widać, jak strzępki dymu wymykają się jasnoszarymi wstęgami spod drzwi, z obramowania niedużego okienka, spomiędzy surowych kamieni i źdźbeł słomianej strzechy, pnąc się krętymi tasiemkami ku rozgwieżdżonemu niebu. Jak w kałuży wody gnije słoma, tak w chałupie fermentują głowy.

– Słyszę hałas na drodze!…

– Hę?

– Nie słyszeliście skrzypienia wozu? – pyta Anne wszystkich.

– Po prawdzie, to nie – odpowiada jej mąż.

– Taki głośny hałas! Konie dyszą tak mocno, że jakby duł burzowy wiatr… Od skrzypienia osi uszy mi pękają, a wy nic nie słyszycie?

– Nic a nic – odpowiada Anatole Le Braz.

– W pewnej chwili zaprzęg zaczął bezsilnie dreptać w miejscu. Och, ależ konie tłukły kopytami w ziemię!… Łoskot był, jakby młoty waliły w kowadło.

W chacie zaraz wszyscy cichną, aby dobrze słyszeć. Włosy Jeana są tak sztywne, że mógłby ich używać jako igieł. Anatole w końcu się podnosi, by wyjrzeć na drogę przez rogowe okienko.

– Gdzie tam! To ten wóz, co się rano przewrócił. Właściciele przyszli po niego z chłopcami ze wsi i z drugim koniem, żeby go postawić. Wóz jest kryty, oświetlają go.

– Mają odwagę przychodzić do nas w nocy? – dziwi się Jean.

– Ba! Nie można powiedzieć, żeby w dzień zostali dobrze przyjęci, szczególnie ten wysoki w kamizelce z koziej wełny – uczciwie przyznaje Madeleine Le Braz. – Naprawdę ciekawam, która wydłubała mu oko.

– Aż dziw, że nie oszalałam – szepcze Anne jeszcze blada i drżąca.

– Oszalałam!… Też coś! – burczy gniewnie jej mąż. – Żeby się do takiego stanu doprowadzić, bo stawiają przewrócony wóz!

– Och, ja słyszałam skrzypienie wozu jakieś inne niż normalnie.

– Briz-zod z ciebie, biedaczko…

– Nie jestem głuptasem! Możesz sobie wzruszać ramionami do woli. Mówię ci, że karriguel, którym jeździ Ankou, jest gdzieś w okolicy. Niedługo się dowiemy, po kogo przyszedł.

Powieki Piorunicy trzepoczą jak skrzydła motyla.

– Pora powiedzieć „dobranoc” – zwraca jej uwagę matka.

Kiedy dziecko wspina się na banc-tossel, wieko kufra, i przyklęka, by otworzyć skrzydła drzwiczek łóżka, Jean Jégado mówi jedną z tych rzeczy, jakby wracał do zwyczajnej rozmowy:

– Wiedziałeś, Le Braz, że Cambry przemienił się w czarnego psa?

– Ten Jacques Cambry, co umarł zeszłego roku? Skąd wiesz?

– A od niego. Spotkałem czarnego psa, który mi powiedział: „Jestem Cambry”.

Religia druidów, źródło baśni i wymysłów, pozostawia widmo w umyśle Piorunicy, która wsuwa się na snopek owsa przeznaczony dla trzech osób. Przegania kurę, by naciągnąć na siebie przykrycie z pozszywanych kawałków tkanin, i kładzie głowę na worku roztartych kolcolistów. Zza drzwi dobiegają ją inne nozve-ziou, wieczorne bajania dorosłych. Gorzałka wyciąga z nich opowieści, osobliwe wyznania:

– Wodne czarodziejki porywają grube kobiety.

– Bag-noz to kryształowy statek-syrena, który przewozi pasażerów na wyspę, skąd się nie wraca.

– Jasne, żem się zaciągnął do szuanów, żeby bronić Ludwika Szesnastego i szlachty! Byłem przeciwny wielkiej rewolucji, wrogowi cudów…

– Naprawdę nic nie słyszycie?

W zamkniętym łóżku dziecko złapało złotego żuczka, który spacerował po desce. Przysunąwszy owada do ucha, Piorunica ściska go lekko w paznokciach i popuszcza, słuchając chrzęstu pancerza podobnego do skrzypienia osi ruszającego karriguela Ankou:

– Łik… Łik…

***

– ŁIN! ŁIN! ŁIIIN!…

Gdzieś w oddali z miecha dud napompowanego przez dudziarza wydobywa się przeciągły dźwięk: „ŁIIIN…”. Do wtóru odzywa się przeraźliwie bombarda. Mężczyźni, kobiety i dzieci, odziani w stroje używane podczas fest-noz, trzymają się pod ręce w bretońskim kręgu. Przytupują sabotami w błocie, pieśniarz zaś intonuje:

Canomp amouroustet Janet,

Canomp amouroustet Jan!

(Zaśpiewajmy o miłości Jeanne,

Zaśpiewajmy o miłości Jeana!).

Piorunica widzi ich wszystkich. Małe dudy wydają dźwięki o oktawę wyższe od bombardy. Brzmienie instrumentu nie jest czyste, „do” brzmi jak „la”, ale co tam, łzy cisną się do oczu przy słowach:

Jean kochał Jeanne,

Jeanne kochała Jeana.

Pośrodku tanecznego kręgu rozpalono wielkie ognisko z polan nafaszerowanych petardami. Wybuchy idą na wszystkie strony, mieszając się z migotaniem gwiazd w ciemności. Świetlisty krąg widziany z miejsca, gdzie się znajduje Piorunica, przypomina nieduży placek położony na wrzosowisku… zwłaszcza że za sabotami wybijającymi takt przy podnoszeniu ciągnie się żółte błoto niczym ciasto pełne grudek – to resztki skał łupkowych pochodzących z megalitycznych kamieni, które nie tak dawno obalono i pocięto na nadproże drzwi w kościele. Jakby w odpowiedzi na to za chwilę tancerze spalą w ognisku grubo ciosany posążek Matki Boskiej, a tłum będzie potem walczył o popiół z niego.

Ale odkąd Jean jest mężem Jeanne,

Jean już nie kocha Jeanne ani Jeanne Jeana!…

Koniec piosenki. Mer Plouhinec wstaje, aby przemówić – co czyni zdecydowanie za często. Większość ludzi ciągnie tłumnie w stronę naszykowanych stołów, na których piętrzą się krepy. Uzupełniane są zapasy faru. Wieczór napełnia ogniem odświętne szklanice, chłopcy zapalają lampy. Jakaś kobieta wydziera się, zawodząc wesołą piosnkę. Dołączają się dudy i bombarda. I znowu rozlega się tupot sabotów jak trzaskanie ciężkiego deszczu o skalne kruszywo i błoto. Okrągłe męskie kapelusze podskakują z falującymi w tyle dwiema czarnymi wstążkami. Szarfy się rozdzielają i na wietrze raz tworzą wirujące ramiona wiatraka, raz rozkołysane morskie fale. To taniec!

Z kręgu świateł wychodzi dziesięcioletnia pastereczka wystrojona odświętnie, lecz pozbawiona urody – płaska twarz, rozklapany nos, wyłupiaste oczy wysoko osadzone – i dołącza do Piorunicy.

– Nie idziesz na zabawę, Hélène? Marzysz sobie?

Hélène Jégado, ostatnia potomkini szlacheckiej rodziny bretońskiej, opiera się plecami o wielki stojący kamień, który posyła jej myśli ku niebiosom. Na wrzosowisku zalanym księżycowym światłem czuje się nierzeczywiście. Doładowuje się energią menhiru i z rozkoszą się kąpie w światłocieniach bretońskich legend.

– Słyszę, jak co rusz od nowa zamiera odległy śpiew…

Piorunica ma na sobie suty tradycyjny strój paradny z plisowaną spódnicą odpowiedniej długości, na głowie biały czepiec zasłaniający uszy. Przed nią pastereczka podnosi lampkę z kolorowymi szybkami, aby się przyjrzeć dziewczynie Jegadów o jasnoniebieskich celtyckich oczach.

– Hélène, czemu stale tak cię ciągnie do kaplicy caqueux? Tam są tylko złe duchy, które chcą wciągać żywych w pułapkę. Podobno w niej czarodziejki odprawiają swoje mordercze orgie i właśnie przy tym stojącym kamieniu kryją się pod ziemią brodate krasnoludy, które na siłę wciągają człowieka do swojego kręgu, żeby tańczył, póki nie umrze ze zmęczenia. Wiesz, te…

– Gnomy, wiem, Émilie.

– Ja tam wolę tańczyć z ładnymi chłopcami na fest-noz. Naprawdę nie chcesz przyjść?

– Nie. Mam się spotkać z Ankou w kaplicy.

– Co?! Wejdziesz do tej przeklętej kaplicy?… I spotkasz się z Pomocnikiem Śmierci? Chyba ci rozum odebrało, Hélène!

– Możliwe…

Émilie zatyka sobie uszy, aby już nic więcej nie słyszeć. Biegnie ze swoją lampką na zabawę, a Piorunica wchodzi do kaplicy. Zamoczywszy palce nie w wodzie święconej, lecz w oczyszczającej wodzie ze świętego źródła, dziewczynka odkrywa zieloną farbę łuszczącą się ze ścian, które wyglądają jak usiane łuskami jakiegoś zwierza. Matowe barwy działają przygnębiająco, romańskie sklepienie budowli jakby się obniżało. Bóg zdaje się pokonany w tym zdegenerowanym kościele oświetlonym promieniem księżyca wpadającym przez witraż. Przed witrażem frontowym na ołtarzu, którego wnętrzem jest ossuarium wypełnione czaszkami, króluje posąg Ankou. Gdyby Piorunicę nauczono czytać, dowiedziałaby się, co wyryto na otoku grubego granitowego blatu pod figurą Ankou:

Nie daruję nikomu.

Ani papieża, ani kardynała nie oszczędzę. Ani króla,

ani królowej. Ani ich książąt czy księżnych.

Nie oszczędzę kapłanów, mieszczan, sędziów,

lekarzy ani kupców, ani nawet żebraków.

„Oto i on, Pomocnik Śmierci wyrzeźbiony w czarnym drewnie”, myśli dziewczynka, stojąc z podniesioną głową. W miejscu oczu i nosa Ankou zieją dziury, żuchwa mu obwisa. Właściwie to kościotrup trzymający pionowo kosę wyższą niż on. Chłopskiej córce zakrzywione ostrze wydaje się dziwnie ustawione. W spokoju sylwetki dziewczynka wyczuwa siłę lawiny śnieżnej i w głowie lęgną jej się marzenia.

Lampka pastereczki Émilie biegnącej przez wrzosowisko rzuca z zewnątrz przez witraż ruchomy promień światła. Cień Ankou wydłuża się w nim i przesuwa, aż dosięga Piorunicy i zlewa się z nią. Wydaje się teraz, że cień Pomocnika Śmierci niesie śmiesznego kształtu czepek bretońskiego dziecka. Ach, cóż się dzieje w umyśle dziewczynki, którą taka niezwykłość wprawia w przerażenie! Piorunica tak jak Ankou podnosi rękę, jakby trzymała kosę.

***

– Czemu w mojej zupie pływają te czarne kulki, a u Hélène ich nie ma?

Émilie, która właśnie zajęła miejsce przy stole koło już siedzącej Piorunicy, zadaje pytanie na głos, patrząc do swojej miski. Anne Jégado zanurzała akurat chochlę w kociołku zawieszonym nad trzaskającymi polanami, aby nalać sobie zupy, lecz obraca się na pięcie do pastereczki, którą na prośbę córki zaprosiła na obiad. Zdziwiona podchodzi do stołu, by zajrzeć do rzeczonej miski.

– Jakie czarne kulki?… Och, przecie to wilcze jagody! Nie bierz ich do ust! No, dziewczyno, całe szczęście, żeś to zauważyła! A ty, Piorunico, gadaj zaraz, co to za psikusa chciałaś zrobić Émilie? Nie mówiłam ci, że te jagody to trucizna?! Dobrze chociaż, żeś ich nie rozgniotła na miazgę. Mogłabyś ich dodać do zupy dużo więcej, nikt by niczego nie zauważył i…

Piorunica ociera zlane potem czoło matki wyciągniętej na wznak na stole. Ściska jej ręce. „Będzie dobrze, mamo…” Chora ma błędny wzrok, przyspieszony oddech. Na skórze występują jej fioletowe plamy. Sąsiadowi Le Brazowi, który zjawił się zaraz i pyta: „Co się stało?”, Jean Jégado odpowiada:

– Padła jak krowa rażona obuchem. Hélène mi wszystko opowiedziała. Na kolację Anne nałożyła kaszy do dwóch misek, dla córki i dla siebie, i wyszła, żeby mnie zawołać, a mała wzięła się za jedzenie. Po powrocie Anne też zaczęła jeść, mówiła, że kasza ma jakiś gorzki smak, mimo to zjadła wszystko, wytarła chlebem miskę, a potem, o… Gdzie się podział pierścień, który nosiła na środkowym palcu?… Rodowy sygnet z wygrawerowanym herbem Jegadów, który jej podarowałem w dniu ślubu?…

Gruba Madeleine Le Braz, przesiąknięta bretońskimi przesądami, odprawia obrzęd dziesięciu ogarków, które przycięła na jednakową długość. Pięć ustawiła osobno dla śmierci, pięć gdzie indziej dla życia. Te ostatnie pierwsze gasną, toteż korpulentna Madeleine przepowiada rzeczowo:

– No to już po niej.

– Ktoś tu jedzie? – pyta Jean.

Anatole wygląda przez jedyne okienko w chałupie.

– Nie, a co?

– Zdawało mi się, że słyszę turkot wozu…

Madeleine już posypuje przyszłe zwłoki listkami mięty, rozmarynu i innych aromatycznych roślin.

– Trzeba jeszcze powylewać wodę z cebrzyków, żeby dusza zmarłej w niej nie utonęła.

Jejmość Le Braz robi, co powiedziała, Jean tymczasem, zagubiony i bezsilny, nie wiedząc, jak mógłby być użyteczny, machinalnie ujmuje w ręce miotłę.

– Nie, nie, tylko nie scubican anaoun, nie wymiatanie umarłych! – odradza Madeleine. – Nie zamiata się w domu konającego, bo jego dusza już po nim chodzi i miotła mogłaby ją zranić.

Chata wypełnia się lamentami, wszyscy wszakże podziwiają gorliwe oddanie Piorunicy, która stoi przy matce ze spuszczoną głową, troskliwie pielęgnując chorą o zielonym języku, ustach pokrytych bąbelkami piany. Gdyby jednak ci ludzie mogli z dołu zobaczyć minę małej blondyneczki, zauważyliby, że w jej spojrzeniu skierowanym na matkę jest coś iście piekielnego. Ma oto przed sobą osobę, która niebawem umrze… To jakby narodziny powołania. Kiedy dziewczynka przykłada paluszki do rozpalonego policzka rodzicielki, wygląda niczym młody Mozart wciskający po raz pierwszy klawisze klawesynu. Dorośli biorą za szloch jej wyszeptane słowa: „Guin an eit…”. Ziarno kiełkuje… I jej matka wydaje ostatnie tchnienie, zamykając tylko prawą powiekę, co wprawia w panikę jejmość Le Braz, która mówi:

– Jak lewe oko zmarłej pozostaje otwarte, znaczy, że komuś znajomemu grozi rychłe zejście!

– To prawda, Hélène, masz słuszność. Ostrze kosy Ankou jest osadzone odwrotnie. Ale skąd o tym wiesz? Taka mała dziewczynka… W każdym razie kosa Pomocnika Śmierci różni się od kos innych żeńców, bo ostrze ma obrócone na zewnątrz. Dlatego Ankou nie kosi do siebie, kiedy ścina żywych. On wysuwa od siebie ostrze, które wecuje na ludzkiej kości… – I na srebrzystoszarym od porostów wrzosowisku ojciec do słów dołącza gest, demonstrując córce, jak Ankou to robi. – O tak, daleko do przodu… widzisz? A czemu cię to interesuje? Twoja starsza siostra Anna już znalazła dom u proboszcza w Guern, a ty zaraz pojedziesz do swojej chrzestnej i razem z nią będziesz pracowała na plebanii w Bubry u proboszcza Riallana, do którego masz się zwracać „wielebny rektorze”. Co byś tam miała żąć?

– Tato, w Bubry są jacyś ludzie?

– Ano, przecie to spora wieś.

– A wilcze jagody też tam rosną?

– Pewnie, czemu miałyby nie rosnąć?

Hélène z apetytem odgryza kęs z kromki chleba, kiedy podjeżdża ładny kabriolet z wielmożnym panem Micheletem, który woła, wysiadając:

– A to dopiero, Jégado rojalisto! Myślałem, że będziesz ubrany na niebiesko. Nie nosisz żałoby?

– W Dolnej Bretanii mężowie nigdy nie noszą żałoby po żonie, panie. Tylko żywy inwentarz w gospodarstwie temu podlega. Nakryłem ul czarnym płótnem, a w wigilię pochówku krowa nie dostała jeść. Zapamiętajcie to teraz, bo nigdy nic nie wiadomo, panie były rewolucjonisto z czasów Terroru i niebawem mężu – dodaje Jean, zauważając haft na wstążkach powiewających z tyłu kapelusza Micheleta, znak, że jest zaręczony.

Gość – mężczyzna jeszcze młody, szeroki w barach, z twarzą obramowaną zarostem, dobrze ubrany, z białym pasem i w sznurowanych butach – obrzuca taksującym wzrokiem dwa hektary kamienistej ziemi Jeana, które się ciągną aż do rzędu śliw prowadzących do pralni.

– Więc ot tak sprzedajesz całe gospodarstwo?

– Już z Anne ciężko nam było, a sam sobie nie poradzę. Zostawiam wam, panie, chatę ze wszystkim, co w niej jest. Zabiorę tylko miecz znad komina.

– I co ze sobą poczniesz, szlachcicu?

– Będę pracował na dniówkę… albo żebrał… Zrobię jak sąsiedzi. Wiecie dobrze, jaka jest bieda w Kerhordevin i ile opuszczono gospodarstw, bo przecie wszystkie je skupujecie.

– Ile chcesz za swoje? – pyta bogaty ziemianin.

– Sto.

– I co jeszcze? Nie kupuję zamku Jegadów w Kerhollain. Daję ci pięćdziesiąt i skoro będę przejeżdżał przez Bubry, zgodnie z obietnicą podwiozę twoją córkę na plebanię. Ślicznotka z niej! Ile ma lat?

– Chrzczona była dwudziestego ósmego prairiala roku jedenastego.

– Roku jedenastego… Nie możesz powiedzieć, że w tysiąc osiemset trzecim? Dalej się trzymasz kalendarza republikańskiego? Och, Jean, przecież już dawno odstąpiono od tego pięknego wymysłu rewolucji. Byłeś szuanem, więc powinieneś się cieszyć z powrotu do kalendarza chrześcijańskiego, gregoriańskiego…

– Wrócono do starego kalendarza? Nie wiedziałem. Wiecie, panie, nie czytamy gazet, bo nie potrafimy, więc o ważnych wydarzeniach dowiadujemy się tylko z piosenek śpiewanych na jarmarkach.

– No, szlachcianeczko, wskakuj do karriguelu z tą swoją skórzaną sakwą. Widzę, że wypalono na niej żelazem królewską lilię. To ojcowska sakwa? Coś do niej zapakowała?

– Placek, który upiekłam.

– To jak, Jégado, sprzedajesz mi gospodarkę?

Jean wyrywa sobie włos i rzuca go na wiatr. Ten gest wart jest tyle co podpis na umowie, ponieważ wyrwanie sobie i wyrzucenie włosa – symbolu własności – równa się zapewnieniu, że nie wycofa się z ustaleń, albowiem sprzedający nie zdoła odzyskać długiego włosa uniesionego przez wiatr.

Włos wiruje na wietrze, a kabriolet ciągniony przez klacz toczy się wyboistą drogą w cieniu kilkusetletnich dębów. Położywszy obok siebie podwójną sakwę, Piorunica ogląda się na zgnębionego ojca, który wraca do chaty. Wkrótce dziewczynka traci z oczu także druidyczne kamienie w swojej wiosce.

Zapada wieczór, na Anioł Pański biją dzwony. Lekka dwukółka wolno się toczy wzdłuż licznych młynów i wiatraków, aż zatrzymuje się przed plebanią w Bubry. Bogaty ziemianin bez ruchu leży na boku z jedną ręką zwisającą z wozu. Jego bat ciągnie się po bruku przyprószonym mąką. Za ogrodzeniem plebanii kobieta w stroju sługi, z falbanką czepka powiewającą na czole, krzyczy:

– Ojcze rektorze!… Ojcze rektorze!…

Ksiądz podbiega do sługi, która wyciera ręce w fartuch i po bretońsku pyta Piorunicę:

– Co mu jest, że taki zaśliniony? I czemu ma okruchy ciasta w brodzie?

– On nie żyje, ciociu. Umarł, jakeśmy wjechali w tę ulicę.

– Och, dziecino, mówisz, że odszedł!

Ksiądz unosi głowę Micheleta i orzeka po francusku:

– Musiał dostać apopleksji.

Drugi