Trudna miłość - Meredith Wild - ebook
Opis

Parę dni po ślubie Blake i Erica Landon wyruszają w podróż poślubną, podczas której jeszcze bardziej zacieśniają więź między sobą I postanawiają zapomnieć o demonach przeszłości.

Kiedy już mogłoby się wydawać, że zostawili za sobą wszystkie problemy, ich spokój zostaje zakłócony przez skandal związany z kampanią wyborczą kandydata na burmistrza, Daniela Fitzgeralda. Blake trafia w sam środek tej afery. Prześladują go występki z jego hakerskiej przeszłości, o której wolałby zapomnieć.

 Kiedy wolność Blake'a staje pod znakiem zapytani, Erica nie zawaha się przed niczym, żeby oczyścić jego imię. Gdy jednak Blake przeciwstawia się władzom i odmawia udziału w poszukiwaniu prawdy, ich świat powoli zaczyna się rozpadać. Czy Blake pozwoli, by przeszłość wygrała? Czy Erice uda się przekonać go, że teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek warto walczyć o ich wspólne życie?

“Dla miłośników 'Pięćdziesięciu twarzy Grey'a' – to wspaniała książka, z części na część coraz lepsza” – Heroes and Heartbreakers

Meredith Wild to jedna z tych autorek powieści, które mnie wciągają już od pierwszej strony I trzymają w napięciu aż do ostatniej. Nigdy nie mam dosyć tej serii”. - Sizzling Pages Romance Reviews

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Trudna miłość

Tytuł oryginału: Hard Love

Copyright © 2015 by Meredith Wild

This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, New York, New York, USA. All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2016 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redakcja: Joanna Zioło

Korekta: Marzena Kłos, Paweł Wielopolski/Melanż

Projekt okładki: Anna Angerman

Zdjęcie na okładce: fotolia.com/mikhail_kayl

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

ISBN: 978-83-8053-136-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie

w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie

oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe

– tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Dla moich trzech małych cudów…

1

Dublin, Irlandia

Erica

Weszliśmy przez pomalowane na czarno drzwi do gwarnego pubu The Widow. Śmiech niósł się ponad miarowym szmerem gości tłoczących się w małych boksach pod ścianami. Wzięłam Blake’a za rękę i zaprowadziłam w głąb, do sali, której centrum stanowił stary, kwadratowy bar, miejsce stworzone do śpiewu i hulanek.

Mężczyzna siedzący na rogu rozpromienił się na nasz widok, odwzajemniając mój uśmiech.

– Panie profesorze!

Puściłam Blake’a i ruszyłam w stronę Brendana Quinlana, mojego wykładowcy na Harvardzie. Wstał i mocno mnie uściskał na powitanie. Pod dłońmi poczułam szorstką fakturę jego zielonego swetra, a szpakowate włosy połaskotały mój policzek.

– Erico! Tak się cieszę! Jak się masz? – W ciągu tych miesięcy, gdy go nie widziałam, jego irlandzki akcent stał się jeszcze silniejszy.

Jak miałabym podsumować to wszystko, co życie mi zaoferowało, odkąd skończyłam studia? Ale wtedy, w tamtej chwili, miałam się…

– Mam się doskonale. – Uśmiechnęłam się szeroko. Poczułam za sobą ciepło ciała Blake’a, a potem delikatny dotyk jego dłoni na dole pleców.

Odwróciłam głowę i spojrzałam na mężczyznę, który skradł mi serce. Jego ciemnobrązowe włosy były schludnie przystrzyżone na nasz ślub, który odbył się niedawno. Jego szczupły, lecz muskularny tors skrywał się pod cienkim swetrem, a na udach opinały się dżinsy doskonale podkreślające ich kształt. Może i zachowywałam się jak odurzona miłością świeżo upieczona panna młoda, ale nie byłam osamotniona w podziwie. Wszystkie kobiety oglądały się za Blakiem, nawet teraz, od tych paru minut, odkąd weszliśmy do pubu. Ponieważ jednak pod każdym względem należał do mnie, już się nie przejmowałam, że się na niego gapią.

Profesor podał mu dłoń.

– To pan jest tym szczęściarzem.

Blake uścisnął mu dłoń, a w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki.

– Nie inaczej. Bardzo mi miło. Erica opowiadała mi o panu z wielkim podziwem.

– Mnie o panu również. Piękna z was para. – Profesor spoglądał to na mnie, to na niego. – Geniusz i miliarder.

Roześmiałam się i wtuliłam w ramię Blake’a.

– Geniusz? Nie jestem godna tego określenia.

Profesor ruchem głowy wskazał na podniszczony drewniany stół. Usiedliśmy.

– Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości! W każdym razie to dobry tytuł książki. Może go ukradnę.

Puścił do mnie oko, a ja poczułam ucisk w gardle ze wzruszenia. Tak bardzo brakowało mi jego przyjaźni i wsparcia. Niegdyś byliśmy sobie bardzo bliscy. Potem wziął urlop naukowy i wyjechał, a ja rzuciłam się w wir pracy. Uśmiechnęłam się w duchu na myśl, ile godzin spędziliśmy nad moim planem biznesowym i na analizowaniu moich pomysłów; kombinowaliśmy, jak mam skończyć studia, jednocześnie zakładając swoją pierwszą firmę. Nigdy nie potrafiłabym zapomnieć, jak dużo dla mnie znaczyło jego wsparcie i że to dzięki niemu wyruszyłam w podróż, która okazała się bardziej szalona, niż mogłoby mi się to wydawać.

Profesor wyjechał do Irlandii niemalże w tym samym czasie, gdy w moim życiu pojawił się Blake. Oczywiście zrobił to nie bez powodu. Co prawda nadal prowadził na uczelni wykłady z zarządzania, ale postanowił zrealizować swoje marzenie, o którym teraz chciałam usłyszeć więcej.

– Jak panu idzie pisanie powieści?

– Doskonale. Inspiruje mnie wiele osób z prawdziwego świata. Prawda, Mary?

Do naszego stolika podeszła kelnerka, kobieta z czarnymi, gęstymi, kręconymi włosami, które ujarzmiła spinką. Przyniosła kufel ciemnego piwa z pianką sięgającą aż do krawędzi. Postawiła go, wyprostowała się i wzięła pod boki, kładąc dłonie na paskach małego, czarnego fartuszka.

– Czy on was nagabuje? Mogę go stąd wyrzucić. To nie pierwszy raz, co, Bren? – Puściła do niego oko.

Z uśmiechem pokręcił głową.

– Nie ma takiej potrzeby, złotko. Będę grzeczny.

Zamówiliśmy jeszcze kilka piw. Parę godzin później byłam już rozgrzana od alkoholu i śmiechu. Z wielkim zainteresowaniem słuchałam opowieści Brendana o jego przygodach i miejscowych przyjaciołach. Rozmawialiśmy też o Harvardzie, przywołując najlepsze wspomnienia z moich studenckich czasów. Starałam się omijać te mniej przyjemne. Brendan nie mógł o nich usłyszeć i miałam nadzieję, że nigdy się nie dowie, jak niewiele brakowało, by Max skrzywdził mnie tak, jak kiedyś Mark. Może gdy wróci do Bostonu, dojdą go słuchy o oskarżeniach o napaść postawionych jego byłemu studentowi, ale na razie znajdował się na tyle daleko, że nie było szans na to, by się o tym dowiedział.

Blake i Brendan gawędzili o jednym z biznesowych przedsięwzięć Blake’a, kiedy Mary przyszła po puste kufle.

– O, jest. Moja przyszła żona – wymruczał Brendan z jeszcze silniejszym akcentem.

– Och ty. – Mary klepnęła go po ramieniu, z trudem maskując uśmiech.

Rozpromienił się, po czym znowu skupił się na nas.

– Jeszcze po piwku?

Zerknęłam na tacę z pustymi kuflami. Mogliśmy pić jeszcze długo, a potem tego żałować. Pokręciłam głową.

– Ja już dziękuję. Ale wy się napijcie, jeśli macie ochotę.

Blake odchylił się na krześle i mnie objął.

– Nie, powinniśmy już wracać. Robi się późno.

– Oczywiście. – Brendan pokiwał głową. – W takim razie odprowadzę was.

– Zapłacę rachunek. Spotkajmy się na zewnątrz – powiedział Blake.

Brendan zaprotestował, ale Mary go zignorowała. W końcu się poddał i wyszliśmy z gwarnego pubu na o wiele cichszą ulicę. Mijali nas ludzie w małych grupkach, wchodzili do barów i wychodzili z nich. Blask półksiężyca lekko rozjaśniał otoczenie. Bruk lśnił od przelotnego deszczu, który musiał padać, kiedy siedzieliśmy w środku.

Włożyłam ręce do kieszeni i rozejrzałam się po tym nowym miejscu.

– Piękna noc, prawda? – Brendan wciągnął głęboko wieczorne powietrze.

– Prawda. Tak się cieszę, że się spotkaliśmy, panie profesorze.

Zachichotał.

– Brendan! Proszę, mów mi po imieniu. Przynajmniej dopóki nie zaczniesz studiów doktoranckich. Wtedy wrócimy do tematu.

Roześmiałam się.

– To mało prawdopodobne, ale zgoda.

– Przypuszczam, że dostałaś niezłą lekcję życia. – Jego uśmiech nieco przygasł. Brendan odwrócił wzrok. – Przykro mi z powodu Maxa. Nie miałem pojęcia, że tak cię rozczaruje. Widziałem w nim duży potencjał… Byłem pewien, że po młodzieńczych wybrykach wyszedł na prostą.

Spuściłam wzrok, nie chcąc się zdradzić z tym, jak bardzo Max mnie zawiódł.

– Nic nie szkodzi. Stare dzieje – powiedziałam cicho.

Wróciłam myślami do mejla, który wysłałam profesorowi kilka dni po tym, gdy się dowiedziałam, że Max i moja była pracownica Risa wykradli tajne informacje należące do mojej firmy i wykorzystali je, żeby stworzyć własne, konkurencyjne przedsięwzięcie. Nie chciałam wzbudzać w profesorze poczucia winy. Wolałam jednak, żeby nie wysyłał kolejnego niewinnego studenta do Maxa po pomoc czy wsparcie.

Max okazał się znacznie bardziej niebezpieczny, niż mi się początkowo wydawało. Może gdybym nie związała się z Blakiem, nie dążyłby tak zaciekle do zniszczenia mnie pod każdym względem. Nie zamierzałam jednak go usprawiedliwiać i nie chciałam, żeby skrzywdził innych.

– Może w rezultacie dobrze się stało, bo poznałaś Blake’a. Jak to się mówi, wszystko ma swoje dobre strony.

– To prawda. Było mi ciężko, bez niego nie dałabym rady.

Zawsze szczyciłam się niezależnością. Porzucano mnie i krzywdzono. Nie doceniano i lekceważono. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak silnie zwiążę się z kimś. Nie wyobrażałam sobie, jak bez Blake’a przeżyłabym ostatnie miesiące. I nie wyobrażałam sobie dzisiaj ani każdego następnego dnia bez jego miłości i wsparcia. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, wypowiedzenie sakramentalnego „tak” i słów przysięgi małżeńskiej oraz obdarzenie go zaufaniem przyszło mi z łatwością.

– Gotowa? – Blake wyszedł z pubu i stanął przy mnie, przerywając moje rozmyślania i rozmowę z Brendanem.

Ani trochę mnie to nie zirytowało. Co prawda bardzo się cieszyłam ze spotkania ze starym przyjacielem, ale chciałam już znaleźć się w ramionach męża w jakimś zacisznym miejscu, tylko on i ja. W końcu był to nasz miesiąc miodowy.

Z uśmiechem przygryzłam dolną wargę. Mój miesiąc miodowy, z moim mężem.

Uściskałam na pożegnanie profesora i ruszyliśmy z Blakiem znaną nam już drogą do hotelu, przez mroczne, nierówne ulice centrum Dublina. W powietrzu unosił się zapach deszczu i aromat świeżych kwiatów, które parę godzin wcześniej sprzedawano na ulicach.

Wzięłam Blake’a za rękę. Podziwiałam detale architektoniczne budynków stojących wzdłuż starych uliczek i spoglądałam na rozpromienione twarze mijających nas przechodniów. Dochodziła północ, ale zupełnie odstąpiliśmy od naszego zwykłego rozkładu dnia; nigdzie mi się nie śpieszyło, dopóki byliśmy razem.

Spotkanie z profesorem przypomniało mi o łatwiejszym etapie w moim życiu. Tyle się wydarzyło od pierwszego spotkania w Angelcomie, które profesor Quinlan zaaranżował z początkowym wsparciem Maxa. Nie przyszło by mi wtedy do głowy, że na zabój zakocham się w bezczelnym inwestorze, który siedział naprzeciwko mnie… i zostanę jego żoną. A jednak połączyła nas więź tak silna, jaka może się utworzyć tylko między parą kochających się ludzi.

Blake przyciągnął mnie mocniej do swojego boku i musnął ustami mój policzek.

– Polubiłem Brendana. Nie dziwię się, że się z nim zaprzyjaźniłaś.

Uśmiechnęłam się.

– Dziwnie jest nazywać go przyjacielem, skoro stał się dla mnie kimś znacznie ważniejszym, ale to prawda. To on namówił mnie do stworzenia firmy, chociaż miałam mnóstwo wątpliwości. Dzięki niemu wybrałam tę drogę.

– Drogę, która doprowadziła cię prosto do mnie. – Blake uścisnął moją dłoń. – Jestem szczęściarzem.

Podniosłam głowę i pocałowałam go w policzek. Ja też byłam szczęściarą. Nie mogłam temu zaprzeczyć.

Jednakże mimo marzeń o tym, dokąd zaprowadzi mnie moje przedsięwzięcie, nawet mi się nie śniło, że podążę właśnie taką drogą. Dzięki pomocy Sida i Alli uruchomiłam firmę, która stała się atrakcyjna i nieźle się zapowiadała. Kilka dni po przepisaniu swoich akcji dowiedziałam się, że będą nią zarządzać Isaac Perry i była dziewczyna Blake’a. Ta wiadomość mnie zdruzgotała. Do tej pory jeszcze się nie podźwignęłam.

Wróciłam wspomnieniami do ostatniego dnia, kiedy przyszłam do biura Clozpinu, nie mając pojęcia, co zrobiłam. Powtórzyłam sobie w głowie, że niezależnie od tego, co się wydarzy – czy firma będzie prosperować, czy też upadnie – już nigdy nie będę mogła do niej wrócić.

– Jesteś taka milcząca. O czym myślisz? – spytał Blake.

Odetchnęłam i pokręciłam głową.

– Chyba o firmie. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że nie jestem już jej częścią.

– Nie pozwól, żeby to cię zżerało – powiedział cicho. – To przeszłość, a ciebie czeka świetlana przyszłość.

– Staram się o tym nie myśleć.

Blake na chwilę zamilkł, po czym powiedział:

– Wiem, że wciąż cię to boli. I bardzo mi przykro, że musiałaś zostawić coś, w co włożyłaś całe serce. Ale teraz jesteś wolna. Świat stoi przed tobą otworem. Pomimo tego, co się wydarzyło, to całkiem niezła sytuacja.

Być może miał rację, ale moja zawodowa przyszłość wciąż zawierała mnóstwo niewiadomych.

– Firma dawała mi motywację do działania. Mogę tylko mieć nadzieję, że to samo zyskam dzięki projektom Geoffa. Dobrze chociaż, że większość zespołu została ze mną, nie będę się czuła osamotniona.

Dlatego że Blake umieścił mnie w zarządzie Angelcomu, miałam możliwość inwestowania w nowe projekty, co pozwoliło mi wypełnić pustkę, którą odczuwałam po utracie Clozpinu. Geoff Wells był programistą i miał taką żyłkę do interesów jak ja. Kiedy musieliśmy odejść z Clozpinu, razem z Sidem i Alli dostrzegłam w nim potencjał. Pomysł Geoffa stał się naszym nowym projektem.

– Inwestuję od tak dawna, że potrafię rozpoznać prawdziwą pasję. Dostrzegłem ją w Geoffie, a wcześniej w tobie. Dasz z siebie wszystko, żeby przedsięwzięcie się udało. To leży w twojej naturze. Uwierz mi. Jedna próba, która nie poszła zgodnie z planem, tego nie zmienia.

Tymi słowami Blake przywołał wspomnienia tamtego rozczarowania, druzgoczącej porażki. W miarę upływu czasu potrafiłam już emocjonalnie zdystansować się od tego, co zrobili Isaac i Sophia. Zaczęłam postrzegać to doświadczenie jako pewien rozdział w moim życiu, lekcję, której długo nie zapomnę. Utrata firmy nie bolała mnie aż tak jak na początku, niemniej rana wciąż była świeża.

– Być może. Ale nic nie poradzę na to, że czuję się, jakbym… wszystkich zawiodła. – Wyrzuty sumienia gnębiły mnie niczym koszmarny sen, z którego nie mogłam się otrząsnąć.

Blake spojrzał na mnie.

– Nikogo nie zawiodłaś. Dużo się nauczyłaś.

Szłam dalej, szurając butami po bruku i unikając jego wzroku.

– Kilka razy byłem w podobnej sytuacji. Powinnaś mi zaufać.

Uśmiechnęłam się lekko.

– Właśnie dlatego za ciebie wyszłam. Z powodu twojej przedsiębiorczości i ogromnej wiedzy.

Uniósł brew.

– No i twojej fortuny – dodałam szybko.

– Chcesz powiedzieć, że nie wyszłaś za mnie z powodu mojej olśniewającej urody? Uważaj, bo się obrażę.

Zacisnęłam usta, udając powagę.

– Gdybym miała wskazać, co zaważyło o mojej decyzji, wybrałabym twoje wyjątkowe umiejętności w łóżku. Myślę, że pod tym względem jesteś mistrzem.

– Cóż, w takim razie… – Roześmiał się, oczy mu zabłysły. – Przynajmniej moja motywacja jest jasna.

Mocno ścisnął mój pośladek. Odepchnęłam go ze śmiechem. Zbliżaliśmy się do artysty ulicznego, który śpiewał dla garstki przechodniów. Nieopodal stała niewielka grupka francuskojęzycznych turystów, a po drugiej stronie ulicy siedział brudny starszy mężczyzna z ckliwym uśmiechem na twarzy.

Zwolniliśmy, żeby posłuchać. Turyści sobie poszli. Piosenka była smutna, ale pełna miłości – prosta i emocjonalna. Blake odwrócił mnie do siebie i przytulił. Wzięliśmy się za ręce, poczułam we włosach jego ciepły oddech. Zaczęliśmy tańczyć.

Próbowałam zrozumieć słowa piosenki, którą artysta śpiewał z silnym irlandzkim akcentem. Jedna ze zwrotek brzmiała tak:

Nikt nie uniknie swego przeznaczenia.

Byłem jak ślepiec, całkiem bez wątpienia.

Teraz, gdy nocą zapadam w sen,

O dawnej miłości wciąż myślę swej.

Po chwili głos mężczyzny ucichł. Piosenka była ponura, ale pełne pasji wykonanie dodawało jej lekkości. Jak to bywa w życiu, cierpienie można przekuć w coś innego. On z czegoś smutnego zrobił coś pięknego.

Westchnęłam i wtuliłam się w Blake’a. Jego ciało emanowało ciepłem, a bicie serca przypominało mi o jego wsparciu i miłości – sile, która mnie ocaliła, zmieniła i uzdrowiła. Blake ujął mnie pod brodę. Błysk w jego oczach był równie intensywny jak namiętność w moim sercu. Rozchylił pełne wargi, ale się zawahał. Na chwilę zapadło między nami milczenie.

– Erico, pokażę ci cały świat.

– Nie wyobrażam sobie ani chwili bez ciebie – szepnęłam.

Zakończył nasz wolny taniec i przesunął palcem po moich ustach z taką powagą, że zaparło mi dech w piersi.

– I będziesz zakochiwać się we mnie na nowo. Co rano i co noc. W każdym mieście i na brzegu każdego oceanu. Będę ci przypominał, dlaczego jesteś moja i dlaczego ja zawsze będę twój.

Z drżeniem wciągnęłam powietrze do płuc. Jego obietnica dotarła aż do mojej duszy. Z trudem przełknęłam ślinę i wydusiłam z siebie:

– Myślę, że jesteś na właściwej drodze.

Nasze usta się zetknęły. Pocałunek, początkowo delikatny i leniwy, szybko stał się głębszy. Mogłam myśleć tylko o jego smaku i intensywności.

Odsunęliśmy się nieco od siebie, bo przerwał nam czyjś ochrypły głos.

– Kolego, zaciągnij ją do łóżka, zanim się rozmyśli.

Za nami, z uśmiechem na prawie bezzębnych ustach, stał mężczyzna, który szykował sobie nocleg w wejściu do luksusowego sklepu. Przypieczętował swoje słowa, przyjaznym gestem unosząc niewielką butelkę z alkoholem.

Uśmiechnęłam się, a Blake – sądząc po jego pociemniałych oczach – był gotów natychmiast skorzystać z tej rady.

– Właśnie zamierzam to zrobić – powiedział aksamitnym głosem podszytym rozkoszną groźbą.

Skóra zaczęła mnie mrowić. Blake znowu złożył na moich ustach pocałunek, który obiecywał o wiele więcej.

2

Blake

Siedziałem sam w ciemności, nie mogąc uciszyć myśli. Na zewnątrz ocean obmywał pale, na których, nad krystalicznie czystą taflą, bezpiecznie stał nasz luksusowy bungalow. Księżyc rozświetlał horyzont, fale nierówno toczyły się w naszą stronę, a następnie słona woda rozbijała się o brzeg. Nie mogłem zatrzymać ani tego ruchu, ani czasu.

Te refleksyjne odgłosy powinny przynieść mi ukojenie, byłem jednak daleki od takiego stanu. Nie mogłem usnąć. Godziny przemieniały się w dni, a dni w tygodnie. Nie marnowaliśmy ani chwili, ale nie mogłem uporać się z niepokojem, który ogarniał mnie za każdym razem, gdy myślałem o końcu naszego miesiąca miodowego. W naszym pełnym aktywności życiu miesiąc był niczym wieczność. Mimo to okazał się za krótki i żałowałem, że już za kilka dni będziemy musieli wrócić do codziennej rutyny w Bostonie.

Wylądowaliśmy na Malediwach przed tygodniem i natychmiast wyczułem zmianę. Może dlatego, że oboje się jej spodziewaliśmy. Może dlatego, że na wyspie panował spokój. Żadnego miejskiego gwaru, żadnych znajomych. Żadnych zabytków ani luksusowych sklepów. Tylko nasze ciała i pozbawiona skrępowania cisza w tym cudownym miejscu. Cisza ta była naturalna, swojska, ale jednocześnie obciążona świadomością rychłego powrotu do domu, na który żadne z nas nie było gotowe.

Westchnąłem głęboko i sięgnąłem po laptop. Uczucie niepokoju nie mijało. Blask ekranu rozświetlił niemal całkowitą ciemność wokół mnie. W miarę jak nasz miesiąc miodowy zbliżał się ku końcowi, coraz częściej myślami oddalałem się od prostego życia, jakie tu wiedliśmy. Coraz bardziej krążyły one wokół spraw, do których mieliśmy wrócić.

Erica spała. Miałem nadzieję, że mocno. Przez większą część nocy przewracała się z boku na bok. Nie byłem pewien, czy to mój niepokój tak na nią działał, czy nękały nas takie same obawy.

Obiecaliśmy sobie, że całkowicie się wyluzujemy, ale nie potrafiłem zapomnieć o tym, iż oboje mamy wrogów, i zignorować swojego najważniejszego obowiązku – zaopiekowania się żoną. Zapewnienie jej bezpieczeństwa podczas podróży przez pół świata to jedno, natomiast zapewnienie jej bezpieczeństwa w domu to zupełnie inna kwestia.

Chciałem o nią walczyć. O jej spokój i szczęście. Erica była młoda, ale życie doświadczyło ją bardziej niż większość ludzi. Może i próbowałem mieć kontrolę w naszym związku, niemniej ani na chwilę nie zwątpiłem w siłę swojej żony. Mimo to obiecałem, że będę ją chronił.

Przejrzałem skrzynkę mejlową, walcząc z odruchem załatwienia spraw, które nagromadziły się w ostatnich tygodniach. Było ich zbyt dużo, żeby zajmować się nimi o tej porze. Nie, praca musiała poczekać.

Otworzyłem zakładkę z wiadomościami. W miejscach, które zwiedzaliśmy – od Paryża aż po Kapsztad – docierały do nas wieści ze świata, lecz nie wiedzieliśmy, co się dzieje w Bostonie. Teraz na dobrze mi znanej stronie głównej „The Globe” zobaczyłem nagłówek obwieszczający, że Daniel Fitzgerald zwyciężył w wyborach na urząd gubernatora stanu Massachusetts. Przytłaczającą większością głosów.

– Skurwysyn – mruknąłem, po czym kliknąłem w link, żeby przeczytać więcej.

Nienawidziłem go. Był jedynym krewnym Eriki, ale nie wniósł do jej życia nic oprócz strachu. Jeżeli więc potrzebowała ochrony, to z pewnością przed nim. Starałem się zachować swoje zdanie dla siebie. Nie chciałem widzieć cierpienia w jej oczach za każdym razem, kiedy pojawiał się jego temat. Wiedziałem jednak, że lata braku zainteresowania i jedno rozczarowanie po drugim bolały ją bardziej niż moje słowa.

Niezależnie od tego, co mówiła, albo czego nie mówiła, nie zamierzałem dopuścić do tego, żeby Daniel po raz kolejny stanął między nami. Postaram się już nigdy nie wpuszczać go do naszego życia.

W artykule wspomniano o jego kilkumiesięcznej kampanii wyborczej i tragicznej śmierci jego pasierba Marka – który przed kilkoma laty zgwałcił Ericę, o czym wiedziała tylko garstka osób. Potem doszło do ujawnienia faktu, że Erica jest jego biologiczną, nieślubną córką, a na końcu doszło do strzelaniny…

Zamknąłem oczy. Żołądek podszedł mi do gardła, kiedy przypomniałem sobie, jak trzymałem w ramionach zakrwawioną Ericę. Starałem się być dla niej silny przez tych kilka przerażających minut, które mogły być jej ostatnimi…

Była dla mnie wszystkim. Wszystkim. Ogarnęło mnie uczucie beznadziei, gdy zamknęła oczy i zaczęła robić się zimna. Myślałem, że ją straciłem. Tuliłem ją, drżąc z gniewu i rozpaczy. Resztką sił powstrzymywałem się przed tym, żeby nie zacząć krzyczeć, odnaleźć Daniela i pomścić Ericę.

To Daniel pociągnął za spust broni mężczyzny, który do niej strzelił. Nie zrobił nic, żeby ją uchronić. Sprawił jej jeszcze więcej cierpienia, które dzielnie próbowała przede mną ukryć. Wyobrażałem sobie na tysiąc sposobów, jak mógłbym zniszczyć tego człowieka, ale wiedziałem, że nie mogę tego zrobić. Zdusiłem w zarodku te plany, zakładając, że człowiek taki jak on o wiele skuteczniej zniszczy sam siebie, jeśli tylko da mu się trochę czasu.

Erica cudem przeżyła. Kiedy straciła przytomność, odniosłem wrażenie, że serce przestało mi bić. Żyłem i oddychałem resztką sił, dopóki lekarze mnie nie zapewnili, że nic jej nie grozi. I ta chwila w szpitalu, gdy znowu otworzyła oczy… fala ciepła zalała moje serce. Wstąpiło we mnie nowe życie, a świat stał się miejscem, w którym znowu mogłem istnieć. Była ze mną. Bezpieczna, moja. Ale już nie taka sama.

Wtedy nie wiedziałem, co jeszcze możemy stracić. Otworzyłem oczy. Rozluźniłem dłonie, starając się nie myśleć o tym, jaką krzywdę wyrządziły nam jej rany.

Zamknąłem laptop, pochyliłem się nad stołem i wsunąłem palce we włosy. Chryste, zaledwie pięć minut w sieci, a w mojej głowie kłębiły się czarne myśli. Żal po tym, co straciliśmy, strach przed tym, co nas czeka.

Chwilę później na chłodnej marmurowej podłodze naszego bungalowu usłyszałem ciche odgłosy kroków Eriki. Odwróciłem się. Blask księżyca rozświetlał kontury jej ciała w mroku.

– Cześć. – Stanęła obok i pytająco spojrzała na laptop przede mną.

– Dlaczego nie śpisz? – spytałem.

– Myślałam, że przed powrotem do domu nie będziesz pracował.

– Nie pracowałem. – Wziąłem ją za rękę i przesunąłem kciukiem po jej dłoni. – Słowo daję.

Jej skóra była ciepła, niemal gorąca. Nic dziwnego, zważywszy na tropikalny klimat, ale nie byłem na sto procent pewien, czy taki był powód.

– Wszystko w porządku?

Bez słowa kiwnęła głową.

– Kolejny sen?

– Nic mi nie jest – wymruczała.

Na dźwięk jej głosu znieruchomiałem. Poczułem ucisk w gardle. Miałem żal do wszystkich ludzi, którzy byli odpowiedzialni za jej nieprzespane noce. Chciałem ją przyciągnąć do siebie, obronić przed tymi demonami. Niestety trauma, która w ciągu ostatnich tygodni w znacznym stopniu zmalała, nocą ożywała, kiedy próbowałem dotknąć Eriki. Zanim zdążyłem znowu zadać jej pytanie, odsunęła się i cofnęła dłoń.

– Idę chwilę popływać. Zaraz wracam.

Odchodząc, ściągnęła luźną koszulę, która miejscami przylepiła się do jej wilgotnego ciała. Zwolniła nad brzegiem basenu, którego powierzchnia zlewała się z bezkresnym oceanem. Zsunęła majtki. Blask księżyca podkreślał krągłości jej ciała. Jasne, faliste włosy, które sięgały jej do połowy pleców, uniosły się na wodzie, kiedy do niej weszła. Potem całkowicie się zanurzyła i zniknęła mi z oczu.

Przeszył mnie dreszcz pożądania, ale w sercu poczułem coś znacznie głębszego.

Wstałem i podszedłem do basenu. Stała na środku, z włosami odgarniętymi do tyłu i piersiami ledwo przykrytymi przez płytką wodę. Pragnąłem jej dotykać, pieścić każdy centymetr jej cudownego ciała. Miałem ją wiele razy, ale nigdy nie mogłem zaspokoić swojego pożądania.

– Mogę się do ciebie przyłączyć? – Ledwo zdołałem ukryć, że chcę czegoś więcej.

– Oczywiście – odparła z uśmiechem.

Rozebrałem się i wszedłem do orzeźwiająco chłodnej wody. Ruszyłem w jej stronę i zatrzymałem się, zanim się dotknęliśmy. Dzieliły nas centymetry. Pragnąłem jej rozpaczliwie. Chciałem ją do siebie przyciągnąć i pokazać jak bardzo. Czekałem jednak, pielęgnując w sobie cnotę cierpliwości.

Po dłuższej chwili wyciągnęła do mnie rękę. Lekko przesunęła palcami po moim torsie. Delikatnie chwyciłem jej dłoń i przytrzymałem na sercu, które kołatało mi się o żebra. Była źródłem każdego mojego słodko-gorzkiego bólu, każdego przypływu miłości.

Rozchyliła usta i zrobiła niewielki krok w moją stronę. Nie mogąc się powstrzymać, przyciągnąłem ją do siebie. Woda zafalowała wokół nas. Zarzuciłem sobie jej rękę na szyję, a ona sama objęła mnie drugą ręką i mocno do mnie przywarła. Emanowała ciepłem. Odetchnąłem głęboko. Nie zdawałem sobie sprawy, że cały czas wstrzymywałem oddech.

– Erico – szepnąłem, po czym złożyłem na jej ustach leniwy pocałunek.

Moja żona. Dwudziestodwuletnia piękność, która zawładnęła moim życiem i dzięki której wszystko inne zeszło na dalszy plan. Chciałem jej dać wszystko, a ponieważ nie mogłem, musiałem dać tyle, by wynagrodzić jej to, czego pozbawili ją inni.

Przysiągłem to sobie, uczyniłem te nieme śluby, kiedy wkładałem obrączkę na jej palec. Pragnąłem dać jej pocieszenie, a mogłem je odnaleźć jedynie wtedy, gdy się kochaliśmy.

Za każdym razem intensywniej niż poprzednio.

Moje myśli krążyły wokół szaleńczej miłości, jaką do niej czułem, aż wreszcie przybrały postać pocałunku, który delikatnie złożyłem na jej ustach. Zamruczała i lekko skubnęła zębami moją wargę, aż krew odpłynęła mi na dół. Lekko się cofnąłem, żeby złapać oddech, ale przyciągnęła mnie z powrotem. Jęknąłem i mocno do niej przywarłem. Chciałem ją wziąć tu i teraz, lecz coś mnie powstrzymywało.

Położyłem dłoń na policzku Eriki i spojrzałem w jej oczy zamglone z pożądania. Szukałem w nich odpowiedzi na pytanie, którego jeszcze nie potrafiłem zadać. Nie chciałem patrzeć na cierpienie w ich jasnym błękicie przypominającym otaczający nas ocean.

Zmarszczyła lekko brwi i czoło.

– O co chodzi?

Moja piękna żona… Przesunąłem kciukiem po jej ustach.

– Muszę cię o coś spytać i chcę, żebyś odpowiedziała szczerze.

– Pytaj.

– Erico… – Urwałem. Głos uwiązł mi w gardle. – Czy naprawdę chcesz mieć dziecko?

Znieruchomiała. Próbowała spuścić głowę, ale jej na to nie pozwoliłem. Ująłem ją pod brodę i zmusiłem do tego, by spojrzała mi prosto w oczy.

– Powiedz – szepnąłem. – Chcę wiedzieć, czy naprawdę tego chcesz.

Przełknęła ślinę i przesunęła dłońmi po moim torsie.

– Blake, chcę przeżyć z tobą wszystko, co możliwe.

– Ja też tego chcę.

– Nie wiem, czy jesteśmy gotowi, ale…

– Ale co? – spytałem spokojnie, neutralnym tonem. Nie mogłem dać po sobie poznać, że serce bije mi jak szalone.

Wzięła głęboki wdech.

– Boję się, że jeśli będziemy czekać… stracimy szansę. – Przygryzła dolną wargę. – Minęło tak niewiele czasu. Może zbyt niewiele. Nie wiem, czy rzeczywiście teraz tego chcesz. I… i nie chcę cię rozczarować.

Delikatnie ścisnąłem jej rękę.

– To niemożliwe. Wiesz o tym, prawda?

Zerknęła na mnie z lekkim uśmiechem.

W głowie kotłowały mi się myśli. Przez lata mój świat ograniczał się do pracy. Związek z Eriką zmienił mój sposób postrzegania wszystkich spraw. Poszerzenie granic i oswojenie się z perspektywą ojcostwa było dla mnie czymś nowym. Nie niewygodnym, ale niepokojącym. Nigdy nie musiałem się zastanawiać, czy chcę mieć dzieci. Teraz chciałem dać Erice dziecko. Chciałem patrzeć, jak nosi je pod sercem. Chciałem tego doświadczyć, chociaż wydawało mi się to tyleż przerażające, co ekscytujące.

Teraz wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Kiedy, jak, czy… Co gorsza, znalazło się poza moją kontrolą.

Potrafiłem włamać się do najbardziej wyrafinowanych systemów informatycznych na świecie, a nie miałem kontroli nad fizjologią jej ciała i ranami, jakie mu zadano, których konsekwencji jeszcze nie znaliśmy.

Perspektywa posiadania dziecka z Ericą była czymś nowym i oszałamiającym, ale niepewność, czy do tego dojdzie, stawiała wszystko na głowie. Miałem pieniądze, kontakty i dostęp do najnowszych technologii. Zapracowałem na to i uważałem za oczywisty fakt, że jednocześnie zyskałem kontrolę nad swoim światem. Teraz trzymałem w objęciach ukochaną kobietę i byłem zdany na przypadek i łaskę matki natury.

Świadomość tego frustrowała mnie, ale też dodawała mi odwagi. Zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, żebyśmy stali się sobie jeszcze bardziej bliscy. Choćby się waliło i paliło, spełniłbym każde życzenie Eriki i zaspokoił każdą jej potrzebę. Przytuliłem ją mocniej. Ta determinacja zwiększyła zamęt w moich emocjach.

– Chcę tego, jeśli i ty chcesz. Jestem gotowy, jeśli i ty jesteś gotowa.

Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.

– Nigdy nie będziemy gotowi. Myślę, że jeśli chcemy spróbować, powinniśmy się zdobyć na odrobinę szaleństwa.

Spojrzałem jej prosto w oczy.

– Uwierz mi, że próbuję.

Zaczęła szybciej oddychać, a mnie przeszył dreszcz. Nie powiedziałem tego wcześniej, ale próbowałem jak szalony, odkąd wróciła do zdrowia. Nie zaczęła znowu łykać pigułek antykoncepcyjnych, a ja brałem ją co noc, wchodziłem w nią głębiej i mocniej niż kiedykolwiek, w głębi ducha żywiąc nadzieję, że dam nam obojgu to, czego tak bardzo pragnęliśmy.

Mogliśmy żyć tylko we dwoje. Nie potrzebowałbym nikogo innego. Chciałem mieć tylko ją, w swoim łóżku, codziennie, aż do końca życia. Ale jeśli ona tego pragnęła, to w głębi ducha i ja tego pragnąłem. Nie potrafiłem tego zrozumieć.

W jej oczach pojawiła się nadzieja, która przykryła smutek, jaki zagościł w nich wcześniej.

– Skąd w tobie tyle wiary po tym wszystkim, co przeżyliśmy?

– Nie wiem. – Pokręciłem głową. – Po prostu czuję, że jeżeli bardzo będziemy tego pragnęli, to się stanie. A może po prostu nie uznaję sprzeciwu.

Przytłoczony wszystkim, co przekraczało granice mojego zrozumienia, znowu przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem, tym razem namiętniej. Delikatny dotyk jej ciała był najsłodszą torturą. Nasze pocałunki stały się coraz bardziej łapczywe, nasze języki splotły się ze sobą. Jej smak pobudził mój apetyt. Kiedy jej biodra otarły się o mnie, od razu stwardniałem. Chciałem natychmiast ją posiąść, wejść w nią głęboko, raz za razem.

Jęknąłem i założyłem sobie w pasie jej nogi. Trzymała się mnie mocno, kiedy wychodziłem z basenu.

Przesuwała palcami po mojej głowie, obejmując mnie udami. Całkowicie zawładnęła moimi zmysłami, jak już wiele razy wcześniej. Między pocałunkami z trudem otwierałem oczy, żeby odnaleźć drogę do przebieralni przy basenie. Położyłem Ericę na białym frotowym ręczniku, który przedtem przykrywał leżak, a ona przyciągnęła mnie do siebie.

Erica

Drżącymi dłońmi pieściłam ramiona Blake’a. Z jego skóry i włosów spływały na mnie strużki wody. Niebo za jego plecami stanowiło bezkresną plamę granatu. Gwiazdy skrzyły się za przejrzystą zasłoną udrapowaną wokół przebieralni.

Kilka chwil wcześniej miotałam się w podświadomości, wciągnięta w sceny, które często ukazywały mi się w snach. Teraz znajdowałam się w objęciach Blake’a, cała i zdrowa, a podniosłość tego, o czym rozmawialiśmy, zapierała mi dech w piersi. Czy to działo się naprawdę?

Nie byłam pewna, czy jego pytanie mi się nie przyśniło. Oczywiście często się nad tym zastanawiałam. Mogło się to zdarzyć za każdym razem, gdy się kochaliśmy, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że i on pragnął dziecka, że i on próbował…

Oplotłam swoje ciało wokół jego. Pożądanie pulsowało w moich żyłach. Blake z jękiem przywarł swoimi ustami do moich. Na języku poczułam jego słodki smak, kiedy lizał mnie delikatnie i rozkosznie, a na sobie jego silne i elastyczne mięśnie. Czy kiedykolwiek kochałam go bardziej niż w tej chwili? Nie mogłam sobie przypomnieć. Moje serce aż rosło od emocji, pompując je do żył.

– Kocham cię – powiedziałam zdyszana, kiedy się rozłączyliśmy. – Boże, tak bardzo cię pragnę.

Obsypał pocałunkami linię mojej szczęki, szyję i wrażliwe miejsce za uchem. Ssał i skubał zębami moją skórę, a mnie przeszywał dreszcz za dreszczem.

– Erico – szepnął z ustami przy mojej szyi. – Chcę dać ci dzisiaj dziecko.

Te słodkie słowa zaparły mi dech w piersiach. Zaniemówiłam. Wszystkie moje wątpliwości. Lęki. Zawsze umiał odsunąć je na bok. Stawały się małe i nieistotne w obliczu tego, czego on chciał, czego my chcieliśmy.

– Ja też tego chcę – powiedziałam cicho.

Przesunął wilgotną dłonią po moim policzku i spojrzał mi prosto w oczy. Światło księżyca lśniło na kropelkach potu na jego skórze.

– Wiem, że się boisz.

Nie chciałam się przyznać do tej niewypowiedzianej obawy, ale miał rację. Kiwnęłam tylko głową, bo wolałam nie artykułować swoich myśli. Nie tej nocy.

– Ja też się boję. Jeżeli spróbujemy… jeżeli naprawdę chcemy to zrobić, muszę to zobaczyć w twoich oczach. Kiedy będziemy się kochać, muszę wierzyć, że tego chcesz.

– Chcę, Blake. – Głos mi zadrżał, a w sercu poczułam ucisk. – Kochaj się ze mną… Proszę.

Przesunęłam dłońmi po jego silnym torsie i napiętych mięśniach brzucha. Czułam na sobie jego wyprężony członek, gorący i niecierpliwy. Chwyciłam go i przesunęłam dłoń po gładkiej skórze aż po główkę. Blake syknął i powoli prześlizgnął się między moimi palcami.

Robiłam się mokra, co stało się oczywiste, kiedy dotknął penisem wejścia do mojej cipki. Powtórzył ten ruch, powodując rozkoszne pulsowanie łechtaczki, aż nie mogłam tego znieść. Wypchnęłam biodra ku górze z nadzieją, że we mnie wejdzie. Chwycił członek i zaczął mnie drażnić samym czubkiem. Z jękiem przygryzłam dolną wargę. Ten facet uwielbiał się ze mną droczyć. Po chwili jednak powoli we mnie wszedł.

– Jesteś taka piękna.

Złapał mnie za kolano, by odsunąć moją nogę na bok, i wbił się we mnie z całą siłą. Gwałtownie wciągnęłam powietrze. Byłam zdumiona tym, jak mnie wypełniał, jak moje ciało się rozciągało. Wcisnęłam paznokcie w jego przedramiona w milczącej prośbie, żeby wszedł głębiej.

– Kiedy patrzę, jak w ciebie wchodzę… To jest nie do zniesienia. Za każdym razem niemal tracę zmysły.

Wygięłam plecy w łuk.

– Chcę, żebyś wszedł głęboko.

Położył dłoń na mojej piersi, jęknął i przykrył mnie swoim gorącym ciałem. Włosy na jego torsie drażniły moje sutki, teraz stwardniałe i nadwrażliwe. Pocałował mnie i naparł jeszcze mocniej. Dał mi dokładnie to, o co prosiłam, jak co noc, odkąd zostałam jego żoną.

Nigdy jeszcze nie było mi aż tak cudownie dobrze.

Wcisnęłam głowę w poduszkę i przyciągnęłam go do siebie. Chciałam go mieć jak najbliżej, kiedy się kochaliśmy, a ciszę przerywał tylko szum fal i moje okrzyki. Zacisnęłam powieki, czekając, aż zaleje mnie ocean rozkoszy.

– Erico… Spójrz na mnie.

Otworzyłam oczy i całe moje pole widzenia wypełniła twarz jedynego mężczyzny, którego kiedykolwiek kochałam. Oddychał nierówno, rozchylił usta. Wszystkie mięśnie Blake’a napięły się z wysiłku. Ten widok był upajający… zapierający dech w piersiach.

Byliśmy tylko dwójką istot na maleńkiej wyspie otoczonej przez wielką wodę, dwoma maleńkimi, mocno bijącymi sercami, ale to, czego pragnęliśmy, było przeogromne. Mogliśmy stworzyć iskierkę życia, tak maleńką i delikatną, że nie mieściło mi się to w głowie. Serce mi zadudniło, kiedy uświadomiłam sobie, do czego dążymy.

Energia krążyła między nami ze zdwojoną siłą, kiedy Blake jedną dłoń zacisnął na moim biodrze, a drugą władczo przytrzymał moją rękę. Wpatrywał się we mnie zbyt intensywnie, bym mogła odwrócić wzrok. Z każdą chwilą napawałam się tym coraz bardziej. Owładnięta zaborczym spojrzeniem i gwałtownością, z jaką mnie brał, mocno do niego przywarłam. Moje napięte jak struna ciało dążyło do rozładowania.

– Nigdy jeszcze nie pragnąłem niczego tak bardzo jak teraz ciebie. Nic w moim życiu nie zawładnęło mną tak jak ty – powiedział.

– Jestem twoja.

– Na zawsze – szepnął ochryple i wycisnął na moich ustach miażdżący pocałunek. Jedną ręką objął moje biodra, nieznacznie się uniósł i zmienił kąt pchnięć.

– Blake! – wykrzyknęłam błagalnie, z bezbrzeżnym zachwytem nad tym, jak doskonale mnie wypełniał.

Wyraz jego twarzy się zmienił. Pojawiła się na niej dziwna bezbronność, kiedy przybliżał nas ku niebu, które odnaleźliśmy w sobie nawzajem.

– Teraz, maleńka. Już. Dojdź dla mnie.

Struna pękła. Znajdował się nieprawdopodobnie głęboko we mnie. W moim sercu. W ciele. Ze złączonymi ustami, rozpaloną skórą i ciałami, które złączyły się w jedno, doszliśmy jednocześnie. Razem poszybowaliśmy do tego cudownego miejsca i wylądowaliśmy bezpiecznie w swoim ramionach. Rozkosz pulsowała we mnie, aż w końcu oboje zastygliśmy w bezruchu.

Leżeliśmy spleceni ze sobą, otuleni przyjemnie ciepłym powietrzem. Ciszę przerywał jedynie niski szum fal rozbijających się o brzeg i nasze powoli uspokajające się oddechy.

Blake zamknął oczy i westchnął ciężko.

– Boże, jak ja cię kocham.

I ja westchnęłam, upajając się jego ciepłem i bliskością. Leniwie wodziłam palcami po jego skórze i szerokich ramionach, wspominając to, co przed chwilą przeżyliśmy.

Tej nocy było zupełnie inaczej. Tej nocy wspólnie przeżyliśmy coś, czego nie potrafiłam nazwać. Poczuliśmy nadzieję, a może wiarę. Uchwyciliśmy się marzenia, które tylko my sami mogliśmy zrealizować, i uwierzyliśmy, że się spełni.

Zawładnęły mną emocje silniejsze niż zazwyczaj po zbliżeniu. Zamknęłam oczy, żeby ustało pieczenie pod powiekami. Głęboko wciągnęłam powietrze i spowolniłam pieszczoty.

– Pójdę się umyć – powiedziałam cicho, licząc na to, że zyskam kilka minut, by się pozbierać. Nie chciałam psuć tej chwili łzami.

– Nie. – Blake nadal przytulał się do mnie, był we mnie. – Moje chłopaki muszą zrobić, co do nich należy. Poleżmy chwilę.

Zaśmiałam się cicho, próbując nie dopuszczać do siebie myśli, że może to stracona sprawa. Odgarnęłam mu włosy z twarzy. Jego piękne oczy błyszczały w blasku księżyca.

Potrząsnęłam głową.

– Jesteś zdecydowany, prawda?

Uśmiechnął się, po czym pocałował mnie czule i splótł palce z moimi.

– Och, Erico, nawet nie masz pojęcia jak bardzo.

– Myślę, że mam. – Wygięłam się pod nim.

Doskonale znałam jego zdecydowanie. Był zdeterminowany, że odkąd się poznaliśmy, moje noce stały się dłuższe, a poranki przychodziły zbyt szybko.

Zamruczał, oczy znowu mu pociemniały.

– Przez ciebie znowu robię się twardy.

Przesunęłam palcami stóp po jego łydkach i oparłam pięty na jego mocnych udach. Uniosłam biodra i z powrotem wciągnęłam go głęboko w siebie. Jego wzwód utrzymywał się. Odpowiedział na mój ruch lekkim pchnięciem bioder, udowadniając, że znowu mnie pożąda. Zacisnęłam się wokół niego, rozkoszując się tarciem, jakiego zaznałam zaledwie kilka chwil wcześniej.

– Wobec tego spróbujmy jeszcze raz – wyszeptałam.

3

Erica

Miesiąc miodowy był dla nas jak ucieczka. Piękna i dekadencka. Ale rzeczywistość wezwała nas z powrotem do domu.

Tydzień później, opaleni i wypoczęci po ostatnim przystanku na wyspie, na której zaczęliśmy się czuć jak u siebie, wylądowaliśmy w Bostonie.

Cienka warstwa szarych chmur zasnuwała niebo. Przywitała nas zapowiedź nadciągającej zimy. Zadrżałam, kiedy podmuch chłodnego wiatru przebiegł po asfalcie. Przypominał o nieuchronnym upływie czasu.

Po wyjściu z samolotu zobaczyłam czarnego cadillaca escalade zaparkowanego w oddali. Kiedy się do niego zbliżyliśmy, podszedł do nas wysoki, mocno zbudowany mężczyzna. Cały ubrany na czarno, wyglądał groźnie, ale dobrze go znałam.

– Clay! – Wspięłam się na palce, żeby objąć tego olbrzyma, którego zadaniem było ochranianie nas przez kilka ostatnich miesięcy. – Tęskniliśmy za tobą.

Uśmiechnął się nieśmiało.

– Jak podróż?

– Cudownie, ale cieszymy się, że już jesteśmy w domu. – Ten raj nie mógł trwać wiecznie.

– Miło znowu was widzieć. – Spojrzał na Blake’a. – Do domu?

Blake przytaknął głową.

– Do domu.

Clay wiózł nas na północ; zostawiliśmy za sobą panoramę miasta. Autostrada ustąpiła miejsca jednopasmowym drogom wijącym się wzdłuż wybrzeża przez mniejsze miasta. Chłonęłam widoki. Powolny ruch uliczny, znajome znaki, rzędy domów nad ciemnoniebieskim oceanem. Czułam się tu jak w domu, choć jednocześnie trochę obco. Po długiej nieobecności nawet cel tej jazdy – budynek, który dopiero miał się stać naszym domem – wydawał mi się dość dziwny.

Tu i ówdzie wciąż wisiały banery wyborcze, niektóre z nazwiskiem Daniela. Był ostatnią osobą, którą chciałam powitać po powrocie, ale widziałam go wszędzie. Kiedy wróciliśmy do rzeczywistości, zalała mnie fala nieprzyjemnych wspomnień.

Przez lata nie wiedziałam, kto jest moim ojcem. Któregoś dnia znalazłam starą fotografię Daniela z moją matką. Pamiętałam, z jaką obawą próbowałam się z nim skontaktować. Z mieszaniną strachu i nadziei usiadłam naprzeciwko niego i powiedziałam, kim była moja matka. Było to onieśmielające przeżycie, ale o wiele bardziej przeraziłam się, kiedy naprawdę poznałam mężczyznę w kosztownym garniturze, jego luksusowe biura i polityczną machinę kampanii wyborczej. A jednak, gdy zobaczyłam jego nazwisko i rozpoznałam twarz, zaznałam nie tylko strachu.

Również rozczarowanie i gniew. Spodziewałam się czegoś więcej. Miałam zbyt wygórowane oczekiwania. Poczułam ucisk w gardle. Nagle zapragnęłam pozrywać wszystkie banery z Danielem, które mijaliśmy.

Blake wyciągnął rękę i ujął moją dłoń.

– O czym myślisz?

Patrzyłam przed siebie pustym wzrokiem.

– O niczym. – O niczym, o czym Blake chciałby rozmawiać. Nie czułam do Daniela aż takiej nienawiści, jaką być może powinnam żywić. Wiedziałam jednak, że Blake go nienawidzi. Rozumiał mój gniew, ale zwierzenia nie przyniosłyby mi teraz spokoju.

– Wiesz, że on wygrał – mruknął.

Daniel wygrał. Analizowałam w głowie tę wiadomość, wyobrażając sobie pompę i chwałę, serpentyny, patriotyczne symbole i fałszywą dumę. A potem pomyślałam o mroku czającym się pod całym tym świętem, mroku, w którym kryło się wszystko, co zrobił, by zapewnić sobie zwycięstwo.

Nie byłam pewna, co mam czuć w związku z jego wygraną. Co miałabym powiedzieć? „To dobrze? To źle?”.

Przez resztę drogi milczeliśmy. Cały czas zastanawiałam się, czy opłakiwać, czy też świętować informację o wygranej Daniela.

Clay zaniósł do holu nasz bagaż i szybko umówił się z Blakiem, że rano zawiezie nas do pracy. Krętymi schodami poszliśmy na górę do sypialni, gdzie błyskawicznie zasnęliśmy.

* * *

Kiedy się obudziłam, zobaczyłam czyste poranne niebo i puste miejsce obok siebie. Na poduszce Blake’a leżał liścik. Pojechał do pracy wcześniej. Jęknęłam, przez chwilę rozważając, czy jeszcze się zdrzemnąć, ale na myśl o spotkaniu z Alli i ludźmi z nowego biura poczułam przypływ energii. Nie śpiesząc się, włączyłam telewizor i wybrałam kanał informacyjny, żeby pomógł mi wyrwać się z łóżka, w którym spokojnie mogłabym przespać jeszcze z osiem godzin. Zrobiłam sobie kawę i znieruchomiałam, kiedy usłyszałam nazwisko Daniela. Reporter mówił o wyborach, które odbyły się w poprzednim tygodniu.

Nie rozmawiałam z Danielem od miesięcy, ale dość często pojawiał się w moich myślach. Każde z nas poszło w swoją stronę. To on postanowił usunąć się z mojego życia. Na szczęście? Być może. Zastanawiałam się, co by powiedział, gdybym znowu spróbowała się z nim skontaktować. Czy nadal trzymałby mnie na dystans?

Teraz, gdy wygrał w wyborach na urząd gubernatora, może w ogóle nic by nie powiedział. Dążył do tego, jeszcze zanim pokochał moją matkę. Byłam przekonana, że wobec bieżących wydarzeń wszystkie istotne sprawy w jego życiu straciły na znaczeniu.

Wyłączyłam telewizor, zdecydowana nie poświęcić Danielowi już ani jednej myśli. Pomimo niewyspania spowodowanego zmianą stref czasowych i smutku wywołanego końcem miesiąca miodowego już nie mogłam się doczekać, kiedy rzucę się w wir pracy, czego nie robiłam, odkąd sprzedałam firmę.

Gdy kofeina zaczęła krążyć w moich żyłach, zabrałam się do działania. Clay zawiózł mnie do miasta i podrzucił do Mochi, kafejki przy moim dawnym biurze, którą niegdyś często odwiedzałam. Nie byłam tam, odkąd była dziewczyna Blake’a, Sophia, zwolniła Alli, a ja sama odeszłam z pracy. Nie mogłam w nieskończoność unikać tej knajpki. Rozejrzałam się po ulicy, niemalże spodziewając się, że zobaczę Sophię, ale nie dostrzegłam nikogo znajomego.

W środku natychmiast zauważyłam Simone. Obsługiwała gości przy pobliskim stoliku, a ja usiadłam na swoim starym miejscu. Mój telefon zapiszczał. Przyszła wiadomość od Marie, która witała mnie z powrotem w domu. Odpisałam, wstępnie planując spotkanie z nią w przyszłym tygodniu. Wiedziałam, że będzie chciała posłuchać o moim miesiącu miodowym, i już nie mogłam się tego doczekać. Stęskniłam się za nią bardziej, niż przypuszczała.

Simone podeszła do mnie z szeroko otwartymi oczami.

– O cholerka, kim jesteś i co robisz w mojej kawiarni?

Roześmiałam się.

– Przyszłam po działkę kofeiny. No i oczywiście żeby cię zobaczyć.

– To rozumiem. – Przysiadła się do mnie. – Co słychać? Nie widziałam cię od ślubu.

– Właściwie nic nowego. Dzisiaj wracam do pracy. A co u ciebie?

– Po staremu. – Wskazała na zatłoczone wnętrze.

– Jak tam twoi nowi sąsiedzi? – Nie mogłam się powstrzymać. Mocha znajdowała się zaledwie kilka kroków od biura Clozpinu. Przygotowałam się na odpowiedź, która mnie zaboli. Dobra czy zła, każda podrażniłaby moje rany jak sól.

Simone wzruszyła ramionami.

– O ile wiem, wielki szef Perry przychodzi tylko parę razy w miesiącu. Tamtej dziewczyny nigdy nie widziałam. Zatrudnili nowych programistów. Ale nie mogę narzekać. Są fajnymi gośćmi uzależnionymi od kawy.

– A więc firma wciąż działa. – Nie chciałam, żeby to zrobiło na mnie wrażenie, ale nie mogłam ukryć apatii w głosie.

– Na to wygląda. Cieszę się, że James nie został. Jest o wiele szczęśliwszy, pracując ze starym zespołem.

Po zmianie właściciela James na końcu opuścił statek. Ostatnią informacją na temat Clozpinu, jaką słyszałam, było to, że portal został zhakowany i doszło do wycieku informacji, które mogły zrujnować przedsięwzięcia Isaaca i Sophii. Najwyraźniej jednak otrząsnęli się i działali dalej. Może nadeszła pora, bym zrobiła to samo.

– Co to? – Wskazałam na świeży artystyczny tatuaż przedstawiający serce, zrobiony na wewnętrznej części przedramienia Simone.

– Och, nowa dziara. – Dotknęła ornamentu otaczającego czarną dziurkę od klucza w środku serca.

– Piękny. Niesamowicie szczegółowy.

Jej policzki się zaróżowiły.

– James to zaprojektował. Jest wspaniałym artystą. Sam też zrobił sobie nowy tatuaż. Klucz.

Aż mi szczęka opadła. Byłam pod ogromnym wrażeniem oczywistego znaczenia tych symboli.

– Łał. Wiesz, że tatuaże są na zawsze.

– I bardzo dobrze. – Roześmiała się. – O to chodziło.

– Tak się cieszę. – Po tym wszystkim, co przeszłam razem z Jamesem, ucieszyłam się, że połączyło ich prawdziwe uczucie, i miałam nadzieję, iż są tak szczęśliwi jak ja i Blake.

W oczach Simone pojawiła się czułość, gdy wodziła palcem po tatuażu.

– Kiedy się poznaliśmy, naprawdę nie przypuszczałam, że się ze sobą zwiążemy, ale ten facet tak głęboko zapadł mi w serce, że gdyby cokolwiek nas kiedyś rozłączyło, chcę mieć chociaż tę pamiątkę.

– James ma wielkie szczęście, Simone.

Westchnęła. Najwyraźniej była tak beznadziejnie zakochana jak ja.

– Wiele przeżył. Pewnie nie o wszystkim ci powiedział. Nigdy nie znałam mężczyzny, który aż tak otworzyłby przede mną serce. Przestaliśmy udawać, że tylko się przyjaźnimy, daliśmy szansę miłości i teraz już nic nie może stanąć między nami. Nie chcemy żadnych gierek, nic z tych rzeczy. Jesteśmy tylko my dwoje.

Przełknęłam gulę w gardle.

– O rany, zaraz się rozpłaczę. Weź przestań.

Uśmiechnęła się i zamrugała, żeby powstrzymać łzy szczęścia. Zeszła ze stołka i mnie przytuliła.

– Tęskniłam za tobą. – Kiedy wypowiedziałam te słowa, poczułam, że lada chwila tama pęknie. Moja wielka ucieczka z Blakiem była cudowna, ale bardzo brakowało mi przyjaciół, co uświadomiłam sobie dopiero teraz.

Simone mocno mnie uścisnęła.

– Ja też za tobą tęskniłam. Za tobą i wszystkimi twoimi pieprzonymi dramatami.

Kiedy się cofnęła, roześmiałam się.

– Przepraszam za wszystko.

– Nie ma problemu. Dzięki temu moje życie stało się bardziej interesujące. Przedtem były w nim tylko croissanty i kawa. Ale już nie daj się znowu postrzelić, dobrze? Wolę cię żywą. No i moja firma cierpi na tym, gdy tu nie zaglądasz, żeby zaspokoić swój nałóg.

Palcami zebrałam resztki łez po tym, jak się rozkleiłam.

– Zrobię, co w mojej mocy.

Potarła dłonią moją rękę.

– Mam nadzieję. No dobrze. Muszę wracać do pracy.

– Ja też. Mam mnóstwo zaległości.

– Nie wątpię. Hej, wyświadcz mi przysługę. Kiedy już tam będziesz, klepnij Jamesa po tyłku. Powiedz, że to ode mnie.

Z lekkim uśmiechem przewróciłam oczami.

– Simone, zostawię to tobie.

Roześmiała się i pomachała mi na pożegnanie.

Minęłam kilka przecznic, by znaleźć się w nowym biurze w budynku, który zajmowałam teraz z Blakiem. Weszłam na drugie piętro i na kilka sekund zatrzymałam się przed drzwiami z matowego szkła, na których widniał napis „E. Landon, Inc.”. Uśmiechnęłam się w myślach.

Pani Erica Landon. Podobało mi się brzmienie mojego nowego nazwiska. Bez żadnych zastrzeżeń przyjęłam nazwisko męża, ale Blake nie wziął moich projektów pod szyld swojej firmy. Kiedy już zaczynałam tracić nadzieję, kupił przestrzeń biurową, w której mogłam zacząć pracować nad nowymi pomysłami, by wypełnić pustkę.

Zdecydowana zostawić przeszłość za sobą i rozpocząć nowy rozdział w życiu otworzyłam drzwi. W środku przy biurkach pracował mój zespół – starzy i nowi.

Na mój widok Alli głośno zapiszczała.

– Wróciłaś! – Podbiegła i mocno mnie uściskała. – Jaka opalona!

Roześmiałam się, kiedy się od siebie oderwałyśmy.

– To zasługa tygodnia na wyspie.

– Zazdrość mnie zżera. Ale co ty tu robisz? Myślałam, że poświęcisz kilka dni na zadomowienie się.