Trucizna - Dario Correnti - ebook

42 osoby właśnie czytają

Opis

Autor Zmowy ponownie tworzy fascynujący świat wyrafinowanej intrygi i zapadających w pamięć postaci, a wszystko w majestatycznej i groźnej górskiej scenerii.

„Niedźwiedź rozszarpał mediolańskiego bankruta” jako informacja dnia? To ten typ zlecenia, które dostaje się na emeryturze. A Marco Besana może i jest na emeryturze, ale to nadal prawdziwy dziennikarz. Cóż, lata chwały ma już za sobą, a artykuł sam się nie napisze. Jednak Ilaria Piatti, młoda, ambitna koleżanka Marca po piórze, odkrywa, że okolice, w których doszło do nieszczęścia, są co najmniej podejrzane. Dolina w szwajcarskich górach była bowiem scenerią nie jednego, ale wyjątkowo wielu zagadkowych wypadków. A każda kolejna ofiara przed śmiercią cierpiała na tajemnicze dolegliwości.

Wszystko jest trucizną.

Podrzucona reporterom wskazówka naprowadza ich na trop słynnej osiemnastowiecznej trucicielki. Czy to możliwe, że jej postać stała się inspiracją dla groźnego seryjnego mordercy?

Besana i Piatti nie mają dowodów, borykają się za to z niechęcią miejscowej policji i naczelnym naciskającym na zamknięcie dziennikarskiego śledztwa.

Nie ma nic bez trucizny. I nikomu nie wolno ufać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Niniejsza książka jest dziełem wyobraźni. Autor zmyślił postaci i miejsca, żeby uwiarygodnić opowieść. Wszelkie podobieństwo do faktów, miejsc i osób, żywych czy umarłych, jest całkowicie przypadkowe.

Część pierwszaLipiec

17 lipca

– Nie ma mowy – odpowiada Besana.

– Marco, nie możesz zawsze odmawiać – nalega redaktor naczelny – to tylko trzy tysiące znaków.

– Po co ten komentarz? Co mam napisać o facecie, którego rozszarpał niedźwiedź? Czy życzysz sobie panoramę od Herzoga po Iñárritu zawadzającą o Annaud? Poproś o to jakiegoś pisarza. Zawsze są gotowi wyrażać opinie na każdy temat, wystarczy im zapłacić. Dlaczego przypieprzacie się do mnie?

– Marco, przecież masz umowę. Od czasu do czasu musisz coś zrobić.

– Odkąd jestem na emeryturze, wciskacie mi rzeczy, których nikt nie chce. Po kolei: facet, który rozbił się w wingsuicie, wywiad z kobietą twierdzącą, że zapłodniono ją bez jej wiedzy, miłosne oszustwa na Facebooku. Siłą rzeczy muszę odmawiać. Zrób sobie rachunek sumienia, Roberto.

– Proszę cię o przysługę. Dyrektorowi na tym zależy, znali się.

– Z niedźwiedziem?

– Spierdalaj! – Roberto wybucha śmiechem. Nigdy nie udaje mu się nic uzyskać od Besany, ale i tak go lubi. – Ofiara to ważny przedsiębiorca, Achille D’Ambrosio.

– Raczej bankrut niż przedsiębiorca.

– Tak, ale daruj sobie. Dopiero co został rozszarpany żywcem. Głowę znaleziono kilometr dalej.

– Kurwa mać – komentuje Besana. – Przepraszam, gdzie to się wydarzyło? W Kanadzie?

– Nie, w Szwajcarii. W Gryzonii, w lesie.

– Dobrze, popatrzę na doniesienia prasowe.

– Dziękuję. – Naczelny wzdycha z ulgą.

– To już ostatni raz. Nie dawaj mi więcej takich bzdur.

– Obiecuję – odpowiada Roberto. – Widzimy się wieczorem. Przyjdziesz, prawda?

– Nawet nie wiesz, jak mi się chce. Chyba wolę niedźwiedzia.

– Ale na imprezie będzie cała redakcja.

– No właśnie.

– Piatti skopie ci tyłek, jeśli z nią nie pójdziesz, wiesz?

– Dziś dzwoniła już do mnie trzy razy.

Marco złorzecząc, włącza komputer. Czyli zajście miało miejsce w okolicach przełęczy Forno, ponad Zernez. D’Ambrosio został odnaleziony dobę po zaginięciu, wieczorem znajomi podnieśli alarm, bo nie wrócił do hotelu. Nie wiedzieli, dokąd się wybrał, mówił, że chce porobić zdjęcia koziorożcom alpejskim w parku narodowym. Ratownicy z REGA wysyłają helikoptery, wszczynają poszukiwania z psami. Obszar jest jednak zbyt rozległy. Ciało zostaje odnalezione przypadkiem następnego ranka przez leśnika, podczas zwiadów w lesie u stóp Piz Daint. Niedźwiedź miał obrożę satelitarną, która była zepsuta i od miesięcy nie wysyłała sygnałów. Jest znany, bo zaatakował już parę cieląt, dwie owce i osła w dolinie Müstair.

Agencja ANSA zagłębia się w szczegóły, a Besana traci cierpliwość. Główny podejrzany waży sto osiemdziesiąt dziewięć kilogramów, jest samcem, określanym jako M18 i zwanym Rudolfem ze względu na kolor sierści. To brat M13 i syn KJ7, niedźwiedzicy z rejonu Trydentu, gdzie urodził się w 2011 roku.

– Wykształcenie? Orientacja seksualna? – prycha Besana, głaszcząc swojego psa, który położył mu pysk na kolanach. – Mam niby pisać biografię ssaka stopochodnego. Nie patrz tak na mnie, Beck’s. Dla ciebie to nawet nie jest zła wiadomość. Może pewnego dnia jakiś wielki dziennikarz opisze twój życiorys.

Beck’s macha ogonem. I pomyśleć, że kiedy Ilaria mu go podarowała, nie chciał psa. Teraz sięga łydki Marca. To krzyżówka yorkshire teriera, jamnika i rozmaitych kundli. Ma nieproporcjonalnie długi ogon, odziedziczony nie wiadomo po kim, krótkie łapy i pysk świadczący o rasowych, choć nieznanych przodkach. A kiedy się go głaszcze, warczy z zadowolenia.

Besana wraca do lektury. Według wstępnych doniesień mężczyzna źle się poczuł podczas spaceru, a niedźwiedź zaatakował go dopiero nocą. W okolicy nie ma stacji przekaźnikowych, więc D’Ambrosio nie mógł wezwać pomocy. Ciało bez głowy i plecaka leżało w odległości około kilometra, przykryte liśćmi, aby zwierzę mogło je zjeść później. W chwili ataku ofiara nadal żyła.

17 lipca

Besana przymierza swoją jedyną elegancką koszulę. Przeklina, bo kołnierzyk nie chce się dopiąć. Może przytył, choć woli winić pralkę. Koszula na pewno skurczyła się podczas wirowania. Trudno, nie włoży krawatu, mimo że kolacja odbędzie się u szykownej mediolańskiej damy. Kto by się przejmował. Nie ma najmniejszej ochoty tam iść, ale to prezentacja książki dyrektora, nie uda mu się wymknąć.

Kiedy rozprowadza na policzkach piankę do golenia, słyszy dzwonek. Ilaria już przyszła, a jest dopiero szósta. Beck’s szczeka jak oszalały, po czym skacze na kobietę, żeby oblizać jej twarz.

– Beck’s, siad! – krzyczy Ilaria. – Podrzesz mi spódnicę.

Besana mierzy ją wzrokiem.

– Jak ty się ubrałaś, Piattola?

– Coś nie tak?

– Wyglądasz jak prowansalski fotel.

– Dzięki, Marco. Faszeruję się środkami uspokajającymi, potrzebowałam odrobiny otuchy.

Besana musi dokończyć golenie, więc Ilaria towarzyszy mu do drzwi łazienki. Beck’s ciągle przynosi jej obśliniony sznurek, żeby rzucała mu go w korytarzu.

– Nauczyłem się golić, oglądając Zabójstwo Trockiego. – Besana przesuwa ostrzem po lewym policzku. – W filmie Alain Delon goli się, zanim zabije. Tego dnia wszystko zrozumiałem. Przede wszystkim, jak golić włoski pod brodą. To było olśnienie.

Ilaria wybucha śmiechem.

– Więc przygotowujesz się do zbrodni?

– Dziś wieczorem będzie z pewnością parę osób, których chętnie bym się pozbył – odpowiada Marco.

– W redakcji mówili, że jutro opublikują twój tekst. O czym?

– Daj spokój – mruczy Besana. – Cholera, zaciąłem się.

– Widzę, że humor ci dopisuje – komentuje Ilaria.

– Chciałbym zobaczyć ciebie po całym dniu spędzonym na opisywaniu historii o facecie rozszarpanym przez niedźwiedzia.

– Ach, ten bankrut.

– I nawet nie mogę o tym wspomnieć, był znajomym dyrektora.

Ilaria raz po raz spogląda na zegarek.

– Pospiesz się, spóźnimy się na prezentację.

– Jest dopiero szósta.

– Musimy znaleźć miejsce do parkowania, a tam wcale nie jest to łatwe.

– Mamy przecież car sharing. Takiego smarta włożysz nawet do torebki. Poprowadzisz?

– Oblali mnie na egzaminie. – Ilaria spuszcza wzrok.

– Znowu?

– Denerwuję się i robię straszne rzeczy. Dziś rozbiłam lusterko. Kiedy usłyszałam dźwięk uderzenia, wiedziałam, że nie zdam.

– Piattola, prędzej czy później musisz zdać to prawko. Nie mogę ciągle być twoim kierowcą.

– Wiem, wiem. Spróbuję zmienić szkołę. Nie cieszy się dobrą sławą.

Besana wkłada granatową marynarkę, już się poci.

– Jestem gotowy – mówi.

– Nie ma guzika – zauważa Ilaria.

– Trudno. I tak się nie dopina.

17 lipca

– Istnieją dwie rzeczy, których procesu produkcji nie należy oglądać: parówki i gazety – mówi Besana, nakładając na talerz vitello tonnato.

Ilaria siedzi w kącie całkowicie sama, z kieliszkiem w ręku. Nie jest przyzwyczajona do eleganckich kolacji, nie wie, co powiedzieć. Przywitała się z kolegami i skończyły się jej tematy do rozmowy.

– Czy to miejsce jest wolne? – pyta jakaś kobieta. Trzyma talerzyk z sałatką z kaszy quinoa.

– Oczywiście, proszę – odpowiada grzecznie Ilaria.

– Jestem pewna, że już gdzieś panią widziałam. U Ceci?

– Nie znam żadnej Ceci. – Piatti wzrusza ramionami.

– To może u Lilli?

– Nie, przykro mi.

To sześćdziesięciolatka o młodzieńczym wyglądzie wymuszonym przez społeczeństwo: kolorowe oprawki okularów i para jaskrawych, lakierowanych kozaków sięgających kolan.

– Jestem Marta – mówi i podaje jej upierścienioną dłoń.

Salonik zaczyna się zaludniać. Ilaria czuje się niekomfortowo, musi spróbować zamienić z kobietą choć dwa słowa.

– Czym się pani zajmuje?

– Jestem chłopką – odpowiada kobieta.

Ale pozostałe się śmieją, jakby Marta sobie z niej żartowała.

– Marta jest artystką – wyjaśnia jakaś blondynka, trochę przezroczysta od nadmiaru zastrzyków witaminowych.

– Naprawdę?

– Robię rzeźby z wosku – doprecyzowuje Marta.

– Jak Medardo Rosso?

Marcie to nazwisko nic nie mówi.

– W każdym razie robię inne rzeczy.

I opowiada, że już jako dziecko poczuła się artystką. Miała troje rodzeństwa, wszyscy byli wybitni poza nią: chodziła po dachach i cierpiała na dysleksję. Była leworęczna i na siłę ją naprostowali – okropna trauma. Czytała wspak, od prawej do lewej.

– Dzięki kserokopiarkom, w których można odwracać druk, zrozumiałam, że posiadam dar.

Wybrała studia na wydziale fizyki, bo fascynowały ją fale elektromagnetyczne i spirytyzm.

– Nie skończyłam studiów, ale w tym okresie wiele się nauczyłam. Teoria grawitacji wyjaśnia wszystko o duchach.

Ilaria przytakuje w milczeniu.

– Teraz zajmuję się rolnictwem biodynamicznym. W naszej rodzinnej posiadłości mamy ogromny park, uprawiam przede wszystkim jagody.

Wyciąga telefon komórkowy i pokazuje zdjęcie swojego osła o imieniu Sir Simon.

– Jak duch z Canterville – uściśla Marta.

I katalog poświęcony swojej ulubionej kurze Berenice, nazwanej tak na cześć ducha z rzymskiego Portyku Oktawii. Gdy oglądają kolejne fotografie, Ilaria widzi też dzieci, prawdopodobnie wnuki, ale Marta przechodzi dalej, wygląda na to, że jest bardziej dumna z osła uchwyconego w rozmaitych pozach. Potem nagle coś odciąga jej uwagę. Zamyślona patrzy na zdjęcie niedźwiedzia. Powiększa je ruchem palców.

– To jest Rudolf.

– Ma pani również niedźwiedzia?

– Nie, to zdjęcie wybrałam do apelu. Biedne stworzenie, chcą go odstrzelić. Ale to nie on zabił tego człowieka.

– Mówi pani o tym przemysłowcy, który zginął w Szwajcarii?

– Dobrze znałam Achillego. Naturalnie i ja byłam wstrząśnięta. Ale niedźwiedź nie ma z tym nic wspólnego, to błąd śledczych.

W tej samej chwili pojawia się Besana. Ilaria woła go z uśmiechem.

– Mój kolega zajmuje się właśnie tą sprawą – mówi.

– Naprawdę?

Kobieta natychmiast chwyta Marca za rękę.

– Proszę posłuchać, on jest niewinny! Ten niedźwiedź jest niewinny! – Zaniepokojona rozgląda się wokoło. – Nie powinniśmy o tym rozmawiać tutaj, jest za dużo ludzi, nikomu nie można ufać. Ale pan jest dziennikarzem i musi wiedzieć. Jutro mogę odwiedzić pana w redakcji i wszystko opowiedzieć.

Besana przytakuje, próbując wyzwolić się z uścisku. Marta trzyma go mocno, wyciąga szyję i zbliża usta do jego ucha.

– Achille został zabity jak wszyscy inni – szepcze i patrzy na niego przerażonym wzrokiem.

17 lipca

– Corrado! Nie wiedziałem, że też tu jesteś!

Wychodząc z przyjęcia, Besana natyka się na schodach na swojego kolegę Frangiego, który po trzydziestu latach w dziale gospodarczym podobnie jak on przeszedł na emeryturę, ale nadal pisuje wstępniaki. Jest trochę ociężały, choć prezentuje się bez zarzutu w swoim granatowym garniturze.

– Wiesz, było sporo ludzi – mówi Frangi, ściskając go. – Może wypijemy po kieliszku grappy w barze na rogu jak za dawnych lat?

– Twój dyrektor nie wyglądał na szczególnie zbolałego po śmierci swojego przyjaciela D’Ambrosio – zauważa Marco, gdy już siedzą w barze.

– Cóż, „przyjaciel” to chyba za dużo powiedziane. Kilka razy gościł na jego jachcie.

– Ale byli na tyle zaprzyjaźnieni, że poprosił, abym mówiąc o nim, nie używał słowa „bankrut”.

– Dobrze zrobił – odpowiada Frangi. – Gdybyś tak napisał, z pewnością skończyłoby się to skargą. Nie było wyroku, sąd pierwszej instancji skazał go tylko za przywłaszczenie, teraz miała być apelacja.

Besana wściekłym gestem odstawia na stolik pusty kieliszek.

– Skoro nie „bankrut”, to mogłem chociaż napisać „zrujnowany”, wyszłoby na jedno. Uniknął więzienia, ale jego pracownicy są w dupie.

– To skomplikowana sprawa – wyjaśnia kolega, poprawiając krawat. – Mówimy o spółce ochroniarskiej, którą kupił jakieś dwadzieścia lat temu, był jej prezesem. Interesy szły źle, wielokrotnie napadano na opancerzone furgonetki, które miał nadzorować, firmy ubezpieczeniowe nie chciały wypłacać odszkodowań. Zadłużenie było bardzo poważne, banki zaczęły tracić cierpliwość. Równocześnie depozyt gotówkowy w firmowym sejfie coraz bardziej topniał. Oskarżono go, że to on pobrał te pieniądze, miliony euro, żeby kupować sobie zabytkowe samochody, motorówki, rowery wyścigowe, a nawet krajalnice.

– A to nieprawda? – pyta Besana.

– Kto wie, jestem zwolennikiem gwarantyzmu i nie wypowiadam się do ostatecznego wyroku, którego w tym wypadku nie będzie.

– Niedźwiedź pomyślał o ostatecznym wyroku.

– Nic się nie zmieniasz, Marco.

– Cieszę się, że się spotkaliśmy, Corrado – mówi Besana, wstając z krzesła. – Dziś stawiam ja. Dobrej nocy.

Otwiera aplikację, żeby znaleźć jakiś transport, i nieco odurzony alkoholem rozmyśla o Corradzie i o ich jakże różnych losach. Zaczynali razem jako praktykanci. Co wieczór, o jedenastej lub o północy, przynosili wicenaczelnemu próbne odbitki gazety, potem wychodzili czegoś się napić, mieli nawet wspólną dziewczynę. I proszę spojrzeć, pomimo wieku Corrado ciągle jest w formie, co drugi dzień zapraszają go do telewizji, żeby komentował działania gospodarcze. Rzecz jasna, zajmowanie się giełdą i finansami zamiast kroniką kryminalną robi różnicę.

Pierwszy spotyka się z bankowcami, przemysłowcami, politykami i jest zapraszany na salony. Drugi nawet na starość łazi po komisariatach i pisze o poćwiartowanych kobietach lub o bankrutach rozszarpanych przez niedźwiedzie. Chociażby były dyrektor. Posądzono go o fałszerstwo, ponieważ wymyślił sobie nieistniejących prenumeratorów i kazał drukować egzemplarze, które kończyły w śmieciach. A teraz zarządza dużą instytucją publiczną. Oto czemu służy brylowanie w ważnym świecie: kiedy upadniesz, jakaś ręka prosto z nieba z pewnością pomoże ci wstać. Tym bardziej jeśli w szufladzie masz odpowiednie dossier, którym możesz kogoś zaszantażować. Jeśli natomiast jesteś samotnym wilkiem, dzień i noc harującym z pochyloną głową, bez litości pozwolą ci pójść na dno. „Ale ze mnie był kretyn”. Mówi to sam do siebie na głos. Para przechodniów odwraca się i kręci głową ze śmiechem.

17 lipca

Ilaria zamyka na klucz drzwi do łazienki i rozgląda się wokół. Pomieszczenie jest prawie wielkości jej mieszkania. Stoi tu nawet fotel, gdyby ktoś się zmęczył, idąc od prysznica do wanny. Pod prysznicem jest siedzisko, a wanna z hydromasażem przypomina basen. Dwie umywalki osadzone na niekończącej się marmurowej półce, na której stoi tylko kilka flakonów z perfumami. Bardziej niż łazienkę pomieszczenie przypomina szklarnię, po brzegi wypełnione jest roślinami. Lub salon, jeśli wziąć pod uwagę olbrzymi kryształowy żyrandol. Podoba się jej, że ręczniki są zwinięte jak w hotelu, ktoś musi ciągle czuwać nad utrzymaniem porządku.

W tej samej chwili słyszy jakieś głosy. To jej koleżanki. Klamka kilkakrotnie się rusza, potem postanawiają zaczekać. Ilaria siedzi na sedesie i nie może zrobić siusiu. Przeszkadza jej ich obecność. Cały czas się śmieją. „Widziałyście, jak się ubrała? Wygląda jak z katalogu »Postalmarket«. Pamiętacie »Postalmarket«?” I znów wybuchają śmiechem.

Ilaria bierze kawałek mięciutkiego papieru toaletowego, jest nawet perfumowany. Próbuje się skupić. Ale to niemożliwe. Wyciąga więc rękę i odkręca kran nad bidetem, może odgłos wody okaże się pomocny.

Ale hałasy zza drzwi całkiem ją blokują. Zwłaszcza kiedy zaczyna rozumieć, że mówią o niej. Piattola – Menda. W gazecie wszyscy tak na nią wołają. Okrutne przezwisko, które nadali jej na początku, gdy była jeszcze na stażu. Również Besana go używa, ale ze swobodą, czule. Nazywa ją tak, aby przeciwdziałać zbiorowemu piętnującemu rytuałowi.

– W redakcji robimy już zakłady – mówi jej koleżanka. – Czy dziś przyjdzie w dresie? W kaloszach? W fosforyzującej koszulce? – I znów wszystkie się śmieją. – Zresztą kiedy próbuje ubrać się elegancko, jest tylko gorzej. Pamiętacie tę spódnicę, która wyglądała, jakby uszyto ją z obicia kanapy mojej babci?

Ilaria spuszcza wodę, choć nie udało jej się zrobić siusiu. Myje ręce, tylko po to, żeby zrobić bałagan w ręcznikach. Wącha perfumy, ale żadne się jej nie podobają. Oblizuje sobie palec i oczyszcza spod oka smużkę rozmazanego tuszu do rzęs. Otwiera drzwi.

Koleżankom zapiera dech w piersiach, gdy widzą ją naprzeciw siebie. Ilaria przygląda się im.

– Przepraszam, że tyle to trwało. Musiałam sfotografować zasłony, żeby uszyć sobie spodnie w taki sam wzór.

Kiedy wraca do domu metrem, poprzysięga sobie, że nigdy więcej nie pójdzie na redakcyjną imprezę. Dyrektor zresztą wcale jej nie poznał, nigdy nie pamięta, jak ona się nazywa. Podeszła, żeby się przywitać, a ten odpowiedział zakłopotanym gestem. „Kim ona jest?” Gdy chciała usiąść obok swojego naczelnego, jedynej osoby, którą dobrze znała, Roberto ciągle wymyślał jakieś wymówki, żeby wstać, jakby było czymś niestosownym być widzianym czy – gorzej – fotografowanym w towarzystwie kogoś takiego jak ona. „Przepraszam, pójdę po coś do picia”. „Przepraszam, zobaczę, co jest do jedzenia”. „Przepraszam, pójdę przywitać się ze znajomym”. Nie mówiąc już o innych, którzy nie zwrócili się do niej ani słowem.

Nie zamierza znosić więcej upokorzeń. Co złego zrobiła? Nigdy nie zdementowano ani linijki pisanych przez nią tekstów. Czy traktują ją tak tylko dlatego, że nie jest cool? Bo nie zna tej czy tamtej osoby? Bo poświęca się pracy i tyle?

18 lipca

Ilaria przychodzi do redakcji około jedenastej. Nadal co dzień pojawia się w pracy, choć nie ma stałej umowy. Nawet odkrycie seryjnego zabójcy na nic się zdało.

Kiedy dyrektor wezwał ją do swojego biura, pomyślała: „Teraz mnie zatrudnią. Muszą mnie zatrudnić”. Tymczasem chciał po prostu złożyć jej gratulacje. Brawo, Piatti. Gratulacjami nie da się opłacić rachunków. Szczerze, oczekiwała czegoś więcej. Dyrektor przez pół godziny opowiadał jej o dramatycznej sytuacji gazety. Same straty. Potem wstał, miał zebranie. Brawo, Piatti, brawo. Tylko tak dalej. Bardzo nam na tobie zależy. Pa, pa. Do widzenia. I uścisnął jej dłoń. Uścisk dłoni – oto jej umowa.

Jedyne, co jej pozostało, to zrozumieć to pożegnanie dosłownie – „do widzenia”, formuła pożegnalna osób mających nadzieję, że rozstają się tylko na trochę – i nazajutrz zjawić się w dzienniku.

Roberto wzywa ją gestem. Pokazuje jej zdjęcie na ekranie.

– Czy to nie z tą kobietą rozmawiałaś na przyjęciu?

– Tak, a co? Co jej się przydarzyło?

Redaktor wskazuje agencyjną notkę. Napad i zabójstwo w centrum Mediolanu.

– Zabili ją dla torebki od Gucciego – mówi.

– Niesamowite.

– Napiszesz coś o tym?

– Zgoda.

Idąc szybkim krokiem na komisariat przy via Fatebenefratelli, Ilaria dzwoni do Besany.

– Marco, zabili tę kobietę, z którą wczoraj rozmawialiśmy.

– Tę od niedźwiedzia?

– Tak, Martę Guerrę. Napadnięto ją, gdy wracała do domu. Właśnie idę na komisariat.

Po drugiej stronie cisza. Besana się namyśla.

– Piatti? Chyba nie bierzesz serio tych bzdur, które wczoraj mówiła?

– Była zupełnie stuknięta, wiem. Ale to dziwny zbieg okoliczności, co?

– Wiesz, ile napadów zdarza się w Mediolanie? Około piętnastu tysięcy rocznie. A niektóre mają tragiczny finał.

– Przepraszam, muszę kończyć. Oddzwonię później – odpowiada Ilaria, niezbyt przekonana.

Wchodzi do środka i pyta o komisarza Ricciego, z którym jest już w znakomitych stosunkach. Wbiega po schodach i zastaje go w jego biurze.

– Muszę się spieszyć, Ilario, mam zebranie – mówi Ricci. – W każdym razie, w skrócie, zginęła od uderzenia w głowę, tępym narzędziem, którego jeszcze nie potrafimy wskazać. Oglądamy zapis z kamer wideo.

– Mogę go zobaczyć?

– Oczywiście, zaprowadzę cię do Filangeriego, on się tym zajmie.

– Jesteście pewni, że to napad?

– Na sto procent. Sprawca natychmiast uciekł z torebką. Prawdopodobnie to obcokrajowiec.

– W tej okolicy jest dużo napadów?

– Nie tak dużo, to nie przedmieścia, ale zdarzają się.

– Kto ją znalazł?

– Pewien adwokat, gdy parkował, zadzwonił na 113. Znał ją, więc od razu podał nam jej dane i zadzwoniliśmy do córki.

– Możesz mnie z nią skontaktować?

– Dam ci jej numer, mieszka w CityLife – mówi, po czym wstaje. – Dlaczego tak bardzo interesuje cię ten napad?

– Bo rozmawiałam z nią wczoraj wieczorem, na przyjęciu – odpowiada Ilaria.

Przez chwilę kusi ją, żeby zrelacjonować rozmowę, potem gryzie się w język. On też powiedziałby, że to była po prostu wariatka. Tymczasem Ilaria ma dziwne przeczucie, które nie daje jej spokoju.

18 lipca

Jest pora obiadu, Ilaria czeka na Besanę w restauracji niedaleko redakcji. Widzi, jak Marco wchodzi do środka razem z Beck’sem, którego ciągnie aż do stolika – zawsze tego samego, nawet pies go rozpoznaje. Często dają mu resztki mięsa, więc podniecony macha ogonem. Besana zajmuje miejsce, a Beck’s siada u stóp Ilarii, która raz na jakiś czas podaje mu grissini. Kelnerka nie czeka nawet na zamówienie, bo Besana i tak zawsze bierze to samo: cykorię z anchois, sałatkę z karczochów, szynkę parmeńską z mozzarellą, focaccię z rozmarynem. I schłodzoną butelkę gewürztraminera, bo jest gorąco.

– Obejrzałam zapis z kamer – mówi Ilaria. – Obraz nie jest wyraźny, było bardzo ciemno, a kamera znajdowała się daleko, więc nie da się rozpoznać tej osoby. Widać jednak kolejne zdarzenia, ruchy. I uderzyły mnie trzy detale, zdecydowanie dziwne.

– Piattola, wiem, dokąd zmierzasz. Na mnie nie licz – odpowiada Besana, nalewając jej wina.

– Ale musisz mnie wysłuchać – nalega Ilaria. – Przede wszystkim kobietę trzykrotnie uderzono mocno w głowę, zanim ją okradziono. Czy nie sądzisz, że jak na złodzieja to nadmiar zaciętości?

– Prawdopodobnie chciał tylko ją ogłuszyć, a nie zabić.

– Zgoda, powiedzmy, że tak było. Ale pamiętasz jej zegarek? To był Cartier. Dlaczego go nie wziął? A pierścienie? Przecież nie były sztuczne. To drugi dziwny szczegół.

– Być może nie miał czasu – odpowiada Besana. – Zobaczył, że ktoś się zbliża?

– Przez przynajmniej pięć minut nie przejeżdżał tamtędy żaden samochód. Sprawdzałam.

– A trzeci dziwny szczegół?

– Jest najciekawszy, Marco. Naturalnie sprawdzili wszystkie kamery z okolicy, żeby znaleźć inne ujęcia. Sprawcy nigdzie nie ma. Ulotnił się. Musiał przecież wrócić do domu. Jedyna możliwość jest taka, że wszedł do któregoś z budynków za rogiem. Myślisz, że złodziej mieszkałby w takiej dzielnicy?

– A niby dlaczego miałby zabić tę wariatkę? Mówiła od rzeczy, to było jasne. Proszę cię, Ilario, jeszcze cię nie zatrudnili, a dyrektor nie przepada za teoriami spiskowymi, nie szkodź sobie sama.

– Pamiętasz, co mówiła? Achille „został otruty jak wszyscy inni”. Wszyscy inni, czyli kto?

18 lipca

Ilaria po raz pierwszy wchodzi do rezydencji zaprojektowanej przez Zahę Hadid. Jest umówiona z Dilettą, córką Marty Guerry. Najpierw zatrzymuje ją portier, który dzwoni na górę, żeby się upewnić, czy wolno jej wejść, następnie zaś cejlońska pomoc domowa w niebieskim fartuszku, która prosi, żeby poczekała chwilę przy wejściu. Pani rozmawia przez telefon. To podwójne poddasze deluxe, całe przeszklone, urządzone nielicznymi designerskimi meblami. W tej wielkiej przestrzeni biega troje rozwrzeszczanych dzieci. Najmłodsza dziewczynka, poślizgnąwszy się na parkiecie, uderza w nogi Ilarii. Patrzy na nią.

– Cześć, dlaczego nosisz takie brzydkie ubrania?

Ilaria chciałaby wymierzyć jej kopniaka w twarz, ale się uśmiecha.

– Jak ci na imię?

– Sveva. A to mój brat Leone. – Dziewczynka wskazuje ręką na opętane dziecko, skaczące po kanapie.

W tej samej chwili rozlega się krzyk, prawdopodobnie to matka.

– Cosimaaa! Przestań ciągnąć Chandrę za warkocz!

Zamaszystym krokiem nadchodzi Diletta.

– Przepraszam, niania pojechała na lotnisko po mojego męża. On pracuje w Londynie – mówi, przeczesując ręką włosy. Ma spuchnięte oczy, jest bez makijażu, chodzi boso, ale ma na sobie jedwabną tunikę od Etro. – To wszystko jest takie skomplikowane.

– Wyobrażam sobie – odpowiada Ilaria.

Diletta pyta ją szeptem, czy mogą porozmawiać w jej gabinecie, żeby dzieci nie słyszały. Ale zanim tam wejdą, podbiega do nich Leone.

– Mamo! Mamo! W telewizji mówią o babci. Mówią, że zabili ją dla pięćdziesięciu euro i torebki od Gucciego. To prawda?

Diletta schyla się i bierze go na ręce.

– Porozmawiamy o tym wieczorem, kiedy wróci tata. Obiecaj mi, że nic nie powiesz siostrzyczkom. Idź włączyć bajkę ze Świnką Peppą.

– Ale i tak idzie się do nieba?

– W jakim sensie „i tak”, kochanie?

– Nawet bez pieniędzy?

Ilaria ma ochotę się roześmiać, ale musi się powstrzymać. Na szczęście Diletta odwróciła się, żeby zamknąć drzwi.

– Już.

– Zabiorę pani niewiele czasu, obiecuję – zaczyna Ilaria. – Jak mówiłam przez telefon, nie chcę z panią przeprowadzać wywiadu.

– Całe szczęście. – Diletta wzdycha. – Ciągle mnie zadręczają.

W tej samej chwili dzwoni telefon komórkowy.

– Przepraszam, Franci, oddzwonię później, ktoś u mnie jest.

Potem wycisza telefon, widać, jak iPhone wibruje znów na stoliku.

– Chciałam z panią porozmawiać, bo poznałam Martę raptem wczoraj wieczorem, na kolacji. I bardzo uderzyło mnie to, co mówiła.

Diletta się najeża, wyraźnie obawia się tego, co mogła powiedzieć jej matka.

– To była dość szczególna kobieta – odpowiada z niejakim chłodem.

– Niemal tego samego dnia zginął jej znajomy – rzuca mimochodem Ilaria.

– Ach, pewnie Achille. Co za straszna historia.

– Właśnie. Marta wyglądała na bardzo wstrząśniętą. Mówiła, że niedźwiedź nie miał z tym nic wspólnego – Ilaria dozuje informacje, żeby nie wystraszyć swojej rozmówczyni.

– Mój Boże, ten niedźwiedź. Dzwoniła do mnie z pięć razy, bo pisała jakąś petycję, żeby go nie odstrzelili. Moja matka była zagorzałą animalistką, nawet trochę fanatyczną.

– Zauważyłam. Pokazała mi wszystkie zdjęcia Sir Simona.

Łzy napływają Diletcie do oczu, kręci głową.

– Przy łóżku trzymała portret osła, a nie wnuków. Taka już była.

– Chciałam się z panią spotkać, bo pani matka powiedziała coś dziwnego, co nie daje mi spokoju. – Ilaria przełyka ślinę. – Według niej Achille nie został zabity przez niedźwiedzia. Mówiła, że go otruto.

Diletta wznosi oczy ku górze.

– To jej kolejna obsesja, trucizny.

– Czyli wyklucza pani, żeby jej wersja była zasadna?

Rozczulona Diletta kręci głową.

– Biedna mama – mówi. – Tak się wszystkim przejmowała.

18 lipca

Kiedy Ilaria wychodzi na via Senofonte i włącza ponownie komórkę, widzi wiadomość od komisarza Ricciego. Dzwoni do niego natychmiast.

– Przepraszam, Max, miałam wyłączony telefon.

– Chciałem ci powiedzieć, że według lekarza sądowego rany głowy zadano czekanem.

– Górniczym?

– Nie, najpewniej alpinistycznym, ze względu na zębate ostrze.

– Twoim zdaniem to normalne, żeby złodziej miał przy sobie czekan alpinisty?

– Właśnie nie. Też się nad tym zastanawialiśmy.

– Dobrze, dzięki Max. Jesteśmy w kontakcie.

Ilaria wraca pospiesznie do redakcji, żeby napisać tekst. Włącza komputer, otwiera nowy plik Worda, po czym się zatrzymuje. Najpierw musi coś sprawdzić. Szuka na Facebooku profilu Marty Guerry, którego na szczęście córka nie zdążyła jeszcze zlikwidować, zbyt zajęta dochodzeniem do siebie po wstrząsie i organizacją pogrzebu. Włącza tablet, który podarował jej Besana, i robi screenshoty wszystkim opublikowanym postom. Bez wątpienia są to posty zupełnie od rzeczy, ale też zagadkowe („Jeśli ten niedźwiedź zostanie odstrzelony, nigdy więcej nie podniosę trzech palców prawej ręki”). Wiele odnosi się do seryjnej osiemnastowiecznej trucicielki Giovanny Bonanno, znanej jako „Stara od octu”, powieszonej w Palermo w 1789 roku. Jako motto profilu Marta Guerra zamieściła grecką frazę. Ilaria tłumaczy: „Niech nie wejdzie tu żaden profan”. Co to może znaczyć?

Minęło sporo czasu, zaraz zamkną redakcję. Być może powinna już oddać tekst. Pisze szybko artykuł, ale nie zamierza jeszcze wrócić do domu. Roberto żegna się z nią.

– Do zobaczenia jutro, Piatti.

Światła gasną, sprzątaczki leniwie zamiatają korytarze. A ona siedzi nieruchomo.

Otwiera skrzynkę mailową i pisze do lekarza sądowego z Churu, który zajmował się rozszarpanymi przez niedźwiedzia zwłokami. Ku jej wielkiemu zaskoczeniu lekarz od razu odpisuje. Zostawia jej również swój numer telefonu. Ilaria dzwoni do niego natychmiast.

Po rozmowie z anatomopatologiem Ilaria wybiera jeszcze numer do redaktora naczelnego.

– Roberto, muszę z tobą chwilę porozmawiać.

– Wiesz, która jest godzina? Dziś są urodziny mojej żony. Proszę cię, Ilario. Chcesz, żebym i ja się rozwiódł? Od razu ci powiem, że nie zamierzam skończyć jak Besana.

– Przepraszam.

– Słuchaj, już wstałem od stolika i wyszedłem z restauracji, więc mów szybko, o co chodzi.

Ilaria w kilku słowach opisuje mu facebookowy profil Marty Guerry, a ostatnie cenne sekundy przeznacza na streszczenie rozmowy z lekarzem z Churu.

– Rozumiesz? Właśnie przeprowadził sekcję ciała D’Ambrosio.

– I wyraźnie powiedział ci, że to była śmierć przez otrucie. Możesz to dać w cudzysłowie?

– Nie, nie mogę. Ale potwierdził, że sprawa jest bardziej skomplikowana i nie chodzi tu o samego niedźwiedzia. Daj mi szansę, tylko jedną. Wyślij mnie do Szwajcarii z Besaną. Proszę.

– Besana nie chce słyszeć o tej sprawie. Musiałem go błagać na kolanach, żeby napisał pięćdziesiąt linijek. Już zdążył mi naubliżać.

– Przekonam go – odpowiada Ilaria.

– Jeśli ci się uda. – Roberto wzdycha sceptycznie. – Chcę mieć tekst o tym rozszarpanym kolesiu. I tak musimy kogoś wysłać.

– Wystarczy sprowadzić wszystko do Beck’sa, który potrzebuje się wybiegać na łące.

– Marco zwariował na punkcie tego psa. Nie przychodzi już do redakcji, tylko dlatego, że zwierzęta mają zakaz wstępu.

– No właśnie.

18 lipca

Ilaria wraca do domu około północy. Niepocieszona rozgląda się wokoło. Od tygodnia nie zrobiła prania, kosz z brudami jest przepełniony. W kuchni też nie ma ani jednej czystej szklanki. Kiedy ostatni raz zmieniała pościel? Jest tu gorzej niż u Besany. Może kronika kryminalna na wszystkich tak działa. A może to samotność.

Otwiera lodówkę, jeszcze nie jadła. Ale znajduje tylko jeden przeterminowany jogurt. Na lodówce wisi nawet przytwierdzona magnesem kartka: „Zrobić zakupy”. Słowo „zakupy” jest podkreślone trzema liniami. Notka wisi tam od dziesięciu dni. Ilaria zagląda do aplikacji Deliveroo. Mogłaby zamówić sajgonki i smażony ryż z warzywami. Ale pada z nóg. Prawdopodobnie zaśnie, zanim przywiozą jej kolację.

Wchodzi pod prysznic i widzi, że skończył się żel do mycia. Nienawidzi mydła w kostce, ale nie ma wyboru. Prędzej czy później musi koniecznie wziąć dzień wolny. Tak dalej być nie może. Kiedy wyciera się ręcznikiem, zastanawia się, czy naprawdę chciała takiego życia.

Nie tak je sobie wyobrażała. Ale to także jej wina. Nie potrafi zdobyć się na dystans. Ginie kobieta, którą przypadkowo poznała, rozmawiała z nią pięć minut, a już poczuwa się do odpowiedzialności. To nie jest normalne. Niedźwiedź robi to, co robią niedźwiedzie, i zjada, co ma przed sobą, a ona czuje się w obowiązku odkryć, co się wydarzyło. Może to tylko okrutne prawo natury, niezmienne od stuleci.

Kiedyś poszła do psycholożki. Wszyscy mówili, że z taką przeszłością powinna się wybrać. To była młoda specjalistka, uzdolniona, miła, ale terapia nie trwała długo. Również dlatego, że wizyty sporo kosztowały. „Chcesz rozwikłać wszystkie zbrodnie świata – usłyszała – tylko dlatego, że nie udało ci się zapobiec morderstwu twojej matki. Musisz się pozbyć tego bezzasadnego poczucia winy, Ilario”. Bezzasadne poczucie winy. Nadal raz na jakiś czas zdarza jej się pomyśleć o tych słowach.

Czy mogła zapobiec morderstwu matki? Pewnie, że nie. A tym bardziej nie mogła rozwikłać tej sprawy w wieku sześciu lat. Ostatnie, o czym pomyślała wówczas, to że to jej ojciec mógłby być winny. Po śmierci mamy opiekował się Ilarią, jakby sam był ofiarą tej sytuacji. Czy tego właśnie nie może sobie wybaczyć? Czy to właśnie jest problem, który musi rozwiązać?

Robiła nawet pranie, mimo że była kilkuletnią dziewczynką. Dawała sobie radę. Zresztą mama nie zajmowała się niczym innym. Dla Ilarii to było jak zabawa – patrzyła i uczyła się. „Czterdzieści stopni, zgadza się? Potem trzeba nacisnąć tutaj?” Obsługiwała też zmywarkę, często to ona wkładała do niej naczynia. Bawiło ją to. „Jest dużo garnków. Ustawić intensywny program?” Raz spróbowała nawet prasowania, ale sparzyła się w rękę. Doświadczenie bólu sprawiło, że znów stała się małą dziewczynką, płakała i krzyczała: „Mamo, mamoooo”. Ale ból spowodowany śmiercią matki przemienił ją w osobę dorosłą o wzroście metr dwadzieścia trzy. I pod nieobecność opiekuna utrzymywała dom w porządku, gotowała, prała i nastawiała zmywarkę. Żeby ojciec nie czuł się zbyt samotny i zaniedbany.

Ilaria patrzy na chlew, jakim stał się jej dom. To w gruncie rzeczy zdrowa reakcja w wypadku córki gospodyni domowej zabitej przez męża.

19 lipca

– Sprawdziliście bilingi telefoniczne? – pyta komisarza Ricciego Ilaria.

– Pewnie, ale nie znaleźliśmy nic szczególnego. Jedyne, co rzuca się w oczy, to fakt, że w dzień zabójstwa Marta Guerra dzwoniła dziewięć razy do żony D’Ambrosia, prawdopodobnie, żeby złożyć jej kondolencje.

– Dziewięć razy?

– Cóż, miała nieco maniakalną osobowość. Wszyscy to potwierdzają.

– A gdzie była pani D’Ambrosio? W Szwajcarii z mężem?

– Nie, była nad morzem, na Sycylii.

Ilaria przygląda się uważnie kartce z bilingami. Potem podnosi głowę.

– Są króciutkie, wszystkie trwały czterdzieści lub pięćdziesiąt sekund.

– Może żona D’Ambrosia nie chciała, żeby zakłócano jej spokój – komentuje Ricci.

– Nie wydaje ci się to zbytnim naleganiem?

– Do czego zmierzasz, Ilario?

– Sama nie wiem.

Potem postanawia mu powiedzieć. W przeciwnym razie komisarz nie będzie mógł podążać za jej tokiem myślenia. Przytacza mu całą rozmowę. Ricci słucha jej z założonymi rękami, jest sceptyczny.

– Ta kobieta była kompletną wariatką. Mogę ci pokazać petycję, którą napisała przeciwko odstrzeleniu niedźwiedzia. Wtedy zozumiesz.

Apel jest bardzo długi, mówi o „zabijaniu zwierząt” i „terroryzmie psychologicznym” wobec stopochodnych, o polowaniu na czarownice. Guerra twierdzi w nim, że jest oburzona. Utrzymuje, że niedźwiedź M18 nie jest „problematyczny”, że trzeba użyć „środków perswazji”. Przechodzi od wagi bioróżnorodności do nieskładnych rozważań o Paracelsusie i „świetle natury”, aby zakończyć cytatem: „Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę”.

Ilaria pozostaje przez chwilę w oszołomieniu, potem spogląda na komisarza.

– Widzisz, że mówi o truciźnie?

– Tak, ale chodzi jej o narkotyki, które w nadmiernej dawce mogą zabić zwierzę.

– A przesłuchaliście męża Guerry?

– Nie żyje.

– Cóż, ma niepodważalne alibi – stwierdza Piatti, śmiejąc się nerwowo.

19 lipca

– Tato, czy twoim zdaniem mogę pójść w koszulce Ronaldo? – pyta Jacopo. – Przynosi mi szczęście, na treningach jestem najlepszy.

Są u Mariny, za kilka dni odbędą się ustne egzaminy maturalne. Besana podnosi dłoń, jakby chciał wymierzyć mu policzek.

– Zgłupiałeś? Musisz włożyć marynarkę.

– Marynarkę wkładało się w twoich czasach. Teraz by mnie wyśmiali. Pan od filozofii prowadzi lekcje w szortach i birkenstockach.

– Nie obchodzi mnie to, do cholery, ubierz się przyzwoicie. Nie mówię, że masz włożyć krawat, ale przynajmniej długie spodnie i koszulę.

– Tato, jest zajebiście gorąco.

– Musisz wytrzymać. Jeszcze kilka dni i będzie po sprawie. No już, powtórzmy trochę.

Marco otwiera na chybił trafił podręcznik literatury włoskiej.

– Na czym polega ideał ostrygi u Vergi?

– Tylko nie Verga! Nie było mnie, kiedy o tym mówili.

– Nieważne, to jest w programie. Pomogę ci: z czym ci się kojarzy ostryga?

– Z szampanem?

– Nie żartuj sobie.

– Nie mam pojęcia.

– Czytałeś Rodzinę Malavogliów?

– Nie, to nie było D’Annunzia?

– Jakiego znów D’Annunzia?

– Tego od estetyczności.

– Niech to szlag, poddaję się. – Besana wstaje.

– No już, nie denerwuj się.

– Dobrze. Spróbujmy z poezją. Dlaczego Ungaretti jest określany jako poeta „hermetyczny”?

– Bo nic się, kurwa, nie da zrozumieć z tego, co pisał?

– Nie współpracujesz. – Besana zaraz wybuchnie. Po chwili jednak opanowuje się i czyta na głos definicję hermetyzmu. – Słuchasz mnie? Co tam oglądasz na tym telefonie?

– Nic. Zdjęcie, które moja koleżanka wstawiła na Instagrama.

Marco wzdycha, potem bierze książkę do historii.

– Teraz spróbuj się skupić. Kto był pierwszym premierem zjednoczonych Włoch?

– To łatwe. Giuseppe Mazzini.

– Ale z ciebie nieuk. Mazzini?

– Chciałem powiedzieć, że Garibaldi.

– Cavour. Camillo Benso, hrabia. Mówi ci to coś?

– Ach tak, Cavour. Jak plac, przy którym jest kino.

Marco zasłania rękami oczy.

– Spróbujmy z historią dwudziestego wieku: na jaki kraj najechał Hitler w 1939 roku?

– To wiem. Włochy.

– Ależ nie, na Polskę, Jacopo. Polskę, kurwa!

– Dziadkowie zawsze mówili, że podczas wojny w Mediolanie byli Niemcy.

– To było po 1943 roku. Ale, do kurwy nędzy, istnieje coś, czego się nauczyłeś?

– Muszę skończyć powtarzać.

– Chyba powinieneś zacząć od zera.

W tej samej chwili wchodzi Marina z dzbankiem mrożonej herbaty.

– Jak idzie?

– Tata mówi, że nic nie umiem – odpowiada Jacopo, wzruszając ramionami.

– Marco, dlaczego zawsze musisz wszystkich terroryzować. Skarbie, nic się nie martw. Mama ci pomoże.

19 lipca

Pod wieczór Ilaria dzwoni do Marca, nie zamierza mu odpuścić.

– Przygotujesz mi talerz makaronu?

– Nie jestem twoją kelnerką – odpowiada Besana.

– Zjemy kolację na mieście?

– Piatti, wczoraj jedliśmy razem obiad. Już się stęskniłaś? Jesteś bardziej namolna niż narzeczona.

– Muszę z tobą porozmawiać – nalega Ilaria.

– Mam nadzieję, że nie o niedźwiedziach.

– Zabito ją czekanem alpinistycznym, Marco. Widziałeś kiedyś napad przy użyciu sprzętu wspinaczkowego?

– W ciągu trzydziestu lat kariery widziałem już wszystko. Ludzi napadających ze strzykawką, z kluczem do zamków antywłamaniowych, z rozbitą szklanką, z motyką, a nawet jednego z obcinaczką do paznokci. Niecodzienna broń może również służyć obronie. W Kalifornii jakiś facet próbował napaść na sex shop i sprzedawczynie przegoniły go, obrzucając wibratorami.

– Niestety przepadam za tobą. – Ilaria nie może powstrzymać śmiechu.

– A ja nie. Zwłaszcza gdy chcesz, żebym podążał za tobą w absurd.

– Czyli nici z kolacji?

– Piatti, masz szczęście. Kupiłem turbota, jest zbyt duży, to porcja dla dwojga. Bądź na ósmą.

Ilaria patrzy na zegarek. Jest siódma trzydzieści. Czym prędzej wybiega z domu.

– Biedny Beck’s – mówi, wchodząc do mieszkania Marca. – Umiera z gorąca w tym domu. Nie ma tu nawet tarasu.

– Chcesz powiedzieć, że byłoby mu lepiej w Szwajcarii? – Besana już zrozumiał i kręci głową.

– Rozmawiałam z lekarzem sądowym z Churu, nazywa się Rudi Hofer – odpowiada Ilaria z uśmiechem przepełnionym poczuciem winy. – Czeka na nas jutro o trzeciej.

– „Na nas”? Jak mam cię przekonać, że naprawdę nie chcę się zajmować tym cholernym niedźwiedziem?

– Anatomopatolog powiedział mi, że coś znalazł. – Ilaria unosi podbródek i patrzy Marcowi prosto w oczy. – Coś dziwnego.

– Od kiedy znasz niemiecki?

– Uczyłam się w szkole. Zresztą Hofer mówi świetnie po włosku. Marta Guerra miała rację, odpowiedzialność spoczywa nie tylko na niedźwiedziu. Być może mamy do czynienia z bardziej wyrafinowanym zabójcą.

– Nie bagatelizuj niedźwiedzi – odpowiada Besana, wyciągając formę z piekarnika. Stawia rybę na stole i patrzy na Ilarię poważnie. – To inteligentne zwierzęta, skomplikowane, a niektóre mają swoją ciemną stronę, dokładnie jak ludzie. One też mogą być wyrafinowanymi zabójcami.

19 lipca

„Do czego się doprowadziłem”, zastanawia się Besana, wstawiając naczynia do zmywarki. Ilaria poszła i nawet nie zaproponowała, że mu pomoże. Powiedziała, że jest zmęczona. Ale ma przecież dwadzieścia siedem lat, do cholery. Został już asystentem Piatti, myśli, wkładając tabletkę z środkiem czyszczącym.

Zresztą może tak powinno być. Kiedy przyjął ją do pracy u siebie, to była tragedia, musiał ją wszystkiego nauczyć. Nie potrafiła przeprowadzić wywiadu i dostawała ataku paniki, gdy trzeba było coś napisać w pół godziny. A wiadomości prawie zawsze wyszukiwał on. Teraz natomiast wszystko się odwróciło: Ilaria stała się prawdziwą dziennikarką w natarciu. Czasami pozwala się porwać entuzjazmowi i w pracy wykazuje zbyt dużo fantazji, ale w sumie trzeba przyznać, że jest znakomita. Stary Besana jest na doczepkę, gdyby nie Piatti na pewno odesłaliby go już na złom. Jest kołem zapasowym, słabszą częścią duetu.

Marco naciska włącznik zmywarki. Opiera się o blat kuchenny i słucha strumienia wody. Może nadszedł czas, żeby ustąpić. Przestać uganiać się za newsami. Mógłby zacząć pisać książki, jak robi wielu jego rówieśników. Może jakąś powieść. Do wczoraj ciągle nabijał się z „dziennikarzy dywiz pisarzy” – uprzykrzali życie redakcji swoimi literackimi tworami, które w dodatku trzeba było recenzować, a jeśli nie było się dość szczodrym w doborze przymiotników, dyrektor się wściekał.

„Należymy do kategorii narcyzów-megalomanów – myśli Besana. – Nie wystarczy nam legitymacja prasowa, zachciewa nam się także nagrody Stregi”.

Przypomina mu się stary dyrektor, z którym przeprowadzał wywiad i który mówił: „Nie jestem dziennikarzem, jestem politologiem”. Lub inny, który w Wikipedii określił się sam jako „filozof i epistemolog”. Jakby dostawał pensję z uniwersytetu lub z Włoskiego Stowarzyszenia Filozoficznego. Besana zapala papierosa i patrzy na regał pełen książek napisanych przez jego kolegów. Oto i oni. Tyle makulatury: eseje, wiersze, powieści, kryminały. Kto powstrzyma dziennikarzy? Zresztą wydaje się to naturalnym przejściem, pisanie to ich praca, jaka jest różnica między wypełnieniem dwóch szpalt w gazecie i trzystu stron powieści? Dzienikarze mają duże wpływy i często są mściwi, więc zawsze znajdą sobie wydawcę.

Marco bierze książkę z półki. Autor był wtedy naczelnym jakiegoś tygodnika i na jego łamach opublikował wywiad ze sobą, który zlecił koleżance (byłej kochance, jak twierdzili niektórzy). Co to były za dociekliwe pytania, krytyczne uwagi. Inny kolega, szef dodatku kulturalnego, uwydatnił recenzję swojej książki pióra jednego z najważniejszych krytyków włoskich, która kończyła się słowami: „Dziękuję, że to napisałeś, Filippo”. Zero wstydu.

Nie, lepiej jest zniknąć, niż tak skończyć. Poprzysiągł to sam sobie, nigdy nie napisze żadnej powieści. Nigdy. Nawet na starość, nawet tuż przed śmiercią. Chce, żeby na jego grobie wyryto trzy słowa: „Li tylko dziennikarz”.

20 lipca

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Przeczytajcie też inną książkę Daria Correntiego

Są miasta, w których zmowę milczenia nazywa się dyskrecją.

Są miejsca, w których zło określa się jako nieszczęśliwy wypadek.

Są ludzie, którzy widzą tylko to, co trzeba, a nie to, co powinni.

Potworne czyny zdarzają się najczęściej w najzwyklejszych miejscach. Na przykład na prowincji w północnych Włoszech, gdzie ludzie mieszkają w uroczych domkach z ogródkami i spokojnie piją poranną kawę.

Właśnie w takim miasteczku seryjny morderca zabija młode kobiety. Jest błyskotliwy i przebiegły, ale i wyjątkowo okrutny, ze zbrodni czerpie przyjemność, a ze ścigającymi go śledczymi wyraźnie się bawi.

Gdy policja jest bezradna, z zabójcą usiłuje się zmierzyć para dziennikarzy: zgorzkniały, rozczaro-wany życiem, ale piekielnie skuteczny i doświadczony Marco Besana oraz Ilaria Piatti – niezdarna, choć niezwykle inteligentna stażystka. Ten osobliwy duet dostrzega to, czego inni nie zauważają.

Czasu jest coraz mniej… Morderca tęskni za krwią.

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Część pierwsza. Lipiec
17 lipca
17 lipca
17 lipca
17 lipca
17 lipca
18 lipca
18 lipca
18 lipca
18 lipca
18 lipca
19 lipca
19 lipca
19 lipca
19 lipca
20 lipca
20 lipca
20 lipca
20 lipca
20 lipca
21 lipca
21 lipca
21 lipca
21 lipca
22 lipca
22 lipca
23 lipca
23 lipca
23 lipca
24 lipca
24 lipca
24 lipca
24 lipca
25 lipca
25 lipca
25 lipca
25 lipca
26 lipca
26 lipca
26 lipca
27 lipca
27 lipca
27 lipca
28 lipca
28 lipca
Palermo, 9 października 1788 roku
28 lipca
28 lipca
29 lipca
29 lipca
Palermo 1788
30 lipca
30 lipca
Część druga. Sierpień
8 sierpnia
8 sierpnia
8 sierpnia
8 sierpnia
8 sierpnia
8 sierpnia
9 sierpnia
9 sierpnia
9 sierpnia
9 sierpnia
9 sierpnia
9 sierpnia
Palermo, październik 1788
10 sierpnia
10 sierpnia
10 sierpnia
10 sierpnia
11 sierpnia
11 sierpnia
11 sierpnia
11 sierpnia
11 sierpnia
11 sierpnia
12 sierpnia
12 sierpnia
12 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
13 sierpnia
14 sierpnia
14 sierpnia
14 sierpnia
14 sierpnia
14 sierpnia
14 sierpnia
15 sierpnia
15 sierpnia
Część trzecia. Grudzień
8 grudnia
9 grudnia
9 grudnia
9 grudnia
9 grudnia
10 grudnia
10 grudnia
10 grudnia
10 grudnia
10 grudnia
10 grudnia
10 grudnia
10 grudnia
Palermo, 1788
11 grudnia
11 grudnia
11 grudnia
12 grudnia
12 grudnia
12 grudnia
13 grudnia
13 grudnia
13 grudnia
14 grudnia

Tytuł oryginału: Il destino dell’orso

Copyright © by Dario Correnti, 2019

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Katarzyna Skórska

Redakcja i korekta: d2d.pl

Projekt okładki: Magda Palej

Zdjęcia na okładce: David Cheshire / Arcangel, erapictures / Shutterstock

ISBN 978-83-8053-677-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek