Truciciel - Sharon Bolton - ebook

74 osoby właśnie czytają

Opis

Zabiła wcześniej. Zabije znowu.
Doświadczona policjantka Florence Lovelady wraca do Sabden, by spełnić obietnicę daną umierającemu Larry'emu Glassbrookowi, seryjnemu mordercy, którego sama posłała do więzienia. W pobliżu domu dziecka znaleziono szkielety czwórki dzieci i Larry uporczywie twierdzi, że szczątki nie pochodzą z dalekiej przeszłości.
Larry umiera i jego córka Glassie Glassbrook może teraz bez przeszkód odwiedzić rodzinne miasteczko, aby na nowo podbić serce swojej miłości z dzieciństwa. Cassie nie cofnie się przed niczym, żeby odzyskać ukochanego. Kiedy obie kobiety zjawiają się w miasteczku, w którym przed trzydziestu laty nieomal straciły życie, na jaw wychodzą skrywane od dawna tajemnice. Tajemnice, które mogą zniszczyć wszystkich…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Zdjęcia na okładce

DM Daniel Miłowanow

© Wilco Snoeijer/Shutterstock

© Voraorn Ratanakorn/Shutterstock

© Kris Wiktor/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Poisoner

Copyright © Sharon Bolton 2020

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7130-9

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Od Autorki

Truciciel to nie jest typowy drugi tom Mistrza ceremonii. Kontynuuje i poprzedza go jednocześnie. Wydarzenia z obu książek nakładają się, pytania postawione w pierwszej, znajdują odpowiedzi w drugiej i odwrotnie. Ale obie powieści nie zdradzają się nawzajem.

Sabden to istniejące miejsce, jednak Sabden z powieści w niewielkim stopniu przypomina to prawdziwe. Pendle Hill też istnieje, nikt jednak nie zna oryginalnego położenia Malkin Tower.

W 1916 roku w Lancashire sporo „wiedźm” zostało osądzonych i powieszonych.

Wszystkie informacje dotyczące wydarzeń opisanych w serii o mistrzach są, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, prawdziwe.

Obsada

1999

Florence Lovelady, zastępca komisarza policji metropolitalnej

Nick, jej mąż, policjant

Ben, jej nastoletni syn

Larry Glassbrook, skazany morderca

Sally Glassbrook, jego żona

Cassie Glassbrook, jego starsza córka

Luna Glassbrook, jego młodsza córka

Mary, gospodyni Glassbrooków

Tom Devine, inspektor z komisariatu w Sabden

Brian Rushton, komisarz z wydziału śledczego ko misariatu w Sabden

Perdita Collins, sierżant z wydziału śledczego ko misariatu w Sabden

John Donnelly, właściciel pubu Czarny Pies w Sab den

Tammy Donnelly, jego żona

Beryl Donnelly, matka Johna

Dwane Ogilvy, wspólnik właściciela zakładu po grzebowego Glassbrook & Greenwood

Jenny Ogilvy, jego żona

Avril Cunningham, miejscowa adwokatka

Daphne Reece, emerytowana bibliotekarka i part nerka życiowa Avril

Marlene Labaddee, miejscowa kwiaciarka

Hecate Collins, medium i spirytualistka, matka Per dity

dr Frederick Aster, lekarz z domu dziecka Black Moss Manor

dr Judith Aster, lekarz z domu dziecka Black Moss Manor

Sandra Cartwright, była pracownica domu dziecka Black Moss Manor

Bracken Lee, kierownik domu wczasowego Black Moss Manor

Abby Thorn, dziennikarka

Caroline (Tricksy) Trickett, antropolog

1969

Marigold McGowan, młoda matka

Henry (Hen) McGowan, jej syn niemowlę

Roy Greenwood, jeden z właścicieli zakładu pogrze bowego Glassbrook & Greenwood

Grace Greenwood, jego matka

Ted Donnelly, właściciel pubu Czarny Pies, mąż Beryl

Stanley Rushton, inspektor z komisariatu policji w Sabden

Randall (Randy) Butterworth, posterunkowy

Jack Sharples, komisarz z wydziału śledczego

Garry Brown, sierżant z wydziału śledczego, zna ny jako Woodsmoke

Colin West, posterunkowy

Harold Devine, ojciec Toma

Mary Devine, matka Toma

Ernest Chadwick, radny miejski

Albert (Bertie) Frost, właściciel i wydawca „Lancashire Morning Post”

Lillian Ogilvy, matka Dwane’a

Od autorki

Truciciel to nie jest typowy drugi tom Mistrza ceremonii. Kontynuuje i poprzedza go jednocześnie. Wydarzenia z obu książek nakładają się, pytania postawione w pierwszej, znajdują odpowiedzi w drugiej i odwrotnie. Ale obie powieści nie zdradzają się nawzajem.

Sabden to istniejące miejsce, jednak Sabden z powieści w niewielkim stopniu przypomina to prawdziwe. Pendle Hill też istnieje, nikt jednak nie zna oryginalnego położenia Malkin Tower.

W 1916 roku w Lancashire sporo „wiedźm” zostało osądzonych i powieszonych.

Wszystkie informacje dotyczące wydarzeń opisanych w serii o mistrzach są, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, prawdziwe.

Część 1

1999

Ostatnie dni Larry’ego Glassbrooka

1

Truciciel

Truciciel jest słaby.

Truciciel to twój służący, dziecko, małżonek, bezsilny niewolnik, o którym prawie nie myślisz, oprócz chwil, gdy coś zakłóci twoją wygodę.

Truciciel ci towarzyszy, ledwie zauważany, ledwie uznawany. Wie, że jesteś głupcem, błogo nieświadomym cierpliwego zabójcy, który gotuje dla ciebie, relaksuje się przed twoim kominkiem, śpi w twoim łóżku. Nigdy nie jesteś bezpieczny, bo truciciel zawsze jest u twojego boku.

Truciciel ma nieskończoną cierpliwość. Będzie czekał, licząc zniewagi i krzywdy, tak jak dusigrosz liczy złoto, wiedząc, że wszystko skończy się tak, jak ma się skończyć. Truciciel może pozwolić sobie na czekanie.

Truciciel jest zręczny i przebiegły. Ma wiedzę, ale ty o tym nie wiesz, bo truciciel nie domaga się ani pochwał, ani poświęcania mu uwagi. Największe zagrożenie zawsze jest niespodziewane.

Mówię „on”, ale oczywiście powinnam mówić „ona”, bo trucizna zawsze była bronią z wyboru tych, którzy są poza tym zupełnie bezbronni. Truciciel jest kobietą.

Truciciel to ja.

2

Florence

Poniedziałek, 26 lipca 1999

Larry o czymś myśli. Potrafię to rozpoznać. Zawsze, kiedy rozmowa utyka w naturalny sposób, odwraca wzrok, przestaje na mnie patrzeć, jakby się zastanawiał, czy teraz jest ten dobry moment. Z Larrym wyczucie czasu to podstawa, a jak zwykle czas ucieka. On tak robi. Chce, żebym rozstała się z nim w stanie gdzieś między ciekawością i frustracją, pragnąca więcej. Myśli, że dlatego wracam, w ten sposób zapewnia sobie to, że o nim myślę. Nigdy mu nie powiedziałam, że nie musi się o to martwić.

Myślę o nim zawsze.

Za mną wybucha kłótnia. Słychać dźwięk gwizdka, potem ostry rozkaz. Ignorujemy to.

– Widziałem cię w wiadomościach – mówi, a ja wiem, że to nie to. Że to znów tylko taktyka zwlekania.

– Jak wyglądałam?

– Tak jak zawsze.

Ciemne włosy Larry’ego zrobiły się białe jak śnieg, skórę ma pomarszczoną. Nos złamany więcej niż raz, nad prawym okiem, które ktoś chciał wydłubać widelcem, widnieje fałda blizny. Mimo to jest przystojny. Każdy, kto zastanawiałby się, jak mógłby wyglądać Elvis, gdyby dożył siedemdziesiątki i miał wagę pod kontrolą, powinien zobaczyć Larry’ego.

Czekam, ale nie mówi nic więcej, a ja go nie popędzam. Pomimo tych wszystkich lat komplementy Larry’ego nadal wprawiają mnie w zakłopotanie.

Zaczyna kaszleć i wyciąga chusteczkę. Poplamioną krwią.

– Dziesięć minut, panowie i panie – woła oficer dyżurny. Wokół słyszymy ludzi szykujących się do wyjścia. Niektórzy mają przed sobą długą drogę i niecierpliwią się, chcą już kończyć. Za głową Larry’ego widzę parę, która się obejmuje.

Larry i ja nigdy się nie dotykamy. Larry i ja nie jesteśmy kochankami, małżonkami ani partnerami. Nie jesteśmy rodziną, nawet przyjaciółmi. Nie mam pojęcia, kim jesteśmy Larry i ja.

– Co ci chodzi po głowie, Larry? – pytam.

Znów sięga do kieszeni i przepycha po stole mały prostokącik z gazety. Patrzę w dół, rozpoznaję wiktoriański budynek na zdjęciu i coś mi się zaciska w środku. To o Sabden. Małym przemysłowym miasteczku na północnym zachodzie. Tam zaczynałam pracę.

Moje życie prawie się tam zakończyło.

Trzeci palec u mojej lewej dłoni boli. To ból fantomowy oczywiście: straciłam ten palec lata temu, ale i tak mi dokucza, zwłaszcza kiedy się denerwuję. Normalnie wtykam go pod pachę i nacisk pomaga, ale nie zrobię tego przy Larrym.

– Pamiętasz sierociniec? – pyta. – Dom dziecka, chyba tak to nazywali, kiedy przyjechałaś.

– Black Moss Manor. – Przywołuję obraz stromego porośniętego wawrzynem podjazdu na skraju miasta, poczerniałych od sadzy kamiennych murów, spiczastego frontonu na środku łupkowego dachu. Widzę duże kwadratowe okna, te na parterze zakratowane.

Pamiętam obłażącą czerwoną farbę na drzwiach frontowych, zardzewiałe rynny, paprocie rosnące w szczelinach popękanego muru. Nieomal czuję cierpki zapach wrzosowisk, gotowanych warzyw, smród moczu, tworzące smrodliwy obłok zła na tyłach budynku.

Świadoma tego, że Larry na mnie patrzy, czytam cały artykuł z „Lancashire Morning Post”.

9 lipca 1999

Zgodnie z krótkim oświadczeniem wydanym dzisiaj przez policję z Lancashire ludzkie szczątki znalezione w ziemi powyżej Laurowego Nasypu w Sabden mają zostać skremowane później w tym miesiącu podczas kameralnej mszy.

Początki Domu Dziecka Black Moss Manor, dawniej znanego jako Sierociniec i Przytułek Black Moss Manor, sięgają roku 1893, kiedy to sierociniec został otwarty przez burmistrza miasta przy wykorzystaniu funduszy zebranych przez lokalnych darczyńców. Dom dziecka przez lata swojego istnienia pozostający w rękach prywatnych, zarządzany przez fundusz charytatywny, przyjął wiele dzieci z pobliskich lokalnych państwowych sierocińców, gdy liczba wychowanków tych instytucji stawała się zbyt duża na ich ograniczone możliwości. Dom został zamknięty w 1969 roku.

Uważa się, że znalezione szczątki są szczątkami czwórki dzieci, które prawdopodobnie zmarły na skutek grypy lub gruźlicy, dwóch chorób powszechnych na obszarach Lancashire w końcu XIX wieku i w początkach XX. Miejscowa historyk i emerytowana bibliotekarka Daphne Reece powiedziała nam, że wiktoriańskie sierocińce zwykle obok budynków mieszkalnych posiadały własne miejsca pochówku, choć Reece nie przypomina sobie takiego przy Black Moss Manor. „Spodziewałabym się nagrobków” – mówiła Reece – „Choćby najprostszych, ale to możliwe, że już dawno temu zostały usunięte”.

Od 1981 roku w budynku prowadzony jest dom wczasowy dla osób duchownych i przedstawicieli innych zawodów cierpiących na stres związany z pracą lub dochodzących do zdrowia po długiej chorobie. Szczątki zostały znalezione podczas rutynowej inspekcji lokalnej kanalizacji.

Policyjny inspektor Tom Devine powiedział nam, że formalne dochodzenie nie zostanie wszczęte. „To stare szczątki” – relacjonował inspektor – „z czasów, gdy umieralność dzieci była niestety o wiele większa niż obecnie. Nie mamy żadnych podstaw sądzić, że doszło tu do jakiegokolwiek przestępstwa”.

Tożsamość zmarłych dzieci nie jest znana, sądzi się, że żyjących krewnych już nie ma.

– Przez to miejsce przewinęło się wiele dzieci – mówię. – Niektóre umierały.

Larry zniża głos.

– Och, tak. Pochowałem je wszystkie, ale nie na terenie domu dziecka.

– Co ty mówisz? – pytam. – Ty to zrobiłeś? Ty je zabiłeś?

Larry krzywi się, jest zaskoczony, zawiedziony.

– Tam do diabła, nie – odpowiada.

– Chyba się nie dziwisz, że zapytałam.

– Florence, zabiłem Susan Duxbury, Stephena Shorrocka i Patsy Wood. Przyznałem się do tego i odsiedziałem za to trzy dekady.

Nie musi mi tego mówić. Trzydzieści lat temu, w 1969 roku, troje młodych nastolatków z Sabden zniknęło i już nigdy więcej nie zobaczyliśmy ich żywych. Ja byłam skromną posterunkową, wtedy jeszcze na stażu, ale wyśledziłam i złapałam zabójcę. Larry’ego.

– Nie wyjdę stąd żywy – mówi. – Co mógłbym zyskać, kłamiąc?

Nie miał nic do zyskania. Zupełnie nic.

– Pamiętam każdą trumnę, każdą skrzynię, jaką kiedykolwiek zrobiłem, Florence. Jesteś zaskoczona?

Larry, zanim trafił do więzienia, był mistrzem stolarstwa i częściowym właścicielem jedynego w Sabden przedsiębiorstwa pogrzebowego Glassbrook & Greenwood. Jego wspólnik, Roy Greenwood, zarządzał firmą i w czarnym garniturze i cylindrze, z laską ze srebrną gałką przewodził konduktom żałobnym. Larry robił piękne, wyściełane aksamitem wytrzymałe trumny.

– Przez cały czas pracy z Royem zrobiłem dla Black Moss Manor osiem trumienek – informuje mnie. – Trzy były dla bardzo małych dzieci. Nie mieli na to pieniędzy w budżecie, ale zrobiłem ładne, bo miałem dwójkę własnych.

Nie mogę się powstrzymać i podnoszę brwi. Oddany ojciec, który zabił dzieci innych. Larry albo nie widzi mojego zdumienia, albo mnie ignoruje.

– Chodzi mi o to – kontynuuje – że tamte dzieci nie były pochowane w Black Moss. Trafiły do św. Augustyna, na najbliższy cmentarz. – Kładzie palec na wycinku i dodaje: – Więc skąd wzięły się te?

– Z okresu przed tobą – podsuwam. – Kiedy zacząłeś pracę w zakładzie pogrzebowym?

– W 1946. – Przewidział pytanie. – Roy przyszedł do szkoły, szukając czeladnika dobrego ze stolarstwa.

Zerkam na wycinek. Cztery małe szkielety.

– Więc te szczątki pochodzą z jeszcze wcześniejszego okresu. Tu mówią, że dom działał już w dziewiętnastym wieku.

Larry wzdycha – wilgotny, niezdrowy odgłos.

– Florence, znam się trochę na zwłokach i na tym, co się z nimi dzieje w ziemi. Ta przy Black Moss jest kwaśna. I mokra. Ciała małych dzieci nie przetrwałyby pięćdziesięciu lat.

– Mówisz, że to niezgłoszone pochówki?

– Tak. I niedawne. Najwyżej sprzed dwudziestu lat. Góra trzydziestu.

– W takim razie przeprowadzą śledztwo w tej sprawie.

– A wygląda ci na to, że jakieś planują przeprowadzić?

Znów spoglądam na wiadomość z gazety. Szczątki mają być skremowane po kameralnym nabożeństwie.

– Nie mogę się w to mieszać.

– Nie przypominasz mi tej posterunkowej Lovelady, którą pamiętam.

Jestem ostatnim odwiedzającym, który jeszcze tu siedzi. Oficer dyżurny zerka na zegarek.

– Larry – mówię – zamknęliśmy dom dziecka. Ludzie, którzy go prowadzili, dostali zarzuty o zaniedbanie i wyrządzenie cielesnych krzywd. Odsiedzieli swoje.

Próbuję sobie przypomnieć nazwiska dwójki prowadzących dom. Ashton? Aston?

– Kilka lat – rzuca Larry. – Potem znowu wyszli na wolność. Mogliście zamknąć dom dziecka, ale nie zatrzymaliście tego, co się tam działo.

Kręcę głową.

– Dobrze wiesz, Florence, że w tym mieście dzieje się coś złego – upiera się Larry. – Czułaś to przed tymi wszystkimi laty.

Znów podnoszę brwi. Tym razem Larry to widzi i uśmiecha się.

– Coś więcej niż tylko ja – dodaje.

– Ja tam nie wrócę. – I naprawdę tak myślę. Nigdy więcej nie pojadę do Sabden.

Larry ponownie wyciąga poplamioną krwią chusteczkę, a ja zauważam, jaką poszarzałą ma cerę, jak jego ciało wydaje się rozkładać. Nie powinno mnie to szokować. A jednak szokuje. Po raz pierwszy od dekad muszę zmierzyć się z myślą o życiu bez Larry’ego.

– Nawet na mój pogrzeb? – pyta.

3

Cassie

Nigdy nie lekceważcie mocy innej wiedźmy. Tak nam zawsze powtarzała matka, więc nie lekceważę, nawet jeśli tą wiedźmą jest ona sama. W swoim czasie Sally Glassbrook była potężną czarownicą i zawsze się pilnuję, kiedy jestem przy niej.

Sprawdzam, czy mój amulet z czarnego turmalinu jest tam, gdzie powinien być, pod obwódką bluzki. Wysiadając z samochodu, modlę się o siłę, wyobrażając sobie zarazem srebrny sznur biegnący od mojego rdzenia do samego jądra ziemi. Kiedy się uspokoję… Boże, wkurza mnie, że ona wciąż może mi to robić – kiedy czuję, że jestem spokojna, idę do wejścia.

Dom opieki, w którym mieszka ta stara suka, leży kilka kilometrów za Sabden. Nie jest nawet w przybliżeniu tak stary, na jaki wygląda, a w środku jest tak nowoczesny jak każda inna instytucja medyczna. Stara kamienna fasada to fałsz, zupełnie jak córczyne oddanie, które dla matki wybrało najdroższy dom opieki. Mam głęboko w nosie wygodę mojej matki. Wybrałam ten dom ze względu na jego lokalizację.

Nigdy nie wchodzę głównym wejściem, wolę, niezauważona, wślizgiwać się bocznym. Jej pokój nosi sentymentalną nazwę „Pierwiosnek”. Podłogi nie są wyłożone bieżnikami, ale ona nigdy nie słyszy mojego nadejścia. Chcę właśnie przekręcić gałkę, gdy nagle w środku ktoś się odzywa.

– Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Larry niedługo umrze. – Mówiąca kobieta ma mocny głos, z naleciałościami z Lancashire. – Może nawet w dzień pełni księżyca.

Moja matka śmieje się.

– Zawsze miał tendencję do dramatyzowania.

Moja matka? Co jest, kurwa? Moja matka od lat prawie nie mówi. Ma początki demencji, pogorszonej przez przewlekłą depresję. Leży w łóżku z oczami szeroko otwartymi albo siedzi na krześle i gapi się na wrzosowiska. Czasami łazi po pokoju boso i ciągnie się za włosy. Okazjonalnie coś mamrocze. Z ludźmi nie rozmawia.

Dziwny głos mówi:

– Cassie robiła rozeznanie. Chce urządzić pogrzeb w Sabden.

– Wróciła? – pyta matka. – Jest w mieście?

– Nie, nie, nie sądzę. Tylko dzwoniła. To nie jest dobry pomysł, Sally. Mam na myśli pogrzeb. Już nawet kilka kilometrów stąd byłoby lepiej.

Słyszę ślady akcentu z Indii. Dawno temu znaliśmy hinduską rodzinę, ale nie mogę sobie przypomnieć nazwiska.

– A jaka to teraz różnica? – pyta matka. – Ludzie kilka godzin się poekscytują, potem sobie pójdą, łącznie z Cassie.

Na dźwięk wypowiadanego przez nią mojego imienia czuję się tak, jakby ktoś rozdrapywał starą zasklepioną ranę. Minęły lata od czasu, gdy choćby zauważała moją obecność.

– Ona chce sprzedać dom – mówi Hinduska. – Pisała do Avril.

Avril Cunningham to moja adwokatka. Wielkie dzięki za zachowanie poufności informacji, Avril.

– Ja też chcę – odpowiada matka. – Sprzedałabym go już wiele lat temu, gdybym mogła. Jestem jej to winna. Przynajmniej to, za to, co jej zrobiłam.

– Pójdziesz na pogrzeb? – pyta kobieta.

– Nie.

Po tym, co mi zrobiła?

Nawet na korytarzu słyszę westchnienie, które następuje po tej krótkiej odpowiedzi.

– Sally, potrzebujemy cię, musisz do nas wrócić. Kiedy to się skończy, kiedy on naprawdę odejdzie, wyjdziesz stąd?

Przez kilka sekund w pokoju jest cicho. Potem moja matka mówi:

– A co ja mogę? Co ktokolwiek z nas może?

– Na pewno słyszałaś ostatnie doniesienia. O tych zwłokach dzieci znalezionych przy Black Moss Manor.

Ja słyszałam. Prenumeruję „Lancashire Morning Post”. Pamiętam tę historię. Tymczasem z pokoju dochodzi ciężkie westchnienie.

– Słyszałam – potwierdza matka. – I co w związku z tym?

– Oni je skremują. Nie pogrzebią, tylko spalą.

– Bo to tańsza opcja.

– I niszczy wszystkie dowody.

Przyciskam się mocniej do drzwi.

– Mówią, że to będzie tego samego dnia, Sally. Wszyscy będą skupieni na pogrzebie Larry’ego. Nikt nie będzie myślał o tym, co się dzieje po drugiej stronie miasta.

Nie słyszę żadnej odpowiedzi.

– Oni próbują coś ukryć, Sally.

Oni? Kim są „oni”?

– Sally, znałaś to miejsce. Ta dziewczyna, której pomogłaś, była stamtąd, prawda?

– Marigold? – W głosie matki słychać cieplejsze nuty. – Florence i ja odebrałyśmy jej poród.

Pamiętam Marigold. Zjawiła się w naszym domu krótko po tym, jak mój ojciec został zaaresztowany. A potem zniknęła, tak samo nagle.

– Próbowałyśmy ją ratować – mówi matka. – Robiłyśmy, co w naszej mocy. Dlaczego nie zapytasz o to Florence?

– Nie – sprzeciwia się stanowczo kobieta. – Wszystkie się co do tego zgodziłyśmy. Florence nie może wrócić.

Próbowałyśmy ją ratować? Robiłyśmy, co w naszej mocy? O czym one mówią? Marigold wróciła do rodziny.

– Mistrzowie są naszym przekleństwem, Sally – mówi kobieta. – Oprócz nas nikt się z nimi nie zmierzy.

Mistrzowie? Nigdy wcześniej o nikim takim nie słyszałam, a jednak gdzieś w głębi coś rezonuje, coś jak pradawny strach obudzony po długim śnie.

– To bardzo stare zwłoki, Marlene – mówi matka. – Co możemy zrobić?

Kobieta, Marlene, odpowiada:

– A co, jeśli nie są aż tak stare? Co, jeśli to się nie skończyło?

W pokoju ktoś się poruszył. Odsuwam się kilka kroków i chowam się za rogiem. Brak mi powietrza.

Moja matka mnie okłamała. Och, wiem, nie powiedziała nigdy: „Cassie, moja kochana, mój rozum mnie opuścił, pozostawiając mnie wyłuskaną, pustą i bezużyteczną, bez śladu matki, którą kiedyś kochałaś. Odeszłam i ten chodzący chudy szkielet to tylko złe wspomnienie dawnej mnie”. Nigdy czegoś takiego nie powiedziała, tyle że… Cholera jasna, nie miałam pojęcia, że z mojej matki jest taka aktorka.

I Marigold? Mistrzowie? Co do kurwy nędzy?

Poza tym, co takiego mi konkretnie matka zrobiła?

Słyszę zamykanie drzwi i oddalające się kroki. Na szczęście dla mnie Marlene – oczywiście, teraz sobie przypominam, to Marlene Labaddee, stara znajoma matki, właścicielka kwiaciarni na głównej ulicy Sabden – nie podziela mojego zwyczaju zakradania się bocznym wejściem.

Idę szybko do pokoju matki, mając nadzieję, że przyłapię ją na… nie jestem pewna na czym – jakimś akcie, świadczącym o tym, że żyje – ale już wróciła na swój fotel przy oknie i gapi się na wrzosowiska.

Jest w bezkształtnej wełnianej spódnicy, za dużej na nią i za ciepłej na ten dzień. Powyżej jest bluzka, którą pamiętam z dzieciństwa, i cienki różowy kardigan. Jej włosy, kiedyś długie i jasne jak moje, są teraz krótsze i słabsze, bardziej szare niż srebrne. Ma zwyczaj owijać pasmo na palcu i pociągać za nie. Na kardiganie zawsze widać pojedyncze wyrwane włosy.

Wzdryga się, kiedy drzwi zamykają się za mną z trzaskiem. Przez kilka sekund przyglądam się jej odbiciu w szybie okna. Dopiero gdy jej oczy się podnoszą i napotykają spojrzenie moich, podchodzę do regału z książkami i klękam. Zaczynam wyjmować książki, ale obserwuję ją kątem oka, czekając – mając nadzieję – na jakąś reakcję. Siedzi nieruchomo w fotelu, skurczona i otępiała, ze wzrokiem wbitym w kolana.

Wsadzam książki z powrotem, ale w innym porządku. Za każdym razem, kiedy tu przychodzę, mieszam książki. Czasami niektóre kładę pod łóżkiem albo na zewnątrz na parapecie, albo pod kubkiem z kawą, z którego trochę tej kawy się wylało.

– Twój mąż umiera – oznajmiam. Doznaję nagłego olśnienia i wkładam książki na półkę grzbietami do środka. – To się może stać w każdej chwili. Rak płuc z przerzutami na osierdzie. Przykro mi z powodu twojej straty, bla, bla, bla.

Prostuję się i podchodzę do szafy. Ostatnim razem, gdy przyszłam, wszystko odwróciłam spodem na wierzch. Chwytam klamkę, ale nagle dociera do mnie, że to bezcelowe. Matka nigdy nie otrząśnie się z otępienia i nie warknie na mnie, żebym się zachowywała i zostawiła jej rzeczy w spokoju. Doskonale wie, co robię i dlaczego, i ma to w nosie.

Zniechęcona, siadam w drugim fotelu. W tym samym momencie słyszymy hałas na korytarzu. Nadjeżdża wózek. Słychać krótkie pukanie i zaraz potem drzwi się otwierają.

– No dobra, Sally. Gotowa na herbatkę? Och, cześć, Cassie, kochanie. Nie wiedziałam, że tu jesteś.

Nie pamiętam imion ludzi z obsługi, ale twarz tej kobiety jest dość znajoma. Pomarszczona i napuchnięta, poczerwieniała i spocona od wysiłku wkładanego w pchanie wózka. Oni wszyscy mnie tu znają, oczywiście. Co kwartał płacę za pobyt matki.

– Czy ostatnio była tu moja siostra? – pytam.

– Nic mi o tym nie wiadomo, kochanie. – Kobieta nalewa herbatę i wychodzi.

– W środę będę się widziała z tatą – mówię, kiedy mama i ja znów jesteśmy same. – Mam specjalne pozwolenie, żebym mogła patrzeć, jak umiera.

Matka nie odpowiada. Ani się nie porusza. Nigdy nie pije herbaty, którą dla niej nalano. Do dzisiaj sądziłam, że obsługa podaje ją dlatego, że ja tu jestem, żeby pokazać, że się o nią troszczą. Teraz uzmysławiam sobie, że prawdopodobnie jest zupełnie inna, kiedy mnie nie ma. Dociera do mnie, że pewnie ma ochotę na tę herbatę. Może ja ją wypiję?

– Jakieś preferencje w kwestii kwiatów na pogrzeb? – rzucam. – Kim była ta twoja znajoma? Wiesz, ta kwiaciarka z głównej ulicy, Marlene jakaś tam? Często ją widujesz?

Nic, nawet drgnięcia powieką.

– Myślałam o tym, żeby na mszę zaprosić Marigold – ciągnę. – Pamiętasz Marigold, prawda? Mieszkała z nami przez jakiś czas. Pewnie nie możesz podać mi jej obecnego adresu zamieszkania, co?

Sally nadal się nie rusza, ale wyczuwam, że jej oddech się zmienił. Teraz już wie, że podsłuchiwałam pod drzwiami.

– Co takiego mi zrobiłaś? – pytam. – Co zrobiłaś, co musisz mi teraz wynagrodzić?

Nic. Absolutnie nic. Przy drzwiach zatrzymuję się i odwracam.

– Na czas pogrzebu zatrzymam się w mieście – informuję. – Zarezerwowałam pokój w Czarnym Psie – dodaję. – Z Johnem.

W końcu jakaś reakcja. Jej głowa podrywa się, oczy rozszerzają strachem. Uśmiecham się, kiedy wychodzę.

4

Florence

Wtorek, 27 lipca 1999, wcześnie rano

Florence! Florence, obudź się. To nie rzeczywistość.

Jestem pogrzebana. Nie mogę się poruszyć. Wszędzie wokół mnie ciemność i coraz bliżej…

– Florence, no już. Obudź się.

Poruszenie obok mnie i potem ciepłe światło sprowadza mnie z powrotem do mojej własnej sypialni, nade mną pochyla się mąż. Jestem ściśle opatulona kołdrą. Zlana potem, uwalniam się od niej. Nick podaje mi szklankę wody.

– Wszystko w porządku? – pyta.

Kiwam głową.

– Obudziłam Bena?

Kiedy mam czarne sny, krzyczę. Jeśli okna są otwarte, potrafię nawet obudzić sąsiadów.

– Nic nie słyszę – odpowiada Nick. – Za chwilę pójdę sprawdzić. Jesteś pewna, że już dobrze?

– Tak. Idź, zobacz, co u Bena.

Wcale nie jest dobrze. Miną godziny, zanim poczuję się choćby odrobinę lepiej, ale chcę się pozbyć Nicka. Jeśli zostanie, dokładnie wiem, co się wyda…

– Ten sam sen, co zawsze? – pyta.

Znowu kiwam głową, choć ściśle rzecz biorąc, są trzy powtarzające się sny, których się boimy. Pierwszy o tym, że ręce martwych dzieci wyciągają się do mnie z ziemi, z grobu. To dość przykre. Drugi o mężczyźnie bez twarzy, tnącym mnie na kawałki, jeden po drugim. Za tym naprawdę nie przepadam. W trzecim, najgorszym, żyję, ale jestem uwięziona w zakopanej głęboko w ziemi trumnie. Trumnie zrobionej przez Larry’ego.

Mam te sny od trzydziestu lat.

– Za każdym razem, gdy go odwiedzasz – mówi Nick, kiedy idę do łazienki.

To nie do końca tak, ale prawie, więc nawet nie próbuję zaprzeczać.

– Jak długo jeszcze? – pyta mnie.

Moja twarz w lustrze jest trupioblada.

– Może wcale niedługo. Jest chory.

Zaczynam liczyć, sztuczka terapeutyczna, pomagająca zapanować nad oddechem.

– Umiera – dodaję przed dotarciem do czterech.

– I dobrze – mówi Nick.

Nick w końcu znów zasypia. Ja nigdy nie jestem w stanie zasnąć po koszmarach – więc nie próbuję. Zamiast tego wchodzę na samą górę i spuszczam drabinkę prowadzącą na poddasze. Za skrzynią z zabawkami Bena z dzieciństwa, których nie mam serca wyrzucić, znajduję kartonowe pudło, poszarzałe od patyny kurzu, oblepione pajęczynami, z dziurawymi wygryzionymi rogami. Kobieta, którą kiedyś byłam, na górze kartonu napisała „SABDEN”.

Pomijam akta dotyczące morderstw Glassbrooka – nie potrzebuję dzisiaj więcej tych wspomnień w swojej głowie – i znajduję teczkę z sierpnia 1969. Oczywiście są w niej wycinki z gazety opisujące sprawę Black Moss Manor. Cofając się w czasie, znajduję opis tego, co stało się z niektórymi z dzieci po zamknięciu domu. Znajduję raporty, streszczenia procesów ludzi, którzy w nim pracowali. Aster, tak brzmi nazwisko, którego nie potrafiłam sobie przypomnieć. Tymi dwiema osobami, które prowadziły dom, byli lekarze, Frederick i Judith Aster.

A potem znajduję to, czego szukam. W czwartek, czternastego sierpnia 1969 roku, stronę tytułową „Lancashire Evening Telegraph” w całości poświęcono pożarowi, jaki wybuchł w domu dziecka w tę noc, gdy go zamknęliśmy.

Towarzyszące zdjęcie zostało zrobione krótko po dziewiątej tego samego dnia rano. Wiem to na pewno, bo jestem na tym zdjęciu. Tom zawiózł nas tam oboje, zatrzymując się z piskiem opon w pewnej odległości od poczerniałego budynku. Było zbyt wiele wozów strażackich, byśmy mogli podjechać bliżej.

Na zdjęciu patrzę na dom. Tom, być może wyczuwając, że jesteśmy obserwowani, odwrócił twarz do aparatu. Tak naprawdę to nie muszę czytać towarzyszącego opisu. Pamiętam każdy szczegół tamtego dnia: okna wysadzone w powietrze gorącem; mokra ziemia zasypana połamanymi meblami, książkami, nawet dziecięcymi ubrankami. Pamiętam sadzę, która zdawała się wisieć w powietrzu, okopcone ściany, żyrandol, który spadł.

Pamiętam dowódcę straży, który nas oprowadzał, pokazując dwa różne punkty początkowe w biurach personelu.

– Pożary nie wybuchają przypadkowo dwukrotnie – zauważyłam wtedy.

– Nie, nie wybuchają, młoda damo – potwierdził dowódca.

Pamiętam zniekształcone gorącem szafki na dokumenty, których zawartość była zamieniona w proch. Zostawiono je otwarte – te szafki – żeby ogień mógł zniszczyć kryjące się w nich tajemnice.

Nie wrócę do Sabden, ale mogę wykonać telefon czy dwa. Mogę zapewnić Larry’emu spokój umysłu, zanim umrze. Tyle jestem mu winna. Odwracam się, żeby opuścić poddasze, i staję jak wryta.

Winna? Ja jestem coś winna Larry’emu? A skąd to się, do cholery, wzięło?

5

Cassie

Larry umiera. Przez większość czasu jest zmęczony, nie może jeść, często cierpi z bólu. Mówią mi, że za kilka dni, może nawet godzin, odejdzie. Swoje tajemnice zabierze do grobu.

A ja będę wolna.

Wschodzący księżyc obudził mnie. Tak jak prawie zawsze. To księżyc przybywający, garbaty, na dzień przed pełnią, przed czasem, gdy energia ludzka osiąga szczyt swojej mocy. Kiedy księżyc zbliża się do pełni, najlepiej mi się pracuje. Moje loftowe mieszkanie ma z trzech stron wysokie okna. Poświata księżyca wpływa przez nie do środka. W czasie pełni jest gorąco, zwłaszcza latem, ale ja zwykle w dzień śpię, a pracuję nocą.

Kilka lat temu w jednym z rzadkich wywiadów prasowych, które kiedykolwiek zgodziłam się udzielić, zrobili wielkie halo z moich nocnych zwyczajów, nazywając mnie „srebrzystowłosym” wampirem. Debile. Nie jestem wampirem. Jestem wiedźmą.

Wstaję. Mam do dokończenia kawałek – początek nowego widowiska muzycznego – ale nie jestem pewna, czy dam dzisiaj radę pracować. Więc stoję przy oknie, patrzę w dół na migoczące światła i cienie Salford w nocy, i mam uczucie, jakby moje życie otwierało się jak kwiat. Wszystko, o czym od tak dawna marzyłam, zaczyna się przybliżać, wkrótce będzie moje, będę mogła po to sięgnąć.

Niewiele ponad czterdzieści osiem kilometrów na północ jest miasto, w którym dorastałam. Sabden. A w Sabden mieszka jedyny mężczyzna, którego naprawdę kochałam. Tak długo, jak długo Larry będzie żył, nie mogę wrócić, a jednak nigdy nie byłam w stanie opuścić tego miasta zupełnie. Z domu opieki matki, ponad wrzosowiskami, czasami widzę dachy jego budynków. Czaję się na jego obrzeżach, przestrzegając warunków mojego wygnania, ale jestem na tyle blisko, że gdy nadejdzie pora, dotrę tam szybko.

Ten czas się zbliża. Czuję to.

Potrafię sobie wyobrazić światła Sabden w oddali, jego niekończące się rzędy brudnych ulic z szeregową zabudową, kominy fabryk niczym czepiające się nieba poczerniałe palce. Oczami wyobraźni widzę wielką ciemną masę, którą jest Pendle Hill nocą, i nasz stary dom na skraju wrzosowisk. Słyszę szum nuconej przez pszczoły matki pieśni nad jabłonkami i walenie w pracowni Larry’ego, kiedy stuka, tnie i wbija gwoździe przy wtórze muzyki Elvisa Presleya, którą tak kocha.

Nagły ból. Jakby ktoś uderzył mnie mocno w brzuch. Łykam powietrze i kiedy znowu je wypuszczam, witam się ze światem cichym szlochem.

Mój ojciec umiera.

Nie, nie będę płakała. Nie za Larrym. A jednak płaczę. Łzy leją mi się po policzkach, krztuszę się z braku powietrza, płaczę z powodu wszystkiego tego, co, jak kiedyś wierzyłam, było prawdą, i za życiem, które powinno być moje, a nie jest. Płaczę z powodu pierwszego mężczyzny, którego pokochałam, a który teraz opuszcza mnie na zawsze. Skąd się bierze ten potworny smutek? Trzydzieści lat na to czekałam. Sama bym go zabiła, gdyby to było możliwe.

Nie mogę przestać, więc pozwalam sobie płakać dalej. Po jakimś czasie, kiedy księżyc wschodzi wyżej, trochę się uspokajam. Dzisiaj na niebie nie ma chmur, a ja, mimo mojego całego cierpienia, widzę światełko w tunelu. Przypominam sobie, że czekałam na śmierć Larry’ego. Nieszczęściem jest po prostu cena, jaką muszę za nią zapłacić. Ofiarą, którą składam, są moje łzy.

Być może będą jedyną potrzebną. Ale mogę być elastyczna.

Robi mi się zimno, nie zamykam jednak okna. Zamiast tego podchodzę do stereo i wciskam „play”. Piosenka, którą puszczam, to jedna z moich ulubionych, wydaje się pasować do tej nocy. Fifty Ways to Leave Your Lover Paula Simona. Oczywiście, mam do niej wymyślony własny tekst.

Utwór się rozpoczyna, a ja śpiewam: „Ugodź ją w plecy, Jack, wepchnij pod autobus, Gus”, i od razu robi mi się lepiej.

Wyglądam przez okno, patrzę w stronę ciemności, którą, jak wiem, jest Sabden. W stronę miejsca, gdzie jest on. I wysyłam w noc swoje przesłanie: Przyjeżdżam, moja miłości.

6

Florence

Jest późne popołudnie, kiedy mój rozkład zajęć nieco zwalnia i wreszcie mam szansę wykonać telefony, o których myślałam przez cały dzień. Zaczynam od najłatwiejszego z trzech, do wodociągów.

– W czym możemy pomóc, pani komisarz? – pyta chropowaty głos z północnym akcentem, głos dyrektora. Gdybym była kimkolwiek innym, pewnie nie przyjąłby połączenia, ale większość ludzi, nawet ci mieszkający daleko, woli mieć dobre stosunki ze stołeczną policją wyższego szczebla.

– Tak naprawdę to nie ma o czym za bardzo mówić – odpowiada dyrektor po tym, jak wyjaśniam, w jakiej sprawie dzwonię. – Mamy przy Astley Bank na wrzosowiskach zbiornik retencyjny. Żeby nie przedłużać, traciliśmy z niego więcej wody niż powinniśmy, nawet o tej porze roku, więc kazałem chłopakom poszukać przecieków. Sprzęt znalazł coś tuż za posiadłością, więc wykopaliśmy tę część rury. To wtedy znaleźliśmy ciała.

– Widział je pan osobiście? – dopytuję się.

– Tak, pojechałem tam. Takie rzeczy traktujemy poważnie.

– Może mi pan powiedzieć cokolwiek o ich stanie?

Krótka przerwa.

– Cóż, to chyba raczej pytanie do miejscowej policji, kochanie.

Serwuję mu sekundę czy dwie ciszy z nadzieją, że może ją czymś wypełni. Nie robi tego.

– Są jakieś plany przeszukania reszty terenu? – pytam. – Skąd wiadomo, że tam nie ma więcej zwłok?

– Już się tym zajęliśmy. – W głosie dyrektora pojawia się ton satysfakcji. – Przekopaliśmy cały ogród na tyłach. Nic więcej nie znaleźliśmy. Sprawa jest zamknięta.

Biuro prasowe podaje mi numer telefonu, który potrzebny mi jest w następnej kolejności, ale dopiero po powtórnym zapewnieniu z mojej strony, że to sprawa osobista i nie ma nic wspólnego z policją stołeczną.

Abby Thorn, która w 1969 roku kilka razy pisała o Black Moss Manor, była młodą reporterką w Sabden w tym samym czasie, gdy ja odbywałam tam staż. Jak ja przeniosła się, kiedy jej kariera nabrała tempa. Na przestrzeni lat natykałam się na informacje o niej. Była korespondentką na Bliskim Wschodzie kilku ogólnokrajowych gazet i w pewnym momencie prowadziła własną audycję radiową jako dziennikarka London Broadcasting Corporation. Teraz, podobnie jak ja, trochę chyba przystopowała. Jest korespondentką „Timesa” z północy i prowadzi program o bieżących wydarzeniach w BBC Radio Lancashire.

Centrala telefoniczna BBC w Blackburn odbiera szybko i zostaję połączona z redakcją wiadomości. Pani Thorn nie jest dostępna, więc zostawiam swój numer.

7

Cassie

Powinnam to robić twarzą w twarz. Ludzie mogą kłamać, kiedy słyszą tylko głos. (Możecie mi wierzyć: z kłamania uczyniłam sztukę). Poza tym, jeśli ją wkurzę, może odłożyć słuchawkę. Powinnam tam pojechać, wejść do kwiaciarni, spojrzeć jej w oczy.

I mogłabym tak zrobić. Larry’emu zostały tylko dni. Teraz byłoby to bez różnicy.

Tylko że wcale tak nie jest. Tak długo wbijano to we mnie, że nie potrafię już tego zmienić. Dopóki Larry żyje, nie mogę wrócić do Sabden.

– Flower Pot – mówi tym swoim niskim melodyjnym głosem. – W czym mogę pomóc?

– Cześć, Marlene – rzucam. – Tu Cassandra Glassbrook.

Wstrzymuje oddech. Dobry znak na początek.

– Och, cześć, kochanie – odpowiada. – Kopę lat. Jak się masz, Cassie?

Dobrze wie, jak się mam. Matka na pewno jej powiedziała.

– Czas twojego ojca zbliża się ku końcowi – dodaje pospiesznie. – Mam nadzieję, że zdołał pod koniec odzyskać spokój ducha.

Bardzo w to wątpię. Mimo to nie odpowiadam.

– W czym ci mogę pomóc, Cassie? Dzwonisz w sprawie kwiatów na pogrzeb? To byłby dla mnie zaszczyt, gdybym mogła wykonać wieniec dla twojego ojca.

Cudowne otwarcie.

– Tak – mówię. – Mogłabyś go zrobić z aksamitek[1]?

Cisza.

– Takich kwiatów niestety nie mamy. – W jej głosie pojawia się czujność.

– Szkoda – odpowiadam. – Aksamitki nie powinny pójść w zapomnienie, nie sądzisz?

Nic. A potem:

– Wiem, że byłaś wczoraj w domu opieki, Cassie. Twoja matka dzwoniła do mnie i mi o tym powiedziała.

A więc matka jest też w stanie telefonować. Ciekawe.

– Dlaczego udaje, że ma demencję? – pytam. – W co ona, do cholery, gra?

– Ona nie udaje…

– Widziałam jej kartę zdrowia. To oszustka. Chcę wiedzieć, dlaczego kłamie.

– Skoro tak uważasz, ją o to pytaj, nie mnie.

Podchodzę do okna w swoim mieszkaniu i spoglądam na północ, tam gdzie jest Marlene. Powinnam była tam pojechać. Powinnam być teraz w kwiaciarni i patrzeć Marlene w twarz.

– Nie będzie ze mną rozmawiała – odpowiadam. – Nie odzywa się do mnie od lat. – Słyszę słabość w swoim głosie i wiem, że przegrywam.

– W takim razie musisz sama ją spytać, dlaczego tak jest.

Zwalczam chęć trzaśnięcia słuchawką. Marlene właśnie na tym zależy.

– A z Luną rozmawia? – Nienawidzę się za to, że o to pytam.

– Nie wiem.

Próbuję innej taktyki.

– Co się stało z Marigold?

Nie odpowiada.

– Słyszałam was wczoraj. Mówiłaś, że matka i Florence próbowały jej pomóc, próbowały ją ratować. Co to znaczy?

– Cassie – wzdycha. – To było tak dawno temu.

– Luna i ja myślałyśmy, że Marigold wróciła do rodziny. Że pogodziła się z rodzicami i że oni obiecali, że pomogą jej wychować dziecko. Tak mówiła nam Florence, a mama przy tym była. Kłamały?

Marlene nie odpowiada.

– Powiedz mi, co się stało z Marigold?

– Nie wiem.

– Jak to nie wiesz?

– Nikt nie wie. Zniknęła. W tę noc, gdy spłonął dom dziecka. W twoim domu była awantura i Marigold uciekła. Tak przynajmniej myślimy.

Oczywiście, że była awantura. Straszna awantura, która wybuchła z mojego powodu. Czy mam być winna także za los Marigold?

– Na pewno jej szukałyście?

– Naturalnie – odpowiada Marlene. – Ale Marigold zniknęła.

– Kto to są mistrzowie?

Kolejne ostre zaczerpnięcie powietrza.

– Ktoś przyszedł – rzuca Marlene. – Muszę iść. Mam przygotować kwiaty dla twojego ojca czy nie?

– Nie – odpowiadam. – Absolutnie nie.

8

Florence

Trzecia rozmowa to ta, której się boję. Czekając, aż mnie przełączą, wstaję i podchodzę do okna w biurze. Jestem na piątym piętrze i mam niczym niezakłócony widok na rzekę i Waterloo Bridge. Na wodzie, czekając na podniesienie na obchody końca roku, leży gigantyczny diabelski młyn, później nazwany Okiem Londynu.

– Collins – przedstawia się kobiecy głos. Moja lewa dłoń zaczyna mnie boleć, jakby Sabden nadal posiadało moc ranienia mnie, nawet przez telefon.

– Tu Florence Lovelady – mówię. – Jak się masz, Perdito?

– Dzień dobry. Cóż za niespodzianka. Mam się dobrze, dziękuję. A ty?

Detektyw sierżant Perditę Collins poznałam, kiedy była jeszcze dzieckiem, a kilka lat później znów się spotkałyśmy na konferencji poświęconej tematowi zachęcania kobiet do wstępowania do policji. Los przydzielił nas do tej samej grupy dyskusyjnej i dobrze nam się rozmawiało. Perdita pracowała wtedy w Manchesterze. Od tamtej pory utrzymujemy kontakt, głównie mejlowy i okazjonalnie telefoniczny.

– Gratuluję uzyskania stopnia sierżanta – mówię.

– Dzięki. Jestem zadowolona. Dowodzę zespołem do spraw walki z przemocą domową.

Chwilę słucham, a gdy rozmowa zaczyna przygasać, pytam:

– Możesz rozmawiać?

Oczywiście chodzi mi o swobodną rozmowę.

Jej głos się zniża.

– Sekunda.

Kiedy słyszę świergot ptaków i szum ruchu ulicznego, wiem, że wyszła na zewnątrz, i przypomina mi się parking na tyłach budynku. Jeśli wdrapie się na okalający murek, będzie widziała rzekę, ale wąską, z wysokim brzegiem, która przez większą część miasta płynie pod ziemią. Zupełnie inaczej niż Tamiza.

– Zamieniam się w słuch – oznajmia w końcu.

Zerkam na wycinek z „Lancashire Morning Post”.

– Możesz mi powiedzieć coś więcej niż to, co przeczytałam w gazecie? – pytam po tym, jak bez wspominania Larry’ego wyjaśniłam, po co dzwonię.

– Nie miałam z tą sprawą kontaktu – odpowiada. – Zajmuje się nią jeden z komisarzy. Czego potrzebujesz?

– Cóż, w idealnym układzie, to chciałabym zobaczyć kopie raportu z sekcji i zdjęcia szczątków – mówię. – I wolałabym, żeby odbyło się to dyskretnie.

Perdita milczy.

– Nie obawiaj się. Nie poproszę cię o to. Ale jeśli jest cokolwiek, co mogłabyś mi powiedzieć, byłabym wdzięczna.

– Coś jest nie tak z tą sprawą?

– Jestem przekonana, że nie. Ale przypomniała mi coś, co wydarzyło się dawno temu. Znasz to dokuczliwe uczucie, które czasami miewamy?

– Czego potrzebujesz?

Starając się nie mieć wyrzutów sumienia za to, że stawiam ją w trudnym położeniu, wyjaśniam.

9

Cassie

Środa, 28 lipca 1999

Popełniam błąd. Ten wyschnięty starzec na łóżku z wysokimi metalowymi poręczami to nie mój ojciec, tylko dziadek. Odwracam się do strażnika, który przyprowadził mnie do więziennego szpitala, ale strażnik dał drapaka. I wtedy łupina w łóżku odzywa się.

– Sal? Sal, to ty?

Jego głowa podnosi się z poduszki, wyciąga trzęsącą się żółtą dłoń, w oczach pojawia się radość.

– To ja, tato – mówię. – Cassie.

Chcę, żeby był zawiedziony, ale kiedy kąciki ust układają mu się do uśmiechu, moje zimne serce mięknie. Muszę na to uważać.

– Cass – mamrocze. – Dobrze cię widzieć.

Podchodzę i siadam. Do boku łóżka ojca są przyczepione kajdanki, ale puste, wiszą luźno. Ten człowiek już nigdy nie wstanie. Nie jest już zagrożeniem dla nikogo. Nawet dla mnie.

– Czytałem recenzję w gazecie – chrypi. – Sekretarz naczelnika ją dla mnie zachował. O tym kawałku do filmu, który napisałaś.

– Nie wszystkie gazety były dla mnie łaskawe – odpowiadam, chociaż jestem wzruszona, bardziej niż chcę przyznać, że to widział.

– Tak świetnie sobie radzisz. Ty i Luna. Jestem dumny, kochanie.

Zaczyna szybciej oddychać, twarz wykrzywia mu ból. Na uwięzi trzymają go teraz przewody i rurki, a nie łańcuchy.

– Widziałeś się z Luną? – Nie wiem, dlaczego o to pytam. Nie chcę rozmawiać o swojej siostrze.

– Nie – odpowiada.

Czekam, aż coś doda, ale wygląda na to, że nie ma nic więcej do powiedzenia na temat Luny. I dobrze.

– Jak się czuje mama? – pyta.

Pytanie za milion dolarów. Nie mam zielonego pojęcia, to jedyna uczciwa odpowiedź.

– Trochę lepiej – rzucam w końcu. – Lepiej niż wcześniej.

Ojciec kiwa głową. Jest zadowolony, a ja wkurzona, że przekazałam mu jakiekolwiek pomyślne wieści. To ty zabiłeś mamę, mam ochotę powiedzieć. Nigdy nie podniosła się po tym, co zrobiłeś. Całe gówno, do jakiego doszło, wszystko, co zrobiłam, wszystko, co straciliśmy, to wszystko stało się przez ciebie. Otwieram usta, żeby zacząć, ale ojciec dostaje konwulsji. Głowa opada mu w tył, dusi się. Kardiomonitor u jego boku przyspiesza.

– Tato? Tato, co się dzieje?

Nie może odpowiedzieć, więc wstaję i biegnę do drzwi. Kilka kroków od sali jest stanowisko pielęgniarek.

– Mojego ojca coś boli – mówię kobiecie za biurkiem. – Trzeba mu pomóc.

– Odmawia przyjmowania środków przeciwbólowych – informuje mnie pielęgniarka, kiedy idziemy szybko do pokoju. – Możemy go nawadniać i to wszystko.

– Dlaczego? Dlaczego chce cierpieć?

Zastanawiam się, czy to nie jakaś dziwaczna forma pokuty.

– Leki, które mu podajemy na tym etapie, są bardzo silne – wyjaśnia pielęgniarka. – Chce być przytomny.

Zatrzymujemy się przed drzwiami do pokoju i pielęgniarka zniża głos.

– Wydaje mi się, że on chce coś pani powiedzieć.

Po wyjściu kobiety – ojciec ponownie odmówił przyjęcia czegoś na zmniejszenie bólu – ojciec zapada w drzemkę, a ja czekam. Potem jego powieki znów się podnoszą.

– Nie muszę spisywać testamentu – oznajmia. – Dawno temu wszystko przepisałem na twoją mamę. I dołączyłem list intencyjny. Jest w szufladzie.

Podążam za jego spojrzeniem do małej szafki przy łóżku. List w środku jest zaadresowany do mnie bazgrołami, których nigdy bym nie rozpoznała.

– Otwórz – prosi ojciec.

Tylko jeden paragraf. List zawiera instrukcje dotyczące pogrzebu. Ma zostać skremowany, w więzieniu, bez jakiejkolwiek mszy żałobnej. Jego prochy mają zostać wyrzucone. Ma nie być żadnego nagrobka ani pomnika.

Patrzy, jak zgniatam kartkę.

– Pochowamy cię w rodzinnym grobie uŚwiętego Piotra – mówię. – Rozmawiałam z Dwane’em. Zaproponował kilka dat, choć dość niechętnie, zważywszy na to, że żyjesz. Sentymentalny stary głupiec.

Larry kręci głową.

– Nie tam. Nie w Sabden.

– To nasz dom. – Mam teraz przewagę.

– Nie chcę, żebyś tam wracała. Ty twoja mama i Luna. Trzymajcie się z daleka od tego miejsca.

– W Sabden jest coś, co należy do mnie – odpowiadam. – Zamierzam to odzyskać.

Zaczyna się denerwować, próbuje usiąść.

– Nie – rzuca. – Nie wolno ci się zbliżać do tego miasta. Nie wolno ci się zbliżać do tego chłopaka.

– To już nie chłopak – przypominam. – Minęło trzydzieści lat. Trzydzieści lat, które mi ukradłeś, tato. Cóż, ale teraz jest już po wszystkim. Wracam tam.

Łapie mnie za rękę, zanim zdążę ją zabrać.

– Nie powstrzymasz mnie – mówię. – Już nie możesz.

Na jego twarz zakrada się uśmiech.

– Mogę – odpiera. – Zrobiłem to. Napisałem do Florence.

Co takiego?

– Co? – sapię z niedowierzaniem. – Co napisałeś?

Wydaje się, że gdy ciężko wzdycha, całe powietrze opuszcza jego ciało.

– Odsiedziałem trzydzieści lat – mówi. – Zapłaciłem za swoje zbrodnie, Cass. Kiedy ty zapłacisz za swoje?

A potem umiera.

10

Florence

Jestem w samochodzie, wracam do domu, kiedy słyszę najświeższe doniesienia. Słucham LBC, audycji z telefonami słuchaczy o liczbie policjantów w Londynie, gdy wybija połowa godziny i audycję przerywa krótki serwis informacyjny. Główną wiadomością jest ta o śmierci w Wormwood Scrubs, seryjnego zabójcy Larry’ego Glassbrooka.

– Glassbrook został skazany w 1969 roku – czyta reporter – za porwanie, torturowanie i zabicie trójki nastolatków. Przez trzydzieści lat odsiadki utrzymywał bliski kontakt z policjantką, która go zaaresztowała, zastępcą komisarza policji metropolitalnej Florence Lovelady. Była dzisiaj nieosiągalna, dlatego nie uzyskaliśmy jej komentarza w tej sprawie.

Za mną ktoś trąbi. Zmieniły się światła. Znów klakson. Wokół mnie wybucha cała kakofonia. Londyńscy kierowcy w godzinach szczytu nie znają pojęcia cierpliwości, a jednak ja nie mogę ruszyć z miejsca.

A więc to koniec.

Tylko że wcale jakoś nie czuję, żeby tak było.

11

Cassie

Napisał do Florence.

Siedzę przy stanowisku pielęgniarek, przede mną stygnie herbata w kubku. Chcę jak najszybciej wyjść, ale są do podpisania dokumenty, do wysłuchania puste kondolencje od personelu więziennego. Nic do mnie nie dociera i oni głupio przypisują moją otępiałość szokowi. Może jednak nie tak głupio. Jestem w szoku.

Ten stary łajdak napisał do Florence. Powiedział jej.

To nie była czcza pogróżka. Wiedziałam, gdy tylko powiedział. Odwiedzała go, przez te wszystkie lata.

Zaraz po tym jak wydał ostatni dech, kiedy tańczące linie w maszynie przy łóżku znieruchomiały i ich miejsce zajął piskliwy alarm, przeszukałam pokój. Spieszyłam się, wiedząc, że alarm ściągnie pielęgniarki w przeciągu minut.

Przetrząsnęłam szuflady, zajrzałam do toreb, szukając niewysłanego listu, czegokolwiek, co mogłoby mi powiedzieć, czy mówił prawdę, czy była to tylko ostatnia desperacka próba utrzymania mnie w ryzach.

W szufladzie szafki przy łóżku znalazłam notes. Na górnej kartce były ledwie widoczne wgniecenia, jego pismo. Udało mi się odczytać: „Droga Florence”, ale nic więcej. Znalazłam małą książeczkę ze znaczkami i spłowiałą, podartą książkę adresową, z czasów sprzed jego uwięzienia. Pod „L” znalazłam nazwisko Lovelady i jej londyński adres. Ojciec nie blefował. Napisał. Powiedział Florence.

Cholera, cholera, cholera!

Co ja mam teraz zrobić, do diabła?

12

Florence

Nick zarezerwował stolik w Umberto, małej włoskiej knajpce w odległości spaceru od naszego domu w Clerkenwell. Środowe wieczory to czas w tygodniu, którego najbardziej wyczekuję. Nick odbiera Bena z klubu pływackiego o ósmej, do której to godziny ja przeważnie jestem już po pracy. Jemy późną kolację, siedzimy długo i następnego dnia jesteśmy lekko zmęczeni. Ale za nic bym tego nie zmieniła.

Kiedy czekamy na doniesienie zamówienia, Ben mówi:

– Dzisiaj nurkowaliśmy z rurkami i bez butli.

Nick na to:

– Myślałem, że trenujecie pływanie na szybkość.

– Po szesnastce będziemy mogli trenować pływanie podwodne. – Dłoń Bena skrada się po stole do kieliszka ojca z winem. – Trener chciał sprawdzić, kto byłby zainteresowany. Mogę się na to zapisać? Koszt to dwieście funtów.

– Jak można trenować nurkowanie w półtorametrowej wodzie? – dziwię się.

– Byliśmy w basenie do nurkowania. Ja byłem najlepszy we wstrzymywaniu oddechu pod wodą.

– Ja i matka jesteśmy z ciebie bardzo dumni. – Po krótkiej walce ojciec odzyskuje kieliszek. – Ale w nurkowaniu chodzi o to, że na plecach ma się butlę. Nie trzeba wstrzymywać oddechu.

– Powietrze w płucach działa jak powietrze w kamizelce ratunkowej – wyjaśnia Ben. – Samo jego nabranie powoduje, że podnosisz się w górę.

– Więcej powietrza w ciele sprawia, że jest się mniej gęstą strukturą – rzuca jego ojciec.

– Właśnie. A wiecie, jak to zrobić, żeby nabrać maksymalną ilość powietrza?

– Oświeć mnie.

– Przez kilka sekund dyszy się, żeby rozszerzyć płuca. Potem bierze się jeden potężny oddech i trzyma.

Ben zaczyna dyszeć, jakbyśmy jego ojciec i ja potrzebowali demonstracji, potem wydyma policzki jak chomik. Chwilę mu się przyglądam, potem odwracam do Nicka.

– Dzwoniłeś, ale nie mogłam odebrać – mówię.

– Nic ważnego, miałem chwilę wolnego czasu – odpowiada, co w naszym kodzie oznacza: Nie przy Benie.

Nasz syn głośno wypuszcza powietrze.

– Ponad minutę – stwierdza, sprawdzając na zegarku. – Muszę do klopa. – Podnosi się i odchodzi, dysząc. Gdy tylko jest poza zasięgiem słuchu, Nick wyciąga z kurtki kopertę.

– To przyszło – mówi. – Wysłane wczoraj.

List jest z Wormwood Scrubs. Od Larry’ego.

– Jeśli zamierzasz go otwierać, zrób to, zanim wróci Ben – radzi Nick.

Otwieram. Czytam dwa krótkie zdania, zaglądam do koperty, by się upewnić, że nie ma tam nic więcej, potem podaję list Nickowi.

– O co w tym chodzi? – pyta.

– Nie jestem pewna. – Znów zerkam w dół na tekst listu. Jest krótki.

Dzięki mnie były bezpieczne przez trzydzieści lat. Teraz twoja kolej…

– Chciał, żebym przyjrzała się sprawie szczątków wykopanych z ziemi przy dawnym domu dziecka – wyjaśniam. – Odmówiłam. Nie będę się wtrącała w dochodzenie kogoś innego.

Nick nie odpowiada.

– Może miał na myśli rodzinę – dodaję. – Sally i córki.

– Od lat nie utrzymujesz z nimi kontaktu – zauważa Nick. – Florence, nie utrzymujesz? Powiedz, że nie?

– Nie utrzymuję – zapewniam. I jest to prawda. Wiem tylko to, co mówił mi Larry. Sally została w Sabden; córki poszły na studia i wyprowadziły się z miasta. Cassandra, którą nazywaliśmy Cassie, została sławną autorką tekstów do piosenek i mieszka pod Manchesterem. Luna, ochrzczona jako Elanor, jest radcą prawnym w Londynie.

– Pojedziesz na pogrzeb? – pyta mnie Nick, a ponieważ nie chcę odpowiedzieć, odpowiadam pytaniem.

– A uważasz, że powinnam?

– Nie – zaprzecza.

Nick i ja rzadko się kłócimy. Nikt tak naprawdę nie kłóci się z Nickiem. Ale moja utrzymująca się relacja z Larrym doprowadzała do rzadkich, aczkolwiek regularnych wyjątków.

– Dlaczego jesteś taki agresywny? – pytam.

– Larry Glassbrook długo był tym drugim mężczyzną w twoim życiu. Jestem zadowolony, że odszedł. Ale to.. – Nick wbija palec w list – to mi wygląda jak jego próba manipulowania tobą spoza grobu.

– Bzdura – obruszam się, lecz myślę: Nie Larry. Jeśli była trzecia osoba w tym małżeństwie, to nie był nią Larry. Przywołuję obraz kogoś innego, wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny ubranego na modłę późnych lat sześćdziesiątych. Mężczyzny, o którym nigdy nie rozmawiałam z Nickiem, bo Nick usłyszałby to w moim tonie. Mężczyzny, który mógłby wyglądać trochę tak jak mój mąż wygląda dzisiaj, bo jestem wierna swojemu typowi, a jaki on jest, odkryłam właśnie w Sabden.

– W weekend lecisz do Paryża – zauważam. – Wzięłam wolne na ten czas, a Ben nie idzie do szkoły.

– Nie chcę, żeby Ben choćby zbliżał się do tego miejsca.

– Co się dzieje? – rzuca Ben. Żadne z nas nie zauważyło, że wrócił. Robiąc to wolno, bo mój syn jest spostrzegawczy, zsuwam list od Larry’ego do torebki. – Do jakiego miejsca? – dopytuje się Ben.

– Sabden – mówię, bo oboje wiemy, że Ben nie odpuści.

– Tam, gdzie mieszkają wiedźmy? – Oczy mu się rozpalają. Nicka pochmurnieją.

– Nie – zaprzeczam. – Tam, gdzie wiedźmy mieszkały. Bardzo dawno temu.

Nick krzyżuje swoje spojrzenie z moim. Nic nie mówi, za to jego oczy wszystko.

13

Cassie

Czwartek, 29 lipca 1999

Sabden. Zjeżdżając z wrzosowisk, widzę tablicę z nazwą miasta. Wyobrażam sobie zardzewiałe łańcuchy rozciągnięte przez drogę, rdzewiejący znak „Trzymaj się z daleka” napisany ręką ojca i… przyspieszam. Granica miasta, której nie przekraczałam przez blisko trzydzieści lat, miga mi we wstecznym lusterku. Łańcuchy pękają, ogniwa wzlatują w powietrze, i jestem w domu.

Zaklęcie zostało złamane. Księżniczka jest wolna.

Moje rodzinne miasto zmieniło się. Bardzo. Kominy fabryk, które w dawnych czasach dominowały na horyzoncie, prowadząc nas, gdy byliśmy daleko na wrzosowiskach, w większości zostały powalone jak niechciane drzewa.

Domowy szpital, w którym się urodziłam, to teraz chińska restauracja. Kiedy wjeżdżam głębiej, widzę, że szyny tramwajowe zostały zerwane, a brukowane ulice pokryte asfaltem. Zamiast sklepu z płytami, w którym spędzaliśmy sobotnie popołudnia, jest sklep z używanymi rzeczami towarzystwa charytatywnego Bernardo.

Leje jak z cebra i coraz mocniej wieje. Pogoda jest taka jak zawsze, ona się nie zmieniła. Po przedniej szybie spływają krople deszczu, wycieraczki nie nadążają z ich usunięciem. Wewnątrz auta łzy płyną po mojej twarzy. Tak wiele straciłam.

Bliżej centrum nieuchwytna familiarność, której szukam, wydaje się być w zasięgu ręki. Tutaj stoją duże stare wiktoriańskie budynki: biblioteka, ratusz, teatr, loża masońska. Plac targowy zniknął, na jego miejscu są potwór z betonu i kolorowe plastikowe ogrodzenie. Przejeżdżam na żółtym świetle, skręcam w rynek, potem w lewo i jestem na miejscu.

Święty Piotr, nasz dawny rodzinny kościół, jest największy w mieście. Zbudowany z kamienia, z dużą wieżą zegarową, góruje nad większością budynków w centrum. Mama, Luna i ja byłyśmy pogankami, Larry nie miał w sobie nawet jednej kostki religijności, ale jego zawód miejskiego grabarza zmuszał go do zachowywania pozorów. W przeszłości, gdy byliśmy rodziną, przychodziliśmy tu prawie każdego tygodnia.

Kiedy wysiadam z samochodu, uderza we mnie podmuch wiatru. W Sabden zawsze tak cholernie wieje. Te kilka razy, gdy przestaje, denerwujemy się. Dla nas bezwietrzna pogoda, spokój, oznacza, że nadciąga coś gorszego.

Duże frontowe podwoje są otwarte. Niewiele kościołów jest tak dużych jak ten, ale przypuszczam, że będziemy potrzebowali takiego. Larry miał wielu wrogów, będą chcieli się upewnić, że na pewno umarł. Galeria też się przyda. Będę mogła na niej siedzieć. Będę, niezauważona przez nikogo, widziała wszystkich.

– Cassie? – odzywa się głos za mną. – Panna Glassbrook?

W moją stronę idzie jakiś mężczyzna po pięćdziesiątce, w mundurze policjanta wyższego stopnia, niosący duży czarny parasol. Jest wysoki, ciemnowłosy, klasycznie przystojny. Moje serce nie należało do mnie od szesnastego roku życia, ale nigdy nie miałam nic przeciwko dorywczemu bzykanku. Tego bym bzyknęła. Wyciąga dużą ciepłą dłoń, a ja rejestruję brak obrączki na drugiej.

– Tom Devine – przedstawia się.

Powinnam była się domyślić. Tom Devine był młodym posterunkowym, kiedy Larry został skazany. Kilka dziewczyn ze szkoły się w nim podkochiwało. Myślę, że Luna i ja też mogłyśmy, do momentu, gdy tamtej nocy przyszedł do naszego domu. Drżąc z zimna w koszuli nocnej, wyglądając przez poręcz na schodach, patrzyłam, jak zakuwa ojca i wyprowadza na zewnątrz. Nie był najwyższym rangą policjantem, który tam wtedy był, ale zapisało mi się w pamięci, że to Tom Devine był tym, który zabrał ojca. Nie, postanawiam. Tego nie przelecę.

– Jesteś bardzo podobna do matki – mówi. – Co u niej słychać?

– Ma zaawansowaną demencję – odpowiadam, bo prawda jest zbyt skomplikowana. – To już nie ta sama kobieta co kiedyś. A jak pańska żona?

Tom Devine był w przeszłości żonaty. Ożenił się z kobietą z długimi chudymi nogami i wielkim blond ulem na głowie.

– Nie mam najmniejszego pojęcia.

Jego oczy pochmurnieją, wyraźnie uznał mnie za potencjalną mącicielkę.

– Chciałbym, Cassie, żebyś zastanowiła się nad urządzeniem mszy gdzie indziej – mówi. – Najlepiej w innym mieście, ale wystarczyłby nawet inny kościół, gdzie twoja rodzina nie była aż tak dobrze znana.

– Larry był znany w każdym tutejszym kościele – odpowiadam. – Grzebał miejscowych umarlaków.

A także żywych. Oboje o tym myślimy. Pamiętam, że Devine był przy tym, gdy znaleziono dwa z ciał.

– A także niektórych żywych – mówię na głos, żeby sprawdzić, jak zareaguje.

– Możemy pogrzebać go tutaj, w rodzinnym grobie. – Devine łatwo się nie poddaje. – Tylko mszę urządź gdzie indziej.

– To był nasz rodzinny kościół – przypominam mu. – Niektóre z moich najwcześniejszych wspomnień są o tym, jak siedzę w pierwszej ławce, patrzę na piękne witraże, słucham chóru. Myślałam, że kiedyś do niego dołączę, ale… – pociągam nosem.

Twarz Devine’a pozostaje niewzruszona.

– No dobrze. Jeśli dasz nam listę osób, których się spodziewasz, możemy przy wejściu postawić posterunkowego. Dopilnuje, żeby nie wszedł nikt inny. Zakładam, że prasę wolałabyś trzymać z daleka? A oto i Dwane.

Odwracamy się do nowo przybyłego. Dwane Ogilvy, który teraz prowadzi Glassbrook & Greenwood, ma mniej niż metr pięćdziesiąt wzrostu i dysproporcjonalnie krótkie ramiona i nogi karła. Ma też wystające czoło, głęboko osadzone oczy i gęste siwe włosy. Zatrzymuje się niedaleko od nas i staje na rozsuniętych nogach jak dziecko. Jest w czarnym garniturze z krawatem i w zielonych kaloszach.

– Cassie – rzuca. – Jak tam?

– Dobrze, dzięki, Dwane. Wykopałeś już grób?

Wiem, to paskudne, że przypominam Dwane’owi jego skromniejsze początki, gdy był miejskim grabarzem, ale on odpowiada z powagą.

– Wykopałbym, dla Larry’ego – zapewnia. – Dla większości nie, ale dla Larry’ego bym wykopał.

Przypomina mi się, że Dwane zawsze był niedorzecznie dumny ze swoich umiejętności grabarskich, twierdził, że jego groby są idealne, jedyne w swoim rodzaju. Minęło tyle lat, a mnie nadal otaczają idioci.

– Dzwoniła Luna – informuje. – Jest w Nowym Jorku. Nie może wrócić do przyszłego tygodnia. Powiedziała, że zaakceptuje wszystko, co zdecydujesz.

Typowe dla mojej siostry: zostawić całą robotę na mojej głowie. Ale to mi wiele ułatwi.

– Powinniśmy pójść obejrzeć miejsce – sugeruje Dwane. – Żebyś miała pewność, że będziesz zadowolona.

Nic nie obchodzi mnie mniej niż to, w jakim kawałku ziemi złożą Larry’ego. W tym pogrzebie nie chodzi o niego; chodzi o wiarygodny pretekst dla mojego pobytu w mieście przez kilka dni. Jak dla mnie jego ciało mogą wyrzucić nawet na wysypisko, ale udaję zainteresowaną i wychodzimy z kościoła.

– Mogłabyś potem wpaść do warsztatu – mówi Dwane, kiedy idę obok niego wolno, by dopasować się do jego kołyszącego się, chybotliwego chodu. – Wybrałabyś trumnę. Mam ładną cedrowinę. To było ulubione drewno Larry’ego. Zrobię z niego trumnę na poczekaniu – to żaden problem. Ty wybierzesz ozdoby i wyściółkę.

– To bardzo uprzejme – wtrąca się Devine. – Z Dwane’a przez lata zrobił się prawdziwy mistrz. Jego trumny są sławne.

Słyszę, że Dwane ostro wciąga powietrze, zupełnie jakby komplement Devine’a go obraził.

– Chcę najtańszą, jaką masz – oznajmiam. – Jeden karawan, żadnych samochodów, absolutnie żadnych kwiatów. Nie chcę, żeby był zabalsamowany, bo nikt nigdy więcej nie będzie go oglądał. I nie chcę, żeby ktokolwiek robił tę idiotyczną rzecz, tę z tym, że ktoś idzie przed trumną w cylindrze i ze srebrną laską.

Dwane spogląda na mnie.

– Chcesz, żeby miał nagrobek, czy mam wbić w ziemię deskę i inskrypcję napisać flamastrem?

– Tak – zgadzam się. – Zrób to.

Schodzimy ze ścieżki i moje obcasy zakleszczają się w błocie. Dwane podsuwa mi ramię, akurat gdy coś sobie uświadamiam. Jak go przed chwilą nazwał Devine?

– Chyba powinienem porozmawiać o tym z twoją mamą – mówi Dwane.

– Większą szansę miałbyś, gdybyś chciał pogadać z samym Larrym, ale jak wolisz – odpowiadam. – Powiedziałam ci, czego chcę, a co powiedzą inni, to już nie moja sprawa.

Trzeba to przyznać Dwane’owi, że nigdy nie był obrażalski. Kiedy zbliżamy się do miejsca, w którym znajduje się rodzinny grób Glassbrooków, narzeka na paskudną pogodę i mokrą ziemię.

– Czy któryś z was słyszał kiedyś o mistrzach? – pytam, kiedy Dwane w końcu przestaje marudzić.

– Nie – zaprzecza krótko Dwane.

– Nie wydaje mi się – odpowiada Devine. – Co to za jedni? Jakiś zespół muzyczny?

Uważnie przyglądam się twarzy Dwane’a.

– Nie jestem pewna – rzucam. – Myślałam, że może coś w rodzaju bractwa.

– Coś takiego jak rotarianie? – upewnia się Devine. – Nic takiego nie kojarzę. A ty, Dwane?

– Nie – powtarza Dwane.

Nic więcej nie udaje mi się z tych dwóch wyciągnąć. Oglądamy grób. Przyjmuję do wiadomości, że nie ma miejsca na imię Larry’ego na nagrobku postawionym w czasach mojego pradziadka. A więc jednak będą zwykła deska i flamaster.

14

Florence

Piątek, 30 lipca 1999

Mijają trzy dni, zanim Perdita oddzwania i w dodatku dopiero wieczorem. Teraz moja kolej, by odebrać telefon gdzieś, gdzie nie będę podsłuchiwana. Wychodzę do małego ogródka na tyłach naszego domu. Pada i muszę się schronić pod okapem. Wokół mnie dudnienie kropel deszczu w twarde szerokie liście brzmi jak perkusja.

– Cztery sztuki zwłok, wszystkie dzieci – mówi Perdita szybko, jakby chciała mieć to już za sobą. – W wieku między około trzy lata i czternaście. Płeć nieznana, chociaż ubrania sugerują, że przynajmniej jedno było dziewczynką.

– Pochowane oficjalnie? Były w trumnach?

– Trudno powiedzieć. Fragmenty drewna mogą to sugerować.

– Możecie wykorzystać odzież do ustalenia daty?

– Do pewnego stopnia. Naturalne włókna, większość zgniła. Niektóre guziki sugerują odzież sprzed wojny. Zaczekaj, zapisałam to sobie.

Patrzę na grono żółtych kwiatów pochylających głowy w proteście przed nieubłagalnością ulewy.

– Celuloid – mówi Perdita. – Wygląda jak plastik, ale w rzeczywistości to pochodna roślin, wytwarzana z drewna i bawełny. Guziki są małe, podściełane metalem. Były powszechnie używane od 1900 roku do późnych lat dwudziestych, ale w 1940 zaczęto wykorzystywać inne tworzywa.

– Przyczyna śmierci? – pytam. – Zakres rozkładu?

– Przyczyna jest niemożliwa do ustalenia, ale wszystkie zwłoki były w podobnym stanie, co by wskazywało, że dzieci zmarły w mniej więcej tym samym czasie. Najpewniej na skutek jakiegoś rodzaju epidemii.

Ogarnia mnie znajoma mieszanka rozczarowania i ulgi. Tu nie ma nic podejrzanego. Zwłoki są stare. Tak się wydaje. Co najmniej przedwojenne. Dzieci zmarły, bo na coś zachorowały. Larry się mylił.

– Nie mam dostępu do akt, więc musiałam podejrzeć na czyimś biurku – opowiada Perdita. – Pomogłam ci jakoś?

Moknę. U moich stóp jedna z aksamitek prostuje się, strząsając z siebie ciężar deszczowej wody. Wygląda jakby na mnie patrzyła. Pochylam się, żeby ją zerwać i zabrać ze sobą do domu.

– Uspokoiłaś – odpowiadam. – Dzięki, Perdita.

Perdita rozłącza się, wyraźnie szczęśliwa, że może to uczynić. Podmuchy wiatru nawiewają deszcz na moją twarz, ale ja nie ruszam się z miejsca, nie wracam do środka. Kiedy to wreszcie robię, postanawiam, że to koniec. Larry nie żyje. Jakikolwiek niezdrowy i niewytłumaczalny wpływ miał na mnie, to się już skończyło, mogę spokojnie zignorować jego fałszywą troskę o odkryte zwłoki i jego ostatni zagadkowy list. Jedno i drugie było jedynie kolejnymi próbami zamącenia mi w głowie, coś, co robił z sukcesem przez trzydzieści lat, i czemu dla własnego zdrowia psychicznego muszę położyć kres. Nie mogę pozwolić, żeby Larry wpływał na mnie nawet zza grobu.

– Cześć, Florence.

Wzdrygam się. Głos jest wyraźny, jakby mówiąca osoba stała tuż obok, ale przecież jestem sama. Głos jest głosem młodej kobiety, tylko że w naszym domu poza mną nie ma innych kobiet.

Wychodzę spod daszku na deszcz i krótką żwirową ścieżką przechodzę do ogrodu. Jest w rozkwicie, jak wiele londyńskich ogrodów teraz, zieleń jest gęsta, wysoka. Mimo to nie mogę uwierzyć, że ktoś się w niej ukrywa.

– Halo?! – wołam. Nadal trzymam w dłoni żółty kwiatek.

W odpowiedzi słyszę piskliwy chichot dziecka.

W nocy budzę się z imieniem na ustach, którego nie wymawiałam od trzydziestu lat. Marigold McGowan.