Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 221 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Troska - Eve Ainsworth

Marty i Daisy udają przez całe życie. Marty udaje, że jego mama z dnia na dzień nie traci kontaktu z rzeczywistością. Daisy udaje, że jej rodzice nie wykańczają się, opiekując się jej nieuleczalnie chorym bratem. Oboje udają, że wszystko jest w porządku. Ale z udawaniem jest tak, że w pewnym momencie musi się skończyć. I co dalej?

Troska” jest mocnym spojrzeniem na życie dwójki młodych ludzi, którzy odnajdują się pomimo przeciwności losu.

Świetnie napisana historia przez  Eve Ainsworth - autorkę "Krzywdy. Historii moich blizn", "7 dni" oraz "Zadurzenia".

Opinie o ebooku Troska - Eve Ainsworth

Fragment ebooka Troska - Eve Ainsworth

Tytuł oryginału: TENDER. HOW MUCH WOULD YOU CARE?
Przetłumaczyła: MARTA MORTKA
Redaktor prowadzący: JUSTYNA JEDNORÓG
Redakcja: TERESA ZIELIŃSKA
Korekta: EMILIA GRZESZCZAK, JUSTYNA KOT, IZABELA ZADORA-ŁĄCZKOWSKA
Skład i łamanie: Studio 3 Kolory
Text copyright © Eve Ainsworth, 2018 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2018 All rights reserved
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-953-6
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51 e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Noaha,najdzielniejszego chłopca, jakiego znam.

MARTY

Niektórzy ludzie mają kłopot z tym, aby wstać rano z łóżka. To ludzie tacy jak moja mama. Mówią, że to najgorszy moment dnia. Dla nich chwila pobudki jest tą, w której wszystko staje się problemem. Nie są w stanie się poruszyć, czują się ciężcy jak z ołowiu. Nie potrafią wyjść z łóżka, nie chcą mierzyć się z kolejnym dniem. Chcą tylko spać.

Ale ja tego nie rozumiem. W ogóle.

Bo ja nie mogę znieść właśnie pójścia spać – leżenia na materacu i gapienia się w sufit noc po nocy. Patrzenia na ciemność. To mi przeszkadza, bo wtedy zaczyna się myślenie. A kiedy się zaczyna, nie potrafię tego powstrzymać.

Dajcie mi poranki. Dajcie mi światło.

Proszę, zabierzcie ciemność.

Mama nie wychodziła z łóżka przez cztery dni z rzędu, co było tragicznym rekordem. Chyba stanie na nogach stanowiło dla niej zbyt wielkie wyzwanie. Musiała znowu odpocząć. Musiała się odciąć. Drzwi do jej pokoju były lekko uchylone i gdy się wsłuchałem, dobiegał zza nich odgłos jej oddechu. Nic więcej. Kiedy wchodziłem do środka, leżała nieruchomo. Czasami coś mówiła, ale jej słowa zawsze brzmiały drętwo i monotonnie. Tego ranka poprosiła o filiżankę herbaty i grzanki. Nastąpiła lekka poprawa. Przynajmniej jadła.

Właśnie gotowałem, kiedy przyszły. Dobra, „gotowanie” jest prawdopodobnie naciąganym wyrażeniem, ale fasolka po bretońsku to jednak jedzenie, które wymaga gotowania, więc to się chyba liczy? Tym razem mieliśmy prawdziwy posiłek. Przynajmniej nie wyjadałem z miski suchych płatków. Musiałem przekonać mamę, żeby coś zjadła, nawet jeśli był to tylko kawałek grzanki. No więc gotowałem fasolkę, kiedy rozległo się uderzenie w drzwi: krótkie, ostre pukanie w szybkę, które wydawało się wstrząsać całym mieszkaniem. Nie zadzwonił dzwonek, bo zepsuł się wieki temu. Trochę się zmartwiłem, bo szyba nie jest najwytrzymalsza, a pukanie było dość mocne. Przede mną bulgotała fasolka, pomarańczowy sos gęstniał i barwił ścianki rondla. Powoli poruszałem drewnianą łyżką, zgniatając ziarna. Domyślałem się, kto puka. Chyba podświadomie się ich spodziewałem, chociaż zawsze miałem nadzieję, że znajdą sobie ważniejsze zajęcie. Sięgnąłem po telefon i napisałem wiadomość dla J. 

Kłopoty – wracaj do domu.

Oczywiście J. był poza domem. „Wyskoczę tylko do pubu – powiedział. – Na jednego”. Nie mogłem go winić. Dlaczego miałby niańczyć mnie przez cały czas? Nie jest za mnie odpowiedzialny.

Kolejne uderzenie, jeszcze silniejsze.

Poczułem skurcz w żołądku. Obudzić mamę czy zostawić ją w spokoju? Co było lepsze?

Prawdopodobnie ani jedno, ani drugie.

– Okej, już otwieram! – zawołałem.

Odsunąłem rondel i wyłączyłem gaz. Wyjąłem niemal-zbyt-suche-aby-były-jadalne kromki z tostera. Przeszedłem wąskim, ciemnym korytarzem i otworzyłem drzwi, by ujrzeć ich fałszywe wszystkowiedzące twarze.

Uśmiechnęły się do mnie dwie kobiety. Jedna była wysoka, miała rude włosy i dobraną kolorystycznie szminkę, druga niższa, z blond lokami spiętymi w niedbały kok. Ich usta wyglądały, jakby wyciśnięto na nich identyczne uśmiechy.

Wyższa kobieta lekko pochyliła się w moim kierunku.

– Martin? Martin Field?

– Marty – odpowiedziałem. – Po prostu Marty.

Mógłbym jej powiedzieć, że dostałem imię na cześć postaci z ulubionego filmu mojej mamy. Mógłbym jej powiedzieć, że mama ogląda Powrót do przyszłości co najmniej raz w tygodniu i dlatego znam wszystkie dialogi na pamięć. Mógłbym powiedzieć te wszystkie rzeczy, ale to byłoby bez sensu – przecież one uważały, że już nas znają.

– Przepraszam. – Jej uśmiech zrobił się szerszy. – Czy jest twoja mama? Albo twój ojczym... John?

John? Nie przyszłoby mi do głowy, by nazwać J. tym imieniem. Roześmiałby mi się w twarz.

– J.? On nie jest moim ojczymem. Jest chłopakiem mojej mamy i właśnie jest w drodze do domu.

„Mam nadzieję”.

– I jest twoim prawnym opiekunem.

– Tak.

„W każdym razie w tej chwili”.

Zastanawiałem się, czy to jest okazja, by im powiedzieć, żeby sobie poszły, żeby wróciły innym razem, żeby zostawiły nas w spokoju, ale usłyszałem trzask drzwi windy na parterze. A niech to, już za późno. Wrócił.

J. prawie podbiegł w naszym kierunku. Jego tyczkowate ciało poruszało się niezgrabnie, a długie ciemne włosy kołysały się rytmicznie i zasłaniały mu twarz. Odgarnął ręką kosmyk i odkaszlnął głośno. Mimo szczupłej sylwetki nie miał kondycji.

– Przepraszam, przepraszam. Coś mnie zatrzymało. Miałem spotkanie w sprawie potencjalnej pracy. – Odwrócił się do mnie i uśmiechnął się ironicznie.

„Pracy”. Jasne.

„Praca” J. to były dorywcze zajęcia na budowach. Większość czasu spędzał w pubie lub u bukmachera, gdzie roztrwaniał swoje tygodniówki.

– Nic się nie stało. Już pan jest. – Wysoka kobieta uśmiechnęła się do mnie. – Jestem Jenny, spotkaliśmy się wcześniej w szkole. A to moja stażystka Debbie.

Popatrzyłem na nią. Czy ona naprawdę myślała, że zapomnę? Kiedy wreszcie się zebrałem i poszedłem do szkoły, dwie pracownice społeczne ni stąd, ni zowąd pojawiły się i wyciągnęły mnie do pokoju spotkań. Mówiły, że chcą tylko „porozmawiać”, że się „martwią i niepokoją”. Ale to wszystko bzdury. Chciały tylko narobić nam kłopotów, wetknąć nos tam, gdzie nie trzeba. Prosiłem, żeby tu nie przychodziły. Mówiłem, żeby się nie przejmowały, ale wiedziałem, że nie posłuchają.

Blondynka uśmiechnęła się nerwowo. W odpowiedzi zmarszczyłem czoło. Właściwie nie wiem dlaczego. Ta cała uprzejmość zaczynała mnie wkurzać. Dlaczego nie mówiły tego, co naprawdę myślały? Nie lubiły nas. Dało się to wyczuć. Widać było, jak nas oceniają – ich wzrok wędrował po moich ubraniach: starych dresowych spodniach, brudnej koszulce i dziurawych skarpetach.

– Właśnie robiłem kolację – oznajmiłem. – Jeszcze nie jedliśmy.

– Nie zajmiemy dużo czasu – odparła Jenny swobodnie i oparła wielką teczkę na biodrze. – Muszę tylko porozmawiać z wami o paru sprawach. Zaplanować kilka rzeczy. Są kwestie, które trzeba uzgodnić, zanim...

– Jo kiepsko się dzisiaj czuje – powiedział J. szybko. – Odpoczywa teraz w łóżku. Opiekujemy się nią.

Jenny pokiwała głową.

– Tak, Marty nam mówił. Chcę tylko zamienić parę słów. To naprawdę nie potrwa długo.

Nie chciałem wpuszczać ich do środka. To by było najgorsze. Mogłyby zobaczyć totalny bajzel, w jakim żyjemy – mokre ciuchy na kaloryferach, kubki z ostatniego wieczoru wciąż stojące na podłodze, moje pudełko najnowszych znalezisk wetknięte w kąt, kontrolery do Xboxa porzucone tam, gdzie wczoraj graliśmy do późna w nocy. Trochę posprzątałem. Podniosłem puszki po piwie J. i wyrzuciłem pudełka po pizzy, ale wciąż śmierdziało starymi skarpetami. Był to ciężki zapach, który wciskał się w gardło, tak że chciało się zakasłać. Zauważałem to tylko wtedy, gdy wracałem do mieszkania. To był chaos. Nasz chaos. Ja się do niego przyzwyczaiłem, ale wiedziałem, że innym ludziom przeszkadza.

Oczywiście kiedy mama dobrze się czuła, było lepiej, ale kiedy chorowała, wszystko się sypało. Tak było raz za razem. Ale w końcu się ogarniemy. Zawsze to robiliśmy, tutaj tak to działało.

Jenny i Debbie przysiadły na krawędzi kanapy. To było aż komiczne – wyglądały, jakby mogły w każdej chwili spaść. J. wycofał się do sypialni. Słyszałem, jak cicho mówi coś do mamy, a potem dobiegł jej głośny protest. Nie chciała wstawać. Ale wstanie. Musi.

– Nie mamy pcheł – powiedziałem, wpatrując się w kobiety i rzucając im wyzwanie, aby rozsiadły się porządnie na kanapie.

Zauważyłem, że Debbie przygląda się starej poduszce tak, jakby nie do końca mi uwierzyła. Potarła oparcie od kanapy.

– Nie... Nie, oczywiście, że nie – powiedziała. Ale nie zmieniła pozycji.

J. wszedł z powrotem do pokoju i się zaśmiał.

– Trochę tu bałagan, ale czego się spodziewać po dwóch facetach? Ja byłem zajęty, a Marty jest w szkole. Trzeba, by Jo stanęła na nogi. Ona uwielbia sprzątać, ta nasza Jo.

– Nie jestem tu, aby was osądzać – powiedziała ostrożnie Jenny. – Ale od jak dawna Jo jest chora?

Widziałem, że J. się waha.

– Niedługo. Coś ją dręczy, to wszystko. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

– Niczego takiego nie powiedziałam. Po prostu byłam zaniepokojona.

„Kłamczucha”.

Najpierw usłyszeliśmy szuranie nogami, a potem kaszel. Mama wślizgnęła się do pokoju. Wyglądała okropnie – szlafrok naciągnęła ciasno na szczupłe ciało, a gęste potargane włosy spięła z tyłu w luźny kucyk. Wyglądała, jakby nie spała od tygodni.

– Dlaczego tu jesteście? Nie potrzebuję was – wychrypiała oskarżającym tonem. – Potrzebuję odpoczynku. Spokoju. Nie chcę, żeby tacy jak wy przychodzili do mojego mieszkania.

– Czy odebrała pani moje wiadomości, Jo? Wie pani, kim jesteśmy?

– Mam wyłączony telefon. Tak jak powiedziałam, muszę odpocząć.

Mama usadowiła się na poręczy kanapy i zaczęła pocierać skórę na przedramieniu.

– Ale tak, wiem, kim jesteście. Cholerni socjalni, macie to wypisane na twarzach. O co chodzi? Nie potrzebujemy żadnej pomocy. Nie prosiłam o to.

Jenny przejrzała papiery, westchnęła lekko i zajęła miejsce na kanapie. Najwyraźniej zapomniała o pchłach.

– Mieliśmy... telefony. Anonimowe, ale ludzie zgłaszali, że słychać tu krzyki. Kłótnie. Mówili, że wydaje się pani roztrzęsiona...

Mama wzruszyła ramionami.

– Prawdopodobnie kłóciłam się z J. Mamy burzliwy związek, to wszystko.

– Ale dobrze nam się układa, prawda, kochanie? – powiedział J. Zbyt głośno.

„Wyluzuj, kolego. Jeśli będziesz wciąż tak się szczerzył, pomyślą, że chcesz coś ukryć”.

– ...i niepokoi nas szkoła Marty’ego. Jego zachowanie i...

„I tutaj zaczyna się wścibstwo”.

– Marty dobrze sobie radzi w szkole. Ciągle o niej mówi – odparła mama, przesyłając mi zaniepokojone spojrzenie.

Jenny spojrzała na mamę, potem na mnie.

– Myśli pani, że Marty chodzi do szkoły?

Zaczęła szperać w dokumentach, po czym wyciągnęła kartkę papieru i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w to, co było na niej napisane. Czułem napięcie w całym ciele. Chciałem wyjść z pokoju. Nie. Chciałem stąd wybiec.

– Nie chodziłeś do szkoły, prawda, Marty? – powiedziała w końcu Jenny, patrząc na mnie. Było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

Nie odpowiedziałem.

J. stanął przede mną z miną wyrażającą szok i zniesmaczenie.

– Co? Gdzie w takim razie się podziewałeś?

Był kiepskim aktorem.

Wzruszyłem ramionami.

– Chodzenie do szkoły jest bez sensu.

– Marty, obecnie masz sześćdziesiąt dwa procent obecności. To znacznie poniżej tego, ile powinno być. Musimy zobaczyć poprawę. Jesteś bystrym i zdolnym uczniem. Powinieneś sobie dobrze radzić.

Patrzyłem na nią. Skąd może to wiedzieć?

– Musisz przestać wagarować – powiedziała mama, ale niezbyt przekonująco. Prawie się roześmiała. – Nie chcesz chyba skończyć tak jak ja, prawda?

Słuszna uwaga.

– Nienawidzę szkoły – powiedziałem. – To strata czasu.

– Czy myślisz, że twoja mama powinna słuchać takich rzeczy? Jeśli nie czuje się teraz dobrze, to nie potrzebuje dodatkowych zmartwień. Musi widzieć, że dobrze sobie radzisz. Nie powinna się także przejmować twoim wagarowaniem. Wiesz, że może zostać za to ukarana finansowo.

„Ukarana?”. Tak jakby szkołę to obchodziło. Prawdopodobnie cieszą się, że nie muszą mnie oglądać.

– Proszę mi nie mówić, czego potrzebuje moja mama – odparłem. – Ja wiem, czego jej potrzeba.

– Czego? – Jenny patrzyła prosto na mnie szeroko otwartymi oczami. – Czego jej potrzeba?

– Mnie. To wszystko. Nie chcemy, żebyście wtykali tu swoje nosy! – Czułem, jak narasta we mnie złość. – Nie jestem nieudacznikiem. Mam plany na przyszłość. Mama je zna. Wierzy we mnie. Uważa, że świetnie sobie poradzę, jeśli się postaram.

Jenny westchnęła i wcisnęła kartkę papieru z powrotem do teczki.

– Rozumiem. Naprawdę. Ale nie jesteśmy twoimi wrogami, Marty. Jesteśmy po to, żeby pomóc. Wam wszystkim. Rozumiemy, że czasem może być wam ciężko, zwłaszcza po śmierci twojego taty.

Wróciłem do wpatrywania się w nie. Teraz miałem tego naprawdę dosyć.

„Tylko nie wracaj do tego tematu... Nie rób tego”.

J. prychnął.

– Chcecie pomóc? To znajdźcie mi porządną pracę.

– Chcę, żebyś pozwolił nam sobie pomóc – powiedziała Jenny, wciąż patrząc prosto na mnie.

Potrząsnąłem głową.

– Nie potrzebuję niczyjej pomocy.

Później siedziałem w swoim pokoju, trzymając w rękach głupią broszurę i parszywą wizytówkę Jenny. Nie wiem, dlaczego nie podarłem tego na ich oczach. Obie pracownice społeczne wciąż rozmawiały z mamą w innym pomieszczeniu. Chciałem, żeby zostawiły ją w spokoju. Była zmęczona. Nie potrzebowała dodatkowego stresu.

J. stał w drzwiach, opierając się leniwie o framugę. Palił papierosa, co było przesadą. Mama nie znosiła palenia, ale nie miałem siły, żeby go powstrzymać.

– Musisz zrobić to, co ci każą – powiedział. – To jedyny sposób, żeby się ich pozbyć.

– Co, iść do szkoły? – Poczułem skurcz żołądka. – Nie ma mowy.

– Ta Jenny ma rację. Twoja mama musi być o to spokojna. Musimy zrobić, co się da, żeby zachować... Cóż, normalność. – Zaciągnął się i wypuścił dym do mojego pokoju. – Szczerze mówiąc, nie chcę, żeby te kobiety się tu kręciły. Wiesz, że teraz pracuję za gotówkę. Mogą próbować obciąć moje zyski.

– Czyli chodzi tylko o ciebie...

– Wcale nie! Ale jeśli będę zarabiał mniej, wpłynie to na nas wszystkich, co nie? Pomyśl: niepotrzebne nam takie interwencje i tyle. Ludzie wpychają się tam, gdzie nikt ich nie chce.

Westchnąłem.

– Jasne.

– Dobry chłopak.

– A to? – Zamachałem mu przed twarzą broszurą. – W jaki sposób to ma jej pomóc?

J. wzruszył ramionami.

– Niee. To ma pomóc tobie, kolego.

Spojrzałem w dół na duże napisy i ckliwe twarze uśmiechające się do mnie.

MŁODZI OPIEKUNOWIE

SPOTKANIE, ROZMOWA, RELAKS

„Poważnie?”.

– Idź na jedno spotkanie. Zobacz, jak tam jest. Niech pomyślą, że jesteś pozytywnie nastawiony.

Mam siedzieć w kółku z bandą żałosnych nieudaczników narzekających na swoje życie? Patrzeć, jak załamują ręce i opowiadają o swoich nieszczęściach? Chyba bym się porzygał. Ale myśl o miesiącach z socjalnymi, którzy węszą wokół nas, zmroziła mi krew.

Mimo to potrząsnąłem głową.

– Powiedz im, żeby sobie to wsadziły – powiedziałem do J. 

Odwróciłem się od niego, lecz usłyszałem westchnienie, kiedy wychodził z pokoju.

„Ale on jest żałosny”.

Jednak w dziwny sposób lubiłem mieć go blisko. Lepsze to niż nic i dzięki niemu nie byłem z mamą sam. Ale nie ma mowy, żebym poszedł na jakieś głupie spotkanie.

Potrafię poradzić sobie ze wszystkim na swój sposób.

Zawsze tak robiłem.

DAISY

Salon wyglądał idealnie. Kanapę okrywała narzuta, a poduszki poukładano tak, aby było nam jak najwygodniej. Światła przygaszono, zasłony zaciągnięto. Na stole były wielka miska popcornu, słodycze i chipsy. W kącie migotał dziecięcy monitor.

– Mamo, to niesamowite – powiedziałam.

Uśmiechnęła się.

– Tak myślisz? Naszykowałam wystarczająco dużo? Na później mam jeszcze pizzę, jeśli będziesz głodna.

Tata wyszedł wcześniej na swój comiesięczny „męski wieczór”, więc to był nasz czas – tylko jej i mój. Zawsze czekałam na to z niecierpliwością. Rzadko przeżywamy takie chwile.

– To co oglądamy?

– Ty zdecyduj. – Mama uniosła pilota, żeby włączyć Netfliksa. – Tutaj powinno być coś ciekawego... Albo możemy obejrzeć jakiś stary ulubiony film.

– Ulubiony? – zachichotałam, sięgając po garść popcornu. – Czyli kolejny z Adamem Sandlerem...

– Co? – Mama spojrzała na mnie z udawanym zdziwieniem. – Nie wiem, o co ci chodzi. On jest świetnym aktorem.

– Jesteś nim totalnie zauroczona, o to mi chodzi.

– Nieprawda! – Jej policzki się zaczerwieniły, ale uśmiech pozostał. Wyglądała tak młodo, kiedy się uśmiechała. – On mnie tylko rozśmiesza. To znaczy chyba jest przystojny na swój dziwaczny sposób. Lubię nietuzinkowych mężczyzn.

Przytuliłam się do niej.

– Wiem.

Mój tata też był nietuzinkowy. Fryzura na Mohikanina, tatuaże i kolczyki w uszach. Kiedy oboje byli młodzi, wyglądali odjazdowo. Widziałam zdjęcia – mama w krótkich blond włosach i tata górujący nad nią w motocyklowych skórach. To dziwne, że w ogóle ich nie przypominam. Byłam pulchna, miałam rude włosy i nosiłam okulary. Jakbym należała do zupełnie innej rodziny.

– Jak miło – powiedziałam, opierając się na szczupłym ciele mamy i wdychając jej słodki zapach.

– Tak – pogładziła moje włosy. – Jak tam Martha? Pogodziłyście się?

– Taaak, jest w porządku.

– Nadal jest zakochana w tym chłopaku z waszej klasy?

– Martha jest zawsze zakochana w jakimś nieudaczniku – westchnęłam. – Ale szkoła jest nudna, jak zwykle.

– A u ciebie wszystko dobrze?

Poczułam napięcie. Rzeczywiście musiałam porozmawiać i pozbyć się części ciężaru, który nosiłam. Wtuliłam się mocniej w bok jej ciała i westchnęłam.

– Właściwie to nie. Ja...

Poczułam, jak ciało mamy sztywnieje, po czym usiadła i odsunęła mnie lekko. Nie patrzyła już na telewizor, zamiast tego wpatrywała się w dziecięcy monitor, wyczekując małych niebieskich światełek, które migotały w górę i w dół.

Światełka przestały się przesuwać.

Mama podskoczyła.

– Przepraszam, Daisy – powiedziała. – Muszę sprawdzić, co z Harrym.

Odwróciłam się do telewizora i zaczęłam sama oglądać film.

Trzymałam go za rękę, kiedy umarł po raz pierwszy.

Był malutkim dzieckiem, z rączkami jak muszelki, tak różowymi, że niemal przezroczystymi. Nie był jeszcze z nami długo, urodził się miesiąc za wcześnie i został zatrzymany w szpitalu z powodu niskiej wagi. To podczas mojej pierwszej wizyty wszystko zaczęło się walić. Nagle odgłosy, które wydawał w moich ramionach, zaczęły odbiegać od normy. Pamiętam, jak mama w rogu pokoju krzyczała rozpaczliwie na pielęgniarkę.

Nigdy o tym nikomu nie mówiłam, ale wiedziałam. Wiedziałam, że coś się zmieniło, kiedy trzymałam go w ramionach. Jego ciało zrobiło się wiotkie, a wzrok przestał być skupiony na mnie.

Pielęgniarka wyrwała mi go z rąk, a mama wykrzykiwała słowa, które nie miały sensu.

– Ostrożnie... On jest taki mały... Ona miała go tylko chwilę... Nic nie zrobiła!

Nic nie powiedziałam, ale czułam się fatalnie, bo myślałam, że biorąc mojego małego brata po raz pierwszy na ręce, wyrządziłam mu krzywdę. Oczywiście potem dowiedziałam się, że to nie tak.

Formalnie Harry umarł, ale lekarze z St Andrews go uratowali. I rzeczywiście zdarzyło się to w chwili, gdy trzymałam go pierwszy raz, ale nie miało nic wspólnego ze mną. Byłam tylko dziewięcioletnią dziewczynką w środku wielkiego zamieszania. Mama powiedziała, że zawsze wiedziała, że Harry jest słaby, że czuła to, kiedy rósł w jej brzuchu. Opowiadała, że mówiła do niego i głaskała mocno brzuch, jakby chciała wpłynąć na niego, by rósł zdrowo. Badania niczego nie wykazały, więc pozostał jej instynkt, przeczucie, które nosiła w sobie długi czas. A kiedy się urodził, z twarzy mamy ani na moment nie schodziła zatroskana mina. Tata powiedział mi, że jest zmęczona. On traktował to wszystko ze spokojem. Harry urodził się trochę za wcześnie i był mniejszy niż inne dzieci. Mama oczywiście chciała go chronić. Zakładaliśmy, że sytuacja się poprawi. Że Harry nabierze sił, a mama się uspokoi.

Byliśmy w błędzie.

Wszystko pogorszyło się bardziej niż sobie wyobrażaliśmy.

Kiedy pierwszy raz serce Harry’ego przestało bić, czułam się, jakby umarła także część mnie. Może brzmi to dziwnie, ale przysięgam, że to prawda. Nawet teraz, kiedy na niego patrzę, czuję tamten strach. Nie przestaję się martwić, że to się powtórzy. Cały czas czekam na kolejną sytuację, kiedy jego ciało go zawiedzie.

Bardzo długo nie wiedziałam, co dolega mojemu bratu. Wiedziałam tylko, że jest chory. Wyobrażałam sobie, że będziemy mieli w domu dziecko, które gaworzy w łóżeczku, że będą tam też moi rodzice i wszystko będzie normalne i bezpieczne. Zamiast tego mieszkałam u babci, podczas gdy moi rodzice jeździli tam i z powrotem do szpitala. Za każdym razem, gdy ich widziałam, wyglądali inaczej niż zwykle. Byli cisi i zestresowani. Rozmawiali przyciszonymi głosami, tak żebym ich nie słyszała, i nie nawiązywali ze mną kontaktu wzrokowego. Nagle poczułam się odłączona, jakbym nie była częścią ich świata.

Powiedzieli mi tylko, że Harry ma kłopoty z oddychaniem. Ciągle łapał infekcje i nikt nie wiedział dlaczego, ale „niepokojono się o jego krew”. Ostatnia sprawa martwiła mnie najbardziej. Jego krew? Co mogło być nie tak z jego krwią? Serce mnie bolało, kiedy wizualizowałam sobie, jak pobierają krew z jego małych ramionek czy nóżek. Sądzę, że moja mama także to czuła, bo wydawała się kurczyć na moich oczach, robiła się coraz bardziej blada, szczuplejsza, mniejsza. To było tak, jakby z niej także wysysali krew. Po miesiącach tej dziwnej egzystencji mama posadziła mnie przed sobą.

– Chyba wiemy, co dolega Harry’emu – powiedziała łamiącym się głosem. – Wiemy, co jest nie tak.

Spojrzałam na jej twarz, łagodną i piękną. Mogłam niemal prześledzić linie, po których spływały jej łzy. Jej oczy były wówczas nieustannie zaczerwienione.

– Harry ma dystrofię mięśniową. Lekarze uważają, że to szczególny rodzaj schorzenia zwany chorobą Duchenne’a.

– Co to jest? Czy on wyzdrowieje?

Mama nabrała powietrza. Widziałam, jak porusza językiem w ustach, jakby szukając odpowiednich słów.

– Nie. Ta choroba postępuje, Daisy. To znaczy, że jego mięśnie będą coraz słabsze. Prawdopodobnie będzie potrzebował później wózka inwalidzkiego i leczenia wspomagającego serce. Jego serce to także mięsień... więc z czasem także stanie się słabsze.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie. Jeszcze nie. – Głos mamy drżał. – Spróbuj pomyśleć o jego mięśniach jak o witrażu w starym kościele. Witraż ma czarną ramę wokół, która go chroni i trzyma na miejscu. Z mięśniami jest tak samo. Potrzebują czegoś, co będzie je przytrzymywało i zapobiegało męczeniu się i zużywaniu.

– A mięśnie Harry’ego są inne?

– Mięśnie Harry’ego są jak witraż bez żadnego podtrzymania. On jest bardzo, bardzo wrażliwy.

– Czy on... – Znowu pomyślałam o momencie, kiedy trzymałam jego małe ciało. O świadomości, że przestał oddychać w moich ramionach.

O mój Boże... To stanie się znowu. Mój brat znowu umrze.

Uświadomiłam sobie, że mama trzyma moją rękę i ściska ją mocno. Łzy szybko płynęły po jej twarzy.

– Musimy sprawić, aby jego życie było tak cudowne, jak to tylko możliwe – powiedziała. – Powiedzieli nam, żeby kochać go tak mocno, jak się da, i cieszyć się każdym dniem.

Dopóki nie przyciągnęła mnie do siebie, nie zdawałam sobie sprawy, że ja także płaczę.

Monitor dziecięcy znowu zamigotał i usłyszałam ciche mruczenie Harry’ego, a potem lekki kaszel. Dość często przestawał oddychać w nocy i zwykle udawało mu się samemu obudzić, ale mama nie miała pewności, więc musiała sprawdzać. Jak długo ona w ogóle spała, skoro spędzała czas na obserwowaniu i wyczekiwaniu? Na zamartwianiu się, że może tej nocy ciało synka znowu zapomni, żeby oddychać? To było tak, jakby wciąż był malutkim dzieckiem. Te czasy już minęły, miał teraz pięć lat. Ale wciąż był słaby jak noworodek.

Zeszła na dół. Jej oczy były czerwone, a usta przygryzione.

– Trochę pokasłuje – powiedziała. – Złapał kolejne przeziębienie, pewnie ze szkoły. Teraz krąży zbyt wiele zarazków.

– Chcesz, żebym zadzwoniła do taty?

– Nie, jeszcze nie. Niech się cieszy spokojnym wieczorem.

Usiadła, wzięła do ręki monitor i przytuliła go do siebie.

– Będzie dobrze – powiedziała. – Muszę tylko pilnować monitora. Wciąż możemy coś obejrzeć.

Włączyłam z powrotem telewizor i spróbowałam umościć się przy ciele mamy, teraz ciężkim i napiętym. Dopiero po prawie dwudziestu minutach zauważyła, jaki leci film. Jej wzrok był skoncentrowany na niebieskich światełkach monitora. Od tamtej chwili mój także.

MARTY

Mama wróciła do łóżka. Tym razem za zamkniętymi drzwiami.

– W drodze powrotnej kupię jej jakieś kwiatki – powiedział J. – Poprawi jej to nastrój. Zobaczy, że nam zależy.

Patrzyłem na niego, zastanawiając się, czy nie robi sobie żartów. Zaburczało mi w brzuchu i nie byłem pewny, czy to z głodu, czy na skutek myśli o przyszłości. Dziwne było to uczucie – myśl, że bardzo chcę, żeby mama wyzdrowiała i znowu stanęła na nogi, ale także świadomość tego, że spowoduje to inne problemy.

– Idziesz do szkoły, tak? – zapytał J., szturchając moją torbę brudnym palcem. – To znaczy powiedziałeś socjalnym, że pójdziesz, więc najlepiej byłoby wziąć się w garść. Będą sprawdzać. Wrócą tu w przyszłym tygodniu.

– Idę. Mówiłem ci.

Podszedłem do lodówki i otworzyłem ją.

– Potrzebujemy trochę jedzenia. Gdybyśmy ugotowali coś dobrego dla mamy, może by jej to pomogło.

– Dobra, załatwię to.

– Tylko nie same frytki. Wścieknie się.

– Powiedziałem, że to załatwię – powtórzył J. trochę głośniej. – Ktoś jest mi winien pieniądze. Później przywiozę jakieś rzeczy.

– A w tym czasie co będę jadł? Keczup?

Westchnął.

– Czy ty czasem przestajesz marudzić? Proszę... – przeszukał kieszeń – ...masz tu parę funtów, kup sobie coś po drodze.

– Dzięki, J. 

Spojrzał na mnie. Miał błyszczące oczy i włosy związane w kucyk.

– Widzisz? Troszczymy się o siebie, prawda? Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie doskonale.

Wyszedłem z pokoju, czując, że robi mi się niedobrze. Kiedy przechodziłem obok sypialni mamy, pomyślałem o niej, jak leży w łóżku i wpatruje się w sufit. O czym ona tam myślała dzień po dniu? Może w ogóle nie myślała? Może była jak zepsuty komputer, któremu wyskoczył niebieski ekran i czeka, aż zostanie zrestartowany? Czułem, że mógłbym zwymiotować na progu.

Jak, do diabła, wszystko miało być doskonale?

Czy to kiedykolwiek będzie możliwe?

Tak wolno, jak tylko mogłem, poszedłem do St David’s. Szkoła naprawdę nie jest miejscem, do którego należałoby się spieszyć, chyba że jesteś frajerem. Po drodze wpadłem do kiosku po napój energetyczny, dzięki któremu, jak sądziłem, dotrwam do obiadu. Mieli także tanie czekolady, bo niedługo kończył im się termin przydatności do spożycia, ale nie przejmowałem się tym. Wziąłem jedną i poczułem się winny, gdy przechodziłem obok półek z puszkami ulubionych cukierków mamy.

Kiedy indziej. Kiedy indziej ją poczęstuję.

Był ponury, mglisto-deszczowy dzień. Moja kurtka zrobiła się ciężka i gruba, ale wydawała się przepuszczać wilgoć i wkrótce zaczęła przylegać mi do ciała. Miała zatęchły zapach, który tylko się pogarszał – moje ubrania nigdy nie pachniały ładnie, prawdopodobnie dlatego, że w naszym beznadziejnym, wilgotnym mieszkaniu nigdy nie mogły być odpowiednio wysuszone. Kogo stać, aby cały dzień ogrzewać pomieszczenia? Wiedziałem też, że mój mundurek robi się zbyt mały, ale jaki sens miało kupowanie nowych rzeczy, skoro wkrótce mnie tu nie będzie?

Przez chwilę moje myśli krążyły wokół taty. Uciekł, a jakże. Ale nie w dobrym znaczeniu. Mama zaczęła się zmieniać, odkąd nas zostawił, a minęły już trzy lata od jego śmierci. Gdyby nadal żył, wszystko byłoby w porządku. Dalibyśmy sobie radę. Teraz zależy to już tylko ode mnie.

Zbyt szybko wepchnąłem sobie czekoladę do ust, a potem zatrzymałem się, żeby zmyć ją słodkim pomarańczowym napojem. Kątem oka zobaczyłem grupę dziewczyn z Greenfields, które nigdy nie przestawały chichotać i pokrzykiwać. To były te mądre dzieciaki, elita. Kiedyś sam do nich należałem, co teraz wydaje mi się warte śmiechu. Wysoka blondynka spojrzała na mnie i przyłapała mnie na wpatrywaniu się.

– Ty! Młody, na co się gapisz?

Zachichotały jeszcze głośniej.

– Popraw sobie spodnie, chłoptasiu! – krzyknęła jedna i wszystkie wybuchły śmiechem.

Spojrzałem na materiał łopoczący tuż nad moją kostką. Czemu miałbym się przejmować jakimś ohydnym mundurkiem? On nic o mnie nie mówił, zupełnie nic. Idiotki osądzają mnie, bo same mają doskonałe życie. Kto dał im prawo, aby patrzeć na mnie w ten sposób?

Pokazałem im środkowy palec i pozwoliłem sobie na wiązankę zwyczajowych przekleństw. Wiedziałem, że moja twarz brzydła i z każdym słowem stawała się coraz bardziej wykrzywiona, ale wcale mnie to nie obchodziło. Zresztą poczułem się lepiej, krzycząc na nie.

– Cholerny świr – mruknęła któraś, a kiedy odchodziły, odprowadziłem je groźnym spojrzeniem.