Trollhunters. Łowcy trolli - Guillermo del Toro, Daniel Kraus - ebook
Opis

Jim Sturges jest typowym nastolatkiem z przedmieść San Bernardino. Ma żenująco opiekuńczego ojca oraz najlepszego kumpla imieniem Tubby, z którym łączy go nienawiść do wszelkiej udręki (na przykład do lekcji WF). Na dodatek podkochuje się w dziewczynie, która nawet nie wie o jego istnieniu. Jednak wszystko zmienia się, kiedy tajemnica sprzed lat powraca, zagrażając każdemu w tym pozornie sennym miasteczku. Wkrótce Jim dołącza do grupy niezwykłych (i trochę nieludzkich) bohaterów, by podjąć walkę z potworami, o których istnieniu nie miał pojęcia.

W wyobraźni dwóch geniuszy horroru, Guillermo del Toro i Daniela Krausa, zrodziła się ilustrowana powieść o grozie, która czai się w niewidocznych kryjówkach, idealna dla nastoletnich czytelników i fanów Labiryntu fauna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

Trollhunters

Copyright © 2015 Stygian LLC. All rights reserved.

Jacket: E.M. Gist

Design: Jet Purdie

Illustrations: Sean Murray

Copyright © for the Polish translation by Piotr W. Cholewa, 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2015

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska Od A do Z / oda-doz.com.pl

Redakcja

Katarzyna Kolowca-Chmura

Korekta

Teresa Zielińska

Opracowanie graficzne okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN 978-83-64297-66-3

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

Virtualo Sp. z o.o.

Moim dzieciom oraz chwilom marzeń i nadziei.

Oby wystarczyły nam na dłużej.

G.d.T.

Craigowi Ouellette

D.K.

Nazywają mnie Trollem,

Przeżuwającym Księżyc,

Olbrzymem z Uderzeń Huraganu,

Klątwą deszczowych hal,

Towarzyszem Sybilli,

Wiedźmą grasującą wśród nocy,

Połykającą bochen niebios.

Czymże jest Troll, jeśli nie tym?

Bragi Boddason Stary, poeta z IX wieku

Jesteś jedzeniem. Mięśnie, które napinasz, by chodzić, podnosić, mówić? To płaty mięsa pokryte twardszymi ścięgnami. Skóra, której tyle uwagi poświęcasz przed lustrem? To dla wyrobionego podniebienia smakowita zapiekanka o mięsnym smaku. A kości, które dają ci siłę do przemierzania świata? Grzechoczą między zębami, kiedy wysysany szpik ścieka do zaślinionych gardeł. Ta wiedza jest nieprzyjemna, ale użyteczna. Istnieją bowiem stwory, które nie kulą się w jamach, by dać się nam złapać i upiec nad naszymi ogniskami. Mają swoje sposoby chwytania zdobyczy, swoje ognie, swoje apetyty.

Jack Sturges i jego młodszy brat Jim nie mieli o tym pojęcia, kiedy pędzili na rowerach suchym korytem kanału w rodzinnym mieście San Bernardino, w Kalifornii. Był 21 września 1969 roku, piękny dzień minionej epoki – zmierzchające światło dnia przelewało się nad Mount Sloughnisse na wschodnią część miasta. Chłopcy słyszeli brzęczenie kosiarek do trawy w pobliskich uliczkach, czuli zapach chloru z basenu, smakowali dym przypiekanych hamburgerów z czyjegoś ogródkowego grilla.

Wysokie ściany kanału ukrywały ich i gwarantowały perfekcyjną osłonę dla ich strzelaniny. Tego popołudnia, jak zwykle, mierzyli się Victor Power (Jack) z Doctorem X (Jim). Chłopcy okrążali stosy gruzu, by strzelać do siebie z plastikowych blasterów. Victor Power wygrywał jak zwykle, choć tym razem zdecydowanie, dzięki nowemu rowerowi: wiśniowemu sportcrestowi tak nowemu, że jeszcze z przyczepionymi tu i tam urodzinowymi wstążkami. Jack skończył tego dnia trzynaście lat, ale prowadził swój prezent, jakby jeździł na rowerze przez całe życie. Wchodził w samobójcze wiraże przez gęste zielsko, czasem puszczając kierownicę, żeby oddać szczególnie dobry strzał.

– Nigdy nie dostaniesz mnie żywego! – krzyknął Victor Power.

– Dostanę! – wysapał Doctor X. – Za chwilę… czekaj… hej, Jack, zaczekaj!

Jim – albo Jimbo, jak nazywał go brat – pchnął grube szkła okularów, pękniętych, ale sklejonych plastrem, w górę spoconego nosa. Miał osiem lat i był drobny jak na swój wiek. Co gorsza, jego odrapany żółty schwinn nie tylko nie dorównywał sportcrestowi, ale był tak wielki, że chłopiec musiał nadal używać dodatkowych bocznych kółek. Tato przyrzekł Jimowi, że dorośnie do roweru, a Jim wciąż czekał, aż to nastąpi. Tymczasem musiał stawać na pedałach, żeby naprawdę się rozpędzić, co bardzo utrudniało celne strzały z blastera. Doctor X był skazany na porażkę.

Sportcrest przebił się przez kupkę śmieci. Jim wjechał w nią chwilę później z piskiem bocznych kółek, ale kiedy zobaczył zgnieciony karton po mleku, skręcił, by go wyminąć. Na boku pudełka wydrukowano uśmiechniętą twarz małej dziewczynki i słowa: ZAGINĘŁO DZIECKO. Ten obraz przyprawił Jima o dreszcze. W ten sposób informowano o poszukiwaniach zaginionych dzieci, a było ich wiele.

Rok temu zniknęło pierwsze. San Bernardino zorganizowało grupy poszukiwawcze i zespoły ratownicze. Potem coś się stało z następnym. I następnym. Przez pewien czas miasteczko usiłowało szukać każdego z nich. Ale już wkrótce jakieś dziecko znikało co drugi dzień i dorośli nie nadążali. Dla Jima najbardziej przerażające było, kiedy widział rezygnację na twarzach rodziców, którzy nie spali po nocach. Poddali się temu złu, które zabierało im dzieci, i kiedy rankiem przy śniadaniu nalewali mleka, starali się ignorować twarze na bocznych ściankach kartonów, pod strasznymi słowami:

CZY KTOŚ MNIE WIDZIAŁ?

Kiedy Jim ostatnio o tym słyszał, zaginionych dzieci było sto dziewięćdziesięcioro. Ta liczba wydawała się całkiem abstrakcyjna, ale wszędzie widział dowody: wyższe ogrodzenie dookoła szkoły, większe grupy rodziców patrolujące place zabaw, ostrzejsze traktowanie przez policję dzieci przebywających na ulicach po zmroku. Tylko wyjątkowo Jim i Jack dostali pozwolenie, by wyjść na rowery tak blisko wieczoru – były urodziny Jacka i rodzice nie potrafili odmówić.

Jack nie marnował ani chwili i natychmiast udoskonalił nowy rower: zabrał swoje radio tranzystorowe i drutem przymocował je do błyszczącej czerwonej kierownicy. Potem nastawił je jak najgłośniej i całe popołudnie toczyło się w rytm najbardziej energetycznych piosenek tego czasu: Sugar, Sugar, Hot Fun in the Summertime, Proud Mary. Trudno sobie wyobrazić, że mogłyby tworzyć odpowiednie tło muzyczne dla laserowych serii Victora Powera i Doctora X, ale okazały się idealne. O ile tylko Jim nie zaczynał myśleć o tych kartonach po mleku, były to najszczęśliwsze godziny jego życia.

Z przodu, na rowerze Jacka, radio zaczęło grać nową piosenkę, What’s Your Name Dona i Juana. Piosenka była miłosna i nie należała do Jima ulubionych, ale z jakiegoś powodu melancholijne głosy przechwytywały nastrój mijającego dnia. Słońce opadało szybko, nazajutrz znów zaczynała się szkoła, i te ostatnie pół mili jazdy mogło się okazać pożegnalnym rozbłyskiem lata, zanim jesienne lekcje zdmuchną je jak świecę.

Mrużąc oczy, Jim spojrzał pod słońce. Dostrzegał brata pedałującego tak szybko, że ptaki odfruwały mu z drogi, by nie wylądować, dopóki nie odlecą na zimę w stronę południa. Jack pokrzykiwał z radości, a zeschłe liście tańczyły w podmuchu pędzącego sportcresta. Za kilka sekund miał przejechać pod Holland Transit Bridge, monolitem z betonu i stali. Kilka samochodów przejeżdżało po nim w górze, ale poniżej zalegały cienie tak głębokie i ciemne, że aż oczy bolały.

Jim musiał dogonić brata. Kiedy wrócą do domu, chciał, by zjawili się tam jako równi, jako Jack i Jim Sturgesowie, zamiast wiecznego zwycięzcy i przegranego, Victora Powera i Doctora X. Stanął na pedałach i naciskał je z całej siły. Boczne kółka protestowały – PIIP, PIIP, PIIP! – ale przebierał nogami, pragnąc, by stały się dłuższe i silniejsze.

A kiedy spojrzał znowu, Jacka nie było.

Jim widział leżący pod mostem sportcrest oświetlony zachodzącym słońcem, z wygiętą kierownicą i wciąż obracającym się przednim kołem. Zbliżał się szybko i Jim gwałtownie zahamował, a jego schwinn zatrzymał się z poślizgiem o metr od cienia mostu. Chłopiec usiadł na rurce i sapał, wypatrując brata w najczarniejszych zakątkach.

– Jack!

Przednie koło sportcresta wirowało, jakby duch chłopca nadal pedałował.

– Wyłaź, Jack! Nie wygłupiaj się! Nie przestraszysz mnie.

Odpowiedzieli mu tylko Don i Juan. Echa zmieniały słodką melodię w groźne zawodzenie.

Stałem na rogu / i czekałem na ciebie, / a moje serce czuło / rado-o-o-ość…

Z głuchymi stuknięciami jedna po drugiej zapalały się latarnie obok Jima, wypełniając kanał żółtym sodowym lśnieniem. A to znaczyło, że zapada noc i nie ma już czasu na żarty.

– Jeśli zaraz nie wrócimy do domu, tato uziemi nas na parę tygodni! Jack?!

Jim przełknął ślinę, mocniej ścisnął w spoconej dłoni swój miotacz i poprowadził rower naprzód, aż znalazł się w mroku pod mostem. Było tu o dziesięć stopni chłodniej i chłopiec zadrżał. Boczne kółka obracały się już wolniej, ale nadal skrzypiały: PIIP, PIIP, PIIP.

Podszedł do sportcresta. Przednie koło zaczynało już zwalniać i Jim nagle doznał wrażenia, że to koło jest sercem Jacka, że kiedy się zatrzyma, brat zniknie na zawsze.

Spojrzał w niezgłębione cienie. Ignorując kapiącą wodę, skrobanie, które mogło oznaczać szczury, szum samochodowych opon nad głową i śmiertelne zawodzenie Dona i Juana, podniósł głos.

– Jack! Skończ już! Coś ci się stało? Jack, mówię poważnie!

Skulił się, słysząc, jak jego słowa wracają odbite od ścian. Żółte światła latarni, fioletowe niebo, wilgoć, drwiące echa paniki – jak to było możliwe, że piękny sen tak szybko zamienił się w koszmar? Jim obracał się, zaglądając w jeden cień po drugim, szybciej i szybciej, z piersią wstrząsaną szlochem, policzkami płonącymi ze strachu… I wtedy pomyślał o jeszcze jednym kierunku, którego dotąd nie sprawdził.

Zalegała tam czerń. Nic prócz czerni. Ale potem ta czerń się poruszyła.

Powoli wyciągnął szyję, żeby popatrzeć w górę, na dolną powierzchnię mostu.

Zalegała tam czerń. Nic prócz czerni.

Ale potem ta czerń się poruszyła.

Działo się to naturalnie, niemal z gracją. Wielkie i potężne łapy oddzieliły się od betonu, poprawiając chwyt. Coś rozmiarów głazu – głowa – odwróciło się powoli, aż Jim zobaczył ślepia rozjarzone na pomarańczowo, jak ogień. Stwór odetchnął i chłopiec miał wrażenie, że zafalował cały spód mostu. Potem wypuścił powietrze i cuchnący podmuch pchnął Jima do tyłu.

To coś puściło się i zeskoczyło. Ziemia zadrżała, a śmieci wzleciały w powietrze – w wirze odpadków Jim dostrzegł kartony po mleku, dwa, trzy, cztery, pięć kartonów. Kręciły się i podskakiwały, a uśmiechy dzieci drwiły z ich własnej śmierci. Stwór stanął na tylnych łapach, jak grizzly, a światło latarni odbiło się od pary rogów ryjących beton w górze. Otworzyła się paszcza pełna wielkich, krzywych zębów. Pomarańczowe ślepia wbiły spojrzenie w Jima. Łapy – wielkie, umięśnione pytony pod skołtunioną sierścią – wyciągnęły się ku chłopcu.

Jim wrzasnął. W tunelu pod mostem dźwięk wydawał się dziesięć razy głośniejszy i stwór znieruchomiał na sekundę. W tej sekundzie Jim wskoczył na schwinna i odepchnął się od ziemi. Lewy but zahaczył o radio Jacka, raz na zawsze uciszając Dona i Juana, a potem Jim wyjechał spod Holland Transit Bridge, wciąż krzycząc i z całej siły kręcąc pedałami.

Za sobą słyszał galop wielkiego stwora ścigającego go na czworakach, jak goryl.

Skomląc ze zgrozy, Jim naciskał na pedały mocniej niż kiedykolwiek w życiu. Zgrzytanie bocznych kółek zmieniło się w ciągły wizg, a mimo to potwór go doganiał. Ziemia drżała przy każdym uderzeniu monstrualnych łap. Prychał jak bawół, a jego oddech cuchnął ściekami. Plastikowy miotacz wypadł Jimowi z dłoni; już nigdy nie miał poczuć w sobie sprytu i siły Doctora X. Stwór za jego plecami warknął tak blisko, że zawibrowała cała rama roweru. W świetle latarni Jim widział przerażający cień ramienia bestii sięgającego ku niemu długimi ostrymi pazurami.

Jim zjechał w lewo, przeskoczył brzeg kanału, przebił się przez zielsko i wpadł na chodnik. Przed sobą zobaczył hydrant, czerwony jak urodzinowy rower Jacka… Och, Jack, Jack, co się stało z Jackiem? Jim przemknął obok hydrantu i pognał środkiem ulicy. Jakiś samochód zatrąbił i skręcił, zjeżdżając mu z drogi – Jim zignorował gniewne krzyki. Pędził jak jego brat – wreszcie nauczył się porządnie jeździć na rowerze, a boczne kółka wyłamały się i odbijając od jezdni, odleciały w tył, bezużyteczne kawałki kauczuku.

Dom był tuż-tuż, o parę sekund… Jim gnał ostatnią prostą, z trudem łapiąc powietrze; łzy poziomymi strużkami płynęły mu po policzkach. Rower podskoczył na krawężniku i zderzył się z białym płotem. Jim przekoziołkował nad kierownicą i wylądował ciężko na trawniku, z twarzą podrapaną wypieszczonymi krzewami mamy, w okularach, których nie trzymał już plaster.

W domu szczekał pies. Chłopiec usłyszał kroki, otworzyły się frontowe drzwi, tato i mama zbiegli nerwowo po schodkach. Jim uświadomił sobie, że ciągle krzyczy, i to przypomniało mu o bestii. Po omacku znalazł obie połówki okularów i przytrzymał je przed oczami… Nic. Zbadał podwórze, spokojne domki sąsiadów, skrzynki pocztowe, klomby, zraszacze… Nie było żadnych potworów, ale pod stopami zauważył coś zupełnie innego: medalion z brązu na zardzewiałym łańcuchu. Wyryto na nim złowieszczy herb: straszną wyszczerzoną paszczę, nieczytelne znaki barbarzyńskiego języka i u dołu wspaniały miecz. Szloch zamarł Jimowi w piersi, kiedy po niego sięgnął.

– Jim! Co się stało?

To mama padła obok na kolana i strzepywała mu z uszu grudki ziemi. Tato podszedł zaraz za nią, przyklęknął, chwycił go za kolano i potrząsnął, żeby skupić uwagę syna. Powtarzali jego imię, raz po raz. Jim. Jakie to straszne, że nikt już nie nazwie go Jimbo. Nigdy.

– Synu, popatrz na mnie! – mówił tato. – Nic ci nie jest? Cały jesteś? Synu?

– Gdzie jest twój brat? – Chrapliwy szept matki sugerował, że już jakoś odgadła. – Jim, co się stało z Jackiem?

Nie odpowiedział. Pochylił się w bok, by spojrzeć poza plecy taty. Pozostał wgnieciony ślad na trawie, ale medalion zniknął, jakby w ogóle go tam nie było. Ta nieobecność dziwnie zasmuciła Jima, a jeszcze silniejsze było uczucie, że zawiódł. Padł w ramiona rodziców, zapłakany i roztrzęsiony. Wiedział, że poznał właśnie naturę prawdziwego strachu i ból prawdziwej straty.

Jim Sturges był moim ojcem. Jack Sturges był moim stryjem. Historię, którą tu opowiedziałem, poznałem dopiero czterdzieści pięć lat od tamtych wydarzeń, kiedy sam miałem piętnaście. Wtedy się dowiedziałem, że wujek Jack był ostatnim dzieckiem zaginionym podczas epidemii kartonów z mlekiem, która zakończyła się równie nagle, jak zaczęła. Zniszczony sportcrest stał się rodzinną pamiątką, którą oglądałem setki razy. W wieku piętnastu lat odkryłem także, jak mój ojciec spędził kolejne dziesięciolecia, całą swoją młodość i większą część wieku dojrzałego: odwiedzał Holland Transit Bridge nocami, z latarką, szukając jakichś wskazówek co do tego, co się stało z jego starszym bratem. Nigdy nie znalazł żadnego śladu Jacka, poza kartonami po mleku, na których przedstawiono odważną, uśmiechniętą twarz Jacka pod słowem ZAGINĄŁ.

To idealny sposób, by opisać mojego tatę w nadchodzących latach.

1

Ówczesne zapisy podają, że historyczna i decydująca Bitwa Opadłych Liści rozegrała się w ostatnich dwóch minutach czwartej kwarty na Boisku im. Harry’ego G. Bleekera w Liceum San Bernardino, kiedy nasze ukochane Bojowe Bestie San B. prowadziły zaledwie sześcioma punktami, a nasz atakujący quarterback zszedł po faulu. I właśnie wtedy, podczas najważniejszego meczu sezonu, na wilgotną murawę padł dzielny bohater i wyłonił się nieoczekiwany zwycięzca. Aż po dziś dzień opowieści o tamtej nocy powracają w historiach na dobranoc i snach dzieci w każdym wieku – ludzkich i nie tylko. Czytajcie więc uważnie strony, które trzymacie w ręku. Nie wahajcie się i wierzcie w każde słowo. W końcu pewnego dnia zechcecie może powtórzyć tę historię własnym dzieciom.

Zdarzały się dziwniejsze rzeczy. Poczekajcie, a się przekonacie.

Nazywam się James Sturges junior, ale możecie mnie nazywać Jimem, tak samo jak mojego ojca. Kiedyś byłem taki jak wy. Miałem piętnaście lat, kiedy zaczęła się moja przygoda. Był piątkowy ranek w październiku i budzik zadźwięczał o swej zwykłej nieprzyzwoitej porze. Pozwoliłem mu brzęczeć – nauczyłem się przesypiać sygnał. Na nieszczęście mój ojciec, Jim Sturges senior, miał najlżejszy sen na świecie. Podmuch wiatru na ścianie domu wystarczał, by go zbudzić, a wtedy schodził sprawdzić, czy u mnie wszystko w porządku, i przy okazji przerywał mi sen. Myślę, że należy to przypisać temu, co spotkało jego starszego brata Jacka. Takie rzeczy mieszają człowiekowi w głowie.

Przyszedł więc i wyłączył mi budzik. Cisza, jaka zapadła, wydawała się jeszcze gorsza, bo wiedziałem, że on tam stoi i patrzy na mnie. Często to robił. Jakby z trudem mógł uwierzyć, że przeżyłem kolejną noc. Miał na sobie za wąską koszulę, zabrudzoną przy kołnierzyku, i starał się zapiąć guzik lewego mankietu, tak jak każdego ranka – i za każdym razem poddawał się i prosił mnie o pomoc.

Wydawał się stary. Był stary. Starszy niż większość ojców, jakich znałem, ze zmarszczkami rozbiegającymi się od kącików oczu, krzaczastymi brwiami i niemal całkiem łysy. Miał też przygarbioną sylwetkę, jakiej nie zauważyłem u innych ojców, ale wątpię, czy miała związek z wiekiem. To raczej kwestia spraw, które mu ciążyły.

– Wstawaj, nastał radosny poranek – powiedział.

Ale nie wyglądał radośnie. Nigdy nie wyglądał radośnie.

Usiadłem na łóżku i patrzyłem, jak podnosi stalowe rolety za moim oknem. Wyjął z kieszeni okulary, jak zawsze złamane i sklejone plastrem, i przyjrzał się klawiaturze blokady. Wbił siedmiocyfrowy kod i szarpnął w górę, a rolety złożyły się w harmonijkę, odsłaniając słoneczny dzień.

– Nie męcz się – mruknąłem. – I tak będę musiał je znowu zamknąć przed wyjściem.

– Słońce jest ważne dla rosnących chłopców – oświadczył takim tonem, jakby w to nie wierzył.

– Wcale nie rosnę. – Wzrost odziedziczyłem po tacie i wciąż czekałem na ten gwałtowny skok, o którym wszyscy opowiadali. – Prawdę mówiąc, mam wrażenie, że maleję.

Znowu pogmerał przy guziku od lewego mankietu, po czym ruszył do drzwi.

– Wstawaj i do roboty – powiedział. – Śniadanie też jest ważne.

To też nie zabrzmiało przekonująco.

Wziąłem prysznic i ubrałem się. Tatę znalazłem tam, gdzie się spodziewałem: stał w salonie niczym zahipnotyzowany przed ołtarzykiem wujka Jacka ustawionym na półce nad elektrycznym kominkiem. Nazywam to ołtarzykiem, bo żadne lepsze słowo nie przychodzi mi do głowy. Półka zapełniona jest pamiątkami po Jacku. Są tam zdjęcia ze szkoły, oczywiście, Jack jako przedszkolak, uśmiechający się znad koszulki Samotnego Jeźdźca, Jack w drugiej klasie, radośnie demonstrujący braki w mlecznych zębach, Jack w piątej, z podbitym okiem – i wyraźnie z tego dumny – i Jack w ósmej, ostatni Jack, opalony, wysportowany, gotowy do podboju świata.

Inne przedmioty na ołtarzyku wydawały się dziwne. Leżał tam uruchamiany kciukiem dzwonek z Jackowego sportcresta, pokryty plamkami rdzy. Leżało rowerowe radio, które ostatnią piosenkę zagrało w 1969 – dziwaczny odbiornik z zakrzywioną anteną. Były też przedmioty mające braterskie znaczenie wyłącznie dla taty: zepsuty zegarek, drewniana figurka Indianina, odprysk pirytu, zwanego złotem głupców. Ale najbardziej niepokojący obiekt stał na samym środku ołtarzyka: oprawione zdjęcie Jacka z kartonu po mleku, czarno-biała kopia fotografii z ósmej klasy.

Tato zauważył mnie w odbiciu w szybce ramki ze zdjęciem. Uśmiechnął się z przymusem.

– Hej, synu.

– Cześć, tato.

– Ja… tylko tu sprzątałem.

Ale nie miał ani płynu do czyszczenia, ani ściereczek.

– Jasne, tato.

– Zjesz coś?

– No dobra. Może być.

– To dobrze. – Do granic wytrzymałości rozciągnął swój fałszywy uśmiech. – Zrobimy jakieś śniadanie.

Zrobienie śniadania oznaczało płatki z zimnym mlekiem. Był taki czas, kiedy rano jedliśmy prawdziwe ciepłe potrawy, zanim mama uznała, że ma dość niepewności i lęków taty, i poszła sobie. Tato starał się jak umiał, tłumaczyłem sobie. Chrupaliśmy i siorbaliśmy po dwóch stronach stołu, twarzami zwróceni do talerzy. Od czasu do czasu badał wzrokiem pokój, by się upewnić, że stalowe rolety są solidnie zamknięte. Westchnąłem i dolałem sobie mleka z butelki. Tato nigdy nie kupował go w kartonach.

Ciągle zerkał na zegarek, aż wreszcie sumienie kazało mi wyrzucić resztę śniadania do młynka do odpadków. Przestępował z nogi na nogę przy drzwiach, a ja pobiegłem do swojego pokoju, narzuciłem kurtkę i plecak i wstukałem kod do rolet, żeby je zamknąć. Dopiero kiedy przy nim stanąłem, tato zaczął otwierać drzwi.

To był rytuał, który znałem na pamięć. Drzwi miały dziesięć zamków, każdy bardziej imponujący od poprzednich. I kiedy odsuwał rygle, przekręcał klucze i zdejmował łańcuchy, szeptałem do wtóru tę samą samotną solówkę perkusyjną, którą słyszałem od piętnastu lat: klik, brzdęk, dzyń, brzdęk, klak-klak-klak, stuk, zgrzyt, świst, brzdęk-brzdęk, łups.

– Jimmy! Jimmy!

Zamrugałem i spojrzałem na niego. Stał w drzwiach, jakby kruchy w tej swojej za ciasnej koszuli, z dłonią przyciśniętą do żołądka, gdzie wrzód zbudził się zgodnie z rozkładem. Chciałem go żałować, ale on gestem popędzał mnie niecierpliwie.

– Zejdź z ganku, bo uruchomisz czujniki nacisku! Już, już, już!

Przepraszająco wzruszyłem ramionami, wyminąłem go i zszedłem na trawę. Usłyszałem elektroniczne odgłosy uzbrajanych alarmów i komputerowy żeński głos: „Strefy domowe bezpieczne”. Tato odetchnął, jakby do tej chwili wątpił w taki rezultat. Zamknął zewnętrzne zamki i zeskoczył z chronionego ganku. Wylądował obok mnie; kępki włosów nad uszami miał wilgotne od potu.

Biedak się zasapał; nie był w formie, by walczyć z osobistymi demonami, które w jego umyśle rozrosły się do wielkości smoków. Jego pierś unosiła się i opadała, zwracając moją uwagę na winylowy futerał kalkulatora wsuniętego do kieszonki, oznaczonego logo San Bernardino Electronics. Legenda głosiła, że to tato wynalazł Excalibur – futerał na kalkulator, używany przez nerdów na całym świecie, ale on temu zaprzeczał. Miałem teorię, że szefowie wykiwali go i wycyckali. Taki los facetów podobnych do Jima Sturgesa seniora. Przez to czułem się jak śmieć.

Poprowadził mnie przez trawnik. Kamera monitoringu nad drzwiami śledziła nas, brzęcząc cicho. Zaczepił stopą o moją i zauważyłem, że skarpetki – jak zawsze – ma poplamione na zielono. Żeby odpracować jakoś brak awansu i premii, na które nie mógł liczyć w firmie, tato w weekendy kosił trawniki w parkach, na cmentarzach, a nawet na footballowym boisku San B., zawsze ubrany jak dziwak, z goglami i w rękawicach. Możecie mi wierzyć, dzięki temu byłem w szkole jeszcze bardziej popularny. Popchnął mnie dłonią pachnącą trawą.

– Spóźnisz się na autobus, Jimmy. A jeśli się spóźnisz, będę musiał zawrócić i odwieźć cię do szkoły, a wtedy ja sam spóźnię się do pracy.

– Nie mógłbym iść piechotą?

– Sam wiesz, jak trudno było mi tak ułożyć zajęcia, żebyśmy obaj wychodzili o tej samej porze. Szef urządził mi piekło, Jimmy, prawdziwe piekło.

– Nie musiałeś tego robić. Tylko maluchy jeżdżą autobusem.

Spojrzał na mnie surowo.

– Nigdy dość ostrożności. Pomyśl o moim bracie Jacku. Jaki był niezależny, nieustraszony. Mawiał do mnie: „Jimbo, nic nie może mi się stać”. Ale coś jednak mu się stało, mimo że…

– …był najdzielniejszym chłopakiem, jakiego można sobie wyobrazić – wyrecytowałem razem z nim.

Tato odwrócił się przed swoją firmową furgonetką San Bernardino Electronics (znaną też jako „najbezpieczniejszy pojazd w San Bernardino”), służącą jednocześnie do przewożenia sprzętu do koszenia, i westchnął. Zauważyłem jego rozpięty mankiet wystający z rękawa marynarki. Zasłużył na to, żeby w takim stanie iść do pracy, skoro nie pozwalał mi dorosnąć i robić tak prostych rzeczy jak samodzielne pójście do szkoły.

– No tak – powiedział po chwili. – Taki był.

Podszedł do furgonetki i zaczął ją otwierać. Kopnąłem w ziemię. Miał rację, autobus już nadjeżdżał. Słyszałem go na Maple Street, więc musiałem ruszać biegiem, jeśli chciałem go złapać. Ale ten rozpięty mankiet mnie powstrzymał. Ciągle sobie wyobrażałem młodszych pracowników w biurze taty, jak nabijają się z tego zaniedbanego, nerwowego mężczyzny w sklejonych plastrem okularach, noszącego futerał Excalibur niczym medal honorowy. Jedna ofiara w rodzinie wystarczy.

Podszedłem do niego, wyswobodziłem mankiet z rękawa i zapiąłem go kilkoma szybkimi ruchami. Dodałem do tego blady uśmiech. Tato zamrugał za przybrudzonymi okularami.

– Autobus, Jimmy.

– Już lecę, tato.

2

Wokół szkoły rosły dynie. Liczyłem je i doszedłem do czterdziestu jeden, zanim autobus zahamował – jak zwykle tak ostro, że wywróciło nam żołądki. Pudełka śniadaniowe i książki posypały się na brudną podłogę, a dzieciaki na czworakach ścigały odjeżdżające termosy i uciekające ołówki. Ja sam usiadłem wygodnie i patrzyłem na afisz przed szkołą.

102. DOROCZNY

FESTIWAL OPADŁYCH LIŚCI

PRZEZ CAŁY TYDZIEŃ

PRZYŁĄCZ SIĘ!

RUSZAJ Z BESTIAMI DO WALKI!

Każdemu, kto dorastał w San B., Festiwal Opadłych Liści w taki czy inny sposób musiał utrwalić się we wspomnieniach. Można było się przebrać za księżniczkę albo robota i maszerować w Dziecięcej Defiladzie. Albo razem z rodzicami zgłosić się na ochotnika do czyszczenia lepkich od syropu stołów po Naleśnikowym Jarmarku. Cała zabawa zaczęła się od niezłej historii o jakimś legendarnym wygnaniu, ale zawsze zapominam, kto właściwie kogo wyrzucił i za co.

Nie miało to zresztą znaczenia, jako że festiwal ewoluował przez lata i w końcu pozwalał miastu sprzedawać się samemu sobie. Przez siedem dni miejscowi twórcy wystawiali na ulicach swoje arcydzieła po zabójczych cenach, wieszaki pełne niesprzedawalnych ciuchów po okazyjnych cenach; organizowano otwarte koncerty pod altanami w parkach; były też specjalne oferty u sprzedawców samochodów, w restauracjach i u agentów ubezpieczeniowych. A wszystko to kończyło się właśnie tutaj, w Liceum San B., wielkim meczem footballu amerykańskiego, po którym natychmiast następował Shakespeare na linii 50 jardów, czyli wystawiane na boisku skrócone przedstawienie. Człowiek dostawał sport i kulturę w jednym miejscu i nie musiał nawet odkładać chili-cheese doga.

W tym roku ludzie pewnie zjawią się tłumnie, i nie tylko dlatego, że drużyna była niepokonana. Na zachodnim końcu terenu szkoły znajdowało się Boisko im. Harry’ego G. Bleekera, typowy plac ze słupami, reflektorami i masą zakamarków, w których dzieciaki mogły się przyczaić, wypić piwo albo się całować. Jednak w najbliższy piątek miał debiutować nasz jumbotron, monstrualny ekran wideo szykowany od dobrych paru tygodni, kiedy robotnicy zakładali instalację. Dziś rano też byli już na rusztowaniu i poprawiali kaski.

„Znasz układ, Tubby. Pięć dolców dziennie. Przykro mi, jeśli nie wyrażałem się jasno”.

Cały ten kretyński festiwal, który zupełnie mnie nie obchodził, zaczynał się w sobotę – czyli jutro. To znaczy, że właśnie mijały ostatnie cenne godziny, zanim wszyscy dostaną szału i zaczną obwieszać całe miasto bielą i czerwienią – barwami San B. To był najgorszy okres w roku dla takich dzieciaków jak ja, słabych w sporcie, w teatrze, a właściwie to we wszystkim.

Wysiadłem z autobusu ostatni i ledwie zdążyłem stanąć na chodniku, kiedy przez główne wejście wypadł chłopak, którego znałem ze stołówki – siedział przy stoliku niepopularnych. Złapał mnie, żeby wyhamować, i obaj zakręciliśmy się, jakbyśmy tańczyli na balu. Pokazał palcem szkolę.

– Tub… – wysapał. – Grota Trofeów…

Więcej nie musiał mówić. Miejscem zarezerwowanym dla najczarniejszych przypadków znęcania się nad słabszymi była właśnie Grota Trofeów, korytarz na drugim piętrze, gdzie wystawiono kolekcję zdobytych przez szkołę pucharów. Kiedyś mieściły się tam również sale językowe francuskiego i niemieckiego, ale obcięli te fakultety. Jarzeniówki już dawno albo się wypaliły, albo ktoś przy nich majstrował, więc korytarz funkcjonował jako mroczny kanał zła; należało go unikać za wszelką cenę, nawet jeśli oznaczało to spóźnienie na lekcję albo zaciskanie pęcherza do następnej przerwy. Regularnie słyszało się tutaj jęki lamerów z młodszych klas, zaliczających właśnie pierwszy (albo czternasty) łomot.

Na niektórych padła klątwa – mieli w tej izbie tortur swoje szafki. Tobias „Tubby” D., mój najlepszy kumpel, był jednym z nich.

Zanim dotarłem do Groty Trofeów, wiedziałem już, kto jest napastnikiem. Równomierne PAC, PAC odbijało się echem w korytarzu – znak rozpoznawczy Steve’a Jorgensena-Warnera. Steve, gdziekolwiek szedł, cały czas kozłował piłką do kosza. Sale lekcyjne, toalety, parking… Niektórzy nauczyciele, głównie trenerzy, pozwalali mu nawet kozłować podczas lekcji, żeby mógł się lepiej skoncentrować, gdy inni uczniowie w milczącej irytacji zgrzytali zębami.

To jasne, że Steve nie był zwykłym uczniem. Owszem, był kapitanem drużyny koszykówki. I tak, był gwiazdą na pozycji runningbacka w drużynie footballowej. Ale to nie daje jeszcze pełnego obrazu. Był też przystojny, choć w nietypowy sposób. Miał za małe oczy i nos jak ryjek; miał śmieszną fryzurę i parę zębów podobnych do kłów. Jednak razem te rysy były hipnotyzujące. Jego nienaturalnie muskularny tors i to, jak mówił – wyraźnie i uprzejmie, jak zagraniczny student, który uczył się angielskiego na kursach – uzupełniały ten dziwny zestaw. Nie było nikogo takiego jak Steve Jorgensen-Warner. Nauczyciele nie wiedzieli jednak, że nie było też nikogo okrutniejszego.

Zebrał się już spory tłumek. Stanąłem na palcach i zobaczyłem Tuba na kolanach, z piegowatą twarzą czerwoną jak burak; z wysiłkiem łapał powietrze nad zaciśniętym w półnelsonie lewym ramieniem Steve’a, który prawą ręką odbijał piłkę i równocześnie prowadził swobodną rozmowę z kolegą z drużyny. Przecisnąłem się naprzód. Strużka śliny ściekała Tubowi z dolnej wargi, kiedy szarpał biceps Steve’a.

– Powietrza… – sapał Tub. – Tlen… do… oddychania…

Steve przeprosił kolegę, że na chwilę przerywa pogawędkę, i zwrócił się do otyłego drugoklasisty, którego trzymał w żelaznym uchwycie. Twarz Tuba jak w krzywych lustrach odbijała się w każdej wypolerowanej mosiężnej tabliczce, mistrzowskim pucharze i obramowanej fotografii młodych ludzi w identycznych koszulkach, z których każdy wydawał się zdrowszy i szczęśliwszy od mojego rzężącego najlepszego kumpla.

PAC, PAC. PAC, PAC.

Steve w uśmiechu wyszczerzył zęby; oczy pozostały zimne.

– Znasz układ, Tubby. Pięć dolców dziennie. Przykro mi, jeśli nie wyrażałem się jasno.

– Wyrażałeś się… niesamowicie… jasno…

– Pięć dolców to prawdziwa okazja. Proszę, spróbuj znaleźć gdzieś lepszą. Gdziekolwiek.

– Dałem ci… wczoraj… wszystko… co miałem…

– Jeśli to prawda, dlaczego nie przepraszasz?

– Tchawica… ściśnięta… słowa… trudno…

– „Przepraszam” to przecież całkiem proste słowo. Czemu go nie powiesz?

– Przepraszam…

– Brzmi to prawie szczerze, Tubby. Przeprosiny przyjęte. Przynieś tylko te pięć dolarów przed końcem lekcji, a zapomnimy o dalszych nieprzyjemnościach. Do następnego razu, oczywiście.

Oddałbym wszystko, żeby być takim chłopakiem, który wychodzi spomiędzy gapiów i odpycha Steve’a od swojego przyjaciela. Ale to tylko marzenie, a gdybym spróbował coś takiego zrobić, obaj byśmy polegli. Prawdę mówiąc, zacząłem już odchodzić w przeciwnym kierunku, ale zderzyłem się z murem dzieciaków i nogi mi się poplątały. Zatoczyłem się do tyłu i ku swemu przerażeniu upadłem wewnątrz tego kręgu tortur.

Steve spojrzał na mnie z góry i zamrugał paciorkowatymi oczami. Uwolnił Tuba, który opadł na podłogę w kałużę własnej śliny. Steve odwrócił się, a kozłowanie zwolniło do tempa serca wieloryba, którego słuchaliśmy kiedyś z taśmy na biologii. Czas się zatrzymał. Czułem się jak jeden z tych sportowców, na całą wieczność uwięziony w szklanej gablocie z nagrodami.

– Ach, Sturges – odezwał się Steve. – Chciałbyś się włączyć? To świetnie.

Przez lata zaliczyłem swoją działkę udręki z rąk Steve’a Jorgensena-Warnera, poczynając od legendarnej pokrzywki jeszcze w podstawówce, po pęknięty nadgarstek w pierwszej klasie, kiedy „potknąłem się” i spadłem ze schodów przy tylnym wyjściu ze szkoły. Ale żadne z tych starć nie było moją winą.

Nawet zwinięty w pozycji embrionalnej Tub wydawał się przerażony.

– O rany – odpowiedziałem z podłogi. – Powinienem iść na lekcję. Wszyscy powinniśmy iść na lekcje. Prawda? Znaczy, już chyba pora na lekcje. Znaczy, no…

Grota Trofeów wzmacniała mój bełkot.

PAC, PAC! Piłka jakby nabrała energii. Była wskaźnikiem nastroju, równie niezawodnym jak psi ogon. Olśniewający uśmiech wykwitł na twarzy Steve’a, kiedy zbliżał się do mnie z piłką, odbijając ją za plecami i między nogami. Był w swoim żywiole. Gdyby był tu kosz, wykonałby wsad.

3

Ogólnie rzecz biorąc, mieliśmy szczęście. Skończyło się na „zgniataczu śmieci”, sprytnej procedurze, w trakcie której wciskają człowieka do szafki o wiele za małej, by pomieścić nastoletnią ludzką istotę, a potem tłuką wielokrotnie drzwiczkami, dopóki jakoś się jednak nie pomieści. To bardziej bolesne, niż wynika z opisu. Haczyki na kurtki drapią czaszkę, ostre kanty nabijają sińce na ramionach, a jeśli człowiek jest tak głupi, by próbować zatrzymać trzaskające drzwi, może połamać palce. Widziałem już takie rzeczy.

Na szczęście dla mnie bywałem w zgniataczu śmieci dostatecznie często, by odkryć, jak od środka otworzyć zamek szafki. Rozluźniłem się i czekałem, aż usłyszę, jak cichną odbicia piłki. A potem wyszedłem. Tub stękał w sąsiedniej szafce i trudno mu się dziwić – był dużym chłopakiem i zwykła fizyka podpowiadała, że wyjęcie go nie będzie proste. Najpierw mu wytłumaczyłem, jak przekręcić mechanizm zamka. Zajęło to chwilę, z powodu nieprzerwanego strumienia przekleństw rozlegających się ze szczelin w drzwiach szafki. Zabrzmiał dzwonek. Westchnąłem. Teraz się spóźnimy.

Dziesięć minut później dochodziliśmy do siebie w toalecie dla chłopców. Żaden z nas nie miał zamiaru wchodzić do klasy z pokrwawionymi wargami i łokciami. Dlatego nie spieszyliśmy się, przemywając rany zimną wodą i osuszając szorstkimi, brązowymi papierowymi ręcznikami.

– Te ręczniki są dla zwierząt – stwierdził Tub.

Zniknął na chwilę w kabinie i wrócił z papierem toaletowym w garści. Poklepał nim podrapany łokieć.

– Teraz czuję się dopieszczony – stwierdził. – Czy to spa? Jesteśmy w spa? Kiedy dostaniemy kąpiele solne? Erotyczne masaże rozgrzanymi kamieniami? Janie, przynieś nam plan zabiegów.

Zmusiłem się do uśmiechu, który przeszedł w grymas. Mój policzek zaczynał już sinieć. Przemyśliwałem możliwości ukrycia tego przed tatą. Wielkie ciemne okulary? Zawadiacki szal? Fantazyjny makijaż? Tato nie reagował racjonalnie, kiedy chodziło o moje bezpieczeństwo.

Tub pochylił się do lustra i zmarszczył czoło. Chciałbym teraz wam powiedzieć, jak to prawdziwe piękno kryje się we wnętrzu, ponieważ w takim wypadku wnętrzności Tuba doprowadzają chirurgów do omdlenia z zachwytu. Można Tobiasa Dershowitza nazwać pulchnym, jeśli ktoś chce być miły, albo grubokościstym, jeśli ktoś jest dyplomatyczny. Tak naprawdę jest gruby, a to tylko początek jego problemów. Włosy ma jak gęsty pomarańczowy i niestrzyżony żywopłot. Twarz jest zasypana piegami, od których podobne do Tuba dzieciaki wyglądają jak przerośnięte niemowlęta. Ale najgorszy jest jego aparat na zębach, cudo nowoczesnych tortur: bicze z nierdzewnej stali obejmujące każdy ząb z osobna i przywiązane do kilkunastu srebrnych zamków. Kiedy mówi, te klamry stukają tak bardzo, że człowiek spodziewa się iskier.

Ale przynajmniej jest wysoki, czego nie da się powiedzieć o mnie. Stał przed lustrem wyprostowany jak świeca, jakby poprawiał wojskowe insygnia. Potem obejrzał się na kabiny, by się upewnić, że jesteśmy sami.

– Popatrz na to. – Wsunął dłoń pod koszulę i spod pachy wyjął najbardziej przepocony pięciodolarowy banknot, jaki w życiu widziałem. Wyciągnął rękę, jakby myślał, że zechcę pogłaskać papier. – Miałem tego piątaka przez cały czas. Ten dupek nie wiedział, gdzie szukać!

– Dałeś mu szkołę, Tub.

– Wiem.

Zachichotał, złożył banknot i wsunął go z powrotem pod pachę. Kiedy obciągał koszulę na brzuchu, jego uśmiech zniknął. Tub był mistrzem kung-fu, jeśli chodziło o tuszowanie urazów żartami. Ale zdarzały się sytuacje, kiedy tracił parę i, tylko na chwilę, godził się z prawdą. A gorzka prawda była taka, że wsunięcie wilgotnej pięciodolarówki pod pachę to rzecz najbliższa zwycięstwa, na jaką mógł liczyć.

Wcisnąłem włącznik elektrycznej suszarki do rąk, żeby zagłuszyć moje następne pytanie.

– Płakałeś?

– Nie. Nie tym razem. – Po chwili wzruszył ramionami. – Nie bardzo.

Milczenie ciągnęło się długo, ale dobry stary Tub wiedział, jak temu zaradzić. Charknął głośno i splunął do pisuaru. A potem klepnął mnie w plecy i ruszył do drzwi. Zwlekałem jeszcze chwilę, patrząc, jak krwawa gruda flegmy rozpuszcza się w czyichś sikach. Wiele to mówi o naszym życiu, pomyślałem. A kiedy wychodziłem za Tubem, powstrzymałem odruch, by się obejrzeć. Mógłbym przysiąc, że w odpływie pisuaru, gdzieś o wiele niżej, pod kafelkami podłogi, rozległo się jakieś dudnienie.