Tristan Strong wybija dziurę w niebie - Kwame Mbalia - ebook + książka

Tristan Strong wybija dziurę w niebie ebook

Mbalia Kwame

4,3

Opis

Tristan Strong wcale nie czuje się silnym bokserem, odkąd jego przyjaciel zginął w wypadku autobusowym – uważa, że zawiódł Eddiego. Jedynym, co mu po nim zostało, jest dziennik, w którym Eddie zapisywał różne historie. Aby pozbierał się po tej tragedii, rodzice wysyłają go na wakacje na farmę dziadków w Alabamie, na co Tristan wcale nie ma ochoty.

Pierwszej nocy na wsi w jego sypialni zjawia się kleiste stworzenie, które kradnie dziennik Eddiego. Tristan ściga tę istotę – czy to naprawdę lalka? – i próbując wyrwać zeszyt z rąk złodziejki, przypadkiem wybija dziurę w niebie… i ląduje w Śródszlaku – groźnym miejscu z płonącym morzem, nawiedzonymi kościostatkami i żelaznymi potworami, które prześladują mieszkańców tego dziwnego świata.

Tristan trafia w sam środek walki, którą bogowie czarnoskórych Amerykanów, John Henry i Brat Królik, toczą resztkami sił. Jednak umowa z chytrym Anansim ma swoją cenę. Czy Tristanowi uda się uratować świat, zanim straci jeszcze więcej?

Nie ma nic lepszego, niż czytać książkę pełną mitów i magii, która przeszywa cię do szpiku kości i pobudza duszę do śpiewu. Tristan Strong jest darem dla świata.

Nic Stone, autor powieści Drogi Martinie

Mbalia tka cudowną baśń splecioną z magii, tajemnicy i niezwykłych przygód, w których uczestniczą żelazne potwory, afroamerykańscy bogowie i kościostatki. Tristan Strong jest bohaterem, którego nie da się nie lubić, bohaterem, którego prawdziwa siła tkwi w niewiarygodnej mocy wspomnień i opowieści.

J.C. Cervantes, autorka Posłańca Burzy

Tristan Strong wybija dziurę w niebie to świetna zabawa – fascynująca wędrówka przez fantastyczne krainy, zarówno te realne, jak i wyobrażone. Kwame Mbalia dokonał czegoś wyjątkowego, tkając historię, która jest jednocześnie skargą, okrzykiem wojennym i radosnym, a chwilami smutnym listem miłosnym.

Daniel Jose Older, autor Ostatniego strzału i serii „Shadowshaper Cypher”

Tristan Strong wybije dziurę w twoim sercu. Zachwyciła mnie ta opowieść – epicka mieszanka fantasy, akcji i mitologii. Cudowne postacie, intrygująca fabuła i zawrotne tempo sprawią, że ta książka nie przejdzie bez echa.

Eoin Colfer, autor serii o Artemisie Fowlu i książki "Fred, wymyślony przyjaciel"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (9 ocen)
5
2
2
0
0
Sortuj według:
fredimansoin

Nie oderwiesz się od lektury

Książka ilealna dla młodszych czytelnikow.
00

Popularność




Tytuł oryginału

Tristan Strong Punches a Hole in the Sky

Copyright © 2019 by Cake Literary. All rights reserved.

Rick Riordan Presents is an imprint of Buena Vista Books, Inc.

Introduction copyright © 2019 by Rick Riordan

Jacket art © 2019 by Eric Wilkerson

Jacket design by Tyler Nevins

Copyright © for the Polish translation by Dorota Dziewońska, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2021

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.pl)

Redakcja

Katarzyna Kolowca-Chmura

Korekta

Małgorzata Kuśnierz

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Opracowanie e-wydania

Wydanie I, Kraków 2021

ISBN epub: 978-83-66173-97-2ISBN mobi: 978-83-66173-98-9

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Nieopowiedzianym opowieściom i dzieciom, które je opowiedzą.

Świat poza niebiosami

Nie zrozum mnie źle, mity greckie są niesamowite! Ale w każdej księgarni, gdziekolwiek spojrzysz, widzisz tuzin inspirowanych nimi książek.

Spróbuj znaleźć wspaniałe przygody oparte na podaniach o zachodnioafrykańskich bogach, takich jak Njame czy Anansi. Spróbuj znaleźć opowieści o współczesnych nastolatkach, którzy poznają afroamerykańskich legendarnych bohaterów, choćby Wysokiego Johna, Johna Henry’ego czy Brata Królika. Takie książki są dużo rzadsze, chociaż miliony czytelników znacznie łatwiej utożsamiłyby się z ich bohaterami niż z Herkulesem czy Perseuszem (bez urazy, mili Grecy).

Wyobrażasz sobie, jak by to było znaleźć lekturę, która splotłaby te cudowne, barwne wątki legend afrykańskich i afroamerykańskich w jeden gobelin magicznego świata? Świata, dzięki któremu młodzi Afroamerykanie pomyślą: Tak! To moja niesamowita mitologia. To moja magiczna kraina do zbadania, a te bohaterskie dzieciaki są zupełnie jak ja! Książkę, która sprawi, że każdy czytelnik pomyśli: Jejku, dlaczego wcześniej nie znałem tych niezwykłych opowieści?

Taką właśnie książkę napisał Kwame Mbalia. Za chwilę odkryjesz, jak Tristan Strong wybija dziurę w niebie, i twój świat już nigdy nie będzie taki, jak dotąd.

Nie będę nawet próbował opisywać niewiarygodnych przygód Tristana w tej powieści. Zepsułbym całą zabawę! Lecz kiedy chłopak przypadkiem przebija się z naszego wymiaru do niebios Śródszlaku, świata z legend Afroamerykanów, rozpoczyna się najbardziej epicka z wypraw. Czekają na niego złe duchy, nieustępliwe żelazne potwory, upiorne statki z kości, latające tratwy, płonące morza, mówiące zwierzęta i pradawni bogowie.

Jednak wszystkie te fantastyczne elementy nie przesłaniają tego, za co najbardziej cenię tę książkę – jej ludzkiej strony. Tristan nie może sobie poradzić z żałobą po śmierci przyjaciela. Właśnie przegrał swoją pierwszą walkę bokserską, czym rozczarował ojca i dziadka, którzy mieli nadzieję, że będzie kontynuował rodzinną tradycję. Zesłany na lato do wiejskiego gospodarstwa dziadków w Alabamie, ten chłopak z Chicago próbuje się dowiedzieć, kim chce zostać i czy jego rodzice (i społeczeństwo) pozwolą mu na wybór własnej drogi. Tristan jest twardy, lecz delikatny, bystry, lecz ostrożny, odważny, lecz niepewny siebie. To ktoś, z kim utożsami się każdy młody człowiek, i od razu zechce być jego przyjacielem.

Zdradzę ci sekret: czytając tę historię, płakałem. Kilka razy czułem wielkie szczęście, gdy pomyślałem, jak wiele znaczyłaby ta książka dla moich uczniów z czasów, kiedy uczyłem w szkole średniej. Z zachwytem powitałem starych znajomych: Brata Lisa, Johna Henry’ego i Gumową Małą w tak świeżych, nowoczesnych, trzymających w napięciu przygodach. Jestem bardzo wdzięczny Kwamemu Mbalii za tę książkę. Dzięki niej nowe pokolenia młodych czytelników mogą dorastać wraz z Tristanem i razem z nim poznawać bogactwo opowieści Afryki Zachodniej i afrykańskiej diaspory. Muszę przyznać, że pomoc w jej publikacji była jednym z najwspanialszych doświadczeń w moim życiu!

Wiem, że Tristan Strong wybija dziurę w niebie cię zachwyci. Zazdroszczę ci, że będziesz czytał tę powieść pierwszy raz. Co do dalszych przygód Tristana, możliwości są nieograniczone. Przecież potrafi przebić każdą przeszkodę, nawet niebo.

1Podróż

W PIĘŚCIACH MI PULSOWAŁO.

Łup, łup.

To była jakaś opowieść.

Łup, łup.

Wszystkim się zdawało, że znają tę historię. Już to widzieli. „Przejdzie mu. To normalne. Trzeba dać mu czas”.Ale znali tylko wyrywki. Nie chcieli usłyszeć wszystkiego.

Ojej, naprawdę?

Hmm.

A gdybym wam powiedział, że wdałem się w wojnę o świecący dziennik mojego zmarłego przyjaciela? Albo że walczyłem z potworami wielkimi i małymi, używając mocy, o które się w ogóle nie podejrzewałem; z bogami, o których istnieniu nie miałem pojęcia? Czy ktoś by mi uwierzył? Nie, pewnie, że nie. Macie własne problemy. Nie chcecie słyszeć o moich, prawda?

A jednak? W takim razie muszę was ostrzec, że czeka was jazda bez trzymanki, więc zapnijcie pasy.

Będę z wami szczery i mam nadzieję, że mogę liczyć na to samo.

– Tristan! Już są!

Łup.

Krzyk mamy wyrwał mnie z zamyślenia. Przestałem boksować w mały worek treningowy, który tata powiesił mi w pokoju, i zębami poluzowałem sznurki w rękawicach. Rzuciłem rękawice na łóżko i sam padłem obok nich. Na małym biurku w kącie pokoju leżał dziennik Eddiego. Wciąż emanował światłem. Jeszcze go nie otworzyłem, odkąd jego mama dała mi go po pogrzebie, dwa tygodnie temu.

Mój pokój był tak mały, że wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby dosięgnąć tego skórzanego zeszytu, ale wtedy musiałbym się z nim zmierzyć, a kto chce z własnego wyboru mierzyć się z tym, co trudne?

Phi. Nie ja.

– Tristanie Strong! – krzyknął tata z korytarza.

Nienawidziłem tego nazwiska.

Czułem się z nim, jakbym udawał kogoś, kim nie jestem. Powinno się mnie nazywać Tristan Tchórz albo Tristan Porażka. Może Tristan Jak-Mogłeś-Przegrać-Pierwszą-Walkę.

Jakkolwiek, tylko nie Tristan Strong.

Usłyszałem kroki mamy w naszym maleńkim mieszkaniu, a po chwili delikatne pukanie do drzwi.

– Tristan, kochanie, słyszałeś?

Odchrząknąłem.

– Tak. Już idę.

Drzwi się otworzyły i mama wsunęła głowę do środka. Wciąż miała na sobie podkoszulek z napisem: „DRUŻYNA SIŁACZA” z poprzedniego wieczoru. Chyba nikt z nas nie spał dobrze po powrocie z mojego debiutu. Ja opatrywałem zranioną dumę – jedyną rzecz, jaka ucierpiała. Mój mały fanklub – tata, mama i dziadkowie ze strony taty – próbował mnie wczoraj pocieszać, ale widziałem rozczarowanie w ich oczach, więc udałem, że jestem bardzo śpiący, i poszedłem się położyć, podczas gdy oni jeszcze długo szeptem dyskutowali. Teraz nastał już świt, czas zacząć spektakl od nowa.

Wzrok mamy przesunął się po bałaganie w moim pokoju i zatrzymał na mojej twarzy. Zmrużyła oczy. W dwóch krokach podeszła do mnie – mijając nietkniętą wczorajszą kolację – i usiadła na łóżku.

– To tylko na miesiąc – powiedziała, nawet nie udając, że nie wie, o co mi chodzi.

– Wiem.

– Dobrze ci zrobi, jak się oderwiesz.

– Wiem.

Poczochrała mnie po głowie i przytuliła.

– Twój psycholog mówił, że zmiana otoczenia to dobry pomysł. Świeże powietrze, praca na farmie. Kto wie, może odkryjesz, że jesteś stworzony do życia na wsi.

Wzruszyłem ramionami. Jedyne, czego byłem pewien, to tego, że nie jestem stworzony do boksu, wbrew temu, co sądzili tata i dziadek.

Wysunąłem się z objęć mamy, wstałem, wziąłem torbę i ruszyłem do drzwi, by zacząć swoje miesięczne wygnanie.

– Nie zapomniałeś czegoś? – zapytała mama.

Obróciłem się i zobaczyłem, że podaje mi dziennik Eddiego. Jej dłoń i nadgarstek były zalane szmaragdowozielonkawym blaskiem okładki. Ale jak każdy, komu pokazywałem ten zeszyt wcześniej, ona nie widziała żadnego dziwnego światła.

Moje zmarszczenie brwi, kiedy wsuwała brulion do torby, wzięła za przejaw niepokoju.

– Chciał, żeby to było u ciebie. Wiem, że to trudne, ale… może uda ci się przeczytać w wolnej chwili?

Nie wiedziałem, czy głos mnie nie zawiedzie, skinąłem więc głową i pomaszerowałem do wyjścia.

Decyzja o zawiezieniu mnie na farmę dziadków w Alabamie została podjęta bez mojego udziału. Typowe. Rodzice już wcześniej rozmawiali o tym kilka razy, ale po śmierci Eddiego i mojej trzeciej bójce w szkole w ostatnich dwóch tygodniach przed wakacjami… hm, chyba nadszedł czas.

W tych bójkach przynajmniej byłem górą. Nie tak jak wczoraj na ringu.

Takie już moje szczęście, że na walce akurat był dziadek i widział moje upokorzenie.

– Jesteś o trzy i pół kilograma cięższy od niego! – powiedział zaraz po walce tym swoim chrapliwym głosem. – Cofnąłeś dzieje rodziny o całą dekadę.

Oto ja – Tristan Rozczarowanie.

Syn Alvina „Kuli Burzącej”, najlepszego boksera wagi średniej, jakiego wydało Chicago od niemal dwudziestu lat. Miałem wzrost taty i podbródek dziadka, więc boksowanie powinienem mieć w genach. Walczyłem w starych spodenkach dziadka, wspierany przez ojca stojącego w moim narożniku. Moja pierwsza walka miała być kolejnym krokiem naprzód w dziejach rodu Strongów.

Zamiast tego zostałem rozłożony na obie łopatki. I to dwa razy. Tata powiedział tylko: „Dorwiesz go następnym razem”, ale wiedziałem, że jest zawiedziony.

A to bolało niemal tak samo jak przegrana.

Kiedy wyszedłem z bloku z plecakiem przewieszonym przez ramię i torbą w ręku, uderzyła we mnie fala gorąca i wilgoci, jak przystało na upał początku lata. W oddali zbierały się gęste, szare chmury, które natychmiast dodałem do mojej listy wcale-nie-złowieszczych zjawisk. Świecący pamiętnik? Co tam. Burza na horyzoncie? Normalka.

Tata i dziadek stali na krawężniku, a Nana (nikt nigdy nie nazywał jej babcią, a już na pewno gdy chciał dostać jedzenie) w samochodzie robiła na drutach. Tata był wyższy od swojego ojca, ale widać było podobieństwo między nimi. Mocno brązowa skóra jak moja, szeroka szczęka, dumna postawa ciała. Na szczęście włosy odziedziczyłem po mamie, bo obaj Strongowie mieli identyczne łysiny wyzierające spośród krótkich kędzierzawych czupryn.

– Trzeba mu znaleźć robotę w polu, niech zajmie się pracą – mówił dziadek. – To go od razu postawi na nogi.

Tata wzruszył ramionami. Milczał. Właściwie mało kto zabierał głos w obecności dziadka. Ten staruszek potrafił gadać jak najęty.

Nana zobaczyła, jak schodzę po schodach, odłożyła robótkę i wyszła z auta.

– Jest! Jak się dzisiaj masz, kochanie? Bardzo jesteś poobijany?

Uścisnęła mnie tak, że nie mogłem odpowiedzieć, a potem syknęła na dziadka:

– Walter, weź torbę chłopca. Alvin – zwróciła się do taty – musimy ruszać, zanim ta burza się zacznie.

Dziadek obrzucił mnie wzrokiem.

– Czy wy, młodzi, nie nosicie nic innego?

Spojrzałem w dół. Czarne conversy z rozwiązanymi szarymi sznurówkami. Luźne spodenki khaki i jeszcze luźniejsza szara bluza z kapturem. Ta bluza była ze mną wszędzie – na plecach miała czarny napięty biceps. Możecie mnie uznać za sentymentalnego, ale zawsze się tak ubierałem, kiedy włóczyliśmy się z Eddiem. Nazywał te ciuchy „mundurem Tristana Stronga”, idealnym na każdą okazję.

A więc owszem, często chodzę tak ubrany.

Nana uciszyła dziadka i jeszcze raz mnie uściskała.

– Nie słuchaj go, Tristanie. Już się nie mogę doczekać, kiedy będziemy na farmie. Ostatnim razem byłeś malutki, ale tak ganiałeś za kurczakami, że wciąż cię pamiętają. Zapakowałam drugie śniadanie i nawet przygotowałam sobie kilka opowieści na drogę…

Tak więc klepnięcie taty w ramię, uścisk mamy i już byłem na cały miesiąc ciężarem dla kogoś innego. Żegnaj, Chicago z kablówką, internetem, zasięgiem komórek. Bywajcie!

Podczas dwunastogodzinnej podróży do Alabamy jedno stało się jasne – nigdy więcej tego nie zrobię.

Nigdy więcej.

Przebywanie w zamkniętej przestrzeni z dziadkiem było jak ocieranie łez papierem ściernym. Bolesne, wręcz nie do zniesienia – aż człowiek się zastanawiał, jak mógł chociaż przez chwilę uznać to za dobry pomysł.

Myślicie, że przesadzam?

Dziesięć minut po odjeździe:

– Kiedy ja byłem w twoim wieku, miałem już stałą pracę i za sobą dwie walki o tytuł.

Trzy godziny po odjeździe:

– Co, znowu jesteś głodny? Wziąłeś ze sobą jakieś pieniądze na przekąski?

Sześć godzin po odjeździe:

– Rany, nie powinienem był jeść na śniadanie tej wczorajszej fasoli.

Osiem godzin po odjeździe:

– Nie wierzę, że przebyłem taką drogę po to, żeby zobaczyć Stronga w tak kiepskiej formie. Masz to pewnie po rodzinie ze strony babci. Żaden ze Strongów nigdy nie prezentował się w taki sposób na ringu. Pamiętam, jak…

No, chyba wiecie, o co mi chodzi.

Zanim przekroczyliśmy granicę stanu Alabama, byłem gotów gryźć sobie palce do krwi. Nie wiem, jak Nana mogła siedzieć spokojnie, nucić pod nosem i dziergać, ale to właśnie robiła. Cadillac toczył się dwupasmówką, wzbijając chmury pyłu i spalin, niczym rakieta pędząca przez czas z przyszłości do krainy bez wi-fi.

Jeszcze gdzieś w Kentucky wetknąłem słuchawki do uszu, ale potem padła mi bateria w telefonie. Nie wyjąłem słuchawek, żeby mieć spokój. Nana robiła na drutach na siedzeniu obok kierowcy, a dziadek stukał palcem w kierownicę, nucąc jakąś piosenkę. Było dość spokojnie, jeśli nie liczyć jednej rzeczy…

Na siedzeniu obok mnie leżał pamiętnik Eddiego.

Mógłbym przysiąc, że wcisnąłem go do torby, pod ubrania. A torbę dziadek włożył do bagażnika. Jednak był tutaj i czekał, aż zrobię to, co odkładałem od pogrzebu. W popołudniowym słońcu, które raz po raz wyzierało zza burzowych chmur, pamiętnik wyglądał normalnie, jak zwykły zeszyt. Ale kiedy osłaniałem go dłońmi i zaglądałem z zapartym tchem – tak, ciągle świecił.

„Czemu go nie otworzysz i nie zajrzysz do środka?” – moglibyście zapytać.

Wierzcie mi, to nie takie proste. Przed śmiercią Eddiego skórzana okładka jego pamiętnika była gładka. Teraz pojawił się na niej dziwaczny symbol, jakby słońce z promieniami rozchodzącymi się w nieskończoność albo kwiatek z długimi płatkami. Ten sam symbol był wytłoczony na drewnianym wisiorku przyczepionym do sznurka połączonego z grzbietem zeszytu. Widziałem już tę tasiemkę – Eddie używał jej jako zakładki albo do smagania mnie po głowie – ale wisior był czymś nowym.

Co jeszcze dziwniejsze, breloczek migotał tym samym zielonym światłem co okładka. Wpatrywałem się w ten brulion codziennie przez wiele minut, ale jego blask zawsze powstrzymywał mnie przed otwarciem.

Zresztą i tak wiedziałem, co tam jest. Opowieści, które Eddie notował swoimi koślawymi kulfonami; zapisane jego własnymi słowami historie, które opowiadała nam Nana, kiedy nas odwiedzała, gdy byliśmy mniejsi. John Henry, Pająk Anansi, przygody Brata Królika – przeczytałem je wszystkie. To był nasz projekt semestralny z angielskiego – zbiór opowieści z naszego dzieciństwa. Eddie pisał, a ja miałem zaprezentować to ustnie. I wtedy zdarzył się ten wypadek. Psycholog, do którego mama zaprowadzała mnie w każdą środę, powiedział, że powinienem spróbować dokończyć pisemną część projektu, chociaż były już wakacje. To miało działać terapeutycznie, no wiecie, takie tam.

(Zanim powiecie coś, czego możecie żałować, dodam, że pan Richardson jest w porządku. Podczas rozmów gramy w Maddena i mogę się skupić na zdobywaniu punktów dla jego Orłów, przez co nie czuję się głupio, odpowiadając na pytania. To pomaga… trochę. Kiedy jest mi za ciężko, potrafi się wycofać. Zachowajcie więc swoje uwagi o „wrażliwości” i „harcie ducha” dla siebie. Barany).

Żeby nie myśleć o tym nawiedzonym pamiętniku, wyglądałem przez okno. Chmury się nie rozstępowały, nawet gdy już wjechaliśmy w Głębokie Południe. Zmieniło się tylko to, że teraz zamiast błyskawic strzelały w nas wielkie krople deszczu, które rozpryskiwały się na szybie niczym tłuste robaki. Wszystko wokół było ponure, co dość dobrze oddawało mój stan ducha.

Wyjąłem z uszu słuchawki i westchnąłem. Nana usłyszała to i obróciła się w moją stronę.

– Jesteś głodny? – zapytała.

– Nie.

– Nie, proszę babci– dobiegł głos dziadka z fotela kierowcy. – Do babci masz się zwracać z szacunkiem, rozumiesz?

– Tak.

Dziadek wbił wzrok w lusterko, by posłać mi znaczące spojrzenie.

– To znaczy tak, proszę dziadka.

Przyglądał mi się jeszcze chwilę, po czym wrócił do obserwowania drogi.

– No cóż – Nana odwróciła się i ponownie zajęła robótką – niezależnie od tego, co powiedział dziadek – tu posłała mu groźne spojrzenie – daj znać, kiedy zgłodniejesz. Twoja mama mówiła, że nie jesz zbyt wiele, więc musimy to zmienić. I podobno masz coś do napisania. Twój psycholog chce, żebyś się na tym skupił.

– Chłopak nie potrzebuje żadnych psychologów – burknął dziadek. – Potrzebuje zajęcia. Nie będzie miał czasu na użalanie się, jak trzeba będzie nakarmić konie i naprawić płot.

– Walter! – zganiła go Nana. – Jemu potrzeba…

– Wiem, czego mu trzeba…

Pokręciłem głową i przestałem zwracać na nich uwagę. Po całym dniu w samochodzie w towarzystwie dziadków już dobrze znałem ich zachowania. Sprzeczali się, śmiali, śpiewali, znowu się sprzeczali i robili na drutach. No, Nana robiła. Ale byli jak dwie strony tej samej starej monety.

Dla dziadka wszystko sprowadzało się do pracy. Praca, praca, praca.

Nudzisz się? Zrób to.

Skończyłeś? Zrób jeszcze to.

Chcesz z kimś pogadać? Oczywiście to znaczy, że za mało pracowałeś, więc wiesz co? Zrób jeszcze trochę.

Nana za to śpiewała i nuciła, kiedy nie rozmawiała, co było rzadkością, bo zawsze miała jakąś opowieść na podorędziu: „Wiesz, dlaczego sowa nie może spać?” – mówiła i ciągnęła historyjkę, a człowiek siedział i słuchał, na początku z uprzejmości, a pod koniec już zżerany ciekawością.

Uśmiechnąłem się. Eddie uwielbiał słuchać mojej babci. Kiedy przyjechała do nas w tym roku, praktycznie nie odstępował jej na krok, chodził za nią ze swoim dziennikiem w ręku.

À propos…

Położyłem lewą dłoń na skórzanej okładce i przesunąłem palcem po wytłoczonym symbolu.

– Co to jest, kochanie?

Podniosłem wzrok i zobaczyłem Nanę spoglądającą do tyłu ponad fotelem.

– Hm? To znaczy… y… tak, proszę babci?

Dziadek kiwnął głową i odetchnął z ulgą.

Nana uśmiechnęła się.

– Czy to na to twoje pisanie?

Zawahałem się.

– Tak, proszę babci. – Podniosłem zeszyt, żeby jej pokazać. Na widok symbolu na okładce jej oczy rozszerzyły się.

– Skąd to masz? – zapytała. Dziadek obrócił się, by spojrzeć, o czym mowa, ale Nana zasłoniła mu widok ręką. – Patrz na drogę.

– Od Eddiego… – zacząłem i zaraz urwałem. – To znaczy od jego mamy. To jest… było nasze. Pisaliśmy to do szkoły. A co? Coś nie tak?

Czyżby dostrzegła to co ja? Czy zobaczyła, że zeszyt błyszczy nawet w słońcu?

Nana zacisnęła wargi.

– Ten symbol. Dawno go nie widziałam.

– Wie babcia, co to jest?

– No… – Spojrzała na dziadka, który przestał nas słuchać, kiedy tylko zaczęliśmy mówić o pisaniu. – To pajęczyna, stary afrykański symbol kreatywności i mądrości. Pokazuje, jak poplątane i skomplikowane może być życie. I że z pomocą wyobraźni i twórczego myślenia możemy rozwiązać większość problemów własnych i cudzych.

– Czy widzi babcia jeszcze coś dziwnego w tym zeszycie? – spytałem.

Nana roześmiała się dźwięcznym, radosnym śmiechem, który zarażał wszystkich wokół.

– Czy to jakiś test?

– Nie, proszę babci.

– Nie widzę tu nic poza ociąganiem się. Śmiało, otwórz.

– Tak, proszę babci. – Zmarszczyłem brwi. Czyli Nana widziała symbol, tę pajęczynę, ale nie widziała blasku. To wcale nie poprawiło mi humoru.

Dziadek uderzył w kierownicę.

– Wszyscy musicie przestać nabijać mu głowę tymi bajkami o symbolach. On musi twardo stąpać po ziemi. Niech się lepiej zastanowi, co zrobił źle wczoraj wieczorem. Chłopak musi się skupić! Sukcesy w boksie nie przychodzą same… Potrzebny jest trening ciała i umysłu.

– Dziadku, ja nie chcę…

– Nie będę tego słuchał. Nie jesteś już dzieckiem. Jesteś Strongiem, a…

– Walterze – przerwała mu Nana – nie bądź dla niego taki surowy.

– On potrzebuje twardej ręki… Wszyscy jesteście dla niego zbyt łagodni.

– Słuchaj… – Nana zaczęła szeptem pouczać dziadka, który kręcił głową i mruczał coś pod nosem.

Rozparłem się na siedzeniu i próbowałem odciąć się od tej kłótni. Przesuwałem kciukiem po okładce i zanim mój mózg zdążył się sprzeciwić, położyłem sobie dziennik na kolanach i otworzyłem na przypadkowej stronie. Co z tego, że świecił? Był to nadal zeszyt, a czytanie wydało mi się w tym momencie lepsze od wysłuchiwania narzekań dziadka udających życiowe mądrości. I od zastanawiania się nad tamtym wypadkiem.

Naprawdę, co złego mogło się zdarzyć?

2Butelkowe drzewa

U stóp ogromnego dębu kuliły się dwie postaci.

Między powyginanymi, rozłożystymi cieniami rozgałęziały się olbrzymie, poplątane korzenie. Pierwszą postacią był wielki czarny mężczyzna o ramionach z mahoniu, pięściach jak skały i barkach szerszych od gór. Ukląkł na jedno kolano na miękkiej, wilgotnej ziemi i oparł dłoń na gładkiej kłodzie leżącej za jego plecami.

– Jesteś pewien, że to konieczne, BK? – Jego głos gruchnął niczym huk tysiąca pociągów jadących w tę samą stronę.

Druga postać – królik wielkości przedszkolaka – wzdryg­nęła się nerwowo.

– Jasne, że jestem pewien, John! – prychnął. – Pospiesz się! Musimy to skończyć. – Coś trzasnęło w oddali i królik podskoczył. – Już!

– No dobra, dobra – odparł John. Wyciągnął się w górę… i w górę… i w górę, aż wydawał się wyższy od wiekowego drzewa. – Ale musisz dodać staremu narzędziu trochę mocy. Nie poradzę sobie sam.

– Nieważne, tylko zrób to wreszcie!

John podniósł kłodę, ale… to nie była kłoda. To był trzonek – gładki trzonek masywnego młota. Na drewnie widniały rzeźbienia i gdy olbrzymie dłonie wymacały znajome rowki, narzędzie zaczęło szumieć.

John. Z młotem. Niemożliwe… Znałem to imię. Te postaci. John Henry. I BK… BK… Brat Królik? Ale…

Brat Królik położył łapy na wielkim żelaznym obuchu młota i zaczął cicho mruczeć. Jego szept rósł i się natężał, aż wreszcie huczał niczym okrzyki i rytm bębnów, i głośne tupanie. Obuch – odrapany gruby kawał metalu – zalśnił mocnym czerwonym światłem i John uderzył nim w splątane korzenie. U stóp drzewa rozwarła się głęboka czarna dziura.

John pochylił się nad nią i podniósł z ziemi mały przedmiot. Nie rozpoznałem, co to takiego.

– Ruszaj – powiedział do tego czegoś, wkładając to delikatnie do dołu. – Ruszaj i znajdź to. Znajdź to. ZNAJDŹ TO!

Stuk, stuk, stuk.

Oderwałem dłonie od dziennika, z trudem łapiąc oddech. Po twarzy spływał mi pot, plecy mocno wbiłem w fotel cadillaca. Burzowe chmury w końcu się rozeszły, słońce wisiało nad samą linią horyzontu i jego pomarańczowoczerwone promienie wdzierały się przez szybę.

Co to było? Sen? Zasnąłem przy czytaniu?

Ale dlaczego to było takie rzeczywiste? I dlaczego dziennik leżał zamknięty na siedzeniu obok mnie?

– Wszystko w porządku? – zapytała Nana, nie obracając się.

Stuk, stuk, stuk.

Jej druty poruszały się jak w transie. Czy to moja wyobraźnia, czy ona też się pociła?

– Tristanie?

Stuk, stuk, stuk.

To coś… cokolwiek to było, wciąż ściskało mi klatkę piersiową i zatykało usta. W samochodzie było gorąco, duszno i ciasno, jakby ktoś mnie nagle owinął gryzącym wełnianym kocem tak mocno, że nie mogłem oddychać. Jakimś cudem udało mi się sięgnąć drzwiczek i opuścić szybę, żeby złapać trochę powietrza.

– Tristan!

– Chłopcze, zamknij to okno! – warknął dziadek. – Wpuszczasz do środka cały ten kurz. Zwariowałeś?

Jeden wdech. Drugi wdech.

– TRISTAN!

Dziadek obrócił się, ale ten okropny ucisk ustąpił, dopiero gdy Nana położyła mi dłoń na kolanie. Niechętnie zasunąłem szybę, biorąc głęboki wdech. Wrażenie uciskania zamieniło się w dziwny niepokój. Nic nie do zniesienia, ale zaczęła mnie swędzieć szyja. Nana zdjęła rękę z mojej nogi, lecz nie spuszczała ze mnie wzroku. Wyglądała na zaniepokojoną.

– W porządku?

Skinąłem głową.

– Odpowiedz babci, kiedy…

– Cicho, Walter – zganiła go Nana. – Patrz na drogę.

Pokręciłem głową.

– To tylko… zrobiło mi się trochę niedobrze, chyba choroba lokomocyjna.

Nana przyglądała mi się, jakby podejrzewała, że kłamię, ale nie drążyła tematu.

– Może spróbuj się zdrzemnąć. Jeszcze tylko godzinka i będziemy na miejscu. A przed kolacją czeka was z dziadkiem trochę pracy. – Odwróciła się, ale mógłbym przysiąc, że przez sekundę jej oczy zalśniły na widok dziennika.

Stuk, stuk, stuk.

Nana wróciła do dziergania, a ja spojrzałem na zeszyt leżący obok mnie. Po chwili wahania przysłoniłem go dłonią. Wiedziałem już, co się stanie, ale i tak chciałem sprawdzić.

Dziennik pulsował teraz szybciej i silniej jaskrawozielonym blaskiem.

Jakiś czas później dziadek zwolnił i skręcił w wyboistą żwirową drogę biegnącą pod górę.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił.

Wróciłem do rzeczywistości. Wsunąłem dziennik Eddiego do plecaka, przeciągnąłem się i wyjrzałem przez okno. Wszystko wyglądało… hm, jak na wsi.

No tak.

– To znaczy gdzie? – zapytałem.

– W domu, kochanie – odparła Nana, kończąc robótkę, i znowu obróciła się w moją stronę. – W samą porę, żeby zacząć szykować kolację.

– Do zachodu jeszcze jakaś godzina – stwierdził dziadek. – Zdążymy naprawić chociaż część tego starego płotu.

Samochód wgramolił się na szczyt wzgórza. Farma Strongów rozpościerała się po horyzont. Patchworkowa kołdra zielonych i brązowych pól otaczała dużą stajnię i trochę mniejszy dom. Rzędy kukurydzy stały na baczność, kiedy mijał je cadillac, jakby witały rydwan wiozący króla i królową tej ziemi. Nana i dziadek naprawdę zdawali się bardziej wyprostowani, gdy zbliżaliśmy się do domu. Nawet ja to czułem – to przyciąganie czegoś, co było w mojej rodzinie od pokoleń. Tu było nasze królestwo, nasze terytorium. Ziemia Strongów.

Przykleiłem nos do szyby, która od razu pokryła się parą mojego oddechu. Zauważyłem grupę drzew w odległym kącie farmy. Były stare, jak fragment lasu zapomniany przez czas. Ich powyginane olbrzymie pnie stały blisko siebie jak jakiś oddział… albo strażnicy. Kiedy się im przyglądałem, wrócił ten ucisk w piersi – tamto wcześ­niejsze uczucie. Miałem wrażenie obecności kogoś… albo czegoś… poszukującego.

Poszukującego mnie.

Gdy przejeżdżaliśmy obok, zauważyłem błysk między gałęziami.

– Co tam jest? – zapytałem.

– Gdzie, kochanie?

– Tam, między tymi drzewami. Coś się świeci.

Dziadek pokręcił głową.

– Kolejne głupoty, ot co.

– Cicho, Walterze – powiedziała Nana. – To tylko las butelkowych drzew, kochanie.

– Co? – Jakich butelkowych drzew? O, znowu! Coś ponownie rozbłysło jak światło odbite w lustrze albo szkle.

– Butelkowe drzewa. A niech to, zgubiłam oczko! Co to ja mówiłam? Aha, butelkowe drzewa. Mogłabym przysiąc, że już o tym rozmawialiśmy. – Obróciła się na siedzeniu. – Niewolnicy z Afryki przynieśli tutaj ten zwyczaj. To sposób na schwytanie i pozbycie się złych błąkających się po okolicy.

– Złych? – Mocniej docisnąłem nos do szyby.

– Złych duchów, kochanie. Bóg jeden wie, ile ich tu grasuje, zwłaszcza… No, ale nie masz się czym przejmować – tłumaczyła Nana. – Lepiej, żebyś tam nie chodził. Te stare drzewa nie nadają się do zabawy. Mógłbyś coś sobie zrobić.

– Trzeba je wyciąć – mruknął dziadek, ale Nana zbyła go machnięciem ręki.

– Przestań, Walterze. A teraz, Tristanie, popatrz tam… – Zaczęła niczym przewodnik pokazywać mi okolicę. Siedziałem z tyłu i słuchałem jej słów, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że dzieje się tu coś dziwnego.

– Złap za tamten koniec i podnieś. Podnieś! Przestań udawać, że pracujesz, przyłóż się do roboty.

Przytrzymywałem słup na jednym końcu, kiedy wsuwaliśmy go razem z dziadkiem do wykopanego otworu. Gdy już włożyliśmy go na miejsce, oparłem się o naprawiony płot, żeby odsapnąć. Pracowaliśmy w pośpiechu od godziny, żeby zdążyć naprawić tę część ogrodzenia przed zachodem słońca. Byłem wyczerpany. Nie miałem nawet czasu zanieść bagażu. Dźwignąłem plecak i z jego kieszeni prawie wypadł dziennik Eddiego. A mógłbym przysiąc, że zasunąłem zamek…

Dziadek kręcił głową, obserwując, jak odkładam zeszyt. Otarł sobie czoło szmatą, którą wyciągnął z kieszeni roboczego kombinezonu, a potem włożył ją z powrotem. Podwinął rękawy.

– Zostaw tę pisaninę, chłopcze. To ci w niczym nie pomoże, tylko namiesza ci w głowie.

Nie odpowiedziałem.

– A właściwie to o czym masz pisać? O grach wideo? Telewizji? Całe to miejskie życie robi z was mięczaków. Twojego tatę przyciągnąłbym tu już o świcie. Jak myślisz, skąd u niego takie bary? Od ciężkiej pracy, chłopcze.

Ściskałem szelki plecaka tak mocno, że aż wrzynały mi się w dłonie, ale milczałem.

Dziadek wypluł źdźbło, które przeżuwał.

– Hm. No dalej, zanieś ten drut do stodoły. A potem umyj się do kolacji. No, pospiesz się, babcia już czeka.

Złapałem szpulę drutu i ruszyłem w stronę zabudowań. Słyszałem, jak dziadek mruczy coś pod nosem, i starałem się nie zwracać na to uwagi. Choćbym nie wiem co robił i dokąd poszedł, zawsze ktoś chciał mnie pouczać, co ­robię źle i co powinienem robić inaczej.

„Jesteś już dość duży, Tristanie. Idź pograć w piłkę”.

„Nie czytaj tych komiksów, Tristanie, przeczytaj prawdziwą książkę”.

„Przestań…”

Uniosłem głowę, nagle uświadomiwszy sobie, że świat zamilkł. To znaczy nic nie wydawało dźwięków. Nie było słychać ani ptaków, ani wiewiórek, ani szelestu liści – nawet wiatr wstrzymał oddech.

Przede mną znajdował się stary zagajnik.

Jak długo tu szedłem? Jak tu trafiłem?

Cienie na ziemi były coraz ciemniejsze i coraz bardziej wyciągały się w moim kierunku. Bluszcze oplatające pnie zdawały się wyginać niczym palce przywołujące mnie bliżej. Czułem ich determinację, ich żądzę. Drzewa stawały się coraz większe i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to dlatego, że idę w ich stronę.

„ZNAJDŹ TO”.

Te słowa szumiały mi w głowie, rozsadzały czaszkę. Cała burza rozkazów. Zamarłem. To były te same słowa, ten sam głos, który słyszałem we śnie w samochodzie. Bo to był sen, prawda?

Doszedłem do linii drzew. Z głębi ciemnego lasu docierał delikatny powiew wiatru, niczym oddech. Pachniał… starością. Ziemią. Jakby tego, co było w środku, nie niepokojono od lat. Nie chciałem być pierwszym intruzem.

A jednak…

Zrobiłem krok naprzód.

– Tristan? Tristaaan! – Głos Nany przełamał urok, który trzymał mnie w szponach.

Potrząsnąłem głową, by strącić z siebie pajęczyny. Moja prawa stopa zawisła w powietrzu o centymetry od strefy cienia. Powoli ją opuściłem i zrobiłem kilka kroków w tył. Zajrzałem podejrzliwie między drzewa. Coś tam było i przyzywało mnie. Czułem to.

– Tristan, kolacja! – Nawoływanie Nany płynęło z nieba, niesione wiatrem, jak to jest możliwe tylko w wypadku głosu starszych ludzi.

Jeszcze bardziej się cofnąłem, a potem obróciłem i ruszyłem biegiem przez pole kukurydzy do domu.

Nie ma mowy, żebym wszedł do tego lasu – postanowiłem. – Nigdy tam nie wejdę.

Jakże się myliłem.

3Gumowa Mała

Kiedy nastąpił atak, byłem w półśnie.

Podróż samochodem, ten dziwny sen, który nie był snem, praca na farmie… Kiedy się kładłem, powieki ciążyły mi, jakby ważyły tonę. Mimo to jakoś nie mogłem zasnąć.

Nie chodziło o ciemności, chociaż nie byłem przyzwyczajony do takich nocy. W Chicago nie było aż tak ciemno – blask latarni i neonów robił swoje.

Tutaj całkowity brak światła sprawiał, że wszystko wydawało się… inne. Na pościeli obok mnie leżała latarka. Nie dlatego że tak się boję ciemności, ale na wypadek gdybym musiał wstać w nocy do toalety albo napić się wody.

Jejku, ile bym dał za kilka lamp ulicznych.

Nie chodziło też o ciszę, chociaż było o wiele za cicho. Zamiast uspokajających dźwięków samochodów, syren i rozmów dobiegających z ulicy słyszałem szelest łodyg kukurydzy. Okno się nie domykało, bo drewniana rama była wypaczona, a to miało dobre i złe strony. Dobre, bo nie czułem się tak szczelnie zamknięty, a złe z powodu świerszczy.

O Boże, te świerszcze! Jak coś tak małego może robić tyle hałasu? Czułem się, jakby jakiś milion tych stworzeń otaczał moje okno i wyśpiewywał słowa najbardziej denerwującej piosenki, jaką można sobie wyobrazić.

Tak, właśnie tej, która teraz przyszła wam do głowy.

Kicha, prawda?

Ale i tak to nie przez ciemności, dziwne hałasy czy przez ten obcy dom nie mogłem zasnąć. To coś, co napierało na mnie w samochodzie, teraz czekało, aż się zrelaksuję. Wiedziałem, że kiedy tylko stracę czujność, schwyta mnie jak przeciwnik na ringu, ściśnie mi głowę rękawicami i poczeka na odpowiedni moment, by zadać idealny cios. Czułem to. Kiedy tylko…

Łup!

Ten hałas dobiegł z drugiego końca pokoju, skądś koło okna, jakby coś spadło na podłogę.

Usiadłem gwałtownie i wytężyłem wzrok, próbując dostrzec cokolwiek w ciemnościach.

Gdybym był w tej chwili w Chicago, po prostu nakryłbym głowę poduszką, żeby nie słyszeć tych hałasów, bo uznałbym, że to sprawka sąsiada. Ściany mieszkań były tam tak cienkie, że kiedy ktoś kichnął, ludzie dwa piętra niżej mówili: „Na zdrowie!”.

To jednak nie było Chicago. Dlatego ten huk mnie zaintrygował. Zwłaszcza że już i tak byłem spięty. I jeszcze dlatego że zaraz potem rozległy się odgłosy kleistego, mlaskającego człapania, jakby ktoś stąpał po rozrzuconej taśmie klejącej.

Rozejrzałem się po pokoju. Nie było tam zbyt wielu mebli – komoda z moim plecakiem (dziennik Eddiego wciąż zamknięty wewnątrz), wieszak i krzesło, na którym leżały moje ubrania z minionego dnia. Jednak noc zamienia cienie zwyczajnych przedmiotów w rzeczy przerażające. Palce sterczące z pustej przestrzeni. Cienie wymieszane z istotami pełznącymi w stronę łóżka.

– Kto tam? – wyszeptałem.

Nikt nie odpowiedział. Świerszcze na zewnątrz wzmog­ły swoje chóralne śpiewy, wiatr świstał w suchych łodygach kukurydzy. Ale to przecież normalne dźwięki na farmie, co nie?

Nie wiem, czego się spodziewałem. Nabrałem powietrza w płuca i przetarłem oczy. To było głupie.

– Weź się w garść, Tristanie – powiedziałem zawstydzony. – Nic tam nie ma.

Coś drapało w podłogę i przysięgam, słyszałem szept: „Gdzie to jest, gdzie to jest, gdzie to jest?”.

Serce mi podskoczyło. Przesunąłem się w nogi łóżka, ściskając latarkę w drżących dłoniach. Nacisnąłem guzik, żeby ją włączyć, ale nic się nie stało.

– No nie, a niech to, włącz się – mruczałem, uderzając latarką o dłoń. Zacięła się. – Dlaczego nic tu nie działa?

Pstryk.

Po piątej czy szóstej próbie pojawił się snop światła.

– W końcu!

Omiotłem jasną smugą pomieszczenie, szukając czegoś niesamowitego i oddychając z ulgą za każdym razem, gdy dziwaczny kształt okazywał się czymś znajomym. Sterczące palce zamieniły się w wieszak. Skradające się potwory przybrały z powrotem postać krzesła z ubraniami. Lalka na środku podłogi…

…obróciła głowę, kiedy dosięgła jej wiązka światła.

Zamarłem.

Lalka wyglądała na figurkę domowej roboty, jakby ktoś wyrzeźbił ją z drewna, pomalował ciemnobrązową farbą, która jeszcze dobrze nie wyschła, zrobił dwie czarne kropki w miejscach oczu i przykleił kędzierzawą czarną wełnę na jej głowie, tworząc dwa kłęby afro. Stała spokojnie w świetle, wysoka na prawie trzydzieści centymetrów, i wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem.

– Okej – powiedziałem i oblizałem wargi. Latarka znowu zgasła. – Okej. To… nie jest dziwne. Tak? Nie ma nic dziwnego w tym, że…

– Kogo nazywasz dziwnym?

Rozejrzałem się zbity z tropu, próbując zlokalizować właściciela tego głosu. Jego tembr był nienaturalny, piskliwy, jak u kogoś, kto się nawdychał helu z balonu i próbuje coś powiedzieć.

– Aha, teraz nie widzisz Gumowej Małej? Teraz niewidzialna?

To dobiegało skądś z dołu. Latarka włączyła się w samą porę, żebym zobaczył lalkę idącą w moją stronę. Każdemu jej krokowi towarzyszył taki dźwięk, jakby ktoś otwierał zapięcie na rzepy.

Podeszła bliżej, patrząc na mnie ze złością.

– Gdzie to jest? Lepiej powiedz Gumowej Małej, i to szybko.

Gumowa Mała? Niemożliwe.

Słyszałem już to imię. Czyżby… ta mała lalka z legend? Wykluczone!

Ale w tamtej historii figurka nic nie mówiła i była ubrana w liście. Ta tutaj natomiast miała na sobie czarny golf i czarne spodnie, a jej stopy były bose. I co to za plamy zostawiała na podłodze?

– Hej, Gumowa Mała mówi do ciebie, chłopaczku. – Lalka maszerowała po podłodze ze srogą miną, do której nie pasowały te mlaskające dźwięki przy każdym kroku.

– Nie każ Gumowej Małej się tam wdrapywać.

Plask, plask, plask.

– Czy Gumowa Mała mówi do ściany?

Plask, plask, plask.

– Oj, sam się o to prosisz.

Plask, plask, plask.

Zdążyła już wdrapać się po łóżku i zostawić ciemne plamy na pościeli, kiedy wreszcie otrząsnąłem się z odrętwienia i wyciągnąłem przed siebie latarkę niczym strzelbę.

– Kto?… Kim ty jesteś? – wyszeptałem.

Trzydziestocentymetrowa lalka patrzyła na mnie zagniewana. Wspięła się na moją stopę i przyjęła dumną pozę. Rozrzuciła pulchne ramiona, jedną nogę postawiła na moim paluchu i roześmiała się tym swoim cienkim głosikiem.

– Ha-ha-haaaa! Chcesz wiedzieć, kim jest Gumowa Mała? Gumowa Mała to powód, dla którego zamykasz drzwi przed snem. Gumowa Mała to powód, dla którego słońce ucieka z nieba. Gumowa Mała to twój koszmar, ludzie na całym świecie wymawiają jej imię szeptem i trzęsą się przed nią ze strachu. Ha-ha-ha-haaa!

– Ćśśś! – Zamachałem rękami, próbując ją uciszyć. – Obudzisz dziadków.

Gumowa Mała przechyliła głowę i spojrzała na mnie, jakbym uderzył ją w twarz.

– Czy ty… – zaczęła – czy ty właśnie śmiałeś uciszać Gumową Małą? Nie słyszałeś, co mówiłam? O twoim koszmarze i tak dalej, o zamykaniu drzwi na noc? Czy… nie zrozumiałeś?

– Zrozumiałem, ale…

– Czy Gumowa Mała ma jeszcze coś tłumaczyć?

– Nie, rozumiem, ja tylko nie chcę…

– No dobrze. W takim razie JEŻELI JESZCZE RAZ SPRÓBUJESZ UCISZYĆ GUMOWĄ MAŁĄ, DOSTANIESZ W ŁEB!

Przesunęła się po moich nogach i zaczęła młócić obiema kleistymi rękami przed moją klatką piersiową.

– Niech no tylko jeszcze jedno „ćśśś” wyjdzie z tych ust. Zobaczysz! To będzie ostatnie „ćśśś”, którym kogokolwiek uciszysz!

– No dobra, dobra! – Uchylałem się przed jej irytującymi ciosami rozsiewającymi dziwną kleistą maź. – Przestań, to łaskocze, i robisz się… rozrzucasz to coś po moim łóżku.

Gumowa Mała jeszcze raz szarpnęła mnie za koszulę, potem stanęła mi na udach i podparła się pod boki. Starłem kroplę tego paskudztwa z policzka i skrzywiłem się. Co dziadek i Nana powiedzą rano na taki bałagan?

– Tak lepiej. No a teraz: gdzie to jest? – Gumowa Mała skrzyżowała ręce na piersi.

– Gdzie jest co?

– Nie udawaj. Dobrze wiesz co.

– Nie. Ja… Słuchaj, nie wiem, kim jesteś… No, myślę, że jesteś… ale to niedorzeczne, to były tylko bajki i… Czy możesz mi po prostu powiedzieć, co tu robisz?

Chodziło mi o to, czemu jest żywą postacią, a nie bohaterką baśni, ale Gumowa Mała źle mnie zrozumiała. Przez chwilę wpatrywała się we mnie gniewnie.

– Gumowa Mała ma misję do wykonania, Pleciugo. Gdzie jest znak? Gumowa Mała wie, że gdzieś tutaj świeci.

Próbowałem coś wydukać, jakoś odpowiedzieć na jej pytanie, ale cała ta sytuacja była zbyt nierzeczywista. Jakbym był przesłuchiwany przez zabawkę z przeceny. Eddie nigdy by w to nie uwierzył. W zasadzie to było coś takiego, co Eddie by…

Zaraz, zaraz…

„Gdzieś tutaj świeci”…

Czyżby chodziło o…?

Mój wzrok na moment powędrował ku plecakowi na komodzie – tylko na sekundę, ale nie umknęło to uwadze Gumowej Małej i na jej twarzy pojawił się diabelski uśmieszek.

– Orientuj się! – Z prędkością błyskawicy ochlapała mnie zno­wu tym paskudztwem.

– Fuj! – jęknąłem.

Kiedy ścierałem maź z powiek, pościel się poruszyła i poczułem, że lalka biegnie do krawędzi łóżka i zeskakuje. Zanim zdołałem otworzyć oczy, tej małej dziwaczki nie było już widać. Linia ciemnych kropli prowadziła do komody. Zrzuciłem z siebie pościel i ruszyłem w tamtą stronę, rozglądając się niespokojnie.

Plecak z dziennikiem Eddiego zniknął.

Obróciłem się i skierowałem światło latarki na drzwi. Gumowej Małej tam nie było. Zajrzałem pod łóżko – nic.

Wtedy usłyszałem kleiste kroki skradające się przy ścianie za moimi plecami.

Obróciłem się akurat w momencie, kiedy Gumowa Mała wyskakiwała przez okno z moim plecakiem, by zniknąć w ciemnościach. Przez lekko odsunięty zamek wydostawało się zielone światło.

– Wracaj! – syknąłem głośnym szeptem, biegnąc do okna.

Gumowa Mała pędziła na swoich pulchnych krótkich nóżkach drogą dojazdową, ominęła cadillaca i pognała pod górę na pole kukurydzy. Po chwili zniknęła mi z oczu.

Powoli osunąłem się na podłogę, przyciągnąłem kolana do piersi i zamknąłem oczy.

Co to było? To był koszmar. Właśnie, zły sen – mój sen z samochodu widocznie jeszcze się nie skończył. To nie mogła być rzeczywistość. Nie mogłem stracić jedynej rzeczy, jaka mi została po Eddiem. I żeby mi to ukradła taka kleista zabawka! Co za bezsens.

Dłonie mi się trzęsły, oparłem je więc na podłodze, by powstrzymać to drżenie – i wetknąłem palce wprost w kałużę czegoś miękkiego i lepkiego.

– Co to jest? Miód?

Pasma tego czegoś ciągnęły się jak toffi, gdy rozcierałem je w palcach. Pachniało słodko, ale nie jak miód. Coś znajomego. Na podłodze było tego więcej. Spojrzałem na ścianę za sobą. Oczywiście, małe ciemne plamki znaczyły szlak do parapetu.

Szlak!

Zacisnąłem pięści i popatrzyłem na komodę, na której wcześniej leżał plecak. Ten dziennik zawierał humor Eddiego, jego dowcipy, jego opowieści, jego marzenia. Było w nim wszystko.

Może istniała szansa, żeby go odzyskać.

Złapałem latarkę, szybko wciągnąłem bluzę, spodenki i włożyłem conversy. Okno skrzypnęło, kiedy je uchylałem. Uderzyły we mnie zapachy koni i farmy, a zaraz potem ostrzegawczy podmuch wiatru.

„Zostań w łóżku”.

Zignorowałem to.

Przecisnąłem się przez okno i wyskoczyłem na werandę. Zawahałem się. Ciemność, szepty wiatru, szelest kukurydzy – to wszystko próbowało odwieść mnie od podjętej decyzji.

„Wracaj do środka”.

„To nie dla ciebie”.

„Lepiej nawet nie myśleć, co może czekać chłopca z miasta w tych okolicach w środku nocy”.

Już miałem ulec tym podszeptom i ukryć się w łóżku, kiedy światło latarki odsłoniło małą plamę kleistej mazi na skraju werandy. I jeszcze jedną na trawie kilka kroków dalej. I kolejną. I następną.

Ścisnąłem latarkę tak mocno, że aż zabolało. Wiatr szumiał głośniej, grzechocząc kukurydzą, ale zacisnąłem zęby i potrząsnąłem głową.

– Nie wystraszysz mnie. Odzyskam dziennik. Strongowie się nie poddają, rozumiesz?

Głupio się czułem, mówiąc to, ale mantra taty dodała mi odwagi. Zanim zdążyłem się rozmyślić, zeskoczyłem z werandy i zanurzyłem się w ciemnościach nocy.

4Walka w lesie

Trampki cicho odbijały się od ścieżki, kiedy biegłem po śladach. Gwiazdy migotały na niebie, ale bez księżyca nie widziałem, dokąd zmierzam. A dźwięki… Jakby noc żyła… i złościła się. Zwierzęta, ptaki i jeszcze więcej przeklętych świerszczy – wszystko uwzięło się na chłopca z Chicago, który wdarł się na ich teren. Jedynym, co kazało mi iść dalej, były odgłosy czegoś skradającego się przez pole kukurydzy po mojej prawej stronie. Gdybym poruszał się wystarczająco szybko, mógłbym przeciąć drogę tej małej złodziejce. Złorzeczenia Gumowej Małej świadczyły o tym, że napotykała więcej przeszkód niż ja.

– Kto sadzi kukurydzę pośrodku pola? Ojoj, gdyby Gumowa Mała miała czas, pokazałaby temu światu co i jak. A to kto? Odsuń się, ptaku! To nie zabawa. Gumowa Mała mówi: rusz się! Hej, puść to… Puszczaj! Aha, chcesz tego trochę? Żywiczny atak!

Z pola kukurydzy wzbił się kłąb piór, a zaraz potem poderwała się kracząca wrona i odleciała, niezdarnie machając skrzydłami.

Żywica… A więc to jest ta kleista substancja. Według legendy Anansi posmarował małą lalkę żywicą drzew kauczukowych. Ta mała złodziejka zdawała się wydzielać tę żywicę jak dziadek wydzielał pot. I oczywiście żadna z tych rzeczy nie jest przyjemna. Kleiste, potne, żywiczne rakiety. Cudownie.

Przyspieszyłem i wyskoczyłem zza rogu w samą porę, żeby zobaczyć, jak Gumowa Mała, oblepiona liśćmi i piórami, przebiega przez drogę i znika wśród drzew po przeciwnej stronie.

– Hej! – zawołałem.

Spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem, po czym rzuciła się do ucieczki.

– Znowu ty? No, spóźniłeś się… Gumowa Mała jest jak wiatr!

Skoczyłem naprzód, ale ona i mój plecak zniknęli już w ciemnościach. Zatrzymałem się na skraju drogi. Przełknąłem ślinę. Przede mną był ten przerażający las butelkowych drzew. Korony tworzyły coś w rodzaju tunelu. W świetle mojej latarki powyginane pnie wyglądały jak ludzkie twarze. Strażnicy na warcie – podejrzliwie mnie obserwowali.

Nabrałem powietrza w płuca.

Wiatr wiał, szeleszcząc liśćmi.

„Mówiłem ci. Nie chcesz tego”.

Zrobiłem krok w tył, zatrzymałem się. W głębi lasu zalśniło delikatne zielone światło.

Dziennik Eddiego. Zacisnąłem pięści. Musiałem go odzyskać.

Wiatr się wzmógł, ale ja machnąłem na to ręką.

– Nie wystraszysz mnie – szepnąłem. Głęboki oddech, potem następny, i pędem rzuciłem się w las.

Wiatr wył, gałęzie ocierały się o mnie i drapały po twarzy, ale nie rezygnowałem. Drzewa trzeszczały i jęczały, korzenie oplątywały mi stopy, ale nie dawałem za wygraną. Coraz trudniej było biec, bo konary i sęki zmuszały mnie do uchylania się i zbaczania z drogi, lecz w końcu dotarłem na polanę.

Myślałem, że jestem gotowy na wszystko.

Myliłem się. JAKŻE SIĘ MYLIŁEM.

Gumowa Mała stała przed najdziwniejszym drzewem, jakie w życiu widziałem. Było niziutkie, sięgało mi może do brody, ale jego gałęzie rozpościerały się poziomo na boki niczym linijki, we wszystkie strony. Na końcach gałęzi znajdowały się butelki różnych wielkości i kształtów – wszystkie w połyskującym odcieniu niebieskiego. Przy porywach wiatru butelki jęczały. Na czoło wystąpił mi pot, kiedy poczułem znajomy ucisk – jakby mnie owinięto w mokry koc. Ręce i nogi ciążyły mi jak worki do ćwiczeń, poruszanie nimi wymagało więcej wysiłku, niżbym sobie wyobrażał. Byłem tak zaabsorbowany tym przerażającym otoczeniem, że nie zauważyłem, że butelkowe drzewo pochyla się w moją stronę. Ostrzegł mnie niebieski błysk.

W głębi największej butelki na drzewie, wysoko, pod samą szyjką, coś się poruszyło. Przesuwało się jak brudny olej na powierzchni wody i jedynym, czego pragnąłem w tej chwili, było uciec z wrzaskiem do domu.

– Nie wiesz, kiedy się poddać, prawda? – usłyszałem piskliwy głos Gumowej Małej. Opierała się o butelkowe drzewo. W jednej ręce ściskała plecak, drugą wepchnęła do pnia.

– Hej! – krzyknąłem.

– Na kogo krzyczysz, chłopaczku? Gdyby Gumowa Mała miała więcej czasu, złoiłaby ci skórę. Ale nie jesteś wart soczystej żywicy ze stóp Gumowej Małej, lepiej więc odejdź po dobroci.

– Oddaj mi moje rzeczy! – nalegałem, zmuszając się do podejścia bliżej niej i drzewa. Gałąź z wielką butelką na końcu zdawała się pochylać coraz bardziej.

Gumowa Mała roześmiała się.

– Wracaj do domu, głupku! Ciesz się drobnymi przyjemnościami i dobrym jedzeniem. – Odwróciła się i weszła głębiej w pień. Jeden pasek plecaka już zniknął w czeluściach tego dziwacznego drzewa. Poczułem taki gniew, że aż zazgrzytałem zębami i nie zważając na nic, skupiłem się na tym, by za wszelką cenę odzyskać dziennik Eddiego.

– Słuchaj, ty… ty… laluniu! Oddaj mi ten plecak albo…

Gumowa Mała znieruchomiała. Powoli obróciła się w moją stronę i przechyliła głowę.

– Coś ty powiedział?

– Oddaj mi…

– Nie, przed tym. Jak mnie nazwałeś?

Oblizałem wargi.

– Yyy… nijak. Chciałem tylko…

– O nie, to nie było nijak. To nie może być nijak. Powiedziałeś to. Pozwoliłeś słowom wydostać się z twoich ust i teraz musisz stanąć w ich obronie. Przynajmniej dopóki masz nogi, żeby na nich stawać. No to jak, chłopaczku, coś powiedział? Hę? CO POWIEDZIAŁEŚ?!

Wiatr się uspokoił i butelkowe drzewo znowu stało prosto, jakby cały las czekał na moją odpowiedź. Rozejrzałem się, nagle zapragnąwszy mieć jakiegoś świadka albo tarczę.

– Mmm, ja tylko, to znaczy, może powiedziałem… może nazwałem cię lalunią.

Gumowa Mała skoczyła w moją stronę z morderczym okrzykiem.

– NAZWAŁEŚ GUMOWĄ MAŁĄ LALUNIĄ?! ŻYWICZNY ATAK! DWA ŻYWICZNE ATAKI! GUMOWA MAŁA MA NADZIEJĘ, ŻE RĘCE NA ZAWSZE PRZYKLEJĄ CI SIĘ DO TWARZY I BĘDZIESZ MUSIAŁ JEŚĆ ŁOKCIAMI. POTRÓJNY ŻYWICZNY ATAK! TY, TY OLBRZYMI ŻÓŁWIOGĘBY OSTOWY ŁBIE!!

– Oj, przestań! – Cofnąłem się, bo wspięła się po moich nogach i już była przy klatce piersiowej. Rzuciła się na mnie tak gwałtownie, że z trudem osłaniałem się przed ciosami jej małych piąstek i stóp. W końcu ją odepchnąłem, ale ani myślała przestać, tylko zaatakowała mnie ponownie. Złapałem plecak za jeden pasek, nie zważając na kleisty osad na dłoniach, i wyciągnąłem go z pnia drzewa. Na drugim pasku wisiała Gumowa Mała i oto pośrodku polany rozpoczęliśmy dziwaczne przeciąganie liny.

– Puszczaj!

– To ty puszczaj! Gumowa Mała ma misję do wy­konania!

– Misję? Jaką misję?

– Nie twój interes, głupku!

Wywijałem plecakiem, próbując pozbyć się złodziejki, ale Gumowa Mała trzymała się z dziką determinacją. Uderzałem plecakiem w ziemię, kręciłem nim nad głową, ale cokolwiek robiłem, nie mogłem jej strącić. Warknąłem z frustracji i ruszyłem w stronę butelkowego drzewa.

Gumowa Mała podrygiwała nabzdyczona.

– Aha, teraz uciekasz, tak? I dobrze! Gumowa Mała już cię miała… Hej, co ty robisz?

Zakręciłem plecakiem nad głową i walnąłem nim – razem z Gumową Małą – o pień. Jęknęła, a potem jeszcze mocniej owinęła się wokół pasków.

– Poczekaj, przestań, głupku! Zniszczysz drzewo!

– I co z tego? – burknąłem. – Oddaj mój plecak! – Jeszcze raz uderzyłem nim o drzewo.

Butelki zatrzęsły się i zabrzęczały jak nawiedzone dzwonki wietrzne. Zamierzyłem się na jeszcze mocniejszy cios.

– Nie, idioto, wpakujesz nas oboje…

– Zamknij się! – krzyknąłem. Chwyciłem plecak w garść, mocno zacisnąłem palce na pasku i z całej siły wymierzyłem w butelkowe drzewo.

Trach!

Trafiłem w dużą niebieską butelkę na górze. Szkło się posypało. Plecak się rozdarł, dziennik Eddiego wypadł i wystrzelił z niego oślepiający snop jaskrawozielonego światła.

Żar.

Podmuch.

Uderzyły we mnie jednocześnie.

A pod tym wszystkim słyszałem złowieszczy śmiech. Ucisk na ramionach nagle zniknął. Kątem oka dostrzeg­łem cienisty kształt wydobywający się z resztek potłuczonej butelki i sunący po trawie. Wiatr zawył przeraźliwie, las zaryczał z bólu i u stóp drzewa grunt się rozstąpił. Polanę wypełniło głośne syczenie, jakby powietrza sunącego w kierunku tej czeluści.

Szczelina rozsuwała się i powiększała jak w filmach katastroficznych, kiedy ziemia pęka pod nogami bohatera.

Próbowałem uciec, ale to rozdarcie odsłoniło tunel buchający czerwonym ogniem. Płonął niczym tysiąc słońc, a na krawędzi coś jarzyło się zielonym blaskiem.

Wciągnąłem powietrze.

Dziennik Eddiego mógł spłonąć lada moment.

– Nie! – krzyknąłem niemal równocześnie z Gumową Małą, która zawołała:

– Legendy!

Przeskoczyła z plecaka na brulion.

Niewiele myśląc, ja także się po niego rzuciłem, zdecydowany ratować dziennik przyjaciela przed płomieniami i Gumową Małą.

Musnąłem palcami okładkę w tej samej chwili, kiedy Gumowa Mała dosięgnęła jej swoją lepką dłonią. Zacząłem na nią krzyczeć, ale wtedy – poniewczasie – zdałem sobie sprawę, że spadamy.

Wpadliśmy w ziejącą dziurę w ziemi. Lecieliśmy w dół, obracając się i wirując z zatrważającą prędkością. Jakby cyklon płonącego gniewu wciągał nas do środka.

Wrzeszczałem, ale zagłuszał mnie ryk bólu wydawany przez las. Gumowa Mała mocno chwyciła mnie za nadgarstek, kiedy spadaliśmy chyba całą wieczność jak kamienie rzucone w wir ognia.

5Złe duchy i statki z kości

BÓL.

Dezorientacja.

Strach.

Ciemność.

I nagle wszędzie dokoła głośnym echem niesie się:

– Hej, zaraz… Mam cię, wielkoludzie, mam cię.

Ktoś potarł zapałkę i w górze zapłonęła lampa. Słaby żółty blask nie tyle rozproszył cienie, ile nadał im kształty. Leżałem pośrodku jakiejś izby, czegoś jak wnętrze drewnianej szopy. Kto mówił? Niewiele mogłem rozróżnić oprócz cieni i lampy.

Z sufitu kapała woda, a powietrze wypełniał zapach wilgoci i gnijących warzyw. Oczy zaczęły mi łzawić, w gardle mnie drapało, kiedy te opary dostały się do moich nozdrzy i płuc.

– Już dobrze, Tristanie. Tak masz na imię, prawda?

– Kkk… kto to? – zapytałem między atakami kaszlu.

– Ho, ho, wielkoludzie. Jestem nikim. Nie chciałem, żebyś się zabił, i tyle. Uratowałem cię, tak jak ty uratowałeś mnie.

W piersi czułem ogień. Wstałem i otarłem łzy z oczu.

– Gdzie jesteś?

Jeden z cieni oderwał się od innych, ale nie miał kształtu. Uniósł się, a ja się wzdrygnąłem, czując znajomy ucisk obejmujący moje łopatki. To było to coś z Butelkowego Lasu, z roztrzaskanej butelki. Wszędzie bym rozpoznał to uczucie rozpaczy.

– Ja cię uratowałem?

– Tak, Tristanie. Musiałem więc ci się odpłacić. Czekałem na ciebie. Masz coś, czego potrzebuję, i jeśli połączymy siły, ho, ho, cały świat może być nasz. Ani się obejrzą, a będzie po wszystkim. Ale chyba wyprzedzam fakty. Może dasz mi ten zeszyt i zaczniemy działać.

– Zeszyt? – Pokręciłem głową i zaraz znieruchomiałem. Dziennik Eddiego. Walka. Gumowa Mała. Obróciłem się, szukając tej małej i plecaka, ale widziałem tylko ciemność.

– Tak, zeszyt. – Głos z łagodnego stał się niecierpliwy. – Gdzie jest?

– Ja… nie wiem. – Objąłem głowę rękoma. – Zgubiłem go. Muszę go znaleźć.

Przez izbę przetoczył się pomruk, który po chwili zamienił się w łagodny szmer.

– Aha… Zrób to. Potrzebuję tego zeszytu, Tristanie, więc jak go znajdziesz, przynieś mi i zaczniemy zabawę, dobrze? Tylko nikomu ani słowa, chłopcze, i nie ociągaj się… Nawet nie próbuj mnie oszukać. I tak się dowiem.

W uszach mi zaszumiało, ubrania zaczęły na mnie powiewać, jakby zerwał się silny wiatr.

– Zaraz, gdzie ja jestem? Kim jesteś?

Dlaczego wszyscy szukają dziennika Eddiego? Czemu ten… to coś tak bardzo go pragnie?

– Uratowaliśmy się nawzajem, więc jesteśmy praktycznie spokrewnieni. – Głos zaczął niknąć w huczącym wietrze i ledwie dosłyszałem ostatnie słowa: – Możesz mnie nazywać Wujem B.

– Tristan! Tristaaan!

Znowu spadałem. Czymkolwiek było to miejsce, czyjkolwiek był ten głos, to wszystko wciąż wypełniało moje myśli, kiedy otworzyłem oczy i znalazłem się w środku koszmaru.

Plecy Gumowej Małej przywierały do mojej ręki, jakby były przyklejone, a my lecieliśmy w dół buchającego ogniem tunelu. Na szczęście Gumowa Mała mocno ścis­kała lśniący dziennik Eddiego. Pod nami kłębiło się ciemne, bulgoczące morze, tak przerażające, że moje krzyki stały się jeszcze głośniejsze. Wiatr smagał mnie po policzkach i wyciskał mi łzy z oczu. Zamknąłem mocno powieki. Cokolwiek miało się zdarzyć, wiedziałem, że się zdarzy – i nie musiałem na to patrzeć.

Plusk!

Siła uderzenia wyparła powietrze z moich płuc. Ciarki przebiegły mi po skórze. Woda była gorętsza niż w przyjemnej kąpieli – nie tak parząca, jak się obawiałem, ale wystarczająco, żeby mnie przerazić. W panice otworzyłem usta, by wrzasnąć, i zachłysnąłem się. Przełknąłem odruchowo i poczułem, jak piecze. Płyń! – pomyślałem. – Płyń, Tristanie, albo to koniec.

Zmusiłem się do otwarcia oczu i próbowałem się zorientować, gdzie jest góra, a gdzie dół. W oddali migotało zamglone światełko. Nogi same pchały mnie w tamtą stronę, płuca domagały się powietrza, więc parłem w kierunku, w którym – miałem nadzieję – znajdowała się powierzchnia. Obok przemykały cieniste kształty i – a niech to – coś mazistego otarło się o moją kostkę.

Tego już było za wiele. To tak miał wyglądać koniec Tristana Stronga? W olbrzymiej brudnej wannie?

Gdy już myślałem, że dalej nie dam rady i że moje płuca zaraz eksplodują, głową przebiłem powierzchnię. Odkaszlnąłem i wyplułem wodę.

– Tfu!

W ustach czułem smak starych monet i zepsutego mleka. No… coś w tym stylu.

– Gumowa Mała?! – krzyknąłem chrapliwie. Kopałem i machałem rękami, robiłem, co mogłem, żeby pływać w miejscu, wdychając powietrze, i rozglądałem się. – Hej, gdzie…?

Pytanie zamarło mi na ustach, kiedy zobaczyłem, co mnie otacza.

Morze płonęło. Nie były to małe płomienie, ale potężne, wzbijające się wysoko ściany ognia. Prąd unosił to piekło dalej. Jaskrawe płomienie nadawały wodzie barwę pomarańczu i czerwieni. Z powierzchni z sykiem unosiła się para, która zbierała się w chmury nad moją głową. Przez szczelinę w tej mgle zobaczyłem, że wciąż jest noc. A dalej, wysoko w górze, dojrzałem przecinający niebo ten ognisty tunel, przez który tu wpadliśmy.

Popatrzyłem w dół. W głębinie migotały światła i w pierwszej chwili pomyślałem, że to odbicie gwiazd. Potem zobaczyłem przemykający pode mną długi cień – wodnego potwora jakimś cudem oświetlonego od spodu – i przeraziłem się nie na żarty.

Gdzie, u licha, wylądowaliśmy?

– Pleciugo! – usłyszałem krzyk gdzieś za plecami. – Ratunku! Gumowa Mała nie umie p… gulgulgul… Gumowa Mała nie pływa!

Oderwałem wzrok od kształtu pode mną i obróciłem głowę. No tak, ta mała złodziejka machała rękami zaraz za mną. Podpłynąłem do niej, milion pytań pchało mi się na usta.