Translacja - Joanna Holson - ebook + audiobook
Opis

Cathy Bloom, introwertyczna tłumaczka, córka nieżyjącej znakomitej pianistki, zmaga się ze swoim samotnym życiem i wspomnieniami
z dzieciństwa. Przytulne mieszkanie w Reykjavíku, laptop, szklaneczka whisky i teksty, które tłumaczy z kilku języków, to cały jej świat.
Po powrocie ze służbowego pobytu na Grenlandii spotyka w mieście przemarzniętego nastolatka i decyduje się podwieźć go pod wskazany adres. Po nocy spędzonej poza domem, rankiem stwierdza, że ktoś włamał się do jej samochodu i do jej mieszkania. Swoim zwyczajem próbuje zagłuszyć problemy alkoholem, ale niepokój o dziwnego pasażera jej nie opuszcza.
Kiedy stwierdza, że chłopiec jest chory i pozbawiony opieki w obcym kraju, postanawia mu pomóc. Ta decyzja wciąga ją w wir wydarzeń, które na zawsze odmienią jej życie. Niestety, okazuje się, że chłopiec jest ważny nie tylko dla niej, a jego choroba wiąże się z pewną mroczną tajemnicą…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 5 min

Lektor: Monika Dąbrowska-Jarosz

Popularność


Redakcja

Anna Sakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Henk Badenhorst

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Joanna Szewczyk

Wydanie I, Chorzów 2013

Wydawca:

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej:

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2012

ISBN 978-83-7835-169-6

1

Niedziela, 14 marca 2010

Mężczyzna siada za biurkiem.

Wszystko w nim wydaje się nieobecne, dziwnie odległe. Jego głos jest matowy, pozbawiony emocji, oczy jakby nie widziały ani mnie, ani pomieszczenia, w którym się znajdujemy. Widać po nim zmęczenie. Kiedy chodził po pokoju, gestykulował żywo i opowiadał, bałam się, że zamilknie, zapadnie się w siebie, zapomni, że tu jestem, i pozwoli, by te myśli zostały niewypowiedziane. Że nie przekuje ich w słowa, tak bym mogła zrozumieć. Gdy co kilka chwil napotykał moje spojrzenie, wydawał się zaskoczony. Ale na szczęście mówił dalej, by dać mi to, po co przyszłam.

– Czy teraz rozumiesz? – Chwilę wytrzymuje moje spojrzenie. Przytomnieje trochę. Odrywa się od swoich myśli, chce sprawdzić, czy dobrze je ubrał w słowa, czy wszystko to, co powiedział, nie zawisło gdzieś w próżni. Teraz potrzebuje odpowiedzi ode mnie.

Czuję, jak krew ścieka mi po podbródku. Ciepły, łaskoczący strumyk. Chciałabym się podrapać, ale ręce mam ciasno skrępowane za plecami.

Może to widok krwi właśnie tak go zaskakiwał, gdy wcześniej rzucał mi przelotne spojrzenia. Jest przyzwyczajony do jej widoku, ale może do tej pory nie kojarzył jej z przemocą. Może jest zdziwiony, że teraz w taki sposób musi przelewać krew.

Gdzieś na skraju świadomości czai się ból. Pieczenie wokół ust, tępy ból z lewej strony klatki piersiowej po kopnięciu w żebra. Nie czuję tego bólu, nie boli mnie. Jestem tylko świadoma jego istnienia. On uprzedza, czeka w kolejce, by zawładnąć świadomością. Zaatakuje z całą mocą, kiedy ustąpi napięcie, poziom adrenaliny we krwi się obniży, a cała moja świadomość przestanie się koncentrować na słowach mężczyzny.

Teraz najważniejsze są słowa.

Staram się odkryć ich znaczenie, poskładać to wszystko w całość. Zrozumieć to, co się w nich kryje. Przecież tym się zajmuję. Zajmuję się słowami i ich sensem.

Białko.

Białko to duża cząsteczka, właściwie – bardzo duża… Zbudowana jest zaminokwasów połączonych wiązaniami peptydowymi. To skomplikowana, trójwymiarowa układanka z cząsteczek, takich jak: węgiel, tlen, wodór, azot, siarka i fosfor. Do tego czasami jeszcze kationy metali… Budowa białka jest bardzo skomplikowana, aby ją logicznie opisać trzeba uwzględnić cztery poziomy budowy łańcucha polipeptydowego. Struktura pierwszorzędowa to kolejność aminokwasów w łańcuchu polipeptydowym, drugorzędowa – to ułożenie łańcucha w przestrzeni… Dalej… dalej, do cholery…

– Czy rozumiesz? – głos mężczyzny jest ostry, pobrzmiewa chłodno w otaczającej nas ciszy. Przecina moje gorączkowe myśli. – Wydaje mi się, że zawodowo zajmujemy się w tej chwili tym samym, prawda? Translacją? Translacją nazywamy proces uwalniania informacji genetycznej z DNA. A pani podobno jest tłumaczem?

Wygląda, jakby naprawdę chciał, bym zrozumiała. Jakby podzielał trochę moją determinację i rozpacz.

– Nie rozumiem, że dla tego można zabić – odpowiadam.

Jest trochę rozczarowany. Jego ciało rozluźnia się, flaczeje na fotelu.

O czym on wtedy mówił?

Co to były za słowa?

Jaki numer podał?

Myśl, myśl do cholery.

Te słowa to może być moja ostania szansa.

Ostatnie słowa, jakie słyszałam w życiu.

– No to zacznijmy od początku – mówi mężczyzna i opiera się wygodnie.

Widzę, jak jego spojrzenie znowu traci ostrość. Teraz muszę słuchać uważniej. Zrozumieć.

Zacznijmy więc od początku.

2

Niedziela, 7 marca 2010

Dezorientacja jest od dłuższego czasu moją zmorą. Dezorientacja utrudnia podróżowanie, uniemożliwia dotarcie do celu. Każdy człowiek powinien w życiu dokądś zmierzać. Wydaje mi się, że łatwiej się żyje, kiedy do czegoś się dąży. Wtedy wszystko nabiera sensu. Ja tymczasem od dłuższego czasu błąkam się bezmyślnie od dnia do dnia. Nie tylko nie wiem, dokąd zmierzam, w tej chwili nie wiem nawet, gdzie się znajduję.

Pogubiłam się.

Jeszcze przed chwilą świat nie istniał i było OK. W miarę, jak odzyskuję przytomność, wracam do swojego, raczej gównianego życia.

Pojawiają się myśli. Myśli tworzą świat.

Pojawia się smak wymiocin w ustach. Nieznośny ból w karku.

Pojawia się nieodparta chęć, by jeszcze na chwilę opuścić własne towarzystwo. Nie mogę już jednak tego zrobić, ponieważ powoli trzeźwieję. Cała czuję się jakaś drętwa, jakbym nie miała żadnej kontroli nad własnym ciałem. Znowu muszę się zmierzyć z egzystencją.

I muszę koniecznie umyć zęby.

Najpierw trzeba otworzyć oczy, sprawdzić, jak straszny okaże się ból głowy. Potem można usiąść i sprawdzić, jak na zmianę pozycji zareaguje żołądek. Jeżeli uda się wstać i dojść do toalety bez dodatkowych atrakcji, można mieć nadzieję na udany dzień.

Kiedyś wydawało mi się niewiarygodne tak się upić, by nie wiedzieć, gdzie się jest, co się robiło. Urwany film. A tu proszę, zdarza mi się to coraz częściej. Ten stan przypomina te krótkie chwile zaraz po przebudzeniu, kiedy niczego się nie rozumie. Dezorientacja.

Mając już świadomość problemu, dzielnie otwieram oczy.

Ostre światło tylko wzmaga ból głowy. Mam wrażenie, że mój mózg staje w płomieniach, żołądek niebezpiecznie się kurczy, pragnąc się pozbyć resztek świństwa, które w siebie wlałam. Wszystko wokół skąpane jest w słońcu, co nie wywołuje radości na takim kacu. Siadam bardzo powoli, jednak zmiana pozycji i tak jest koszmarem. Czuję się paskudnie. Nieraz już przyszło mi się zmierzyć z konsekwencjami upojnej nocy i jeżeli czuję się paskudnie, to znaczy, że jest naprawdę źle. Dawniej podjęłabym właśnie silne postanowienie, że nigdy więcej nie doprowadzę się do takiego stanu. Jakiś czas temu przestałam składać podobne obietnice.

Być samotną pijaczką i do tego kłamczuchą – to już naprawdę nieładnie.

Kilka razy przesuwam językiem po zębach, by pozbyć się okropnego osadu. Język mam sztywny i kwaśny.

Rozglądam się po pokoju i już wiem, że nie będzie łatwo. Teraz oprócz walki z mdłościami dodatkowo muszę jeszcze zorientować się, gdzie ja w ogóle jestem.

Nie wykonując zbyt gwałtownych ruchów, staram się rozejrzeć wokoło. Siedzę na wąskim łóżku w niewielkim, skąpanym w słońcu pokoju. Dokładnie naprzeciw łóżka znajduje się duże okno, przez które wlewa się ta oślepiająca jasność. Osłaniam oczy dłonią, by choć trochę sobie ulżyć.

Ściany w kolorze ciepłego brązu ozdabiają obrazy w jasnych, pastelowych tonacjach. Awangardowe, geometryczne bazgroły przypominają mi, że świat jest czterowymiarowym labiryntem, w którym wszystko jest względne. Skoro ktoś takie obrazy uznaje za sztukę, to względność jest naczelną cechą wszechświata. Oprócz obrazów na tle ścian odcinają się małe „gąszcze” paproci doniczkowych. Wśród tej zieleni, na niskim stoliku stoi pokaźnych rozmiarów akwarium. Oceaniczna fototapeta na tylnej ścianie, naturalne kamienie, kępy podwodnych roślin, oświetlenie i ryby, których kształty i kolory sugerują, że ewolucję – oprócz doboru naturalnego – determinują także zasady estetyki. Ten sześcienny mikrokosmos przyciąga wzrok, hipnotyzuje, jednak teraz nie mogę się na nim skupić. Nie dochodzi mnie żaden dźwięk, oprócz melodyjnego syku filtra z akwarium.

Nie wydaje mi się, bym była tu kiedykolwiek wcześniej.

Do pokoju wchodzi mężczyzna.

Kiedy nasze spojrzenia się spotykają – kamienieje. Odwraca nerwowo wzrok, jakby się zawstydził.

„Mężczyzna jak tyczka”, jak mawiała moja matka, wysoki i chudy. Ma ciemne, krótko przystrzyżone włosy, brązowe, głęboko osadzone oczy, pociągłą twarz. Jego zmęczenie, zmarszczki, smutek w oczach każą myśleć, że ma około czterdziestu pięciu lat. Speszenie, przestępowanie z nogi na nogę, skulona sylwetka sprawiają, że wygląda jak gówniarz wezwany na rozmowę do pani dyrektor za przeszkadzanie na lekcjach. Czarny, zapięty wysoko pod szyję polar, czarne spodnie, czarne myśli na mój temat, czarne chmury nad jego czołem – sytuacja rodem z czarnej komedii.

Mam fotograficzną pamięć do twarzy. Przyglądam mu się jeszcze chwilę, ale – na tyle, na ile mogę być czegoś pewna w takim stanie – jestem pewna, że go nie znam.

Czarno to widzę.

– Przepraszam, nie wiedziałem, że już się obudziłaś.

Mówi po islandzku.

Ten język, którego jakiś czas nie słyszałam, swoim szeleszczeniem i płaską intonacją pomaga mi się zlokalizować. Trochę lepiej w czasie niż w przestrzeni, ale to i tak już coś.

Jest niedziela, siódmy marca, wczoraj wróciłam na Islandię z wakacji na Grenlandii. Jestem w Seltjarnarnes, na obrzeżach Reykjavíku. Zanim z lotniska krajowego, obsługującego tylko połączenia lokalne, pojechałam do mojego domu, zatrzymałam się pod latarnią morską w Seltjarnarnes, by powłóczyć się trochę brzegiem oceanu. To moja ulubiona trasa spacerowa, stęskniłam się za tym miejscem jak za domem. Dodatkowo po kilkutygodniowym pobycie na Grenlandii elektryczna łuna dużego miasta omamiła mnie. Byłam spragniona światła. Noc polarna w Ittoqqortoormiit nie jest, co prawda, szczególnie długa, słońce pojawia się już dwudziestego stycznia, ale takich fajerwerków to tam nie mają.

Wczoraj w czerni pochmurnej arktycznej nocy Reykjavík wyglądał jak ławica iluminujących morskich stworzeń, zanurzonych w ciemnych głębinach oceanu. Ze względu na ilość gatunków takich zwierząt naukowcy podejrzewają, że bioluminescencja jest najpopularniejszym sposobem komunikacji na naszej planecie. Jestem lingwistką i zajmuję się językiem ludzkim, tym – najwyraźniej – mniej popularnym sposobem porozumiewania się.

Na spacer po wybrzeżu zabrałam ze sobą johnniego walkera. Często spotykamy się w sklepach wolnocłowych na lotniskach. Potem noc jakoś mi się rozmyła w jego objęciach. Przyszła bezzębna ciemność.

Pamiętam tego mężczyznę jak przez mgłę. Podszedł do mnie, gdy walcząc o utrzymanie pionu, próbowałam otworzyć samochód. Wyczerpały się baterie w pilocie i byłam zmuszona otwierać drzwi samochodu kluczykiem. Złośliwy zamek uciekał przede mną i chował się w ciemnościach. Ze wszystkiego, co mówił mężczyzna, dotarło do mnie tylko tyle, że zamierza zadzwonić na policję. Najwyraźniej nie powiedziałam, że wcale nie pcham się do samochodu, by prowadzić. Potrzebowałam tylko kluczy od domu. Wtedy rozpłakałam się spektakularnie. Co prawda, z zupełnie innego powodu niż strach przed policją, ale tego już nie było potrzeby mu tłumaczyć.

Zaraz potem poziom alkoholu osiągnął w mojej krwi stężenie, które wyłączyło moją głowę i zapanowała nicość. Dezorientacja.

Czy to może być izba wytrzeźwień?

– Jestem w Seltjarnarnes, prawda? – pytam. Mój głos jest zachrypnięty, jego dźwięk mnie zaskakuje, jakbym dawno go nie słyszała.

– Tak – odpowiada śpiesznie.

Przyjechałam na Islandię, by tu zamieszkać, jakieś pięć lat temu. Tak mniej więcej. Mam trudności z lokalizowaniem wydarzeń w czasie, w przeszłości wszystko mi się rozmywa. Ludzie często odmierzają przeszłość ważnymi wydarzeniami, na przykład narodzinami kolejnych dzieci, rozstaniami i powrotami, pogrzebami bliskich, ślubem czy rozwodem. Reszta się zlewa, ale te ważne wydarzenia pozwalają utrzymać jako taki ład czasowy w tym, co było. Ludziom samotnym i bezczynnym trudniej zorientować się w czasie. Brakuje tych istotnych ważnych wydarzeń, wszystko się zlewa.

Nie rzuciły mnie tu zawirowania losu ani jakiś konkretny zbieg okoliczności. Po skończeniu studiów na Oksfordzie postanowiłam tu po prostu zamieszkać. Wybrałam ten kraj. Nie znałam tu nikogo, nie miałam rodziny, nie ciągnęła mnie praca. Chodziło o wyspę samą w sobie, o jej piękno. Po dwóch krótkich pobytach turystycznych przyjechałam do Reykjavíku po raz trzeci, by poszukać jakiegoś miejsca dla siebie.

Ludziom często wydaje się, że będą szczęśliwsi w pięknym miejscu, ale to nie dlatego tu przyjechałam. Ciągłe podróże z moją matką zdemitologizowały dla mnie sens przemieszczania się. Straciłam tę cenną iluzję, która wielu ludzi pcha naprzód. Wrażenie, że gdzie indziej będzie inaczej, będzie lepiej, że można zacząć od nowa tylko dlatego, że przerzucisz swoje życie w miejsce oddalone o kilkaset kilometrów, może na drugą półkulę. Ja już wiem, że to tak nie działa. Wiele razy próbowałam odciąć się, zacząć od nowa, stworzyć jakąś granicę w czasie i przestrzeni, która powstrzyma te rzeczy, które się za mną wlekły. Wlekły i wlekły przez te wszystkie lata, które zlały się ze sobą. Wiele chciałam zostawić za sobą. Jednak zmiana otoczenia nie zmieniała nic we mnie. Cieszę się, że zrozumiałam to wcześnie, bo przestałam tęsknić do tych wszystkich miejsc, w których mnie nie ma. Nie liczyłam, że krajobrazy Islandii złagodzą moje problemy.

Seltjarnarnes odkryłam przypadkowo i okazało się idealne. To miejsce odzwierciedla mój charakter.

Na zachodniej krawędzi półwyspu Reykjaness Reykjavík wpełza na niewielki cypel, wypełniając go niemal szczelnie. Na jego szczycie miasto pozostawia trochę miejsca na malowniczą latarnię morską, ścieżkę ekologiczną propagującą wiedzę o ptakach i rybach, trasę rowerową. Przy tym pocztówkowym widoku osiedle małych zadbanych domków, z małymi zadbanymi ogródkami, w których nieliczne rośliny, czujące się dobrze na tej szerokości geograficznej, również są zadbane. W malowniczych domach mieszkają malowniczy ludzie, którzy na pewno mają dobre życie. Przypływy i odpływy, sól morska wisząca w powietrzu w wilgotne dni, panorama na czarną, majestatyczną górę Esję. Dla mnie to najpiękniejsze miejsce na Ziemi.

Odwiedzałam ten półwysep kilka razy, zanim dowiedziałam się, że to nie dzielnica stolicy, a odrębne od niej miasto. Seltjarnarnes to kilkadziesiąt ulic, dwa kilometry kwadratowe, cztery tysiące osób urbanistycznie kompletnie wchłoniętych w przestrzeń stolicy, a jednak stawiających czynny opór. Opór przeciw olbrzymowi, który chciał zeżreć i przetrawić ich tożsamość. Seltjarnarnes to miasto ze swoimi rogatkami, urzędami, pieczątkami, znaczkami pocztowymi.

Czuję się tu dobrze, bo też lubię trzymać się na dystans. Kiedy świat podpełza zbyt blisko, staję na rogatkach i zaczynam batalię. Nie z jakiegoś konkretnego powodu, to bardziej cecha charakteru. Dlatego pomyślałam, że będę tu pasować.

Nie rozczarowałam się.

– Masz tu jakieś żaluzje, na litość boską?

– A… tak. – Włącznikiem na ścianie opuszcza zewnętrzną żaluzję okna. Zostawia niewielką szparę, tak by pokój nie utonął w całkowitej ciemności. Ulga jest natychmiastowa.

– A konkretnie? – pytam.

Mam wrażenie, jakby to nie był mój głos. Może mam chrypkę. Może to nadmiar alkoholu. Alkohol drażni struny głosowe i powoduje chrypkę. A może ostatnio za mało się odzywam. Zdarzały mi się już momenty, kiedy odzwyczajałam się od brzmienia swojego głosu.

– To znaczy? – najwyraźniej nie zrozumiał pytania.

Odkasłuję i mam nadzieję, że pójdzie mi lepiej.

– Chodzi mi konkretnie o budynek. Nie…

– A… jestem twoim sąsiadem, jesteśmy w moim domu. Na Nesbali.

Aha. Fantastycznie.

– Wyjdź teraz – wiem, że mój głos jest zimny, a islandzki perfekcyjny, nie zdradza śladu obcego akcentu. – Ogarnę się trochę i przyjdę do ciebie.

– Potrzebujesz pomocy? – musiałam prezentować się zaiste żałośnie, skoro zadał takie pytanie.

– Nie, nie potrzebuję pomocy absolutnie w niczym. – Gromię go spojrzeniem. – I wczoraj też nie potrzebowałam.

On spuszcza wzrok i wychodzi.

Wcześniej miałam szereg argumentów, by twierdzić, że nie mam problemu z alkoholem. Od dzisiaj muszę chyba zacząć myśleć inaczej.

Wiele bym dała za to, by wrócić do stanu niepewności sprzed kilku minut. Niepewność pozwala przypuszczać, że wszystko wygląda inaczej. Niepewność daje nadzieję. Chyba właśnie dla tej niepewności warto się zalać. Nie czuć, kim się jest, zapomnieć na chwilę o tym wszystkim, o czym nie chce się pamiętać.

Dopiero po wygrzebaniu się spod kołdry, zauważam, że mam na sobie ciepły dres, zdecydowanie nie mój. Nerwowo zerkam pod bluzę w poszukiwaniu mojego stanika i pod spodnie, by sprawdzić, czy dalej mam na sobie swoje majtki – na szczęście wszystko jest na swoim miejscu. Są szanse, że nieznajomy nie oglądał mnie zupełnie nagiej. Nie widzę nigdzie moich ubrań.

Przygnieciona ciężarem zawstydzenia i bólu głowy nie mogę podnieść się z łóżka.

Nie mam najmniejszej ochoty dyskutować z obcym mężczyzną o tym, czy wyprał już moje zarzygane ubrania. Nie chcę się przed nim tłumaczyć, słuchać kazań i dziękować, że się mną zajął. Powinnam się wytłumaczyć przed lustrem. Gdy byłam młodsza i bardziej się przykładałam do życia, urządzałam sobie w trudnych sytuacjach samosądy przed lustrem. Jednak jakiś czas temu przestałam w nim dostrzegać siebie.

Analizuję dokładnie wszystko, co zostało w mojej pamięci, w obawie o to, co mogłam tu wczoraj wyprawiać. Pamięć po upojnej nocy wraca stopniowo. Pojawiają się obrazy, które dotyczą jakby kogoś innego. Pamiętam, jak wymiotowałam w łazience. Jak koncentrowałam się na tym, by trafić do toalety, a on mnie trzymał. Nie pamiętam, bym z nim rozmawiała, bym się z nim kochała. Pamiętam jego głowę sterczącą zza drzwi pokoju.

Cholera jasna.

Z ciężkim westchnieniem udaję się wykupić moje fanty.

Na miękkich nogach wychodzę z pokoju i próbuję namierzyć mojego „wybawcę”. Znajduję się w niewielkim korytarzu łączącym chyba wszystkie pokoje na tym piętrze. Po domu niosą się dźwięki radia, i to nimi się kieruję. Mijam niewielką łazienkę, drzwi są otwarte. Niepewnie wchodzę i omywam twarz zimną wodą, płuczę usta. Waham się chwilę przed wyjęciem czystego ręcznika z wiklinowego kosza. Jakoś boję się go sobą ubrudzić. W końcu wycieram twarz rękawem dresu; przecież i tak nadaje się już do prania. Na chwilę zatrzymuję wzrok na moim odbiciu w lustrze. Próbuję ułożyć rozczochrane włosy mokrymi dłońmi. Marne to wysiłki. Moje oczy schowane są w wąskich szparkach za opuchniętą skórą, moja twarz wydaje mi się obca. Nic nie mogę zrobić, by wyglądać godniej, trochę mniej jak ktoś taki jak ja po nocy takiej jak moja.

Dźwięki jazgotliwych reklam radiowych prowadzą mnie do kuchni. Jest to nowoczesna, ładna kuchnia. Jest tak czysta i pusta, że wygląda jak ekspozycja producenta mebli, jakby nikt nigdy w niej nie gotował. Radio stoi na pustym blacie kuchennym a obok radia mój wybawca w czarnym polarze, pochyla się nad gazetą. Na mój widok prostuje się i cofa o krok. Po całych dwóch sekundach wbija wzrok w podłogę. Może chodzi o ten cholerny dres. Może jest nim zmieszany jeszcze bardziej niż ja.

– Dzień dobry – brzmi głupio, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Odpowiada bladym uśmiechem, biegając wzrokiem po gazecie. Rozglądam się po pomieszczeniu, czy nie witam się z kimś jeszcze. Na szczęście nie mam więcej publiki dzisiejszego ranka. – Przepraszam za kłopot.

– Nie ma sprawy. Ludzie powinni sobie pomagać – odpowiada, nie podnosząc na mnie wzroku. Brzmi to tak banalnie. A przecież to życiowa mądrość, nic śmiesznego.

Gestem ręki zaprasza mnie, bym usiadła przy stole, ale odmawiam. Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli o czym rozmawiać.

– Dobrze się czujesz? – pyta, jakby go to naprawdę obchodziło. – Może napijesz się kawy lub herbaty?

– Nie. Powinnam już iść. Daj mi kluczyki… i co tam jeszcze masz mojego. Przede wszystkim moje ubrania. – Ta ostatnia uwaga przynosi pożądany skutek i mężczyzna zalewa się rumieńcem. Może w ten sposób chociaż trochę osłabię jego pozycję. Zabawne, że to on jest całą sytuacją taki zawstydzony. Wina leży po mojej stronie, a powody do wstydu zaledwie kilka centymetrów od niej, również na moim terytorium.

– Byłaś zmarznięta i przemoczona. – Co słowo spogląda to na mnie, to na gazetę lub na blat. – W nocy trochę sypał mokry śnieg. Naprawdę musiałaś się przebrać. Nie pije się na dworze w taką pogodę. Mogłaś zamarznąć. To nieodpowiedzialne.

Nic nie odpowiadam. Milczenie uznaje się z zgodę. Mam nadzieję, że tyle mu wystarczy, bo nie zamierzam się kajać.

– Mogę już dostać moje rzeczy? – pytam wreszcie.

Wstaje i wychodzi. Po chwili wraca z moimi ubraniami poskładanymi w kostkę z wojskową precyzją. Pachną płynem do płukania na kilometr, chyba wlał go za dużo. Na szczycie kształtnej piramidki leżą kluczyki z mojego samochodu.

– Samochód został na parkingu?

– Tak. Na parkingu, blisko przejścia do latarni.

Latarnia w Seltjarnarnes jest nieco oddalona od brzegu. Suchą stopą można do niej dojść tylko w czasie odpływu. Gdy wody oceanu podnoszą się, nie można się do niej dostać bez łódki.

– Przepraszam, nie wiem nawet, jak się nazywasz. – Mężczyzna spogląda na mnie z ukosa.

I bardzo dobrze, że nie wiesz. Większości ludzi język rozwiązuje się po alkoholu, są rozluźnieni i towarzyscy. Ja w ogóle tak nie reaguję, może dlatego, że przeważnie piję sama. Najczęściej po spożyciu alkoholu jestem tak samo zamknięta w sobie, jak przed pierwszym łykiem. Nic więc dziwnego, że nie opowiedziałam mu o swoim życiu, o mojej ostatniej miłości, że nie powiedziałam mu, jak się nazywam.

– Cathy, a ty?

– Einar Elvarsson. – Wreszcie spogląda mi w oczy.

Jeżeli odebrał to pytanie jako chęć nawiązania konwersacji, to się pomylił. Spytałam tylko z tego powodu, iż dwustutysięczna populacja Islandii wydaje mi się maleńka, skompresowana i pozbawiona anonimowości. Wolę wiedzieć, jak się nazywa, by nigdy więcej na niego nie trafić, by na przykład wyjść z poczekalni, jeżeli okaże się, że to właśnie on przyjmuje w poradni stomatologicznej.

– Naprawdę przebrałem cię tylko dlatego, że bałem się, że się pochorujesz – burczy, nie patrząc na mnie. – Masz ochotę coś zjeść?

Wiem, że natychmiast muszę coś zjeść, by udobruchać dokazujący żołądek.

– Tak, ale u siebie. Mieszkam dwie przecznice od ciebie.

– Wiem, jednak wolałem, żebyś nie była sama.

Powinnam mu być wdzięczna. Nie zadzwonił na policję, nie odstawił mnie na izbę wytrzeźwień. Mógł to przecież zrobić.

Jestem rozczarowana sobą. Zrezygnowana zgarniam ubrania pod pachę, zamykam w pięści kluczyki i wychodzę. Naprawdę nie chcę go już dużej narażać na moje towarzystwo.

3

W upokarzających sytuacjach, jak ta, zdaję sobie sprawę, że piję coraz więcej i coraz częściej. Świadomość tego faktu pojawia się nagle i równie szybko jest przeze mnie spychana na boczne tory świadomości. Nie chcę zastanawiać się, dlaczego tak jest i co z tym zrobić. Zawsze dochodzę wtedy do przygnębiających wniosków. Poza tym mam mało bodźców, by cokolwiek zmienić.

Jako że rzadko myślę o tym moim piciu, dlatego tylko czasami dociera do mnie, jak bardzo zagubiona czuję się w tym wielkim niezbadanym wszechświecie. Brakuje mi w życiu stabilnych punktów odniesienia, tego, co pozwala człowiekowi określić swoją pozycję w świecie. Gdybym codziennie odbierała dziecko z przedszkola, gotowała obiad dla męża, pewnie byłoby mi łatwiej, gdzieś bym przynajmniej przynależała, coś by mnie definiowało. Byłabym jak igła kompasu poddana działaniu pola magnetycznego – fantastyczna sprawa. Coś dawałoby mi powód, by nie folgować sobie bezmyślnie, nie szukać pozorów ulgi w butelce alkoholu. Szczególnie że już dawno zdałam sobie sprawę, że wszystko, co daje alkohol, jest złudne.

Ale lepiej o tym wszystkim nie myśleć. Lepiej się napić, niż zdać sobie z tego sprawę.

Kluczyki wkładam do kieszeni kurtki. Mam zimową kurtkę North Face, pod nią ciepły, wełniany sweter, do tego dżinsy, rajstopy i porządne zimowe buty. Gotówka w wewnętrznej kieszeni. Na razie nie potrzebuję niczego więcej.

Na chwilę podchodzę jeszcze do akwarium. Przesuwam dłonią wzdłuż górnej krawędzi frontowej szyby. Ryby interesują się mną, przypływają sprawdzić, czy może dostaną coś do jedzenia.

Urodziłam się w Londynie. Tam spędziłam pierwsze sześć lat życia, zanim wyruszyłam z matką w świat. Moja matka, Anna Bloom, była niezwykle utalentowaną pianistką. Tak przynajmniej pisały o niej gazety. Ja nie umiałam tego nigdy ocenić, nie znam się na muzyce klasycznej. Odtrąciłam ją w odwecie za to, że zabrała mi matkę. Dzieci to terytorialiści, bardzo źle tolerują konkurencję w walce o miłość rodzica.

Anna urodziła mnie, gdy miała szesnaście lat. Nie wiem, kto był szczęśliwym tatą, zachował swą radość dla siebie. Przypuszczam, że moje poczęcie i narodziny były jedynym niekontrolowanym przejawem nieokiełznanego, tętniącego hormonami życia biologicznego w poukładanej egzystencji mojej matki. Na więcej już sobie nie pozwoliła.

Rodzina z bólem przełknęła ten skandal, a atmosfera zatrucia nim zdawała się powracać na jej łono z każdym moim pojawieniem się na uroczystym obiedzie w domu prominentnego wuja lub ciotki. W rodzinach takich jak moja podobne rzeczy nie powinny się zdarzać. Victoria, moja babcia, dostojna starsza pani o arystokratycznym rodowodzie, nie odwróciła się jednak od jedynej córki, z którą wiązała ogromne nadzieje. Pielęgnowała ją nadal, by wyrosła na najpiękniejszy kwiat Anglii, i przymknęła oko na malutki chwaścik, który wykiełkował obok.

Dzieci nie rozumieją zbytnio świata dorosłych. One odbierają wrażenia z niego płynące, wyczuwają emocje, o których dorośli nawet nie wiedzą, że je generują. Osobowość kształtuje się u dziecka, tworząc solidny fundament człowieka. Problem w tym, że nie wszyscy opiekunowie dzieci to architekci, którzy wiedzą, jak stawiać fundamenty. Powstają przeróżne konstrukcje.

Najbardziej znienawidzona fraza z dzieciństwa: „Wyjdź, Cathy, Anna teraz gra”. Victoria nie umiała jej nazwać moją mamą. I nie wychodziła ze mną. Ja szłam do pokoju na drugim końcu ogromnego domu, byle tylko nie słyszeć dźwięków fortepianu. Stało tam pokaźnych rozmiarów akwarium. Nie wiem teraz, czy rzeczywiście było duże; pięciolatka widzi świat z niewysokiej perspektywy. Ryby, rośliny, kolory, leniwy ruch podwodnego świata. Patrząc na to, zapominałam o złości, jaką w sobie nosiłam. O problemach, które nie dawały mi spać po nocach. Nigdy nie rozumiałam wyrażenia „beztroskie dzieciństwo”. Ja miałam naprawdę ogromne problemy jako dziecko. Myślę, że większość dzieci je ma, tylko dorośli ich nie dostrzegają, a jeżeli nawet dostrzegą, to bagatelizują.

Do dziś lubię obserwować ryby w akwariach. Uspokaja mnie to. Szum filtra, cichutkie bulgotanie. W dzieciństwie znajdowałam pewien rodzaj satysfakcji w odtrąceniu całego świata na rzecz wnikliwej obserwacji podwodnego życia. Zwierzęta poruszające się w hipnotycznym tańcu w swoim małym wszechświecie są absolutnie nieświadome wszystkiego, co dzieje się za szybą. Ledwie kilka centymetrów ode mnie żadne problemy nie mają znaczenia. Liczy się tylko szum wody i gra światła. A skoro widzę ten spokój, to mam pewność, że taki stan jest możliwy, i mogę liczyć, że też go kiedyś poczuję.

Teraz też mi to pomaga. Czuję, że mogę już iść i nie zastanawiać się dłużej nad tym, co było. A to największy dar dla osoby, która robi coś, czym sama gardzi, a jednocześnie nie umie z tego zrezygnować.

– Gdzie idziesz?!

Einar Elvarsson wchodzi na korytarz, gdy ja stoję już w drzwiach wejściowych. Albo raczej wyjściowych. Niezdarnie rozkłada ręce, otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć.

Jego widok wywołuje u mnie niemal litość, ale nie mogę mu nijak pomóc. Albo jedyne, co mogę dla niego zrobić, to zabrać się stąd.

– Do domu.

Nie czekam na odpowiedź. Wychodzę i zamykam za sobą drzwi.

Dzień jest słoneczny, ale chłodny. Światło, odbijane przez zalegający wszędzie śnieg, zalewa ziemię oślepiającą jasnością. Czuję się znakomicie, jak zresztą zawsze, gdy zamykam za sobą jakieś drzwi. Ani porażający ból głowy w obliczu jasności panującej na zewnątrz, ani smak wymiocin w ustach nie są w stanie zabić tego poczucia ulgi.

Poza tym jest ranek.

Poranki mają to do siebie, że dają poczucie, że zaczyna się coś nowego, że można już sobie wybaczyć to, co stało się dnia poprzedniego, i postarać się, by ten dzień był lepszy.

Skąpana w niedzielnym słońcu niczym beztroska turystka, dochodzę do wybrzeża. Z daleka widzę moją czerwoną toyotę. Stoi samotnie na bocznym parkingu. Jeszcze nie zjechali się amatorzy niedzielnych przechadzek. Dziwne, już po dziewiątej. Rozglądam się po okolicznych ścieżkach spacerowych. Dostrzegam dwóch biegnących wzdłuż wybrzeża miłośników joggingu. Gdyby ich nie było, mogłabym zacząć się obawiać, że porządek wszechświata został zburzony, kiedy spałam.

Mam nadzieję, że uda mi się dostać do samochodu. Przynajmniej zamek od zawietrznej nie powinien był zamarznąć. Jeżeli oba zamki zamarzły, zapchane mokrym słonym powietrzem, które skropliło się i zmieniło w lity lód, będę musiała wrócić się, kupić baterie do pilota albo specjalny środek do rozmrażania zamków. A akurat dzisiaj nie chce mi się załatwiać żadnych spraw. Muszę tylko coś zjeść i zalec na kanapie. Ewentualnie wypić jednego drinka na klin; nic tak nie pomaga na kaca jak jeden mały drink.

Na niebie szykują się zmiany. Zza ściętego szczytu Esji wypełzają stalowoszare chmury, by przypuścić atak na słoneczną niedzielę. Z minuty na minutę wzmaga się wiatr. Widziałam te chmury gdzieś na krawędzi nieba, ale nie przypuszczałam, że tak szybko skradną słońce. Chyba nadchodzi burza.

Podchodzę do samochodu i przyglądam mu się dłuższą chwilę zanim zdecyduję się otworzyć drzwi i zajrzeć do środka.

Boczna szyba od strony kierowcy jest stłuczona.

Schowek i podłokietnik są otwarte. Ale dokumenty z auta, które, może nierozważnie, zawsze trzymam w samochodzie, a nie przy sobie, są na miejscu. Reklamówka z zakupami z wolnocłowego i gazeta dalej na przednim siedzeniu. Dopiero w bagażniku odkrywam straty. Brakuje dwóch toreb podróżnych – walizki i bagażu podręcznego.

Wolałabym, by skradziono samochód, abagaż pozostawiono przy krawężniku. Samochód nie jest ważny. Nie jestem do niego szczególnie przywiązana. Pierwsza lepsza terenówka z komisu z powodzeniem by mi go zastąpiła. Walizka też nie jest w sumie ważna. Nie miałam w niej w zasadzie nic osobistego.

Natomiast w mojej torbie podręcznej był laptop. Będąc na Grenlandii, dokończyłam jedno z bieżących tłumaczeń. Były to opowiadania dziecięce, które tłumaczyłam z niemieckiego na islandzki na zlecenie wydawnictwa Krakkar. Historyjki o chłopcu, którego młodszy brat zmieniał się w nocy w potwora. Uroczy temat. Termin na przyszły tydzień.

Jak każdy, kto pracuje na komputerze, boję się o swoją pracę. Komputer może paść, dysk się rozmagnesować, laptop mogą ukraść. Dlatego regularnie przesyłam pliki z tłumaczeniami, nad którymi pracuję, na serwer, tworząc w ten sposób bezpieczne archiwum. Problem w tym, że na Grenlandii miałam bardzo słaby dostęp do Internetu. Sieć pojawiała się i znikała. Próbowałam przesyłać pliki, ale z bardzo różnym rezultatem.

Gdy tylko zaczynam o tym myśleć, ból głowy nieznośnie się nasila.

Nie straciłam portfela i dokumentów tylko dlatego, że na wyjeździe odzwyczaiłam się od noszenia torebki. Środek zimy za kołem podbiegunowym, pięć warstw ubrań sportowych i do tego torebka? Nie. Wszystko nosiłam w kieszeniach kurtki.

Samochody na Islandii zazwyczaj się znajdują, to przecież niewielka wyspa pośrodku oceanu i trudno stąd wywieźć samochód. Myślę, że co do laptopów statystyki prezentują się nieco gorzej.

Nie lubię policji i nie mam ochoty do nich dzwonić. Nie mam ochoty już dzisiaj na rozmowy z obcymi ludźmi. Ale mój laptop chciałabym odzyskać.

Cholera.

Dzwonię i zgłaszam okradzenie samochodu.

Radiowóz zjawia się po piętnastu minutach. Policjanci ze znudzonymi minami oglądają pobieżnie auto, wypisują jakiś świstek i już pakują się z powrotem. Czy są jakieś szanse?

– Proszę nie robić sobie nadziei. – Rzuca jeden z nich. – My jesteśmy tylko ludźmi.

Nie robię sobie żadnych nadziei.

Zanim jadę do domu, zajeżdżam jeszcze do Einara Elvarssona.

Otwiera po pierwszym dzwonku, a jego twarz to jeden wielki znak zapytania.

– Jak widzisz, byłam na parkingu po samochód. – Odsuwam się lekko na bok, by mógł zobaczyć moje auto zaparkowane przy krawężniku. Zdziwiony spogląda to na mnie, to na samochód. – Włamano się i skradziono bagaż.

Zawieszam głos i obserwuję go. Unosi brwi i wychyla głowę, jakby chciał się przyjrzeć mojej toyocie. Potem cofa się o krok, zapraszając w ten sposób do środka. Jego twarz dalej wyraża tylko zdziwienie

– Szyba jest wybita. Zgłosiłam to na policję, więc jeżeli coś na ten temat wiesz, to wyjaśnij to z nimi, proszę – dodaję i wpatruję się w niego. Wydaje mi się, że jednak nie ma z tym nic wspólnego. Nie pozostaje mi nic innego, jak pójść do domu i dalej nie mieć nadziei. – Albo podrzuć mi rzeczy do domu, jeżeli masz ochotę. Albo przyjmij przeprosiny, jeżeli niesłusznie zawracam ci głowę.

4

Wracam do domu.

Mieszkam na Hofgardar. Kupienie tu domu graniczy z cudem. A ja poszłam do pierwszej z brzegu agencji nieruchomości, a tam czekała na mnie oferta zgłoszona poprzedniego dnia. Pierwszy raz w życiu poczułam się jak w amerykańskim filmie.

Znam tu każdy krawężnik, uwielbiam zadbane podjazdy sąsiadów, czuję się tutaj jak w domu. Tego uczucia, znanego większości ludzi z dzieciństwa, doświadczyłam dopiero po trzydziestce. Od szóstego do osiemnastego roku życia mieszkałam głównie w samolocie, gdzie raczej trudno się zadomowić. Potem, w trakcie studiów pomieszkiwałam w różnych wynajmowanych mieszkankach, z których żadnego szczególnie ciepło nie wspominam. Dopiero po przeprowadzce na Islandię, po kilku latach spędzonych tutaj, zorientowałam się, że przywiązałam się do tego miejsca, że oto mam wreszcie dom.

Ze stalowoszarego nieba zaczyna prószyć śnieg. Zacina zimny wiatr. Po słonecznej pogodzie poranka nie ma już śladu.

Chcę jak najszybciej zakopać się pod kocami na mojej ogromnej kanapie i pooglądać jakieś ciekawe programy w telewizji. Na Grenlandii miałam dostęp tylko do lokalnej telewizji, emitującej w primetime’ie programy dla majsterkowiczów pragnących uszczelnić okna w swoim domu oraz offowe filmy młodych duńskich reżyserów. Dopiero tam doceniłam produkcje BBC. Planuję nalać sobie małego drinka na złagodzenie kaca i zapomnieć o skradzionym komputerze.

Może plik przeszedł jednak na serwer? Jeżeli nie, postaram się nie pić przez kilka dni i szybciutko nadrobię stratę w tłumaczeniu.

Już wjeżdżając na podjazd, czuję się lepiej. Wita mnie znajomy chrzęst żwiru pod wielkimi oponami mojego auta. Wita mnie głośno, gdyż nie mam bocznej szyby od strony kierowcy. Większość sąsiadów dawno wybrukowała podjazdy, umieszczając pod brukiem linię z ciepłą wodą. Na Islandii, jako że to geotermalne eldorado, ciepłej wody jest w bród. Taki podgrzewany podjazd zimową porą nie pokrywa się lodem. Przynajmniej teoretycznie. Mnie chyba brakuje do tej decyzji jakiegoś mężczyzny. A może nie chodzi o robotę samą w sobie, tylko o to, że lubię ten chrzęst żwiru?

Spoglądam na dom. Równie malowniczy, a jednocześnie niepozorny, jak wszystkie tutaj.

Mój dom to sto dziesięć metrów kwadratowych wypełnionych mną w sposób bardzo szczelny. Długo go urządzałam, kupując sprzęty dopiero, gdy znalazłam takie idealnie pasujące. Starałam się, by nie przypominał hotelu, wynajętego mieszkania ani innych bezosobowych ludzkich przechowalni. Zresztą chyba tak to już jest, że bardziej doceniamy rzeczy, na które długo przychodzi nam czekać, a ja długo czekałam na swój własny kąt. I znakomicie się tu czułam, jak ślimak w skorupie, jak poczwarka w kokonie. Czasami praca pochłaniała mnie tak bardzo, że nie wychodziłam z domu całymi dniami. Powiedzmy, że gdyby świat za oknami zniknął, nie od razu bym to zauważyła. Dopiero wtedy, gdy lodówka była pusta lub głowa bolała mnie z powodu braku ruchu na świeżym powietrzu, wyściubiałam nos na zewnątrz.

Kuchnia otwarta na przestronny pokój dzienny, sypialnia, łazienka, gabinet. Aż za dużo przestrzeni dla samotnej kobiety.

W moim domu lubię w słoneczne popołudnia przysypiać na kanapie w salonie, bo wtedy przez duże okno wpada mnóstwo ciepłego światła, a ja odwracam do niego twarz z zamkniętymi oczami i obserwuję kolory, jakie pojawiają się pod moimi powiekami. Lubię pracę w moim gabinecie. Przez lata zżyliśmy się ze sobą, jego przestrzeń dopasowała się do mnie, oferując mi wszystko, czego potrzebuję. Mam też idealnie cichych i nieinteresujących się sobą nawzajem sąsiadów, którzy nie zapraszali mnie na konfirmacje swoich dzieci i nie potrzebowali ode mnie niczego poza „dzień dobry” i „dobry wieczór”.

Lubię moje mieszkanie za detale. I lubię ogólny koncept posiadania swojego kawałka świata.

Reklamówka z bezcłowego ma uczynić powrót jeszcze milszym.

Chrzęszcząc po podjeździe, czekam na to błogie uczucie bycia u siebie.

Otwieram drzwi i po pierwszym kroku zamieram.

Jako osoba niepaląca od razu wyczuwam ostrą, gryzącą woń dymu papierosowego.

Mieszkanie wygląda w sumie, jak wyglądało, ale pachnie zupełnie obco.

Zamykam za sobą drzwi, stawiam na ziemi reklamówkę, wyjmuję z niej butelkę whisky i piję z gwinta solidnego łyka.

Mam idiotyczną chęć zawołać: „Jest tu kto?”.

Z butelką w ręce ruszam wolno w głąb domu.

Duża rogówka, zwrócona jednym ramieniem do okna, a drugim do telewizora. Kolonialna komoda zastawiona książkami, trzy regały, które w zamyśle miały eksponować ozdoby i pamiątki, ale też zostały zawalone książkami. Zresztą dla kogo niby miałabym eksponować ozdoby?

Zapach dalej drażni nozdrza, każe mi się zastanawiać, czy ktoś siedział na tej kanapie. Czy czyjeś ręce dotykały moich rzeczy?

W kuchni wszystko wygląda po staremu. Biała kuchnia w angielskim stylu… Meble kosztowały tak dużo, że nieraz gotuję tutaj powodowana nie głodem, ale wyrzutami sumienia, że kuchnia jest zbyt rzadko używana.

Pociągam jeszcze łyk, odstawiam butelkę na lśniący, kamienny blat i idę dalej. Do łazienki. Do sypialni.

Może to tylko cholerna halucynacja? Może to mój zatruty alkoholem mózg czuje zapach, którego nie ma?

Ostatnim pomieszczeniem, do którego zaglądam, jest gabinet.

Poprawka. Smród papierosów jest tu na pewno, to komputera nie ma. Mój dwudziestosiedmiocalowy iMac zniknął, tak jak jego mniejszy brat z bagażnika.

Wracam do kuchni po łyk whisky.

Potem dzwonię.

Potem myślę o uparciuchu, który jest wszystkiemu winny.

Cholerny Nathan Hall.

– Nie zajmuję się tłumaczeniami ustnymi – mówię po raz trzeci, gdy on dzwoni po raz drugi.

– To nie ma znaczenia. Pani tłumaczenie mojej ostatniej powieści na duński to jedyna rekomendacja, jakiej potrzebuję. Mam znajomych w Danii, poza tym oczywiście interesuję się losem swoich powieści. Wydawnictwo KRONOS jest zachwycone współpracą z panią. Mówili, że chcieli mnie wydawać, ale bali się o tłumaczenie. Bali się, dopóki nie przeczytali pani próbki. Wspominali, że pani tłumaczenie Dzwonka jest omawiane na wykładach na Uniwersytecie w Kopenhadze i w Translatørforeningen, Duńskiego Stowarzyszenia Tłumaczy. Zadzwoniłem też nawet do tego Translatørforeningen, Regularnie pracują z pani tekstem jako wzorcowym na kursach z tłumaczenia literatury postmodernistycznej oraz z semantyki i konceptu przedmiotu we współczesnym języku. Dwukrotnie proponowali pani wykład, ale poddali się – przerywa mu na chwilę duszący, uporczywy kaszel. – Zapisałem sobie to wszystko, więc się pani nie wyłga.

– I?

– Chcę, żeby poleciała pani ze mną na Grenlandię w roli tłumacza.

Nathan Hall. Pisarz angielski, który w swojej twórczości zmierza do granic stylistyki współczesnej powieści. Jego język jest szalenie skondensowany. Wydaje się prosty, ale nie jest. Potrzebuje odbiorcy wyczulonego semantycznie, takiego, któremu chce się pomyśleć o znaczeniu słowa. Sens słów to zresztą wszystko, co daje czytelnikowi. Realia czasowo-przestrzenne są bardzo skąpo przedstawione, postacie i wydarzenia są ukryte w nielinearnych, lapidarnych przekazach. Jedyną entrance gate jest słowo. Narracja wydaje się momentami po prostu wroga, chaotyczna w sposób zniechęcający nawet niektórych krytyków. „Do tego stopnia destabilizuje zasady narracji i stylistyki, że czytając Halla, trzeba nauczyć się nowego języka. Jego języka. Jeżeli nie masz na to czasu i cierpliwości, nie fatyguj się” – napisał „The Guardian”, czym rozpętał polemikę z działem literackim „The Times”. Jednak, mimo wszystko, nie tylko krytycy redakcyjni czytają jego książki. To się sprzedaje.

Tłumaczyłam dwie jego powieści na duński. Była to przygoda. Wyzwanie. Męka twórcza.

Na koniec rozmowy informuje mnie jeszcze, że ma dużo więcej uporu niż panowie ze Stowarzyszenia Tłumaczy.

– Nie zajmuję się czymś takim – powtarzam po raz czwarty i odkładam słuchawkę.

Wyjmuję wtyczkę z gniazdka. Jak śmie dzwonić na domowy? Przypuszczałam, że człowiek piszący takie rzeczy musi być szczególny, mieć niesamowitą wrażliwość. Nie przypuszczałam, że będzie do tego uparty jak osioł.

– Wie pani, ja nie mogę stracić tego świata! – wykrzykuje następnego dnia z głośniczka w mojej komórce. – Muszę poczuć jego słowa, by to dobrze przekazać, by skonstruować tę postać należycie. Bardzo proszę.

Nathan Hall pracował właśnie nad kolejną powieścią. Część akcji miała się rozgrywać na Grenlandii. Hall był już tam parokrotnie. „Poczuł wyspę”, ale nie umiał poczuć ludzi. Użalał się, że wypożyczył z uniwersytetu w Kopenhadze jakiegoś lingwistę mówiącego we wschodnim dialekcie Inuktitut, po duńsku i oczywiście płynnie po angielsku. „Idealny kandydat, nieprawdaż?”. Pojechali razem na tydzień na Grenlandię. Mieli po prostu rozmawiać z ludźmi. Hall szukał czegoś w tych ludziach i w tym języku. Lunatyk! A może artysta?

Semantyka to dziedzina badająca znaczenie słów i relacje, jakie zachodzą między nimi w naszym umyśle. Słowo to symbol zastępujący jakiś realny lub abstrakcyjny koncept. Słowo to ciąg dźwięków, który dla wszystkich użytkowników danego języka jest powiązany z określonym obiektem. Znaczeniem słowa jest skojarzenie, jakie ów strumień dźwięków wywołuje. Oto leksem.

Obecnie w kwestii znaczenia słowa dominują poglądy Ferdynanda de Saussure’a mówiące, iż związek między słowem a konceptem jest arbitralny i ustanowiony na podstawie umowy społecznej. Nie ma żadnego naturalnego ani logicznego powodu, dla którego cytrynę nazywamy cytryną.

Jednak od kiedy zaczęto badać język ludzki, pytania o sens słowa zahaczały o filozofię, psychologię i religię. „Sens słowa” – terminy postawione niebezpiecznie blisko siebie. „Słowo” to dla wielu „myśl”, a „sens” to słowo wabik dla dociekliwych umysłów.

Platon w dialogu Kratylos, napisanym w IV w p.n.e., prezentuje dwa poglądy na temat związku słowa ze swoim znaczeniem. Pogląd naturalistyczny głosi, że słowo jest immanentną, naturalną częścią przedmiotu, który reprezentuje, nie arbitralnym symbolem. W świetle tej teorii człowiek zgłębiający naturę słów powinien dostrzec powody, dla których powstało dane słowo, a ono zrewanżuje mu się rzuceniem światła na prawdziwą naturę rzeczy.

Nathan Hall w swoim poszukiwaniu sensu słowa kojarzy mi się właśnie z tą teorią.

– Ja nie mówię w Inuktitut.

– Polecimy do Ittoqqortoormiit, po duńsku Scoresbysund. Mam tam człowieka, który spędził w tej wiosce całe życie. Znakomicie mówi po duńsku – Hall mówi szybko, oddycha płytko. Jak dziecko, które jednym tchem próbuje wyrzucić z siebie przejmującą opowieść o tym, co działo się w szkole. – On opowie… opowie to dobrze… przetłumaczy swój język, swoje słowa na duński. Znaczenie, koncept ukryty w języku od pokoleń. Koncepty, których my nawet nie jesteśmy świadomi. Nie używamy ich. Użyje dobrych słów, nie może być inaczej, bo tam się wychował i żyje. Nie w jakimś cholernym pokoiku w katedrze lingwistycznej w Kopenhadze, z nosem przy ekranie komputerowym – prycha z pogardą. Był bardzo niezadowolony z usług uniwersyteckiego lingwisty. – A pani przełoży to z duńskiego na angielski. Pani, która taką wagę przywiązuje do języka, do jego piękna. Pani będzie wiedziała, czego ja szukam. Bardzo proszę.

– To się nie uda.

– On zabierze nas do wiosek. Do Ittajimmiit, Uunartoq – zadziwia mnie, z jaką płynnością wypowiada melodyjne, obce nazwy. – W Ittajimmiit mieszka kilkanaście osób. Żyją jeszcze bez zdobyczy cywilizacji.

Jakby mnie w ogóle nie słyszał. Mówię więc głośniej, w bardziej zdecydowany sposób.

– To się nie uda.

– Otym, czy się uda, mogę zadecydować tylko ja. Proszę.

– Nie.

– Cathy Bloom, proszę się z tym przespać. Odezwę się jutro.

Brzmiało to jak groźba.

Było jeszcze osiem telefonów i sześć e-maili. Opowiadał, czego tam szukał i jak znalazł w tym miejscu coś, co idealnie do niego pasowało.

Myślę, że w końcu zaimponował mi jego upór. Nie fakt, że chciał właśnie mnie, ale to, że tak bardzo zatraca się w pracy. On nie pisze jakiegoś tam tekstu, on do każdego słowa przykłada taką wagę, jakby od tego zależało jego życie.

Spędziliśmy w Ittoqqortoormiit dwa tygodnie. Metody pracy Halla były bardzo ciekawe, inspirujące. Wydawało mi się nawet, że podobnie podchodzimy do języka.

Kiedy odlatywał, oznajmiłam mu, że zostanę jeszcze trochę. Dom, który on wynajął, był akurat wolny. Uśmiechnął się tylko.

– Jest tak, jak mówili Grenlandczycy: „Ciemność jest bezzębna, jeżeli pozwolisz jej nastać”. Nie ma sensu tęsknić za dniem, ona nie robi krzywdy.

Przetarł oczy jak człowiek, który dopiero się obudził. Często wykonywał ten gest, a ja, poznawszy go bliżej, zaczęłam się zastanawiać, czy on może nie śni na jawie. Było w nim coś nierzeczywistego, jak majak senny. Może budził się tylko w tych chwilach, kiedy przecierał oczy, a reszta była lunatykowaniem.

– Znakomicie się spisałaś. Wiedziałem, że to był dobry pomysł, by cię zabrać. Zostań tutaj na mój koszt.

Niegroźna bezzębna ciemność. Nie byłam taka pewna. O bezzębnej ciemności opowiadał nam ledwo trzymający się na nogach młody Grenlandczyk. Codziennie ledwo trzymał się na nogach. I codziennie spotykaliśmy go w tym samym miejscu, ponieważ nie polował, a innej pracy tam nie było.

Po cholerę brałam to zlecenie. Gdyby Hall mnie stąd nie wyciągnął, nic by się nie stało.

W łazience dokładnie szoruję zęby i kilkakrotnie płukam usta płynem Listerine. Do momentu, aż dziąsła pieką mnie niemiłosiernie. Mam nadzieję, że policjanci nie wyczują ode mnie alkoholu. Ubrania wyprał mi w nocy uczynny sąsiad, więc mam szansę prezentować się jak zacna obywatelka.

W końcu siadam na kanapie. Zamykam oczy i staram się wyrzucić z głowy wszystkie myśli, wszystkie słowa. Skupić wyłącznie na tym, co słyszę i widzę, co odczuwa moje ciało. Żadnych słów.

Po jakimś czasie dochodzi mnie chrzęst żwiru na podjeździe. To na pewno policja.

Rozpoznaję ich od razu, kiedy otwieram drzwi. Ta sama dwójka, która wcześniej przyjęła meldunek o okradnięciu samochodu.

– Posterunkowi Gunnar Birkirsson i Olaf Olafsson – wyższy mężczyzna przemawia w imieniu ich obu, jakby w ramach policji stanowili jeden organizm, symbiotyczną komórkę roboczą. – Poznałem samochód… czyżby kłopotów ciąg dalszy?

– Tak.

– Włamanie? – pyta Birkirsson, ten wyższy.

– I kradzież – odpowiadam.

Dalej mam to niemiłe wrażenie, że mówię nie swoim głosem. Otwieram drzwi szerzej i wpuszczam ich do środka.

– Zdejmij buty, Olaf.

Gunnar Birkirsson jest wysokim blondynem, ma niebieskie, okrągłe jak u dziecka oczy, krótko przystrzyżone włosy. Jego nordycka uroda wydaje mi się interesująca, ostatnio długo wpatrywałam się w ciemne oblicza Grenlandczyków.

– Pani nie chodziła w butach?

– Nie.

– Przy oględzinach po włamaniu pomocne są czasem ślady butów na podłodze. Akurat przy takiej pogodzie można liczyć na jakieś zaschnięte błoto – tłumaczy to zarówno mnie, jak i koledze, na którego spogląda z góry – nie tylko dlatego, że jest wyższy. – To rada od Màniego, nowego technika. Kilka lat pracował w Stanach i szef uważa jego pomysły za… dobre. Można określić rozmiar buta, znaleźć jakiś specyficzny kamyk, który wypadł z bieżnika. I tym podobne… Olaf, wyjmij notatnik i sporządź notatkę, OK?

Może ten niższy jest nowy lub kompletnie rozminął się z powołaniem, wstępując do policji, i jest teraz wrzodem na dupie każdego na komendzie, kto ma akurat z nim dyżur? Kiedy Birkirsson zwraca się do kolegi, jego głos brzmi protekcjonalnie.

– Co więc zaszło? – kontynuuje Birkirsson.

– Wróciłam do domu i poczułam silny zapach papierosów. Ja nigdy tu nie paliłam. Ktoś musiał być w moim domu podczas mojej nieobecności. Potem zauważyłam, że nie ma komputera.

– Z samochodu zginęły klucze do domu?

– Nie, miałam je przy sobie.

– Zostawiła pani komuś klucze na czas swojej nieobecności, ktoś podlewał kwiatki, czy …

– Nie, nie mam kwiatków – odpowiadam szybko.

– Czyli nikt nie zajmował się mieszkaniem? – Olafsson potrzebuje konkretnej odpowiedzi do swoich notatek.

– Nikt – odpowiadam więc konkretnie.

– Mieszka tu pani sama?

– Tak. Sama.

Brikirsson nadal na mnie patrzy, jakby oczekiwał dalszego ciągu.

– Nie mam męża, partnerki, psa, kota ani dzieci.

Oglądają zamek.

– Brak wyraźnych śladów, ale, szczerze mówiąc, taki zamek to żadne wyzwanie. Drzwi otworzyła pani kluczem bez problemu?

– Tak.

– Nooo, tyle tam miejsca, że można się włamać i go nie uszkodzić. Doradzam wymianę. Proszę się poradzić sprzedawcy i kupić porządny zamek. Coś jeszcze zginęło?

– Nie zauważyłam.

– Jak długo nie było pani w domu?

– Miesiąc.

– Hmm… – przeciągle mruczy, po czym boso ruszamy w spokojny rejs po domu. – Faktycznie, ktoś tu niedawno palił. Śmierdzi jak cholera. Czujesz, Olaf?

Olaf wydaje z siebie mruknięcie, które z całą pewnością ma oznaczać „nie”.

– A no tak. Sam palisz, to nie poczujesz… Wszystko jest tak, jak to pani zostawiła? – zwraca się znowu do mnie, wbijając we mnie spojrzenie swoich nienaturalnie wręcz niebieskich oczu.

Potakuję skinieniem. Płyniemy dalej w ciszy. Krążymy po salonie, po kuchni. Olafsson zdaje się mimowolnie iść za kolegą, ja mimowolnie krążę za nimi. W sypialni zaglądają do szafy, otwierają kilka szuflad. Wydaje mi się to okropnym pogwałceniem mojej prywatności, ale nie odzywam się. Na koniec zawijamy do gabinetu.

– Jest telewizor, sprzęt hi-fi. Zginęła może jakaś biżuteria, inne kosztowności?

Zaprzeczam ruchem głowy.

– Nic nie zginęło, tak? – Olaf Olafsson wreszcie przemawia.

Jego głos jest szorstki i wrogi. Do tej pory bazgrolił coś w niewielkim notesie. Najwyraźniej brak werbalnej odpowiedzi z mojej strony wprowadził zamieszanie w jego notatkach. Mogę się założyć, że w szkolnych przedstawieniach w rogatym kasku grywał wodza wikingów. Z przydługimi, ogniście rudymi włosami, dosyć topornymi rysami piegowatej twarzy jawi mi się jako genetycznie nieskażony potomek pierwszych osadników na Islandii.

– Dokładnie tak – odpowiadam, by dać mu szansę na sporządzenie przyzwoitej notatki. Może wtedy kolega przestanie patrzeć na niego z góry.

Nie wiem, czy nic innego nie zginęło, bo aż tak dokładnie się nie rozglądałam. Ale na pewno odpowiadam zgodnie z prawdą na pytanie wyższego policjanta, bo nie mam ani biżuterii, ani kosztowności.

– Nie zauważyłem śladów butów na podłodze. Nie widać, by ktoś przeszukiwał szuflady i regały. Nikt nie połasił się na sprzęt w salonie. W sumie jedynie w tym pokoju widać ślady włamania – kontynuuje swoje obserwacje Birkirsson.

Mój gabinet to jakieś dwadzieścia metrów kwadratowych, a i samo pomieszczenie jest kwadratowe. Na przeciwległej do drzwi ścianie mieści się ogromne okno, wychodzące na ulicę, na podjazd. Do ściany z oknem przylega częściowo ogromny blat w kształcie litery L. Jedno dłuższe ramię pod oknem, drugie – na sąsiedniej ścianie. Pod ścianą stał komputer, drukarka stoi nadal.

– Komputer stał tutaj? – pyta Birkirsson, a ja potwierdzam.

– Najwyraźniej złodziej szukał tu czegoś… – mruczy Olafsson. – Spójrz tylko na ten bajzel.

– Nie… – staram się mówić głośno, by usłyszeli mnie pogrążeni w swoich rozważaniach – tu zawsze tak to wygląda.