Tożsamość psychoanalityka i inne studia przypadków - Wojciech Hańbowski - ebook
lub
Opis

Niniejsza książka stanowi próbę opisania tożsamości psychoanalizy. Autor pokrótce przedstawia historię psychoanalizy na świecie i w Polsce, a także środki, jakimi dysponuje psychoanalityk w trakcie swojej pracy, opierając się przy tym na konkretnych przypadkach. Porusza między innymi takie zagadnienia, jak objaśnianie marzeń sennych, relacje rodzinne, anoreksja u mężczyzn czy wpływ procesu starzenia się na różne aspekty życia pacjentów. Opisuje też trudne sytuacje impasu w terapii. Dodatkowej wartości książce przydają odwołania do bohaterów literackich i filmowych, które również stanowią swoiste studia przypadku. Autor doskonale pokazuje, jak z pozornego bezładu skojarzeń, snów i opowieści pacjentów wydobyć ukryty w nich sens i porządek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 203


Co­py­ri­ght © by Gdańskie Wy­daw­nic­two Psy­cho­lo­gicz­ne, So­pot 2013.

Wszyst­kie pra­wa za­strzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być prze­dru­ko­wy­wa­na ani w żaden sposób re­pro­du­ko­wa­na lub od­czy­ty­wa­na w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy Gdańskie­go Wy­daw­nic­twa Psy­cho­lo­gicz­ne­go.

Re­dak­tor pro­wadzący: Pa­try­cja Pa­cy­niak

Re­dak­cja po­lo­ni­stycz­na: Ka­ro­li­na Bączek

Ko­rek­ta: Pa­try­cja Pa­cy­niak

Skład: Mi­rosław Toj­za

Pro­jekt okładki: Mo­ni­ka Pol­lak

Zdjęcie na okładce: © 123RF/PIC­SEL

ISBN 978-83-7489-491-3

Gdańskie Wy­daw­nic­two Psy­cho­lo­gicz­ne Sp. z o.o.

ul. J. Bema 4/1a, 81-753 So­pottel./faks 58 551 61 04

e-mail: gwp@gwp.pl

www.gwp.pl

www.wy­daw­nic­two­gwp.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Ostat­nich kil­ka­naście lat to czas dy­na­micz­ne­go roz­wo­ju w Pol­sce psy­cho­ana­li­zy, a także różnych opar­tych na niej me­tod te­ra­peu­tycz­nych. W tym okre­sie wzrosły też rola i roz­miar psy­cho­te­ra­pii pro­wa­dzo­nej w ra­mach pry­wat­nych prak­tyk. Ten szyb­ki rozwój sek­to­ra pry­wat­ne­go to nie­ste­ty w dużej mie­rze re­zul­tat spo­rych ogra­ni­czeń nakłada­nych na psy­cho­te­ra­pię w ra­mach uspołecz­nio­nej służby zdro­wia, które wpływają ne­ga­tyw­nie na możliwość po­wszech­ne­go ko­rzy­sta­nia z so­lid­nej psy­cho­te­ra­pii. Po­mi­mo tego, pa­ra­dok­sal­nie, psy­cho­te­ra­pia psy­cho­ana­li­tycz­na znaj­du­je dla sie­bie miej­sce w skąpej obec­nie rze­czy­wi­stości pu­blicz­nej opie­ki zdro­wot­nej i co rusz po­wstają nowe ini­cja­ty­wy po­zwa­lające różnym gru­pom pa­cjentów ko­rzy­stać z le­cze­nia opar­te­go na psy­cho­ana­li­zie. Do­wo­dzi to zarówno siły i sku­tecz­ności idei psy­cho­ana­li­tycz­nych, jak i de­ter­mi­na­cji lu­dzi pragnących za­pew­nić sze­ro­ki dostęp do tej sku­tecz­nej me­tody te­ra­peu­tycz­nej.

Cho­ciaż rozwój sek­to­ra pry­wat­ne­go w psy­cho­te­ra­pii pro­blemów emo­cjo­nal­nych, roz­wo­jo­wych i za­bu­rzeń psy­chicz­nych nie może od­po­wie­dzieć na po­trze­by wszyst­kich pa­cjentów, ma jed­nak kil­ka po­zy­tyw­nych aspektów. Jed­nym z nich jest fakt co­raz po­wszech­niej­sze­go iden­ty­fi­ko­wa­nia się psy­cho­te­ra­peutów z or­ga­ni­za­cja­mi psy­cho­te­ra­peutycznymi, a nie wie­lo­za­wo­do­wy­mi in­sty­tu­cja­mi, na przykład szpi­ta­la­mi, w których kom­plek­so­we szko­le­nie psy­cho­te­ra­peutyczne nie jest możliwe. Dzięki temu wzra­sta ran­ga to­wa­rzystw psy­cho­te­ra­peutycznych zaj­mujących się szko­le­niem swo­ich członków i nad­zo­rem nad nimi.

Po­nad­to pry­wat­na prak­ty­ka po­zwa­la na pro­wa­dze­nie in­ten­syw­nej i długo­let­niej pra­cy, stwa­rzając tym sa­mym okazję do rze­tel­ne­go po­zna­nia i prze­pra­co­wa­nia pro­blemów pa­cjentów. Siła te­ra­pii psy­cho­ana­li­tycz­nych tkwi właśnie w in­ten­syw­nej, cier­pli­wej, wni­kli­wej, sys­te­ma­tycz­nej i długiej pra­cy. Rozwój psy­cho­ana­li­zy ma­ni­fe­stu­je się nie tyl­ko we wzroście licz­by pro­wa­dzo­nych te­ra­pii ana­li­tycz­nych, ale również w bo­ga­tym życiu na­uko­wym, licz­bie do­nie­sień kli­nicz­nych, spo­tkań z udziałem psy­cho­ana­li­tyków, spe­cja­li­stycz­nych kon­fe­ren­cji i działalności wy­daw­ni­czej. Ta ostat­nia ma ka­pi­tal­ne zna­cze­nie zarówno dla po­pu­la­ry­zo­wa­nia psy­cho­ana­li­zy, jak i dla roz­wo­ju kwa­li­fi­ka­cji oraz in­te­gra­cji śro­do­wi­ska pro­fe­sjo­nal­ne­go.

Obec­nie psy­cho­ana­li­za w Pol­sce nie jest już tyl­ko dzie­dziną psy­cho­te­ra­pii, ale stała się fak­tem społecz­nym i kul­tu­ro­wym. Wy­ko­rzy­stu­je się ją do wyjaśnia­nia twórczości li­te­rac­kiej i ar­ty­stycz­nej. Psy­cho­ana­li­za in­try­gu­je i wzbu­dza wie­le pytań do­tyczących jej pod­staw na­uko­wych, efek­tyw­ności, trud­ności na­po­ty­ka­nych w trak­cie postępo­wa­nia te­ra­peu­tycz­ne­go, czy też wyjaśnień, ja­kie dzięki niej można uzy­skać.

Po­szczególne roz­działy ni­niej­szej książki mogą być trak­to­wa­ne jako próba od­po­wie­dzi na niektóre dy­le­ma­ty związane z tożsamością psy­cho­ana­li­zy. Po­nad­to w każdym z nich zna­lazło się miej­sce na roz­pa­trze­nie kon­kret­ne­go przy­pad­ku kli­nicz­ne­go.

Roz­ważania do­tyczące usy­tu­owa­nia i spe­cy­fi­ki psy­cho­ana­li­zy są szczególnie moc­no za­ry­so­wa­ne w pierw­szych trzech roz­działach książki. W roz­dziale czwar­tym i piątym sta­ram się opi­sać, jak różne ce­chy psy­cho­lo­gii pa­cjen­ta wpływają na kształto­wa­nie się kon­tak­tu te­ra­peu­tycz­ne­go, po­wo­dując albo sta­gnację, albo postęp w pro­ce­sie ana­li­tycz­nym. W roz­dziale szóstym opi­suję wpływ im­pulsów i fan­ta­zji de­struk­cyj­nych na ma­rze­nia sen­ne oraz trud­ności w wy­ko­rzy­sty­wa­niu tego typu snów w pra­cy ana­li­tycz­nej. Roz­dział siódmy włączyłem do tej książki z pew­nym wa­ha­niem, po­nie­waż do­tyczy on mo­jej pra­cy pro­wa­dzo­nej wie­le lat temu, a od tego cza­su moje tech­ni­ki i za­pa­try­wa­nia warsz­ta­to­we uległy znacz­nej zmia­nie. Do­szedłem jed­nak do wnio­sku, iż pro­blem ano­rek­sji u mężczyzn jest rzad­ko opi­sy­wa­ny, w związku z czym za­uważyłem, że moje spo­strzeżenia lu­bjyczące tych za­gad­nień przy­ciągają uwagę, więc osta­tecz­nie uznałem, iż war­to je opu­bli­ko­wać.

W roz­działach ósmym i dzie­siątym po­ru­szam uni­wer­sal­ne pro­ble­my związane z roz­wo­jem funk­cji opie­kuńczych i ze świa­do­mością prze­mi­ja­nia, pod­pie­rając się ma­te­riałem kli­nicz­nym oraz in­spi­ra­cja­mi płynącymi z li­te­ra­tu­ry i fil­mu. W roz­dziale dzie­wiątym zaś opi­suję me­cha­nizm two­rze­nia się prze­strze­ni psy­chicz­nej na­zy­wa­nej uto­pią, która sta­no­wi wy­raz dążeń in­te­gra­cyj­nych apa­ra­tu psy­chicz­ne­go wywołanych przez wyjątko­wo trau­ma­tycz­ne doświad­cze­nia.

Poza drob­ny­mi wyjątka­mi ni­niej­sza książka jest zbio­rem mo­ich wykładów wygłasza­nych na prze­strze­ni ostat­nich lat. Spe­cjal­ne po­dzięko­wa­nia kie­ruję do Gdańskie­go Wy­daw­nic­twa Psy­cho­lo­gicz­ne­go za in­spi­rację wy­daw­niczą, a Pani Ka­ro­li­nie Bączek dziękuję za po­moc w re­dak­cji tekstów. Dziękuję również Ewie, mo­jej żonie, za jej traf­ne uwa­gi do­tyczące wszyst­kich wer­sji ro­bo­czych i bez­cen­ne wspar­cie. Pragnę też po­dziękować koleżan­kom i ko­le­gom z trójmiejskie­go śro­do­wi­ska psy­cho­ana­li­tycz­ne­go, a także z Po­zna­nia i Kra­ko­wa, za in­spi­rującą współpracę.

Woj­ciech Hańbow­ski

War­sza­wa, gru­dzień 2012

ROZ­DZIAŁ 1Bez­piecz­na me­to­da

Tytuł tego roz­działu sta­no­wi aluzję do tytułu dość głośnego fil­mu Nie­bez­piecz­na me­to­da z 2011 roku, opar­te­go na wy­da­rze­niach, które miały miej­sce w początkach psy­cho­ana­li­zy. Film nie tyl­ko nawiązuje do wy­padków, które za­początko­wały rozłam pomiędzy Zyg­mun­tem Freu­dem a Car­lem Gu­sta­vem Jun­giem, ale oscy­lu­je również wokół pytań sta­wia­nych psy­cho­ana­li­zie do dziś. Py­ta­nia te do­tyczą tego, czy in­ten­syw­ny kon­takt pomiędzy leczącym a pa­cjen­tem nie wy­zwa­la de­monów, które – nie­opa­no­wa­ne – mogą do­pro­wa­dzić do de­struk­cyj­nych działań ze stro­ny lu­dzi za­an­gażowa­nych w pro­ces te­ra­peu­tycz­ny. W in­nej po­sta­ci owe py­ta­nia, sta­wia­ne najczęściej przez kry­tyków psy­cho­ana­li­zy, do­tyczą tak zwa­nych na­uko­wych pod­staw tej me­to­dy. Po­brzmie­wa w nich wątpli­wość, czy pro­ces psy­cho­ana­li­tycz­ny jest do­sta­tecz­nie kon­tro­lo­wa­ny przez stałe reguły i założenia na­uko­we. Właśnie temu za­gad­nie­niu chciałbym poświęcić nie­co więcej uwa­gi, mając na­dzieję na zi­den­ty­fi­ko­wa­nie przy­najm­niej niektórych przy­czyn uprosz­czo­nych opi­nii wyrażanych wo­bec te­ra­pii opar­tych na założeniach psy­cho­ana­li­tycz­nych.

Początek psy­cho­ana­li­zy cha­rak­te­ry­zu­je się zarówno znaczącymi od­kry­cia­mi, jak i do­tkli­wy­mi porażkami oraz ko­micz­ny­mi nie­kie­dy zda­rze­nia­mi. W 1902 roku z ini­cja­ty­wy Wil­hel­ma Ste­ke­la odbyło się pierw­sze psy­cho­ana­li­tycz­ne ze­bra­nie na­uko­we. Pod­czas śro­do­wych spo­tkań1 w domu Zyg­mun­ta Freu­da re­gu­lar­nie dys­ku­to­wa­no naj­roz­ma­it­sze pro­ble­my kli­nicz­ne i teo­re­tycz­ne (Gay, 2003). Pierw­szy­mi uczest­ni­ka­mi tych ze­brań – oprócz Ste­ke­la i Freu­da – byli między in­ny­mi: Max Ka­ha­ne, Ru­dolf Re­itler, księgarz Hel­ler, so­cja­li­sta i psy­chia­tra Al­fred Ad­ler, me­cha­nik Otto Rank, praw­nik Vik­tor Tausk oraz ad­wo­kat Hans Sachs. Po­tem do tego gro­na dołączy­li Paul Fe­dern i San­dor Fe­ren­czi. Bywał tam również oj­ciec małego Han­sa Max Graf. Te­ma­ty wystąpień były różne. Cza­sa­mi Freud dzie­lił się z uczest­ni­ka­mi swo­imi naj­now­szy­mi od­kry­cia­mi, in­nym ra­zem zaś wygłasza­no re­fe­ra­ty, których treść nie­jed­no­krot­nie była za­ska­kująca. Na przykład der­ma­to­log i we­ne­ro­log Mak­sy­mi­lian Ste­iner opi­sy­wał za­ob­ser­wo­wa­ne u sie­bie ob­ja­wy psy­cho­so­ma­tycz­ne występujące w okre­sie abs­ty­nen­cji sek­su­al­nej, które ustąpiły po ro­man­sie, jaki miał z żoną przy­ja­cie­la im­po­ten­ta. Z ko­lei dr Ru­dolf von Urbant­schitsch, dy­rek­tor jed­ne­go z sa­na­to­riów, wygłosił re­fe­rat pod tytułem Rozwój sek­su­al­ny do za­war­cia małżeństwa opar­ty na własnym pamiętni­ku, w którym opi­sa­na zo­stała ma­stur­ba­cja i to­wa­rzyszące jej fan­ta­zje sa­dy­stycz­ne. Freud w swo­im ko­men­ta­rzu po­dziękował von Urbant­schit­scho­wi za po­da­ro­wa­nie gru­pie cen­ne­go pre­zen­tu. Nie­zwykłe, a z dzi­siej­sze­go punk­tu wi­dze­nia wręcz za­baw­ne, były również stan­dar­dy szko­le­nia. Na przykład Ka­zi­mierz Dąbrow­ski, zna­ny w Pol­sce twórca teo­rii dez­in­te­gra­cji po­zy­tyw­nej, otrzy­mał od Wil­hel­ma Ste­ke­la w 1934 roku, a więc w cza­sach, kie­dy szko­le­nie psy­cho­ana­li­tycz­ne było już do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ne, „cer­ty­fi­kat zaświad­czający o jego zna­ko­mi­tej for­mie psy­chicz­nej i o tym, że nie musi prze­cho­dzić własnej ana­li­zy, aby pro­wa­dzić ku­ra­cje psy­cho­ana­li­tycz­ne pa­cjentów” (Wa­lew­ska, 2008, s. 241).

W oma­wia­nych cza­sach psy­cho­ana­lizę trak­to­wa­no jak obiek­tywną me­todę, którą można sto­so­wać w każdych wa­run­kach i wo­bec każdego, tak jak le­kar­stwo lub wi­ta­mi­ny, które – działając swo­im składem che­micz­nym – mogą być do­wol­nie apli­ko­wa­ne po­trze­bującym. Z tego względu Freud ana­li­zo­wał swoją córkę Annę, a Fe­ren­czi – Elmę, córkę swo­jej part­ner­ki Gi­zel­li Pa­los. W trak­cie tej ana­li­zy Fe­ren­czi za­ko­chał się w swo­jej pa­cjent­ce i prze­rwał le­cze­nie, wysyłając Elmę do Wied­nia na te­ra­pię u Freu­da. Po pew­nym cza­sie Freud orzekł, że Elma roz­winęła nar­cyzm w stop­niu unie­możli­wiającym psy­cho­ana­lizę i zakończył pracę z nią. Pa­cjent­ka wróciła więc do Bu­da­pesz­tu, gdzie po pew­nym cza­sie kon­ty­nu­owała ana­lizę z Fe­ren­czim, który w tym okre­sie poślubił jej matkę.

Z ko­lei pa­cjent­ka Jun­ga Sa­bi­na Spiel­re­in w trak­cie ana­li­zy roz­winęła wo­bec nie­go bar­dzo sil­ne uczu­cia, które nie zo­stały od­po­wied­nio roz­po­zna­ne przez ana­li­ty­ka. Jung miał z ko­bietą ro­mans, który początko­wo ukry­wał, kłamiąc pod­czas kon­sul­ta­cji z Freu­dem i prze­ina­czając re­la­cje z prze­bie­gu te­ra­pii. Hi­sto­ry­cy psychoana­li­zy wska­zują na wie­le mo­tywów stop­nio­we­go roz­cho­dze­nia się dróg Freu­da i Jun­ga, bar­dzo zna­mien­na jest tu­taj również wy­mo­wa dat. Jesz­cze w 1910 roku Freud w swo­im płomien­nym wystąpie­niu nakłonił śro­do­wi­sko wie­deńskie do wy­bra­nia Jun­ga Pre­zy­den­tem Między­na­ro­do­we­go To­wa­rzy­stwa Psy­cho­ana­li­tycz­ne­go, a już w roku 1914 bez żalu przyjął jego re­zy­gnację. Freud i większa część śro­do­wi­ska psy­cho­ana­li­tycz­ne­go byli zrażeni przywłasz­cza­niem so­bie przez Jun­ga od­kryć Freu­da i ich prze­ina­cza­niem. Ten ostat­ni zaczął moc­no powątpie­wać w rze­tel­ność Jun­ga po wi­zy­cie Sa­bi­ny Spiel­re­in (Hay­nal, 2002), a to prze­cież Freud de­fi­nio­wał psy­cho­ana­lizę jako dzie­dzinę wy­ma­gającą od­wa­gi do mówie­nia praw­dy.

Przez pierw­sze trzy­dzie­sto­le­cie ubiegłego wie­ku psy­cho­ana­li­tycz­ny Wie­deń przy­ciągał wie­lu le­ka­rzy i pa­cjentów z całego świa­ta, w tym również Po­laków. Naj­bar­dziej zna­ne po­sta­ci z okre­su dwu­dzie­sto­le­cia między­wo­jen­ne­go to wy­kształceni w Wied­niu Gu­staw By­chow­ski, Lu­dwik Je­kels i Sa­lo­mea Kemp­nerówna, a także uro­dzo­ne w Kra­ko­wie sio­stry Ber­ta i Ste­fa­nie Born­ste­in. Ste­fa­nie, która po ślu­bie przyjęła na­zwi­sko Win­dhol­zo­va, była pio­nie­rem psy­cho­ana­li­zy w Cze­chach. Po­nad­to w Kra­ko­wie stu­dio­wała po­chodząca z No­we­go Sącza żona Ot­to­na Ran­ka – Be­ata. W su­mie około dwu­dzie­stu pięciu psy­cho­ana­li­tyków wy­kształco­nych przed II wojną świa­tową w Wied­niu miało pol­skie ko­rze­nie, między in­ny­mi: Her­man Nun­berg, He­le­ne Deutsch, Max Schur, Wil­helm Re­ich i Eu­ge­nie So­kol­nic­ka. Spośród psy­cho­ana­li­tyków uro­dzo­nych w Pol­sce, a wy­kształco­nych już po woj­nie, naj­bar­dziej zna­ny­mi byli (lub jesz­cze są): Han­na Se­gal, Es­ther Bick, Ruth Rie­sen-berg – Mal­colm oraz Ema­nu­el Ber­man. Także zna­ny bry­tyj­ski psy­cho­ana­li­tyk Vic­tor Se­dlak jest Po­lakiem uro­dzo­nym w An­glii.

Jed­nak mimo tego, że w okre­sie między­wo­jen­nym na te­re­nie Pol­ski prze­by­wało co naj­mniej kil­ku psy­cho­ana­li­tyków, to nie udało się w tym cza­sie założyć w kra­ju żad­nej or­ga­ni­za­cji psy­cho­ana­li­tycz­nej ani roz­począć re­gu­lar­ne­go szko­le­nia. Han­na Se­gal, szu­kając w War­sza­wie możliwości szko­le­nia psy­cho­ana­li­tycz­ne­go, roz­ma­wiała z By­chow­skim, który za­su­ge­ro­wał jej wy­jazd do Wied­nia. Z pew­nością po­wo­dy bra­ku to­wa­rzy­stwa psy­cho­ana­li­tycz­ne­go w tam­tych cza­sach były bar­dzo złożone. Zda­je się, że pod­sta­wo­wym była kru­cha jesz­cze państwo­wość i większe przy­wiąza­nie pol­skich psy­cho­ana­li­tyków do gru­py wie­deńskiej niż chęć po­szu­ki­wa­nia tożsamości z or­ga­ni­zacją na te­re­nie Pol­ski.

Można za­ry­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że po­mi­mo znisz­czeń wo­jen­nych i ruchów emi­gra­cyj­nych myśl psy­cho­ana­li­tycz­na – pa­ra­dok­sal­nie – prze­trwała w wie­lu kon­cep­cjach pol­skiej psy­chia­trii. Jej wiel­ki fi­lar – pro­fe­sor Ta­de­usz Bi­li­kie­wicz – po­dob­no prze­cho­dził własną psy­cho­ana­lizę pod­czas stu­diów w Zu­ry­chu, po­tem prak­ty­ko­wał w Pol­sce, a tytuł jego pra­cy ha­bi­li­ta­cyj­nej brzmi Psy­cho­lo­gia ma­rze­nia sen­ne­go.

W połowie lat sie­dem­dzie­siątych XX wie­ku trzech psy­chiatrów: Jan Ma­lew­ski, Mi­chał Łapiński i Zbi­gniew So­ko­lik oraz żona tego ostat­nie­go, psy­cho­log Ma­ria Szo­stak-So­ko­lik, przeszło szko­le­nia za gra­nicą – Ma­lew­ski w Bu­da­pesz­cie, a po­zo­sta­li w Pra­dze. Jed­nak bu­do­wa­nie or­ga­ni­za­cji psy­cho­ana­li­tycz­nej w Pol­sce trwało bar­dzo długo. Dwaj li­de­rzy – Ma­lew­ski i Łapiński – wy­emi­gro­wa­li, a okres sta­nu wo­jen­ne­go wzbu­dzał wątpli­wości przed­sta­wi­cie­li między­na­ro­do­wych or­ga­ni­za­cji psy­cho­ana­li­tycz­nych co do możliwości roz­wo­ju psy­cho­ana­li­zy w Pol­sce.

Jesz­cze pod ko­niec lat sie­dem­dzie­siątych XX wie­ku w domu dok­to­ra So­ko­li­ka roz­poczęły się re­gu­lar­ne spo­tka­nia gru­py, która nie­co później dała początek Pol­skie­mu To­wa­rzy­stwu Roz­wo­ju Psy­cho­ana­li­zy. W śro­do­wych ze­bra­niach tak zwa­nej gru­py So­ko­li­ka bra­li udział między in­ny­mi: Ali­cja i Ma­rek Bo­bow­scy, Czesław Dzie­ka­now­ski, Woj­ciech Hańbow­ski, Józef La­toch, Ma­rek Ma­rzański, Ire­na Paw­li­na, Ka­je­tan Za­krzew­ski i Ma­ri­na Za­lew­ska. Od­dziel­ne se­mi­na­rium pro­wa­dził dok­tor Łapiński.

Pod ko­niec lat osiem­dzie­siątych Elżbie­ta Bo­ho­mo­lec i Ka­ta­rzy­na Wa­lew­ska otrzy­mały sta­tus członka Między­na­ro­do­we­go To­wa­rzy­stwa Psy­cho­ana­li­tycz­ne­go (In­ter­na­tio­nal Psy­cho­ana­ly­ti­cal As­so­cia­tion, IPA) oraz pierw­sze po woj­nie cer­ty­fi­ka­ty upraw­niające do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du psy­cho­ana­li­ty­ka. Stop­nio­wo więcej osób zaczęło otrzy­my­wać człon­ko­stwo IPA, a w 1997 roku utwo­rzo­ne zo­stało Pol­skie To­wa­rzy­stwo Psy­cho­ana­li­tycz­ne, które dzi­siaj jest liczącą się w Eu­ro­pie or­ga­ni­zacją psy­cho­ana­li­tyczną. Kil­ka lat później po­wstało Pol­skie To­wa­rzy­stwo Psy­cho­te­ra­pii Psy­cho­ana­li­tycz­nej.

In­sty­tu­cjo­nal­ne uwa­run­ko­wa­nia psy­cho­te­ra­pii w Pol­sce oraz ich kon­se­kwen­cje dla jej tożsamości i po­zy­cji psy­cho­ana­li­zy

Do­pie­ro od mniej więcej dwu­dzie­stu lat psy­cho­te­ra­pia roz­wi­ja się w Pol­sce w sposób wyraźnie wy­odrębnio­ny, w ra­mach sto­wa­rzy­szeń, które tworzą względnie jed­no­li­te śro­do­wi­sko. Do nie­daw­na psy­cho­te­ra­pia i psy­cho­te­ra­peu­ci funk­cjo­no­wa­li przede wszyst­kim jako część me­dycz­ne­go sys­te­mu opie­ki zdro­wot­nej. Szko­le­nie psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne obo­wiązko­wo pod­le­gało me­dycz­nym kry­te­riom za­wo­do­wym lub było ska­za­ne na mar­gi­na­li­zację. Kli­nicz­na co­dzien­ność sy­tu­owała psy­cho­te­ra­peutów w in­ter­dy­scy­pli­nar­nych ze­społach, które określały pro­ble­my dia­gno­stycz­ne i te­ra­peu­tycz­ne wspólnym języ­kiem.

Przykładem właści­we­go postępo­wa­nia me­dycz­ne­go jest umiejętne zdia­gno­zo­wa­nie ob­jawów i za­sto­so­wa­nie działania, które do­pro­wa­dzi do ich wy­eli­mi­no­wa­nia. Jed­nakże to postępo­wa­nie prze­nie­sio­ne na grunt psy­cho­te­ra­pii gro­zi ry­zy­kiem po­mi­nięcia złożonej psy­cho­lo­gii, której re­zul­ta­tem mogą być me­cha­ni­zmy dez­adap­ta­cyj­ne i psy­cho­pa­to­lo­gicz­ne wywołujące określone ob­jawy.

Her­bert Ro­sen­feld (1952) opi­sał psy­cho­ana­lizę pa­cjen­ta z roz­po­zna­niem schi­zo­fre­nii, który był le­czo­ny przez wie­le lat za po­mocą naj­roz­ma­it­szych me­tod. Za­uważono, że w ostrej psy­cho­zie znacząca po­pra­wa wie­lo­krot­nie następowała po za­sto­so­wa­niu elek­trowstrząsów. Ro­sen­feld wy­krył, że pa­cjent trak­to­wał niektóre ze swo­ich agre­syw­nych za­cho­wań lub fan­ta­zji jako wyjątko­wo niszczące działania. Uważał, że musi za nie od­po­ku­to­wać karą śmier­ci. Elek­trowstrząsy trak­to­wał więc jako za­da­wa­nie śmier­ci, i za­wsze przy­no­siły mu one ulgę. W tej sy­tu­acji trud­no jed­no­znacz­nie roz­strzygnąć, co było pod­sta­wo­wym czyn­ni­kiem te­ra­peu­tycz­nym – zmia­ny fi­zjo­lo­gicz­ne wywołane pod­rażnie­niem elek­trycz­nym czy gra­ty­fi­ka­cja fan­ta­zji po­ku­ty.

Ścisła współpra­ca psy­cho­lo­gii i psy­cho­te­ra­pii ze śro­do­wi­skiem me­dycz­nym, często wręcz pod jego kie­run­kiem, oraz ko­niecz­ność for­mułowa­nia celów i opi­su działań w języku zgod­nym z me­dy­cyną na­rzu­ciły psy­cho­te­ra­pii prio­ry­tet pa­ra­dyg­ma­tu nauk przy­rod­ni­czych, któremu pod­porządko­wa­nych zo­stało wie­le kry­te­riów i war­tości nauk społecz­nych i hu­ma­ni­stycz­nych. Na przykład postępo­wa­nie opie­rające się na tak zwa­nej ob­ser­wa­cji uczest­niczącej, gdzie ob­ser­wo­wa­ny obiekt jest opi­sy­wa­ny za po­mocą hi­po­tez opar­tych na własnych od­czu­ciach pod­mio­tu, nie może spełnić wie­lu kry­te­riów mie­rzal­ności i po­wta­rzal­ności, przez co nie może uzy­skać ran­gi ob­ser­wa­cji na­uko­wej, cho­ciaż sta­no­wi cen­ne źródło praw­dzi­wych in­for­ma­cji o psy­cho­lo­gii ba­da­ne­go.

Psy­cho­lo­gia na­uki

Od­noszę wrażenie, że z po­wo­du pod­porządko­wa­nia psy­cho­lo­gii i psy­cho­te­ra­pii in­nym na­ukom, które trak­tu­je się jako zespół reguł we­ry­fi­kujących psy­cho­te­ra­pię, doszło do upośle­dze­nia roz­wo­ju psy­cho­lo­gii na­uki. Prze­cież na­wet naj­bar­dziej uni­wer­sal­ne pra­wa nauk przy­rod­ni­czych są for­mułowa­ne przez lu­dzi, nie są więc wyłącznie obiek­tyw­nym opi­sem rze­czy­wi­stości, ale również po­chodną ludz­kiej psy­cho­lo­gii.

Przykładem ludz­kie­go dążenia do po­sia­da­nia wszech­moc­nych narzędzi mających chro­nić przed nie­pew­nością mogą być niektóre poglądy Kar­la R. Pop­pe­ra lub sposób ich wy­ko­rzy­sta­nia przez wie­lu ba­da­czy. Pop­per uważał, że na­uko­we są tyl­ko te twier­dze­nia, które są wy­po­sażone w reguły fal­sy­fi­ko­wal­ności. Trze­ba jed­nak od razu dodać, że twier­dze­niom nie­nau­ko­wym (w tym ro­zu­mie­niu) nie od­ma­wiał wa­lorów słuszności i pożytku.

Zgod­nie z tym poglądem twier­dze­nie: „Pla­ne­ty są ciałami, które po­ru­szają się po li­nii elip­tycz­nej” jest twier­dze­niem na­uko­wym, po­nie­waż im­pli­ci­te jest w nie wpi­sa­na reguła fal­sy­fi­ko­wal­ności. Za­tem ciało, które nie po­ru­sza się po li­nii elip­tycz­nej, nie jest pla­netą. Czy jed­nak w prak­ty­ce od­kry­cie ciała pla­neto-idal­ne­go niepo­ru­szającego się po li­nii elip­tycz­nej skłoni na­ukow­ca do po­rzu­ce­nia tej teo­rii? Ten pro­sty przykład nie­prze­strze­ga­nia reguły Pop­pe­ra jest po­wszech­nie spo­ty­ka­ny, co pro­wa­dzi do po­sta­wie­nia py­ta­nia o to, czy wia­ra w ist­nie­nie pew­nych, obiek­tyw­nych pod­staw na­sze­go postępo­wa­nia nie jest formą ilu­zji, która zmie­rza do re­duk­cji lęku przed nie­pew­nością, re­la­ty­wi­zmem i uczu­ciem bez­rad­ności?

Freud (2001/2009), przed­sta­wiając kon­cepcję fe­ty­szy­zmu, wska­zy­wał na istot­ne zna­cze­nie lęku ka­stra­cyj­ne­go dla for­mo­wa­nia się eks­cy­ta­cji fe­ty­szem. Do­wo­dził, że trau­ma związana z roz­po­zna­niem bytów bez pe­ni­sa jest łago­dzo­na ob­co­wa­niem z obiek­tem zastępczym. Brak pe­ni­sa jest do­strze­ga­ny, ale nie wzbu­dza lęku, gdyż cały apa­rat psy­chicz­ny jest w sta­nie eks­cy­ta­cji związa­nej z istot­niej­szym in­nym obiek­tem.

Na grun­cie tej kon­cep­cji fe­ty­szy­za­cja w na­uce może być ro­zu­mia­na jako uni­ka­nie doświad­cza­nia gra­nic w po­zna­wa­niu lub świa­do­mości złożonej na­tu­ry tego, co jest po­zna­wa­ne, na rzecz fa­scy­na­cji i eks­cy­ta­cji poglądem, który upew­nia, że po­sia­da­my narzędzie do­sko­nałe, mierzące, co trze­ba, a rze­czy nie­mie­rzal­ne są by­ta­mi wątpli­wy­mi.

Me­la­nie Kle­in (2007), opi­sując rozwój w po­strze­ga­niu, który po­le­ga na ru­chu od wi­dze­nia obiektów częścio­wych do całościo­wych, na­zwała ów pro­ces przejściem od po­zy­cji schi-zo­idal­no pa­ra­no­idal­nej do po­zy­cji de­pre­syj­nej. Po­ka­zała też, jak pierw­sze doświad­cze­nia w spo­strze­ga­niu odrębności uko­cha­nych obiektów budzą lęk i uczu­cie utra­ty. Po­nad­to wska­zała, jak do­strzeżenie tego, że obiekt jest zewnętrzny, rządzi się nie­za­leżnym życiem i pod­le­ga własnym, skom­pli­ko­wa­nym regułom – go­dzi w omni­po­tencję pod­mio­tu, który może się wy­co­fać do po­zy­cji schizo­idal­no-pa­ra­no­idal­nej dającej doświad­cze­nie całko­wi­tej kon­tro­li nad obiek­tem te­raz przeżywa­nym jako część self.

Z po­dob­nym me­cha­ni­zmem można się spo­tkać w postępo­wa­niu ba­daw­czym. Jeśli ba­da­na rze­czy­wi­stość roz­cza­ro­wu­je swoją nie­jed­no­litą, nie­uchwytną w pre­cy­zyj­nych ka­no­nach na­turą, to może po­wstać ten­den­cja do ta­kie­go spo­so­bu pa­trze­nia na ba­da­ny obiekt, aby był on pre­cy­zyj­nie określony. W ta­kiej sy­tu­acji ba­da­ny obiekt jest bar­dziej dostępny, po­nie­waż jego na­tura zo­stała znie­kształcona przez per­spek­tywę ba­da­cza.

Kłopo­ty z post­mo­der­ni­zmem

Post­mo­der­nizm, czy­li po­st­no­wo­cze­sność, po­wstał jako nurt kon­te­sta­cji mo­der­ni­zmu – no­wo­cze­sności ro­zu­mia­nej jako fa­scy­na­cja glo­bal­ny­mi za­sa­da­mi pre­ten­dującymi do ran­gi praw obiek­tyw­nych. Poglądy i ma­nie­ry postmo­der­ni­zmu, początko­wo po­ja­wiające się w sztu­ce, li­te­ra­tu­rze i kry­ty­ce, prze­do­stały się do na­uki, gdzie przy­brały po­stać sprze­ci­wu wo­bec no­wo­cze­sności ro­zu­mia­nej jako dążenie do wy­po­sażenia wszyst­kich dys­cy­plin w jed­no­li­te kry­te­ria we­ry­fi­ka­cji założeń na­uko­wych. Post­mo­der­nizm za­pro­po­no­wał wpro­wa­dze­nie re­la­ty­wi­zmu, który może być ro­zu­mia­ny jako przy­zna­nie każdej dys­cy­plinie na­uko­wej odrębnych kry­te­riów we­ry­fi­ko­wa­nia swo­ich założeń.

Nie­ste­ty, ten sam re­la­ty­wizm może w skraj­nych przy­pad­kach pro­wa­dzić do so­lip­sy­zmu, który uza­sad­nia każdy punkt wi­dze­nia i każdy ob­raz rze­czy­wi­stości two­rzo­ny przez narzędzie opi­sujące tę rze­czy­wi­stość. Da­vid Bell, ostrze­gając przed nad­mierną fa­scy­nacją post­mo­der­ni­stycz­nym re­la­ty­wizmem, daje przykład ana­li­tycz­ne­go pa­cjen­ta, który wrócił wcześniej z podróży i za­stał żonę z nie­zna­jo­mym mężczyzną. Po drob­nej awan­tu­rze zaczął so­bie wy­rzu­cać brak tak­tu i ana­li­zując cały in­cy­dent, do­szedł do wnio­sku, że zno­wu ode­zwały się jego dzie­cięca za­zdrość i nie­prze­pra­co­wa­na ry­wa­li­za­cja z oj­cem, która kazała mu in­ter­pre­to­wać za­ist­niałą sy­tu­ację od razu w ka­te­go­riach zdra­dy.

Je­den z mo­ich pa­cjentów roz­począł ana­lizę tuż po tym, jak jego małżeństwo omal się nie roz­padło z po­wo­du ro­man­su, w który mężczy­zna wdał się po­mi­mo tego, że au­ten­tycz­nie ko­chał swoją żonę. Kry­zys zo­stał prze­zwy­ciężony, ale do­rosły syn nie mógł wy­ba­czyć ojcu zdra­dy i ze­rwał z nim kon­takt, jed­no­cześnie wy­po­mi­nając mu przy każdej oka­zji, że przez swój postępek całko­wi­cie po­zba­wił się au­to­ry­te­tu. Pa­cjent wy­ko­nał wraz z żoną wie­le kroków na­praw­czych, dzięki cze­mu sta­ry ro­mans nie byłby już do­kucz­li­wy, gdy­by nie re­gu­lar­ne odświeżanie go przez syna, którego nieświa­do­mie i milcząco wspie­rała mat­ka (przy­najm­niej na to wyglądało). Sam ro­mans również był dokład­nie ana­lizowany, więc pa­cjent mógł zro­zu­mieć, że zarówno kon­takt z młodą ko­bietą, jak i fi­lo­zo­fia, która mu tę więź ułatwiła, przy­no­siły eks­cy­tację działającą jak an­ty­de­pre­sant. Mężczy­zna zro­zu­miał też, że ta sama eks­cy­tacja po­zba­wiła go jed­nak uczu­cia god­ności i lo­jal­ności, w kon­se­kwen­cji na­si­liła de­presję, a w do­dat­ku wywołała ro­dzin­ny kry­zys. Po­czu­cie winy, które ogarnęło pa­cjenta, osłabiło wszel­ki kry­ty­cyzm jego myśle­nia iw re­zul­ta­cie nie był w sta­nie do­strzec prze­sa­dy w tym, jak od­no­sił się do nie­go syn. W swo­jej opi­nii uczy­nił tak wie­le zła, że nie pozo­stawało mu nic in­ne­go, jak tyl­ko cze­kać na przełom w uczu­ciach syna. Nie był w sta­nie zwrócić uwa­gi ani jemu, ani żonie, że od pew­ne­go cza­su jest właści­wie tor­tu­ro­wa­ny przez syna, który dzięki temu zy­sku­je po­czu­cie mo­ral­nej wyższości nad oj­cem.

Przy­toczę też inny przykład – z hi­sto­rii oku­li­sty­ki, który jest po­moc­ny, po­nie­waż ilu­stru­je znie­kształce­nia su­biek­ty­wi­zmu po­chodzącego z gra­ni­cy ob­sza­ru psy­cho­lo­gii i fi­zjo­lo­gii. Władysław H. Me­la­now­ski (1972) przy­wołuje spo­strzeżenia fran­cu­skie­go oku­li­sty Je­ana Ja­ni­na, który w 1772 roku w książce o cho­ro­bach oczu opi­sał przy­pa­dek zaćmy. Me­la­now­ski pi­sze:

Przede wszyst­kim au­tor zaczął od stwier­dze­nia, że 22-let­nia pa­cjent­ka, widząc od uro­dze­nia tyl­ko światło, nie zda­wała so­bie spra­wy ze swe­go ka­lec­twa i wca­le nie pragnęła ope­ra­cji, gdyż jak po­wie­dział New­ton „nie można być nieszczęśli­wym z po­wo­du bra­ku dóbr, o których w ogóle nie ma się pojęcia”.

W 15 dni po uda­nej obu­ocz­nie do­ko­na­nej ope­ra­cji po­ka­za­no cho­rej za­pa­loną świecę. Wywołało to wiel­kie jej prze­rażenie i zaciśnięcie skur­czo­we po­wiek. Do­pie­ro gdy pa­cjent­ka nie­co się uspo­koiła, po­no­wio­no próbę i prze­ko­na­no się, że cho­ciaż za­chwy­cił ją wi­dok światła, to jed­nak sa­me­go przed­mio­tu nie roz­po­znała. Prze­ko­na­no się też, że roz­po­znawanie przez nią barw, a szczególnie barw mie­sza­nych, przed­sta­wia wie­le do życze­nia. Mu­siała ona uczyć się każdej na­zwy bar­wy i każdego szczegółu przed­mio­tu. Po­moc­ny w tej na­uce był do­tyk, który po­zwa­lał jej spro­sto­wy­wać wrażenia do­star­cza­ne przez nowy dla niej zmysł wzro­ku, ale często tego, co uprzed­nio po­zna­wała do­tykiem, nie była w sta­nie roz­po­znać wzro­kiem. Jeśli cho­dzi o bar­wy, ani do­tyk, ani uprzed­nie doświad­cze­nie oczy­wiście nic jej nie dawały. W ogóle zmysł wzro­ku przy­niósł jej tyl­ko nowe wrażenia barw­nych ob­razów, których in­ter­pre­ta­cji mu­siała się do­pie­ro uczyć” (Me­la­now­ski, 1972, s. 147-148).

Mam wrażenie, że te bar­dzo krótkie – dla jed­nych być może za­baw­ne, a dla in­nych dra­ma­tycz­ne – przykłady do­brze ilu­strują nie­bez­pie­czeństwo to­tal­ne­go re­la­ty­wi­zmu, według którego każdy su­biek­tyw­ny punkt wi­dze­nia może być upraw­nio­ny.