Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Tove Jansson. Mama muminków ebook

Boel Westin

4.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 677 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tove Jansson. Mama muminków - Boel Westin

Dzięki biografii Boel Westin możemy tropić ścieżkę spełnionego życia pisarki, która posiadła sekret literackiego „esperanto” - języka zrozumiałego dla wszystkich dzieci... I wszystkich trolli.

Opinie o ebooku Tove Jansson. Mama muminków - Boel Westin

Cytaty z ebooka Tove Jansson. Mama muminków - Boel Westin

Kie­dy sier­pień do­bie­ga koń­ca, Włó­czy­kij od­cho­dzi na po­łu­dnie, a po wiel­kim fe­sty­nie do Do­li­ny wkra­cza chłod­na je­sień. „Bo in­a­czej jak­że­by mo­gła zno­wu przyjść wio­sna?”

Fragment ebooka Tove Jansson. Mama muminków - Boel Westin

© Boel We­stin 2007

First pu­bli­shed by Al­bert Bon­niers För­lag, Stoc­kholm, Swe­den

© For the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy by ar­ran­ge­ment with Bon­nier Gro­up Agen­cy, Stoc­kholm, Swe­den

Co­py­ri­ght© for the trans­la­tion by Bo­gu­mi­ła Ra­taj­czak

Co­py­ri­ght© for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

DLA TO­OTI

Tove przy biur­ku.

WSTĘP DO POLSKIEGO WYDANIA

Genial­ne książ­ki dla dzie­ci są ge­nial­ne nie bez po­wo­du. Stoi za nimi nie­zwy­kła siła oso­bo­wo­ści au­to­rów. Ta­lent, jaki zda­rza się raz na mi­lion – ta­jem­ni­czy splot oko­licz­no­ści, ro­dzin­ne­go ba­ga­żu, de­ter­mi­na­cji, mło­dzień­czych zra­nień, roz­cza­ro­wań i pa­sji.

Czyż­by ist­nia­ła – my­śli­my – ja­kaś ta­jem­na re­cep­ta na be­st­sel­ler, któ­ry swo­bod­nie prze­kra­cza gra­ni­ce? Ja­kaś se­kret­na in­gre­dien­cja, któ­ra czy­ni fa­bu­łę no­śną na wszel­kich krań­cach świa­ta?

Mu­min­ki pod­bi­ły ser­ca lu­dzi w każ­dym wie­ku, na wszyst­kich kon­ty­nen­tach. A za­tem – zga­du­je­my – se­kret kry­je się w bio­gra­fii? Może, wziąw­szy ży­cio­rys Tove pod lupę, znaj­dzie­my klu­czo­wy punkt – tę ma­gicz­ną chwi­lę, kie­dy mło­da ma­lar­ka z per­ka­tym no­sem prze­mie­ni­ła się w sław­ną na ca­łym świe­cie „Pa­nią od Mu­min­ków”? Cze­go trze­ba było, aby tra­fić w sed­no po­trzeb ma­łe­go czy­tel­ni­ka? Co wy­zwo­li­ło ukry­ty po­ten­cjał pi­sar­ki?… Trau­ma? Olśnie­nie? Mi­łość?…

Do tej pory czer­pa­li­śmy wie­dzę o Tove z okru­chów – z ga­ze­to­wych re­we­la­cji i nu­żą­co prze­wi­dy­wal­nych „szkol­nych” wy­pra­co­wań dzien­ni­kar­skich. Nie­któ­re de­ta­le ży­cio­ry­su pi­sar­ki zo­sta­ły wy­eks­plo­ato­wa­ne do cna, po­le­ro­wa­ne tak dłu­go, aż za­tra­ci­ły sens i kształt. I oto – hur­ra! – mamy gru­bą jak ce­gła, rze­tel­ną i dro­bia­zgo­wą bio­gra­fię, spo­rzą­dzo­ną na pod­sta­wie bez­cen­nej za­war­to­ści ogrom­ne­go ar­chi­wum do­mo­we­go, któ­rym po śmier­ci pi­sar­ki opie­ko­wa­ła się Tu­ulik­ki Pie­ti­lä – ży­cio­wa part­ner­ka Tove (no­ta­be­ne – pier­wo­wzór mu­min­ko­wej Too-tiki). Ten pa­pie­ro­wy skarb i wszyst­kie se­kre­ty po­wie­rzo­ne zo­sta­ły, po śmier­ci pi­sar­ki, pro­fe­sor Boel We­stin – za­ufa­nej przy­ja­ciół­ce domu, ce­nio­nej li­te­ra­tu­ro­znaw­czy­ni, któ­ra dok­to­ry­zo­wa­ła się na pod­sta­wie do­rob­ku li­te­rac­kie­go Tove Jans­son.

Pa­mięt­ni­ki pi­sar­ki, pro­wa­dzo­ne przez nie­mal całe ży­cie, ty­sią­ce li­stów, a na­wet za­pi­ski i no­tat­ki – wszyst­ko to po­słu­ży­ło au­tor­ce bio­gra­fii do spo­rzą­dze­nia „mapy” dłu­gie­go, bar­dzo pra­co­wi­te­go i twór­cze­go ży­cia Tove. Jest to za­pis rze­czo­wy – jak to mapa. Au­tor­ka uni­ka war­to­ścio­wa­nia, nad­in­ter­pre­ta­cji i zbyt po­chop­nych są­dów. Jest lo­jal­na wo­bec pi­sar­ki, któ­ra wła­sne dzie­ciń­stwo i at­mos­fe­rę domu za­war­ła w prze­two­rzo­nej li­te­rac­ko, su­biek­tyw­nej kre­acji – w książ­ce Cór­ka rzeź­bia­rza. Mamy za­tem dwa wia­ry­god­ne źró­dła wie­dzy o Tove: jed­no, pi­sa­ne „ze środ­ka” – emo­cjo­nal­ne, zmy­sło­we, oso­bi­ste… ale też roz­myśl­nie ubra­ne w ko­stium cu­dze­go losu, nie­aspi­ru­ją­ce do by­cia au­to­bio­gra­fią. I dru­gie – pi­sa­ne „na ze­wnątrz” – so­len­ne, zbu­do­wa­ne na ko­re­spon­den­cji i dzien­ni­kach – od­wo­łu­ją­ce się do fak­tów bar­dziej niż do uczuć. Ten roz­le­gły „por­tret ży­cia” sys­te­ma­ty­zu­je i ob­ja­śnia fe­no­men nie­zwy­kłej pi­sar­ki. Szki­cu­je tło – dla nas eg­zo­tycz­ne, bo od­le­głe kul­tu­ro­wo. Ro­dzi­na Jans­so­nów była prze­cież czę­ścią fiń­skiej bo­he­my – bar­dzo szcze­gól­nym kla­nem, spa­ja­nym ar­ty­stycz­ny­mi aspi­ra­cja­mi. Ale i po­dzie­lo­nym róż­ni­ca­mi świa­to­po­glą­do­wy­mi, któ­re sil­nie po­głę­bi­ły się pod­czas woj­ny. Boel We­stin od­sła­nia to, co w do­świad­cze­niu wy­bit­nej ar­tyst­ki, jaką była Tove, wspól­ne, ludz­kie, spryt­nie za­szy­fro­wa­ne w ba­śnio­wej me­ta­fo­rze, a co z jej ksią­żek uczy­ni­ło po­nadna­ro­do­wy, uni­wer­sal­ny ka­non li­te­rac­ki. Wa­ham się do­pi­sać „dla dzie­ci”, jako że za­le­ty tej li­te­ra­tu­ry są po­nad­ge­ne­ra­cyj­ne, ad­re­so­wa­ne tak­że do czy­tel­ni­ka do­ro­słe­go. Nie­słusz­nie re­du­ko­wa­na do roli „Mamy Mu­min­ków” Tove Jans­son była w isto­cie zna­ko­mi­tą pi­sar­ką dla każ­dej ge­ne­ra­cji, cze­go da­wa­ła do­wo­dy w swo­ich „do­ro­słych” książ­kach (na przy­kład Lato, Po­dróż z ma­łym ba­ga­żem).

Dzię­ki bio­gra­fii au­tor­stwa Boel We­stin mo­że­my tro­pić ścież­kę speł­nio­ne­go ży­cia pi­sar­ki, któ­ra po­sia­dła se­kret li­te­rac­kie­go „espe­ran­to” – ję­zy­ka zro­zu­mia­łe­go dla wszyst­kich dzie­ci… I wszyst­kich trol­li.

Jo­an­na Olech

Wrze­sień 2012

Tove – au­to­por­tret tu­szem, lata sie­dem­dzie­sią­te.

RODZICE CHRZESTNI

Po­ra­nek w dniu za­ślu­bin. Si­gne i Vik­tor po­bra­li się w Äng­smarn 17 sierp­nia 1913 roku, ce­re­mo­nię po­pro­wa­dził Fre­drik Ham­mar­sten. Obok Si­gne jej sio­stra Elsa oraz brat Einar.

Na na­zwi­ska wszyst­kich ro­dzi­ców chrzest­nych Tove Jans­son, tego ra­do­sne­go tłu­mu krew­nych i przy­ja­ciół, za­bra­kło miej­sca w jej me­try­ce. Sto­ją rzę­da­mi na fo­to­gra­fii z chrztu, ma­leń­ka Tove w środ­ku, w sil­nych ra­mio­nach bab­ki. Książ­ka o niej, jej twór­czo­ści i ży­ciu rów­nież ma swo­ich pa­tro­nów: So­fia Jans­son i inne oso­by z ro­dzi­ny po­zwo­li­ły mi swo­bod­nie pra­co­wać w ate­lier i ar­chi­wum po śmier­ci Tove w 2001 roku. Tu­ulik­ki Pie­ti­lä za­pro­po­no­wa­ła mi dach nad gło­wą przy E45 po­śród sko­ro­szy­tów i Mu­min­ków, Per Olov Jans­son udo­stęp­nił zdję­cia. Zy­ska­łam so­bie rów­nież nie­oce­nio­nych po­moc­ni­ków w ar­chi­wach i bi­blio­te­kach w Fin­lan­dii i Szwe­cji, ta­kich jak: Mir­ja Kivi z Mu­zeum Do­li­ny Mu­min­ków w Tam­pe­re, Pe­tra Ha­ka­la z Ar­chi­wum Szwedz­kie­go To­wa­rzy­stwa Li­te­rac­kie­go w Hel­sin­kach, Mar­tin El­l­folk z Wy­dzia­łu Ma­nu­skryp­tów Aka­de­mii w Tur­ku, Gun Grön­ro­os z Ar­chi­wum Pra­so­we­go Bra­ge w Hel­sin­kach, Bar­bro Ek z Ar­chi­wum Wy­daw­nic­twa Bon­nier w Sztok­hol­mie oraz pra­cow­ni­cy Bi­blio­te­ki Uni­wer­sy­tec­kiej w Hel­sin­kach, Bi­blio­te­ki Kró­lew­skiej w Sztok­hol­mie, Szwedz­kie­go In­sty­tu­tu Li­te­ra­tu­ry Dzie­cię­cej w Sztok­hol­mie i Fiń­skie­go In­sty­tu­tu Li­te­ra­tu­ry Dzie­cię­cej w Tam­pe­re. Fun­da­cji San Mi­che­le dzię­ku­ję za or­ga­ni­za­cję po­by­tu na Ca­pri, a Cen­tre Cul­tu­rel Su­édo­is za go­ści­nę w Pa­ry­żu, gdzie po­wsta­wa­ły frag­men­ty książ­ki; Lil­dze Ko­van­ko za to, że wspa­nia­ło­myśl­nie po­zwo­li­ła mi prze­czy­tać li­sty do Tove od Vi­vi­ki Ban­dler, nim zo­sta­ły zde­po­no­wa­ne w Szwedz­kim To­wa­rzy­stwie Li­te­rac­kim; Pent­tie­mu Eisto­le, któ­ry prze­czy­tał ma­nu­skrypt, i moim dwóm naj­wier­niej­szym czy­tel­ni­kom: Gun­na­ro­wi T. We­sti­no­wi i Göra­no­wi Ros­shol­mo­wi. Wszyst­kim tym trol­lom i lu­dziom je­stem ser­decz­nie wdzięcz­na.

Kil­ko­ro spo­śród pięt­na­ścior­ga ro­dzi­ców chrzest­nych Tove. Z le­wej Si­gne Ham­mar­sten-Jans­son, Elin Ham­mar­sten z Tove, Vik­tor Jans­son; z pra­wej Fre­drik Ham­mar­sten.

Oso­ba­mi, któ­re w naj­więk­szym stop­niu przy­czy­ni­ły się do po­wsta­nia tej pu­bli­ka­cji, są jed­nak He­len Svens­son i Tu­ulik­ki Pie­ti­lä: He­len, wy­daw­ca Tove z ofi­cy­ny Schild­ta, z któ­rą tak bar­dzo się za­przy­jaź­ni­łam, oraz Tu­ulik­ki, To­oti, uko­cha­na to­wa­rzysz­ka ży­cia ar­tyst­ki. To ona po­ma­ga­ła mi na­wet w naj­trud­niej­szych spra­wach, jej licz­ne opo­wie­ści i na­der oso­bi­ste ma­te­ria­ły, ja­kie mi po­wie­rzy­ła, wpły­nę­ły na koń­co­wy kształt pra­cy. Jej de­dy­ku­ję książ­kę o Tove.

Tove Jans­son była oso­bą jed­no­cze­śnie otwar­tą i ta­jem­ni­czą, bez­po­śred­nią i peł­ną re­zer­wy, gdy­by To­oti nie ob­da­rzy­ła mnie za­ufa­niem, nie by­ła­bym w sta­nie na­pi­sać tej bio­gra­fii. Za każ­dym ra­zem kie­dy wcho­dzi­łam do jej pięk­ne­go hel­siń­skie­go ate­lier w wie­ży przy Ulri­kas­borgs­ga­ta nu­mer 1, ota­cza­ła mnie jej aura. Tove ży­wi­ła głę­bo­ki sza­cu­nek wo­bec su­we­ren­no­ści dzie­ła. Mam na­dzie­ję, iż jej barw­ne ży­cie przy­da­ło ko­lo­rów i mo­jej książ­ce.

Boel We­stin

Li­sto­pad 2006

IKLECĘ

na­ro­dzi­ny pew­ne­go bar­dzo nie­zwy­kłe­goi uta­len­to­wa­ne­go Mu­min­ka

Pa­mięt­ni­ki Ta­tu­sia Mu­min­ka

Może pew­ne­go dnia wy­ro­śnie nam z Tove ar­tyst­ka. Na­praw­dę wiel­ka!”

Mło­dy, le­d­wie po trzy­dzie­st­ce żoł­nierz pi­sze z fron­tu woj­ny do­mo­wej list do uko­cha­nej. Rzecz dzie­je się w Fin­lan­dii na przed­wio­śniu roku 1918. Rzeź­biarz Vik­tor Jans­son z Hel­si­nek oraz ry­sow­nicz­ka Si­gne Ham­mar­sten ze Sztok­hol­mu są mał­żeń­stwem od nie­co po­nad czte­rech lat, kie­dy on za­cią­ga się do od­dzia­łów wal­czą­cych po stro­nie „Bia­łych”. Woj­na wy­bu­chła w stycz­niu i trwa­ła do maja. Vik­tor nie ma wy­bo­ru. Ko­cha swój kraj tak bar­dzo, iż go­tów jest od­dać zań ży­cie, za nie­pod­le­głą Fin­lan­dię, za wol­ność, do któ­rej jego na­ród ma pra­wo. Pro­si Si­gne, aby się nie smu­ci­ła z jego po­wo­du. Ta wal­ka to spra­wa ży­cia i śmier­ci. „Moja ko­cha­na, mała Si­gne. Twój mąż ru­sza te­raz do bi­twy. Niech Bóg ma w opie­ce nas i na­szą broń. Moż­li­we, że już cię wię­cej nie zo­ba­czę” – pi­sze czter­na­ste­go lu­te­go, na parę go­dzin przed swo­ją pierw­szą ba­ta­lią. Jego li­sty są pięk­ne i wzru­sza­ją­ce, peł­ne przej­mu­ją­cych gro­zą re­aliów wo­jen­nych, opo­wia­da­ją jed­nak tak­że o ja­snych mo­men­tach: kie­dy nad­cho­dził wy­tę­sk­nio­ny list, kie­dy pa­lił pa­pie­ro­sa w wio­sen­nym słoń­cu, i o ra­do­ści (to jego sło­wa) z wal­ki za oj­czy­znę i za to, w co wie­rzy naj­moc­niej, swo­ją ro­dzi­nę. Z li­stów, czę­sto pi­sa­nych ołów­kiem na zwy­kłej bi­buł­ce, prze­bi­ja mi­łość i tę­sk­no­ta za Si­gne i ich có­recz­ką: „na­szym ma­łym ko­cha­niem”. Dziew­czyn­ka ma nie­speł­na trzy i pół roku. Na chrzcie nada­no jej imio­na Tove Ma­ri­ka.

Sztu­ka i ro­dzi­na były dla Vik­to­ra spra­wa­mi świę­ty­mi, dzie­ci jego i Si­gne prze­ję­ły tę spu­ści­znę. W ma­łej Tove po­kła­da­no wiel­kie na­dzie­je, uosa­bia­ła to, w co war­to wie­rzyć, do cze­go war­to tę­sk­nić i o czym war­to ma­rzyć. Dla Vik­to­ra płeć dziec­ka nie ma zna­cze­nia. Nie mówi o ko­bie­cie czy męż­czyź­nie, chłop­cu czy dziew­czyn­ce ani na­wet o rzeź­biar­stwie czy ry­sun­ku. Pi­sze o tym, by zo­sta­ła  a r t y s t k ą,  i na tym ko­niec. „Jak ja ko­cham na­szą małą dziew­czyn­kę i tę­sk­nię, żeby was obie zo­ba­czyć” – wy­zna­je w li­ście, pi­sa­nym na Wiel­ka­noc, w chwi­li wy­tchnie­nia. Jak każ­dy ko­cha­ją­cy ro­dzic pra­gnie dla swe­go dziec­ka tego, co naj­lep­sze, a co tkwi w sztu­ce, klu­czu do ży­cia. Cie­szy się z „lu­dzi­ków” ry­so­wa­nych przez małą, któ­re Si­gne prze­sła­ła mu w li­ście, pra­gnął­by być świad­kiem, jak cór­ka „przy­glą­da się ob­ra­zom” pod­czas wi­zy­ty w Mu­zeum Na­ro­do­wym. Ona jest pier­wo­rod­ną, któ­ra ma za­pew­nić cią­głość ar­ty­stycz­nej pro­fe­sji.

Ma­rze­nie Vik­to­ra Jans­so­na zi­ści­ło się. Tove zo­sta­ła ar­tyst­ką, któ­ra dzię­ki swo­im ob­ra­zom i dzie­łom li­te­rac­kim roz­sła­wi­ła na­zwi­sko Jans­son da­le­ko poza gra­ni­ca­mi Fin­lan­dii i Eu­ro­py.

Tove Jans­son zo­sta­ła po­czę­ta w Pa­ry­żu, mie­ście sztu­ki i ar­ty­stów, je­sie­nią 1913 roku. Na świat przy­szła dzie­wią­te­go sierp­nia roku na­stęp­ne­go w Hel­sin­kach; Vik­tor bez­zwłocz­nie nadał te­le­gram do te­ściów Ham­mar­ste­nów miesz­ka­ją­cych przy Västra Träd­gårds­ga­ta 17 w Sztok­hol­mie: une fil­le si­gne bien por­tant [e], [dziew­czyn­ka, Si­gne ma się do­brze] – gło­sił tekst. Mała uro­dzi­ła się w nie­dzie­lę, na­stęp­ne­go dnia jej mat­ka za­czę­ła „Książ­kę o na­szym dziec­ku nie­dziel­nym”. Umiesz­cza w niej pierw­sze por­tre­ty cór­ki i ka­li­gra­fu­je pięk­nie: „Przy­szła na świat w nie­dzie­lę 9 sierp­nia za pięć dwu­na­sta. Cie­szę się, że to dziew­czyn­ka. Ale brzyd­ka, że aż strach! Jak mała, po­marsz­czo­na sta­rusz­ka. Do­łą­czam pierw­szy kon­ter­fekt z 10 tego mie­sią­ca”.

Pierw­sze szki­ce Si­gne przed­sta­wia­ją­ce cór­kę, 10 sierp­nia 1914.

Tove zo­sta­ła tym sa­mym  w r y s o w a n a   w   ż y c i e, od po­cząt­ku po­strze­ga­na po­przez ob­raz, por­tre­to­wa­na przez mat­kę, rzeź­bio­na przez ojca. Tak­że oko apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go po­ja­wi­ło się wcze­śnie, licz­ne zdję­cia ma­łej Jans­so­nów­ny, nie­mow­lę­cia i przed­szko­la­ka, wy­star­czy­ły­by na za­peł­nie­nie nie­jed­ne­go al­bu­mu. „To cała Tove, kie­dy się tak cie­szy. Spójrz, jak jej oczy błysz­czą” – pi­sze Si­gne na od­wro­cie fo­to­gra­fii prze­sła­nej Vik­to­ro­wi ze Sztok­hol­mu. Z po­by­tu u dziad­ków Ham­mar­ste­nów po­cho­dzi wie­le da­ge­ro­ty­pów: Tove w ką­pie­li, je­dzą­ca ba­na­na, w spa­ce­rów­ce, pod­czas za­ba­wy w Kung­sträd­går­den, śpią­ca w tym lub in­nym wóz­ku – ukła­da­ją się w opo­wia­da­nie o jej wcze­snym dzie­ciń­stwie. Uro­dzi­ła się na po­cząt­ku woj­ny świa­to­wej, pierw­sze lata były dla no­wej ro­dzi­ny cza­sem nie­spo­koj­nym, na­zna­czo­nym roz­łą­ką. Czas kon­flik­tu do­mo­we­go w Fin­lan­dii Si­gne prze­miesz­ka­ła z cór­ką u ro­dzi­ców w Szwe­cji. Część fo­to­gra­fii zro­bio­no wio­sną 1915 roku, inne je­sie­nią 1917 i wio­sną 1918. Dla Vik­to­ra te skrom­ne fot­ki i li­sty od żony sta­no­wi­ły je­dy­ną po­cie­chę w jego tę­sk­no­cie za cór­ką. Kie­dy kil­ka lat póź­niej, w 1920 roku, wy­rzeź­bi jej gło­wę w bia­łym mar­mu­rze, bę­dzie przy­po­mi­na­ła egip­ską księż­nicz­kę, wy­nio­słą, po­waż­ną, jak­by nie­do­stęp­ną: twarz ma geo­me­trycz­nie czy­ste rysy, oka­la­ją ją pro­ste wło­sy ucze­sa­ne na pa­zia. Jak gdy­by oj­ciec two­rzył cór­kę na nowo, prze­le­wa­jąc na wie­ki swo­ją tę­sk­no­tę w ów bia­ły ka­mień. Stu­diu­je ją, szu­ka jej ta­jem­nic. Póź­niej jako na­sto­lat­ka Tove wie­lo­krot­nie po­zo­wa­ła do dzieł ojca, przed­sta­wia­ją­cych mło­de ko­bie­ty, wą­tłe po­sta­ci okre­śla­ne jako „Wio­sna” czy „Po­wój”. Mi­łość oj­cow­ska prze­ma­wia­ła ję­zy­kiem sztu­ki. „Dla Tove od Taty” – gło­si od­ręcz­ny na­pis na fo­to­gra­fii rzeź­by Vår.

„Spójrz, jak jej oczy błysz­czą” – z li­stu Si­gne do Vik­to­ra.

Pęd do two­rze­nia ob­ra­zów Tove Ma­ri­ka Jans­son mia­ła we krwi. Sło­wo „ate­lier” zna­czy­ło dom, a poza ob­ra­zem i w ogó­le sztu­ką nie ist­nia­ło nic wię­cej. Ry­so­wać za­czę­ła chy­ba jesz­cze nim na­uczy­ła się cho­dzić. Jed­na z gra­fik Si­gne przed­sta­wia za­le­d­wie pół­to­ra­rocz­ną cór­kę po­chło­nię­tą bez resz­ty ba­zgra­niem. Sie­dzi na jaś­ku, z kart­ką pa­pie­ru na sto­licz­ku. Pra­wą ręką pew­nie trzy­ma kred­kę i w sku­pie­niu pra­cu­je nad swo­im ry­sun­kiem. Lewą przy­trzy­mu­je pa­pier na pul­pi­cie. Tak to się za­czę­ło.

TOVE KLE­CI

Ry­su­ją­ca Tove, szkic au­tor­stwa Ham.

Tove Jans­son ma­lo­wa­ła i pi­sa­ła przez sie­dem­dzie­siąt parę lat. De­biu­tu­jąc w 1928 roku ilu­stra­cja­mi w kil­ku cza­so­pi­smach, mia­ła nie­speł­na czter­na­ście lat, rok póź­niej uka­za­ła się se­ria ob­raz­ko­wa w sied­miu od­cin­kach w ga­ze­cie dla dzie­ci „Lun­ken­tus”. Pierw­szy ob­ra­zek sa­ty­rycz­ny opu­bli­ko­wa­ła jako pięt­na­sto­lat­ka, swój pierw­szy ob­raz wy­sta­wi­ła wio­sną 1933 i w tym sa­mym roku wy­da­ła pierw­szą książ­kę z wła­sny­mi ilu­stra­cja­mi. Kil­ka lat póź­niej, w 1937 roku, od­by­ła się jej wy­sta­wa w Gil­dii Ar­ty­stów w Hel­sin­kach, a w 1940 za­ło­ży­ła z pa­ro­ma ko­le­ga­mi gru­pę „5 Mło­dych”, by zor­ga­ni­zo­wać wspól­nie eks­po­zy­cję w ga­le­rii. Wte­dy rów­nież za­czę­ła pi­sać po­wie­ści i pu­bli­ko­wać je w róż­nych pe­rio­dy­kach. U schył­ku je­sie­ni 1945 roku po­ja­wił się w księ­gar­niach zwia­stun mu­min­ko­wej sagi: Małe trol­le i duża po­wódź, wy­da­ny za­rów­no w Hel­sin­kach, jak i w Sztok­hol­mie. Książ­ka nie wzbu­dzi­ła od­ze­wu war­te­go wspo­mnie­nia – do­szu­ka­łam się jed­nej je­dy­nej re­cen­zji – lecz po dwóch ko­lej­nych czę­ściach: Ko­me­cie nad Do­li­ną Mu­min­ków (1946), a zwłasz­cza po W Do­li­nie Mu­min­ków (1948) Tove sta­ła się pi­sar­ką zna­ną i w Fin­lan­dii, i w Szwe­cji. Jako ry­sow­nicz­ka sa­ty­rycz­na oraz ilu­stra­tor­ka była po­pu­lar­na już od daw­na, a jako ma­lar­ka mia­ła za sobą dru­gą sa­mo­dziel­ną wy­sta­wę, któ­ra cie­szy­ła się spo­rym roz­gło­sem.

Stro­na z „Przy­gód Kro­pel­li i Fa­bia­na” (Pric­ki­nas och Fa­bians även­tyr).Pierw­szy ko­miks Tove wy­da­ny w cza­so­pi­śmie dla dzie­ci pt. „Lun­ken­tus”, 1929.

Ma­lo­wa­nie było jej mi­ło­ścią, jed­nak to opo­wia­da­nia o Mu­min­kach przy­nio­sły sła­wę. Me­ga­gwiaz­dą sta­ła się w la­tach pięć­dzie­sią­tych, kie­dy to ilu­stro­wa­na se­ria o trol­lach po­ja­wi­ła się w An­glii. W tym in­ten­syw­nym dzie­się­cio­le­ciu książ­ki po­wsta­wa­ły jed­na za dru­gą, trzy w cią­gu sied­miu lat, sztu­ki o Mu­min­kach wy­sta­wia­no na ca­łej Pół­no­cy, a nad jans­so­now­ską Mu­min­ko­wą fi­lo­zo­fią dys­ku­to­wa­no na uni­wer­sy­te­tach i w pra­sie na stro­nach po­świę­co­nych kul­tu­rze. Dzie­ła re­cen­zo­wa­no ra­czej jako li­te­ra­tu­rę w ogó­le niż jako li­te­ra­tu­rę dzie­cię­cą. Sama Tove pie­lę­gno­wa­ła swo­ją po­dwój­ną toż­sa­mość ar­ty­stycz­ną. Dłu­go przed­sta­wia­ła się jako ma­lar­ka i pi­sar­ka, w tej wła­śnie ko­lej­no­ści, i mimo wszyst­kich suk­ce­sów i nie­po­ha­mo­wa­ne­go roz­prze­strze­nia­nia się świa­ta Mu­min­ków po­zo­sta­ła przy ma­lo­wa­niu, choć zaj­mo­wa­ła się nim już nie tak re­gu­lar­nie. Po­go­dze­nie ma­lar­stwa z Mu­min­ka­mi z cza­sem sta­ło się trud­ne i prze­isto­czy­ło się w bo­le­sne prze­cią­ga­nie liny mię­dzy wy­ma­ga­nia­mi, ocze­ki­wa­nia­mi a wła­sny­mi pra­gnie­nia­mi. Ta sprzecz­ność to­wa­rzy­szy­ła jej przez całe ży­cie. Pra­gnie­nie jest dla niej naj­waż­niej­sze, raz po raz wra­ca do tego w swo­ich za­pi­skach: „Obo­wią­zek i wła­sne pra­gnie­nia to dla mnie dłu­ga hi­sto­ria, za­wsze ak­tu­al­na, z wol­na do­szłam do zdu­mie­wa­ją­ce­go i ab­so­lut­nie oso­bi­ste­go od­kry­cia. Szcze­re są wy­łącz­nie pra­gnie­nia; ży­cze­nia, ra­dość – to, do cze­go się kie­dy­kol­wiek zmu­sza­łam, nig­dy nie przy­nio­sło za­do­wo­le­nia moim bli­skim” – na­pi­sa­ła w 1955 roku, w szczy­cie Mu­min­ko­wej go­rącz­ki. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­ła ją per­spek­ty­wa wy­zby­cia się pra­gnień.

„Kle­cę” – to wy­ra­że­nie czę­sto po­wra­ca w pa­mięt­ni­kach Tove, od­kąd skoń­czy­ła dwa­na­ście lat. Kle­cić zna­czy we­dług niej ro­bić, zaj­mo­wać się czymś, wpaść na po­mysł i pra­co­wać nad nim. Sło­wa ta­kie jak „two­rzyć” czy „in­spi­ra­cja” w domu Vik­to­ra i Si­gne przy Lots­ga­ta 4B w Hel­sin­kach okry­wa­ło tabu. W ilu­stro­wa­nych dzien­ni­kach Tove z cza­sów dzie­ciń­stwa i mło­do­ści aż roi się od „kle­ce­nia” róż­ne­go ro­dza­ju: pi­sze, ry­su­je, ma­lu­je, szy­je, wy­ra­bia przed­mio­ty z drew­na i re­da­gu­je ga­ze­ty, bu­du­je tra­twy, sza­ła­sy i chat­ki. La­tem 1929 roku zwie­dza szkie­ry wo­kół Pel­lin­ge odzia­na w skó­rza­ne spodnie, któ­re uszy­ła so­bie zimą i któ­re szcze­gó­ło­wo opi­sa­ła: „Z tyłu i czę­ścio­wo z przo­du mam ko­cią skó­rę, a po bo­kach bia­łą, ko­zią, o dłu­gim wło­sie, z koł­nie­rza Anny [go­spo­si]. No­gaw­ki wy­szły tro­chę za wą­skie u góry i okrop­nie sze­ro­kie na dole, są z sza­rej skó­ry o bia­łym, skrę­co­nym wło­sie od we­wnętrz­nej stro­ny i z dłu­gi­mi kęp­ka­mi z przo­du. Na pra­wej no­gaw­ce znaj­du­je się mały ka­wa­łek czar­nej skór­ki z kró­li­ka. Rzecz ja­sna wszyst­kich miesz­kań­ców Pel­lin­ge wpra­wi­ły w osłu­pie­nie”. Uwiel­bia te spodnie i czę­sto por­tre­tu­je się w nich w swo­im sztam­bu­chu. Sta­ły się okry­ciem „no­żyn” na całe lato i strój ten, choć grzał za­pew­ne nie­mi­ło­sier­nie, nie­wąt­pli­wie był efek­tow­ny. Pięt­na­sto­let­nia Tove Jans­son zwra­ca­ła po­wszech­ną uwa­gę. I o to cho­dzi­ło.

Jej ży­cie to od po­cząt­ku do koń­ca pra­ca – ze spo­rą daw­ką mi­ło­ści – a po­ten­cjał mia­ła nie­praw­do­po­dob­nie wiel­ki. Adept­ka ma­lar­stwa poza na­uką ha­ro­wa­ła jak wół, żeby za­ro­bić na utrzy­ma­nie: „[…] pra­ca, pra­ca. Je­śli wziąć pod uwa­gę, że czło­wiek two­rzy ole­jem, tu­szem, wę­glem itd., by­ła­by to rze­tel­na książ­ka pra­cy” – pi­sze dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia Tove w paź­dzier­ni­ku 1935 roku. Od wy­da­nia dru­kiem ry­sun­ków w roku 1928 do opu­bli­ko­wa­nia jej ostat­niej książ­ki, zbio­ru opo­wia­dań pt. Med­de­lan­de (Wia­do­mość), rów­nosie­dem­dzie­siąt lat póź­niej, po­wsta­ją mar­twe na­tu­ry, pej­za­że, por­tre­ty, ob­raz­ki sa­ty­rycz­ne, ilu­stra­cje i ma­lar­stwo abs­trak­cyj­ne, po­wie­ści i inne tek­sty ilu­stro­wa­ne, opo­wia­da­nia, ko­mik­sy, dra­ma­ty i li­bret­ta ope­ro­we, wier­sze i pie­śni, ma­lo­wi­dła ścien­ne, ob­ra­zy oł­ta­rzo­we i sce­no­gra­fia, ma­lun­ki na szkle, pro­jek­ty okła­dek, kar­ty z ry­sun­ka­mi, pla­ka­ty, afi­sze re­kla­mo­we i tak da­lej. Re­per­tu­ar roz­wi­nął się dużo bar­dziej, niż moż­na by to so­bie wy­obra­zić, po­dob­nie pro­duk­tyw­ność. W sa­mej tyl­ko po­li­tycz­nej ga­ze­cie sa­ty­rycz­nej „Garm”, któ­rą przez pięt­na­ście lat współ­two­rzy­ła, zna­la­zło się sześć­set ry­sun­ków jej au­tor­stwa.

Tove Jans­son była ge­niu­szem uni­wer­sal­nym z wy­bu­ja­łą po­trze­bą wy­ra­że­nia sie­bie, od pierw­szych ob­raz­ków po ostat­nią książ­kę. Po­wo­do­wa­na nie­ustan­nym pra­gnie­niem pi­sa­nia i ma­lo­wa­nia – bez prze­rwy od­czu­wa­ła głód two­rze­nia cze­goś no­we­go. Każ­de dzia­ła­nie ar­ty­stycz­ne po­par­te było głę­bo­ką au­to­re­flek­sją. „Evo, w kwe­stii sztu­ki chy­ba je­stem snob­ką” – pi­sze do przy­ja­ciół­ki Evy Ko­ni­koff za­raz po za­koń­cze­niu woj­ny. Dys­ku­tu­ją o isto­cie sztu­ki: „L’art pour l’art. Pi­szesz, że «Dali pra­cu­je tyl­ko dla sie­bie». A dla kogo in­ne­go miał­by ma­lo­wać? Two­rząc, nie my­śli się o in­nych! Czło­wiek sta­ra się wy­ra­zić sie­bie sa­me­go, swo­ją per­cep­cję, do­pro­wa­dzić do syn­te­zy, wy­ja­śnić, uwol­nić. Każ­da na­tu­re mor­te, każ­dy pej­zaż, każ­de płót­no jest au­to­por­tre­tem!”.

Tove w skó­rza­nych spodniach wła­snej ro­bo­ty. Z pa­mięt­ni­ka, lato 1929.

Tego prze­ko­na­nia nig­dy nie po­rzu­ci i uza­sad­ni je po­now­nie w swo­ich póź­nych po­wie­ściach, już po Mu­min­kach. Jed­nak każ­dy ar­ty­sta, przed­sta­wia­jąc sie­bie, po­ka­zu­je rów­nież cza­sy, w któ­rych żyje.

CEN­NI­NI

Jed­nym z bóstw do­mo­wych Tove był flo­renc­ki ma­larz Cen­ni­no Cen­ni­ni zna­ny jako au­tor Rze­czy o ma­lar­stwie (Il li­bro dell’arte o Trat­ta­to del­la pit­tu­ra). Po­rad­nik ma­lar­stwa re­ne­san­so­we­go, za­wie­ra­ją­cy rady do­ty­czą­ce szczo­tek, pędz­li, farb i in­nych za­gad­nień aż po tem­pe­rę i fresk, na­pi­sa­ny zo­stał w aresz­cie ku po­krze­pie­niu wszyst­kich ar­ty­stów. Uwa­gi Tove (do wy­da­nia szwedz­kie­go z 1948 roku) są cel­ne i peł­ne sza­cun­ku; po­nad­to na­pi­sa­ła krót­kie tek­sty na te­mat zna­cze­nia Cen­ni­nie­go dla ar­ty­sty i pra­cy twór­czej. Robi to przede wszyst­kim dla sie­bie, ale nie tyl­ko. Cen­ni­nie­go osa­dzo­no w wię­zie­niu del­le Stin­che we Flo­ren­cji za nie­wy­pła­cal­ność:

Jak wia­do­mo, nig­dy z nie­go nie wy­szedł. Jed­nak­że cze­ka­jąc na uwol­nie­nie, Cen­ni­no Cen­ni­ni na­pi­sał książ­kę o sztu­ce ma­lar­skiej. Chciał po­móc mło­dym twór­com w ich tru­dach. Wy­li­czył, że po­trze­ba trzy­na­stu lat na kor­ną na­ukę, po nich nad­cho­dzi­ła chwi­la, kie­dy to po wie­lu gor­li­wych mo­dli­twach moż­na było przy­stą­pić do pra­cy nad swo­im pierw­szym pan­ne­au. Nie tyl­ko ostrze­ga, on wręcz skła­da ra­do­sne obiet­ni­ce: „W imię Trój­cy ca­łej, na­ma­luj na traw­ni­kach rów­nież tro­chę kwia­tów i nie­co ptac­twa drob­ne­go. Chcę ci wy­ja­śnić, jak kłaść far­by, ma­lu­jąc rze­kę, z ry­ba­mi albo bez nich… Ty jed­nak kie­ruj się swo­im po­my­słem i po­zwól, by pro­wa­dzi­ły cię uczu­cia. Każ­da sztu­ka wy­ma­ga bie­gło­ści, ale też ra­do­ści z two­rze­nia”.

„Każ­da sztu­ka wy­ma­ga bie­gło­ści, ale też ra­do­ści two­rze­nia”. Tove Jans­son przez całe ży­cie pra­co­wa­ła nad sobą, jako ar­tyst­ka, pi­sar­ka i jako czło­wiek.

„Pra­ca i mi­łość” to jej ulu­bio­na mak­sy­ma, za po­mo­cą ca­łe­go gąsz­czu sym­bo­li uwi­docz­nio­na na jed­nym z jej pierw­szych eks­li­bri­sów (1947). Za­wód i płeć, mi­łość i pa­sja, wier­ność i pró­by, i rów­nież lew, jej znak zo­dia­ku – dużo uda­ło jej się zmie­ścić na po­wierzch­ni 9 x 6 cm, co póź­niej od­no­to­wu­je sa­mo­kry­tycz­nie: „Lew, róża, oset, ko­bie­ta, kil­ka gwiazd, Mu­mi­nek, dwie ko­twi­ce, dwie ko­lum­ny z ka­pi­te­lem i pną­cza­mi wina, pa­le­ta, mo­rze nocą, pło­ną­ce ser­ce, kil­ka nie­okre­ślo­nych or­na­men­tów i pa­te­tycz­ne kre­do po ła­ci­nie, któ­re, tak na mar­gi­ne­sie, za­wie­ra błąd gra­ma­tycz­ny” (de­wi­za sfor­mu­ło­wa­na przez Tove gło­si­ła: La­bo­ra et ama­re, a po­win­na ra­czej brzmieć La­bo­ra et ama, co zna­czy pra­cuj i ko­chaj).

Na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych, ar­tyst­ka za­czy­na skła­niać się ku pro­sto­cie i roz­wa­ża pi­sa­nie ksią­żek in­nych niż o Mu­min­kach. W tym cza­sie prze­rzu­ci­ła się na mo­no­gra­my i wspo­mi­na swój naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny eks­li­bris: sty­li­zo­wa­ny ob­raz drze­wa. Uło­żo­ne obok sie­bie księ­go­zna­ki przed­sta­wia­ją trzy wi­ze­run­ki jej sa­mej: mło­dej Tove Jans­son jako roz­wi­ja­ją­ce­go się drze­wa, Tove Jans­son w burz­li­wych cza­sach ma­lar­stwa i Mu­min­ków oraz Tove Jans­son w fa­zie kla­row­ne­go po­słu­gi­wa­nia się sło­wem, sym­bo­li­zo­wa­na je­dy­nie przez kształt­ne li­te­ry.

Eks­li­bris z 1947 roku: lew, kwia­ty, gwiaz­dy, Mu­mi­nek oraz sen­ten­cja ła­ciń­ska, w póź­niej­szych la­tach za­stą­pią je wzbu­rzo­ne mo­rze i oszczęd­ne ini­cja­ły.

„Mu­sisz wy­ko­rzy­stać czas prze­zna­czo­ny na na­ukę” – pi­sze w no­tat­kach do Cen­ni­nie­go i owa mak­sy­ma to­wa­rzy­szy jej przez całe ży­cie. Sama była dla sie­bie pierw­szym na­uczy­cie­lem, za­wsze czu­ła się nie­swo­jo w zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nych pla­ców­kach oświa­to­wych. Ma­lo­wa­nie i pi­sa­nie, wszyst­ko pod­da­ne zo­sta­ło sta­ran­nym stu­diom. Przy­go­to­wa­nia do pra­cy nad książ­ką mogą obej­mo­wać do­ku­men­ta­cję zmien­no­ści wia­trów i wę­dró­wek pta­ków (w rę­ko­pi­sie do Ta­tu­sia Mu­min­ka i mo­rza) albo wska­zów­ki na te­mat tech­nik dru­kar­skich i moż­li­wych kom­bi­na­cji ko­lo­ry­stycz­nych (w rę­ko­pi­sie do książ­ki ob­raz­ko­wej pt. Książ­ka o Mim­bli, Mu­min­ku i Ma­łej Mi – Co było po­tem?). Ze­szy­ty suk­ce­syw­nie za­peł­nia­ją się re­flek­sja­mi i prze­my­śle­nia­mi, fak­ta­mi i in­for­ma­cja­mi o cha­rak­te­rze ko­lej­nych ksią­żek, zmia­nach, wy­da­niach i tłu­ma­cze­niach. To samo ty­czy się ob­ra­zów. Skrom­ny szki­cow­nik z lat trzy­dzie­stych (któ­ry zna­la­złam wci­śnię­ty mię­dzy książ­ki) to rze­czo­wy opis „kur­dy­ba­nu i za­sad bar­wie­nia skó­ry” czy ma­lo­wa­nia wi­tra­ży na per­ga­mi­nie, za­wie­ra też no­tat­ki o środ­kach izo­la­cyj­nych, płót­nie, tem­pe­rze pod olej i tak da­lej. No­tat­nik na­zwa­ny „Ma­te­ria­ła­mi” (da­to­wa­ny na 1943 rok) do­ty­czy pie­lę­gna­cji pa­le­ty – „na­le­ży na­tłu­ścić ją z obu stron pod­grza­nym ole­jem lnia­nym” – za­sto­so­wa­nia ko­lo­rów oraz tech­ni­ki al fre­sco. Te aku­rat za­pi­ski łą­czą się z dwo­ma ma­lo­wi­dła­mi ścien­ny­mi, któ­re wy­ko­na­ła w ele­ganc­kiej re­stau­ra­cji Stad­shu­skäl­la­ren w Hel­sin­kach wio­sną 1947 roku. Pro­ces opi­sa­ny jest wy­czer­pu­ją­co sło­wem i ob­ra­zem: przy­go­to­wa­nie ścia­ny, wy­ko­na­nie szki­ców, pia­sek, skrzyn­ka, na­rzę­dzia, bar­wy… Da­lej w tym sa­mym ka­je­cie po­ja­wia się opis ma­lun­ku Al sec­co, nad któ­rym pra­co­wa­ła w ko­lej­nym, 1948 roku.

Ma­lar­ka Tove Jans­son pra­co­wa­ła, po­dob­nie jak Cen­ni­ni, nad książ­ką po­świę­co­ną sztu­ce, jed­nak ro­bi­ła to wy­łącz­nie z my­ślą o so­bie.

AU­TO­POR­TRE­TY

Ry­sun­ko­wy au­to­por­tret był pierw­szym ob­ra­zem wy­sta­wio­nym przez Tove – mia­ło to miej­sce wio­sną 1933 roku po wy­sta­wie hu­mo­ry­stów w Hel­sin­kach. Pra­ca ta zna­la­zła się rów­nież w jej ostat­niej eks­po­zy­cji no­wej sztu­ki w 1975 roku. Tove nie na­pi­sa­ła swo­jej bio­gra­fii – zro­bił to Ta­tuś Mu­min­ka – a naj­bliż­sza temu jest hi­sto­ria jej dzie­ciń­stwa za­ty­tu­ło­wa­na Cór­ka rzeź­bia­rza (1968). Jed­nak przez całe ży­cie pi­sa­ła książ­kę o so­bie – sło­wem i ob­ra­zem. Ze­bra­ne w jed­no te licz­ne wi­ze­run­ki jej sa­mej, po­czy­na­jąc od pa­mięt­ni­ko­wych szki­ców, na ostat­nim, wiel­kim au­to­por­tre­cie koń­cząc, skła­da­ją się na opo­wieść o Tove Jans­son, któ­ra ją pre­zen­tu­je, lan­su­je, ma­sku­je i do­ku­men­tu­je. Ar­tyst­ka kon­stru­uje swo­ją oso­bo­wość po­przez ob­ra­zy sie­bie sa­mej i prze­kształ­ce­nie ich na roz­ma­ite spo­so­by: raz jest na nich dziew­czę­ciem w trak­cie kle­ce­nia, kie­dy in­dziej ner­wo­wą adept­ką sztu­ki, po­waż­ną mło­dą ma­lar­ką, ar­tyst­ką es­tet­ką. Je­den z au­to­por­tre­tów z lat czter­dzie­stych Boa z ry­sia uka­zu­je ją w gu­stow­nym ko­stiu­mie i fu­trza­nym boa za­rzu­co­nym na ra­mio­na, dzi­ką i pięk­ną w śmia­łej i te­atral­nej kom­bi­na­cji. Zwie­rzę i czło­wiek – tak oto się pre­zen­tu­je. Wło­sy za­cze­sa­ne do tyłu, wzrok omi­ja wi­dza, twarz brą­zo­wa z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi sko­śny­mi oczy­ma. „Sama wy­glą­dam jak kot w żół­tej skó­rze, z zim­ny­mi, sko­śny­mi oczy­ma i nową fry­zu­rą, z przy­gła­dzo­ny­mi i ze­bra­ny­mi w wę­zeł wło­sa­mi. I z fa­jer­wer­ka­mi kwia­tów” – opi­su­je w li­ście. Nie skoń­czy­ła trzy­dziest­ki, da­le­ko jesz­cze do wni­kli­we­go au­to­por­tre­tu, któ­ry przed­sta­wi­ła w wie­ku sześć­dzie­się­ciu je­den lat w 1975 roku.

W opo­wia­da­niach umiesz­cza sie­bie samą, cza­sa­mi nie­za­ka­mu­flo­wa­ną, zu­peł­nie otwar­cie, in­nym ra­zem kry­jąc się za róż­ny­mi imio­na­mi i prze­bra­nia­mi. Od wol­no­my­śli­cie­la To­pi­ka z W Do­li­nie Mu­min­ków (1948) i roz­trzą­sa­ją­ce­go roz­ma­ite kwe­stie Hom­ka To­fta w Do­li­nie Mu­min­ków w li­sto­pa­dzie (1970), dziec­ka ar­ty­sty w Cór­ce rzeź­bia­rza, słu­chacz­ki w zbio­rze opo­wia­dań Lys­sner­skan (Po­wier­ni­ca, 1971), ani­ma­tor­ki ko­mik­sów w Do­ck­skåpet (Do­mek dla la­lek, 1978) i au­tor­ki ksią­żek dla dzie­ci Anny Ame­lin w Den är­li­ga be­dra­ga­ren (Uczci­wy oszust, 1982) po szu­ka­ją­ce­go słów Jo­na­sza w Ka­mien­nym polu(1984) i pi­szą­cą no­we­le Mari w opo­wia­da­niach z Rent spel (Czy­sta gra, 1989). W ostat­niej książ­ce Med­de­lan­de może po pro­stu cho­dzić o ja­kąś Tove albo o Jans­son. Jej śla­dy bie­gną przez sło­wa i ob­ra­zy wzdłuż i wszerz, nie­ustan­nie two­rząc nowe wzo­ry. „Su­ge­styw­ne opo­wia­da­nia dla dzie­ci wy­peł­nia­ją sym­bo­lem, iden­ty­fi­ka­cją, ob­se­sją na wła­snym punk­cie” – pi­sze w pew­nym ese­ju i ta de­kla­ra­cja zde­cy­do­wa­nie od­no­si się do jej dzieł. „Te­ma­tem mo­ich utwo­rów je­stem ja” – skwi­to­wał kie­dyś Mon­ta­igne. O Tove Jans­son moż­na po­wie­dzieć to samo, ona sta­no­wi przed­miot wła­snej twór­czo­ści i bez prze­rwy jest w trak­cie prze­mia­ny. Kie­dy przy­ja­ciół­ka Eva Ko­ni­koff po chu­dych la­tach woj­ny wy­sy­ła jej pie­nią­dze i nowy płaszcz z Ame­ry­ki, Tove z miej­sca ku­pu­je so­bie nie­bie­ski ka­pe­lusz, por­tre­tu­je się w nim i śle ob­raz w od­po­wie­dzi.

Au­to­por­tret, wę­giel, lata trzy­dzie­ste.

W la­tach trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych, kie­dy kształ­ci­ła się i ugrun­to­wy­wa­ła jej toż­sa­mość jako ma­lar­ki, stwo­rzy­ła sze­reg wła­snych po­do­bizn, co naj­mniej pięt­na­ście. Szki­co­wa­ła wę­glem, uwiecz­nia­ła się na płót­nie. Na­wią­zy­wa­ła do tra­dy­cji, przed­sta­wia­jąc się na tle swo­ich ob­ra­zów, w for­mie sy­gna­tu­ry na fre­skach, w krę­gu ro­dzin­nym. Na zna­mien­nym płót­nie Ro­dzi­na (1942), nad któ­rym pra­co­wa­ła pod­czas sza­le­ją­cej woj­ny, pod­kre­śla swo­je ist­nie­nie jako ar­tyst­ka – wzo­rem wło­skich pięt­na­sto­wiecz­nych na­uczy­cie­li, któ­rych tak bar­dzo po­dzi­wia – i umiesz­cza się w cen­trum dzie­ła. Na bo­ga­to zdo­bio­nych fre­skach na ścia­nach ra­tu­sza w Hel­sin­kach w sa­mym środ­ku tłu­mu sie­dzi Tove Jans­son (z Mu­min­kiem) i sta­je się czę­ścią ma­lo­wi­dła, po­dob­nie jak twór­cy re­ne­san­su sy­tu­ują­cy się na swo­ich fre­skach. Oto dro­ga mło­dej ar­tyst­ki do umoc­nie­nia wła­snej toż­sa­mo­ści ma­lar­ki, do za­ko­twi­cze­nia się w tra­dy­cji i do okre­śle­nia sie­bie w re­la­cji do wiel­kich mi­strzów – męż­czyzn.

Tove Jans­son z Au­to­por­tre­tem z 1975 roku.

Au­to­por­tret w fu­trza­nej czap­ce (1941) to wy­śmie­ni­ty przy­kład. Jest to hołd zło­żo­ny Wiel­kie­mu Mi­strzo­wi, sa­me­mu Rem­brand­to­wi, i jed­ne­mu z jego naj­bar­dziej zna­nych au­to­por­tre­tów z 1640 roku. Nosi na nim cha­rak­te­ry­stycz­ne fu­trza­ne na­kry­cie gło­wy, a Tove czap­kę fu­trza­ną w sty­lu Davy’ego Croc­ket­ta. Po­nad­to ma na so­bie ka­mi­zel­kę ze skó­ry – już skó­rza­ne spodnie sy­gna­li­zo­wa­ły jej sła­bość do fu­ter. Upo­zo­wa­na jest z uko­sa en face, tak jak mistrz, z pra­wą ręką zło­żo­ną z przo­du. Ra­mię Rem­brand­ta spo­czy­wa na ba­lu­stra­dzie, u Tove na ko­la­nach. Po­sta­wa, syl­wet­ka, per­spek­ty­wa – z tego wszyst­kie­go prze­zie­ra Rem­brandt i po­dob­nie jak jego dzie­ło było hom­ma­ge à Ty­cjan, tak płót­no Tove jest dla nie­go. Fakt, iż „wma­lo­wu­je” sie­bie w wi­zu­al­ną hi­sto­rię zna­mie­ni­tych au­to­por­tre­tów, do­wo­dzi jej am­bi­cji. Jest to ob­raz ko­bie­ty, któ­ra rzu­ca wy­zwa­nie tra­dy­cji i męż­czy­znom, a na świat pa­trzy śmia­ło i pew­nie. Ten wi­ze­ru­nek róż­ni się dia­me­tral­nie od tego, któ­ry wy­nu­rza się z jej za­pi­sków i li­stów, gdzie ma­lar­stwo sta­no­wi przed­miot nie­koń­czą­cych się roz­wa­żań, a pew­ność sie­bie ska­cze w górę i w dół jak w ko­lej­ce gór­skiej. Wy­pro­sto­wa­na, po­waż­na, wbi­ja spoj­rze­nie w od­bior­cę, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć: Pa­trz­cie na mnie. Tło sta­no­wi jej wła­sny ob­raz, pej­zaż z Bre­ta­nii na­ma­lo­wa­ny pod ko­niec lat trzy­dzie­stych – co pod­kre­śla łącz­ność z re­ne­san­sem. Tove two­rzy prze­strzeń i otwie­ra kra­jo­braz za swo­imi ple­ca­mi. Przed­sta­wia się jako ar­tyst­ka i ma­lar­ka, nie uży­wa­jąc jed­nak do tego pa­le­ty i pędz­la. To po­win­ni­śmy wy­de­du­ko­wać z jej gry z tra­dy­cją. W swo­ich licz­nych au­to­por­tre­tach po­twier­dza swo­je ja w róż­nych ro­lach i po­zach, ja ma­lu­ją­cej Tove pod­le­ga­ją­cej cią­głym prze­mia­nom. Dłu­go pod­pi­sy­wa­ła się „Tove”, z cza­sem jed­nak prze­szła na „Jans­son”. Jako pi­sar­ka za­wsze uży­wa­ła peł­ne­go imie­nia i na­zwi­ska: „Tove Jans­son”.

BIO­GRA­FIA

Tove Jans­son na­le­ży do twór­ców, któ­rzy wzbu­dza­ją sil­ne emo­cje. Łą­czy­ła w so­bie in­te­gral­ność i otwar­tość, po­tra­fi­ła spra­wić, by od­bior­ca jej dzieł czuł się wy­bra­ny, a jed­no­cze­śnie za­cho­wać swo­je ta­jem­ni­ce. Dzię­ki książ­kom i ob­ra­zom sta­ła się kimś, kogo chęt­nie wi­dzia­ło­by się w gro­nie swo­ich naj­bliż­szych. Wie­lu czy­tel­ni­ków czu­je sil­ną więź uczu­cio­wą ze świa­tem Mu­min­ków, o czym świad­czą nie­prze­li­czo­ne li­sty, wie­lu oprócz sie­bie nie­chęt­nie wi­dzi in­nych go­ści w Do­li­nie. Bez­kom­pro­mi­so­wy sto­su­nek do ja oraz in­dy­wi­du­ali­zmu sta­no­wi waż­ny kom­po­nent mu­min­ko­we­go ma­gne­ty­zmu.

Tove Jans­son przed­sta­wia się jako peł­ne gra­cji dziec­ko na­tu­ry, na­iw­ną ma­lar­kę z wy­spy na Za­to­ce Fiń­skiej, któ­ra ni z tego, ni z owe­go prze­isto­czy­ła się w pi­sar­kę bez wiel­kich aspi­ra­cji. Opi­sy­wa­no ją jako do­bro­dusz­ne­go trol­la z Do­li­ny Mu­min­ków, nie­świa­do­me­go ist­nie­nia ban­ków, pie­nię­dzy, ne­go­cja­cji i in­te­re­sów. Nie moż­na się bar­dziej po­my­lić. Te ro­man­tycz­ne wi­zje sprzy­ja­ją­ce two­rze­niu atrak­cyj­ne­go mitu nie­wie­le mają wspól­ne­go z hi­per­świa­do­mą ar­tyst­ką, pra­cu­ją­cą cięż­ko, od­kąd skoń­czy­ła pięt­na­ście lat, któ­ra już wte­dy pu­bli­ko­wa­ła książ­ki i któ­ra aż do lat pięć­dzie­sią­tych sama zaj­mo­wa­ła się per­trak­ta­cja­mi do­ty­czą­cy­mi trol­li i płó­cien. O po­ten­cja­le ryn­ko­wym Mu­min­ków pi­sa­ła w li­stach po uka­za­niu się za­le­d­wie kil­ku ksią­żek, oko­ło roku 1950.

Au­to­por­tret w fu­trza­nej czap­ce, olej, 1941.

Sama za­pre­zen­to­wa­ła się zgo­ła in­a­czej w prze­ni­kli­wym ese­ju Den löm­ska barn­boks­för­fat­ta­ren (Prze­bie­gła au­tor­ka ksią­żek dla dzie­ci) z 1961 roku, naj­bar­dziej zna­nym i naj­czę­ściej cy­to­wa­nym z jej nie­wie­lu tek­stów we wła­snej spra­wie. Za­sta­na­wia się w nim, co jest siłą na­pę­do­wą pi­sar­stwa, i od­kry­wa wła­sne spoj­rze­nie na sie­bie, któ­re jak­że od­bie­ga od wi­ze­run­ku nie­win­ne­go Mu­min­ka albo jego Mamy, da­ją­cej bez­względ­ne i ab­so­lut­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Za książ­ka­mi kry­je się sku­pio­na na so­bie pi­sar­ka, któ­ra two­rzy li­te­ra­tu­rę dzie­cię­cą by­najm­niej nie dla dzie­ci, a dla sie­bie, aby od­re­ago­wać wła­sną dzie­cin­ność. Groź­na pi­sar­ka. Jej we­wnętrz­ne dziec­ko nie pa­su­je do spo­łecz­no­ści do­ro­słych, Tove szu­ka więc cze­goś, co nie­gdyś ist­nia­ło, i pró­bu­je to od­two­rzyć. Mó­wiąc sło­wa­mi pod­stęp­nej au­tor­ki, od­wzo­ro­wy­wać i prze­ży­wać „coś stra­co­ne­go bądź nie­osią­gal­ne­go”. To po­szu­ki­wa­nie sta­no­wi część ta­jem­ni­cy opo­wia­dań o Mu­min­kach. One uosa­bia­ją tę­sk­no­ty nas wszyst­kich. Są pró­bą wy­rwa­nia się z przy­pi­sa­nej nam roli bądź ocze­ki­wań wo­bec nas, na­szy­mi ma­rze­nia­mi, aby stać się kimś in­nym albo by znik­nąć w ja­kimś in­nym by­cie. Eska­pizm, któ­ry zro­dził tak wie­le py­tań i obaw pod ad­re­sem Mu­min­ko­wych hi­sto­rii, jest ele­men­tem opo­wie­ści o nas sa­mych. Jed­nak­że owa chy­tra pi­sar­ka nie za­do­wa­la się ra­cze­niem nas aneg­do­ta­mi o pew­nej ro­dzi­nie Mu­min­ków z ja­kiejś tam do­li­ny. Nie­ubła­ga­nie pi­sze da­lej, roz­bi­ja ma­rze­nia, wy­lud­nia do­li­nę i wy­sy­ła ro­dzi­nę i sie­bie samą ku no­wym świa­tom i bodź­com róż­ne­go ro­dza­ju. Kie­ru­je pi­sa­nie i ma­lar­stwo w stro­nę no­wych spo­so­bów wy­ra­zu. Po Mu­min­kach – wszyst­kie­go ra­zem dzie­więć czę­ści – roz­licz­nych ko­mik­sach o nich i trzech książ­kach ob­raz­ko­wych, mię­dzy ro­kiem 1971 a 1998 pi­sa­ła po­wie­ści i opo­wia­da­nia, a przez pe­wien czas w la­tach sześć­dzie­sią­tych zaj­mo­wa­ła się ma­lar­stwem abs­trak­cyj­nym. Kor­ne cza­sy stu­diów nad sztu­ką ob­ra­zu mi­nę­ły, a ona po­dą­ża­ła za no­wy­mi po­my­sła­mi.

Tą bio­gra­fią pi­sar­ki i ar­tyst­ki Tove Jans­son pra­gnę zbli­żyć się do niej na płasz­czyź­nie sło­wa, ob­ra­zu i ży­cia. In­spi­ra­cją dla pi­szą­ce­go pa­mięt­ni­ki Ta­tu­sia Mu­min­ka był je­den z ulu­bio­nych wło­skich mi­strzów Tove Be­nve­nu­to Cel­li­ni, słyn­ny szes­na­sto­wiecz­ny rzeź­biarz, któ­re­go au­to­bio­gra­fia Be­nve­nu­ta Cel­li­nie­go żywot wła­sny spi­sa­ny przez nie­go sa­me­go na­le­ży do kla­sy­ków ga­tun­ku. „Ten, kto stwo­rzył na tym świe­cie coś do­bre­go (i skoń­czył lat czter­dzie­ści), ma peł­ne pra­wo opi­sy­wać swo­je losy” – twier­dził Cel­li­ni. Tove Jans­son w la­tach pięć­dzie­sią­tych speł­nia­ła te wy­mo­gi z na­wiąz­ką. Jej ży­cie to opo­wieść sama w so­bie, prze­peł­nio­na ma­lar­stwem i trol­la­mi, pi­sar­stwem i po­szu­ki­wa­niem, pra­cą i mi­ło­ścią. Spo­śród fiń­skich pi­sa­rzy ją tłu­ma­czo­no naj­czę­ściej i ją czy­ta się na ca­łym świe­cie, a Mu­min­ki sta­ły się czę­ścią Fin­lan­dii na do­bre i na złe. Jed­nak za trol­la­mi i ob­ra­za­mi trwa nie­usta­ją­ca wal­ka po­mię­dzy pra­gnie­niem a obo­wiąz­kiem, wolą a od­po­wie­dzial­no­ścią. Tove Jans­son przez całe ży­cie po­szu­ki­wa­ła no­wych form ar­ty­stycz­ne­go wy­ra­zu, od pierw­szych ry­sun­ków po ostat­nią książ­kę. „Daj mi ob­raz, pra­gnie­nie wy­ra­że­nia sie­bie. Nie po­trze­ba wie­le, ale to musi być c o ś, mała żą­dza, skrom­na po­trze­ba” – no­tu­je w 1960 roku. Au­to­bio­gra­fii nig­dy nie na­pi­sa­ła, ist­nie­je jed­nak spo­ro po­mniej­szych tek­stów i no­ta­tek. Wszyst­kie są frag­men­ta­mi hi­sto­rii Tove Jans­son. Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych po­peł­ni­ła krót­kie opo­wia­da­nie o swo­im ży­ciu pod zna­kiem słów i ob­ra­zów. Nie zo­sta­ło opu­bli­ko­wa­ne, lecz mam ma­nu­skrypt i po­wró­cę do nie­go w koń­co­wej czę­ści tej książ­ki.

Isto­tą bio­gra­fii jest wy­bór po­mię­dzy twór­czo­ścią a ży­ciem, la­wi­ro­wa­nie mię­dzy róż­ny­mi ty­pa­mi ma­te­ria­łów – w przy­pad­ku Tove sło­wem i ob­ra­zem. Czę­sto wy­ma­ga to nie­ustan­ne­go se­gre­go­wa­nia i we­ry­fi­ko­wa­nia za­le­wu do­ku­men­ta­cji. Chcia­łam przed­sta­wić wy­mow­ny i dy­na­micz­ny wi­ze­ru­nek ta­kiej Tove, jaka była w pra­cy – wszyst­ko to, o czym my­śli­my, sły­sząc jej na­zwi­sko: Mu­min­ki, opo­wia­da­nia i mnó­stwo ob­ra­zów.

By­łam pierw­szą ba­dacz­ką, któ­ra mia­ła swo­bod­ny do­stęp do ca­łe­go jej pry­wat­ne­go ar­chi­wum, gro­ma­dzo­ne­go przez Tove od wcze­snych opo­wia­dań z dzie­ciń­stwa, ry­sun­ków i dzien­ni­ków aż po zbio­ry z póź­ne­go okre­su pi­sar­stwa pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych. W set­kach wy­pcha­nych te­czek i se­gre­ga­to­rów, sto­sach pa­pie­rów lu­zem w szu­fla­dach i na pół­kach znaj­du­je się mnó­stwo no­ta­tek, rę­ko­pi­sów opo­wia­dań i wy­kła­dów, spi­sów, za­ry­sów, szki­ców, ilu­stra­cji, pla­nów róż­ne­go ro­dza­ju pro­jek­tów, fo­to­gra­fii, za­pi­sków z dzien­ni­ka, wy­cin­ków, ar­ty­ku­łów, li­stów i ko­re­spon­den­cji wszel­kie­go typu, pro­gra­mów, ka­ta­lo­gów i tym po­dob­nych. Skła­da się to na wi­ze­ru­nek pi­sar­ki i ar­tyst­ki, na jej wspo­mnie­nie o so­bie i swo­jej pra­cy. Oso­bi­ste, a jed­no­cze­śnie ści­śle udo­ku­men­to­wa­ne. Tove Jans­son była sys­te­ma­ty­kiem, któ­ry gro­ma­dzi ma­te­riał tak dla sie­bie, jak i dla oto­cze­nia. Po­tra­fi­ła oka­zać szczo­drość dzien­ni­ka­rzom i uczo­nym – na przy­kład po­sy­ła­jąc im wy­ka­li­gra­fo­wa­ną ozdob­nym pi­smem no­tat­kę, frag­ment utwo­ru bądź ja­kiś fo­to­stat do­ku­men­tu – jed­na­ko­woż naj­chęt­niej sama po­cią­ga­ła za sznur­ki. Sta­ran­nie wy­bie­ra­ła to, co prze­ka­zy­wa­ła na­ukow­com, czę­sto też za­pi­sy­wa­ła so­bie, komu co dała, aby nie mie­szać kart. Ro­zu­mie się samo przez się, iż z cza­sem za­czę­ła zręcz­nie re­ży­se­ro­wać spo­sób przed­sta­wia­nia swo­je­go ży­cia i dzieł. Był to ele­ment stra­te­gii – w koń­cu mu­sia­ła ja­koś so­bie ra­dzić i prze­żyć swo­ją wiel­ką sła­wę. Przez te lata od­po­wia­da­ła na przy­kład na wszyst­kie li­sty od czy­tel­ni­ków. Zwy­kle otrzy­my­wa­ła ich oko­ło dwóch ty­się­cy rocz­nie.

Ar­chi­wum sta­ło się nie­zbęd­ne dla dzia­łal­no­ści, któ­ra roz­wi­ja­ła się wo­kół jej dzieł, zwłasz­cza opo­wia­dań o Mu­min­kach. Pro­wa­dzi­ła prze­róż­ne ze­szy­ty, w któ­rych spi­sy­wa­ła fak­ty i roz­ma­ite dane, jak choć­by wpi­sy­wa­ła od­po­wie­dzi na „po­wra­ca­ją­ce” py­ta­nia. Jak po­wsta­ły Mu­min­ki – było i po­zo­sta­ło naj­częst­szym. Naj­ob­fit­sze ma­te­ria­ły do­ty­czą jej pi­sa­nia, ist­nie­je jed­nak rów­nież mnó­stwo źró­deł do­ty­czą­cych gra­fi­ki. Prze­świe­tla­łam tę kar­to­te­kę na wszyst­kie stro­ny, nim usia­dłam do pra­cy nad książ­ką, i to za­rów­no z Tove, jak i bez niej. Stąd też uzy­ska­łam dwie per­spek­ty­wy. Pa­trzę więc na ów ma­te­riał nie­ja­ko z dwóch stron, a prze­glą­da­łam go i we­ry­fi­ko­wa­łam wie­lo­krot­nie.

Szta­lu­gi, po­sąg i Mu­mi­nek. Ate­lier przy Ulri­kas­borgs­ga­ta, lata czter­dzie­ste.

Tove była wiel­ką epi­sto­lo­graf­ką, nie tyl­ko pry­wat­nie. Li­sty do i od naj­bliż­szych, ro­dzi­ców, przy­ja­ciół i uko­cha­nych, wie­le dla mo­jej książ­ki zna­czą. Mia­łam do nich wol­ny do­stęp. Istot­na oka­za­ła się po­kaź­na ko­re­spon­den­cja mię­dzy Tove a Tu­ulik­ki Pie­ti­lä, a tak­że mię­dzy Tove a Evą Ko­ni­koff, przy­ja­ciół­ką, któ­ra wy­emi­gro­wa­ła do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w 1941 roku. Wy­mia­na li­stów z Evą trwa­ła dwa­dzie­ścia pięć lat i obej­mu­je po­nad sto li­stów ze stro­ny pi­sar­ki. „Stra­ci­łam chę­ci do pi­sa­nia li­stów po la­tach Mu­min­ko­we­go biz­ne­su, co­dzien­nej, przy­tła­cza­ją­cej ko­re­spon­den­cji z ludź­mi, któ­rych ani nie zna­łam, ani nie lu­bi­łam” – pi­sze do Evy w Wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia 1961 roku. Po­zo­stał jed­nak ja­kiś wą­ski mar­gi­nes, dla „pri­va­cy i do­brej woli”. W pew­nym mo­men­cie bli­ską przy­ja­ciół­ką Tove zo­sta­ła tak­że Maya Van­ni (swe­go cza­su żona ma­la­rza Sama Van­nie­go, men­to­ra Tove i jej trwa­ją­cej parę zim mi­ło­ści w la­tach trzy­dzie­stych), pism mię­dzy sobą wy­mie­ni­ły wie­le. Ist­nie­je spo­ro in­nych, waż­nych se­rii. Li­sty, ar­chi­wum i ba­da­nia na te­mat Tove Jans­son i jej twór­czo­ści, jak rów­nież za­war­tość dru­gie­go zbio­ru do­ku­men­tów opi­su­ję i sys­te­ma­ty­zu­ję na koń­cu. W pew­nym mo­men­cie pi­sar­ka zro­bi­ła dwie znacz­ne da­ro­wi­zny, jed­ną dla Aka­de­mii w Tur­ku (rę­ko­pi­sy i li­sty od czy­tel­ni­ków) i dru­gą dla Mu­zeum Sztu­ki w Tam­pe­re (po­nad ty­siąc ilu­stra­cji). Ma­te­ria­ły znaj­du­ją się też w in­nych miej­scach.

Tove Jans­son po­zo­sta­wa­ła wier­na swo­je­mu ate­lier przez po­nad sześć­dzie­siąt lat, sto­sy pa­pie­rów, pocz­ty i za­pi­sków tyl­ko ro­sły i ro­sły. Szczę­śli­wym tra­fem jej wie­ża od pod­ło­gi do su­fi­tu mia­ła sześć me­trów wy­so­ko­ści. Ar­chi­wa­lia są ab­so­lut­nie uni­ka­to­we. Dla mnie pra­ca nad jej sło­wem, ob­ra­zem i ży­ciem była jak nie­wy­czer­pa­na skrzy­nia skar­bów. Jed­nak kie­dyś trze­ba opu­ścić wie­ko.

IIRODZINA

Mama usia­dła na po­rę­czy mo­stu i po­wie­dzia­ła:− A te­raz chcę na­resz­cie usły­szeć coś wię­cej o na­szym przod­ku.

Zima Mu­min­ków

Signe i Vik­tor po­zna­li się w Pa­ry­żu na Aca­démie de la Gran­de Chau­mi­ère w 1910 roku. W owych cza­sach była to no­wo­cze­sna szko­ła ma­lar­stwa i rzeź­by na Mont­par­nas­sie (za­ło­żo­na w 1904 roku) i tam rów­nież, zgod­nie z ro­dzin­ną tra­dy­cją, za­czy­na­ła dużo póź­niej Tove, kie­dy stu­dio­wa­ła sztu­kę w Pa­ry­żu, choć byt­ność cór­ki oka­za­ła się krót­ka – Chau­mi­ère sta­ła się zbyt za­cho­waw­cza.

Vik­tor i Si­gne w ate­lier na Mont­par­nas­sie.

Po ślu­bie w 1913 roku para Ham­mar­sten – Jans­son wró­ci­ła do Pa­ry­ża – to było prze­cież ich mia­sto – w po­dró­ży po­ślub­nej i na sty­pen­dium za­ra­zem. Mie­li miesz­kać tam i pra­co­wać przez dłuż­szy czas i urzą­dzi­li się w ate­lier przy rue du Mo­ulin de Beur­re, tra­wia­stej im­pas­se (śle­pej ulicz­ce) w po­bli­żu rue de la Ga­îté, na za­chód od Ci­me­ti­ère du Mont­par­nas­se. W sto­li­cy Fran­cji żyli szczę­śli­wie. Si­gne ry­so­wa­ła i szki­co­wa­ła, a Vik­tor pra­co­wał nad rzeź­bą Ko­bie­ta, któ­rą wy­sła­no do Fin­lan­dii i któ­ra zdo­by­ła pierw­szą na­gro­dę w kon­kur­sie kra­jo­wym w 1914 roku. Po tam­tych do­mach od daw­na nie ma już śla­du (zni­kły wraz ze zbu­rze­niem sta­re­go Gare Mont­par­nas­se pod ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych), jed­nak kie­dy Tove z oj­cem od­wie­dzi­li Pa­ryż wio­sną 1938 roku, w ni­skich, przy­po­mi­na­ją­cych ga­ra­że bu­dyn­kach nadal miesz­ka­li ar­ty­ści. Mło­dzi mał­żon­ko­wie po­zu­ją do na­stro­jo­wej fo­to­gra­fii, Vik­tor z jed­nej stro­ny, Si­gne z dru­giej, sto­ją w otwar­tych drzwiach wy­cho­dzą­cych na za­ułek. Ate­lier czę­sto by­wa­ło otwar­te od uli­cy. Zdję­cie zro­bio­no z jego wnę­trza. Rzeź­biarz ma na so­bie bia­ły far­tuch, w tle ka­wa­let z fi­gur­ką sie­dzą­cej dziew­czyn­ki. Męż­czy­zna z jed­nej stro­ny, ko­bie­ta z dru­giej, ka­wa­let mię­dzy nimi, sztu­ka i rzeź­ba. On spo­glą­da na nią, ona zwra­ca się twa­rzą lek­ko do ka­me­ry – jak­by ist­nia­ła mię­dzy nimi ja­kaś ide­al­na li­nia. Za­czę­ło się wspól­ne ży­cie peł­ne pra­cy i mi­ło­ści.

PRA­BAB­KI I PRA­DZIAD­KO­WIE

Si­gne Ham­mar­sten, mama Tove Jans­son – przez dzie­ci za­wsze na­zy­wa­na Ham – była cór­ką sztok­holm­skie­go pa­sto­ra. Uro­dzi­ła się w roku 1882 w Han­näs w re­gio­nie kal­mar­skim jako nu­mer dru­gi z gro­mad­ki, któ­ra uro­sła do szóst­ki ro­dzeń­stwa – mia­ła star­szą sio­strę, a po niej przy­szła na świat czwór­ka bra­ci. Byłą na­sto­lat­ką, kie­dy ro­dzi­na prze­pro­wa­dzi­ła się do sto­li­cy, gdzie oj­ciec otrzy­mał sta­no­wi­sko w pod­sztok­holm­skiej gmi­nie Sol­na. W spi­sie lud­no­ści z 1900 roku fi­gu­ru­je jako „pan­na przy ro­dzi­cach” – miesz­ka­li wów­czas w sa­mym cen­trum mia­sta przy uli­cy Drot­t­ning­ga­ta 68 – lecz dwa lata póź­niej pod­ję­ła na­ukę przy Wyż­szej Szko­le Sztu­ki Użyt­ko­wej, w od­dzia­le Szko­ły Tech­nicz­nej w Sztok­hol­mie, w któ­rej zdą­ży­ła już od­być kil­ka kur­sów. Otrzy­ma­ła pięk­ne świa­dec­two i ma­rzy­ła, aby zo­stać rzeź­biar­ką, jed­nak było to bar­dzo trud­ne dla dziew­cząt na prze­ło­mie wie­ków XIX i XX. Fi­nan­se ro­dzi­ny wy­star­cza­ły tyl­ko dla bra­ci, ona otrzy­ma­ła je­dy­nie wspar­cie, żeby wy­kształ­cić się na na­uczy­ciel­kę ry­sun­ku. Mimo wszyst­ko li­znę­ła rzeź­by na kil­ku kur­sach: rzeź­by gip­so­wej, po­sta­cio­wej, sny­cer­stwa, a fo­to­gra­fia z cza­sów na­uki przed­sta­wia ją roz­pro­mie­nio­ną dumą z od­le­wu Szer­mie­rza Bor­ghe­se. Obok niej stoi Jer­ker Berg­man, ko­le­ga ze szkol­nej ławy. Po­da­nia o przy­ję­cie na żeń­ski wy­dział Aka­de­mii Sztu­ki Ham nie skła­da­ła, jed­nak­że wy­kształ­ci­ła się w dzie­dzi­nie, któ­rą sama dla sie­bie wy­ty­czy­ła.

Fre­drik Ham­mar­sten, oj­ciec Si­gne, po­cho­dził z Öster­go­tland, po kil­ku po­sa­dach wi­ka­re­go, ka­pła­na i pro­bosz­cza w re­gio­nach sma­landz­kim, öster­go­tlandz­kim i sztok­holm­skim w 1908 roku za­ofe­ro­wa­no mu sto­łecz­ną pa­ra­fię Świę­te­go Ja­ku­ba. Już w roku 1898 no­mi­no­wa­ny zo­stał na­dwor­nym ka­pła­nem. Opi­sy­wa­no go jako męż­czy­znę peł­ne­go po­ko­ry, pro­ste­go i skrom­ne­go, któ­re­go wy­da­ne dru­kiem ka­za­nia uczy­ni­ły jed­nym z naj­po­czyt­niej­szych ka­zno­dzie­jów. Przede wszyst­kim jed­nak, jak pi­szą jego bio­gra­fo­wie, był ka­pła­nem z ła­ski Bo­żej, któ­ry nie miał so­bie rów­nych w ca­łym Sztok­hol­mie i któ­ry de­ka­da za de­ka­dą ścią­gał do ko­ścio­ła rze­sze po­boż­nych słu­cha­czy. Na te­mat tek­stów bi­blij­nych mó­wił mą­drze i prze­ko­nu­ją­co i, jak z em­fa­zą twier­dzi pe­wien do­ku­men­ta­li­sta, na­le­ża­ło go ra­czej słu­chać, niż czy­tać. Jego ję­zyk opi­sy­wa­no jako pro­sty, bez­pre­ten­sjo­nal­ny i od­zna­cza­ją­cy się urze­ka­ją­cym pięk­nem. In­ny­mi sło­wy miał dar nar­ra­cji, ro­dzi­na Ham­mar­ste­nów li­czy­ła wie­le ta­kich osób. Fre­drik był naj­młod­szym bra­tem Wil­my Lin­dhé, pi­sar­ki z lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku, któ­ra wal­kę mię­dzy do­mem a za­wo­dem umie­ści­ła w czo­łów­ce pro­gra­mu li­te­rac­kie­go – jed­na z jej no­wel nosi zna­czą­cy ty­tuł Fån­gen och fri (Znie­wo­lo­na i wol­na). W swo­im me­mu­arze Från flyd­da ti­der (Z mi­nio­nych cza­sów, 1917) opi­su­je hi­sto­rię rodu i cią­gnie ją aż do koń­ca XVIII wie­ku. Pierw­szym zna­nym jej człon­kiem fa­mi­lii był wiej­ski szewc w pa­ra­fii Rönö w re­gio­nie öster­go­tlandz­kim. Z cza­sem przy­by­ło słyn­nych re­pre­zen­tan­tów, poza nią wie­lu przy­rod­ni­ków. Jej brat Olof Ham­mar­sten zdo­był mię­dzy­na­ro­do­wą sła­wę dzię­ki swo­im ba­da­niom bio­che­micz­nym.

Wie­le lat po śmier­ci Wil­my (1922) ro­dzi­nie tra­fi­ła się praw­dzi­wa gwiaz­da w oso­bie pra­wnucz­ki Tove, na­wet je­śli nie no­si­ła już na­zwi­ska Ham­mar­sten. Rów­nież Fre­drik skła­niał się ku ka­rie­rze przy­rod­ni­czej, lecz jak póź­niej dla jego cór­ki, tak i dla nie­go za­bra­kło ro­dzin­ne­go bu­dże­tu. Aby za­osz­czę­dzić na wy­dat­kach, wy­brał teo­lo­gię, na któ­rej stu­dia trwa­ły kró­cej. Osiem lat, taka była róż­ni­ca wie­ku mię­dzy Fre­dri­kiem Ham­mar­ste­nem a jego star­szą sio­strą Wil­mą. Nie­wie­le na­pi­sa­ła na jego te­mat. Pa­mię­ta jed­nak o pew­nym dro­bia­zgu: na­zy­wa­no go szcze­ro­zło­tym i je­śli są­dzić po jej opi­sach, wiódł cał­kiem słod­kie ży­cie w cza­sie ado­le­scen­cji mimo fi­nan­so­wych trud­no­ści ro­dzi­ny.

Fre­drik Ham­mar­sten po­ślu­bił w 1879 roku Elin Ema­nu­els­son, cór­kę zna­ne­go ka­zno­dziei i pa­sto­ra. Za swej mło­do­ści na­zy­wa­na była „dzi­ką cór­ką pa­sto­ra” i nie­wie­le po­nad to się o niej mó­wi­ło. Zgod­nie z wy­mo­ga­mi swe­go cza­su we­szła w rolę żony i mat­ki. Jej li­be­ral­ność odzie­dzi­czy­ła Si­gne, któ­ra sta­ła się dzi­ką cór­ką pa­sto­ra na­stęp­ne­go po­ko­le­nia. Uwiel­bia­ła jaz­dę kon­ną bez dam­skie­go sio­dła, była wpraw­nym strzel­cem i na­wet wy­stą­pi­ła po­dob­no jako ama­zon­ka w cyr­ku w obec­no­ści pary kró­lew­skiej na wi­dow­ni. W jej al­bu­mach roi się od zdjęć pod­czas za­jęć spor­to­wych. Wę­drów­ka w Al­pach, spływ ka­ja­kiem po szkie­rach, ża­gle, wio­sła, wspi­nacz­ka gór­ska, jaz­da na nar­tach, sło­wem wszyst­ko, co mo­gła ro­bić żąd­na przy­gód, mło­da i peł­na ener­gii dziew­czy­na z pla­nem od­cię­cia się od tra­dy­cyj­ne­go, skost­nia­łe­go ide­ału ko­bie­ty. Pan­ną przy ro­dzi­cach w li­te­ral­nym zna­cze­niu tego sło­wa nie była ani tro­chę. W swo­ich zbio­rach fo­to­gra­fii przed­sta­wia się jako jeż­dżą­ca kon­no po­szu­ki­wacz­ka przy­gód i pa­ry­ska po­dróż­nicz­ka. Chcia­ła pra­co­wać w za­wo­dzie, być sa­mo­dziel­na, zdo­być wy­kształ­ce­nie. Ak­tyw­ne ży­cie na świe­żym po­wie­trzu sta­no­wi­ło ele­ment ów­cze­snej idei „w zdro­wym cie­le zdro­wy duch”, a kieł­ku­ją­cy ruch szwedz­kie­go żeń­skie­go har­cer­stwa, w któ­ry Si­gne się za­an­ga­żo­wa­ła, miał na celu wpo­je­nie na­stęp­nej ge­ne­ra­cji ko­biet ha­seł wol­no­ści – wyj­ścia z domu, swo­bod­ne­go po­ru­sza­nia się i ob­co­wa­nia z na­tu­rą bez krę­pu­ją­cych stro­jów, aby – do­słow­nie – za­czerp­nąć tchu. Jako na­uczy­ciel­ka w szko­le imie­nia Wal­li­na w Sztok­hol­mie Si­gne wraz ze swo­imi naj­lep­szy­mi ko­le­żan­ka­mi po fa­chu: Emmy Grén-Bro­berg i Es­ter Lau­rell za­ło­ży­ła gru­pę skau­tek i cie­szy­ła się po­dzi­wem wie­lu swo­ich uczen­nic. Dziew­czę­ta mają prze­by­wać na dwo­rze jak chłop­cy – gło­si­ła ów­cze­sna de­wi­za. Or­ga­ni­zo­wa­no więc wy­ciecz­ki, prze­jażdż­ki ro­we­ro­we, musz­trę i wio­ślar­stwo. Zdję­cie przed­sta­wia pio­nier­ki przy ogni­sku ubra­ne w spód­ni­co-spodnie, ko­szu­le, i ob­szer­ne ka­pe­lu­sze – strój kom­plet­nie in­ne­go ro­dza­ju niż miej­skie dłu­gie su­kien­ki. Skau­ting ozna­czał wol­ność.

Pio­nier­ki har­cer­stwa. Od pra­wej Sem (Es­ter Lau­rell), Ham (dzier­żą­ca wio­sła) i Ja­fet (Emmy Grén-Bro­berg).

Dzia­ło się to jesz­cze przed ofi­cjal­ny­mi na­ro­dzi­na­mi żeń­skie­go ru­chu har­cer­skie­go, póź­niej­sza chro­no­gra­fia do­ku­men­tu­je ich wkład w roz­dzia­le Pre­lu­dia. Trio, któ­re przy­bra­ło imio­na Sem, Ham i Ja­fet (po sy­nach No­ego z pierw­szej Księ­gi Moj­że­sza), bez wąt­pie­nia na­le­ża­ło do No­wych Ko­biet owych cza­sów. (Es­ter Lau­rell na­zy­wa­ła się Se­mem, Si­gne oczy­wi­ście Ha­mem, Emmy za­tem zo­sta­ła Ja­fe­tem). Dla eman­cy­pa­cji po­wiał nowy wiatr, a roz­wój ru­chu na rzecz rów­ne­go pra­wa gło­su dla ko­biet i męż­czyzn na­brał tem­pa. We wrze­śniu 1911 roku w Sztok­hol­mie od­był się Mię­dzy­na­ro­do­wy Kon­gres na rzecz Rów­no­upraw­nie­nia Ko­biet, któ­re­go głów­ną pre­le­gent­ką była Sel­ma La­ger­löf. W tym sa­mym roku po­wstał żeń­ski ruch skau­tin­go­wy. Si­gne jako su­fra­żyst­ka za­pi­sa­ła się póź­niej. Es­ter po­szła na uni­wer­sy­tet, Emmy wy­ro­sła na oso­bi­stość w nowo za­ło­żo­nym związ­ku, a na­stęp­nie zo­sta­ła jed­ną z jego kro­ni­ka­rek. Jed­nak­że Si­gne nie za­do­wo­li­ła się ży­ciem na wol­nym po­wie­trzu pro­pa­go­wa­nym przez har­cer­ki, chcia­ła zwie­dzać Eu­ro­pę, stu­dio­wać sztu­kę, po­je­cha­ła więc do Pa­ry­ża, Lon­dy­nu, Dre­zna. Pod­czas dru­gie­go po­by­tu w Pa­ry­żu po­zna­ła swo­je­go Vik­to­ra.

Nie­ujarz­mio­na có­recz­ka pa­sto­ra.

Ocze­ku­jąc na­ro­dzin Tove, ro­dzi­na prze­pro­wa­dzi­ła się z Pa­ry­ża do Hel­si­nek. Z mło­dej adept­ki sztu­ki i na­uczy­ciel­ki Si­gne, któ­ra pra­gnę­ła zo­stać rzeź­biar­ką, prze­obra­zi­ła się w ry­sow­nicz­kę Ham – żonę i mat­kę. Z cza­sem zdo­by­ła sła­wę jako gra­ficz­ka, ka­ry­ka­tu­rzyst­ka oraz pro­jek­tant­ka znacz­ków i może słu­żyć za przy­kład no­wo­cze­snej ko­bie­ty czyn­nej za­wo­do­wo, jak w wy­wia­dzie dla cza­so­pi­sma „Astra” z 1922 roku o „Za­męż­nej ko­bie­ty pra­cy poza do­mem”. Na okład­ce wid­nie­je ona z Tove, po­li­czek przy po­licz­ku. Na po­cząt­ku nie­wie­le mia­ła cza­su na za­ję­cia ar­ty­stycz­ne – opo­wia­da w wy­wia­dzie – lecz kie­dy Tove pod­ro­sła, obu­dzi­ła się w niej „tę­sk­no­ta za sztu­ką” i obec­nie ży­cie bez niej by­ło­by nie do po­my­śle­nia – cho­ciaż „ro­dzi­na po­więk­szy­ła się o jed­ne­go pę­dra­ka”. Per Olov przy­szedł na świat w 1920 roku. Si­gne ha­ro­wa­ła przy sto­le kre­ślar­skim na utrzy­ma­nie ro­dzi­ny, a dla iście wol­ne­go upra­wia­nia sztu­ki za­bra­kło już cza­su. Ham zo­sta­ła wir­tu­ozem ka­ry­ka­tu­ry – i już na do­bre i na złe nada­no jej przy­do­mek „ma­łej ko­bry” – choć na ogra­ni­czo­nej are­nie. Szcząt­ko­wa nota w Szwedz­kim lek­sy­ko­nie bio­gra­ficz­nym mówi wszyst­ko na te­mat ów­cze­sne­go spoj­rze­nia na ko­bie­tę, sta­le de­fi­nio­wa­ną przez pry­zmat ko­goś in­ne­go: „Sio­stra Olo­fa, Eina­ra i Ha­ral­da H. Si­gne H. Jans­son (ur. 1882) jest pra­cu­ją­cą w Hel­sin­kach gra­ficz­ką; żona rzeź­bia­rza Vik­to­ra Bern­har­da Jans­so­na, mat­ka fiń­sko-szwedz­kiej ar­tyst­ki i pi­sar­ki Tove Jans­son”. Ry­sow­nicz­ka przed­sta­wio­na jest tu za po­mo­cą okre­śleń ta­kich jak sio­stra, żona, mat­ka. We wła­snej re­ka­pi­tu­la­cji z ży­cia ani sło­wem nie na­po­my­ka o sztu­ce, je­dy­nie o pra­cy i mi­ło­ści. Pod­su­mo­wa­nie ma styl An­to­lo­gii Spo­on Ri­ver, swo­bod­nej wy­po­wie­dzi wzo­rem po­ety Ed­ga­ra Lee Ma­ster­sa: tekst jest wol­ny od ry­mów, słów-wy­peł­nia­czy i me­ta­for. Si­gne za­pro­jek­to­wa­ła okład­kę do tomu Spo­on Ri­ver z 1927 roku.

By­łam cór­ką pa­sto­ra

su­fra­żyst­ką

na­uczy­ciel­ką

pio­nier­ką skau­tek

in­te­re­su­ją­cą się

me­dy­cy­ną

książ­ka­mi i jaz­dą kon­ną

re­li­gij­ną ide­alist­ką

ko­cha­łam pew­ne­go ar­ty­stę

wy­je­cha­łam do jego kra­ju

prze­ży­łam 4 woj­ny

cięż­ko pra­co­wa­łam na klop­sy na obiad

uro­dzi­łam 3 wspa­nia­łych

fan­ta­stycz­nych dzie­ci

więc wła­ści­wie

to wszyst­ko nie było aż tak

zwa­rio­wa­ne.

Ham

Ar­ty­sta, któ­re­go po­ko­cha­ła, uro­dził się w roku 1886; wy­wo­dził się z ro­dzi­ny kup­ców, urzęd­ni­ków, na­uczy­cie­li – sło­wem drob­no­miesz­czań­skiej, jak skwi­to­wał Ari La­tvi, pre­zen­tu­jąc Vik­to­ra Jans­so­na na wy­sta­wie ku jego pa­mię­ci zor­ga­ni­zo­wa­nej w 1988 roku. Oj­ciec rzeź­bia­rza, Ju­liusz Vik­tor Jans­son, pra­co­wał w domu han­dlo­wym Stock­man­na. Z cza­sem zo­stał wła­ści­cie­lem „skle­pu pa­sman­te­ryj­ne­go”. Mat­ka na­zy­wa­ła się Jo­han­na Karls­son. Mie­li czwo­ro dzie­ci, lecz prze­ży­li je­dy­nie Vik­tor i Ju­liusz Edvard (zwa­ny Jul­la­nem). Sio­stra bliź­niacz­ka Vik­to­ra zmar­ła, ma­jąc za­le­d­wie pięć mie­się­cy, a on sam już jako sze­ścio­la­tek stra­cił ojca. Jo­han­na zo­sta­ła sama z dwo­ma chłop­ca­mi. Żyło im się bar­dzo skrom­nie, jed­nak­że Jo­han­na, po szko­le dla pa­nien oraz In­sty­tu­cie Han­dlu, prze­ję­ła pro­wa­dze­nie skle­pu, za­dba­ła o nie­złe wa­run­ki dla nie­du­żej ro­dzi­ny i była w sta­nie za­pew­nić sy­nom wy­kształ­ce­nie. Gdy mimo wszel­kich jej sta­rań in­te­res w 1911 roku splaj­to­wał, Vik­tor prze­by­wał już na sty­pen­dium w Pa­ry­żu.

Od cza­sów mło­do­ści mó­wio­no na nie­go „Faf­fan” i tak też na­zy­wa­ły go dzie­ci. Po­dob­no imię to na­ro­dzi­ło się na lek­cji gim­na­sty­ki, kie­dy ze snu na ja­wie wy­rwa­ło go we­zwa­nie na­uczy­cie­la, aby prze­stał stać jak ja­kiś dzia­dek – fafa (skrót od far­far), co póź­niej prze­kształ­ci­ło się w Faf­fa­na. Jed­nak Vik­tor nie na­le­żał wca­le do sen­nych ma­rzy­cie­li. Już jako mło­dy adept sztu­ki prze­ja­wiał po­sta­wę nie­po­kor­ną i har­dą, bun­tu­jąc się prze­ciw­ko tra­dy­cyj­ne­mu na­ucza­niu w szko­łach ar­ty­stycz­nych. Póź­niej wraz z Mar­cu­sem Col­li­nem, Tyko Sal­li­ne­nem oraz Uuno Alan­ko za­ło­żył nie­za­leż­ną Aka­de­mię Sztu­ki (1915) ofe­ru­ją­cą edu­ka­cję na wzór za­gra­nicz­ny w dzie­dzi­nie ma­lar­stwa i rzeź­by; utrzy­ma­ła się ona tyl­ko rok. Ja­kieś dwa­dzie­ścia lat póź­niej Tove po­szła w jego śla­dy. Gru­pa uczniów rzu­ci­ła Szko­łę Ry­sun­ku To­wa­rzy­stwa Ar­ty­stycz­ne­go, aby swo­bod­nie pra­co­wać we wspól­nym ate­lier. Vik­tor był pierw­szym bun­tow­ni­kiem w ro­dzi­nie, przed nim nikt nig­dy nie zde­cy­do­wał się na ka­rie­rę ar­ty­stycz­ną. Za­rów­no on, jak i Ham do­ko­na­li wy­bo­ru wy­kra­cza­ją­ce­go poza tra­dy­cje ro­dzin­ne. Obo­je ucie­kli od nich na rzecz ob­ra­zu. On po­szedł do Szko­ły Ry­sun­ku To­wa­rzy­stwa Ar­ty­stycz­ne­go (1903) i zo­stał uczniem rzeź­bia­rza Ro­ber­ta Sti­gel­la (któ­ry nie­ja­ko za­stą­pił mu ojca), przez dłu­gi okres pra­co­wał i stu­dio­wał w Pa­ry­żu. Para ero­tycz­nych rzeźb gru­po­wych za­ty­tu­ło­wa­nych Na­mięt­ność oraz Zmierzch, wy­sta­wio­nych w Fin­lan­dii w 1911 roku, wy­wo­ła­ła wzbu­rze­nie. An­na­ły sztu­ki od­no­to­wu­ją to wy­da­rze­nie jako „skan­dal, któ­ry do­ko­nał prze­ło­mu”.

Faf­fan cięż­ko pra­co­wał za­wo­do­wo, ale lu­bił też uży­wać ży­cia i po­hu­lać, co trwa­ło nie­kie­dy ca­ły­mi dnia­mi, i pre­zen­ta­cja sztu­ki jako „im­pre­zy” w Cór­ce rzeź­bia­rza daje z grub­sza re­pre­zen­ta­tyw­ny ob­raz tego zja­wi­ska. W dzien­ni­ku Tove znaj­du­je się mały szkic ro­dza­jo­wy. Mia­ła dwa­dzie­ścia je­den lat i ma­lo­wa­ła wraz z ar­ty­stą Sa­mem Van­nim. Pew­nej stycz­nio­wej nocy w roku 1936 wra­ca do domu – ate­lier Lal­luk­ka:

Im­pre­za przy Lots­ga­ta. Z pa­mięt­ni­ka, 1929.

Prze­krę­ca­jąc klucz w zam­ku, usły­sza­łam śmiech i brzęk kie­lisz­ków. Pies Mar­cu­sa Col­li­na pod­biegł do mnie z wy­cie­racz­ką w py­sku. Dym ty­to­nio­wy uno­sił się pod su­fi­tem ni­czym ki­pią­ca po­wło­ka. Mu­zyk Hirn wstał od za­sta­wio­ne­go bu­tel­ka­mi sto­łu i pod­szedł do mnie chwiej­nym kro­kiem. Jego wiel­ka twarz o ostrych ry­sach była na­pię­ta, jak­by cze­goś za­pa­mię­ta­le szu­kał. Sze­ro­kim ge­stem za­pro­sił mnie, bym usia­dła. Mar­cus jak zwy­kle przy­siadł w ką­cie, chi­cho­cząc sam do sie­bie, Tun­ström krę­cił się po po­ko­ju, oglą­da­jąc rzeź­by ojca.

Tato grał na ba­jo­nie (ro­dzaj akor­de­onu), wzrok miał ja­sny i nie­obec­ny. Za­pa­li­łam pa­pie­ro­sa i ci­cho usia­dłam na ka­na­pie. Mama po­szła spać, to może być dłu­ga noc.

Do czę­stych go­ści na­le­żał ar­ty­sta Tyko Sal­li­nen, któ­re­go Vik­tor po­znał w Pa­ry­żu oko­ło roku 1910. Zda­rzał się im tam dłu­go­trwa­ły „rausz na ta­ra­sie ka­wiar­ni” i te dzi­kie na­wy­ki kon­ty­nu­owa­li w domu w Hel­sin­kach. Do ich krę­gu na­le­że­li też Mar­cus Col­lin (wspo­mnia­ny po­wy­żej) i Jal­ma­ri Ru­oko­ko­ski, jed­nak naj­bliż­szy Faf­fa­no­wi był ma­larz Al­war Ca­wén. Uro­dzi­li się w tym sa­mym roku (1886), ra­zem uczęsz­cza­li do Szko­ły Ry­sun­ku, w Pa­ry­żu za­in­sta­lo­wa­li się wspól­nie, dzie­ląc ży­cie i sztu­kę, por­tre­tu­jąc sie­bie na­wza­jem. Kom­pan ten sta­le na­wie­dzał dom Jans­so­nów i zo­stał na­ry­so­wa­ny przez sze­ścio­let­nią Tove. Gdy od­szedł w 1935 roku, po­grą­żo­na w żalu dziew­czy­na w dzien­ni­ku pod datą trze­cie­go mar­ca na­pi­sa­ła: „Ca­wén zmarł na atak ser­ca. Tato był bar­dzo zroz­pa­czo­ny. Wszyst­kich nas ogar­nął bez­gra­nicz­ny smu­tek”.

Vik­tor Jans­son w swo­ich krę­gach sta­no­wił po­stać cen­tral­ną, an­ga­żo­wał się rów­nież w or­ga­ni­za­cje ar­ty­stów. Jego bio­gra­fia sta­ła się w du­żej mie­rze hi­sto­rią kon­kur­sów, na­gród przy­zna­nych i nie­przy­zna­nych, trium­fów i roz­cza­ro­wań. To była za­cie­kła wal­ka, a Faf­fan, jak zresz­tą i inni rzeź­bia­rze tam­te­go okre­su, two­rzył w cie­niu Wäi­nö Aal­to­ne­na. Dru­gie miej­sce w ry­wa­li­za­cji o po­mnik To­pe­liu­sa w 1929 roku do­pro­wa­dza całą ro­dzi­nę „do sza­łu ra­do­ści” i do­star­cza po­wo­du do „im­pre­zy”. „W domu są jabł­ka i grusz­ki, mar­mo­la­da no i cze­ko­la­da – wy­mie­nia wnie­bo­wzię­ta Tove – urzą­dza­my dzi­siaj ucztę, przy­cho­dzą Fin­ne, Fe­lix, Malm­berg i ja­kiś Szwed”. Uczest­ni­cy im­pre­zy to Gun­nar Fin­ne oraz Fe­lix Ny­lund, Szwe­dem (praw­do­po­dob­nie) oka­zał się ar­ty­sta Ar­nold Strind­berg. Póź­niej­sze zma­ga­nia w Va­sie w 1935 roku nie oka­za­ły się już tak szczę­śli­we, Tove z obu­rze­niem sko­men­to­wa­ła ich prze­bieg:

Kon­kurs roz­strzy­gnię­ty. Okrzyk wśród ar­ty­stów: pierw­sza na­gro­da – Lii­po­la (Yrjö)! Dru­ga – Fin­ne. Ko­mi­sja robi ru­mor do szó­stej nad ra­nem, a na ogło­sze­nie wy­ni­ków sta­wia się zre­du­ko­wa­na i w ża­ło­snym sta­nie. Pro­po­zy­cja taty po­szła za 5000. I tak był lep­szy niż cała resz­ta, i je­stem z nie­go dum­na, jak gdy­by mimo wszyst­ko jemu przy­zna­no wy­ko­na­nie!

Zwy­cię­sko do­da­je dzień póź­niej, iż pra­sa dała ojcu „zna­ko­mi­ty re­wanż”. Dla Vik­to­ra i in­nych rzeź­bia­rzy po­mni­ki były nie­zwy­kle istot­ne – po woj­nie sta­wia­no ich wie­le – a za­wo­dy w tej dzie­dzi­nie da­wa­ły szan­sę za­rob­ku. Dom był jed­nak zdo­mi­no­wa­ny przez po­sta­ci ko­biet, fi­gur­ki dzie­ci i che­ru­bi­nów w roz­ma­itej for­mie. Na­zwa­no to nur­tem de­ko­ra­tyw­nym w twór­czo­ści Vik­to­ra, lecz był to ra­czej pod wzglę­dem ar­ty­stycz­nym zwrot o sto osiem­dzie­siąt stop­ni ku de­li­kat­niej­sze­mu sty­lo­wi. W tych ma­łych rzeź­bach twar­de ma­te­ria­ły i kształ­ty na­bra­ły szorst­kiej otwar­to­ści, prze­obra­zi­ły się w proś­bę do od­bior­cy, aby zaj­rzał pod ze­wnętrz­ną war­stwę dzie­ła. Od­no­si się to jak naj­bar­dziej do rzeźb, do któ­rych po­zo­wa­ły mu Ham i Tove.

Obo­je, Si­gne i Vik­tor byli twór­ca­mi o sil­nej oso­bo­wo­ści, jed­nak sy­tu­acja męż­czy­zny róż­ni­ła się da­le­ce od sy­tu­acji ko­bie­ty. Jesz­cze nim się po­bra­li, ona mu­sia­ła odło­żyć naj­bar­dziej ra­dy­kal­ne pla­ny zwią­za­ne z ka­rie­rą na pół­kę. Ale na męża wy­bra­ła so­bie rzeź­bia­rza. Przy­dał się kurs z od­le­wów gip­so­wych, współ­pra­ca w ate­lier sta­ła się ich co­dzien­ną prak­ty­ką. Pod­czas tego szczę­śli­we­go roku w Pa­ry­żu obiek­tyw apa­ra­tu za­sko­czył ich w chwi­li od­prę­że­nia po pra­cy; obo­je po­pla­mie­ni gip­sem, zwłasz­cza Vik­tor. Si­gne uśmie­cha się sze­ro­ko, ra­do­śnie. Na Äng­smarn w ma­jąt­ku Ham­mar­ste­nów zaj­mu­ją się gło­wą ko­bie­ty – o ry­sach Ham. Z cza­sem Si­gne za­czę­ła sy­gno­wać dzie­ła męża i w ra­zie po­trze­by po­tra­fi­ła ulep­szyć jego pra­ce, na przy­kład prze­ra­bia­jąc nie­uda­ną dłoń.

Faf­fan i Ham po wy­le­wa­niu gip­su w for­my.

W związ­ku Ham i Vik­to­ra po­łą­czy­ły się dwa kra­je, dwie kul­tu­ry, dwa ist­nie­nia. Two­rzy­li, ko­cha­li i do­cze­ka­li się cór­ki. Na­stęp­nie dwóch sy­nów. Żyli w szczę­ściu, ale i w cza­sach woj­ny i re­wo­lu­cji, i na sa­mym po­cząt­ku pierw­szej woj­ny świa­to­wej mu­sie­li się na tro­chę roz­stać. Vik­tor zo­stał sam w domu przy Lots­ga­ta, na­to­miast Si­gne i Tove prze­by­wa­ły w Sztok­hol­mie. Wio­sną 1915 roku po­wsta­ło spo­ro fo­to­gra­fii wy­sła­nych Vik­to­ro­wi do domu. Naj­bar­dziej bo­le­snym okre­sem był czas woj­ny do­mo­wej. Ona na za­wsze zmie­ni­ła ra­do­sne­go ar­ty­stę, w któ­rym za­ko­cha­ła się Si­gne, szy­kow­ne­go pla­sty­ka two­rzą­ce­go w gip­sie, z bły­skiem w oku uśmie­cha­ją­ce­go się do ka­me­ry. Po­wra­ca­ją­cy z fron­tu Vik­tor był zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem, za­mknię­tym w so­bie, mrocz­nym, nie­śmie­ją­cym się pra­wie wca­le. Miał wów­czas za­le­d­wie trzy­dzie­ści dwa lata, lecz okro­pień­stwa walk i jego do­świad­cze­nia na dłu­go od­ci­snę­ły ślad na ży­ciu ro­dzin­nym. To nie jest zwy­kła woj­na, pi­sał do Ham szó­ste­go mar­ca 1918 roku, lecz „coś o wie­le gor­sze­go. Tu­taj nikt się z ni­kim nie cac­ka”. My­śli tyl­ko o przy­szło­ści: „Jaka to bę­dzie ra­dość i za­ba­wa po woj­nie. Otwo­rzy się przed nami nowy świat i pój­dzie­my ku cza­som szczę­śli­wym” – kon­ty­nu­uje siód­me­go kwiet­nia. Wte­dy to roz­po­czął się de­sant nie­miec­kich od­dzia­łów w Fin­lan­dii i tego dnia wła­śnie 2500 żoł­nie­rzy do­tar­ło do Lo­vi­sy. Ru­szy­li na pół­noc, zaj­mu­jąc Lah­ti, co za­blo­ko­wa­ło ruch ko­lei.

Li­sty Vik­to­ra to żywy ka­wa­łek hi­sto­rii, opo­wia­da­nia wo­ja­ka peł­ne jego prze­żyć, wra­żeń i tę­sk­not. Wy­czu­wal­ny w nich rys epic­ki, po­ry­wa­ją­ca po­trze­ba wy­ra­że­nia się w pi­śmie łą­czą ojca z cór­ką. Vik­tor pra­gnie „po­roz­ma­wiać” z Si­gne – to wy­ra­że­nie po­wra­ca raz za ra­zem (i tak też póź­niej bę­dzie pi­sa­ła Tove) – szu­ka­jąc bli­sko­ści z uko­cha­ną po­przez sło­wo. Opi­su­jąc (bar­dzo la­pi­dar­nie) wła­sne do­ko­na­nia – rzu­cił się na przy­kład przez otwar­te pole pod peł­nym ob­strza­łem, aby zdo­być amu­ni­cję – mówi ję­zy­kiem ży­wym i wy­ra­zi­stym. W fa­mi­lii Ham­mar­ste­nów zna­la­zło się wie­lu zręcz­nych opo­wia­da­czy, spad­kiem tym za­rzą­dza­ła Si­gne i prze­ka­za­ła go cór­ce. Jed­nak pi­sa­nie Vik­to­ra jest rów­nie bli­skie Tove ga­wę­dziar­ce. Stąd i Ta­tuś, pi­sarz.

WUJ­KO­WIE JAK DY­NA­MIT

Krew­nia­cy dziad­ków Si­gne two­rzy­li gro­ma­dę bra­ci, sióstr i z cza­sem licz­nych dzie­ci. Dom Ham­mar­ste­nów w ma­jąt­ku Äng­smarn na wy­spie Bli­dö szyb­ko za­czę­to utoż­sa­miać z pier­wo­wzo­rem domu Mu­min­ków. Re­pre­zen­ta­tyw­ne dla au­to­bio­gra­fii Tove Jans­son sta­ło się zda­nie z wpro­wa­dze­nia do Cór­ki rzeź­bia­rza: „Mój dzia­dek ze stro­ny mat­ki był pa­sto­rem i ka­zno­dzie­ją kró­lew­skim. Pew­ne­go razu, nim zie­mię za­lud­ni­ły jego dzie­ci, wnu­ki i pra­wnu­ki, dzia­dek na­tra­fił na dłu­gą zie­lo­ną łąkę oto­czo­ną la­sa­mi i gó­ra­mi. Przy­po­mi­na­ła wręcz raj­ską do­li­nę. Jed­nym swym koń­cem do­cho­dzi­ła do za­to­ki mor­skiej, w któ­rej mo­gły­by się ką­pać na­stęp­ne po­ko­le­nia”. Tę idyl­licz­ną do­li­nę wspo­mi­na Tove w swo­im pierw­szym dzien­ni­ku z 1926 roku. Dzia­dek już wte­dy nie żył, lecz na po­mo­ście przy Äng­smarn stoi bab­ka, któ­ra przyj­mo­wa­ła ro­dzi­nę Jans­so­nów przez dłu­gie lata. Do­oko­ła roi się od ro­dzi­ców, ku­zy­nów i dzia­twy w róż­nym wie­ku: „Zro­bi­ła się z nas spo­ra gro­mad­ka dzie­ci w ogro­dzie” – no­tu­je nie­mal dwu­na­sto­let­nia Tove la­tem 1926 roku, nie omiesz­kaw­szy na­ry­so­wać tej cze­re­dy pod ty­tu­łem „My, dzie­ci z Äng­smarn”. W la­tach dwu­dzie­stych fa­mi­lia cza­sa­mi jeź­dzi­ła la­tem do Sztok­hol­mu, od­wie­dza­ła krew­nych oraz spę­dza­ła kil­ka dni na za­ku­pach w domu han­dlo­wym Kam­pa­nii Nor­dyc­kiej zwa­nej też NK, wi­zy­cie w skan­se­nie i par­ku roz­ryw­ki Gröna Lund, jak rów­nież te­atrze czy ki­nie. Po­tem uda­wa­li się na Bli­dö, Tove zwy­kle zo­sta­wa­ła z młod­szy­mi brać­mi, a ro­dzi­ce wra­ca­li do mia­sta do pra­cy. Wa­ka­cje z 1926 roku zaj­mu­ją słusz­ną część no­tat­ni­ka opi­sa­mi ką­pie­li, wy­praw na ja­go­dy i za­baw. Tove ku­pi­ła w NK strój in­diań­ski i wy­stę­po­wa­ła jako wódz ple­mie­nia „Że­la­zne Ser­ce” wca­le nie­rzad­ko, jej ku­zyn­ka Ka­rin przy­bra­ła imię „Czar­na Ręka”, a Per Olov „So­ko­le Oko”. (Naj­młod­szy bra­ci­szek Las­se przy­szedł na świat je­sie­nią tego sa­me­go roku). Za bla­de twa­rze w stre­fie za­gro­że­nia uzna­no mię­dzy in­ny­mi bra­ci mamy Eina­ra i Olo­fa.

Dzie­ci z Äng­smarn (ilu­stra­cja po le­wej). Z pa­mięt­ni­ka, 1926.

Ro­dzeń­stwo Si­gne ode­gra­ło zna­czą­cą rolę. To u Eina­ra Ham­mar­ste­na, jed­ne­go z licz­nych przy­rod­ni­ków w ro­dzi­nie, ulo­ko­wa­no Tove na czas stu­diów w Sztok­hol­mie na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych, na­to­miast u sio­stry Si­gne Elsy, któ­ra po­ślu­bi­ła nie­miec­kie­go pa­sto­ra, po­miesz­ki­wa­ła pod­czas swo­je­go pierw­sze­go wy­jaz­du za gra­ni­cę. Ciot­ka była mat­ką Ka­rin, do któ­rej Tove była bar­dzo przy­wią­za­na. Bra­cia Ham­mar­sten – Tor­sten, Olof, Einar i Ha­rald – wszy­scy czte­rej spe­cja­li­zo­wa­li się w na­ukach przy­rod­ni­czych: me­tro­log, bio­log, che­mik, ma­te­ma­tyk. Eks­cen­trycz­ni i cha­rak­ter­ni, każ­dy na swój spo­sób, byli in­dy­wi­du­ali­sta­mi tak jak Si­gne. Bu­do­wa­li domy, że­glo­wa­li (naj­le­piej w sztor­mie), wspi­na­li się na góry, w za­mie­ci śnież­nej jeź­dzi­li na nar­tach, upra­wia­li al­pi­nizm i do­ko­ny­wa­li mniej lub bar­dziej ry­zy­kow­nych eks­pe­ry­men­tów. Tor­sten Ham­mar­sten uwiel­biał eks­plo­zje (naj­le­piej, żeby lu­dzie aż pod­sko­czy­li od huku) i pew­ne­go razu na­peł­nił to­czy­dło pro­chem, wło­żył do pie­ca i pod­pa­lił – wy­strze­li­ło przez okno, lą­du­jąc w szklar­ni są­sia­da. (Tak przed­sta­wia tę hi­sto­rię Tove w opo­wia­da­niu Mina äl­ska­de mor­bröder, Moi uko­cha­ni wuj­ko­wie).

Tove z nie­po­kor­nym wu­jem Ha­ral­dem, lata trzy­dzie­ste.

Pły­wac­kie akro­ba­cje na Bli­dö, stu­dium sty­lów z Tove w kil­ku od­sło­nach. Z pa­mięt­ni­ka, lato 1930.

A wuj­ków bez dwóch zdań ota­cza­ła aura przy­gód i sen­sa­cji, zwłasz­cza Tor­ste­na, Ha­ral­da i Eina­ra, któ­rych wy­bu­cho­we na­tu­ry zro­bi­ły na sio­strze­ni­cy duże wra­że­nie. Ich spo­ra­dycz­ne wi­zy­ty po fiń­skiej stro­nie ar­chi­pe­la­gu, gdzie Jans­so­no­wie wy­naj­mo­wa­li dom, były świę­tem. Po trzy­dnio­wych od­wie­dzi­nach „dzi­kie­go, ru­de­go wuj­ka Ha­ral­da z jach­tem «Tha­lat­ta» i trze­ma du­sza­mi to­wa­rzy­szą­cy­mi mu na po­kła­dzie” Tove cho­ru­je z tę­sk­no­ty za nimi. Ham­mar­ste­no­wie po­tra­fi­li opo­wia­dać – szcze­gól­nie Tor­sten – i na Bli­dö prze­ści­ga­li się w hi­sto­riach o du­chach. Raz Tor­sten opo­wie­dział tak mro­żą­cą krew w ży­łach przy­go­dę wła­sną i in­nych, że Tove od­no­to­wa­ła to w swo­im pa­mięt­ni­ku. Wcze­śniej sama za­ba­wia­ła dzie­cia­ki „ba­śnia­mi o du­chach i trol­lach”, a one z prze­ra­że­niem wy­pi­sa­nym na twa­rzach wsłu­chi­wa­ły się w „gro­bo­wą ci­szę”. To, że „po­ciąg do kon­fa­bu­la­cji mają we krwi”, stwier­dza ja­sno w jed­nym za­pi­sku. Jest to „ro­dzin­ny de­fekt, na któ­ry nic nie po­ra­dzę” – pi­sze dwu­dzie­ste­go czwar­te­go mar­ca 1932 roku. Opróż­ni­ła swo­je „za­so­by aneg­dot o szmu­gle­rach” na pew­nym przy­ję­ciu w ate­lier, po czym „cier­pi ka­tu­sze”, że tak „hor­ren­dal­nie” prze­sa­dza.

Einar, któ­ry zo­stał pro­fe­so­rem che­mii i far­ma­cji w In­sty­tu­cie Ka­ro­lin­ska, ucho­dził za kon­flik­to­we­go i bun­tow­ni­cze­go – stwier­dza ko­le­ga Ulf La­ger­kvist, któ­ry po­znał go w cza­sach po­wo­jen­nych. Co roku od­pa­lał na Bli­dö po­tęż­ną wiel­ka­noc­ną pe­tar­dę, uzbro­jo­ną w parę kor­ków so­do­wych z la­bo­ra­to­rium. Per­fo­ro­wał te szpun­ty, na­ni­zy­wał na dru­cik, któ­ry zwi­jał w „luź­ny kłę­bek”, a na­stęp­nie rzu­cał go da­le­ko w mo­rze. Cy­tu­jąc La­ger­kvi­sta: „Jak opo­wia­dał z za­do­wo­le­niem, huk był wy­so­ce sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy. Sód w kon­tak­cie z wodą re­ago­wał nie­sły­cha­nie gwał­tow­nie, a w ska­li, na jaką Einar prze­pro­wa­dził eks­pe­ry­ment, re­zul­tat mu­siał przy­po­mi­nać mniej­szą eks­plo­zję ato­mo­wą”. Dla współ­cze­snych so­bie służ­bi­stów, kie­row­ni­ków ba­dań i dla ad­mi­ni­stra­cji uni­wer­sy­tec­kiej był zmo­rą – kon­ty­nu­uje La­ger­kvist – jed­nak po­tra­fił stwo­rzyć kre­atyw­ne śro­do­wi­sko i gro­ma­dzić uczniów wo­kół sie­bie: „ło­wił lu­dzi jak nikt inny, a wszy­scy, któ­rzy zna­leź­li się pod jego uro­kiem, zo­sta­li na­zna­cze­ni i ukształ­to­wa­ni przez to do­świad­cze­nie”. Ów czar do­się­gnął rów­nież Tove, głę­bo­ko ko­cha­ją­cej wuja Eina­ra, któ­ry za­im­po­no­wał jej nie­jed­no­krot­nie. W jed­nym z li­stów do domu z miesz­ka­nia Ham­mar­ste­nów przy uli­cy Norr Mälar­strand 26 ra­do­śnie opo­wia­da Ham o no­wej przy­go­dzie Eina­ra na Bli­dö w kwiet­niu 1933 roku. Ra­zem z Anną Lisą oraz małą Ullą (żoną i cór­ką) wy­szedł na nie­pew­ny lód, wpadł pod nie­go, wy­do­stał się w cu­dow­ny spo­sób na po­wierzch­nię i po dro­dze do brze­gu ru­nął do wody jesz­cze ze trzy razy. „I co ty na to? – pyta Ham, do­da­jąc: – Wu­jek Einar pod­śmie­chu­je się kon­tent, że na­wet Ha­rald uwa­ża go za lek­ko­myśl­ne­go”.

Ro­dzi­na Faf­fa­na nie od­ci­snę­ła się rów­nie ostrym kon­tu­rem jak wy­ra­zi­ści Ham­mar­ste­no­wie z pa­mięt­ni­ków Tove, bra­ko­wa­ło też su­ge­styw­ne­go oto­cze­nia, z któ­rym moż­na by wią­zać do­świad­cze­nia. Od­wie­dzi­ny u Jans­so­nów nie na­le­ża­ły do czę­stych i w za­pi­skach wspo­mi­na­ne są zwy­kle prze­lot­nie. Jed­nak do Cór­ki rzeź­bia­rza do­ro­sła pi­sar­ka wpro­wa­dza przed­się­bior­czą bab­kę han­dlu­ją­cą pa­sman­te­rią, któ­ra przed zbli­ża­ją­cym się ban­kruc­twem scho­wa­ła pu­deł­ka z gu­zi­ka­mi pod hal­ką, do­kład­nie tak samo, jak kie­dyś pod­czas „woj­ny wy­zwo­leń­czej” ukry­ła pod nią broń.

HAM­MAR­STEN I JANS­SON

„Z wi­zy­tą u Si­gne i Faf­fa­na” przy Lots­ga­ta 4B. W ką­cie po pra­wej stro­nie biur­ko Ham, w tle pra­cow­nia.

„Z wi­zy­tą u Si­gne i Faf­fa­na” – tak mat­ka Tove za­ty­tu­ło­wa­ła swój al­bum ze zdję­cia­mi z miesz­ka­nia przy uli­cy Lots­ga­ta w dziel­ni­cy Ska­tud­den. Opro­wa­dza­nie – wo­lu­men po­cho­dzi z 1922 roku – za­czy­na się w holu, idzie da­lej przez sa­lon z tu i ów­dzie sto­ją­cy­mi fi­gur­ka­mi, mię­dzy in­ny­mi gło­wą Ham. Na jed­nej ścia­nie wi­szą owal­ne por­tre­ty Fre­dri­ka i Elin Ham­mar­ste­nów, na po­zo­sta­łych wzo­rzy­ste tka­ni­ny i ob­ra­zy. Wej­ście do ate­lier od­dzie­lo­ne jest dra­pe­rią, a w rogu mie­ści się stół kre­ślar­ski pani domu. Zer­ka­my do pra­cow­ni, gdzie wi­dać ka­wa­let, mo­że­my też zaj­rzeć do sy­pial­ni. Jed­no zdję­cie uka­zu­je dzie­ci Tove i Pera Olo­va sie­dzą­cych ra­zem w wi­kli­no­wym fo­te­lu, spo­wi­no­wa­co­nym z me­blem, któ­ry oj­ciec z Cór­ki rzeź­bia­rza ata­ku­je ba­gne­tem w cza­sie dzi­kiej hu­lan­ki. Ra­czej trzy­ma się w jed­nym ka­wał­ku. Pa­nu­je tu ja­sny i gu­stow­ny styl se­ce­syj­ny, z oso­bi­sty­mi ak­cen­ta­mi, wca­le nie świad­czą­cy­mi osten­ta­cyj­nie, że ich wła­ści­cie­le na­le­żą do cy­ga­ne­rii. Jak­kol­wiek fa­mi­lia mo­gła być tak po­strze­ga­na przez oto­cze­nie. Erik Ta­wa­st­stjer­na miesz­ka­ją­cy w tej sa­mej klat­ce scho­do­wej okre­śla ich tryb ży­cia jako wzór la vie de la bo­hème.

Tove i Per Olov w rat­ta­no­wym fo­te­lu. Z ro­dzin­ne­go al­bu­mu, 1922.

Dom i ate­lier były po­łą­czo­ne, pra­ca i ro­dzi­na prze­pla­ta­ły się ze sobą – w ta­kich wa­run­kach wzra­sta­li Tove i jej dwaj bra­cia. Sztu­ka i ob­raz wio­dły tu prym, ale znaj­do­wa­ło się tam rów­nież dużo ksią­żek. Ham ilu­stro­wa­ła po­wie­ści, to­mi­ki po­etyc­kie, li­te­ra­tu­rę fa­cho­wą – prak­tycz­nie wszyst­ko. Wiel­ki re­gał z książ­ka­mi się­gał od pod­ło­gi po su­fit. „W jed­nym z naj­za­baw­niej­szych ar­ty­stycz­nych do­mów” – brzmiał ty­tuł ar­ty­ku­łu z cy­klu „W domu u…” w szwedz­kim dzien­ni­ku „Hu­fvud­stads­bla­det” po wi­zy­cie u ro­dzi­ny la­tem 1927 roku, kie­dy Tove mia­ła trzy­na­ście lat. Dzien­ni­kar­ka Es­ter Åkes­son, dla któ­rej Tove pra­co­wa­ła póź­niej jako mło­da ilu­stra­tor­ka, po­rów­nu­je „miesz­ka­nie do szka­tuł­ki z nie­skoń­czo­ną licz­bą schow­ków”: kie­dy my­ślisz, że po­zna­łeś już cały ten sys­tem, otwie­ra się ko­lej­na skryt­ka i uka­zu­je coś no­we­go. Ta­kim od­kry­ciem sta­ła się „pół­ka” (do spa­nia), gdzie re­zy­do­wa­ła Tove. Kie­dy za­bra­kło miej­sca, do­słow­nie obu­do­wa­li ścia­ny – brat Lars uro­dził się w 1926 roku i po­trze­bo­wa­li wię­cej prze­strze­ni dla ma­lu­chów. Tove, któ­rej ka­za­no zejść z pół­ki i przy­wi­tać się z żur­na­list­ką, zo­sta­ła opi­sa­na jako „dłu­go­no­ga na­sto­lat­ka” i mimo tak mło­de­go wie­ku wy­daw­ca ilu­stro­wa­ne­go cza­so­pi­sma pt. „Kak­ta knopp” (uwiecz­nio­ne­go w pa­mięt­ni­kach). Jed­nak – za­uwa­ża dzien­ni­kar­ka – ro­dzi­ce po­mi­ja­ją ten fakt mil­cze­niem, nie chcąc wy­cho­wać jej na „cu­dow­ne dziec­ko”. Ga­zet­ka to był pro­jekt ty­po­wy dla Tove. Dzien­ni­czek do­ku­men­tu­je „kle­ce­nie” jej je­sie­nią (1927) i wy­dru­ko­wa­nie w wie­lu eg­zem­pla­rzach. Na­kład szyb­ko ro­śnie, z dzie­się­ciu sztuk pierw­sze­go wy­da­nia do dwu­dzie­stu trzech przy trze­cim.

Ate­lier przy Lots­ga­ta. Z pa­mięt­ni­ka, 1929.

Ist­nie­je wie­le po­dob­nych re­por­ta­ży o tej ro­dzi­nie, zwy­kle z Faf­fa­nem w roli głów­nej, choć Ham i jej pra­ce rów­nież miesz­czą się w ka­drze. Acz­kol­wiek nie­wie­le mia­ła dla sie­bie prze­strze­ni. Jej biur­ko sta­ło w rogu po­ko­ju, pod­czas gdy resz­ta ate­lier – jak uję­ła to Åkes­son – zna­la­zła się pod pa­no­wa­niem męża i jego sztu­ki. Wła­sne­go po­miesz­cze­nia do pra­cy Si­gne Ham­mar­sten do­cze­ka­ła się do­pie­ro wte­dy, gdy prze­pro­wa­dzi­li się do no­wiu­teń­kie­go domu pra­cy twór­czej Lal­luk­ka przy Apol­lo­ga­ta, są­sia­du­ją­cej z He­spe­ria­ga­ta. Ar­ty­kuł w cza­so­pi­śmie „Astra” z 1933 roku, kie­dy in­au­gu­ro­wa­no pro­jekt, pod­kre­śla bli­skość domu i sztu­ki w sta­dle Ham­mar­sten-Jans­so­nów, wszyst­ko w imię swoj­sko­ści. „Gips, kurz i gli­nia­na pap­ka się­ga­ją czę­sto sta­re­go me­bla z cze­czot­ki w pra­cow­ni Faf­fa­na Jans­so­na, co jed­nak nie po­zba­wia jej uro­ku. Tam od­po­czy­wa­ją pani domu, dzie­ci oraz go­ście po ca­ło­dzien­nej krzą­ta­ni­nie i pra­cy. Sam ar­ty­sta sia­da na chwi­lę na wy­pło­wia­łym krze­śle na­dwor­ne­go ka­zno­dziei Ham­mar­ste­na, są­czy kawę, któ­rą wła­śnie po­da­no, i na­bie­ra sił przed no­wy­mi wy­zwa­nia­mi. Rzad­ko spo­ty­ka się ar­ty­stów, w któ­rych do­mach tak ob­fi­cie wy­stę­po­wa­ły­by dzie­ła ko­le­gów po fa­chu. Pra­ce szwedz­kie i fiń­skie wi­szą tu obok sie­bie”. Bez­sprzecz­nie naj­waż­niej­szą po­sta­cią jest rzeź­biarz, na­zy­wa­ny ar­ty­stą, pod­czas gdy Si­gne okre­śla się jako „pa­nią domu” – cho­ciaż pada wzmian­ka o „pra­cow­ni” cór­ki Tove. Mia­ła wów­czas dzie­więt­na­ście lat i skoń­czy­ła Szko­łę Tech­nicz­ną w Sztok­hol­mie.

Dom pra­cy twór­czej Lal­luk­ka po­wstał dzię­ki zna­czą­cej da­ro­wiź­nie. Idea była taka, aby ak­tyw­nym ar­ty­stom za­pew­nić spo­kój i moż­li­wość two­rze­nia w do­brych wa­run­kach eko­no­micz­nych. Czynsz w opi­nii ogó­łu był „fe­no­me­nal­nie” ni­ski. Faf­fan i Ham na­le­że­li do pierw­szych, któ­rzy się wpro­wa­dzi­li, do nich do­łą­czy­li para Mar­cus Col­lin i Ewa Törn­wall-Col­lin oraz ma­lar­ki El­len The­sleff i Es­ter He­le­nius. Na par­te­rze była re­stau­ra­cja, każ­de lo­kum wy­po­sa­żo­no też we wła­sną kuch­nię albo aneks. Pra­cow­nia Jans­so­nów mia­ła duże okna wy­cho­dzą­ce na He­spe­ria­ga­ta, w re­por­ta­żu po­miesz­cze­nie to okre­ślo­no jako ogrom­ne, czę­ścio­wo za­sta­wio­ne rzeź­ba­mi z róż­ne­go ma­te­ria­łu i róż­nej wiel­ko­ści. Usta­wio­ne rzę­da­mi na pół­kach zaj­mu­ją całą ścia­nę – re­fe­ru­je „Al­las Kröni­ka” w ar­ty­ku­le z 1933 roku: „Po prze­ciw­le­głej stro­nie zbu­do­wa­no so­upen­te – dużą an­tre­so­lę, któ­ra sama w so­bie może słu­żyć za po­kój i pod któ­rą znaj­du­ją się ko­mi­nek, ka­na­pa, stół z krze­sła­mi. Po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia tego lo­kum są­sia­du­ją z ate­lier. Tu­taj Si­gne Ham­mar­sten-Jans­son ma swój po­kój, w nim po­wsta­ła część jej wy­szu­ka­nych wi­niet i ilu­stra­cji, w któ­rych ce­lu­je. Z uza­sad­nio­ną dumą po­ka­zu­je nam ko­lek­cję prac, któ­re cór­ka Jans­so­nów, mło­dziut­ka Tove, przy­sła­ła z uczel­ni, Szko­ły Tech­nicz­nej, bo tam w ostat­nich la­tach po­bie­ra­ła na­uki. Fan­ta­zja i styl tchną z ry­sun­ków tej mło­dej obie­cu­ją­cej ar­tyst­ki. W po­ko­ju na ty­łach miesz­ka­nia pa­nu­ją mło­dzi sy­no­wie, żyją tam jak kró­le­wię­ta, o czym sami za­pew­nia­ją”. A Tove, któ­ra nie­dłu­go ma wró­cić do domu, pi­sze ze Sztok­hol­mu: „Tak bar­dzo się cie­szę z mo­jej «pół­ki», ale czy nie po­win­na się­gać okna i świa­tła z bal­ko­nu?”.

To, iż po­są­gi Faf­fa­na zdo­mi­no­wa­ły miesz­ka­nie, było oczy­wi­ście na­tu­ral­ne, lecz to miej­sce pra­cy Ham uzna­wa­li za punkt cen­tral­ny za­rów­no „obie­cu­ją­ca ar­tyst­ka”, jak i jej bra­cia. „Naj­moc­niej za­pa­mię­ta­łem ją, jak sie­dzi po­chy­lo­na nad bla­tem z wiel­kim szkłem po­więk­sza­ją­cym przy twa­rzy i pra­cu­je do póź­na w nocy nad mi­kro­sko­pij­ny­mi szcze­gó­ła­mi pro­jek­tów znacz­ków pocz­to­wych” – opo­wia­da we wspo­mnie­niach Per Olov Jans­son. W roku 1924 do­sta­ła nie­peł­ny etat w Dru­kar­ni Bank­no­tów Ban­ku Fin­lan­dii, gdzie pra­co­wa­ła nad znacz­ka­mi, ob­li­ga­cja­mi, zna­ka­mi wod­ny­mi i bank­no­ta­mi. Upra­wia­ła „chał­tu­ry” – Tove czę­sto sto­so­wa­ła to wy­ra­że­nie – na rów­ni z two­rze­niem ilu­stra­cji, ka­ry­ka­tur, okła­dek ksią­żek. Pra­ca i ro­dzi­na zro­sły się w jed­no, za­rów­no dla Ham, jak dla Faf­fa­na i dzie­ci, cho­ciaż na róż­ny spo­sób. Tro­je po­ciech przez cały czas ob­ser­wo­wa­ło ro­dzi­ców przy pra­cy, nad rzeź­bą, nad ry­sun­kiem, i sami rów­nież w tej czy in­nej for­mie pra­co­wa­li póź­niej w ob­sza­rze ob­ra­zu – w róż­nych okre­sach, w róż­nych cza­sach. Tove zo­sta­ła ry­sow­nicz­ką i ma­lar­ką, Per Olov fo­to­gra­fem, a Las­se w koń­cu ilu­stra­to­rem Mu­min­ków – w pew­nym okre­sie w mło­do­ści (mię­dzy in­ny­mi) zaj­mo­wał się też rzeź­biar­stwem.

Rze­czy­wi­ście byli na­zna­cze­ni ar­ty­zmem i ta­kie wy­obra­że­nie o nich mia­ła opi­nia pu­blicz­na lat trzy­dzie­stych. W 1934 roku Tove opu­bli­ko­wa­ła swo­ją pierw­szą no­we­lę i za­de­biu­to­wa­ła jako mło­da człon­ki­ni „zna­nej ar­ty­stycz­nej ro­dzi­ny” w ga­ze­cie „Hel­sing­fors-Jo­ur­na­len”. Gdy Ham, Faf­fan oraz Tove wzię­li udział w pierw­szej wy­sta­wie w Lal­luk­ce w 1941 roku – przez Tove ochrzczo­nej „pierw­szym wy­bu­chem in­ter­no­wa­nych” – re­cen­zent­ka Si­gne Tan­de­feldt rzu­ci­ła uszczy­pli­wy ko­men­tarz: „Jans­so­no­wie wy­sta­wia­ją – jak­że­by in­a­czej”, któ­ry Tove bar­dzo obu­rzył. „Tan­de­feld­to­wa nas zby­ła – uzna­ła i do­da­ła: – Z lek­ce­wa­że­niem! Wy­da­je mi się, że do­się­gła ją de­men­cja star­cza. Ar­tyzm ma nie­wie­le wspól­ne­go z ge­ne­alo­gią!”. Na mar­gi­ne­sie: fiń­sko-szwedz­ka sce­na ży­cia kul­tu­ral­ne­go roi się od roz­licz­nych ko­li­ga­cji, ist­nie­ją rody ar­ty­stów i rody pi­sa­rzy, gdzie już samo na­zwi­sko (Enc­kell, Par­land i inni) sy­gna­li­zu­je ja­kąś for­mę ak­tyw­no­ści twór­czej. O zja­wi­sku tym dys­ku­to­wa­no i przed­sta­wia­no roz­ma­ite jego wy­tłu­ma­cze­nia – po­zy­cja mniej­szo­ści ję­zy­ko­wej, lęk przed izo­la­cją i wy­klu­cze­niem, któ­re wzma­ga­ją po­trze­bę wy­ra­że­nia sie­bie, to co na­zy­wa­no es­te­ty­ką ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni. Ro­dzi­na Tove jed­nak­że nie do koń­ca pa­su­je do tego sza­blo­nu. Bo nikt z ro­dzi­ny za­rów­no Faf­fa­na, jak i Ham (ze Szwe­cji) nie fa­scy­no­wał się sztu­ką, żad­ne z nich nie mia­ło ar­ty­stycz­nych ko­rze­ni. Sami w so­bie two­rzy­li en­kla­wę sztu­ki. Wspie­ra­li się, pra­co­wa­li ra­zem i oce­nia­li swo­je dzie­ła. W koń­cu roz­wi­nę­li ro­dzin­ną kry­ty­kę. Tove opo­wia­da­ła, jak oj­ciec wy­cho­dził z ate­lier, mó­wiąc: „Chodź­cie zo­ba­czyć”. Obo­wią­zy­wa­ła okre­ślo­na ko­lej­ność, naj­pierw Ham, póź­niej Tove. Tra­dy­cja ta trwa­ła, jak­kol­wiek zmie­nia­jąc for­mę.

Wszyst­kie trzy la­to­ro­śle pra­co­wa­ły ze sło­wem. Obaj bra­cia de­biu­to­wa­li w for­mie książ­ko­wej w la­tach czter­dzie­stych. W 1941 roku uka­za­ła się po­wieść przy­go­do­wa Skat­ten på Tor­tu­ga