Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 549 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tornado - Sandra Brown

Autorka ponad sześćdziesięciu bestsellerów z listy New York Times’a tym razem opowiada o kobiecie obsesyjnie dążącej do odkrycia prawdy o brutalnym morderstwie swojej siostry

Bellamy Lyston miała zaledwie dwanaście lat, kiedy jej starsza siostra, Susan, została zamordowana podczas burzy w Dniu Pamięci. Rozszalałe Tornado zniszczyło scenę zbrodni, a także pamięć Bellamy o tym, co naprawdę się wtedy zdarzyło.

Osiemnaście lat później Bellamy wydaje bestselerową powieść sensacyjną, w której powraca do śmierci Susan. Książka wychodzi pod pseudonimem, ponieważ Bellamy chce uchronić bliskich przed niepożądanym zainteresowaniem mediów. Wścibski reporter odkrywa jednak, że książka jest oparta na faktach i zarówno tożsamość Bellamy, jak i rodzinny skandal zostają ujawnione.

Co więcej, kobieta staje się celem anonimowego napastnika. Musi się zmierzyć z upiorami przeszłości, w tym z Dentem Carterem, lekkomyślnym chłopakiem Susan i pierwszym podejrzanym w sprawie o zabójstwo sprzed lat. Dent chce, by Bellamy oczyściła go z zarzutów. Świeżo odblokowana pamięć zastawia jednak  na bohaterkę rozmaite pułapki.

Zagłębiając się w tajemnice związane ze śmiercią siostry, Bellamy odkrywa zatrważające elementy zbrodni. Nękana fragmentarycznymi wspomnieniami i rozdarta w swoich uczuciach do Denta, nie spocznie, póki nie pozna zabójcy Susan. Chyba że jej zabójca uderzy pierwszy…

Tornado to klasyczna powieść Sandry Brown: pełna miłosnego napięcia i mrożących krew w żyłach niebezpieczeństw.

„Romantic Times”

Sandra Brown - amerykańska pisarka, autorka ponad 70 romansów, a także powieści kryminalnych i historycznych. Jej książki zostały przetłumaczone na 33 języki i wydane w 80 milionach egzemplarzy. W Polsce ukazały się m.in. Twardziel, Lokator, Cięcie, Nieczysta gra, Zasłona dymna, Oblężenie, Rykoszet, Wyrok śmierci. Kolejne tytuły już wkrótce.

Opinie o ebooku Tornado - Sandra Brown

Fragment ebooka Tornado - Sandra Brown

Tytuł oryginału LOW PRESSURE

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaBarbara Miecznicka

KorektaMarianna FilipkowskaAnna Sidorek

© 2012 by Sandra Brown Management, Ltd. All rights reserved First published in the United States by Grand Central Publishing, New York Copyright © for the Polish translation by Urszula Smerecka 2015

Wszystkie postaci w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żyjących czy zmarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie Magik

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-171-8

Prolog

Szczur był martwy, ale tak samo przerażający, jakby był żywy.

Bellamy Price przycisnęła dłonie do ust, by stłumić krzyk, i wciąż zatykając usta, odsunęła się od pudełka owiniętego błyszczącym papierem z satynową wstążką. Zwierzę leżało na podściółce ze srebrnej bibułki. Jego długi różowy ogon był okręcony dokoła tłustego ciała.

Kiedy dotarła do ściany, osunęła się do pozycji siedzącej. Pochyliwszy się w przód, oderwała dłonie od ust i zakryła oczy. Jednak była zbyt przerażona, by płakać. Łkała chrapliwie, bez łez.

Kto mógł zrobić taki podły dowcip? Kto? I dlaczego?

Wydarzenia minionego dnia zaczęły przesuwać się w jej umyśle niczym film.

– Byłaś wspaniała!

– Dziękuję.

Bellamy usiłowała dotrzymać kroku rzeczniczce prasowej wydawnictwa, która działała w takim tempie, jakby jej płatki śniadaniowe miały dodatek jakiegoś przyspieszacza.

– O tej porze ten show ma największą oglądalność... – Jej sposób mówienia, przypominający karabin maszynowy, pasował do stukotu szpilek. – O mile przed konkurencją. Mówimy o ponad pięciu milionach widzów. Zyskałaś rozgłos na skalę kraju.

A właśnie tego Bellamy chciała uniknąć. Jednak przemilczała. Znowu. Setny raz. Ani rzeczniczka, ani jej agent, Dexter Gray, nie rozumieli, że chciała zwrócić uwagę publiczności na swoją bestsellerową książkę, a nie na siebie.

Dexter, trzymając ją mocno za łokieć, lawirował po wyłożonym marmurem holu manhattańskiego wieżowca.

– Byłaś znakomita. Bezbłędna, a mimo to ciepła. Ludzka. Ten wywiad zapewni sprzedaż tysiąca egzemplarzy Tornada, a o to w tym wszystkim chodzi.

Poprowadził ją do wyjścia, gdzie umundurowany portier na widok pisarki uniósł nakrycie głowy.

– Pani książka nie pozwoliła mi zasnąć, pani Price.

Ledwie zdążyła podziękować, a już obrotowe drzwi wyrzuciły ją na parking. Usłyszała krzyk tłumu, który się tu gromadził, by zerknąć na celebrytów, na których obecność zawsze można było liczyć w pobliżu studia telewizyjnego. Rzeczniczka była uradowana.

– Dexter, pomóż Bellamy uporać się z tłumem, a ja przyprowadzę fotografa. Możemy zrobić z tego jeszcze telewizyjną wstawkę.

Dexter, bardziej wrażliwy na niechęć swojej klientki do rozgłosu, stanął na czubkach palców i mówił prosto do ucha Bellamy, aby go usłyszała wśród harmideru godziny szczytu w środku miasta.

– Nie zaszkodzi skorzystać z okazji i podpisać parę książek. Większość autorów w całym swoim profesjonalnym życiu...

– ...nie zdobywa takiej uwagi mediów – dokończyła za niego. – Tysiące autorów oddałoby za to prawą rękę. Już mi to mówiłeś. Setki razy.

– Bo warto to powtarzać.

Poklepał ją po ramieniu, prowadząc ku podekscytowanym ludziom, którzy napierali na barierki.

– Uśmiechnij się. Twoi wielbiciele czekają.

Fani domagali się uścisku dłoni i autografów na swoich egzemplarzach Tornada. Dziękowała im najuprzejmiej, jak mogła i posyłała uśmiechy w kierunku aparatów w telefonach komórkowych.

Właśnie jakiś rozentuzjazmowany wielbiciel potrząsał jej dłonią, gdy kątem oka dostrzegła Rocky’ego Van Durbina. Piszący dla codziennego tabloidu „EyeSpy” Van Durbin stał nieco na uboczu. Z uśmieszkiem zadowolenia udzielał wskazówek fotografowi, który mu towarzyszył.

To właśnie Van Durbin odkrył, a potem radośnie ujawnił, że pisarz T.J. David, którego pierwsza książka wzbudziła wrzawę tak w kręgach wydawniczych, jak i w Hollywood, to w rzeczywistości Bellamy Price, atrakcyjna, trzydziestoletnia kobieta. Pisał:

„Nasz reporter nie wie, dlaczego ta rodowita Teksanka, niebieskooka, długonoga i zmysłowa – a przecież za to je lubimy – chciała się ukryć pod niewinnym pseudonimem. Lecz mimo wstydliwej dyskrecji autorki Tornado wdarło się na szczyty list bestsellerów i teraz, jak widać, pani Price wyszła z ukrycia i udzielił jej się nastrój chwili. Wyrzekła się ostróg i kapelusza, porzuciła stan Samotnej Gwiazdy. Teraz rezyduje w penthousie na Manhattanie na Upper West Side z widokiem na Central Park, rozkoszując się blaskiem swojej nagłej sławy”.

Większość tego to kłamstwa. Zawierały jednak drobiny prawdy, dzięki czemu nie były oszczerstwami. Bellamy rzeczywiście miała niebieskie oczy, ale jej wzrost był średni, a nie wysoki, jak sugerował opis. I według żadnych standardów nie można jej było uznać za zmysłową.

Owszem, posiadała kowbojski kapelusz, lecz od lat go nie nosiła. Nigdy nie miała ostróg, nawet nie znała nikogo, kto by je nosił. Nie porzuciła swojego rodzinnego stanu w znaczeniu, jakie nadał temu Van Durbin, ale przeprowadziła się do Nowego Jorku kilka lat przed wydaniem książki. Mieszkała na Manhattanie naprzeciwko parku, ale nie w penthousie.

Jednak najbardziej bezczelnym przekłamaniem było twierdzenie Van Durbina, że cieszy ją sława, którą postrzegała raczej jako oślepiający reflektor niż jako blask. Ten snop światła nasilił się jeszcze, kiedy Van Durbin napisał na pierwszej stronie gazety następny artykuł, który zawierał kolejne zdumiewające odkrycie.

Tornado, choć wydane jako powieść, to w rzeczywistości fabularyzowana wersja prawdziwej historii. Jej prawdziwej historii. Tragicznej historii jej rodziny.

Po ujawnieniu tej informacji sława pisarki z kosmiczną prędkością przeszła w inny wymiar. Bellamy czuła do niej odrazę. Nie napisała Tornada, by stać się bogata i sławna. Pisanie miało być terapią.

Wprawdzie liczyła na to, że książka będzie wydana, czytana i dobrze przyjęta przez czytelników i krytykę, ale opublikowała ją pod niewskazującym na płeć autora pseudonimem, by uniknąć zainteresowania swoją osobą. A teraz tak właśnie się stało...

Tornado było niecierpliwie oczekiwane, jeszcze zanim trafiło do sprzedaży. Wydawnictwo, mocno wierząc w jego potencjał, włożyło sporo pieniędzy w promocję. W największych miastach ustawiono billboardy, zamieszczono reklamy w czasopismach, gazetach i w Internecie. W mediach społecznych kipiało już na kilka miesięcy przed rozpoczęciem sprzedaży. Wszystkie recenzje były entuzjastyczne. T.J. Davida porównywano do najlepszych autorów powieści kryminalnych, fikcyjnych i tych opartych na faktach. Bellamy, chroniona przez swój pseudonim, cieszyła się z sukcesu książki.

Ale gdy Rocky Van Durbin wypuścił dżina z butelki, nie można go było do niej z powrotem wpakować. Uważała, że i jej wydawca, i Dexter, i wszyscy inni, którzy zarabiali na sprzedaży, w skrytości ducha cieszyli się jak dzieci, że jej tożsamość i tło jej książki ujrzały światło dzienne.

Teraz mieli do promowania nie tylko książkę, ale osobę, którą uznali za „marzenie rzecznika prasowego”.

Opisywali ją jako atrakcyjną, dobrze wykształconą, elokwentną, nie tak młodą, żeby przewróciło się jej w głowie, ale i nie tak starą, by mogła grzeszyć nudziarstwem. Jako dziedziczkę, która stała się autorką bestsellera. Do wykorzystania było wiele „haków”; najważniejszy to jej chęć zachowania anonimowości. Wysiłki ukrycia się za pseudonimem sprawiły, że stała się jeszcze bardziej intrygująca. Rocky Van Durbin napawał się medialnym szumem, do którego sam się przyczynił, i wciąż nienasycony, karmił codziennie żarłoczną ciekawość publiczności ciekawostkami na temat autorki. Większość ich była albo rażąco nieprawdziwa, oparta na przypuszczeniach, albo znacznie przesadzona.

Bellamy wciąż składała autografy i pozowała z wielbicielami do zdjęć. Udawała, że nie zauważyła Van Durbina, ale na nic to się zdało. Rocky bezczelnie przepchnął się ku niej przez tłum. Widząc, jak się zbliża, Dexter ostrzegł szeptem:

– Nie daj mu się zirytować. Ludzie patrzą. Nic nie sprawi mu większej przyjemności niż sprowokowanie cię do powiedzenia czegoś, co – wyrwane z kontekstu – będzie mógł wydrukować.

Kiedy ten niby-dziennikarz stanął z nią twarzą w twarz, tak że już dłużej nie mogła go ignorować, uśmiechnął się, pokazując dwa rzędy krzywych, pożółkłych zębów. Wyobraziła sobie, że spiłował je, by uzyskać wyraz mięsożercy. Mierząc ją wzrokiem, zapytał:

– Czy straciła pani na wadze, pani Price? Rzuca się w oczy, że pani zeszczuplała.

Parę tygodni temu była ponętna. Jutro może się okazać, że cierpi na anoreksję.

Ignorując jego przebiegłe pytanie, Bellamy wdała się w rozmowę z kobietą w bluzie z nadrukiem „Stan Ohio”, noszącej na głowie spiczastą, wykonaną z zielonej gąbki koronę Statuy Wolności.

– Czytamy teraz pani książkę w naszym klubie dyskusyjnym – oznajmiła kobieta, kiedy pozowały do zdjęcia jej mężowi, równie przejętemu jak ona sama.

– Bardzo mi przyjemnie.

– Reszta klubowiczów nie uwierzy, że panią poznałam!

Bellamy podziękowała jeszcze raz i ruszyła dalej. Niezrażony Van Durbin dotrzymywał jej kroku, zawzięcie bazgrząc w małym notesie. Wreszcie wpakował się między Bellamy a następną osobę z kolejki i zapytał:

– Kogo widzi pani jako odtwórców głównych ról w filmie, pani Price?

– Nikogo. Nie zajmuję się sprawami filmu.

– Ale wkrótce będzie pani musiała. Wszyscy wiedzą, że producenci aż przebierają nogami, żeby obrzucić panią pieniędzmi za możliwość pracy nad Tornadem. Plotka głosi, że najlepsi aktorzy i aktorki toczą walki o role. Fachowcy od castingu nigdy nie mieli takich obrotów.

Rzuciła mu pełne niesmaku spojrzenie.

– Nie ma pani zdania na ten temat?

– Żadnego – odparła, akcentując to słowo tak, by zniechęcić Van Durbina do dalszych pytań.

W tej chwili jakiś mężczyzna wcisnął się pomiędzy dwie młode kobiety i podetknął jej pod nos egzemplarz książki. Bellamy natychmiast go rozpoznała.

– O, witam ponownie. Hmm...

– Jerry – podpowiedział z szerokim uśmiechem.

– No tak, Jerry. – Miał sympatyczną twarz i przerzedzone włosy. Przyszedł na kilka spotkań, gdzie zdobywał jej autografy; zauważyła go też na widowni, gdy wygłaszała odczyt w księgarni na kampusie Uniwersytetu Nowojorskiego. – Dziękuję za obecność dziś rano.

– Nigdy nie przepuszczam okazji, żeby panią zobaczyć.

Podpisała się na tytułowej, otwartej dla niej stronie.

– To ile już egzemplarzy nabyłeś, Jerry?

– Kupuję prezenty urodzinowe i bożonarodzeniowe – odpowiedział z uśmiechem.

Przypuszczała, że jest również zafascynowany gwiazdami ekranu.

– Cóż, dziękuję w imieniu własnym i mojego wydawcy.

Ruszyła dalej, a kiedy Jerry zniknął w tłumie, Van Durbin bezczelnie rozepchnął ludzi, by znaleźć się obok Bellamy. Ciągle zadawał pytania na temat ewentualnej ekranizacji książki.

– No, pani Price, proszę dać moim czytelnikom choć drobną wskazówkę, kogo pani widzi w rolach głównych postaci. Kogo by pani wybrała na członków pani rodziny? – Puścił oko i pochylił się ku niej, pytając cicho: A kogo obsadziłaby pani w roli mordercy?

Rzuciła mu piorunujące spojrzenie.

Wyszczerzył w uśmiechu zęby i zwrócił się do fotografa:

– Mam nadzieję, że to złapałeś.

Reszta tego dnia była równie szalona. Razem z Dexterem uczestniczyli w zorganizowanym w wydawnictwie spotkaniu, na którym dyskutowano, kiedy wydać Tornado w miękkich okładkach. Po długiej rozmowie zdecydowano, że książka w twardej oprawie i w wersji elektronicznej sprzedaje się tak dobrze, iż nie ma sensu wypuszczać drugiego wydania przez co najmniej sześć miesięcy.

Potem poszli na lunch z producentem filmowym. Ten zaś, po zjedzeniu sałatki z homara i schłodzonych szparagów w zaciszu swojego hotelowego apartamentu, żarliwie chwalił film, który chciałby nakręcić. Zapewniał, że jeśli sprzedadzą mu prawa filmowe, nakręci obraz godny książki.

Kiedy wyszli, Dexter zakpił:

– Czy nasz przyjaciel Van Durbin nie byłby zachwycony, dowiedziawszy się o tym spotkaniu?

– To nie jest przyjaciel. Prawdziwa tożsamość T.J. Davida miała być pilnie strzeżoną tajemnicą. Kogo Van Durbin przekupił, żeby poznać moje nazwisko?

– Stażystę w wydawnictwie, czyjegoś asystenta w dziale umów. To mógł być każdy.

– Ktoś w twojej agencji?

Poklepał ją po ręce.

– Prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Czy to może mieć teraz jakieś znaczenie?

– Tak, nie ma znaczenia. – Westchnęła zrezygnowana. – Szkoda już się stała.

– To zależy, co rozumieć przez „szkodę” – roześmiał się.

Dexter wysadził Bellamy przed jej domem i na pożegnanie rzekł:

– Jutro będzie kolejny szalony dzień. Odpocznij przez noc. Przyjadę po ciebie o siódmej rano.

Pomachała mu, obiecując, że się nie spóźni, i weszła do holu. Dozorca zawołał do niej zza biurka:

– Właśnie przed chwilą przyniesiono dla pani przesyłkę.

Gdy kładła ją na stole w jadalni obok stosu listów, niczego nie podejrzewała. Pudełko było oklejone przezroczystą taśmą. Zauważyła na naklejce swoje nazwisko i adres, ale nie było danych nadawcy. To dziwne, lecz nie zastanawiała się nad tym, przecinając taśmę, zdejmując pokrywkę i wyciągając ze środka pudełko zawinięte w ozdobny papier.

Nie była przygotowana na umieszczoną w nim odrażającą niespodziankę.

Teraz, siedząc na podłodze oparta o ścianę, opuściła ręce i popatrzyła na pudełko z rozchyloną na kształt kwiatu bibułką. Ten odświętny akcent tak nie pasował do zawartości, że musiał być zaplanowany jako część wstrętnego żartu.

Żartu? Nie. To w ogóle nie było zabawne. Było złośliwe.

Nie przychodził jej jednak na myśl nikt, kogo uraziła, ani nikt, kto tak by nią gardził. Czy Rocky Van Durbin, którego nazywano Plugawcem, mógł zrobić coś tak nikczemnego i obrzydliwego – przysłać jej martwego szczura?

Podnosiła się powoli, wciąż opierając się o ścianę, aż niepewnie stanęła na nogach. Z tej pozycji dokładnie widziała szczura spoczywającego na błyszczącym papierze. Starała się znieczulić, by móc na niego patrzeć. Próbowała uprzedmiotowić zwłoki, ale ponieważ każda ich cecha była tak groteskowa, wydawały się wyjątkowo wyraziste.

Przełknęła żółć, roztarła gęsią skórkę na ramionach i całym wysiłkiem woli jakoś się pozbierała. W końcu to tylko martwy gryzoń. Szczury były codziennym widokiem na stacjach metra. Widok szczura przebiegającego przez tory nigdy nie powodował u niej tak gwałtownej reakcji.

Założy z powrotem pokrywkę i wyniesie pudełko do zsypu na końcu korytarza. Pozbędzie się go, zapomni o nim, zajmie się swoimi sprawami. Nie pozwoli, by dowcipniś ją pokonał.

Zebrawszy się w sobie, zrobiła krok naprzód, potem drugi i następny, aż szczur znalazł się w zasięgu jej wzroku.

A wtedy ogon szczura się poruszył.

Rozdział 1

Dent podniósł słuchawkę i warknął:

– Czego?

– Ciągle jesteś w wyrku?

– Która godzina?

– Sądząc po głosie, jesteś pijany.

– A powinienem być trzeźwy?

– Jeśli chcesz dostać robotę.

– Dzisiaj?

– Jak tylko tu dotrzesz.

– Bałem się, że to powiesz. Warta mojego zachodu?

– A od kiedy cię stać na odrzucenie czarteru?

– Dobra, dobra. Ile?

– Dwa tysiące, tam i z powrotem.

– Dokąd?

– Houston Hobby.

– Z noclegiem?

– Nie.

Dent usiadł i opuścił stopy na podłogę, sprawdzając poziom swojej trzeźwości. Przeczesał palcami włosy i przytknął dłoń do otępiałej głowy.

– Dwa i pół tysiąca i zwrot kosztów paliwa.

– Facet jest chory. Jedzie do doktora Andersona na chemioterapię.

– Dwa i pół tysiąca i zwrot kosztów paliwa.

Niezrozumiałe mamrotanie o chciwości, a potem:

– Myślę, że mogę to załatwić.

– Załatwisz, i tak się umawiamy. Jaka jest pogoda?

– Gorąco, parno. Teksas w maju.

– Prognoza?

– Możliwe pojedyncze burze późnym popołudniem. Nic, czego nie można uniknąć, nic groźnego. – Po chwili wahania dodał: – Jesteś pewien, że możesz lecieć?

– Zatankuj samolot.

W drodze do łazienki zahaczył bosą stopą o przewód lampki nocnej i ściągnął ją ze stolika, ale na szczęście żarówka się nie stłukła. Kopniakiem usunął z drogi lampkę i stos rzuconych niedbale ubrań i niepewnym krokiem wszedł do łazienki, przeklinając zimny blask, kiedy zapalił światło.

Ogolił się na wyczucie pod prysznicem, wyczyścił zęby pochylony nad umywalką i zdecydował, że nie będzie suszył włosów suszarką – niech wyschną same. Wolał znosić te niedogodności w trakcie toalety, niż patrzeć na siebie w lustrze.

Po powrocie do sypialni ubrał się w oficjalny strój do lotów: dżinsy, białą koszulę i czarny krawat luźno zawiązany pod kołnierzykiem. Wskoczył w buty, zgarnął z komody portfel, klucze i przeciwsłoneczne lotnicze okulary. Przystanął przy drzwiach i rzucił okiem na nagą kobietę w łóżku. Ta, jak tam jej było na imię, wciąż była nieprzytomna. Zastanowił się, czy nie zostawić karteczki z prośbą, żeby wychodząc z mieszkania, zamknęła drzwi, ale potoczył przekrwionymi oczami po całym wnętrzu i pomyślał: „Czym tu się przejmować?”. Nie było tu nic, co mogłoby interesować ewentualnego złodzieja.

Skończyły się poranne godziny szczytu, więc jechało się w miarę lekko. Jedyne, co pozostało po poprzednim życiu Denta, miało kolor czerwony, było wyposażone w podrasowany silnik pięćset trzydzieści koni, sześciobiegową skrzynię, długą przepustnicę i tytanową rurę wydechową. Rozpędzając corvettę do osiemdziesięciu mil, gdy tylko droga była wolna, przemknął poza północną granicę Austin na prywatne lotnisko.

Mógł trzymać samolot na bardziej eleganckim lotnisku FBO, z wieżą kontrolną, ale dla Denta ważna była lojalność. Poza tym to mu bardziej pasowało.

Jego samolot stał na asfaltowym pasie przed podrdzewiałym metalowym hangarem, który dobre czasy miał już za sobą. Miał je już za sobą dwadzieścia lat temu czy coś koło tego, kiedy Dent zaczął się tam kręcić.

Bujna trawa obrastała jak grzywka zardzewiałe zewnętrzne ściany hangaru. Spłowiały pomarańczowy rękaw lotniskowy był jedynym, jaki Dent kiedykolwiek tu widział, i miał wrażenie, że to oryginalny rękaw powieszony na maszcie zaraz po drugiej wojnie światowej.

Błyszczący czarny cadillac escalade z przyciemnionymi szybami stał zaparkowany z tyłu, nie pasując wyglądem do podupadającego budynku i poobijanej półciężarówki Galla.

Dent wprowadził corvettę do hangaru, zahamował z piskiem opon, wyłączył silnik i wysiadł. Gall siedział w biurze za zagraconym biurkiem. Biuro miało jedną ścianę z matowego szkła z widokiem na wnętrze hangaru, a trzy pozostałe stanowiła niepomalowana kartonowo-gipsowa płyta. Całość liczyła pięć metrów kwadratowych i była kompletnie zagracona. Na podziurawionych ścianach przypięto pineskami mapy, wykresy, szkice topograficzne i pożółkłe wycinki z gazet z lotniczymi historiami. Na każdej dostępnej powierzchni piętrzyły się stare fachowe czasopisma z pozaginanymi rogami. Na zardzewiałej, powgniatanej szafce na dokumenty siedział wypchany szop pracz z pokrytymi pajęczyną szklanymi oczami i o częściowo wyłysiałym futrze. Nad nim wisiał kalendarz z 1978 roku otwarty na Miss Marca, która nie miała na sobie nic oprócz zachęcającego uśmiechu i strategicznie umieszczonego motyla.

Gall wstał na powitanie Denta. Z pięściami na biodrach zmierzył go spojrzeniem, odchrząknął z nieukrywaną dezaprobatą i przesunął niezapalone cygaro z jednego zaplamionego kącika ust do drugiego.

– Wyglądasz jak rozdeptane gówno.

– Masz dla mnie forsę?

– Tak.

– Więc oszczędź mi obelg i bierzmy się do rzeczy.

– Nie tak szybko, asie. Ja negocjowałem ten czarter i jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo trojga pasażerów.

– Mogę polecieć tym cholernym samolotem.

Gall Hathaway nie przejął się tonem Denta. Był jedyną na świecie osobą, której opinią Dent się przejmował. Starszy pan zmierzył go złowrogim spojrzeniem i Dent dał za wygraną.

– Daj spokój, Gall. Czy poleciałbym, gdybym nie był w stanie?

Gall wahał się przez chwilę, potem wyciągnął z kieszeni poplamionego kombinezonu złożony czek i podał go Dentowi.

– Czek?

– Jest w porządku. Już dzwoniłem do banku.

Dent rozłożył czek, sprawdził, że jest podpisany i wystawiony na jego nazwisko do banku Georgetown na sumę dwóch i pół tysiąca dolarów. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Schował czek do portfela.

– Nalałem trzysta czterdzieści galonów benzyny – powiedział Gall. – Klientka pokryje koszty po waszym powrocie.

Dent rzucił Gallowi ostre spojrzenie.

– Wierzę jej. Zostawiła jako dodatkowe zabezpieczenie swoją kartę kredytową. – Gall otworzył szufladę metalowego biurka. Były tam ogryzki ołówków, pogięte spinacze do papieru, osierocone klucze, cieknący długopis i platynowa karta American Express. – Zapewniła mnie, że jest ważna, ale i tak sprawdziłem. Na następne dwa lata. Z jakiej firmy chcesz skorzystać na lotnisku? Zostawiła to do twojego uznania.

Dent wymienił swoją ulubioną firmę.

– Tańsze paliwo? – spytał Gall.

– Świeższy popcorn. Co z transportem naziemnym?

– Prosiła, żebym załatwił limuzynę. Będzie czekać.

– Czekają w samochodzie?

– Powiedziała, że w hangarze jest zbyt gorąco i duszno.

– Wygląda na to, że to ona rządzi całym tym przedstawieniem.

– Myślałem, że to powiesz. – Gall miał kłopot ze spojrzeniem mu w twarz. – Staruszek jest strasznie chory. Bądź miły.

– Zawsze jestem miły.

– Pamiętaj tylko, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – sapnął Gall.

– Coś jeszcze, mamusiu? – Gall warknął, ale Dent, pytając o kawę, nie pozwolił mu niczego powiedzieć. – Jeszcze gorąca?

– A nie zawsze jest?

– Powiedz im, że trzeba mi dwudziestu minut, potem ruszamy. Czegokolwiek potrzebują w międzyczasie, iść do toalety, czy co...

– Znam procedury. – Gall wymamrotał coś, czego Dent nie dosłyszał, i może lepiej. Dodał: – Zanim cię zobaczą, wpuść sobie trochę tych kropelek do oczu. Wyglądają jak mapa drogowa.

Dent wszedł do hangaru i usiadł przy stole z komputerem pokazującym jego ulubioną stronę z prognozą pogody. Zwrócił uwagę na zapowiedź wieczornych burz, ale w tej chwili niebo było czyste.

Wielokrotnie latał do Houston Hobby, mimo to uważnie przejrzał informacje, zarówno dotyczące trasy lotu, jak i lotniska. W samolocie był GPS. W iPadzie, do którego miał dostęp z kokpitu, załadował kiedyś informacje z przewodnika po wszystkich lotniskach i dane firm obsługujących przewozy. Ale ze względów bezpieczeństwa zawsze drukował i zabierał do kabiny informacje o miejscach startu, docelowym porcie i zapasowym lotnisku. Wreszcie zadzwonił do kontroli ruchu lotniczego i wypełnił formularz planu lotu.

Wyszedł z hangaru i dokonał przedstartowego przeglądu maszyny, choć wiedział, że Gall już to zrobił. Wszedł pod skrzydła, by spuścić benzynę z pięciu różnych punktów i sprawdzić szklane rurki, upewniając się, że w zbiornikach paliwa nie zebrała się woda. Było to czasochłonne zajęcie, ale znał kiedyś faceta, który tego nie zrobił. Rozbił się i zginął. Zadowolony, że samolot jest gotów, zasygnalizował uniesionym kciukiem Gallowi – gotów do startu, jeśli i oni są gotowi. Wszedł do łazienki, ochlapał twarz zimną wodą i popił trzy aspiryny resztką kawy, która nie była wprawdzie tak gorąca, jak się chwalił Gall, ale za to dwa razy mocniejsza niż to zalecane. I zgodnie z radą Galla zapuścił do oczu krople, żeby usunąć przekrwienia. Ale i tak włożył ciemne okulary.

Kiedy się wyłonił z budynku, trójka jego pasażerów już czekała, stojąc ramię w ramię na asfalcie.

Łatwo było poznać pacjenta. Mężczyzna był wysoki i dystyngowany, ale miał szarożółtą cerę osoby cierpiącej z powodu raka i ciężkiej chemioterapii. Ubrany był w luźne spodnie i sportową kurtkę – wyglądały, jakby były na niego o parę numerów za duże. Łysą głowę przykrywała czapka baseballowa.

W środku tria stała atrakcyjna kobieta, nieco młodsza od mężczyzny, ale dobrze po sześćdziesiątce. Było w niej coś...

Dent zwolnił kroku, a potem stanął jak wmurowany. Powrócił wzrokiem do mężczyzny i spróbował wyobrazić sobie jego zdrową wersję. A to skurwysyn. To był Howard Lyston.

Nie było mowy o pomyłce, bo obok niego stała jego żona Olivia, wyglądająca tak samo nieskazitelnie, jak ją zapamiętał. To piękna kobieta, która nie poddała się czasowi ani zmartwieniom. Wciąż szczupła, choć jej ciężar rozmieszczony był teraz trochę inaczej, nieco bardziej w okolicach talii. Miała jaśniejsze włosy. Skóra wokół oczu i podbródek były odrobinę zwiotczałe, inaczej niż prawie dwadzieścia lat temu, ale twarz miała ten sam wyniosły wyraz.

Dent gapił się na nich przez chwilę, potem odwrócił głowę. Gall czaił się w drzwiach swojego kantorka, wyraźnie obserwując, jak się potoczy akcja. Napotkawszy wzrok Denta, popędził do biura, zamykając za sobą drzwi. Dentowi cisnęły się na usta konkretne wyrazy, ale to mogło poczekać.

Wrócił do grupy i obrzucił Lystonów wzrokiem pełnym niesmaku.

– To ma być dowcip? Jeśli tak, to brak mi poczucia humoru.

Olivia odwróciła się ku młodszej, stojącej obok kobiecie.

– Mówiłam ci, że to okropny błąd.

Młodsza kobieta zrobiła dwa kroki w jego stronę.

– To nie żart, panie Carter. Musimy się dostać do Houston.

– Między tymi miastami biegnie superautostrada.

– Tatuś nie może podróżować tak daleko samochodem.

– Tatuś?

Zdjęła duże, ciemne przeciwsłoneczne okulary, które zakrywały ponad jedną trzecią jej twarzy.

– Jestem Bellamy. Pamiętasz mnie?

Tak, oczywiście, że pamiętał, ale czy to była Bellamy? Młodsza siostra Susan? Ilekroć przychodził, zawsze znikała z pola widzenia jak nerwowy kot. Chuda, niezdarna, z klamerkami na zębach i pryszczami na twarzy. To była ona?

Jej kościste ciało wypełniło się od tej pory we właściwych miejscach. Miała teraz nieskazitelną cerę i proste zęby. Nosiła sportowe, ale drogie ubranie, a jej ciemne, błyszczące włosy uczesane w przerzucony przez ramię koński ogon nie miały rozdwojonych końcówek. Wszystko razem dawało miły obrazek.

Ale była zimna jak lodowiec.

Emanowała tą samą co jej rodzice wyniosłością, skierowaną zwłaszcza ku Dentonowi Carterowi. Olivia patrzyła na niego tak, jakby dziś rano nie wziął prysznica. Starszy pan był zbyt chory albo obojętny, by się odezwać. Co do Bellamy, miała władczy sposób bycia, który odczuwał jak nadepnięcie na odcisk, a przecież wymienili zaledwie kilka słów.

Nie zamierzał pakować się w ten gnój. Po raz drugi.

– Na południowy wschód od miasta jest zwykły port lotniczy – powiedział, zwracając się do Bellamy. – Może o nim słyszałaś? Duże, błyszczące samoloty. Latają nimi do Houston i z powrotem kilka razy dziennie.

Odpowiedziała na jego sarkazm z równie zjadliwym uśmiechem.

– No tak, dziękuję za wskazówkę. Ale dla tatusia wszystkie te procedury związane z bezpieczeństwem na lotnisku stanowią barierę nie do przebycia. Powiedziano mi... – Spojrzała na hangar za jego plecami, gdzie Gall bawił się w chowanego. – ...Powiedziano mi, że masz samolot do wynajęcia. Zgodziłam się na warunki i z góry zapłaciłam za usługę.

Cholera, potrzebował tych pieniędzy.

Dla Lystonów dwa i pół tysiąca to były drobniaki. Dla niego oznaczały prąd, jedzenie i ratę za samolot. Mógłby się skopać za to, że nie zażądał więcej. Mógłby jeszcze mocniej skopać Galla za to, że nie powiedział mu, kim są pasażerowie. Co sobie myślał ten stary pierdoła, sprawiając mu taką niemiłą niespodziankę?

A jeśli już o to chodzi, co sobie myśleli Lystonowie? Dlaczego wybrali właśnie jego spośród wszystkich możliwych czarterów, łącznie z wynajęciem prywatnego odrzutowca, na który byłoby ich spokojnie stać? Wątpił, że chcieli się z nim zaprzyjaźnić.

A on też, do diabła, nie chciał mieć z nimi nic wspólnego.

Ale niestety to, co mówił Gall o darowanym koniu, miało swój sens. Jeśli oni mogą znieść jego towarzystwo, on może znieść ich. Houston to krótki rejs.

Dent zwrócił się do Howarda Lystona:

– O której ma pan być przyjęty?

– O drugiej.

– Dowiozę państwa z zapasem czasu.

– W porządku – powiedziała Bellamy. – Jeśli to wszystko, to czy możemy już ruszać?

Jej protekcjonalny ton był mu tak znany, że Dent miał ochotę zgrzytać zębami. Zamiast tego uśmiechnął się i wskazał schodki wiodące do kabiny samolotu.

– Proszę przodem.

Lot przebiegł gładko. Jedyna trudność, z jaką musieli się zmierzyć, to wprowadzenie i wyprowadzenie z samolotu Howarda Lystona. Był nie tylko tak słaby, że najmniejszy ruch przychodził mu z trudem, ale również bardzo cierpiał. Kiedy usadowił się na tylnym siedzeniu czekającej na nich limuzyny, najwyraźniej odczuwał ulgę, iż udało mu się dotrzeć tak daleko. Olivia usiadła obok, jak zawsze zatroskana i opiekuńcza.

Bellamy zatrzymała się obok Denta, przekrzykując hałas silnika i silny wiatr zatokowy.

– Zazwyczaj lekarze i personel mają opóźnienia w stosunku do planu, więc nie mogę przewidzieć, jak długo tam będziemy.

Ciemne okulary wróciły na miejsce, ale dolna część jej twarzy zdradzała napięcie, co zdaniem Denta mogło mieć związek ze stanem ojca. A może miała o nim tak samo marne zdanie jak jej rodzice. Bóg jeden raczy wiedzieć, czego się o nim nasłuchała przez ostatnie osiemnaście lat.

– Mamy umowę, więc będę tu bez względu na to, o której wrócicie. – Podał jej swoją wizytówkę. – Tu jest numer mojej komórki. Jeśli dasz mi sygnał, wyjeżdżając ze szpitala, samolot będzie gotowy do lotu, gdy tu dotrzecie.

– Dziękuję. – Przez chwilę się wahała, potem otworzyła dużą torbę, którą nosiła na ramieniu, wyłowiła z niej książkę w twardej oprawie i wyciągnęła ją w jego stronę. – Czytałeś?

Wziął książkę do ręki.

– Tornado. T.J. David.

– Alias Bellamy Lyston Price. Nie wiedziałeś, że napisałam książkę?

– Nie. – I miał ochotę dodać: „I gówno mnie to obchodzi”. Powstrzymał się jednak, ponieważ patrzyła na niego z pytająco przechyloną głową. Przez szkła jej okularów nie mógł zajrzeć jej w oczy, ale odniósł wrażenie, że wnikliwie ocenia jego odpowiedź. – Nie – powtórzył. – Nie wiedziałem, że zostałaś pisarką. Powiedziałaś „Price”?

– To nazwisko po mężu.

– Więc dlaczego T.J. jakiś tam?

– Wzięłam z książki telefonicznej.

– Czemu?

– Idziesz?! – zawołała Olivia, otwierając drzwiczki limuzyny.

Bellamy zwróciła się do Denta:

– Może ta książka pomoże ci zabić czas, gdy będziesz na nas czekał.

Odwróciła się od niego i dołączyła do rodziców w limuzynie.

Dent patrzył, jak odjeżdżają, klnąc pod nosem. Wchodząc do budynku, wyjął komórkę i wybrał numer Galla. Ten powiedział:

– No szybko. Jestem zajęty.

– Co to ma, kurwa, być, Gall?

– Stać cię na przebieranie w pasażerach? W tym kryzysie?

– Ode mnie powinno zależeć, kogo wożę. Gdybym wiedział, że to oni, zostałbym w łóżku.

– Boisz się ich.

– Dlaczego próbujesz wkurzyć mnie jeszcze bardziej?

– Potrzebowałeś czarteru. Ich pieniądze są dobre. Powiedz mi, w czym nie mam racji. – Po chwili ciszy zamruczał z zadowolenia, po czym dodał: – Mam robotę. – I się rozłączył.

Za dawnych czasów Dent przepadał za włóczeniem się po wszelkiego typu portach lotniczych; nieważne, czy był to wielki węzeł przesiadkowy, czy wiejskie lotnisko z zarośniętym trawą pasem startowym służącym głównie pilotom od oprysków. Nic nie cieszyło go bardziej niż pogawędki z innymi pilotami.

Teraz unikał rozmów. Zresztą żaden z pilotów nie miał ochoty z nim rozmawiać, gdy tylko przedstawił się z nazwiska. Wszedł do poczekalni dla pilotów jedynie po to, by złapać parę gazet, i usadowił się wygodnie w fotelu w zacisznym kącie głównego holu. Przeczytał kolumny sportowe. Spróbował rozwiązać krzyżówkę, ale nie bardzo mu to szło. Od niechcenia popatrywał na mecz piłkarski sprzed pięciu lat nadawany na kanale ESPN.

Nadeszła pora lunchu. Zamówił cheeseburgera z rusztu i poszedł z nim na patio. Jadł, obserwując samoloty odlatujące z Hobby. Za każdym razem, gdy któryś unosił się z pasa startowego, czuł głęboko w brzuchu znajome, porywające szarpnięcie. Tak samo jak tego wszystkiego, a może nawet bardziej niż tego wszystkiego, brakowało mu przypływu adrenaliny, jaki daje napęd odrzutowy. Działał na niego jak narkotyk, a teraz Dent był na głodzie.

W końcu duszny upał Houston zmusił go, aby wrócił do klimatyzowanego budynku. Usiadł na swoim miejscu i wyłącznie z nudów otworzył powieść Bellamy Price. Zaczął przeglądać książkę.

Przy prologu osłupiał ze zdziwienia. Po pięciu rozdziałach rozgniewał się. Gdy dotarł do ostatniego, był wściekły.

Rozdział 2

To była cisza przed burzą, znana inaczej jako obiad w Maxey’s.

Siostrzane restauracje w Nowym Jorku i Bostonie ustaliły już swoją renomę, gdy więc w modnej dzielnicy Buckhead piętnaście miesięcy temu otwarto Maxey’s Atlanta, stała się ona dla pięknych i nadzianych – oraz ich naśladowców – miejscem, gdzie można widzieć i być widzianym. Współwłaściciel Steven Maxey siedział przy chromowanym barze, przeglądając specjalności szefa kuchni na ten wieczór i nastawiając się na najazd, który się rozpocznie w chwili otwarcia drzwi o piątej trzydzieści. Kiedy zabrzęczała jego komórka, spojrzał na wyświetlony numer i z pewnym lękiem odebrał telefon.

– Cześć, mamo.

– Wiem, że jesteś zajęty.

– Nie szkodzi. Jak się czuje Howard?

– Jesteśmy w Houston. Przyjechaliśmy, żeby się zorientować, jakie są możliwości dalszego leczenia.

Realne możliwości malały, ale żadne z nich nie miało serca, by powiedzieć to na głos.

– Życz mu ode mnie wszystkiego najlepszego – powiedział Steven.

– Jasne. Teraz drzemie. Bellamy siedzi z nim, a ja wyskoczyłam, by do ciebie zadzwonić.

Wiedział, że ma coś więcej do powiedzenia, ale przez kilka sekund w słuchawce panowała głęboka cisza.

– Przylecieliśmy tu prywatnym samolotem – powiedziała Olivia po dłuższym zastanowieniu.

To zdanie, z pozoru niewinne, niosło w sobie coś złowrogiego. Steven czekał.

– Bellamy go wyczarterowała. Zgadnij, kto był pilotem.

Steven poczuł skurcz żołądka.

– Powiedz, proszę, że nie chcesz przez to...

– Denton Carter.

Oparł się łokciami o kontuar, pochylił głowę i zaczął opuszkami palców masować czoło, próbując zapobiec migrenie, którą ta wiadomość na pewno wywoła.

– Próbowałam wybić jej to z głowy – ciągnęła Olivia. – Ale była bardzo stanowcza.

– Na litość boską, dlaczego?

– Mówiła coś o zamknięciu, o naprawieniu przeszłości. Wiesz, jaka ona jest.

– Wieczny mediator.

– Ona chce, żeby wszystko było... miłe.

– A on był?

– Miły? Nie. Nie bardziej uszczęśliwiony naszym widokiem niż my jego.

– To dlaczego zgodził się lecieć z wami?

– Ten staruszek, właściciel lotniska...

– Jeszcze żyje?

– Załatwił to, oczywiście nie mówiąc Dentowi, kto zamówił czarter. Kiedy zorientował się, kim jesteśmy, stał się jak zwykle antypatyczny i arogancki. Po żadnej ze stron nie została ani odrobina sympatii.

– Czy wiedział o książce Bellamy?

– Według niej nie. Ale mógł udawać. Kto wie? Musimy z nim wracać, kiedy skończymy tu zabiegi.

– Steven usłyszał, jak matka pociąga nosem, i uświadomił sobie, że jest zdenerwowana.

– Nie chciałam więcej widzieć tego chłopaka.

Użalała się dalej nad tą niemożliwą do zniesienia sytuacją. Steven ją rozumiał. Jego emocje od dnia publikacji Tornada galopowały od rozpaczy przez niepokój do złości. Jego lęk wzrósł jeszcze, kiedy wiadomość o tożsamości Bellamy i biograficznym charakterze książki stała się publicznie znana.

William Stroud, jego biznesowy partner, poklepał go po ramieniu i dał znak, że pora otwierać lokal. Recepcjonista zajął miejsce przy drzwiach. Personel krzątał się po całej sali, dokonując ostatnich poprawek przy nakryciach stołów. Obok stał kelner od win, gotów odpowiadać na pytania dotyczące ich obszernej listy.

– Mamo – przerwał jej Steven. – Przepraszam, ale muszę iść. Właśnie otwieramy.

– Przepraszam, powinnam była wiedzieć...

– Nie musisz przepraszać. To zrozumiałe, że jesteś zdenerwowana. Niepotrzebnie Bellamy naraziła cię na widok Dentona Cartera, jakbyś i bez tego nie miała dość kłopotów.

– Przepraszała tysiąc razy, Steven. Nie chciała, by ktokolwiek się dowiedział, że jej książka była oparta na... faktach.

– Jestem pewny, że jej przeprosiny są szczere, ale co to daje? Postanowiła napisać tę książkę. Ryzykowała odkrycie jej tożsamości. Ale ryzykowała też wystawienie na widok publiczny pozostałych. A to bardzo nieuczciwe.

– Teraz to zrozumiała – westchnęła ciężko Olivia. – Ale, tak czy owak, stało się.

– No tak, mleko się wylało. Jednak ostatnia rzecz, jakiej ci trzeba, to kolejne przypomnienie w postaci Dentona Cartera. Wyrzuć to z głowy i skup się na Howardzie. I nie zapomnij go ode mnie pozdrowić.

Rozłączył się, zanim odpowiedziała, i przesunął się na koniec baru, by zrobić miejsce dla pierwszych spragnionych gości. Dyskretnie poprosił jednego z barmanów o wódkę z lodem. Obserwował, jak zapełnia się sala jadalna, a przy barze ludzie stoją w trzech rzędach. Po początkowym nagłym ożywieniu dołączył do niego William, który widząc drinka i wyraz twarzy wspólnika, zorientował się, że rozmowa telefoniczna musiała być nieprzyjemna.

– Pogorszyło się ojczymowi?

Steven przekazał najnowsze wiadomości na temat stanu Howarda.

– To paskudnie, ale jest jeszcze coś. Do obrazka dołączył Denton Carter. – William znał całą historię, nie musiał więc wyjaśniać, dlaczego tak go to niepokoi. – Ni mniej, ni więcej, tylko na zaproszenie Bellamy.

Steven opowiedział, jak doszło do ponownego spotkania. William z niedowierzaniem pokręcił głową:

– Na miłość boską, dlaczego ona się z nim teraz skontaktowała? Od powrotu z Nowego Jorku zawiesiła wszystkie wystąpienia związane z książką i praktycznie zniknęła z pola widzenia. Czemu znowu robi zamieszanie?

– Zabij mnie, nie wiem.

– I co teraz zamierzasz? – spytał William po chwili namysłu.

– To, co robiłem przez prawie całe życie. – Steven odsunął nagle resztki drinka. – Ograniczać straty.

*

Bellamy zgadła, że Dent obserwował limuzynę z okna budynku. Jeszcze zanim samochód się zatrzymał, znalazł się obok niego, bębniąc w szybę szofera, by otworzył tylne drzwi. Gdy wysiadła, zaczął wymachiwać przed jej twarzą egzemplarzem Tornada.

– Chcę wiedzieć, czemu, na miłość boską, napisałaś to cholerstwo.

Zastanawiała się, czy jego kipiący gniew to dobry, czy zły znak. Uznała, że dobry. Oznaczał bowiem, że powiedział prawdę, iż nic nie wie o powieści. A to z kolei znaczyło, że to nie on przysłał szczura owiniętego w srebrzystą bibułkę.

Był tak wściekły, że musiała go udobruchać, zanim ktoś ją rozpozna. Wróciła do Teksasu, żeby wydostać się z centrum zainteresowania mediów, i jak dotąd to się jej udawało.

Weszła do terminala.

– Przepraszam, że nie zadzwoniłam, wyjeżdżając ze szpitala. Zapomniałam. – Zauważyła stoliki obok baru przekąskowego i dodała: – Poczekam tutaj, aż załatwisz wszystkie sprawy potrzebne do startu. Zawiadom mnie, kiedy będziesz gotowy.

Ruszyła w tę stronę, ale tym razem on zastąpił jej drogę.

– Nie zbywaj mnie. Chcę wiedzieć, czemu to napisałaś.

Zażenowana rozejrzała się dookoła.

– Czy mógłbyś mówić trochę ciszej?

– Żeby zarobić pieniądze? Tatusiowa forsa nie wystarcza? A może mąż przepuścił cały spadek?

– Nie mam zamiaru rozmawiać o tym w publicznym miejscu, kiedy krzyczysz mi w twarz.

– Chcę wiedzieć...

– To nie jest dobra pora, Dent.

Może dlatego, że podniosła głos, a może dlatego, że użyła jego imienia albo że zauważył łzy zbierające się w jej oczach – dość, by sobie uświadomił, że ma nerwy jak postronki i że wróciła sama.

Odsunął się od niej, spojrzał przez okno na odjeżdżającą limuzynę, potem wrócił i oznajmił rzecz oczywistą:

– Rodzice nie przyjechali z tobą.

– Tatusia przyjęli do szpitala. Olivia została z nim. – Nic na to nie odpowiedział, więc skorzystała z chwili spokoju i dodała: – Zaczekam tutaj...

Przeszła obok i nawet się nie obejrzała, żeby sprawdzić, czy idzie za nią. Był tak wściekły, że mógł wyjechać, zostawiając ją własnemu losowi, i zmusić, żeby wróciła do Austin rejsowym samolotem. I to byłoby w porządku. W rzeczywistości tak byłoby najlepiej.

Jak kilkakrotnie powiedziała dziś Olivia, nawiązanie kontaktu z Dentem po tylu latach było błędem. Bellamy uważała, że takie spotkanie jest konieczne dla spokoju ducha macochy, ale teraz żałowała, że nie posłuchała jej rady, by zostawić go w spokoju. Miała teraz kolejnego wroga.

Nalała dietetycznej coli z lodem i usiadła przy stoliku, zadowolona, że w barze nie ma nikogo. Dzień wyczerpał ją emocjonalnie. Nerwy miała na wierzchu. Potrzebowała kilku chwil spokoju, żeby wziąć się w garść przed nieuniknionym starciem z Dentem.

Przez duże okno obserwowała, jak przeprowadza kontrolę przed startem z jej książką wetkniętą pod pachę. Nie znała się na samolotach, ale ten był biały z niebieskim obramowaniem i miał dwa silniki, po jednym na każdym skrzydle. Dent nadzorował tankowanie paliwa i sprawdził coś na lewym skrzydle. Przykucnął, by obejrzeć opony i podwozie. Wstał, otrzepał z kurzu dłonie i obszedł skrzydło w kierunku ogona. Poruszał się wprawnie i efektywnie.

Ile miał teraz lat? Trzydzieści sześć? Trzydzieści siedem?

O dwa lata starszy, niż byłaby Susan.

Bellamy była ciekawa, jak minione lata się z nim obeszły, czy wyhodował brzuch, czy wyłysiał, czy pozwolił sobie wygodnie usadowić się w wieku średnim. Ale Dent niezbyt się postarzał. Jego jasnobrązowe włosy były wciąż gęste i rozwichrzone. Od wpatrywania się przez większą część życia przez okno kokpitu w słońce w kącikach oczu pojawiły się ukośne kreski. Dojrzałość i bez wątpienia lata ciężkiego życia i niedosypiania sprawiły, że jego twarz stała się szczuplejsza i bardziej kanciasta. Ale był równie atrakcyjny jak w wieku lat osiemnastu, kiedy na jego widok, zakompleksiona z powodu trądziku i klamerek na zębach, zapominała języka w ustach.

Skończywszy przegląd, podniósł kciuki w kierunku obsługi naziemnej i długimi krokami zdecydowanie skierował się do budynku. Jego wejściu towarzyszył podmuch wiatru, który sprawił, że młode kobiety z recepcji przerwały pracę i obserwowały z zachwytem, jak niecierpliwie poprawia krawat i przygładza go na umięśnionym i płaskim brzuchu. Zdjął przeciwsłoneczne okulary, niedbale przegarnął palcami rozwichrzone wiatrem włosy i podszedł do czekającej na niego Bellamy.

Przyniósł sobie do stolika kubek kawy. Usiadł naprzeciwko i upuścił na stół książkę. Wylądowała z głośnym stukiem.

Przez chwilę wpatrywał się tylko w Bellamy, wciąż wściekły. Pamiętała jego szarozielone oczy. Nakrapiane brązowymi plamkami przypominały mech. To było znajome. Nowy był malujący się w nich gniew. Wreszcie się odezwał.

– Źle z nim?

– Z tatą? Bardzo. Jego onkolog przepisał kolejną serię chemioterapii, ale to tak go osłabia, że zastanawiają się z Olivią, czy warto ją brać. Tak czy owak, lekarz uważa, że jest zbyt słaby, żeby dziś wracać do domu.

– Większa dawka chemii mogłaby pomóc.

– Nie – powiedziała cicho. – Nie pomoże. Z chemią czy bez, wkrótce umrze.

Poruszył się niespokojnie na krześle i spojrzał w bok.

– Przykro mi.

Pociągnęła łyk coli i poczekała, aż znów na nią spojrzy.

– Nie mówisz tego szczerze...

Przeciągnął ręką po ustach i podbródku.

– Zaczyna się walka? Dobra. Szkoda, że ktokolwiek musi umierać w ten sposób, ale twój ojciec nigdy mi nie sprzyjał.

– I vice versa.

– A co ja mu zrobiłem? Chwileczkę. Przecież gdybym chciał wiedzieć, wystarczy, żebym to przeczytał. – Ze złością szturchnął książkę.

– Jeśli przeczytałeś ją dokładnie...

– Przeczytałem dosyć.

– To wiesz, że postać, której byłeś wzorem...

– Byłem wzorem? Nie wymieniłaś tylko mojego nazwiska!

– Jest przedstawiona także jako ofiara.

– Bzdura.

Pochylał się ku niej nad stołem, ale po wygłoszeniu tego zwięzłego stwierdzenia oparł się o poręcz krzesła i wyciągnął przed siebie nogi, nie przepraszając nawet, kiedy kopnął ją pod stołem.

– Czemu wyciągnęłaś to na światło dzienne?

– A co to cię obchodzi? – odpaliła.

– Musisz pytać?

– Dent, to się zdarzyło dawno temu. Jak długo miało to wpływ na twoje życie? Kilka tygodni? Parę miesięcy? Zająłeś się własnymi sprawami.

Prychnął pogardliwie.

– Masz rodzinę?

– Nie.

– Nie ożeniłeś się?

– Nie.

– Masz samolot.

– Pracuję na to, żeby go mieć na własność.

– Wyraźnie wciąż jesteś blisko z panem Hathawayem.

– Taaa... Do dzisiaj. Teraz jest na mojej czarnej liście.

– Nie powiedział, że to my?

– Nie, nawet kiedy dał mi czek.

– Nazwisko Bellamy Price nic ci nie mówiło?

– Spojrzałem na czek tylko po to, żeby sprawdzić, czy suma się zgadza.

– Myślałam, że widziałeś mnie w telewizji.

– Byłaś w telewizji?

Lekko skinęła głową.

– I mówiłaś o tym? – Wskazał brodą leżącą na stole książkę.

Znów potwierdziła skinięciem.

– Wspaniale. Po prostu wspaniale.

Podniósł kubek z kawą, ale odstawił go zaraz na stół, nie upijając ani łyka, po czym odsunął go od siebie tak gwałtownie, że kawa się rozlała.

– Przez parę tygodni było sporo relacji w mediach. – Ciszej dodała: – Nie wiem, jak mogłeś to przeoczyć.

– Myślę, że po prostu miałem szczęście.

Przez całą minutę panowała cisza. Ludzie przechodzący przez hol z jakiegoś powodu nie wstępowali do baru, jak gdyby czuli wrogość między parą rozmówców i chcieli zapewnić im prywatność. Za każdym razem, gdy Bellamy zerkała w stronę recepcjonistek, przyłapywała je na obserwowaniu jej i Denta ze źle skrywaną ciekawością.

W końcu to on przerwał pełne napięcia milczenie.

– No to dlaczego zamówiłaś lot ze mną? Mogłaś dowieźć tu tatusia innym sposobem. Prywatnym odrzutowcem. Nie potrzebowałaś mnie ani mojej nędznej małej cessny.

– Chciałam zobaczyć, jak ci idzie. Nie słyszałam nic o tobie od tej sprawy... z linią lotniczą.

– A więc wiesz o tym?

– To była wiadomość dnia.

– Wiem – odparł sucho. – O tym też napiszesz książkę?

Rzuciła mu nieprzyjazne spojrzenie.

– Mogę dostarczyć ci mnóstwo materiału, pani Alias. Niech no pomyślę. – Pogładził w zamyśleniu podbródek. – Może o tym, jak młoda wdowa wynajęła mnie na lot do Nantucket? To daleko stąd. Gdy dotarliśmy na wybrzeże Massachusetts, była ciemna i burzliwa noc. Nikt nie został zamordowany, ale dama ze wszystkich sił starała się zapierdolić mnie na śmierć.

Bellamy wzdrygnęła się na to słowo, ale nie dała się sprowokować do wybuchu, ponieważ wiedziała, że taki miał zamiar. Trzymając nerwy na wodzy, powiedziała z wystudiowaną cierpliwością:

– Wynajęłam cię, bo chciałam się dowiedzieć, czy czytałeś moją książkę, a jeśli tak, to jaka była twoja reakcja.

– No to teraz wiesz. Ta wiedza kosztowała cię dwa i pół patyka plus koszty paliwa. Opłaciło się?

– Owszem.

– To i dobrze. Chcę, żeby moi pasażerowie byli przekonani, że dostali za swoje pieniądze to, czego chcieli. Ta wdowa dostała. – Zaśmiał się prowokująco, ale zignorowała to. Potem uśmieszek zniknął, a on zaklął pod nosem. – Jeśli Gall myśli, że dostanie swoją działkę za pośrednictwo w tym czarterze, to się grubo myli.

– Może nie powiedział ci, bo...

– Bo wiedział, że odmówię.

– Bo uważał, że dobrze ci zrobi spotkanie z nami.

– Niby dlaczego?

– Wszystkim nam dało okazję do pogodzenia się.

– Pogodzenia?

– Tak, żebyśmy zostawili to za sobą. Zapomnieli...

– Zapomnieli? – Tym razem pochylił się do przodu tak gwałtownie, że stolik się zakołysał. – To właśnie robiłem przez ostatnie osiemnaście lat. A przynajmniej próbowałem robić. Powiedziałaś, że to się zdarzyło dawno temu. No więc nie dość dawno, moja droga. Nie dość dawno, żebym mógł to zostawić za sobą. Żeby o tym zapomnieć. Żeby wszyscy inni zapomnieli. A teraz ty, właśnie ty pojawiasz się i piszesz wkurzającą książkę o tamtym Dniu Pamięci...

– Została wydana jako powieść. Nie miałam zamiaru...

– I cała paskudna sprawa znowu wychodzi na światło dzienne, i cały świat może sobie ostrzyć na niej zęby. Skoro chciałaś napisać powieść, czemu nie? Ale dlaczego nie wymyśliłaś jakiejś historyjki? – Uderzył pięścią w książkę. – Dlaczego musiałaś opisać akurat tę historię?

Była wściekła, że musi mu to wyjaśnić, i dała temu wyraz. Jej gniew dorównywał jego gniewowi.

– Ponieważ ja też chcę o tym zapomnieć.

– Zabawny sposób na zapominanie: spisać to wszystko – rzekł, śmiejąc się szyderczo.

– Miałam dwanaście lat, kiedy to się stało. Dla mnie miało fatalne skutki. Z większością już sobie poradziłam, ale chciałam całkowicie wyprzeć to wydarzenie z pamięci.

– Wyprzeć? – uniósł brew. – To eleganckie słowo. Użyłaś go w swojej książce?

– Musiałam to wszystko zapisać, żeby stało się czymś namacalnym, czymś, co mogłabym potem wypchać i wyrzucić.

– Teraz mówisz z sensem. Proszę bardzo. – Pchnął książkę jeszcze bliżej niej. – Możesz zacząć od tego egzemplarza. Proszę go wyrzucić do najbliższego kubła na śmieci. – Wstał i odwrócił się ku drzwiom, rzucając przez ramię: – Chodźmy.

– Widzisz...? Dent? Czy wszystko w porządku?

To były pierwsze słowa, jakie wydobyła z siebie jego pasażerka od chwili wejścia na pokład. Przekazał jej instrukcję obsługi słuchawek na wypadek, gdyby chciała z nim porozmawiać.

– Jedyne, co musisz zrobić, to wetknąć to tutaj, a to tam – pokazał przewód dołączony do słuchawek. – Zbliżyć mikrofon do ust, o tak – przesunął go, aż prawie dotknął jej dolnej wargi. – I mówić. Zrozumiałaś?

Skinęła głową, ale pomyślał, że nie ma znaczenia, czy zrozumiała; nie miała nic do powiedzenia. Pasowało mu to.

Ale teraz, po dwudziestu minutach czterdziestominutowego lotu, wpadli w lekką turbulencję i Bellamy odezwała się do niego zaniepokojona. Obrócił się i spojrzał w głąb kabiny. Ściskała poręcze fotela i z lękiem patrzyła przez okno. Na zachodnim skraju nieba pojawiła się błyskawica oświetlająca zwały burzowych chmur. Lecieli równolegle do nich, ale Bellamy i tak była spięta.

Dent zdawał sobie sprawę z warunków pogodowych, sprawdził na radarze, gdzie jest burza, w jakim kierunku i z jaką prędkością się porusza. Stosownie do tego wypełnił plan lotu.

– Nie ma powodu do obaw – powiedział do mikrofonu. – Te burze są o wiele mil stąd i nie są duże.

– Pomyślałam tylko... nie moglibyśmy odlecieć dalej od tych burz?

– Moglibyśmy. Ale wolę raczej być blisko burzy, niż pozwolić, żeby rejsowy douglas 80, który nie wie, że tu jestem, wleciał mi w zadek – odwrócił się, żeby mogła zobaczyć jego twarz zamiast tyłu głowy. – Ale to tylko moje zdanie...

Rzuciła mu piorunujące spojrzenie, wyrwała przewody z gniazdka na ścianie obok siedzenia i zdjęła słuchawki. Skupił się na wykonywanej pracy, lecz kiedy turbulencje się wzmogły, spojrzał w tył, żeby sprawdzić, co z nią. Miała zamknięte oczy i poruszała wargami. Albo się modliła, albo śpiewała. A może przeklinała go.

Gall, którego zawiadomił, że się zbliża, zapalił światła na pasie startowym. Dent posadził samolot z łatwością wynikającą z długiej praktyki i umiejętności i dokołował do hangaru, gdzie dostrzegł sylwetkę Galla majaczącą w otwartej paszczy budynku.

Zatrzymał maszynę i wyłączył silniki. Gall wyszedł i podłożył klocki pod koła. Dent przecisnął się z kokpitu do kabiny, otworzył drzwi, wysiadł pierwszy i odwrócił się, by pomóc Bellamy przebrnąć przez schodki. Zignorowała jego wyciągniętą rękę.

Zirytowało go to. Złapał ją za rękę i wcisnął w nią paragon.

– Jesteś mi winna za paliwo, które brałem w Houston.

– Pan Hathaway ma moją kartę kredytową. Przepraszam, ale muszę do toalety.

Wbiegła do budynku.

Gall obszedł skrzydło i zajrzał do pustej kabiny.

– Gdzie są jej starzy?

– Zostali w Houston.

– Nie dziwi mnie to. Staruszek wyglądał, jakby był na ostatnich nogach. A poza tym jak poszło?

– Nie bądź dla mnie taki miły, Gall. Jestem na ciebie wściekły jak cholera.

– Jesteś dziś wieczorem bogatszy niż...

– Chcę prostej odpowiedzi. Wiedziałeś o jej książce?

– Książce?

– Książce. Wiesz, to coś, co ludzie czytają.

– Ma jakieś obrazki?

– Nie.

– To nie wiedziałem o niej.

Dent spojrzał mu badawczo w zamglone oczy i nie dopatrzył się oszustwa.

– Zabiję cię później. Teraz odstawię samolot i na dziś koniec.

Kiedy był zajęty maszyną, Bellamy i Gall załatwiali swoje sprawy w biurze hangaru. Ale miał na nich oko, i kiedy wychodziła z budynku, zastąpił jej drogę.

– Dziękuję – powiedziała chłodno.

Nie miał zamiaru puścić jej tego płazem.

– Może i nie używam takich zwrotów jak „wyprzeć z pamięci”, ale umiem latać. Jestem dobrym pilotem. Nie miałaś powodu do strachu.

Nie patrząc mu w oczy, odparła:

– To nie lotu się bałam.

Rozdział 3

Dent i Gall wspólnie wprowadzili samolot do hangaru. Dent wszedł do samolotu po okulary i iPada i zauważył leżący na siedzeniu zajmowanym przez Bellamy egzemplarz Tornada.

– Kurwa mać! – złapał książkę i gdy tylko wysiadł, ruszył prosto do swojej corvetty.

Gall odwrócił się od głośno warczącej lodówki. W ręku miał sześciopak budweisera.

– Myślałem, że strzelimy parę. Dokąd się wybierasz?

– Za nią.

– Co rozumiesz przez „za nią”?

Dent wsiadł do samochodu, zapuścił motor, ale kiedy chciał zamknąć drzwiczki, Gall, z piwem w jednej ręce, przytrzymał je drugą.

– Nie pakuj się w kłopoty, asie.

– Ale śmieszne. To ty mnie w nie wpakowałeś.

– Myliłem się.

– Tak myślisz? – pociągnął drzwiczki do siebie. – Puszczaj.

– Czemu za nią jedziesz?

– Zostawiła książkę. Chcę ją zwrócić. – Szarpnął mocno drzwiczki i Gall puścił klamkę.

– Powinieneś zostawić to w spokoju.

Dent zignorował ostrzeżenie. Wrzucił jedynkę i wytoczył się z garażu. Na szczęście dobrze znał drogę, mógł więc prowadzić jedną ręką. Drugą sięgnął do tylnej kieszeni, z trudem wyciągnął portfel, wyłowił z niego czek i przeczytawszy adres, wprowadził go do GPS-a w iPadzie. Po chwili miał już mapę dojazdu do mieszkania Bellamy.

Georgetown, trzydzieści mil na północ od Austin, znane było ze swojej wiktoriańskiej architektury. Jego rynek i obsadzone drzewami rezydencjonalne ulice pyszniły się budowlami podobnymi do domków z piernika.

Bellamy mieszkała w jednym z takich domów. Był usadowiony w zagajniku drzew hikorowych i miał głęboką werandę biegnącą przez całą jego szerokość. Dent zaparkował przy krawężniku, wziął książkę i obramowaną kwiatami ścieżką poszedł do wiodących na ganek schodków. Pokonał je w dwóch susach i nacisnął dzwonek schowany za doniczką z paprocią.

Nagle zauważył, że frontowe drzwi są otwarte. Zapukał.

– Halo? – Usłyszał jakiś hałas, ale nikt nie odpowiedział. – Halo? Bellamy? – Jechał tak szybko, że nie mogła go bardzo wyprzedzić. – Halo?

Pojawiła się w szparze między drzwiami a framugą. Odniósł wrażenie, że trzyma się jej, żeby nie upaść. Miała szeroko otwarte, pełne łez oczy i była blada. Na jej nosie i policzkach wyraźnie widać było piegi, których nie zauważył wcześniej. Oblizała wargi.

– Co tu robisz?

– Dobrze się czujesz?

Skinęła potakująco głową, ale jej nie uwierzył.

– Wyglądasz... – wskazał dłonią jej twarz. – Czy chodzi o lot? Aż tak cię zdenerwował?

– Nie.

– No to o co chodzi?

– O nic.

Przez moment zastanawiał się, dlaczego po prostu nie wręczył jej książki i nie powiedział, żeby wsadziła ją sobie tam, gdzie słońce nie dochodzi – po to przecież przyjechał – a potem nie odwrócił się na pięcie i nie poszedł sobie. Na dobre i na zawsze, amen.

Miał silne przeczucie, że jeśli zostanie choćby na sekundę, będzie tego żałował do końca życia. Lecz wbrew odruchowej chęci, żeby zostawić w diabły ją i całą rodzinę Lystonów, pchnął lekko drzwi. Bellamy przytrzymała je. Pchnął mocniej, aż je puściła, i otworzył je na oścież.

– Co tu się, do cholery, dzieje?! – krzyknął.

Cały hol za jej plecami wyglądał tak, jakby odbyła się tu parada z konfetti. Błyszczącą drewnianą podłogę pokrywały skrawki papieru. Przepchnął się obok Bellamy, wszedł do środka, schylił się i podniósł jeden z większych kawałków. To był róg kartki z napisem T.J. David i numerem strony.

– Zastałaś to po powrocie do domu?

– Byłam tu zaledwie parę minut przed tobą – odparła. – Doszłam tylko do tego miejsca.

W pierwszej chwili Dent pomyślał, że intruz może jeszcze być w domu.

– Co z systemem alarmowym?

– Dom go nie posiada. Wprowadziłam się tu zaledwie parę tygodni temu – wskazała ręką zamknięte pudła pod ścianą. – Nawet nie skończyłam się rozpakowywać.

– Nie ma tu twojego męża?

Wydawało się, że pytanie ją speszyło, wreszcie wyjąkała:

– Nie. To znaczy... Nie mam... Jestem rozwódką.

Uch! Odłożył to na bok – później o tym pomyśli.

– Zadzwoń na policję, a ja się tu rozejrzę.

– Dent...

– Nic mi się nie stanie.

Odłożył powieść na konsolkę i podążył przez korytarz pomiędzy jadalnią i pokojem dziennym, które leżały naprzeciwko siebie po obu jego stronach. Na końcu znajdowała się kuchnia i pomieszczenie gospodarcze. Drzwi na podwórko były otwarte. Zamek zwisał ze zgrabnie wyciętej w drzwiach dziury.

Pręgowany kot, ciekawie zaglądający do środka, zwiał na widok Denta. Starając się nie dotknąć niczego, Dent wyszedł na betonowy ganek. Pod ścianą domu stał worek ziemi ogrodniczej i rządek ceramicznych doniczek. Jedna z nich była rozbita, a jej kawałki leżały na wiodących w dół stopniach. Ogrodzone podwórze było puste.

Pomyślał, że włamywacz nie stanowi już zagrożenia, ale, tak czy owak, chciał sprawdzić piętro budynku. Przez kuchnię wrócił do obszernego holu. Bellamy, z telefonem w dłoni, stała tam, gdzie ją zostawił.

– Myślę, że wszedł i wyszedł przez tylne drzwi. Idę sprawdzić górę.

Szybko wspiął się po schodach. Pierwsze drzwi na lewo otwierały się na pokój gościnny, który Bellamy wyraźnie chciała wykorzystać jako pracownię. Stół na kozłach z zestawem komputerowym wyglądał na nienaruszony, ale na całej podłodze, tak jak przy wejściu do domu, rozsypane były strzępki jej książki. Dent sprawdził szafę w ścianie, ale nie było tam nic poza pudełkami z podstawowymi materiałami biurowymi.

W połowie korytarza zauważył szeroko otwarte podwójne oszklone drzwi w starym stylu. Wszedł do sypialni Bellamy i stanął jak wryty. Pokój był zdewastowany, ale nie przez konfetti.

Pospiesznie sprawdził silnie pachnącą kwiatami szafę z ubraniami, butami i kilkoma nierozpakowanymi pudłami, i łazienkę, w której oprócz kremowej armatury i puszystych ręczników znalazł tylko damskie kosmetyki na toaletce.

Wrócił do podwójnych drzwi sypialni i zawołał:

– Dół jest czysty, ale lepiej przyjdź na górę!

Po chwili dołączyła do niego i zrobiła to, co on. Zatrzymała się raptownie w pół kroku.

– Domyślam się, że to nie jest część wystroju.

– Nie – odparła przez ściśnięte gardło.

Na ścianie widniał nabazgrany czerwoną farbą napis: „Jeszcze tego pożałujesz”.

Farba ściekała, tworząc pod każdą literą strużki wyglądające jak kapiąca krew. Do napisania liter posłużyła zamiast pędzla para jej majtek.

Żadnemu z nich nie umknęło znaczenie tego faktu.

Dent ruszył w stronę nasiąkniętego farbą skrawka materiału.

– To twoje? – Kiedy skinęła głową, dodał: – Chory drań. Policja w drodze?

Ocknęła się, oderwała wzrok od napisu na ścianie i spojrzała na niego.

– Nie dzwoniłam do nich.

– Czemu nie, do diabła?

– Ponieważ nie chcę z tego robić wielkiej afery.

Uznał, że się przesłyszał; świadczyła o tym jego mina.

– To był psikus – dodała. – Kiedy się wprowadziłam, sąsiad ostrzegł mnie, że takie rzeczy zdarzają się w tej okolicy. Było ich mnóstwo. Nastolatki nie mają co robić. Może to swojego rodzaju inicjacja. Rozsypują śmieci po trawnikach, przewracają skrzynki na listy. Podobno pewnej nocy w zeszłym miesiącu załatwili tak całą ulicę.

Spojrzał na zniszczoną ścianę, na rozrzucone na podłodze ubrania i powiedział:

– Twoich fig użyto do namalowania pogróżki na ścianie twojej sypialni, a ty stawiasz to na równi z rozsypanymi śmieciami i rozwalonymi skrzynkami pocztowymi?

– Nie będę dzwonić na policję. Nic nie zginęło. W każdym razie nic, o czym bym wiedziała. To była... to była tylko psota.

Odwróciła się i szybko wyszła z pokoju. Dent ruszył za nią w dół, depcząc jej po piętach.

– Kiedy tu przyszedłem, trzęsłaś się jak galareta. A teraz mówisz, że to psikus?

– Jestem pewna, że tak właśnie jest.

Zeszła ze schodów i ruszyła w stronę kuchni. Dent szedł pół kroku za nią.

– Aha. Nie kupuję tego. Czego masz pożałować?

– Nie mam pojęcia.

– Myślę, że masz.

– To nie twoja sprawa. A poza tym co ty tu robisz? – Przeciągnęła kuchenne krzesło do pomieszczenia gospodarczego i podparła nim drzwi. – Kot sąsiadów składa mi nieproszone wizyty.

Kiedy się odwróciła, Dent zastąpił jej drogę.

– Mam wielką ochotę sam zadzwonić na policję.

– Nie waż się! Media się na to rzucą, a ja będę musiała radzić sobie jeszcze z tym.

– Jeszcze? Oprócz czego?

– Niczego. Po prostu... zostaw to. Spodziewam się telefonu, że mój ojciec umarł. Nie jestem teraz w stanie mierzyć się z czymkolwiek innym. Nie rozumiesz?

Był świadom, że ta kobieta jest na skraju załamania. W jej oczach dostrzegał coś... czyżby panikę? Głos jej się łamał, ale się trzymała, i musiał jej to przyznać.

Złagodził ton.

– Posłuchaj. Dzięki twojej rodzinie ja też nie jestem miłośnikiem gliniarzy. Ale mimo to uważam, że powinnaś to zgłosić.

– Przyjadą tu na sygnale.

– Prawdopodobnie.

– Dziękuję, nie. Poradzę sobie bez tego cyrku. Nie wezwę policji.

– No dobra, w takim razie sąsiada.

– Po co?

– Żeby spytać, czy możesz się przespać na ich sofie.

– Nie bądź śmieszny.

– Przyjaciela? Kogoś, kto mógłby przyjechać...

– Nie.

– W takim razie wezwij policję.

– Chcesz ich wzywać, proszę bardzo. Możesz sobie sam z nimi radzić. Mnie tu nie będzie.

– Odepchnęła go na bok i pomaszerowała do holu. – Będę w domu rodziców.

– Podoba mi się ten pomysł. Byłabyś szalona, zostając tu sama. Ale poczekaj godzinę. Niech policja przyjedzie i...

– Nie. Chcę tam dojechać, zanim dotrze tu burza.

– Burza tu nie dojdzie.

Wyjrzała przez okno.

– Może dojść. – Pochyliła się i podniosła z podłogi torbę, którą pewnie upuściła, wchodząc. Zarzuciła pasek na ramię. – Wciąż nie powiedziałeś mi, czemu jechałeś za mną do domu.

– Żeby zwrócić ci tę nędzną książkę. – Wskazał ręką konsolkę, na której ją zostawił, i poruszył butem stos podartych kartek. – Wygląda na to, że komuś podobała się jeszcze mniej niż mnie.

Zamierzała coś powiedzieć, ale się zawahała. Potem odwróciła się nagle i otworzyła frontowe drzwi.

Dent sięgnął ręką i zamknął je jednym pchnięciem. Spojrzała na niego z wściekłością, ale to on pierwszy przemówił:

– Tu naprawdę chodzi o tę książkę. Mam rację?

Nie odpowiedziała, ale nie musiała tego robić. Wyraz jej twarzy mówił sam za siebie.

– Jesteś cholernie wystraszona, a może się mylę?

– Ja...

– Ponieważ wiesz równie dobrze jak ja, że to nie był wygłup nastolatków.

– Nic takiego nie wiem.

– A czego innego powinnaś żałować? Napisałaś tę książkę i to sprawiło, że ktoś poczuł się bardzo nieszczęśliwy.

– Nie powiedziałam...

– Dość nieszczęśliwy, żeby ci grozić, a ty bierzesz tę pogróżkę poważnie. Wiem o tym, bo jesteś przestraszona. Nie zaprzeczaj. Widzę to. No więc co się dzieje? Co jest grane?

– A co to cię obchodzi?

– Powiedzmy, że jestem miłym facetem.

– Ale nie jesteś!

Ta kłótnia nie miała sensu. Przez chwilę patrzyli na siebie, potem Bellamy spuściła głowę i trwała tak przez jakiś czas. Kiedy ją uniosła, odgarnęła kosmyk włosów, który wysunął się z końskiego ogona.

– Dent, miałam wyjątkowo paskudny dzień. Najpierw musiałam zmierzyć się z tobą, a byłeś otwarcie wrogi i odrzucałeś każdą gałązkę oliwną. Musiałam stać bezużytecznie na tym oddziale onkologicznym i widzieć tatę, którego kocham najbardziej na świecie, cierpiącego niewysłowiony ból i upokorzenie.

Nie chciałam od niego odejść, ale wymyślił sprawę dotyczącą interesów, którą trzeba załatwić jutro rano, jak tylko otworzą biura. Ale prawdziwym powodem, dla którego mnie odesłał, było oszczędzenie mi swojego widoku w tym stanie.

Potem, podczas lotu do domu, z trudem opanowałam atak paniki, co było nie tylko straszne, ale i poniżające, bo tam byłeś i to widziałeś. Dotarłam do domu, który został zdewastowany, i nagle ty się pojawiłeś i dodatkowo mnie zdenerwowałeś. Mam dosyć. Wychodzę. Możesz zostać, wyjść albo iść do diabła. Nie ma to dla mnie znaczenia.

Wychodząc, przekręciła główny przełącznik. W domu zgasły wszystkie światła, pozostawiając Denta w mroku.

Ray Strickland był człowiekiem, którego należało unikać, i uczynił sporo, by na takiego wyglądać. Dorobił się paskudnej gęby w sposób naturalny, ale dodatkowo wypracował sobie nawyki, które pasowały do jego wyglądu. Miał stale zmarszczone grube brwi, co sprawiało, że jego głęboko osadzone oczy pozostawały w cieniu. Szerokie ramiona i umięśnione ręce wyglądałyby na źle wyważone, gdyby nogi nie były równie krzepkie. Nie strzygł włosów, ale co parę dni golił dokładnie głowę maszynką elektryczną. Na szyi miał wytatuowany żelazny krzyż, podobny do niemieckiego medalu wojennego. Inne tatuaże zdobiły pierś i ramiona. Szczególnie był dumny z węża z ociekającymi jadem zębami, który wił się wokół lewej ręki od barku do nadgarstka i zakrywał blizny. Przy pasku Ray nosił w pochwie nóż, stale ostrzony i gotowy do użycia, w razie gdyby ktoś nie zrozumiał ostrzeżenia i chciał z nim zadrzeć. Emanował aurą Zostaw Mnie do Cholery w Spokoju. Większość ludzi, z którymi zeszły się jego drogi, chętnie się do tego stosowała. Tego wieczoru czuł się wyjątkowo pobudzony. W barze, w którym zatrzymał się na posiłek, panował tłok i duchota, kapela była marna i głośna. Każdy nowo przybyły, który pojawiał się w drzwiach z matowego szkła, wzmagał irytację Raya. Naruszali jego przestrzeń i wysysali jego powietrze. Dla ochłody rozpiął skórzaną kamizelkę, ale wciąż czuł ucisk.

Dał kelnerce znak, żeby przyniosła mu następną czystą tequilę. Ubrana była w czarny kowbojski kapelusz z tęczową wstążką, czarny skórzany biustonosz i dżinsy biodrówki. W pępku miała srebrne kółko, z którego zwisał łańcuszek sięgający aż do tego miejsca.

Ray dał jej do zrozumienia, że go zauważył.

– Podoba mi się ten łańcuszek.

– Dzięki – odparła, a bezgłośnie dodała: – Spadaj.

Nalała mu drinka, odwróciła się i kołysząc biodrami, odeszła na drugi koniec baru, a on napawał się widokiem jej tyłeczka w kształcie serca.

To, że dała mu kosza, wkurzyło go jak diabli. Nie to, żeby nie był do tego przyzwyczajony. Kobiety jakoś nie miały do niego przekonania, chyba że uraczył którąś dostateczną ilością taniego alkoholu, żeby namówić ją na nieco życzliwości i współpracy. Nigdy nie wywoływał w nich pożądania.

Nie miał po prostu takiego daru. Nie tak, jak jego wielki brat, Allen. To był prawdziwy bawidamek. Wystarczyło, że kiwnął na którąś palcem, a już do niego leciała. Potrafił prawić słodkie słówka, tak że błyskawicznie wyskakiwały ze stanika i majtek. Kochał kobiety, a one w zamian kochały jego.

Tylko jedna odrzuciła Allena.

Susan Lyston.

Po tej suce nie było już więcej kobiet dla Allena. Już nic nie było.

Ray sięgnął po szklankę i łyknął resztę palącej gardło tequili.