Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 203 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Topografia pamięci - Martin Pollack

„Co to takiego, co każe tym ludziom sznurować usta? Strach? Przed czym? Przed mordercami i ich następcami? Dlaczego miano by się ich bać jeszcze dzisiaj? A może to strach przed upiorami przeszłości? A przecież wiemy, że nie da się tego zażegnać milczeniem. Wprost przeciwnie” – pisze Martin Pollack, powracając do dręczących go tematów: wypierania pamięci o zbrodni w imię ochrony społeczeństwa, amputowanych traum, dziedziczenia winy, niewidocznego szlaku grobów, którymi naznaczona jest cała Europa Wschodnia. Zwraca też uwagę na historię uchodźctwa w naszej części świata i – co za tym idzie – na długą tradycję różnorodności etnicznej. Obnaża narracje, za pomocą których politycy chcą odgrodzić się dziś od uchodźców, a jednocześnie ujednolicić pamięć i zakłamać historię. Tymczasem ślady wielonarodowego bogactwa przebijają z każdej podróży autora i z kilku tysięcy starych fotografii.

Opinie o ebooku Topografia pamięci - Martin Pollack

Fragment ebooka Topografia pamięci - Martin Pollack

Martin Pollack

Topografia pamięci

Przełożyła Karolina Niedenthal

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału Topographie der Erinnerung

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia Autora © by Łukasz Saturczak

Fotografie na okładce i wewnątrz tomu pochodzą z archiwum Autora

Fotografia na s. 45 © by Chris Niedenthal

Copyright © by Martin Pollack, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Karolina Niedenthal, 2017

Redakcja Magdalena Petryńska

Korekty Ewa Polańska / d2d.pl, Monika Ples / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Książka została wydana dzięki pomocy finansowej KUNSTSEKTION DES BUNDESKANZLERAMTS

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-436-7

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

Zamiast wstępu O sile wspomnień

Wielką historię łatwiej będzie zrozumieć, kiedy przyjrzymy się jej, że tak powiem, od podszewki, z perspektywy indywidualnych doświadczeń, przeżyć, również tragedii. Dlatego badacze przeszłości tak duże znaczenie przypisują wspomnieniom. Zarówno wspomnieniom ofiar, jak i sprawców, a także innych osób, niebędących bezpośrednimi uczestnikami danego zdarzenia. Wszyscy oni przedstawiają je bowiem z własnej, indywidualnej perspektywy, ukształtowanej pod wpływem obowiązujących w owym czasie narodowych narratywów i nimi naznaczonej. Dzielą się swoją osobistą historią i obserwacjami, które niekoniecznie pokrywają się z oficjalną historiografią, a nawet czasem są z nią sprzeczne. Jeśli dopisze nam szczęście i zdołamy niczym w układance złożyć te różne świadectwa w jeden większy obraz, będziemy mogli, choćby częściowo, odtworzyć to, co często wydawało się nie do wyjaśnienia, niewytłumaczalne, i to, z czym konfrontuje nas czasami nasza najnowsza historia. Suche liczby i daty tego nie sprawią.

Oczywiście nie wolno nam przy tym zapominać, że pamięć bywa zawodna. Nie potrzeba do tego złych zamiarów, świadomego konfabulowania czy przemilczania. Nasza pamięć z jakichkolwiek powodów potrafi zniekształcać niektóre fakty i zdarzenia, wymazywać je i „wymyślać” inne, nowe, przestawiać je w czasie. Jednym słowem, nie zawsze wolno nam ufać własnej pamięci. Psychologia zna owo konfundujące doświadczenie, jakiego każdy z nas prawdopodobnie kiedyś doznał, i nazywa je fałszywą pamięcią.

Zdarza się nawet, że pamięć może być tak niebezpieczna jak pole minowe, poruszamy się po niej ze strachem, ostrożnie stawiając każdy kolejny krok, stale bowiem musimy być gotowi na to, że całkiem niespodziewanie natkniemy się na straszne obrazy i odkryjemy jakąś okropność, która wytrąci nas z równowagi. Czasem zadajemy sobie wtedy pytanie, czy nie byłoby lepiej nie wywoływać przeszłości, zostawić ją w spokoju i w ogóle nie poruszać pewnych spraw – choć oczywiście wiemy, że milczenie i odwracanie głowy czy też wypieranie i odsuwanie od siebie pewnych problemów nie sprawią, że one znikną.

Chciałbym opowiedzieć tu o jednym z własnych doświadczeń dotyczących strasznej przeszłości. W tym celu muszę się cofnąć nieco w czasie, do roku 1944 i do powstania warszawskiego. Mój ojciec, jako komendant grupy interwencyjnej Sonderkommando 7a, był wtedy w Polsce i stacjonował w pałacu w Radziejowicach, jakieś czterdzieści kilometrów na południowy zachód od Warszawy. Kilka tygodni wcześniej przejął dowodzenie nad tą jednostką gdzieś we wschodniej Polsce, niedaleko Białegostoku, i podczas cofania się przed napierającymi Rosjanami ruszył w stronę Warszawy. Oddział specjalny Bast – nazwany tak od nazwiska dowódcy, mojego rodzonego ojca, dr. Gerharda Basta, Sturmbannführera SS oraz szefa Gestapo w Linzu – po drodze wziął zakładników, grupę starszych Polaków, żeby być może ustrzec się w ten sposób przed atakami partyzantów. Zakładników zagnano aż do Radziejowic, skąd żołnierze Sonderkommando, wśród nich mój ojciec, wyjeżdżali pojedynczo do Warszawy tłumić powstanie. Ale to inna historia. Sonderkommando 7a przerzucono w połowie sierpnia 1944 roku z Polski na Słowację, by tam stłumiło inne powstanie. Zanim jednak załadowano do pociągu pojazdy i broń, na dziedzińcu radziejowskiego pałacu rozstrzelano zakładników i jak zazwyczaj w takich przypadkach ciała ofiar wrzucono do uprzednio wykopanych tam dołów.

Mężczyźni ze Służby Pracy Rzeszy stacjonujący w Radziejowicach; przypuszczalnie 1940–1941

A przecież ojciec jako dowódca jednostki mógłby równie dobrze wypuścić jeńców na wolność, odesłać ich do domu, najwyraźniej jednak nie wziął tej możliwości pod uwagę. Zakładnicy, do niczego już niepotrzebni – bo po co komu polscy zakładnicy na Słowacji? – zostali rozstrzelani. O tym morderstwie, dokonanym na piętnastu, być może nawet dwudziestu Polakach, nie znam dokładnej liczby, dowiedziałem się, czytając zeznania świadka, członka Sonderkommando, które złożył przed sędzią śledczym we Flensburgu. Postępowanie dotyczyło zresztą innych wydarzeń, o zbrodni w Radziejowicach wspomniano jedynie na marginesie śledztwa. W mojej książce o ojcu przed dziesięciu laty pisałem już o tej egzekucji. Starałem się wtedy znaleźć na ten temat więcej informacji. Dowiedziałem się wówczas, że w pałacu, który był niegdyś rezydencją rodu Krasińskich, mieści się obecnie Dom Pracy Twórczej artystów i pisarzy. Nawiązałem zatem kontakt z jego dyrektorem, ten jednak o egzekucji na pałacowym dziedzińcu nic nie wiedział. Zaczął więc własne poszukiwania, szukał dokumentów i kronik, rozpytywał o świadków, wszystko nadaremno. W końcu wyraził nawet wątpliwość, czy egzekucja, o której wspominałem w swojej książce, w ogóle się tu odbyła.

W kwietniu tego roku, na krótko przed wyjazdem do Polski, gdzie miałem zaprezentować przekład innej mojej książki – piszę w niej akurat o nieodkrytych do tej pory grobach – zgłosił się do mnie nagle dyrektor radziejowickiego Domu Pracy Twórczej z zaskakującą wiadomością: pojawił się wreszcie świadek, który w 1945 roku widział na własne oczy ekshumację ciał w tamtejszym parku. Spotkaliśmy się w kawiarni w Poznaniu. Przybył w towarzystwie dyrektora pałacu. Postawny i krzepki mężczyzna, nieco po osiemdziesiątce; na pierwszy rzut oka było widać, że większą część życia spędził na świeżym powietrzu. Był kiedyś nadleśniczym i zapalonym myśliwym. Opowiedział mi o tamtym wydarzeniu z taką energią i tak obrazowo, jakby było to zaledwie wczoraj. Kilka miesięcy po wojnie – miał wtedy dokładnie dwanaście lat – jego wujek ksiądz wezwał go do siebie i poprosił, żeby jako ministrant towarzyszył mu podczas ekshumacji nazistowskich ofiar. Chodziło o Polaków rozstrzelanych przez Niemców i pogrzebanych natychmiast po egzekucji nieopodal pałacu. I o nieznany do tej pory masowy grób w pałacowym parku. Leżeli tam oczywiście zakładnicy, których kazał zlikwidować mój ojciec. Siedzący naprzeciwko mnie mężczyzna pamiętał nawet pewne szczegóły, o których, mówiąc szczerze, wolałbym nie słyszeć. Grób, otwarty przez niemieckich jeńców wojennych, tak szybko napełnił się wodą, że leżące w nim ciała dosłownie pływały, wszystkie twarzą do dołu. Obraz ten prześladował go całymi latami, powiedział mi ów mężczyzna. Jednak dokąd potem zabrano zmarłych, których tutaj nikt nie znał, i gdzie sprawiono im przyzwoity pogrzeb, tego mój rozmówca nie umiał powiedzieć. Po ekshumacji nigdy więcej już o tym nie rozmawiał, ani z wujkiem księdzem, ani z nikim innym, aż do dzisiaj.

Dodał jeszcze, że dla niego samego jest zagadką, dlaczego milczał tak długo. Teraz to sobie wyrzuca. Obwinia się o to, że do tej pory nigdy o tamtym zdarzeniu nikomu nie opowiedział, nawet gdy był już dorosły. A przecież wtedy, po zaledwie kilku latach, zapewne można było się jeszcze dowiedzieć, kim byli ludzie, którzy zginęli w Radziejowicach. Dzisiaj prawdopodobnie jest już na to za późno. Teraz, po tylu latach, opowiada mi jednak tę okropną historię, bo sumienie mu mówi, że nie wolno tych ofiar pozostawić w niepamięci. Trzeba je upamiętnić, może należałoby umieścić w Radziejowicach jakąś tablicę. W przeciwnym razie nawet po tak długim czasie sprawcy osiągną zamierzony cel – obrabują swoje ofiary z nazwisk, z ich historii i tożsamości, by ludzie ci na zawsze pozostali anonimowi i zapomniani, całkowicie wymazani z historii. I żeby nikt o nich nie pamiętał, by wszelka pamięć o tych ludziach została na zawsze pogrzebana.

A do tego nie wolno dopuścić. Bo przecież ci zmarli, którym wujek tego mężczyzny tuż po wojnie udzielał w Radziejowicach ostatniego błogosławieństwa, zostawili w swoich rodzinnych stronach, nie wiedzieć gdzie, żony, dzieci, rodziców, rodzeństwo i przyjaciół. Krewni na pewno szukali ich całymi latami, popadając w coraz to większe zwątpienie, i zapewne w głowach nie mogło się im pomieścić, że ktoś bliski mógł zapaść się na zawsze pod ziemię, jakże to możliwe, żeby nie było od niego żadnej wiadomości, żeby nikt im nie przysłał choćby lakonicznego zawiadomienia, że zginął tragiczną śmiercią.

Kiedy siedziałem naprzeciw obu tych mężczyzn, późno ujawnionego świadka i dyrektora radziejowic­kiego pałacu, starałem się sobie wyobrazić, co wtedy, przed ponad siedemdziesięciu laty, kazało mojemu ojcu i jego ludziom zabić ot tak, po prostu, niewinnych ludzi. Zastanawiałem się, jak musiała wyglądać egzekucja. Kto kopał dół? Kto oddał strzały? Były ministrant znał również inne szczegóły, wiedział na przykład, że rozstrzeliwania – mówił o wielu innych egzekucjach – odbywały się zawsze nocą, powiedzieli mu o tym inni ludzie obecni podczas ekshumacji w Radziejowicach. Przy ryku motorów, którym sprawcy chcieli prawdopodobnie zagłuszyć wystrzały. Podkreślił jeszcze kilka razy, że potrafiłby dokładnie wskazać miejsce wydobycia ciał. Jako leśniczy dobrze się orientował w terenie. Tym bardziej sam się sobie dziwił, że milczał tak długo. Widać było, że bardzo go to męczy.

Dlaczego czekałem z tym tak długo – powtarzał co chwila, kierując to pytanie bardziej do siebie niż do nas. Dlaczego o tym, w czym w 1945 roku musiałem wziąć udział, nie opowiedziałem nikomu dużo wcześniej? Dlaczego wujek, będący księdzem, skądinąd człowiekiem dobrze wykształconym, biegłym w mowie i piśmie, nigdy o tym nie mówił, nigdy nic na ten temat nie napisał? Dyrektor pałacu dopowiada, że ksiądz przez długie lata bardzo skrupulatnie prowadził miejscową kronikę i że zachowała się ona do dzisiaj. Nie ma w niej jednak żadnej wzmianki o ekshumacji. Słuchając tego, starszy mężczyzna kręci z niedowierzaniem głową.

Milczeli wszyscy, jakby związani jakąś przysięgą. Były ministrant, wówczas dwunastoletni chłopak, jego wuj ksiądz, wszyscy świadkowie, którzy wówczas, w 1945 roku, mieliby dużo do powiedzenia o tamtej i o innych egzekucjach. Jeśli dać wiarę słowom dyrektora, a nie ma powodu, żeby w nie wątpić, ludzie wiedzący o zbrodni nigdy o niej nie mówili. W każdym razie nie publicznie. Mimo że nie oni byli sprawcami ani w niczym nie pomagali, mimo że sami zaliczali się do ofiar, bo w każdej chwili z byle powodu oni także mogli zostać rozstrzelani, to przez całe lata wiedzę o tym, co wtedy widzieli, zatrzymali wyłącznie dla siebie. Dopóki siedzący naprzeciw mnie mężczyzna po siedemdziesięciu latach nie złamał milczenia i nie zaczął opowiadać. Dlaczego akurat teraz? Nie umiał powiedzieć, wydawał się jednak zadowolony, że wreszcie może o tym mówić.

Ten epizod pokazuje, jak często musi upłynąć wiele lat, zanim ludzie będą gotowi mówić o swoich traumach. Wspomnienia, już pogrzebane, wyparte lub może również zapomniane, zupełnie nieoczekiwanie torują sobie nagle drogę i wypływają na powierzchnię, zdarza się, że bez wyraźnego powodu. Nierzadko można odnieść wrażenie, że niektórzy z nas tylko czekają, żeby ktoś zadał im jakieś pytanie, dał odpowiedni impuls, i już zaczynają mówić, ujawniać różne szczegóły, nazwy, daty, dziwiąc się sami sobie, że to robią. Jak to możliwe, że nagle mi się to znowu przypomniało?

I wcale nie dotyczy to tylko ofiar i bezstronnych świadków, ale czasami również sprawców, którzy milczeli ze strachu przed pociągnięciem ich do odpowiedzialności. Mamy sporo takich przykładów, kiedy winny zaczyna raptem mówić i dosłownie zasypuje nas wszelkimi szczegółami. Najczęściej jest to zasługą wywiadów, podczas których autor lub dziennikarz potrafi jednym empatycznym pytaniem z najbardziej nawet zacietrzewionych rozmówców wydobyć ważne wyznanie. Bywało i tak, że sprawcy stawali się ofiarami. To także mógł być powód, dla którego przerywali milczenie i dawali upust wspomnieniom.

Na ogół jednak robią to bardzo selektywnie. Ze zrozumiałych względów wolą przedstawić się w roli ofiary i mówić tylko o własnej krzywdzie, aniżeli opowiadać o własnych haniebnych czynach. Nie tylko sprawcy, ale także ich sympatycy wolą na ten temat milczeć. Ich pamięć nagle okazuje się dziurawa, wyretuszowana, przeinaczona, nierzadko upiększona, albo wszystkiemu po prostu zaprzeczają. Nie, no skąd, to nie tak, was przecież przy tym nie było, niczego nie rozumiecie. Nie macie prawa nas osądzać i z góry potępiać. Znam to dobrze z własnego podwórka. Wszyscy bez wyjątku w rodzinie mojego ojca byli zdeklarowanymi lub wręcz zagorzałymi nazistami. Ojciec, dziadek i stryj, młodszy brat mego ojca. A mimo to nie uważali się za sprawców, lecz za ofiary. I chętnie o tym mówili. Wszyscy po 1945 roku dużo utracili – majątek, pozycję zawodową – i lubili o tym stale przypominać. Dziadkowie opowiadali mi o rabunkach i bezprawiu, o swoim aresztowaniu i pobytach w więzieniu, o obozach przymusowego pobytu, o nieludzkich warunkach w areszcie i o zakazie pracy. I o tym, że oni sami i im podobni musieli po 1945 roku przejść przez to wszystko. Jakże niesprawiedliwie. Zawsze to podkreślali, nie zdając sobie sprawy z własnej winy.

O wydarzeniach takich jak to w Radziejowicach nigdy się u nas oczywiście nie mówiło. W opowieściach, którymi karmiono mnie w dzieciństwie i za młodu, nigdy nie pojawiły się takie historie. Nic złego przecież nie robiliśmy, zawsze byliśmy przyzwoici, latami wbijano mi do głowy. Musiało upłynąć dużo czasu, zanim zacząłem w to powątpiewać. Pewnego dnia zerwałem stosunki z rodziną, lecz dopiero po latach zacząłem badać, co w czasach, o których tu mowa, robili mój ojciec, mój dziadek i stryj oraz pozostali krewni. Nigdy nie sięgali przy mnie do osobistych wspomnień. A ja o nic nie pytałem. Nigdy nie spytałem na przykład, co w Polsce i na Słowacji robił mój rodzony ojciec. Byłoby to może bezcelowe, bo gdybym zapytał, trafiłbym na mur milczenia. Mógłbym jednak przynajmniej spróbować. Ojciec został zamordowany, zginął podczas próby ucieczki w 1947 roku, dziadek umarł, gdy byłem jeszcze mały, ale babcia i stryjek żyli dostatecznie długo, by móc mi o tym opowiedzieć. Do końca życia oboje pozostali zdeklarowanymi nazistami, lecz o zbrodniach na Żydach, o wypędzeniu Słoweńców czy o rozstrzelaniu zakładników nie chcieli słuchać. Nie mogę dzisiaj wykluczyć, że z czasem zaczęliby mówić. Gdybym tylko zadał odpowiednie pytanie. Nie chciało mi ono jednak przejść przez gardło, być może dlatego, że już od jakiegoś czasu przeczuwałem, co bym mógł wtedy usłyszeć. I po prostu się bałem. Tak więc, spodziewając się tego i chcąc uciec przed tym dylematem, zatrzasnąłem za sobą drzwi i zaniechałem dalszych rozmów.

Myślałem o tym podczas spotkania w Poznaniu ze starszym mężczyzną, kiedy nagle zaczął opowiadać rzeczy, które przez siedemdziesiąt lat trzymał głęboko w sobie, zamknięte niczym w sejfie. Był prawdopodobnie ostatnim naocznym świadkiem, który mógł mi w wiarygodny sposób opowiedzieć o tamtym zdarzeniu, wszystko inne to pogłoski, informacje z drugiej i trzeciej ręki albo rezultaty poszukiwań w archiwach, jak te, na których oparłem swoją książkę o ojcu. Radziejowickiemu świadkowi i jego opowieści zawdzięczam to, że kiedy mówił o ekshumacji, wymieniając pozornie drugorzędne szczegóły, naprawdę jednak niezwykle istotne, mogłem sobie wyobrazić pewne rzeczy i wypełnić białą plamę w życiu ojca. Bo chodzi tu właśnie o wypełnienie luk, nawet jeśli pewne obrazy są dla nas bolesne, czego sam doświadczyłem, słuchając opowieści owego człowieka. Siedząc naprzeciw niego, zastanawiałem się, jak by to było, gdyby babcia i stryjek zaczęli mi nagle wszystko opowiadać. Po tylu, tylu latach. A mieliby o czym mówić. Chyba jednak wolałbym ich wspomnień nie usłyszeć. Nie z tamtych lat. Sporo było w naszej rodzinie spraw, które jeszcze gdy żyli, uważałem za niedobre. Niegodziwe. Złe. Przez całe lata bałem się, że za dużo się dowiem, wolałem o nic nie pytać, pozostawić wiele niedomówień.

Dzisiaj to sobie wyrzucam. Nie wolno bowiem pozwolić, by kierowały nami takie powody, nie wolno zamykać oczu, zatykać uszu, nie chcieć wysłuchać tamtych wspomnień, ilekroć się z nimi skonfrontujemy. A już na pewno nie wtedy, gdy chodzi o wspomnienia sprawców, nawet jeśli są nimi bliskie nam osoby.

2015

I

Wspomnienia i pamięć

Moje pierwsze wspomnienia z Mostviertel

Mostviertel. Kraina moszczu. Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę nazwę. Na pewno nie u dziadków w Amstetten, gdzie spędziłem ważną część dzieciństwa. Chociaż Amstetten leży oczywiście w Mostviertel. Wtedy jednak nie miałem o tym pojęcia i prawdopodobnie nie interesowało mnie, jak nazywa się region, w którym mieszkali. Z geograficznego punktu widzenia mój mały amstetteński świat składał się z kilku ulic: Preinsbacher Strasse, przy której znajdował się dom dziadków, Burgfriedstrasse, gdzie mieszkał wujek Fritz, u którego spędzałem większość czasu w tym mieście, i wreszcie Schulstrasse, która również była moim adresem zamieszkania, u brata dziadka.

Oprócz tego była jeszcze Bahnhofstrasse z hotelem Hofmann, dzielnica willowa, gdzie rezydowali przyjaciele babci, których niekiedy odwiedzaliśmy, no i Kirchenstrasse ze sklepem rzeźniczym Hürnera, w którym od czasu do czasu dostawałem w prezencie dodatkową bułkę z kiełbasą. Istna uczta w tamtych chudych latach. O Mostviertel, z tego, co pamiętam, nigdy nie było mowy ani u dziadków, ani u wujka Fritza czy u wujka Ernsta, zwanego przez wszystkich Nesti, który mieszkał przy Schulstrasse. To tłumaczy, dlaczego owa nazwa tak długo była mi obca. Wiedziałem tylko, że Amstetten znajduje się w strefie rosyjskiej. Wbijano mi to do głowy za każdym razem, kiedy matka wsadzała mnie w naszym rodzinnym Linzu do pociągu i wysyłała do ukochanych dziadków w Amstetten, do dziadziusia i babuni, jak ich z miłością nazywałem.

Siedź cicho, gdy wejdą Rosjanie, powtarzała jeszcze na peronie w ostatniej chwili, zanim wsiadłem do pociągu. Miała na myśli rosyjskich żołnierzy, którzy kontrolowali podróżnych na granicy demarkacyjnej między strefami amerykańską i rosyjską. Odbywało się to na moście na Anizie; po stronie Górnej Austrii robili to Amerykanie, dość pobieżnie, co mnie za każdym razem irytowało, bo lubiłem przyglądać się z bliska mundurom wojskowym, a po drugiej stronie, gdy pociąg z łoskotem przemierzył most, Rosjanie. Ci z wielką starannością sprawdzali dokumenty podróżnych, a często również bagaże.

Dokumenty. Czy ja, będąc dzieckiem, miałem jakieś dokumenty, jakąś legitymację, pozwolenie na podróż od aliantów, Allied Travel Permit, Sojuznyj Propusk? Nie sądzę. W każdym razie nie przypominam sobie, bym posiadał różowy dokument podróży. Przypuszczalnie wystawiano je tylko dorosłym. W jaki sposób na granicy demarkacyjnej żołnierze sprawdzali moją tożsamość, do dzisiaj jest dla mnie zagadką. Być może nie zajmowało ich wcale, kim był ten malec i dokąd jechał. Ale nawet dużo później było to dla mnie zniewagą. Z reguły w Linzu przejmował mnie pewien starszy pan z Amstetten, który w domu wujka Fritza przy Burgfriedstrasse pełnił coś w rodzaju obowiązków dozorcy i jako były kolejarz mógł tanio jeździć na krótszych trasach „regionalkami”, jak się o nich mówiło. Pan Pils, tak nazywał się mój miły opiekun, zdawał się niczego nie bać, kiedy Rosjanie w skrzypiących oficerkach chodzili po pociągu i od czasu do czasu wykrzykiwali w obcym języku rozkazy. Mówił trochę po rosyjsku i nawet z nimi żartował. Jego poczucie bezpieczeństwa udzielało się i mnie. Dlatego nie bałem się żołnierzy w źle skrojonych brązowozielonych mundurach, mimo że babunia, podobnie jak mama, stale mnie przed nimi przestrzegała. Jako byli narodowi socjaliści babunia i dziadziuś mieli powody, żeby się strzec Rosjan.

Kiedy przed komendanturą na Preinsbachstrasse dostrzegałem rosyjskich wartowników i chcąc zwrócić uwagę babuni na to ekscytujące zjawisko, bez żenady pokazywałem palcem żołnierzy, za każdym razem dostawałem burę.

– Patrz, babuniu, Rosjanie! Mają karabiny!

Najbardziej ekscytowały mnie pistolety maszynowe noszone przez wartowników na plecach. Budziły szczególne zainteresowanie. Pod tym względem świetnie pasowałem do mojej amstetteńskiej rodziny, która z broni uczyniła nieomal przedmiot kultu. Ale nawet w tym przypadku nie powstrzymywało to babuni przed udzieleniem mi ostrej reprymendy:

– Jak ty się zachowujesz! Nie pokazuje się palcem na ludzi, a już na pewno nie na Rosjan, którzy tego nie znoszą.

Ale Rosjanom moja dziecięca ciekawość zdawała się nie przeszkadzać, nie brali mi za złe tego pokazywania, przeciwnie, najczęściej wybuchali śmiechem, czasami któryś w żartach mi salutował, a pewnego razu wartownik dał mi nawet garść kolorowych, lepkich cukierków, które wygrzebał z kieszeni munduru. Od razu wetknąłem jeden do ust, pozostałe skonfiskowała mi babunia.

– Brać cukierki od Rosjanina, że też się nie wstydzisz!

I mówiąc to, z obrzydzeniem wyrzuciła, tak by Rosjanin tego nie widział, rosyjskie, a więc zakazane słodycze do strumyka, który płynął obok domu dziadków.

To są moje wspomnienia z dzieciństwa w Amstetten. Babunia i dziadziuś, wujek Fritz i jego obaj synowie, zawsze dla mnie mili i przyjaźni, wujek Ernst i jego rodzina. Wszyscy niewiarygodnie mnie rozpieszczali. I na dodatek egzotyka – Rosjanie. W mundurach. Czasami maszerowali po ulicach w małych pododdziałach, stukając obcasami w bruk, i śpiewali na całe gardło. Mostviertel jako pojęcie geograficzne i określenie tego, co Polacy nazywają małą ojczyzną, a więc tą cząstką kraju, z którą czujemy się szczególnie związani emocjonalnie, w tych wspomnieniach się nie pojawia. Jakby go wcale nie było, chociaż z czasem rzecz jasna dowiedziałem się, że mieszkaliśmy w Mostviertel. Może było tak, bo nikt z mojego najbliższego otoczenia nie urodził się w Mostviertel, wszyscy byli przyjezdni, przybyli z innych stron. W opowieściach, na których się wychowałem, pojawiały się prawie wyłącznie dalekie, obco brzmiące nazwy i miejsca nigdy przez nas nieodwiedzane, a mimo to nazywane z tęsknotą w głosie ojczyzną: Lublana, Tüffer, Gottschee…

Za to moszcz, od którego bierze się nazwa tego regionu, odgrywa w moich wspomnieniach ważną rolę. Moszcz, niesfermentowany sok, dostawałem do picia, kiedy wędrowałem z dziadkiem po gospodarstwach w okolicach Amstetten. Nazwy większości miejscowości, często małych wiosek – kilka domów, nic więcej – wypadły mi już z pamięci, inne utkwiły w niej na dobre: Ardagger, Stocka, Hauersdorf, Haaberg, Greinsfurth, Arthofen, Winklarn, Preinsbach, Viehdorf. Najczęściej jednak zachodziliśmy do samotnych, przypominających warowne zamki, czworokątnych zagród, których rozmiary świadczyły o zamożności właścicieli. A dookoła wszędzie drzewa i ziemia jesienią całkowicie zaścielona owocami, z rojami brzęczących os i innych owadów, które wabił zapach gnijących gruszek.

Uwielbiam ciągle jeszcze owe małe, niepozorne gruszki, ich niepowtarzalny cierpki smak, twardą, zieloną skórkę, a pod nią brązowy, miękki miąższ. Potrafiłem pochłonąć ich całą masę, także wtedy gdy były twarde jak kamień i zupełnie zielone. Że nigdy się od tego nie rozchorowałem, graniczy z cudem. Szczególnym przysmakiem były suszone moszczowe gruszki. W każdym gospodarstwie w pewnej odległości od budynków stał mały, najczęściej murowany domek z wielkim, osmolonym sadzą otworem – piec do suszenia owoców.

Wędrówki po pagórkach Mostviertel wzdłuż wielkich dzikich sadów to była cudowna przygoda, z dumą nios­łem mały lniany plecak, do którego dziadziuś, gdy jego już się wypełnił, upychał wszelkie możliwe smakołyki, jakie dostawaliśmy od chłopów. Wędzonkę, chleb, słoninę, kiełbasę, jabłka. W czasie wędrówki, żeby droga mi się nie dłużyła, zabawiał mnie opowiadaniami. O przygodach na polowaniach w Gottschee i w okolicach Tüffer, dzisiejszego Laško w Słowenii, skąd pochodził. Później uświadomiłem sobie, że nasze wędrówki po wioskach Mostviertel miały w tych trudnych czasach inny, praktyczny cel: zdobywanie jedzenia. Myślę, że dziadek brał mnie ze sobą z jeszcze jednego powodu: liczył, że na widok małego dziecka szerzej otworzą się serca chłopów, a przede wszystkim rządzących spiżarniami i piwnicami chłopek. Najwyraźniej znał się na ludziach, bo rzeczywiście zawsze przyjmowano nas z otwartymi ramionami. Wszędzie, dokąd dotarliśmy, goszczono nas szczodrze. Kiedy o tym myślę, znowu czuję smak domowego chleba solidnie posmarowanego masłem – zbytek u nas w domu, w Linzu, zakazany. To przesada, mówiła surowo matka, kiedy ktoś nakładał na chleb zbyt grubą według niej warstwę masła. Pewnego razu podczas niedzielnego śniadania przyjaciel naszej rodziny posmarował sobie masłem struclę, taki maślany chleb z rodzynkami. Jakiż to skandal, jakie świętokradztwo w domu oszczędnych Pollacków. Do niedzielnej strucli brało się z reguły tylko marmoladę, musiała wystarczyć. Uważam, że to przesada, powiedziała matka i rzuciła utracjuszowi karcące spojrzenie, aż poczerwieniały mu uszy.

U chłopów w Mostviertel nikt za to nie karcił. Tam się solidnie i grubo smarowało oraz obficie jadło. Smalec i masło, słoninę i wędzonkę. Mimo że byłem mały, miałem może cztery, pięć lat, i do picia dostawałem niesfermentowany moszcz, bez alkoholu, dziadziuś czasami dawał mi pociągać ze swojego kieliszka, co za każdym razem wywoływało krzyk przerażenia i głośne protesty obecnych przy tym kobiet, chłopek i służących, które beształy dziadka:

– Małemu dziecku nie wolno dawać alkoholu, panie doktorze! Bo jeszcze od tego zgłupieje.

– Ależ skąd – dziadziuś, już podchmielony, odpierał zarzuty – kilka łyków nikomu jeszcze nie zaszkodziło.

Mój pierwszy prawdziwy moszcz. Nie sądzę, by mi smakował, był na to za kwaśny, ale nie dawałem po sobie nic poznać i grzecznie wszystko wypijałem. Kiedy siedziałem przy wielkim stole obok dziadziusia i innych dorosłych, czułem się szczęśliwy i bezpieczny. Dziadek był w dobrym humorze, jego donośny głos wypełniał całe pomieszczenie, opowiadał jakieś historie albo anegdoty, raz za razem dolewał sobie z wielkiego glinianego dzbana i jeśli byłem grzeczny i siedziałem cicho, wolno mi było zostać z nimi, dopóki nie opróżnili ostatniego dzbana, a wtedy wysyłano nas do łóżek, dziadziusia dość już upojonego, a mnie na wpół przytomnego i ze zmęczenia ledwie widzącego na oczy. Ale zadowolonego. Mój świat mi się podobał. Życie było piękne.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.