Topeka - Ben Lerner - ebook + książka
NOWOŚĆ

Topeka ebook

Lerner Ben

3,0

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Najczęściej komentowana amerykańska powieść ostatnich lat!

Jedna z najlepszych książek roku według Baracka Obamy, „The New York Timesa” i „The Washington Post”.

Przenikliwy portret współczesnej rodziny. Opowieść o dojrzewaniu i szukaniu własnej drogi.

Adam Gordon jest uczniem ostatniej klasy liceum, miłośnikiem poezji i polityki. Często bierze udział w konkursach oratorskich i międzyszkolnych debatach, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Jest też świetnym sportowcem i – niestety – pozerem, co czyni go wśród rówieśników prawdziwą gwiazdą.

Jego matka to znana pisarka i działaczka feministyczna. Ojciec, ekspert w pracy z trudną młodzieżą, ukształtowany przez traumę wywołaną wczesną śmiercią matki, nie potrafi dochować wierności żonie. Oboje pracują w klinice psychiatrycznej, która przyciąga pacjentów z całego świata.

Ich syn wyrasta na osobę konfliktową, niestabilną psychicznie i silnie przeżywającą losy swojego kraju.

Zręcznie żonglując perspektywami i płaszczyznami czasowymi, Ben Lerner stworzył przenikliwy portret współczesnej rodziny oraz przemian kulturowych i społecznych ostatnich lat. Akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych, ale historia ma wymiar uniwersalny. To opowieść o bolączkach dojrzewania, trudach poszukiwania tożsamości, próbach pogodzenia własnej wizji siebie z bieżącymi trendami i oczekiwaniami otoczenia.

Topeka” to ekscytująco erudycyjne, wnikliwe studium społeczeństwa napisane z psychologiczną czułością.

- Sally Rooney, Normalni ludzie

W „Topece” mistrzowsko splata się prywatne i polityczne. Odważna, szalona - wreszcie – pełna miłości proza.

- Ocean Vuong, Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę

Topeka” to owoc pracy jednego z najbardziej bystrych, ambitnych, nowatorskich współczesnych pisarzy nad najbardziej błyskotliwą, ambitną, nowatorską i aktualną powieścią.

- Maggie Nelson, Argonauci

Ben Lerner (ur. 1979) – amerykański pisarz i poeta, pochodzi z Topeki. Jest autorem cieszących się międzynarodowym uznaniem powieści (Leaving the Atocha Station, 10:04), tomów poezji (The Lichtenberg Figures, Angle of Yaw i Mean Free Path) oraz monografii The Hatred Poetry. Finalista National Book Award in Poetry, stypendysta Fundacji Fulbrighta, Guggenheima i MacArthura, laureat wielu nagród literackich. Profesor języka angielskiego w Brooklyn College

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0

Popularność




Tytuł oryginału: The Topeka School
Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK
Redakcja: MARIA ROLA
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, JUSTYNA TECHMAŃSKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK
Projekt okładki i stron tytułowych: KIR
Fotografia na okładce: Colin Lloyd/Unsplash
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Ben Lerner, 2019 All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Robert Sudół © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2021
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07179-3
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dedykuję mojemu bratu Mattowi

ROZSMAROWYWANIE

/ Adam

Dryfowali łodzią jej ojczyma po pustym sztucznym jeziorze otoczonym dużymi domami szeregowymi. Była wczesna jesień, pili southern comfort z butelki. Adam siedział na dziobie, patrzył na zmieniające się błękitne światło na wodzie, które prawdopodobnie było blaskiem telewizora zza okna lub szklanych drzwi. Usłyszał trzask jej zapalniczki, a potem dokoła siebie ujrzał kłęby dymu. To on mówił od dłuższego czasu.

Gdy odwrócił się, żeby zobaczyć, jaki wywarł efekt, nie było jej, zobaczył tylko złożone dżinsy, sweter, fajeczkę i zapalniczkę.

Zawołał ją po imieniu, nagle świadomy otaczającej go ciszy, i włożył rękę do wody. Była zimna. Bezmyślnie wziął biały sweter i powąchał, zapach dymu z tamtego wieczoru nad jeziorem Clinton i syntetyczna lawenda po jej żelu pod prysznic. Znowu ją zawołał, tym razem głośniej, a potem się rozejrzał. Kilka ptaków prześlizgiwało się po niezmąconej tafli jeziora, a nie, to nietoperze. Kiedy zanurkowała albo zsunęła się do wody i jakim cudem nie usłyszał plusku, a może utonęła? Krzyknął, w oddali zareagował pies. Od wypatrywania na wszystkie strony zakręciło mu się w głowie, więc usiadł. A potem wstał i spojrzał pod burty, może ona jest przy łodzi, tłumi śmiech, ale jej nie było.

Będzie musiał popłynąć z powrotem do przystani, ona pewnie tam czeka. (Na każde dwa albo trzy sektory osiedla przypadała jedna przystań). Wydawało mu się, że widzi powolne błyski robaczka świętojańskiego na brzegu, ale pora roku była na to za późna. Poczuł przypływ gniewu, z radością, bo chciał zagłuszyć panikę. Miał nadzieję, że Amber zanurkowała, zanim rozpoczął wyznawać nieskładnie swoje uczucia. Powiedział, że zostaną razem, gdy wyjedzie z Topeki na studia, ale teraz wiedział, że tak nie będzie. Śpieszyło mu się, żeby okazać obojętność, gdy tylko odnajdzie ją bezpieczną na lądzie.

Zobaczmy, jak w poświacie księżyca połyskuje silnik zaburtowy. Dla każdego z jego przyjaciół nawigowanie łodzią byłoby łatwizną; wszyscy, nawet dzieciaki z Fundacji, wykazywali podstawową biegłość techniczną człowieka ze Środkowego Zachodu, potrafili uzupełnić olej, wyczyścić pistolet, on nie umiał nawet zmieniać biegów. Wypatrzył to, co uznał za linkę rozrusznika, pociągnął, ale nic się nie zadziało, ustawił przepustnicę w innej pozycji i znowu spróbował. Zero reakcji. Zaczął się zastanawiać, czy nie będzie musiał wrócić wpław – nawet nie wiedział, czy dobrze pływa – gdy nagle zobaczył kluczyk w stacyjce; przekręcił go i silnik ożył.

Ruszył jak najwolniej do brzegu. Kiedy dotarł do lądu, zgasił silnik, ale nie udało mu się ustawić łodzi równolegle do przystani; trzasnęło głośno, gdy włókno szklane uderzyło w drewno, uciszając miejscowe żaby; wydawało się, że nic nie pękło, choć nie przyjrzał się uważnie. Pośpiesznie zarzucił liny na pachołki przytwierdzone do przystani, szybko zawiązał zaimprowizowane węzły, potem wygramolił się z motorówki, modląc się w duchu, aby nikt nie patrzył z okna. Nie zabrawszy kluczy ani jej ubrania, fajki ani butelki, wbiegł po trawiastym stoku do jej domu. Jeśli łódź podryfuje z powrotem na wodę, to będzie jej wina.

Dużych szklanych drzwi wychodzących na jezioro nigdy nie zamykano na zasuwkę; uchylił jedno skrzydło i wślizgnął się do środka. Dopiero teraz poczuł na sobie zimny pot. Dostrzegł sylwetkę jej brata na kanapie, z poduszką na głowie, śpiącego w poświacie dużego telewizora; wyciszony serwis informacyjny. Poza tym w pokoju było ciemno. Pomyślał, żeby go obudzić, ale tylko zdjął timberlandy, bo chyba się ubłociły, i przekradł się dalej do schodów wyłożonych białym dywanikiem; ruszył powoli na piętro.

Zostawał tam wcześniej dwa, trzy razy, gdy mówiła rodzicom, że za dużo wypił; myśleli, że spał w pokoju gościnnym; myśleli, całkiem słusznie, że dzwonił do domu, aby o tym powiedzieć. Teraz przerażała go perspektywa spotkania kogokolwiek, skoro nawet nie miał pewności, że ona tu jest. Jej matka brała środki nasenne, podejrzał przecież tę przepisaną przez lekarza ogromną butelkę, wiedział, że wieczorem miesza te dawki z winem; ojczym przespał awanturę podczas niedawnej imprezy; na pewno się nie obudzą, pocieszał się w myśli, tylko niczego nie wywróć po drodze; dobrze, że był w samych skarpetkach.

Dotarł wyżej i zlustrował ciemny rozległy salon, po czym ruszył dalej, w kierunku jej pokoju. Prawie dostrzegł dużą landszaftową scenę łowiecką na przeciwległej ścianie: ogary wypłaszające zwierzynę z lasu nad jeziorem o zachodzie słońca. Zobaczył czerwony migot na panelu systemu alarmowego, którego dzięki Bogu nigdy nie włączali. Wokół srebrnych ramek zdjęć rodzinnych na gzymsie kominka zebrała się nikła poświata: nastolatki w swetrach pozujący na zasłanym liśćmi trawniku, jej brat z piłką w rękach. Coś stuknęło w kuchni i zaraz ucichło. Poszedł na górę.

Pierwsze otwarte drzwi po prawej stronie prowadziły do pokoju Amber i bez zapalania światła zobaczył od progu, że ona leży w łóżku, pod kołdrą, oddycha miarowo. Rozluźnił ramiona; poczuł głęboką ulgę, a to stworzyło więcej przestrzeni dla gniewu, uświadomił też sobie silne parcie na pęcherz. Odwrócił się i przeciął korytarz, wszedł do łazienki, starannie zamknął za sobą drzwi i podniósł deskę klozetową, znowu nie zapalając światła. Zreflektował się, opuścił deskę i usiadł. Na zewnątrz przejechał powoli samochód, omiatając blaskiem lamp łazienkę przez rozsunięte żaluzje.

To nie była jej łazienka. Elektryczna szczoteczka do zębów, suszarka do włosów, te konkretne mydła – to nie jej kosmetyki. Przez moment myślał, właściwie miał desperacką nadzieję, że należą do jej matki, ale było zbyt wiele innych niezgodności: drzwi kabiny prysznicowej z matowym szkłem; teraz poczuł zapach kulek z żelem cytrynowym w słoiku na toaletce; dziwne suszone kwiaty wiszące w fioletowym woreczku na ścianie. W pojedynczym przypływie retrospekcji jego wyobrażenia o tym domu uległy rewizji: Gdzie stoi fortepian (na którym nikt nie gra)? Czy nie widział żyrandola? Dywan na schodach – czy włos nie jest za gęsty, za ciemny w mroku, żeby był naprawdę biały?

Wraz z napadem czystego lęku, że wszedł do niewłaściwego domu, z uświadomieniem sobie różnic nadeszło poczucie – a to z powodu bliźniaczości okolicznych domów – że znalazł się we wszystkich budynkach nad jeziorem jednocześnie; wzniosłość identycznych rozkładów pomieszczeń. W każdym domu ona lub ktoś taki jak ona leżał w łóżku, spał albo udawał, że śpi; opiekunowie prawni znajdowali się dalej, w głębi korytarza, duzi mężczyźni chrapali; twarze i pozy na fotografiach rodzinnych ustawionych na gzymsie kominka być może się zmieniają, ale należą do tej samej gramatyki min i póz; elementy namalowanych scen być może się różnią, ale nie różni się poziom swojskości ani przeciętniactwa; jeśli otworzyć którąkolwiek z tych wielkich lodówek ze stali nierdzewnej lub przyjrzeć się blatom z imitacji marmuru, napotka się podobne, powtarzalne produkty w nieco tylko odmiennych konfiguracjach.

Znajdował się we wszystkich domach, ale właśnie dlatego, że nie był już przypisany do odrębnej cielesności, mógł unosić się nad nimi; to przypominało patrzenie na kolejkę elektryczną, którą w dzieciństwie podarował mu Klaus, przyjaciel ojca; nie obchodził go sam pociąg, ledwo potrafił go puszczać po torach, uwielbiał za to całą scenerię, zielona sztuczna posypka na makiecie, malutkie, a jednak strzeliste sosny i krzaki. Gdy patrzył na niebywale misterne drzewa, zajmował dwa punkty obserwacyjne jednocześnie: znajdował się pod ich gałęziami i zarazem patrzył z góry; z dołu patrzył na siebie patrzącego z góry. Potrafił przeskakiwać między tymi perspektywami, skalami, w sztafecie, która uwalniała go od ciała. Teraz był zarówno sparaliżowany strachem w tej konkretnej łazience, jak i we wszystkich łazienkach jednocześnie; patrzył ze stu okien na małą motorówkę na spokojnym sztucznym jeziorze. (Smugi białej farby u góry wyschniętego akrylu wzmagały wrażenie ruchu i księżycowej poświaty na powierzchni).

Wpłynął z powrotem w siebie. Poczuł, jakby ruszył stoper, jakby miał tylko kilka minut, może sekund, na ucieczkę z domu, do którego włamał się nieświadomie, zanim ktoś wywali mu ze strzelby w twarz albo przyjadą gliniarze i przyłapią go na czajeniu się w pobliżu dziewczyny śpiącej w łóżku. Strach utrudniał oddychanie, ale Adam powiedział sobie, że cofnie taśmę, że spokojnie wyjdzie tak samo, jak wszedł, nie zakłócając niczyjego spokoju. Tak właśnie zrobił, chociaż teraz po drodze drobne różnice rzucały się w oczy: duża narożna kanapa, której wcześniej nie dostrzegł; zobaczył też, że stolik kawowy jest ze szkła, a nie z ciemnego drewna, jak u Amber. Zawahał się u dołu schodów: drzwi wejściowe miał przed nosem, zapraszały; byłby wolny, ale przecież zostawił timberlandy. Żeby je odzyskać, musiał przejść obok tego śpiącego człowieka.

Pomimo strachu, że w każdej chwili może zostać wykryty, postanowił zawalczyć o buty – nie dlatego, że stanowiły dowód, który pomógłby przyczynić się do jego identyfikacji, bardziej z obawy, że narazi się na drwiny i poniżenie, jeśli wróci boso. Przeczuwał już kształt tej historii, przeczuwał, że by się rozniosło – jak to najpierw go zostawiła, by sam nieporadnie sterował łodzią, a potem zgubił te kurewskie buty w trakcie poronionych podchodów. Ej, Gordon, masz zawiązane sznurówki? Kapcie masz? Rozbłysło wspomnienie o Seanie McCabe’ie z czasów podstawówki, jak to zapłakany wrócił w skarpetkach do domu, bo go skroili z air jordanów; z Seana do dziś robiono sobie jaja, a przecież potrafił wycisnąć sto pięćdziesiąt kilo na siłowni.

Nieznajomy młody mężczyzna, który dotąd był bratem Amber, odwrócił się twarzą do oparcia kanapy, a poduszka spadła na podłogę. Gdy Adam prześlizgiwał się obok, ogromna głowa Boba Dole’a kłapała ustami na ekranie. Chwycił buty i ostrożnie uchylił drzwi; zawiasy zacięły się odrobinę, musiał naprzeć, co spowodowało głośny zgrzyt; postać na kanapie poruszyła się i zaczęła wstawać. (Wszędzie na osiedlu nad jeziorem Sherwood postacie poruszyły się na kanapie i zaczęły wstawać). Z butami w ręku pognał na zewnątrz, nie zamykając drzwi, po mokrej trawie – nie zważając na nierówności terenu, na patyki i kamienie – z szybkością, której już być może nigdy nie osiągnie; ciało wdzięczne za możliwość spożytkowania adrenaliny. Nikt nie zawołał za nim, były tylko jego kroki i krew dudniąca w uszach; zapaliło się kilka świateł połączonych z czujnikami ruchu, więc odbił w kierunku wody; biegł, ile sił w nogach przez pełną minutę, po czym uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, dokąd pędzi. Upadł na kolana, w płucach ogień, i spojrzał do tyłu, aby się upewnić, że nikt go nie ściga. Błyskawicznie wciągnął buty na stopy w mokrych skarpetkach. Potem podniósł się i pognał między dwa domy w stronę ulicy.

Teraz jedynym pragnieniem było odnaleźć czerwoną toyotę camry zaparkowaną u niej na podjeździe i wrócić do domu, do łóżka. Wciąż się bał – w każdej chwili mógł zawyć alarm – ale będąc z dala od jeziora i miejsca swojego idiotycznego wtargnięcia, miał poczucie, że najgorsze minęło. Poklepał się po kieszeni, aby się upewnić, że nie zgubił kluczy, i ruszył szybkim krokiem przy krawężniku; nie biegł, żeby nie stwarzać podejrzeń, gdyby – co raczej mało prawdopodobne – był obserwowany. Szedł i szedł, zawstydzony, że porusza się pieszo; nie mógł odnaleźć swojego samochodu, nie mógł odnaleźć domu Amber; chyba popłynął łodzią w niewłaściwym kierunku. Po blisko półgodzinnych poszukiwaniach i okrążeniu połowy jeziora zobaczył, z radością zobaczył, swój samochód w tym samym miejscu, w którym zaparkował go kilka godzin wcześniej. Dźwięk otwieranych drzwi był bardzo pokrzepiający. Wsiadł, odszukał paczkę czerwonych marlboro na siedzeniu pasażera i wytrząsnął jednego; przekręcił kluczyk w stacyjce, ale nie uruchomił silnika. Uchylił okno i przypalił papierosa żółtą jednorazówką, którą wyjął z uchwytu na kubek, po czym zaciągnął się i wziął pierwszy głęboki wdech, odkąd Amber zniknęła z motorówki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki