Tonąca w błękicie - Magda Mila - ebook

Tonąca w błękicie ebook

Magda Mila

4,5

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Powieść erotyczna o szalonym seksie, przekraczaniu granic i potrzebie kochania.
Ona i oni. Atrakcyjna singielka, mężczyzna z tajemniczą przeszłością i współczesny Piotruś Pan. Układ bez zobowiązań i szalony seks w trójkącie. Przyjaźń, żądza, ekstaza. Jednak kiedy troska wygrywa z podnieceniem, a czułość z potrzebą seksualnego spełnienia, dwoje z nich zakochuje się w sobie. Lila ucieka, bo boi się zaangażowania. Tomek broni się przed miłością, bo kiedyś zbyt cierpiał z jej powodu.Czy podejmą właściwe decyzje? Czy Piotr zaakceptuje związek przyjaciół? Czy tajemnice przeszłości i dramatyczna teraźniejszość nie zabiją miłości Lili i Tomka?

Czy warto przekraczać własne granice, nie oglądając się na to, co jest powszechnie uznawane za naganne moralnie bądź społecznie niewłaściwe? O tym przekonacie się, czytając "Tonącą w błękicie", która niczym zakazany owoc kusi obietnicą niezapomnianych wrażeń, zaskakuje swoją nieprzewidywalnością, rozpala do czerwoności wszystkie zmysły i bez reszty obezwładnia zdrowy rozsądek. Według mnie jeden z najlepszych erotyków, jakie udało mi się dotychczas przeczytać. Gwarantuję, że zauroczy i pochłonie każdego czytelnika! - Krystyna Meszka, cyrysia.blogspot.com

Lubicie Greya, Crossa i tych wszystkich amerykańskich półbogów seksu? Zapomnijcie o nich. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym Polakiem i piękną Polką, a między nimi pojawia się jeszcze ten trzeci... I... Domyślacie się? Trójkąty. Trójkąty! To coś, co uwielbiam w powieściach erotycznych. To napięcie, erotyzm, namiętność, a Magda Mila naprawdę doskonale opisuje sceny seksu. Robi to ostro, ale z wyczuciem i co najważniejsze... nazywa rzeczy po imieniu. Autorka pięknie operuje słowem. To co czytamy jest lekkie, dźwięczne i podniecające. Daje nam oderwać się od rzeczywistości i zatracić się na chwilę w sferze fantazji. - K.N. Haner, autorka literatury dla kobiet

Idealny erotyk na lato z akcją nareszcie w naszych rodzimych realiach. Niebanalna historia trójkąta Lilki, Tomka i Piotra na długo pozostanie z Wami. Nareszcie ludzie z krwi i kości ze swoimi wadami i zaletami, balansujący na krawędzi uczuć, doznań i emocji. To napięcie, erotyzm i namiętność. Sprawdźcie czy taki układ ma jakieś szanse na przetrwanie i sięgnijcie po książkę, po którą po prostu musicie sięgnąć. - Michalina Janczak, michalinowebuki.blogspot.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (103 oceny)
68
26
6
2
1
Sortuj według:
Marlen133

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna, jak wszystkie książki Pani Magdy. Polecam
00
martus912

Nie oderwiesz się od lektury

To dopiero druga książka tej autorki, ale jestem zachwycona. Na pewnie nie jest to ostatnia pozycja, która przeczytam, czyta się lekko. Historia napisana tak żeby rozbudzała wyobraznie ale też ze smakiem. Zdecydowanie polecam :)
00
Marzenapod360

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam 😍 świetnie opisane sceny sexu. Czyta się lekko i przyjemnie Polecam
00

Popularność




18+

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla dorosłych czytelników, zawiera treści erotyczne oraz pornograficzne

1

Stoję na chodniku przed halą odlotów i jeszcze raz mocno ściskam Zuzię i Pawła. Spędziłam z nimi intensywny tydzień – rozstawaliśmy się tylko na kilka godzin dziennie, kiedy musieli być w szkole. Mimo to wiem, że będę tęsknić, zanim jeszcze samolot oderwie się od pasa paryskiego lotniska.

– Bardzo was kocham! – Całuję ich. Paweł się krzywi. Nie znosi czułych gestów, szczególnie w miejscach publicznych. Zuzia odwraca głowę. Zgrywa twardzielkę, ale wiem, że próbuje ukryć łzy.

– Widzimy się za miesiąc, szybko zleci. – Uśmiecham się wbrew temu, co czuję.

Wokół nas przepychają się ludzie z walizkami, co chwilę słychać jakiś klakson. Jest tłoczno i głośno. Wzdycham i w końcu łapię rączkę swojej walizki. Poprawiam dużą torbę, która ciąży mi na ramieniu. Odwracam się jeszcze do Maćka, mojego byłego męża. Obejmuję go jedną ręką i muskam ustami jego policzek.

– Pilnuj ich!

– Jasne. – Krzywi się. Nie znosi moich uwag dotyczących opieki nad dziećmi. Uważa, że byłam, i nadal jestem, nadopiekuńcza. Za bardzo chcę je kontrolować i zbyt przejmuję się ich porażkami, niepowodzeniami i błędami, które popełniają. Wiem, że ma sporo racji, i że decyzja, by spędziły z nim rok we Francji, była słuszna. Choć trudna, w końcu byłam przy nich przez prawie piętnaście lat. Przy rozsuwanych drzwiach odwracam się jeszcze i ze łzami w oczach macham do nich.

Kolejne dwie godziny spędzam na lotnisku, a stres sprawia, że zapominam o tęsknocie. Jest overbooking, co oznacza, że dla mnie i jeszcze kilku osób, nie ma miejsc w samolocie. Szanse na to, że wkrótce dotrę do Warszawy, są niewielkie. Nienawidzę takich sytuacji. Zawsze mam wszystko dokładnie zaplanowane i źle reaguję, gdy dzieje się coś, na co nie mam wpływu. Próbuję skoncentrować się na radach przyjaciółki – nie denerwuj się czymś, co nie zależy od ciebie – ale wcielanie tych mądrości w życie naprawdę nie jest łatwe. Biorę kilka głębokich oddechów, żeby nie krzyczeć na Bogu ducha winną kobietę wpatrującą się w ekran komputera.

– Jaka decyzja? Późniejszy lot? – mówi po angielsku z mocnym francuskim akcentem. Zastanawiam się. Chwilę wcześniej dwie osoby, w takiej samej sytuacji jak ja, zdecydowały, że polecą wieczorem. Jednak wciąż mam nadzieję, że zdarzy się jakiś cud.

– Poczekam jeszcze – mówię i odchodzę na bok. Snuję się po lotnisku, w końcu siadam na niewygodnej ławce, włączam komputer i przeglądam maile. Nagle widzę kobietę, która szybkim krokiem idzie w moją stronę.

– Madame Poplawska?

Kiwam głową i gwałtownie wstaję. Okazuje się, że czekanie było dobrą decyzją. Klasa ekonomiczna jest pełna, ale w biznesowej znalazło się miejsce. Mogę lecieć, oczywiście bez żadnych dopłat. W szalonym tempie docieram na pokład samolotu i z ulgą siadam na miejscu wskazanym przez stewardessę. To mój pierwszy lot lepszą klasą. Rozglądam się z zaciekawieniem, ale trochę wyższy standard nie robi na mnie specjalnego wrażenia. Raczej nie byłabym skłonna zapłacić znacznie więcej za możliwość spędzenia kilku godzin w takich warunkach. No, może przy naprawdę długim locie. Ale oczywiście jestem bardzo zadowolona, że w ogóle lecę. I będę miała jeszcze lepszy humor, jeśli miejsce obok mnie, które na razie jest puste, nadal takie pozostanie. Niestety, kilka minut później słyszę nad sobą głos:

– To miejsce miało być wolne.

Tak, taką miałam nadzieję – myślę i podnoszę głowę. Widzę intensywnie błękitne oczy. Są zimne, a wyraz twarzy mężczyzny patrzącego na mnie – daleki od sympatycznego.

– Jest – odpowiadam równie nieuprzejmym tonem i zerkam znacząco na fotel.

– Ale miały być dwa, moje i to drugie wolne.

– Więc powinien pan wyjaśnić to z obsługą.

Patrzy na mnie jakby się zastanawiał, czy wybuchnąć już, czy dopiero za chwilę.

– Proszę zająć miejsca. – Słyszę głos stewardessy, która idzie w naszą stronę.

– To miejsce miało być wolne! – Facet jest uparty i bardzo niemiły.

– Tak, ale mieliśmy overbooking w klasie ekonomicznej i pańskie preferencje nie mogły być uwzględnione.

Czuję na sobie jego wściekły wzrok i w duchu się śmieję. Nie miałam pojęcia, że tacy ludzie w ogóle istnieją! Naprawdę nie jest w stanie spędzić dwóch godzin obok innej osoby?

– Nie zjem pana! – Nie wytrzymuję i wykrzywiam usta w złośliwym uśmiechu. Mężczyzna ze złością kręci głową i w końcu siada. Oczywiście to stewardessa chowa jego walizkę do schowka. Co za arogancki dupek!

Przez kolejne pół godziny gapię się bezmyślnie w okno, potem wyciągam czytnik. Mam zamiar przebrnąć przez kilka rozdziałów kryminału – to rzekomo świetny, skandynawski autor, którego nazwiska nie da się zapamiętać, ani poprawnie wymówić. Jednak po kilku stronach odpuszczam. Znowu patrzę na chmury, potem kątem oka obserwuję mojego sąsiada. Mężczyzna z zaangażowaniem pisze coś na komputerze. Muszę przyznać, że robi nawet przyjemne wrażenie, oczywiście kiedy się nie wścieka. Jest chyba mniej więcej w moim wieku, całkiem przystojny. Ma ciemne włosy, krótkie, lekko rozczochrane, co nadaje mu chłopięcy i trochę łobuzerski wygląd, zupełnie niepasujący do jego zachowania. Jest szczupły, w ciemnych spodniach od garnituru i błękitnej koszuli. Marynarką pewnie też musiała się zaopiekować biedna stewardessa. Spod podwiniętych rękawów wystają umięśnione przedramiona pokryte delikatnymi włoskami, a długie palce szybko uderzają w klawisze. Nagle nieruchomieją. Odwracam głowę. Nie chcę, żeby zauważył, że na niego zerkam. Niestety, czuję na sobie pytające spojrzenie. Wytrzymuję chwilę, w końcu znowu patrzę w jego stronę.

– Rozpraszam pana?

Przesuwa wzrokiem po mojej twarzy i tułowiu.

– Nie. Miałem wrażenie, że to ja rozpraszam panią – odpowiada mrużąc oczy. Dupek. Zdecydowanie. Unoszę kąciki ust w grymasie, który ma być uśmiechem.

– Mylne wrażenie. – Nic bardziej błyskotliwego nie przychodzi mi do głowy. Już ani razu nie zerknę, nie ma mowy! Biorę czytnik i znowu próbuję się zmierzyć z jakimś-tam-ssonem. Niestety, nie mogę się skupić. Kryminał zaczyna się tak kiepsko, że nie jestem w stanie brnąć dalej, żeby się przekonać, czy autor jednak zasługuje na moją uwagę.

Znowu gapię się w okno i walczę z chęcią zerknięcia na sąsiada. Facet jest intrygujący. Wkurza, irytuje, ale jednocześnie ma w sobie coś pociągającego. Oczywiście obiektywnie pociągającego, bo dla mnie obecnie żaden mężczyzna nie jest interesujący. Po kilku porozwodowych i nieudanych randkach już wiem, że nie mam ochoty na żadne damsko-męskie komplikacje. Dobrze mi się żyje samej, a nie odczuwam aż tak silnie braku czułości i bliskości, żebym szła na jakieś kompromisy z kolejną, bardziej lub mniej udaną, wersją mojego byłego męża. Owszem, mam w głowie jakiś ideał partnera, ale taki pewnie nie istnieje. A jeśli nawet, to przestałam się już łudzić, że kiedyś na niego trafię. Mężczyźni których spotykam, albo chcą przygody na jedną noc, albo szukają kobiety, która po miesiącu znajomości świata poza nimi nie będzie widziała, po dwóch wprowadzi się do nich, a po trzech będzie śniła o pierścionku zaręczynowym. Obie opcje nie są dla mnie. Nie szukam tylko seksu, ale nie chcę też uzależniać się od kogokolwiek i dopasowywać swojego życia do czyichś oczekiwań. Przyjaźń z bonusem, seksualnym oczywiście, byłaby dla mnie najlepszą opcją. Nie chcę być czyjąś jednorazową przygodą, ale też nie zakładam, że seks musi być związany z wielkimi uczuciami. W końcu nie kocham wibratora, którego zaraz po rozwodzie dostałam od mojej przyjaciółki Anki, a który wiele razy pozwolił mi się całkiem nieźle odprężyć.

Teoretycznie mam to wszystko poukładane w głowie i w zasadzie jestem szczęśliwa. A jednak nie do końca. Uświadamiam sobie, że trochę mnie zabolało spotkanie z Maćkiem. Do tej pory miałam wrażenie, że wciąż chciałby, żebyśmy do siebie wrócili. Oczywiście to wykluczone, ale chyba ważne było to, że on wciąż myśli o mnie. Tymczasem dwa dni temu poszliśmy na kolację. Powiedział, że kogoś poznał. Że świetnie im się układa, a dzieci nawet ją lubią. Że miło spędzają czas, dobrze się bawią, a w seksie dogadują się wprost cudownie (to oczywiście powiedział dopiero, gdy na stole stanęła druga butelka wina). Powinnam się z tego cieszyć, w końcu rozwodowe emocje już opadły. Ale chyba boli mnie, że to Maćkowi zaczęło się układać, mimo że nasze małżeństwo rozpadło się z jego winy. Przecież powinien nadal cierpieć, prawda? Już sama nie wiem, czy jestem zła, bo on się dobrze z kimś bawi, czy dlatego, że ja się nie bawię.

Więc może jednak nie powinnam się poddawać? Przypominam sobie Adama, o którym Anka ostatnio wspominała. To kolejny facet, który, jej zdaniem oczywiście, mógłby mi się spodobać. Może umówić się z nim? Ale tym razem nie planować, nie porównywać go z moją wizją idealnego faceta, tylko pójść na żywioł i po prostu dobrze się bawić?

Wzdycham zmęczona tymi analizami. Zaczynam się wiercić, muszę rozprostować nogi. Wstaję i znacząco zerkam na sąsiada. Mężczyzna z zaciśniętymi ustami odkłada komputer, podnosi się i staje w przejściu. Całe szczęście! Nie muszę się o niego ocierać, żeby wydostać się ze swojego miejsca. Ale i tak dotykam go ramieniem, kiedy samolotem lekko trzęsie.

– Przepraszam.

Zarozumialec pewnie myśli, że zrobiłam to celowo. Trudno. Ruszam w stronę toalety i czuję na plecach jego wzrok. Dlaczego w ogóle tyle o nim myślę? – w duchu złoszczę się na siebie. W ubikacji zerkam do lustra. No rzeczywiście, raczej nie mogłabym go rozpraszać! Jestem bez makijażu, w zwykłej koszulce, dżinsach i w trampkach. Tylko moje włosy są w porządku, ale to akurat nie moja zasługa – wystarczy im dobry szampon, odżywka i fryzjer raz w miesiącu, żeby zawsze wyglądały nieźle. Myję ręce i wracam na miejsce. Tym razem mój sąsiad tylko podnosi się ze swojego fotela i przechodząc muszę go dotknąć. Moja twarz przez moment znajduje się tuż przy jego szyi. Mimo woli wciągam głębiej powietrze. Mężczyzna pachnie niesamowicie. Nie perfumami, ale czymś, co kojarzy mi się z wodą, słońcem i wiatrem. Stuprocentowy samiec – myślę, kiedy siadam na swoim miejscu. Znowu walczę, żeby na niego nie spoglądać. Muszę przyznać, że gdyby był choć trochę bardziej sympatyczny, to wzbudziłby moje zainteresowanie. Ale dobrze, że tak nie jest. Czułabym się wtedy fatalnie – w takim stroju i bez makijażu.

Z ulgą słucham komunikatu o zbliżającym się lądowaniu. Szybko zapinam pas. Gdy samolot kończy kołowanie po płycie lotniska, zaskoczona widzę, że mężczyzna sam, bez pomocy obsługi, wyjmuje ze schowka swoją walizkę. Sięga też po moją torbę.

– Dziękuję – mówię nadmiernie uprzejmym tonem. Nieznajomy lekko się uśmiecha. Nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Najpierw jest najbardziej aroganckim facetem na świecie, a potem, bez żadnego powodu, staje się miły. Może Warszawa tak na niego działa? Szkoda, że nie na mnie, w każdym razie nie dzisiaj. Dużo bym dała za to, żeby nadal być z dziećmi w Paryżu.

Widzę go jeszcze przez moment, gdy przed lotniskiem wsiada do samochodu z kierowcą. No tak, biznes klasa, szofer i pewnie pałacyk w Konstancinie. Czuje się jak pan świata i tym usprawiedliwia swoją arogancję. Kiedy przejeżdża obok mnie, ciepły dreszcz przelatuje mi po kręgosłupie. Zamyślona gapię się chwilę na odjeżdżający samochód. W końcu przytomnieję i podchodzę do pierwszej wolnej taksówki.

2

W mieszkaniu rozpakowuję walizkę i wzdycham na myśl o czekającym mnie sprzątaniu – po tygodniu nieobecności wszędzie zalega sporo kurzu. Uwielbiam swoje cztery kąty, ale kiedy nie ma dzieci, irytuje mnie sprzątanie aż tylu, niepotrzebnych mi teraz, metrów kwadratowych. Wrzucam rzeczy do prania, podlewam kwiatki na balkonie, potem robię kawę. Siadam w kuchni przy dużym stole i zerkam przez okno. Nic się nie zmieniło. To oczywiste, bo nie było mnie tylko kilka dni, ale czuję się, jakbym wróciła z długiej podróży. Pewnie dlatego, że mam teraz dwa życia, zupełnie różne od siebie. W Warszawie jestem zapracowaną singielką, a w Paryżu – wciąż nadopiekuńczą, skupioną tylko na dzieciach, mamą. Uśmiecham się i oczywiście dzwonię do Zuzi i Pawła.

Potem włączam komputer i odpowiadam na zaległe e-maile. Zerkam na swój całotygodniowy kalendarz. Mam tam zaznaczone wszystko – nie tylko spotkania służbowe, ale i zakupy, kawy z przyjaciółką, a nawet dni, w które powinnam odkurzać. Dociera do mnie, że to chore. Nie dość, że tak gęsto wypełnione dni wyglądają przerażająco, to jeszcze potem stresuje mnie nietrzymanie się planu – nie odkurzam, jeśli pochłonie mnie jakaś świetna książka, a potem mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Tak naprawdę nie wiem, dlaczego sobie to robię.

Pod wpływem chwili kasuję wszystko. Odpuszczę planowanie! Wyluzuję i dam sobie trochę oddechu. Wszystkim opowiadam, że nic nie muszę, i jak cudownie być tak wolną, a jednocześnie sama się wciąż poddaję kontroli i weryfikacji – zrobiłam, nie zrobiłam, zrealizowałam plan czy nie. Przymykam oczy i myślę, na co teraz miałabym największą ochotę. Na pewno nie na zakupy i porządki, a to właśnie było w planie. Basen, oczywiście! W Paryżu jedyną moją aktywnością fizyczną było chodzenie, z dziećmi lub bez nich, po sklepach, muzeach, knajpkach i kościołach. Moje ciało domaga się porządnego, intensywnego wysiłku, więc błyskawicznie pakuję torbę i po kilku minutach jazdy rowerem jestem już na miejscu. Zapach chloru i nasycone wilgocią powietrze sprawiają, że uśmiecham się z zadowoleniem. Tego właśnie potrzebuję!

W basenie pływa tylko kilka osób. To wielka zaleta poniedziałkowego wczesnego popołudnia. Mogę mieć cały tor tylko dla siebie. Prawie godzinę pływam zmieniając style po każdych dwóch nawrotach, aż czuję, że moje płuca i mięśnie mają dość. Nurkuję jeszcze przez kilka długości basenu. Wolno sunę tuż nad dnem i rozkoszuję się uczuciem całkowitego oderwania od rzeczywistości. Moje ciało się rozluźnia, a myśli dryfują. Uwielbiam to!

Kiedy wychodzę z wody, czuję się jak nowo narodzona. Pozwolę sobie dzisiaj na totalny luz! Poczytam, a potem skoczę do przyjaciółki na pogaduszki przy piwie.

Anka mieszka blisko, niecałe dwa kilometry od mojego domu. Najczęściej jeżdżę do niej na rowerze, ale dzisiaj pewnie coś wypijemy i bezpieczniej będzie, jeśli pójdę pieszo. Gdy z daleka widzę jej blok z czerwonej cegły, uśmiecham się. Znamy się z Anką od liceum i mimo życiowych zawirowań, wciąż jest dla mnie jak siostra, ufam jej bezgranicznie. Jesteśmy dla siebie ważne i mówimy sobie wszystko. Świetnie się dogadujemy mimo, że sporo nas różni – ona, dawniej ostrożna i nieśmiała, jest coraz bardziej wyluzowana. Ja natomiast, w liceum szalona i niezbyt odpowiedzialna, od czasu urodzenia dzieci obsesyjnie planuję, przewiduję i kontroluję. Świetnie się uzupełniamy.

W drzwiach ściskamy się mocno, jakbyśmy się nie widziały co najmniej kilka tygodni, a nie dni. Siadamy na niedużym tarasie. Jesteśmy same – mąż Anki postanowił wykorzystać kilka dni zaległego urlopu i pojechał z ich pięcioletnim synkiem Kubą do swoich rodziców na działkę.

– No to opowiadaj. Jak było? – Anka podryguje niecierpliwie. Zawsze się martwi, czy mój pobyt w Paryżu nie skończy się jakąś awanturą z Maćkiem, albo wręcz przeciwnie – czy za bardzo się do siebie zbliżymy. Poza tym tęskni za moimi dziećmi, do których jest bardzo przywiązana.

– Było dobrze. – Uśmiecham się. – Dzieci znowu urosły i zrobiły się jeszcze bardziej przemądrzałe. Zuza wciąż gada o chłopakach, co Maćka doprowadza do szału, a Paweł twierdzi, że dziewczyny są do kitu, ale zdaniem Zuzy usycha z miłości do jednej Hiszpanki, z którą jest w klasie.

– No ładnie! – Anka chichocze. – Ależ to ciężki wiek! Łatwo im nie będzie. Ale to rozsądne dzieciaki, co?

– Mam nadzieję. Maciek stara się je krótko trzymać, ale i tak jest zbyt miękki i niekonsekwentny. Szczególnie w stosunku do Zuzy.

– Przejdzie mu, jak pannica pierwszy raz nie wróci na noc.

– Wypluj to!

– Żartowałam. Choć prędzej czy później będzie chciała zaszaleć.

– Mam nadzieję, że później! Może nie będzie tak źle?

– Nie? Przypomnij sobie, co my robiłyśmy w jej wieku.

Zamyślam się na chwilę.

– Masz rację, byłyśmy straszne. Moja matka do dziś nie wie, co zrobiłam, żeby dostać się bez biletu na Rawę Blues. – Krzywię się na to wspomnienie.

– No tak, mina ochroniarza, kiedy podniosłaś koszulkę, była bezcenna.

– Nie byłaś lepsza.

– Ale pomysł był twój. – Śmiejemy się przypominając sobie szczegóły naszego pierwszego samodzielnego wypadu na duży koncert.

– W każdym razie mam nadzieję, że moje dzieci są rozsądniejsze.

– Łudź się kochana, łudź. Choć w sumie... – Anka zamyśla się na chwilę. – Nic innego ci nie pozostaje.

Przerywa nam telefon. Anka wstaje, wchodzi do mieszkania i mówi coś stanowczym głosem. Kiedy wraca, przynosi z lodówki dwa piwa.

– Telefon z pracy?

– Tak – odpowiada niechętnie.

– I jak tam w Mordorze?

Krzywi się. Nienawidzi tego określenia zagłębia biurowców na Mokotowie, gdzie siedzibę ma jej firma.

– A jak ma być? Coraz gorzej. W kółko mamy zebrania, z których nic nie wynika, a Francuzi szaleją. Masakra. – Widzę, że Anka ma dość i musi się wygadać, choć to dopiero początek tygodnia. Nie odzywam się i czekam na ciąg dalszy. – Dzisiaj siedziałam prawie dwie godziny dłużej. Francuzi najpierw przeciągali spotkanie, tłumacząc nam, jak mamy zrobić raport, który, co powinni wiedzieć, mamy już gotowy od tygodnia. Oczywiście jest zrobiony według ich wskazówek, które już dawno wysłali mailem. No, ale przecież jeszcze nam nie wytłumaczyli, że tabela z żółtym nagłówkiem, to tabela z żółtym nagłówkiem! – Anka ciągnie z irytacją. – A potem wyskoczyli ze zmianą strony tytułowej jutrzejszej prezentacji dla prezesa. Wszystko wydrukowane w kilkudziesięciu egzemplarzach, a oni chcą zmienić odcień błękitu. Facet nawet nie zauważy, co jest na tej stronie, bo będzie się gapił na kolana asystentki! Cholera! Naprawdę, powinnam rzucić to wszystko i kupić domek w Bieszczadach! – kończy ze złością.

Anka pracuje w firmie, którą niedawno kupiła międzynarodowa korporacja z siedzibą we Francji. Od dwóch miesięcy warszawska filia przeżywa nalot ludzi z centrali, którzy usiłują wdrażać polską ekipę do pracy według francuskich standardów. Kosztuje to moją przyjaciółkę, szefową dużego działu, mnóstwo nerwów, więc czasem bełkocze coś o rzuceniu tego wszystkiego i zamieszkaniu na zabitej dechami wsi.

– Po tygodniu oszalałabyś na takim odludziu.

– Nieprawda. Wstawałabym wcześnie rano, piła kawkę na tarasie i patrzyła na piękny ogród...

– Wiosną i latem – mówię drwiąco. – A zimą cały dzień machałabyś łopatą, żeby odkopać kawałek zasypanej śniegiem drogi i jakoś dojechać do sklepu po chleb. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle by go dowieźli.

– Ale Kuba byłby szczęśliwy.

– Tak, jeszcze przez rok. A potem poszedłby do szkoły oddalonej o co najmniej kilka kilometrów. Nie miałby kolegów na podwórku, dodatkowych zajęć, treningów. Daj spokój, spełnisz marzenie na emeryturze, choć daję głowę, że nigdy na niej nie będziesz.

Anka nie może żyć bez pracy, kontaktu z ludźmi i wyzwań. Kocha nawet tą swoją korporację, choć nigdy się do tego nie przyzna. Wielokrotnie próbowałam ją namówić do zmiany pracy, albo założenia własnej firmy, jednak nigdy nie chciała nawet spróbować.

– A propos... – Anka uderza dłonią w blat stolika. – Mieliśmy ostatnio spotkanie z ludźmi z „Medicor”. Był Adam. – Patrzy na mnie wyczekująco.

– I? – Czekam na ciąg dalszy, choć doskonale wiem, do czego zmierza.

– Powinnaś się z nim umówić.

– No coś ty? – mówię niechętnie. Nie chce mi się teraz wracać do moich samolotowych rozmyślań. Z drugiej strony, prędzej czy później powiem jej o Maćku, i o tym, jak mi zepsuł humor swoimi zwierzeniami, więc równie dobrze mogę to zrobić teraz.

– Maciek ma kobietę – oznajmiam po chwili milczenia. Czuję na sobie badawczy wzrok Anki.

– I?

– I co?

– I jak się z tym czujesz? Bo wyglądasz, jakby ci to nie pasowało.

– Pasuje. Ale trochę mnie zaskoczył. – Skubię paznokciem kawałek serwetki. – Chyba myślałam, że powinien poczekać, aż ja ułożę sobie życie. W końcu to ja byłam ofiarą.

– Ale ty głupia czasem jesteś! – Anka z irytacją kręci głową.

– Wiem. Generalnie się cieszę, tylko tak jakoś mi przykro. Nie dlatego, że jemu się układa, ale dlatego, że mnie nie.

– Bo się bronisz rękami i nogami! – Głos Anki jest stanowczy.

– Jasne! Bo sensowni faceci stoją w kolejce pod moimi drzwiami!

– Nie. Ale ty oczekujesz nie wiadomo czego. Chcesz zjeść ciastko i mieć ciastko. Chcesz fajnego faceta, z którym będziesz mogła spędzać czas, kiedy ci się zachce. Z którym będzie ci dobrze w łóżku, ale jednocześnie niech przypadkiem nie chce czegoś więcej.

– No tak. – Wzruszam ramionami.

– To niemożliwe.

– Maciek mówił, że właśnie taki układ ma z tą Sarą, czy jak jej tam.

– Angielka?

– Tak. Podobno świetna, i w łóżku, i poza nim. I nie chce niczego więcej.

– Akurat! Teraz nic więcej, a za chwilę będzie w ciąży.

Wybucham śmiechem.

– To by się Maciek zdziwił.

– Nie ma cudów, Lila. Prędzej czy później ludzie się do siebie przywiązują i albo idą dalej, albo się rozstają.

– Nieprawda.

– Tak? A ile znasz takich długoletnich niby-związków? Takich bez zobowiązań?

Chwilę milczę. No dobra, nie znam.

– Poza tym powinnaś przestać szukać faceta według planu.

– To znaczy? – Marszczę brwi.

– To znaczy, że powinnaś iść na żywioł. Spotykać się, pozwalać się ponieść emocjom, czasem popełnić jakiś błąd, ale przynajmniej będziesz wiedziała, że nie zamykasz się na różne możliwości od razu, gdy tylko facet minimalnie odstaje od twoich wizji i planów.

– A pamiętasz, jak chciałam iść na żywioł z tym fryzjerem?

– Nie fryzjerem, tylko właścicielem kilku zakładów fryzjerskich.

– Nieważne. Świetnie wyglądał i podobał mi się. Na drugiej randce chciałam z nim iść do łóżka, niby na żywioł, tak? I co? Usłyszałam, że najpierw musimy się lepiej poznać – mówię z goryczą.

– Bo to nie był żywioł. Coś zaplanowałaś i oburzyło cię, że facet nie realizuje planu. Którego zresztą nie znał.

– Na pewno był gejem i tyle.

– Nie, po prostu był fajnym facetem, który miał wobec ciebie dalekosiężne plany i nie chciał cię potraktować jak pierwszej lepszej. Nawet, jeśli ty tego chciałaś.

Ta rozmowa zaczyna mnie męczyć.

– Wracając do Adama... – Anka znowu zaczyna.

– No dobra, dawaj. – Wiem, że i tak będę musiała jej wysłuchać, bo inaczej się nie odczepi.

– Już ci mówiłam. Dyrektor w „Medicor”, mamy z nimi stałą współpracę. Po rozwodzie, sześcioletnia córka. Nieźle wygląda, miły, sympatyczny, inteligentny...

– Ciepłe kluchy?

– Nie, chyba nie. W każdym razie nie w pracy. – Anka się zamyśla. – Ale na pewno porządny i uczciwy. Umów się z nim. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przynajmniej miło spędzicie wieczór.

– Niech ci będzie – mówię zrezygnowana.

– Super! – Anka podrywa się z leżaka.

– Ale nie teraz! – Podnoszę głos, kiedy widzę, że sięga po telefon.

– Trzeba kuć żelazo, póki gorące. – Podekscytowana wchodzi do mieszkania.

– Idiotka! – krzyczę za nią. Po chwili wraca z szerokim uśmiechem na ustach i z kolejnymi piwami w rękach.

– Jutro zadzwoni do ciebie.

– Cudownie! – Krzywię się.

– On naprawdę jest w porządku. Gdybym nie była z Rafałem, to na pewno zaczęłabym się koło niego kręcić.

– Jeśli jest taki cudowny, to czemu jest sam?

Anka zerka na mnie.

– Bo ja wiem? Chyba ma wymagania.

– Już się boję. – Chichoczę.

– Nie, po prostu nie interesują go dziumdzie. I chyba jeszcze trochę cierpi po rozwodzie, co akurat powinnaś rozumieć.

– Ja nie cierpię, ja wciąż upajam się wolnością. – Uśmiecham się z zadowoleniem.

– Chyba ci ta wolność zaczyna ciążyć, moja droga.

– Nie! Mam za sobą długie małżeństwo, które się rozpadło, ale nie z mojej winy. Od prawie trzech lat codziennie budzę się z myślą, jak cudownie jest, kiedy jestem sama. Bez faceta, który chrapie, krytykuje moją miłość do piwa i nie opuszcza w nocy deski w ubikacji.

– Przecież to drobiazgi, doskonale o tym wiesz.

– Tak, ale to też ważne. Nawet nie wiesz, jak cudowna jest świadomość, że niczego z nikim nie muszę uzgadniać. Nie muszę dopasowywać się do czyichś planów, nie muszę znosić żadnych fochów i humorów.

– No tak. Ale z drugiej strony... nie masz z kim pogadać, jak ci źle.

– Mam. – Uśmiecham się do niej.

– No dobra, ale nikt cię nie przytuli.

– No jak nie? Nie będziesz taką świnią?

Anka przewraca oczami.

– Okej, ale poza przytuleniem jest jeszcze kilka rzeczy, których ja ci nie zapewnię – mówi zniecierpliwiona.

– To znaczy? – Podpuszczam ją, bo wiem, że potrafi rozmawiać o „tych” sprawach tylko po odpowiedniej dawce alkoholu.

– Przecież wiesz. To też ważne.

– Nie powiedziałabym. To nie aż tak ważne. Wiesz, że od rozwodu z nikim nie spałam i jakoś żyję.

– Tylko ci się wydaje. Masz potrzeby, ale je tłamsisz.

– Nie. Po prostu radzę sobie z nimi sama.

– Tak, twój mały przyjaciel.

– Nie taki mały, to po pierwsze. A poza tym sama mi go kupiłaś. – Chichoczę.

– To miał być żart.

– Ale czasem się przydaje. I nie muszę się bawić w zaangażowanie, zależności i inne takie. Mój przyjaciel nie ma żadnych oczekiwań, za to potrafi ciężko pracować, żeby spełnić moje.

Wybuchamy śmiechem. Nie, zdecydowanie nie powinnyśmy już pić, tym bardziej, że rano obie musimy być przytomne w pracy.

3

Stoję w garderobie przed dużym lustrem. Delikatny makijaż podkreśla moje zielone, otoczone długimi i gęstymi rzęsami oczy. Lekko je mrużę. Z nich chyba jestem najbardziej zadowolona. Chociaż figurę też mam niezłą. Rozkloszowana spódnica kończąca się trochę nad kolanem odsłania moje szczupłe nogi, a dopasowany top opina szczupły, delikatnie umięśniony brzuch i spory biust. Zadowolona z tego jak wyglądam, wsuwam stopy w szpilki, robię obrót i uśmiecham się. Jestem gotowa na randkę w ciemno.

Adam zadzwonił trzy dni temu. Rzeczywiście wydawał się sensowny, więc w końcu umówiłam się z nim. Zaproponował „Loro loco” na Nowogrodzkiej. To podobno dość modne miejsce, gdzie można w miarę spokojnie posiedzieć, pogadać i napić się drinka, a nawet potańczyć przy niezłej muzyce.

Z taksówki wysiadam dziesięć minut przed czasem. Rozglądam się. Może lepiej jeszcze gdzieś pójść, żeby nie zjawić się w klubie za wcześnie? Podobno kobieta powinna trochę się spóźnić na pierwszą randkę. W końcu jednak uznaję, że nie mam ochoty na jakieś gierki i wchodzę do środka. Odrobina alkoholu wypita już teraz dobrze mi zrobi. Jestem zdenerwowana, choć wcześniej wydawało mi się, że podchodzę do tego spotkania całkiem na luzie.

Chwilę później siedzę już przy barze i piję jakiś obrzydliwie słodki i kolorowy drink polecony mi przez barmana. Przeglądam menu, potem obserwuję grupkę, która tłoczy się przy drugim końcu baru. Wyglądają na studentów, którzy szykują się na całonocne szaleństwo. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio bawiłam się do rana. Ależ zrobiłam się drętwa! Dopóki dzieci mieszkały w Warszawie, to było nawet zrozumiałe, ale teraz? Od trzech miesięcy nie mam ich na głowie, a moje największe ekscesy to kilka imprez, z których wróciłam zaraz po północy. Koniecznie muszę gdzieś wyciągnąć Ankę!

Zerkam na wyświetlacz telefonu. Adam spóźnia się pięć minut. Zastanawiam się, czy to spotkanie będzie kolejnym niewypałem. Następny drink i pół godziny później już wiem, że randki nie będzie. Dostaję SMS-a od Adama. Jego córka gorączkuje i musiał zawieźć ją do lekarza. Cóż, znam to aż za dobrze. Zrezygnowana postanawiam wracać do domu. Gdy sięgam do torebki, żeby wyjąć portfel i zapłacić rachunek, czuję dreszcz przelatujący mi po kręgosłupie. Ktoś za mną stoi. Niepewnie się odwracam i widzę oczy w niepokojącym odcieniu błękitu. Wiem, że je znam, ale przez chwilę nie mogę sobie przypomnieć skąd.

– Cześć.

– Cześć – odpowiadam niepewnie.

– Wychodzisz?

Patrzę na niego. Mój mózg intensywnie pracuje próbując dopasować wrażenie, jakie robi na mnie ten mężczyzna, do sytuacji, w której go spotkałam. Bo jestem pewna, że skądś go znam. Gdy siada obok i z lekkim uśmiechem przechyla głowę, już sobie przypominam – samolot i arogancki dupek w klasie biznes. Teraz wygląda trochę inaczej. Ma na sobie zwykły T-shirt i dżinsy, a przede wszystkim ma zupełnie inny wyraz twarzy – co za odkrycie, ten facet potrafi się uśmiechać!

– Tak. Chyba wychodzę – odpowiadam w końcu. – Moja randka w ciemno nie wypaliła. – Mówię prawdę, bo nie chce mi się udawać, że w piątkowy wieczór z innego powodu siedzę sama przy barze. Poza tym jestem trochę skołowana tym spotkaniem.

– Chętnie ci postawię kolejnego drinka. – Mężczyzna patrzy na moją pustą szklankę. Zaskoczona marszczę brwi. O co mu chodzi? Może mnie nie poznał? Też jestem ubrana inaczej niż w samolocie i mam, delikatny ale jednak, makijaż. Z ciekawości ciągnę tę grę.

– Okej, dziękuję. – Wkładam portfel z powrotem do torebki.

– To samo?

Uśmiecham się i  kręcę głową.

– Poproszę piwo. Albo nie, gin z martini, pół na pół.

Patrzy na mnie zaskoczony.

– Piwo czy gin są takie, wiesz, mało subtelne – tłumaczę – więc męczyłam się z tymi kolorowymi ulepkami, których nie cierpię. Chciałam zrobić wrażenie bardziej kobiecej. – Parskam śmiechem.

Mężczyzna nachyla się.

– Mnie akurat kręci kobieta z męskim drinkiem w dłoni.

Czy on ze mną flirtuje? Ten nieprzyjemny, chamski i władczy typek? Choć teraz jest zupełnie inny, jakby w jednym człowieku były dwie osobowości. Mrużę oczy i patrzę na niego. Jest naprawdę przystojny i męski. Coś mi mówi, że powinnam wracać do domu, ale ciekawość szybko zagłusza te myśli. Dwa wcześniejsze drinki też z pewnością mają wpływ na moją decyzję.

– Lila. – Wyciągam rękę w jego stronę.

– Tomek. – Uśmiecha się, a ja próbuję dojść do siebie po krótkim kontakcie naszych dłoni. Chyba mi naprawdę odbija po tych ulepkach.

– W samolocie byłem dupkiem, co?

Ale szybko zaspokoił moją ciekawość! Więc jednak mnie pamięta.

– Oj tak! – Wzdycham. – Dawno nie spotkałam kogoś tak niesympatycznego.

– Było aż tak źle? – Pewnie trochę udaje zdziwienie. – W takim razie będę się musiał namęczyć, żeby zatrzeć to wrażenie. – Śmieje się.

– Możesz nie dać rady. – Nie zamierzam być zbyt miła. Krzywi się i kręci głową.

– Przepraszam. Wracałem po koszmarnym maratonie spotkań służbowych. Nie wszystkie poszły po mojej myśli.

– Powinieneś się bardziej postarać, ale przeprosiny mogę przyjąć. – Przechylam głowę zerkając na niego.

– Dziękuję.

W tej wersji jest naprawdę uroczy. Zaczynam się cieszyć, że Adam nie dotarł na naszą randkę, bo spotkanie z Tomkiem może być naprawdę interesujące. Rozmawiamy długo o Paryżu i o tym, jak się zmienił przez kilkanaście ostatnich lat. Jestem ciekawa, co Tomek robił w tym mieście, ale mam wrażenie, że niespecjalnie chce opowiadać o sobie. W takim razie ja też będę tajemnicza – ani słowa o dzieciach, byłych mężach czy pracy. Wbrew pozorom taka rozmowa okazuje się całkiem interesująca, jakbym była w skórze innej kobiety, oderwanej od mojego codziennego ja. I jest mi z tym świetnie.

– Nie wierzę, że tyle razy byłaś w Paryżu i nie odwiedziłaś Luwru! – Tomek marszczy brwi udając zbulwersowanego.

– Poważnie, nie byłam. Zawsze chciałam, ale nigdy nie miałam dość czasu. Bo wiesz, nie wyobrażam sobie pójścia tam na parę godzin i przetruchtania w tłumie przez kilka rzekomo najciekawszych sal. Obiecałam sobie, że kiedyś spędzę w Luwrze tydzień, każdy dzień od rana do wieczora. Tylko, że jeszcze nie udało mi się tego zrealizować. – Uśmiecham się. – Ale ten punkt jest wysoko na mojej liście.

– Liście? Masz listę marzeń? – Unosi lekko kącik ust. Śmieje się ze mnie?

– Nie, marzeń nie. – Kręcę głową. – Raczej zamiarów, planów, takich na później.

– A co masz jeszcze na tej liście?

– Oj, dużo rzeczy – odpowiadam wymijająco. Nie jestem pewna, czy chcę mu o tym opowiadać. Tomek nachyla się.

– Mów – szepcze.

No świetnie! Facet ma głos stworzony do wydawania poleceń, które natychmiast chcę wykonać.

– Skok ze spadochronem, Machu Picchu, Islandia z Grenlandią, nurkowanie w meksykańskich jaskiniach, nauka gry na fortepianie... Sporo tego, naprawdę – mówię trochę skrępowana.

– Czasu ci braknie. – Śmieje się. – Czemu czekasz na przykład z tym skokiem ze spadochronem?

– Muszę czekać. Mogę skoczyć dopiero, kiedy dzieci skończą osiemnaście lat. Wiesz, gdyby coś mi się miało stać... – mówię, zanim zdążę ugryźć się w język. Miało nie być o dzieciach!

– Masz dzieci? – Tomek jest zdziwiony.

– Mam.

– Małe?

– Dla mnie zawsze będą małe. Ale nie chcę o nich rozmawiać. Przynajmniej nie teraz. – Milczę przez chwilę. – A ty?

– Co ja?

– Masz dzieci? Żonę?

Natychmiast poważnieje, a przez twarz przelatuje mu jakiś cień.

– Nie mam dzieci ani żony. I nie chcę ani jednego, ani drugiego – mówi szybko i stanowczo.

Brzmi to tak, jakby ten temat wzbudzał w nim obrzydzenie, albo był dla niego bardzo przykry. Mam ochotę zadać jeszcze jakieś pytanie, ale czuję, że to nie jest dobry pomysł. Tym bardziej, że sama nie mam ochoty opowiadać o moim życiu osobistym. Wyczuwam między nami lekkie napięcie. Jednak po chwili Tomek nachyla się.

– Przepraszam, po prostu nie lubię o tym rozmawiać.

– W porządku. W takim razie jaki temat jest bezpieczny?

– Ta nauka gry na fortepianie. – Śmieje się.

– Aha. Co w tym tak zabawnego?

– Czemu akurat to?

– A czemu nie? – Patrzę na niego zaczepnie. – Lubię muzykę i lubię robić coś twórczego. Niestety nigdy nie miałam okazji ani grać na czymkolwiek ani śpiewać, bo nie mam żadnych uzdolnień w tym kierunku. A czasem chciałabym, oczywiście tak tylko dla siebie. Przymknąć powieki i uderzać w klawisze, żeby oddać swój nastrój. – Patrzę w te jego piękne oczy i mam wrażenie, że słucha mnie bardzo uważnie. – To tak, jak z rysowaniem. Można nie mieć w ogóle talentu, a mimo to czerpać ogromną przyjemność z bazgrania ołówkiem po kartce. – Piję duży łyk mojego bardzo mocnego drinka i ciągnę dalej. – Kiedyś mój syn chodził na treningi piłkarskie. Mieli w drużynie dzieciaka, kompletny antytalent sportowy. Ale chłopak tak to kochał, że nie można było oderwać od niego oczu, kiedy ganiał po boisku uśmiechnięty od ucha do ucha. Nie odnosił wielkich sukcesów, ale kompletnie się tym nie przejmował. Kiedy na niego patrzyłam, zawsze myślałam, ile radości nas omija z powodu myślenia o efekcie. Rozumiesz? Chodzi o to, żeby czasem robić coś dla samej przyjemności robienia, a nie po to, żeby ktoś pochwalił nasze dzieło.

Zamyślam się i dopiero po chwili patrzę na Tomka. Wpatruje się we mnie zaintrygowany.

– Masz cholerną rację – mówi w końcu.

4

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Karta redakcyjna

Copyright © by HabaneroBooks

Autor: Magda Mila

Opracowanie graficzne i projekt okładki:

Alan Kowalski

Zdjęcie na okładce:

Artem Furman/halayalex/www.bigstockphoto.com

Redakcja: Izabela Labe

Korekta: Anna Grygier

Wydanie elektroniczne na podstawie wydania II

Warszawa 2018

ISBN 978-83-951373-2-7

Wydawnictwo HabaneroBooks

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek