Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 467 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Toń - Anya Lipska

Współczesny Londyn. Tamiza wyrzuciła na brzeg ciało młodej dziewczyny. Jedyną wskazówką mogącą pomóc w ustaleniu jej tożsamości jest tatuaż w kształcie serca. Kim jest i dlaczego zginęła?

Janusz Kiszka i Natalie Kershaw ruszają w ślad za mordercą. On – znany wśród londyńskiej Polonii ryzykant, zawadiaka z solidarnościową przeszłością. Ona – młoda i ambitna pani detektyw. I choć pochodzą z dwóch różnych światów, muszą działać wspólnie, żeby dopaść zabójcę.

Morderca czai się tuż za rogiem. Londyn stanie się areną śmiertelnej gry, której stawką będzie ludzkie życie. Czy jednak nie jest za późno, by ocalić kolejną dziewczynę?

Opinie o ebooku Toń - Anya Lipska

Fragment ebooka Toń - Anya Lipska

TOŃ

ANYA LIPSKA

TOŃ

Przekład

Krzysztof Mazurek

Tytuł oryginału: Where the Devil Can’t Go

Copyright© byAnya Lipska, 2013

Copyright© for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2014

Copyright© by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2014

Redakcja: Magdalena Ciszewska, Michał Kramarz

Korekta: Paulina Wierzbicka, Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Wydanie elektroniczne 2014

ISBN 978-83-7177-999-2

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla Tomasza

Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą.

Obywatele! Ogłaszam, że w dniu dzisiejszym ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Rada Państwa, w zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju.

z przemówienia generała Jaruzelskiego

wygłoszonego 13 grudnia 1981 roku

Zima wasza, wiosna nasza.

napis na murze podczas stanu wojennego 1981-1983

Prolog

Gdybym tylko mógł się podczołgać do dolnego stopnia, może udałoby mi się wtedy dosięgnąć poręczy i podciągnąć się zdrową ręką. Nogi mam zupełnie bezwładne – przy upadku musiało mi coś walnąć w krzyżu.

Znałem zagrożenie. Wiedziałem, że gdy powiem temu chłopcu, kim jestem, może mnie zabić. Musiałem to jednak zrobić, inaczej nie dało się go zainteresować sprawą naszego wspólnego znajomego. Na początku mi nie wierzył, nie pamiętał mojej twarzy. Musiałem podnieść głos i przypomnieć mu, co się wtedy z nim działo – to nieprawdopodobne, że trzeba było mu przypominać!

Zadziałało. Coś się zmieniło w jego spojrzeniu.

Powiedziałem mu, że żałuję, iż musiał tak bardzo się poświęcać, próbowałem mu wyjaśnić, jakie wtedy w kraju były niebezpieczne czasy – jeśli stracilibyśmy czujność, na ulice znów wyjechałyby czołgi, ale tym razem nie nasze.

On tego nie rozumiał. Skończyłem więc na podłodze piwnicy w kałuży własnego moczu.

Było warto. Chłopak przeczytał dokument. Pragnie zemsty – zobaczyłem to w jego oczach – a to znaczy, że i ja się zemszczę.

Gdyby tylko udało mi się dotrzeć do tego dolnego stopnia.

Rozdział 1

Janusz tak mocno rzucił młodszym mężczyzną o świeżo pomalowaną ścianę, że usłyszał, jak puszczają kołki płyty gipsowo-kartonowej. Potem owinął mu kaptur bluzy wokół szyi.

– Jak Boga kocham – znów pchnięcie na ścianę. – Przepraszam, panie Kiszka. Inwestor jeszcze mi nie zapłacił, ale za dwa dni dostanę tysiąc, przysięgam na rany Chrystusa.

Gdy Janusz przerwał na chwilę, żeby złapać oddech, oparł się wolną ręką o ścianę i zobaczył swoje odbicie w próżniowym oknie tuż za plecami Sławka. Ujrzał potężnego mężczyznę w średnim wieku, szczupłego, o szerokich ramionach i mocno zarysowanych szczękach, z przebłyskami siwizny w gęstych czarnych włosach, zaczynającego się przedwcześnie garbić. Cholera, jest już za stary na takie numery.

Ostrożnie prostując plecy, ale nie puszczając kołnierza i kaptura Sławka, rozejrzał się po pomieszczeniu – świeżo wyremontowanym „luksusowym” mieszkaniu typu studio w wieżowcu, z którego okien widać było księżycowy krajobraz budowy stadionu olimpijskiego. Okna sięgające od podłogi do sufitu były jak ramy obrazu, na którym ktoś wymalował czarny szkielet na wpół wykończonego głównego stadionu, postawionego na ziemi 17 pięter niżej jak olbrzymia filiżanka do herbaty na podstawce, otoczonego usłużnymi dźwigami całymi w pokłonach. Kiedy blok zostanie skończony, za taki widok trzeba będzie zapłacić dodatkowe 40, a może 50 tysięcy funtów.

Niewiarygodne. Z tego, co na razie widział z perspektywy Stratfordu – a zobaczył już za dużo, żeby mu się to podobało, bo teraz tylu Polaków pracowało na budowie ośrodka olimpijskiego – to była masakra. Gdy Luftwaffe zrównała tę część miasta z ziemią razem z East Endem, miejscy architekci postanowili odbudować dzielnicę w formie centrum handlowego z betonowych prefabrykatów pośrodku olbrzymiego trzypasmowego ronda. Przypominało mu to blokowiska, którymi komuniści zaśmiecili całą Polskę w latach 50. i 60.

Sławek spóźniał się z płatnością już dwa tygodnie i jak zwykle wciskał mu kit. Młot pneumatyczny, który Janusz dostarczył mu miesiąc temu, wciąż z tabliczką „Własność Miejskich Zakładów Transportu”, stał oparty o wysoką, obłą, kremową lodówkę marki Smeg zaprojektowaną w amerykańskim stylu. Janusz wiedział, że modna lodówka, tak jak i reszta błyszczących sprzętów kuchennych, nie miała tabliczki znamionowej i numeru seryjnego, bo sam usunął je za pomocą szlifierki kątowej jeszcze przed dostawą.

– Im szybciej skończę tę robotę, tym szybciej mi zapłacą. A wtedy ja zapłacę tobie – powiedział młody człowiek, korzystając z chwili przerwy w ataku agresji.

Janusz spędził sporą część młodości na budowach i wyraźnie widział wszystkie niedoróbki – piękną warstwę zewnętrznej farby nałożonej na byle jak wykończoną ścianę. Sam nieraz obrywał za niechlujnie nałożony tynk albo za przykręcanie okapu nad kuchenką nieocynkowanymi wkrętami, które w krótkim czasie zardzewieją pod wpływem parującej wody. Mimo wszystko mieszkanie wyglądało na prawie skończone. Westchnął ciężko. Potrzebował tej gotówki i musiał przyznać, że Sławek ma po części rację. Jeszcze raz uderzył nim o ścianę, choć tym razem bez przekonania.

– Sławek, rozmowa z taką tępą pałą jak ty nie ma sensu.

Sławek jednak wyczuł zmianę tonu i już po chwili olbrzym postawił go na ziemi gestem pełnym niechęci i obrzydzenia.

– Daję ci jeszcze tydzień. A następnym razem nie próbuj mnie wydymać, bo wsadzę ci ten młot pneumatyczny w dupę.

– Tak, tak. Dziękuję panu, panie Kiszka – Sławek z radości podskakiwał, odprowadzając Janusza do drzwi. – Może mógłbym coś zrobić, żeby jakoś się panu odwdzięczyć?

Słysząc to, Janusz zaśmiał się serdecznie.

– Nie dałbym ci nawet zamontować klapki dla kota w drzwiach, partaczu! – rzucił przez ramię. Wśród Polaków krążyła anegdota o renowacji trzypiętrowego budynku z epoki króla Jerzego w dzielnicy Notting Hill. Sławek postanowił wyburzyć ścianę nośną i chcąc nie chcąc, stworzył pierwszy w historii Notting Hill parterowy bungalow w stylu króla Jerzego. Administracja dzielnicy, nie wspominając już o kliencie – nieszczęsnym rosyjskim miliarderze – szuka go do dzisiaj.

Sławek zmarszczył brwi, protestując przeciwko niesłusznym oskarżeniom.

– Jeden głupi błąd nie jest w stanie zrujnować mojej kariery w branży! – krzyknął w głąb pustego korytarza, gdy za Januszem zamknęły się drzwi windy.

Trzy piętra niżej wcisnęła się do niej grupa roześmianych młodych mężczyzn z narzędziami i puszkami farby w rękach. Janusz zobaczył, że wszyscy mieli włosy ścięte na jeża – w stylu, który kiedyś był oznaką, że niedawno się wyszło z wojska. Wśród młodych Polaków ten rodzaj uczesania był wciąż modny, chociaż obowiązkową służbę wojskową zniesiono ponad rok temu. Widząc starszego mężczyznę, uciszyli się i skinęli głowami.

– Dzień dobry panu – pozdrowili go z szacunkiem. Dobrzy chłopcy – pomyślał Janusz. Wystarczyło jednak parę sekund, by ich gadanina, bliskość ciał i nacisk ścian windy na plecy przywołały dawne uczucia lęku i by znów coś zaczęło go ściskać w żołądku. Z trudem łapał oddech, a ostry zapach rozpuszczalnika z każdą chwilą dusił go coraz mocniej.

Gdy winda jechała w dół, najwyższy z nich popatrzył mu w oczy, uśmiechnął się, a Janusz zobaczył siebie samego w młodszej wersji, tyczkowatego chłopaka o niedokończonych rysach, którego przepełniał absurdalny optymizm. Po chwili bez ostrzeżenia pojawił się kolejny obraz – ostry i jeszcze bardziej niemile widziany – twarz Izy, piegowatej, śmiejącej się, schodzącej ze stukotem obcasów po schodach uniwersytetu. Zacisnął mocno powieki, chcąc odgonić wspomnienia.

Szeregi zomowców w hełmach, zbliżających się krok po kroku przez gęsto sypiący śnieg, ohydne walenie wypełnionych ołowiem gumowych pałek o tarcze, później uderzających w ludzkie ciała.

Janusz czuł, że oddech mu się urywa, nacisnął więc przycisk i zatrzymał windę na najbliższym piętrze. Przepychając się między zdziwionymi mężczyznami do drzwi, mruczał pod nosem jakieś przeprosiny. Pozostałe do parteru pięć pięter pokonał biegiem. Wypadł na ulicę i wdychał pełnymi haustami życiodajne, chłodne, wiosenne powietrze.

Kurwa mać! Czy tłumy tych młodych Polaków mają mu wciąż przypominać o przeszłości?

– Cholerne przybłędy – powiedział głośno, a starsza kobieta czekająca na przystanku autobusowym aż podskoczyła ze zdziwienia. Dławiąc śmiech, Janusz wymamrotał przeprosiny.

Chwilę potem czytał menu wypisane na tablicy i rozkoszował się zapachami płynącymi z kuchni kafejki.

– Co dla pana? – spytała pucołowata blondynka stojąca za kontuarem z długopisem i notesikiem w ręce.

– Bigos. Macie domowy czy z puszki? – spytał. Udała, że chce go trzepnąć w głowę. Uchylił się z uśmiechem i wziął przygotowaną szklankę herbaty z cytryną – prawdziwej herbaty, a nie jakiegoś sproszkowanego ersatzu – i zaniósł ją do pustego stolika przy oknie zamglonym od kuchennych oparów.

Knajpka pod nazwą „Polska kuchnia”, choć mieściła się ponad kilometr od ruchliwego placu budowy stadionów olimpijskich, była pełna robotników w zachlapanych cementem ubraniach roboczych, napełniających brzuchy porządnym domowym jedzeniem – pierogami, gołąbkami i flakami. To właśnie ci ludzie zamieniali projekty architektoniczne w rzeczywiste obiekty – stadion, welodrom, wioskę olimpijską i wysokie apartamentowce rosnące na obrzeżach olbrzymiej budowy.

Prowadzące knajpkę młode małżeństwo próbowało stworzyć w niej domową atmosferę, tu było przyjemniej niż w zwykłym lokalu na East Endzie, gdzie podają tylko sadzone jajka, kiełbaski o smaku tektury, fasolkę z puszki i kanapki ociekające tłuszczem z grillowanego boczku. Tu stoły przykryte były prawdziwymi obrusami, chleb podawano w wiklinowych koszykach, a na każdym stoliku w słoiku po dżemie stał prawdziwy krokus. Janusz pomyślał, że gdyby nie warkot przejeżdżających drogą ciężarówek, można byłoby udawać, że siedzi się w jakiejś knajpce u podnóża Tatr.

Właśnie wtedy, gdy dziewczyna stawiała na jego stoliku bigos – a wyglądał dobrze, z kawałkami kaczki, wieprzowiny i kiełbasy w morzu kwaśnej kapusty – otworzyły się drzwi od strony ulicy i do środka wszedł Oskar.

Niewysoki, łysiejący, potężnie zbudowany, lecz z wyraźnie zarysowanym brzuchem, omiatał wojowniczym wzrokiem twarze gości i w końcu znalazł cel – grupę chłopaków w rogu knajpki, śmiejących się i żartujących nad resztkami obiadu. Rozstawił szeroko nogi i rzucił w ich kierunku wiązankę.

– Do kurwy nędzy, co wy tu jeszcze robicie, patałachy? – ryknął. – Co ja wam wczoraj mówiłem? Jeśli znowu się spóźnicie, zadzwoni inwestor i urwie mi jaja!

Mężczyźni zerwali się na równe nogi, kilku z nich potknęło się o krzesła, próbując jak najszybciej dotrzeć do drzwi wśród śmiechów i docinków pozostałych gości, którzy przerwali na chwilę jedzenie i cieszyli się widowiskiem. Oskar był jednak bezlitosny.

– Nie próbuj chować tej swojej ohydnej gęby, Karol, ty mały pedałku. Może i mamusia nazwała cię po pieprzonym papieżu, niech Bóg ma go w opiece – przeżegnał się i nie nabierając powietrza, perorował dalej – ale ja jeszcze nie zapomniałem tego granitowego blatu, który musiałem przez ciebie wywalić, i nie bój się – zrąbię ci dupę przy wypłacie.

Gdy ostatni wyszedł z knajpki ze spuszczoną głową, Oskar wypuścił powietrze z płuc, zadowolony z przedstawienia. Zobaczył Janusza i uśmiechnął się od ucha do ucha. – Cześć, Janek!

Janusz wstał, żeby przywitać się z kolegą, i instynktownie wyciągnął rękę. Oskar ryknął śmiechem i nie zważając na ten gest, zamknął kumpla w niedźwiedzim uścisku, a potem ucałował trzy razy w policzki. Janusz chrząknął. Wśród Polaków takie serdeczne powitanie nie było niczym specjalnym, ale po 20 latach w Anglii tego rodzaju czułości wprawiały go w zakłopotanie.

Oskar oparł jedną rękę na biodrze, a drugą celowo zniewieściałym gestem uścisnął mu rękę, po czym usiadł.

– Za długo mieszkasz w Anglii. Jeszcze trochę, a będziesz się chciał pieprzyć z facetami! – zaśmiał się zadowolony z dowcipu.

Janusz uśmiechnął się krzywo. Kochał Oskara jak marnotrawnego brata – ich znajomość sięgała pierwszych dni w wojsku w 1980 roku, ale ten potrafił zaleźć człowiekowi za skórę. Wciąż miał przed oczami ten obrazek. Deszczowy dzień za drutem kolczastym otaczającym wojskową jednostkę numer 117 na Pojezierzu Kaszubskim, stojący w szeregu rekruci, głowy ostrzyżone na jeża, mundury co najmniej dwa numery za duże, wyglądali bardziej jak oskubane z piór pisklęta niż żołnierze. Nawet teraz to wspomnienie budziło w nim gniew. W wieku 17 lat on i Oskar – wszyscy ci młodzi ludzie – powinni być radośni i pełni nadziei. A musieli się obejść smakiem – dni i miesiące szkolenia wojskowego w obliczu zagrożenia inwazją zachodnich sił imperialistycznych były podobne jedne do drugiego – a później co? Stan wojenny, godzina milicyjna, kartki… Potworność realpolitik i niespełniona wizja marzeń o socjalizmie.

Oskar wskazał pulchną dłonią stolik, przy którym siedzieli przed chwilą jego opieszali budowlańcy.

– Ale poważnie – powiedział. – Te dzieciaki nie wiedzą, jak im się łatwo żyje. Mają pojęcie, jak się robiło na budowach w latach 80.? Zmiany po 12 godzin, zero bhp, żadnej przerwy na obiad ani nawet na łyk pierdolonej herbaty!

Janusz mruknął coś na zgodę.

– A jak się chciało gogle albo ochraniacze na uszy, trzeba było sobie samemu kupić – powiedział, odrywając kawałek chleba.

Oskar rękawem przetarł szybę, robiąc okrągły bulaj w zaparowanym oknie. Wyjrzał na ulicę.

– A pamiętasz tego chuja – powiedział w zamyśleniu. – TegoAjrisza, naszego brygadzistę, jak robiliśmy na autostradzie M25 – tego, co traktował nas jak psy?

– Tego, któremu odlałeś się do termosu? – spytał Janusz, unosząc brew.

– Tak, tego – odparł Oskar, a na jego pucołowatej twarzy pojawił się błogi uśmiech.

– Ładne rzeczy – powiedział, zaglądając Januszowi w talerz. – Co tam wpierdalasz? – Potem zwrócił się do dziewczyny, która przyszła po zamówienie. – Dla mnie też bigosik, kochana. Pysznie pachnie.

Dziewczyna odeszła, Janusz przełknął ostatni kęs i odsunął talerz.

– Za dużo papryki i chyba kaczka była trochę za mocno wypieczona, ale nie najgorszy – powiedział, kiwając głową z namysłem. Sięgnął do kieszeni, ale przypomniał sobie, że teraz już nie wolno w knajpach palić, i wziął w dłoń wykałaczkę.

– Posłuchaj, Oskar. Nadal chcę przyjąć towar, ale mam mały problem. Mógłbyś poczekać na gotówkę jeszcze ze dwa tygodnie?

Oskar, który przeżuwał kromkę ciemnego chleba, mruknął:

– Nie gadaj. Ten osioł Sławek znowu cię wydymał?

Sięgnął po szklankę Janusza i siorbiąc, wypił łyk herbaty, po czym potrząsnął głową.

– Mogę przytrzymać dla ciebie sześć skrzynek, ale za długo nie mogę czekać. Towar ładnie schodzi – na jego ustach pojawił się tajemniczy uśmieszek. – Właśnie posłałem pięć stów do domu, żeby moja pani mogła sobie kupić nowy dywan do salonu.

– Myślałem, że oszczędzasz, żebyś mógł wrócić na stałe – powiedział Janusz. – Nigdy stąd nie wyjedziesz, jeżeli pozwolisz Gosi wydawać cały szmalec na dywany.

Oskar beknął i odezwał się filozoficznie.

– Mój ojciec zawsze mówił: „Kobieta płacze przed ślubem, a mąż po ślubie”.

Kelnerka postawiła talerz z bigosem przed Oskarem, a jego oczy zrobiły się ogromne jak oczy dziecka, które od dwóch dni nie jadło.

– Kaczka! – powiedział niewyraźnie po pierwszym kęsie.

Odkąd Janusz go znał, Oskar pracował jak głupi, żeby utrzymać Gosię i dzieciaki. Harowali razem po nocach, budując mosty nad autostradami w latach 80. – ciężkie, 12-godzinne zmiany – ale gdy przychodził kolejny dzień i na autostradzie zaczynał się ruch, Janusz leżał sobie w łóżku, a Oskar stał w zatoczce A4 i upychał szklarniane róże kierowcom jadącym do domu. Nawet teraz, kiedy był brygadzistą u jednego z największych inwestorów budowy ośrodka olimpijskiego, wciąż znajdował czas na działalność, którą nazywał „małym importem napojów alkoholowych”.

Pół tuzina fordów transitów, które czasy świetności dawno miały już za sobą, wysyłał promami na drugą stronę kanału La Manche. Kierowcy przywozili pudła taniego alkoholu i kartony papierosów, które sprzedawał Januszowi. Wódka i whisky trafiały do prywatnych klubów, w których nikt nie przejmował się naklejką „ZABRANIA SIĘ ODSPRZEDAŻY”, zwłaszcza że na butelkach była też obietnica pod hasłem „EKSPORTOWA MOC ALKOHOLU”.

– Posłuchaj – powiedział Oskar z szelmowskim uśmiechem. – Jeżeli brakuje ci kasy, zawsze mogę ci załatwić robotę na budowie – odłożył widelec, chwycił Janusza za rękę i odwrócił, żeby spojrzeć na wnętrze dłoni. – Kurwa! Całe to twoje wheeling and dealing, te biznesiki na boku i patrz – ręce masz gładkie jak dupcia niemowlęcia! Nie wyrobiłbyś nawet pięciu minut w prawdziwej pracy – uniósł do ust widelec z kolejną porcją bigosu. – Chcesz wpaść później, obejrzymy jakiś mecz?

– Dzisiaj wieczorem nie mogę – odparł Janusz. – Mam bilet na wykład do Królewskiego Instytutu. Przyjeżdża fizyk z projektu CERN.

Oskar zmarszczył brwi.

– To ten wielki metalowy sernik w Szwajcarii, w którym co chwilę wywala bezpieczniki? – spytał. – To ma coś wspólnego z wielkim wybuchem?

Janusz skinął głową. Tak było łatwiej.

– Podobno wszechświat ma się pewnego dnia zapaść w siebie – powiedział Oskar, robiąc zadumaną minę profesora uniwersytetu. Klasnął w dłonie, żeby zilustrować swoją myśl. – Plum! I wszystko będzie miało rozmiar piłki plażowej.

Zanim miał okazję kontynuować swój głęboki kosmologiczny wywód, drzwi knajpki otworzyły się z trzaskiem i do środka weszło trzech młodych, szczupłych, ostrzyżonych na jeża mężczyzn uginających się pod ciężarem plecaków. Z ich wypowiadanych głośno słów biła wiara w siebie, ale to, że trzymali się blisko, niemal dotykając się ramionami, obnażało prawdę. Żółtodzioby – pomyślał Janusz – prosto z lotu 0830 Ryanair z Warszawy. Gdy najwyższy z nich dostrzegł Oskara, westchnął z nieukrywaną ulgą.

Chłopcy podeszli do ich stołu i przywitali się grzecznie. Oskar zwinął kraciastą serwetkę, otarł usta i wystukał numer telefonu na swojej komórce.

– Cześć, Wasilij, ty stary wampirze – ryknął do telefonu. – Wciąż szukasz świeżej krwi? Mam tu dla ciebie trzy ślicznotki – prawdziwi pakerzy – puścił oko do Janusza. Młodzieńcy spojrzeli na siebie niepewnie i wzruszyli ramionami. – Za chwilę ci ich przywiozę.

Oskar podniósł się, wyprostował i oparł dłonie o blat stołu.

– Niektórzy z nas muszą pracować jak prawdziwi mężczyźni – oznajmił Januszowi. – Wpiszę cię, kolego, jeszcze na parę zleceń, ale daj mi znać, jeżeli uda ci się przynieść tu jutro kasę.

Oskar ruszył, a za nim krok w krok podążyło trzech nowych rekrutów. Na progu knajpki odwrócił się.

– Pamiętasz, co zawsze powtarzaliśmy, jak sami byliśmy chudymi rekrutami w koszarach? – krzyknął do Janusza. – Życie jest jak papier toaletowy…

Janusz dokończył powiedzonko: „…długie i do dupy”.

Otworzył się prostokąt drewnianych drzwiczek i Janusz pochylił głowę w kierunku okienka.

– Przychodzę się wyspowiadać, bo obraziłem Pana Boga.

Poprawił się na skrzypiącym krześle i zakaszlał. Usłyszał głuchy, basowy odgłos kaszlnięcia palacza. Przez delikatną siatkę widział zarys głowy ojca Piotra Pietruskiego, jego profil, który go zawsze uspokajał, widział nieposłuszną czuprynę siwych włosów.

– U spowiedzi nie byłem już, hm, ze trzy miesiące – zaczął.

– W rzeczywistości sześć – poprawił go ksiądz. – Miałem nadzieję, że chociaż na pasterce się zobaczymy.

– Niech się ojciec nie gniewa. Miałem sporo… interesów do załatwienia.

Ksiądz dobrze znanym gestem potarł ucho. Janusz nie wiedział, czy oznaczało to rezygnację czy irytację. Widok staruszka wzbudził w nim falę czułości – ojciec Pietruski zawsze o niego dbał, począwszy od tego pierwszego ranka 20 lat temu, kiedy pojawił się tu po 48-godzinnym ciągu, przemoczony, wodzący błędnym wzrokiem, śmierdzący wódą.

Wtedy, zanim jeszcze w każdej dzielnicy Londynu pojawił się polski sklep, tęskniący za ojczyzną Polacy musieli kierować kroki do świętego Stanisława, kościoła ukrytego w bocznej uliczce dzielnicy Islington. Angielskie kościoły katolickie ze stali i żelbetonu nie przyciągały wiernych, ale kościół świętego Stanisława był solidny, dziewiętnastowieczny, zbudowany z obłych kamieni kształtem przypominających policzek matki, a msze były po polsku, więc człowiek czuł się prawie jak w domu. A to, że w podziemiach był sklep, w którym można było kupić prawdziwą kiełbasę, sernik i śliwki w czekoladzie, nikomu nie przeszkadzało.

W tamtych czasach nie był nawet pewien, czy wciąż wierzy w te wszystkie bzdury, więc dlaczego wciąż tu przychodził? Pewnie częściowo dlatego, że kościół był jak ostatni filar dawnej Polski – miejsce, w którym szacunek i honor ceniło się ponad wszystko. A może dlatego, że nigdy nie zapomniał o tym, że ksiądz Pietruski znalazł pijanemu chłopcu łóżko, dał mu herbatę z cytryną, a później skontaktował go z brygadzistą, który szukał ludzi do pracy na budowie.

Stary skurczybyk jednak ani razu mu nie popuścił.

– Jakieś przypadki przemocy ostatnio? – spytał ksiądz.

– Jeden łajdak bił żonę. Przyszła do mnie po pomoc.

– No i?

– Lubię pomagać kobietom. Pomogłem jej. On postanowił znaleźć sobie inne hobby – Janusz wzruszył ramionami, tłumiąc uśmiech. Lepiej nie wspominać o tym, że ta kobieta to jego przyjaciółka.

Staruszek westchnął. Z nim nigdy nic nie było proste. Jego metody trudno pochwalać, ale instynkty miał często dobre.

– Coś jeszcze niepokoi twoją nieśmiertelną duszę? – Janusz wyczuł ślad sarkazmu.

– Grzechy ciała, ojcze – przed oczyma pojawia się obraz: skotłowane prześcieradło, wygięte nagie plecy kobiety, Kasi, które oświetla ukośnie padający promień światła. – To, co normalnie.

– To nie jest normalne. Jesteś żonaty – ten sakrament jest nierozerwalny – ksiądz wystukiwał każdą sylabę kostkami dłoni o drewnianą kratkę.

Duchowny, co było dla niego niezwykłe, uniósł głos. Na zewnątrz konfesjonału dało się słyszeć szepty, Janusz wiedział, że kilka starszych pań czeka w kolejce, żeby wyznać swoje wyimaginowane grzechy. Może i ksiądz miał rację, ale co Janusz miał robić? On i Marta już dawno temu pogrzebali swoje małżeństwo, a Janusz nie zamierzał wieść egzystencji mnicha.

– Tak, ojcze – Janusz pochylił nieco głowę. Ta wymiana zdań z upływem lat w ogóle się nie zmieniała. Prawda, ciężko było słuchać w kółko tego samego wykładu, ale podobnie jak zapach wnętrza kościoła – kadzidła, wypalających się świec i odwiecznego kurzu – i to było dziwnie uspokajające.

– Wiem, że ty i Marta jesteście od lat osobno – mówił ojciec Pietruski przyciszonym głosem, lecz wciąż nieustępliwie. – Tak czy owak musisz jeszcze raz spróbować, choćby ze względu na chłopca. Spróbuj zbudować jakiś most, dotrzeć do niej, dobrze?

Janusz poruszył głową, co, miał nadzieję, mogło ujść za skinięcie na zgodę. Duchowny czekał na coś mniej niejasnego, ale się nie doczekał.

– Za pokutę odmów trzy razy Zdrowaś Mario i wyznanie wiary – powiedział, błogosławiąc Janusza prawą ręką. – I za pół godziny spotykamy się Pod Orłem.

Janusz wstał i pochylony wyszedł z konfesjonału, a krok, który postawił na kamiennej posadzce kościoła, zabrzmiał jak wystrzał z pistoletu. Starsze panie zadrżały z emocji – wyglądały jak kury na grzędzie, które coś zaniepokoiło.

– Dzień dobry paniom – skinął głową, rozpoznając wiele twarzy. Usłyszał kilka „dzień dobry” w odpowiedzi, a jedna z kobiet, siedząca na środku ławki, chwyciła go za ramię, gdy próbował przejść.

Nie było ucieczki. Wyprostowane plecy oraz głowa pani Rulewskiej i szacunek okazywany przez pozostałe kobiety nie pozostawiały wątpliwości, że jest ich przywódczynią, chociaż była dobrze po pięćdziesiątce, kilkanaście lat młodsza od reszty. Zatrzymał się i lekko skinął głową.

Miała na sobie ciemnoczerwoną spódnicę z jakiegoś drogiego, miękkiego materiału. Nawet on zauważył, że jest dobrze skrojona. Przypomniał sobie, że pani Rulewska jest właścicielką dużego zakładu krawieckiego na East Endzie i nigdy nie pozwala nikomu zapomnieć, że szata, którą uszyła jej polska krawcowa, kiedyś ozdabiała ramiona księżnej Diany.

– Panie Kiszka, mam nadzieję, że możemy liczyć na pana wsparcie podczas zbliżającego się wydarzenia patriotycznego? – spytała nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Wydarzenia patriotycznego? Serce zabiło mu szybciej w panice, jak gdyby znów miał osiem lat i zapomniał następnego wersu z katechizmu.

– Wybory prezydenckie – przypomniała mu. – Na starszych ludziach oczywiście można polegać, ale wy, młodzi, tu na miejscu, to inna sprawa. Z dala od domu i od rodziny, uczący się strasznych angielskich zwyczajów. Picia, seksu, narkotyków… – pani Rulewska pokręciła głową. – To już nie jest ta Anglia, którą kiedyś kochaliśmy.

Pozostałe kobiety pokiwały głowami i mruknęły coś na zgodę. On również skinął głową i niezupełnie z samej tylko uprzejmości – być może Anglia, którą poznał ćwierć wieku temu, była bardziej nudna i szara, ale pewnie łagodniejsza i bardziej cywilizowana. A może ja się po prostu starzeję i dziadzieję? – zastanawiał się w duchu.

– Pana tu znają i szanują… Większość pana szanuje – dodała. – Może pan dotrzeć do młodzieży, powiedzieć im, że nowy prezydent odbuduje kraj i będą mieli pracę w Polsce, tam, gdzie jest ich miejsce.

Mimo instynktownego braku zaufania do polityków Januszowi wydawało się, że kandydat Partii Odnowy ma jakiś sposób na wyprowadzenie Polski z ciężkiej sytuacji, w jakiej się znalazła po dwudziestu latach demokracji. Oczywiście, gospodarka szybko się podniosła po dziesięcioleciach rządów komunistów, ale w kraju wciąż nie było na tyle dobrze płatnych stanowisk, by zahamować exodus. Z kraju wyjechało ponad milion młodych ludzi, z czego większość do Wielkiej Brytanii. Dziewiętnastowieczne place w stylu Habsburgów były zapełnione sieciami fast foodów i licznymi grupami młodych Brytyjczyków chcących się tam dobrze i tanio zabawić. Janusz obawiał się o zachowanie narodowej tożsamości, jeżeli pokolenia wygnańców nie da się szybko ściągnąć na powrót do ojczyzny.

Podobała mu się wielka idea Partii Odnowy: program odrodzenia mający na celu stworzenie miejsc pracy i przyciągnięcie emigrantów do kraju, a także to, że udało jej się przekonać do niego Kościół, związki zawodowe i inteligencję – siły, które w latach 80. pokonały komunizm pod sztandarami Solidarności. Partii udało się już uzyskać większość w Sejmie i w Senacie, a teraz jej przywódca Edward Zamorski – szanowany weteran ruchu Solidarności, człowiek, który przetrwał aresztowania, internowanie i pobicia w trakcie walki o demokrację – był gotowy objąć stanowisko prezydenta.

No i bardzo dobrze, ale pukać do drzwi w koszulce z logo partii to nie Janusza bajka. Mruknął kilka niejasnych słów poparcia, zasłonił się iście męskim wyjaśnieniem, że ma sprawę do załatwienia, ukłonił się niezwykle uprzejmie starszym paniom i ruszył pospiesznym krokiem do wyjścia, czując na plecach ich wzrok. Po chwili zniknął w bocznej nawie.

Przy ostatniej wnęce zatrzymało go łagodne spojrzenie Maryi, której postać w błękitnej szacie oświetlały kolorowe światełka witraży. Poprosił o przebaczenie niewinnego kłamstwa i przeżegnał się.

Do wieczornego tłumu gości brakowało jeszcze godziny z okładem, a jedynym dźwiękiem dającym się słyszeć w pubie „Pod Orłem i Dzieciątkiem” po drugiej stronie parku Islington Green był odgłos mytych i układanych kieliszków.

Janusz zamówił butelkę tyskiego dla siebie i kieliszek żubrówki dla księdza. Gdy ponad 20 lat temu po raz pierwszy zjawił się w Londynie, były to napoje wręcz egzotyczne, nikt o nich nie słyszał oprócz polskich imigrantów, ale masowy napływ młodych Polaków po uzyskaniu przez kraj członkostwa w Unii Europejskiej wszystko zmienił. Wciąż chichotał bezgłośnie, słysząc Anglików próbujących zamówić wyborową, okocim albo żubrówkę.

Zaniósł piwo i wódkę do ogródka piwnego – na szarobury drewniany taras ze śladami gaszonych niedopałków na deskach, otoczony wysmaganymi wiatrem kępkami stepowej trawy. Wybrał stolik niedaleko grzejnika gazowego – dzień był rześki, ale cóż, piwo bez papierosa to nie piwo.

– Znów ulegamy pokusom ciała? – spytał ksiądz Pietruski, poklepując Janusza po ramieniu, kiedy ten zapalał cygaro. Starszy pan zachowywał się przyjaźnie i był czasami trochę przewrotny, gdy już zdjął sutannę.

– Twoje zdrowie – powiedział ksiądz, wychylając łyk rozgrzewającej wódki. – Jak tam… interesy? – w pytaniu zabrzmiała lekka ironia.

– Nie najlepiej. Mam trochę problemów z płynnością finansową i tak będzie, dopóki nie odzyskam kasy od kilku cwaniaczków, którzy mi ją wiszą.

Ksiądz, patrząc znad brzegu kieliszka, spojrzał Januszowi prosto w oczy.

– Tylko perswazją, ojcze – pojednawczy uśmiech zmarszczył jego kamienną twarz.

– A pomyśleć, że kiedyś byłeś najlepszym studentem na roku. I to nie byle gdzie – na Uniwersytecie Jagiellońskim! – zadumał się ksiądz, być może po raz pięćsetny.

Janusz pozwolił sobie wznieść oczy do góry.

– Taki wspaniały umysł – mówił mi profesor Zygurski – dodał ksiądz, kręcąc głową. – Oczywiście lepiej byłoby studiować teologię niż nauki ścisłe, ale tak czy siak to zaprzepaszczenie danego od Boga talentu.

– To nie były czasy na pisanie artykułów naukowych – odparował Janusz. – Jak mogłem siedzieć w sali wykładowej i dyskutować na temat kota Schrödingera, gdy ludzie na ulicach obrywali pałami po plecach? – przeczesał dłonią włosy. – Chociaż może powinienem zostać przy tych pieprzonych palnikach bunsenowskich – dodał z pretensją.

Ksiądz potarł ucho, postanawiając nie komentować grubiaństwa. Wczesne lata 80. to były dla wszystkich ciężkie czasy, które porozwalały ludziom życie – pomyślał – a zwłaszcza młodym. Marsze Solidarności były głównie pokojowe, ale – czemu trudno się dziwić – napotykały na swojej drodze pałki i kule zomowców. Gdyby czasy były bardziej normalne, Janusz mógłby dorównać swojemu ojcu, szanowanemu profesorowi fizyki na Uniwersytecie Gdańskim albo nawet go przerosnąć, ale gdy generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny, chłopak rzucił studia i zaangażował się w uliczne boje o demokrację. Później równie nagle wyjechał do Anglii, pozostawiając w kraju młodą żonę, którą poślubił kilka tygodni wcześniej. Gdy Janusz pojawił się w kościele świętego Stanisława, był niewątpliwie duszą udręczoną i chociaż ksiądz Pietruski nigdy nie odkrył, co tak naprawdę go kłopocze, jednego był pewien – cień tego, co zdarzyło się wtedy w Polsce, sięga aż tutaj, do Anglii.

Przyglądał się siedzącemu na wprost niego potężnemu mężczyźnie o zmęczonych oczach. To dziecko Boże z pewnością nigdy nie będzie gorliwym katolikiem, ale duchowny wiedział jedno – Janusz miał duszę chrześcijanina, a gdy w Polsce wybiorą nowy rząd – z łaski Bożej – trzeba mieć nadzieję, że tacy ludzie jak on wrócą i odbudują ojczyznę.

Pochylił się nad stołem i poklepał Janusza po ręce.

– Mam dla ciebie małą robótkę – powiedział. – Sprawa honorowa, nie musisz pakować się w kłopoty i będziesz mógł trochę ruszyć głową. Chodzi o coś, o czym pani Tosik powiedziała mi podczas spowiedzi.

Janusz uniósł brwi.

– I niejasno dała mi do zrozumienia, że mogę wynieść to poza uświęcony obszar konfesjonału. Zaginęła jedna z dziewcząt, kelnerka w restauracji.

– Z kasą?

– Nie, nie, to bogobojna dziewczyna – powiedział ksiądz. – Zawsze przychodziła na msze. Jest tu dopiero od paru tygodni, kelneruje, trochę pracuje jako modelka.

Janusz uniósł brew i uśmiechnął się przez chmurę dymu.

– Tak, bardzo piękna młoda kobieta – dodał ksiądz – ale dobra dziewczyna i ciężko pracuje. Zniknęła bez słowa dwa tygodnie temu i pani Tosik się o nią martwi. Oczywiście na policję z tym nie pójdzie.

Janusz przytaknął – rozumiał sytuację. Może chodzi o to, że Polacy są z natury niesubordynowani, a może to reakcja na 40 lat komunistycznych rządów, tak czy owak przed policją nikt nie otwiera drzwi.

– No i co? Znalazła chłopaka, który robi pieniądze na remontach strychów – powiedział, strzepując kilka centymetrów popiołu z cygara.

– Może, ale mieszkająca w Polsce matka tej dziewczyny nie ma z nią żadnego kontaktu, a pani Tosik czuje się w tej sytuacji wszystkiemu winna. Chce, żeby ją odnaleźć – ksiądz spojrzał Januszowi w oczy. – I jest gotowa sporo zapłacić – Janusz nie mógł powstrzymać uśmiechu, widząc tryumfalną iskierkę w oczach księdza, gdy wykładał na stół najmocniejszą kartę.

Odnalezienie kogoś, kto zaginął to ciężka praca. Trzeba było się dużo najeździć metrem, a on tego nie znosił, ale wszyscy wiedzieli, że pani Tosik jest zamożna, a jemu pieniądze na pewno się przydadzą.

Ojciec Pietruski dopił ostatnią kroplę żubrówki i wstał, kierując się do baru.

– Tak czy inaczej zaproponowałem ciebie, niech mi Bóg wybaczy.

Rozdział 2

Niebo nad Tamizą miało radosny jasnobłękitny kolor. Zimny wiatr smagał twarz detektyw Natalie Kershaw, kiedy szybka łódź patrolowa Targa cięła stalowoszarą taflę wody. Gdy przepływała pod Tower Bridge, ryk silnika odbijał się echem od stalowych podpór, a umundurowany sternik rzucił w bok ukradkowe spojrzenie, które w przelocie uchwyciło jej profil – blond włosy były zaczesane do tyłu i związane w praktyczny kucyk. Zastanawiał się, czy będzie miał odwagę gdzieś ją zaprosić. Pewnie nie. Może i sięgała mu do ramienia, ale wyglądała jak lodołamacz – typowa funkcjonariuszka wydziału dochodzeniowo-śledczego.

Kershaw myślami była daleko stąd. Przeczesując wzrokiem południowy brzeg rzeki, by zlokalizować nabrzeże Bermondsey, wspominała ojca, który w latach 60. nosił tam na plecach worki z koksem – była to jego pierwsza praca. Kilka lat temu pokazał jej nabrzeże z pokładu statku wycieczkowego – wybrali się na całodniową wyprawę Tamizą. Było to tuż przed jego śmiercią. W końcu udało jej się namierzyć magazyny – trudniej teraz było je rozpoznać, kiedy stuletnią patynę dymu z płonącego koksu zdarto strumieniem piasku. Zobaczyła na piętrze nowe fikuśne balkony: wszystkie oznaki drugiego życia starych magazynów przerobionych na modne apartamenty dla bankowców z City – tak, same szychy z banków – jakby słyszała ojca. Byłby pewnie teraz dumny jak paw, widząc ją – młodą detektyw, rozwiązującą swoją pierwszą sprawę podejrzanego zgonu.

Gdy jej szef zrzucił na nią rano tę robotę, już miała napięty harmonogram – musiała jechać do zachodniego Londynu na sprawę sądową, a przyjęcie tego zadania oznaczało, że musi błyskawicznie udać się do Wapping. W końcu przecież topielec wyciągnięty z Tamizy to robota dla mundurowych. A jednak, kiedy podzieliła się swoją sugestią z sierżantem, chociaż zrobiła to bardzo dyplomatycznie, okazało się, że to zły ruch. Zdała sobie z tego sprawę w momencie, gdy wypowiadała ostatnie słowo. Co gorsza, miała w tym tygodniu pierwszą zmianę, więc wszystko to wydarzyło się o 7:30 rano, a detektyw sierżant Bacon, znany wśród swoich podwładnych pod pseudonimem Wędzonka, bardzo nie lubił poranków. Przejechał się więc po niej w obecności dwóch facetów.

– Wyjaśnijmy sobie jedno, Kershaw. Weźmiesz każdą zasraną robotę, którą ci zlecę, i to z pocałowaniem rączek, i powiesz: „Dziękuję, panie sierżancie, czy mogę panu zrobić filiżankę herbaty, panie sierżancie?” Jeżeli jeszcze raz usłyszę, że mi pyskujesz, znajdziesz się z powrotem na ulicy z garnkiem na głowie, szybciej niż zdołasz wypowiedzieć hasło „świadomość wielokulturowości”.

Wędzonka był po pięćdziesiątce i wywodził się ze starej szkoły dochodzeniówki. Paluchy miał poplamione na żółto tytoniem i Kershaw podejrzewała, że w jego mniemaniu policjantki nadają się tylko do przesłuchiwania ofiar gwałtów, rozwiązywania konfliktów z przemocą domową w tle i przypadków znęcania się nad dziećmi.

Oczywiście mogłaby się poskarżyć szefowi, inspektorowi Bellwetherowi. Styl dowodzenia Wędzonki przypominający zarządzanie neandertalczyka jaskinią, przekleństwa, odzywki na granicy seksizmu, staromodne zwracanie się do swoich podwładnych po nazwisku, wszystko to w dzisiejszych czasach było nie do pomyślenia, ale Kershaw będzie trzymała gębę na kłódkę i weźmie się do roboty. W tej pracy trzeba mieć twardą skórę. Jeżeli wciąż obrywa za to, że jest młodą blondynką, czyli bezmózgowcem, musi udowodnić, że jest inaczej. Tak czy owak każdy za coś obrywał. Za nadwagę, niedowagę, pochodzenie z północy kraju, rude włosy, śmieszne nazwisko, nudne nazwisko, oksfordzki akcent, akcent z londyńskich doków, za cokolwiek. Na pierwszym posterunku, na którym pracowała, jakiś biedak popełnił błąd i zdradził się, że trenuje karate. Następnego dnia na jego biurku piętrzyła się góra menu z chińskich jadłodajni, a obok stos cegieł. Nie była sobie w stanie przypomnieć jego nazwiska, bo potem wszyscy – nawet dziewczyny w centrali telefonicznej – nazywali go Bruce Lee.

Wzajemne pokpiwanie nie miało tu granic – chodziło o to, żeby się w to wpasować, chodziło o przynależność do grupy. Jeżeli ktoś nie potrafił znieść prztyczków i niewybrednych żarcików ze strony gliniarzy, z którymi pracował, był skończony. Nic się na to nie dało poradzić. Jednego była pewna – Natalie Kershaw nie zakończy kariery w policji oskarżaniem kolegów po fachu o seksizm w sądzie pracy. Jeżeli nie awansuje na sierżanta przed trzydziestką, czyli za trzy lata, podziękuje i pójdzie robić karierę gdzie indziej.

W każdym razie gdy przeanalizowała robotę, którą zwalił na nią Wędzonka, pomyślała, że może być całkiem ciekawa. Zwłoki wypłynęły nagie i nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby wiedzieć, że samobójcy przeważnie się nie rozbierają, zanim się rzucą do rzeki. Może więc było coś w tym, że Wędzonka posłał śledczego, żeby przyjrzał się zwłokom, zanim patolog zacznie je ciąć na kawałki. Może i jest dinozaurem w źle skrojonym garniturze, ale od czasu do czasu wykazuje oznaki policyjnego instynktu.

Kuter patrolowy wyprzedził łódź turystyczną, a jej pasażerowie odwrócili głowy, żeby się przyjrzeć policjantowi przy sterze i jego atrakcyjnej pasażerce w cywilu. Kilka sekund później zbliżał się już do długiego niebieskiego pomostu na północnym brzegu rzeki, na wprost komisariatu policji w Wapping. Kershaw uśmiechnęła się do mundurowego, ale nie zwróciła uwagi na jego wyciągniętą rękę. Sama zeskoczyła z kołyszącego się na wodzie kutra. Ruszyła w kierunku komisariatu, wiktoriańskiego budynku z większą liczbą ozdób i kolumn niż tort weselny piłkarza, ale po kilku krokach odwróciła się, słysząc wołanie sternika. Uśmiechając się, wskazał dłonią prostokątny namiot z granatowej folii po drugiej stronie pomostu, a później, niepotrzebnie podkręcając obroty silnika, ruszył gwałtownie przed siebie.

Ładniutki był – pomyślała. – Dlaczego tacy faceci nigdy mnie nigdzie nie zapraszają?

Podniosła plastikowy narożnik namiotu i wśliznęła się do środka. W tej samej chwili dwóch policjantów z posterunku rzecznego przekładało zawartość czarnego worka na zwłoki do płytkiej wanny ze stali nierdzewnej, mniej więcej dwukrotnie większej niż ta, którą Kershaw miała u siebie w mieszkaniu. Jak w obscenicznej parodii narodzin wyłoniła się najpierw głowa brunetki z gładko zaczesanymi włosami, a później wysunęło się jej nagie ciało.

– O kurwa – mruknęła Kershaw pod nosem, zaskoczona tym widokiem. To nie były pierwsze zwłoki w jej karierze – jeszcze jako praktykantka pojechała na wezwanie do blokowiska w dzielnicy Poplar, gdy sąsiedzi zaalarmowali służby, że coś śmierdzącego leje im się przez sufit. W mieszkaniu piętro wyżej znalazła to, co zostało z jakiegoś starszego gościa, który nie żył od dwóch tygodni, ale wciąż siedział na fotelu przed grzejnikiem elektrycznym. Wyglądał jak gigantyczna, na wpół stopiona świeca.

Musiała jednak przyznać, że to, co zobaczyła teraz, było wstrząsające. Skóra dziewczyny miała kolor purpurowy, była upstrzona plamkami, piersi i brzuch posiekane głębokimi cięciami, tu i ówdzie widziała plamy wielkości dłoni mężczyzny, jak gdyby ktoś przypalał ciało palnikiem. Twarz była zasadniczo nienaruszona oprócz tego, że zamiast oczu wyzierały z niej dwa czarne oczodoły.

Jeden z policjantów wyszedł, a drugi zaczął omawiać to, co znaleźli.

Funkcjonariusz był w średnim wieku – jeden z tych, co to całe życie wloką się noga za nogą, trochę zmęczony rutyną, ale praktyczny i bezpośredni. Kershaw odetchnęła z ulgą, bo nie spodziewała się, że będzie zakłopotana z powodu konieczności oglądania ciała nagiej kobiety w towarzystwie mężczyzny, który mógłby być jej ojcem.

– Jakiś biegacz amator zobaczył ją w mule. Akurat był odpływ – powiedział. – Po tej stronie zapory na Tamizie. Wymywa tu na piasek dość sporo sztywniaków.

Kershaw wyciągnęła notes i ołówek.

– Nie musiała więc wcale wchodzić tutaj do wody, prawda?

Pokręcił głową.

– Mogło ją znosić z biegiem rzeki – 50 metrów albo 15 kilometrów – wiemy tylko, że to musiało być gdzieś po stronie przypływu. Woda niesie zwłoki jakieś półtora kilometra do dwóch kilometrów dziennie – powiedział, podając jej więcej informacji niż potrzebowała, ale mogła je wykorzystać w przyszłości.

– A oczy? – spytała, robiąc ruch głową w kierunku pustych oczodołów. – Rozumiem, że to… Szczury? Ptaki?

– Prawdopodobnie węgorze – powiedział. – Żarłoczne cholery. Ludzie jedzą je w galarecie. Ja tam wolę koktajl z krewetek…

Uśmiechnęli się do siebie nad pustymi oczodołami dziewczyny.

– A te rany? – pytała dalej Kershaw. – Czy to możliwe, że ktoś zadał je dziewczynie przed śmiercią?

Pochylił się, żeby się przyjrzeć najgłębszej ranie, przez którą widać było żebro dziewczyny, i sceptycznie skrzywił usta.

– Trudno powiedzieć. Łodzie i barki potrafią nieźle poranić, a ona prawdopodobnie była w wodzie ponad tydzień. Gdy jest zimno, topielcy nie wypływają tak szybko – na powstanie gazów jelitowych trzeba czasu.

Kershaw pochyliła się, żeby się przyjrzeć twarzy dziewczyny, próbując nie zwracać uwagi na żółtawą pianę w nozdrzach. Skóra była nabrzmiała od długiego przebywania w wodzie, co utrudniało stwierdzenie, jak mogła wyglądać za życia, ale po szczupłej sylwetce Kershaw oceniła wiek dziewczyny na 20 do 30 lat – więc była jej rówieśniczką. Nagle poczuła nieodpartą potrzebę ustalenia tożsamości dziewczyny.

– Da się zdjąć odciski palców? – spytała funkcjonariusza.

Dłonią w lateksowej rękawiczce odwrócił nadgarstek dziewczyny, żeby się przyjrzeć wewnętrznej stronie jej palców, nabrzmiałych i pomarszczonych, na których już zaczęła się łuszczyć skóra.

– Ręce praczki – powiedział, kręcąc przecząco głową. – Za cholerę się z nich niczego nie odczyta. Możemy pobrać próbki DNA, jeżeli uzyska pani zgodę na pokrycie kosztów testów laboratoryjnych. To ciało oznaczyliśmy symbolem DB16.

Kershaw zapisała coś w notesie.

– Szesnaste zwłoki w tym roku? – spytała.

– Tak. A jeszcze się nie skończył kwiecień.

Wnętrze namiotu wypełnił teraz zapach unoszący się ze zwłok. Nie był nieprzyjemny – czuć w nim było głębiny rzeczne, a w tle jakiś ciemniejszy akcent, który przywodził Kershaw na myśl pieczarki za długo zostawione w lodówce. Czuła się przygnębiona, rozczarowana tym, że nie znalazła nic bardziej… konkretnego. Pomyślała jednak: Nie bądź głupia, Nat. Czy naprawdę myślałaś, że znajdziesz tu na miejscu coś, co ci pozwoli rozwiązać tę sprawę i natychmiast wskazać sprawcę?

– To niemożliwe, żeby była naga, prawda, jeśli miałoby to być samobójstwo? – spytała, bo nagle przyszło jej do głowy, że może się okazać, iż dziewczyna jednak skoczyła z mostu. – Chodzi mi o to, że jej ubranie samo by się z niej nie zsunęło w wodzie, prawda?

Policjant skrzywił usta.

– Nigdy nie słyszałem, żeby prąd zdjął komuś majtki i biustonosz – próbowali unikać swojego wzroku. – Nie, według mnie na pewno była już naga, gdy się znalazła w wodzie – mówił dalej. – I nie sądzę, żeby o tej porze roku chciała pływać na golasa.

Pochylił się i sięgnął po torbę leżącą na podłodze.

– Lepiej od razu się wezmę za pobieranie próbek, póki zwłoki są jeszcze świeże – powiedział i zaczął układać plastikowe fiolki na stojącym z boku stoliku.

Kershaw, która została sama przy martwej dziewczynie, zauważyła, że sięgające jej do ramion włosy zaczęły wysychać i nabierać koloru jasnej miedzi. Nagle przypomniała sobie, że jej ojciec nazywał ten odcień tycjanowskim.

Spojrzała na lewą dłoń dziewczyny. Leżała tak, jak ją zostawił funkcjonariusz – wnętrzem do góry na stole z nierdzewnej stali, palce były lekko zgięte, jakby się otwierały w geście błagania lub bezradności. Powiew wiatru załopotał ścianką plastikowego namiotu, a Kershaw aż podskoczyła.

– Zapomniałbym – powiedział policjant, wracając do stołu. – Jest jedna dobra wiadomość – powiedział i wsunął rękę w lateksowej rękawiczce pod biodro dziewczyny, po czym uniósł jej ciało.

U podstawy kręgosłupa, tuż nad pośladkiem dziewczyny Kershaw zobaczyła coś, co wyglądało na plamę pod napuchniętą bielą skóry. Schyliła się niżej i zdała sobie sprawę, że to wyglądający na amatorski tatuaż – serce koloru indygo, a w nim dwa obco brzmiące imiona. Paweł i Ela.

– To jakiś początek, może się dowiemy, kim jest – powiedział policjant, z zadziwiającą delikatnością układając ciało z powrotem na metalowym stole.

Rozdział 3

Plastikowa klapka otworzyła się z lekkim trzaskiem, gdy ostatnia moneta przeleciała przez otwór wrzutowy. Janusz, pochylając się, wszedł do kabiny. Na małej scenie pośrodku słabo oświetlonego pomieszczenia bez okien szczupła, naga dziewczyna wirowała wokół rury łączącej podłogę z sufitem, skąpana w wodospadzie wielokolorowych świateł.

Jej nagość była absolutna, bo wszelki ślad włosów na jej ciele usunięto, albo wygalając je, albo wyrywając. Na zupełnie gładkiej skórze widać było tylko połyskujący w pępku pojedynczy kolczyk. Dziewczyna tańczyła z naturalną gracją w rytm agresywnej muzyki rockowej, ale pokryta makijażem twarz była bez wyrazu, a jej wzrok skupiał się na jakimś odległym punkcie. Jedynym akcentem niepasującym do całości były jej długie paznokcie, pomalowane nie jak zawsze na kolor szkarłatu, ale przyciągające wzrok głęboką czernią.

Janusz przyglądał się dziewczynie na tyle długo, żeby się upewnić, że to naprawdę Kasia, po czym wyprostował się, sprawdził, która jest godzina, zmarszczył brwi i próbował nie wdychać smrodu bijącego ze ścian kabiny. Rock and roll się skończył, a zaraz po nim rozległ się inny, łagodniejszy utwór. Janusz zaklął cicho pod nosem, spojrzał na sufit i sięgnął do kieszeni.

Gdzieś w tle słyszał wycie alarmu dymowego, kiedy rozkoszując się dymem tytoniowym, opierał się o tylną ścianę klubu – było to czwarte, a może piąte cygaro tego dnia. Ostatni klient, pucołowaty facet po czterdziestce o bladej cerze i w prążkowanym garniturze, wygramolił się zza drzwi oznaczonych jako wyjście pożarowe, miał pochyloną głowę i kończył zapinać rozporek. Zauważył potężnego mężczyznę w staromodnym trenczu, wyprostował się i sięgając do kieszeni po papierosy, poprosił o ogień. Janusz przekręcił kółko zapalniczki, a facet musiał się nachylić, by dosięgnąć płomienia. Następnie wydmuchując chmurę dymu, klient rozstawił szeroko nogi i podbródkiem wskazał dziewczynę.

– Widziałeś tamtą laskę? – spytał z chichotem, rozpoczynając męską rozmowę. – Założę się, że nieźle ujeżdżona.

Twarz Janusza pozostała niewzruszona, więc facet nie zauważył, że prawą dłoń instynktownie zacisnął w pięść. Gość nie zdawał sobie sprawy, jak blisko był połamania szczęki.

– Ja tam nie wiem – powiedział Janusz, niespiesznie zaciągając się cygarem. – Ja tu tylko od czasu do czasu pracuję.

Facet spojrzał na niego, próbując go ocenić i umiejscowić akcent – jakby z wyższych sfer, ale też i trochę nieangielski.

– Tak? Jesteś tu bramkarzem?

Janusz pokręcił głową przecząco.

– Pracujesz za barem?

Znów ten sam gest. I wtedy Janusz po raz pierwszy spojrzał facetowi prosto w twarz.

– Posłuchaj, miałem o tym nikomu nie mówić – powiedział – ale co tam, to mój ostatni dzień w tej pracy – zgasił niedopałek cygara o ścianę i wyrzucił, a później schylił się niżej. – Zakładam ukryte kamery w kabinach – powiedział konspiracyjnym szeptem.

Facet spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Kamery? W życiu nie widziałem tam żadnej kamery.

Janusz wzruszył ramionami.

– To dlatego, że w tej robocie jestem całkiem niezły.

Twarz mężczyzny spąsowiała.

– Chcesz mi powiedzieć, że… filmują facetów, którzy oglądają przedstawienie?

Janusz przechylił głowę na bok na geście niechętnie przyznawanej zgody.

– Co kur…? – w głosie mężczyzny słychać było gniew i lęk jednocześnie.

– Przekaz idzie na żywo do internetu – powiedział Janusz. – Podobno sporo ludzi płaci niezłą kasę, żeby przyglądać się facetom… No wiesz… – i niedwuznacznym gestem zademonstrował czynność, której z powodu dobrego wychowania nie chciał opisywać słowami.

Teraz usta faceta otwierały się i zamykały jak u świątecznego karpia, a Janusz zastanawiał się, czy będzie miał najpierw zawał, czy wylew.

– To… To nie do wiary, straszne – mówił chrapliwym głosem. Pomachał Januszowi palcem przed nosem. – Ja to zaraz… – a później znów pogroził palcem tylnemu wejściu do klubu. – Ja to zgłoszę do… – później odwrócił się na pięcie i ruszył alejką dzielnicy Soho, wciąż wzburzony, machając ramionami jak wiatrak.

Właśnie wtedy z drzwi klubu wyłoniła się dziewczyna, owinięta w czarny frotowy szlafrok. Patrzyła przez chwilę na oddalającego się mężczyznę, który krzyczał coś o prawach człowieka, a później spojrzała na Janusza.

– A temu co się stało? – spytała.

– Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Londyn pełen jest wariatów.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Przyrzeknij, że znów nie opowiadałeś klientom jakichś bzdurnych historii?

Pokręcił głową, unikając jej wzroku, ale musiał zagryzać policzki, żeby się nie uśmiechnąć. Kasia owinęła się szczelniej szlafrokiem – było zimno – i sięgnęła do kieszeni po papierosy.

– Uważasz, że jesteś taki dowcipny, Janusz – powiedziała. – Ale gdy szef się dowie, skopie ci dupę – brodą wskazała alarm dymowy, który teraz tylko cicho pojękiwał. – I pewnie z tym też nie masz nic wspólnego, co?

Bezlitosne światło dnia dodało jej twarzy dziesięć lat, ale Janusz pomyślał, że wciąż bez problemu można by jej dać 35, a nawet 30.

– Nudziło mi się – powiedział.

Zrobiła wielkie oczy, udając, że robi mu wymówki.

– No tak, niezły komplement. Nie podobał ci się mój pokaz?

– Ładne ciało. Piękne. Ale już wcześniej je widziałem – powiedział, patrząc na nią z rozbawieniem. Wytrzymała jego spojrzenie, próbując zachować powagę, ale bezwiednie uniosła kącik ust – ten łobuzerski uśmieszek wypełniał jego marzenia.

Pochyliła ciemnoblond głowę w kierunku jego zapalniczki, przytrzymując dłoń o sekundę za długo niż było trzeba, a on poczuł skurcz w żołądku. Dziwne, ale nigdy nie potrafił do końca połączyć kobiety stojącej przed nim z tą, którą kilka minut wcześniej widział tańczącą wokół rury. Tamta niewątpliwie była ekscytująca, ale nie potrafiła go tak poruszyć jak Kasia. Zacisnął szczęki, zauważając żółty ślad starego siniaka na jej kości policzkowej, nie do końca ukrytego pod makijażem.

– Posłuchaj, Kasiu. Dzisiaj rano byłem u tego kutasa Steve’a.

Ręka Kasi bezwiednie uniosła się ku twarzy.

– Kurwa! – przekleństwo spłynęło z jej ust bezwiednie, nie zdołała go powstrzymać. – No i?

Janusz wyglądał na rozbawionego. Dziewczyna prawie nigdy nie klęła, a teraz prawdopodobnie próbowała zapamiętać, że musi się z tego wyspowiadać.

– Przedstawiłem mu pogląd, że mężczyzna nie bije kobiety, nawet własnej żony – słowa brzmiały staroświecko, a w głębokim, rezonującym głosie Janusza była nuta zdrowego rozsądku, ale jego oczy nagle zrobiły się zimne.

Dziewczyna szczelnie otuliła się szlafrokiem.

– I co on na to?

– Mam wrażenie, że kiedy się z nim żegnałem, jego poglądy były zgodne z moimi, udało mi się go zreformować – powiedział. – Steve wie jednak, że bardzo chętnie podejmę naszą „rozmowę”, jeśli okaże się to konieczne.

Nic nie powiedziała, tylko wyciągnęła ręce i chłodnymi dłońmi dotknęła jego policzków.

Odsunął się odrobinę – nie wiedział dlaczego, ale ten gest zirytował go jeszcze bardziej niż ten bydlak, jej mąż, i jego zwyczaj bicia żony. Dlaczego kobieta taka jak ona trwa przy takim facecie? Kasia pochodziła z dobrej rodziny, była bystra, miała dyplom szkoły filmowej, w której studiowali Polański i Kieślowski. Na Boga! Janusz jednak już słyszał jej odpowiedź na to pytanie: „Miłość być może umiera, ale małżeństwo żyje wiecznie”. Steve i ona jedyny dochód czerpali z jej marnej pracy. Pół miliona Polaków jakoś zarabiało tu na swoje utrzymanie, ale londyńczyk z krwi i kości Steve nigdy nie mógł znaleźć roboty. Za łatwo się tu żyło na zasiłku – Janusz stwierdził to nie po raz pierwszy.

Tak czy owak nie było sensu namawiać jej, żeby go zostawiła. Jak wszystkie Polki, była cholernie uparta i pewnie posłałaby go do diabła. Próbując pokryć zmieszanie, upuścił niedopałek cygara i roztarł go pod stopą. Gdy Kasia się odwracała, żeby dmuchnąć dymem z papierosa w kierunku alejki, on zatrzymał na chwilę wzrok na jej półprofilu ze smukłym, pięknie wykrojonym nosem. To było pierwsze, co w niej zauważył tamtego dnia, kiedy przenosił skrzynki z alkoholem z półciężarówki do tych samych drzwi na tyłach klubu.

– Mogłabym wpaść do ciebie jutro? – powiedziała wciąż odwrócona. Pytanie zabrzmiało niepewnie.

Jego gniew gdzieś wyparował, zastąpiły go bardziej złożone emocje. Może noc, którą spędzili razem dwa tygodnie wcześniej, nie była jednorazowym wybrykiem. Wsunął ręce do kieszeni i powiódł wzrokiem po linii dachu.

– Pewnie, dlaczego nie. I powiedz Rayowi, że mam w przyszłym tygodniu nową dostawę wyborowej, jeśli go to interesuje.

Co tam. Matka zawsze powtarzała, że na własną prośbę pakuje się w kłopoty.

Godzinę później Janusz szedł na północ Essex Road, pochylając głowę w zacinającym deszczu. Zmierzał do restauracji pani Tosik, żeby się dowiedzieć czegoś więcej o zbiegłej kelnerce, o której opowiadał mu ksiądz Pietruski. Janusz należał do najlepiej orientujących się w londyńskiej Polonii i dlatego w ciągu tych kilkunastu lat trafiało mu się sporo zleceń dotyczących zaginionych osób. Pomagała też niemal idealna angielszczyzna, chociaż początki nauki – angielskie filmy wojenne, które oglądał jako dziecko, a później w latach 80. amerykańskie seriale policyjne – wzbogaciły jego słownictwo o barwne, choć już nieco przestarzałe zwroty.