Wydawca: Dreams Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Toksyna - Jus Accardo

Szóstka ocaliła życie Kale’a, lecz nie obyło się bez konsekwencji. Wymiana. Coś za coś. Życie za życie. Dez nigdy nie przypuszczałaby, że utraci osobę, której oddałaby wszystko. Jakby tego było mało, jej odporność na śmiertelny dotyk Kale’a słabnie. Kiedy Dez i Kale wyszli cało z Sumrun, ojciec dziewczyny stracił nie tylko najpotężniejszą broń, ale i ważny element projektu Supremacji. Zmuszony przez Denazen do odwrócenia sytuacji, doprowadza do zatrucia córki i pozostawia jej wybór: albo umrze, albo odda się w ręce Denazen w zamian za antidotum. Dez nie chce skończyć w kostnicy, ale też nie może stracić ukochanego. Próbuje znaleźć rozwiązanie i utrzymać w tajemnicy fakt działania trucizny. Jednak kiedy zostaje zaatakowana przez organizację ojca, dochodzi do wniosku, że w kręgu znajomych czai się zdrajca. Poświęcenie, niedotrzymane sekrety i tajemnice. Dez będzie musiała postawić wszystko na jedną kartę, jeżeli chce znaleźć winowajcę – zanim skończą za kratami Denazen albo, co gorsza, zapłacą życiem...

Opinie o ebooku Toksyna - Jus Accardo

Fragment ebooka Toksyna - Jus Accardo

Jus Ac­car­do

TOK­SY­NA

KSIĘGA DRU­GA

Tłuma­cze­nie Krzysz­tof Ma­zu­rek

Tytuł ory­gi­nału: To­xic (A De­na­zen No­vel #2)

Au­tor: Jus Ac­car­do

Tłuma­cze­nie z języka an­giel­skie­go: Krzysz­tof Ma­zu­rek

Re­dak­cja: Bry­gi­da No­wak

Ko­rek­ta: Mar­ty­na Żuraw­ska

Skład i łama­nie: Grze­gorz Działo

Pro­jekt okładki: Grze­gorz Działo

przy użyciu ma­te­riału zdjęcio­we­go © Shut­ter­stock.com

© 2012 by Jus Ac­car­do. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with the Au­thor.

All ri­ghts re­se­rved

ISBN 978-83-63579-38-8

© 2013 for the Po­lish edi­tion by Dre­ams Wy­daw­nic­two

Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak

35-310 Rzeszów, ul. Unii Lu­bel­skiej 6A

www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wa­na, prze­cho­wy­wa­na jako źródło da­nych, prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pi­su bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki…

Ko­cham Cię, mamo

1

Nie wiem, czy zna­lazłby się wa­riat, który ra­dziłby komuś łyknąć parę ko­lo­ro­wych ga­la­re­tek na wódce przed wyści­giem na szczyt czte­ro­me­tro­we­go dźwigu.

A ja? Co tu dużo mówić, wy­da­wało mi się, że po­mysł jest niezły. No, i do tego ko­lo­ro­we ga­la­ret­ki na wódce? Oślizgły, jar­marcz­ny, ba­na­no­wo-tru­skaw­ko­wy ki­siel nasączo­ny al­ko­ho­lem wcho­dził gładko. Może dla­te­go, że był słodki, jak praw­dzi­wa ga­la­ret­ka… a może dla­te­go, że to był już piąty z rzędu. Po­sta­wiłam pu­sty pla­sti­ko­wy ku­bek na zie­mi i ro­zej­rzałam się po lu­dziach. Moi nowi zna­jo­mi. Porąbane Szóstki. Co do jed­nej. Nie, żeby coś było nie tak z mo­imi sta­ry­mi zna­jo­my­mi – prawdę mówiąc, tęskniłam za nimi jak cho­le­ra. To, co umiałam nie robiło na nich szczególne­go wrażenia, bo był tu gość, który po­tra­fił cho­dzić po wo­dzie i la­ska, która umiała pod nią od­dy­chać.

Tak jed­nak było bez­piecz­niej. Na ra­zie. Dzie­cia­ki wie­działy o zdol­nościach Kale’a. Wie­działy, jak trzy­mać dy­stans, a jed­no­cześnie robiły co mogły, żeby wśród nich czuł się do­brze.

Było nas tam ze dwa­naścio­ro, roz­pro­szo­nych po pla­cu bu­do­wy. Stojąc u podnóża dźwigu, zo­ba­czyłam swój oso­bi­sty pio­ru­no­chron – Da­vi­da – tak chy­ba miał na imię – który od­pa­lał stojące na pla­cu po­jaz­dy jed­nym do­tknięciem ręki. Po­tra­fił ściągać i prze­pusz­czać przez swo­je ciało prąd elek­trycz­ny. Elek­trycz­ność wypływająca ogni­ka­mi z jego palców ożywiała sil­ni­ki, a to­wa­rzy­szyły temu en­tu­zja­stycz­ne okrzy­ki i okla­ski. Cze­mu fa­ce­ci mają bzi­ka na punk­cie po­nad­ga­ba­ry­to­we­go sprzętu? Roz­legł się jękli­wy, me­ta­licz­ny dźwięk i jed­na z ciężarówek wy­wa­liła za­war­tość paki. Na zie­mię zsunął się gruz. Kil­ka se­kund później w po­wie­trze wy­strze­lił potężny kawał be­to­nu. Tuż za nim wy­le­ciała w górę kula kurczącego się i roz­sze­rzającego światła, zo­sta­wiając błyszczący ślad na noc­nym nie­bie. Obiek­ty zde­rzyły się z ogłuszającym hu­kiem, a be­ton roz­padł się na mi­lion kawałeczków, które jak twar­dy deszcz spa­dały nam na głowy. Znów chór okrzyków i oklasków, a później hi­ste­rycz­ny śmiech.

Szóstki czy nie – tym też, jak wszyst­kim na­sto­lat­kom, wy­da­wało się, że roz­pie­prza­nie jest za­baw­ne. Przy­najm­niej kil­ka rze­czy w życiu od­zna­czało się sta­bil­nością. Do­brze, że Paul był z nami, bo ktoś mógłby usłyszeć hałas. Po­tra­fił stojących nie­ru­cho­mo lu­dzi, miej­sca i przed­mio­ty osłaniać tak, że resz­ta świa­ta wi­działa tu tyl­ko przyszłą sie­dzibę cen­trum han­dlo­we­go Par­kview. Milczący, pu­sty plac bu­do­wy po zmro­ku.

Tak. Nic się tu nie dzie­je.

Mogłam te­raz robić mi­lion in­nych rze­czy. Za­mar­twiać się o swoją ubożuchną gar­de­robę i o to, co mam założyć do szkoły. Pa­trzeć przez ramię na sztyw­niaków w ciu­chach od Ar­ma­nie­go śliniących się, żeby wyciągnąć po mnie łapę. Nie­po­koić się tym, że zo­stało mi – z grub­sza licząc – pięć mie­sięcy nor­mal­ności. Kto wie, może i mniej.

To był nowy, zżerający mój spokój, trend. Zmar­twie­nia, zmar­twie­nia, zmar­twie­nia.

A co ja robiłam? To, co umiałam naj­le­piej. Świ­ro­wałam.

– Ostat­nia szan­sa, żeby zre­zy­gno­wać, Dez – po­wie­działa dziew­czy­na stojąca z dru­giej stro­ny dźwigu, ma­chając ręką. Miała brązowe oczy i długie pur­pu­ro­we włosy związane w wymyślny splot układający się na ple­cach.

Zre­zy­gno­wać? Ktoś tu się chy­ba cze­goś poważnie nawąchał. Chwy­ciłam moc­no kra­tow­nicę dźwigu i wygięłam ple­cy w łuk. Usłyszałam pod skórą ci­che trza­ski.

– Za­po­mnij, złociut­ka.

Kier­nan była sto­sun­ko­wo no­wym na­byt­kiem, zwer­bo­wa­nym przez mafię Szóstek Gin­ger. Zna­leźliśmy ją la­tem dzięki liście, którą mój ku­zyn Brandt dał mi przed wy­jaz­dem z mia­sta. Jej dar po­zwa­lał na wta­pia­nie się w oto­cze­nie, na two­rze­nie bańki my­dla­nej, dzięki której była w za­sa­dzie nie­wi­docz­na i niesłyszal­na. To było coś, na co czaił się Tata, bo bar­dzo chciałby mieć taki dar.

I nie mówię, że nie próbował. Sta­rając się zdo­być jej za­ufa­nie, Kale i ja za­bra­liśmy ją na wy­cieczkę do par­ku roz­ryw­ki. Lu­dzie Taty ko­rzy­sta­li z oka­zji, żeby do­rwać całą naszą trójkę. Mało bra­ko­wało, a skończyłoby się to ja­kimś nieszczęściem, ale w końcu udo­wod­ni­liśmy, kto stoi po do­brej, a kto po złej stro­nie płotu i Kier­nan wróciła z nami do Sank­tu­arium. Była dość opry­skli­wa i szorst­ka, nie­wy­klu­czo­ne, że na­wet bar­dziej wal­nięta niż ja i za to w pew­nym sen­sie ją ko­chałam.

Kale, stojący obok, skrzy­wił się, gdy zro­biłam koci grzbiet i zaczęłam się prze­ciągać. Nie zno­sił odgłosu strze­lających stawów. Wo­dził wzro­kiem ode mnie do szczy­tu dźwigu.

– Po­wiedz mi jesz­cze raz, jak to się na­zy­wa?

– Dźwi­go­wa­nie.

– I właści­wie po co to ro­bi­cie?

– Bo nam nie wol­no. Dzięki temu jest na­prawdę su­per.

Za­miast postąpić krok w tył i wmie­szać się w gęstniejący tłum, zajął sta­no­wi­sko tuż obok mnie.

– To ja też idę.

– Nic mi nie będzie – upie­rałam się.

Gdzieś nad na­szy­mi głowa­mi roz­legł się odgłos pio­ru­na i pu­sty plac bu­do­wy owiał chłodny po­dmuch wia­tru. Po­czułam dreszcz na ple­cach. Mo­dliłam się, żeby nie od razu zaczął padać deszcz, bo Kier­nan wy­grała ostat­ni wyścig. Chciałam, żebyśmy miały równe szan­se na zwy­cięstwo.

Kale wywrócił ocza­mi – a to dla nie­go coś no­we­go.

– Oczy­wiście, że tak. Pójdziesz, ale po­wie­działaś, że to me­ga­faj­ne. A ja chciałbym spróbować.

Po­czułam, że ser­ce mi mięknie. Głęboki, ak­sa­mit­ny głos. Tyl­ko zo­bacz. Oczy, na których dnie widać duszę. No, zo­bacz sama. Umięśnio­ne ra­mio­na, na których wi­dok dziew­czy­nom miękną ko­la­na, i skłonność do ry­zy­ka. I znów można za­pi­sać mu coś na plus. Czy dałoby się zna­leźć fa­ce­ta jesz­cze do­sko­nal­sze­go niż on?

– Idzie­cie obo­je? – Kier­nan kopnęła dwa razy w pod­stawę dźwigu, usłysze­liśmy jakiś grze­chot, echo wi­bra­cji, które poszły po me­ta­lo­wych szy­nach. – Ale pamiętaj, żad­nej ście­my!

– Ja nie muszę oszu­ki­wać – zawołał do niej Kale. Uśmiechnął się do mnie półgębkiem i prze­cisnął się między me­ta­lo­wy­mi prętami do wewnątrz dźwigu. Wy­sta­wił głowę na zewnątrz i pocałował mnie. Nie był to jed­nak prze­lot­ny bu­ziak w po­li­czek. Nie, pocałunki Kale’a mogłyby przy­pra­wić o ru­mie­niec gwiazdę filmów por­no.

I dla­te­go to było nie­sa­mo­wi­te, że Kale to mój chłopak.

Mój su­per mega. Dziw­nie nie­win­ny, ale który po­tra­fiłby cię zabić kostką mydła. Mój chłopak.

– To się jesz­cze zo­ba­czy, syn­ku. Mały nin­ja. – Kier­nan zaśmiała się głośno. Na­zy­wała go małym ninją od dnia, kie­dy go po­znała i jakoś to do nie­go przy­lgnęło. W zeszłym ty­go­dniu kupiła mu na­wet ko­szulkę z na­pi­sem „Je­stem nin­ja”. Kale uda­wał, że to go iry­tu­je, ale je­stem pew­na, że choć miała krótkie rękawy, w głębi du­szy uwiel­biał tę ko­szulkę.

Kier­nan przy­go­to­wała się, położyła dłonie na me­ta­lo­wych prętach dźwigu, odwróciła się i skinęła głową na Kir­ka – nie­wy­so­kie­go chłopa­ka, który miał zdol­ności po­zwa­lające ma­ni­pu­lo­wać drew­nem – i kiwnęła głową.

– Jaz­da! – ktoś wrzasnął.

Kale puścił do mnie oko.

– Do zo­ba­cze­nia na górze.

I w tej sa­mej se­kun­dzie już go nie było. Pamiętam mo­ment otępie­nia, kie­dy pa­trzyłam, jak pnie się po dźwigu szcze­bel za szcze­blem, jak jakaś pół–małpa, pół–człowiek na ste­ry­dach. Żaden nor­mal­ny człowiek nie po­tra­fiłby się tak po­ru­szać.

No tak, co­fam to. Kale nie był nor­mal­nym fa­ce­tem. Kie­dy ktoś po­tra­fi jed­nym pal­cem po­ko­nać zapaśnika WWE, to na pew­no nie mamy do czy­nie­nia z kimś nor­mal­nym.

– Szlag to tra­fi – splunęłam prze­kleństwem, kie­dy zniknął mi z pola wi­dze­nia. Mam się wspi­nać. Po­win­nam się wspi­nać.

Za­cisnęłam pal­ce na chłod­nym me­ta­lu i zaczęłam wcho­dzić.

Początko­wo szło mi dość do­brze. Dwa razy kątem oka zo­ba­czyłam Kale’a, a Kier­nan była spo­ro z tyłu. Im jed­nak wyżej się wspi­nałam, tym bar­dziej czułam zmęcze­nie ra­mion. Wiatr też nie po­ma­gał. Doszłam do wy­so­kości, na której mu­siałam się za­trzy­mać i założyć kap­tur, bo łopo­tał na wie­trze i roz­pra­szał moją uwagę.

Kie­dy byłam już w połowie wy­so­kości dźwigu, zaczęło mi iść go­rzej. Kil­ka razy nie tra­fiłam stopą w podpórkę i pra­wie się ześli­zgnęłam. Zaczęły mi drętwieć pal­ce. Kier­nan wciąż nie­ustępli­wie dep­tała mi po piętach, była bar­dzo bli­sko. Kale’a nig­dzie nie było widać.

Za­ha­czyłam ra­mie­niem o naj­bliższy szcze­bel, żeby złapać równo­wagę i za­trzy­małam się, żeby uspo­koić od­dech. Ktoś na dole wrzasnął i usłyszałam sym­fo­nię śmie­chu. Słyszałam swo­je imię, ale ka­ko­fo­nia odgłosów wyłado­wań elek­trycz­nych na nie­bie zagłuszyła całą resztę.

I wte­dy (bo pew­nie mu­siałam coś zro­bić, żeby wku­rzyć Matkę Na­turę) zaczęło lać.

– No nie, tyl­ko nie to. – W tej chwi­li każdy nor­mal­ny człowiek by so­bie odpuścił. Ale nie ja. To były mo­men­ty, dla których żyłam. Otarłam dłonią czoło, od­sunęłam nasiąknięte wodą war­ko­czy­ki i ru­szyłam w górę.

– Pod­da­jesz się? – Kier­nan próbowała prze­krzy­czeć odgłosy bu­rzy. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Sądząc po lek­kim drżeniu w jej głosie, to ona była go­to­wa się pod­dać.

– W życiu! – od­krzyknęłam.

Coś jesz­cze po­wie­działa, ale nie usłyszałam, cho­ciaż pew­nie nie była za­do­wo­lo­na. Jej słowa utonęły w wy­ciu wia­tru.

Kie­dy w końcu do­tarłam na szczyt, zna­lazłam Kale’a. Nogi miał prze­ple­cio­ne przez me­ta­lo­we szcze­ble, żeby utrzy­mać równo­wagę. Uśmiechnął się do mnie mo­krym od desz­czu uśmie­chem, od którego miękły ko­la­na.

– Wol­no ci szło – po­wie­dział, wyciągając rękę.

Na­sze pal­ce się splotły i całe moje ciało na­tych­miast ogarnęło od­czu­cie ciepła. To dziw­ne, że tak się może stać po jed­nym do­tknięciu. Po­zwo­liłam mu pod­pro­wa­dzić się kil­ka ostat­nich cen­ty­metrów i siadłam obok nie­go, również prze­pla­tając nogi między bli­sko osa­dzo­ny­mi szcze­bla­mi na sa­mym szczy­cie dźwigu. – Kier­nan chy­ba się pod­dała.

Wes­tchnął i strzepnął z oczu ko­smyk mo­krych włosów. Deszcz nie­co ustał, te­raz tyl­ko słabo mżyło. Bu­rza jed­nak się jesz­cze nie skończyła, gdzieś w od­da­li ho­ry­zont rozświe­tlały błyska­wi­ce, od cza­su do cza­su po nie­bie prze­ta­czał się głuchy odgłos. – Wa­run­ki po­go­do­we nie były opty­mal­ne do wspi­nacz­ki.

Każdy inny człowiek po­wie­działby: „Si”, albo „No właśnie”, słysząc ta­kie stwier­dze­nie, ale nie Kale. Ten fa­cet był zdol­ny udzie­lić mi in­for­ma­cji, że jabłko sma­ku­je, jak jabłko, a ja byłabym za­chwy­co­na tyl­ko z tego po­wo­du, że mogę usłyszeć jego głos.

– Po­wiedz uczci­wie. Je­steś częścio­wo małpą, tak?

Za­mru­gał ocza­mi.

– Oczy­wiście, że nie. – Kil­ka chwil później wygiął usta w podkówkę. – Cho­dziło ci o to, że po­tra­fię się wspi­nać, tak?

– Tak. To było na­prawdę nie­sa­mo­wi­te.

Uśmiechnął się, ale to był tyl­ko cień jego nor­mal­ne­go uśmie­chu.

– Po­tra­fię się wspiąć na ścianę bu­dyn­ku, jeżeli to ko­niecz­ne. Tak zo­stałem wy­szko­lo­ny.

Tak był wy­szko­lo­ny. Oczy­wiście. To by wyjaśniało jego nie­zbyt en­tu­zja­styczną re­akcję.

– Jest na to jakaś na­zwa?

– To się chy­ba na­zy­wa par­ko­ur.

– Par­ko­ur! Tak, to jest to. Wi­działam fil­mi­ki na Youtu­be. – Uśmiechnęłam się i przy­bliżyłam do nie­go, de­li­kat­nie kąsając go w dolną wargę. – To su­per­spra­wa.

Więcej mu nie było trze­ba. Trzy­mając jedną ręką sta­lową kon­strukcję dźwigu, drugą chwy­cił mnie w pa­sie i przy­ciągnął tak bli­sko, że jego usta zna­lazły się na mo­ich. Było coś nie­zwy­kle gorącego – palącego, jak słońce pu­sty­ni – w tym pocałunku, od którego drętwiały mi pal­ce u stóp, kie­dy ba­lan­so­wa­liśmy wy­so­ko w po­wie­trzu w sa­mym środ­ku bu­rzy.

Ciepłe pal­ce wśliznęły się pod skraj mo­jej blu­zecz­ki i prze­su­wały się wzdłuż li­nii kręgosłupa.

Nie­wia­ry­god­nie, nie­wia­ry­god­nie nie­sa­mo­wi­te.

Lek­kie jak piórko do­tknięcia palców Kale’a wzbu­dzały falę ad­re­na­li­ny. Wyplątałam jed­no ramię i pal­cem wska­zującym prze­su­wałam po gru­bej bliźnie, ukry­tej pod jego pod­ko­szul­kiem. Za­czy­nała się na oboj­czy­ku, a kończyła na bar­ku. Dzie­sięć cen­ty­metrów niżej była jesz­cze jed­na. To wy­nik któregoś ze szko­leń, które źle się skończyło – jak kie­dyś mi po­wie­dział. Znałam każdą z tych blizn na pamięć – była to mapa dni i wy­da­rzeń, pro­wadzących do jego wol­ności. Opo­wie­dział mi o większości z nich, ale z kil­ko­ma wciąż się krył. Niektórymi hi­sto­ria­mi nie chciał się dzie­lić. Nig­dy go nie na­ci­skałam, cho­ciaż bar­dzo chciałam. Opo­wie mi, jak będzie go­to­wy.

Kie­dy jego pal­ce wiodły po gorących ścieżkach wzdłuż mo­je­go kręgosłupa, cały świat prze­stał ist­nieć. Nie było już bu­rzy. De­na­zen nie ist­niał, a kil­ko­ro na­szych przy­ja­ciół gdzieś w dole wca­le na nas nie cze­kało. Nie było żad­nej pre­sji ma­tu­ry, nie robił mi się węzeł w żołądku za każdym ra­zem, kie­dy myślałam o szkol­nym za­da­niu na te­mat „su­pre­ma­cji” i o tym, co się może zda­rzyć, kie­dy skończę osiem­naście lat. Tam byłam tyl­ko ja, Kale i sam szczyt świa­ta.

Elek­try­zujące do­tknięcia.

Pocałunek roz­bu­do­wy­wał się po­wo­li, był wszech­ogar­niający i szorst­ki. Czułam się tak, jak­bym le­ciała w po­wie­trzu. Coś ciepłego prze­su­wało się po­wo­li od żołądka do kręgosłupa, później przez ręce i nogi, jak gdy­bym od­czu­wała ist­nie­nie głównej li­nii prze­wodzącej ad­re­na­linę. Ode­brało mi od­dech, a jed­no­cześnie w jakiś dziw­ny sposób ten pocałunek bu­dził mnie do no­we­go życia.

– Lubię do­tknięcie two­jej mo­krej skóry – szepnął Kale wprost w moje usta, kie­dy deszcz zno­wu się wzmógł. Od­sunął się nie­co i pieścił za­rys mo­jej szczęki, po chwi­li jego pal­ce zawędro­wały ku li­nii szyi i wycięciu blu­zecz­ki. – Ale mo­kre ubra­nia są de­ner­wujące. Nie mogę się przez nie prze­bić do cie­bie.

Skinęłam głową i pociągnęłam za rękaw jego ocie­kającego desz­czem pod­ko­szul­ka. Po­chy­liłam się do przo­du, chwy­ciłam zębami płatek jego ucha, a później szepnęłam – Chy­ba naj­le­piej będzie to załatwić od razu. Pozbądźmy się tych ciuchów.

Od­sunął się w mgnie­niu oka, ściągnął pod­ko­szu­lek przez głowę, po czym prze­ciągnął go przez pętelkę pa­ska od spodni.

– W porządku.

Nie­dokład­nie to miałam na myśli, ale nie będę się uskarżać. Ciało Kale’a było jak wy­rzeźbio­ne. Otwo­rzyłam usta, żeby mu po­wie­dzieć, że po­win­niśmy wrócić do ho­te­lu, ale znów mnie pocałował i wszyst­kie rozsądne myśli gdzieś wy­pa­ro­wały.

Każdy cen­ty­metr mo­je­go ciała był ożywio­ny, wi­bro­wał, a później na­gle roz­darł mnie ból.

Jak gdy­by ktoś owinął mi klatkę pier­siową gu­mową taśmą – nie mogłam od­dy­chać. Wal­czyłam o po­wie­trze, ale za­miast tego zaczęłam się dławić i dusić, wstrząsało całym moim ciałem, ka­szel roz­ry­wał mi gardło. Opusz­ki palców płonęły, jak gdy­by ktoś mi je przy­cisnął do roz­grza­ne­go żela­za, czułam, że skóra mi pęknie. To było strasz­ne.

Cho­le­ra. Na pew­no walnął w nas pio­run.

To byłoby lo­gicz­ne, gdy­by nie to, że Da­vid był na zie­mi i ściągał na sie­bie wszyst­kie wyłado­wa­nia elek­trycz­ne. Ale może już so­bie po­szedł? Od­sunęłam się, wzdy­chając ciężko. Ser­ce nie­mal mi za­marło, kie­dy wyplątywałam nogi z me­ta­lo­wych szcze­bli.

Oczy Kale’a, nie­bie­skie i zdez­o­rien­to­wa­ne, uchwy­ciły moje spoj­rze­nie.

– Dez, co się stało?

– Nie wiem. – Był do­pie­ro początek września, ale czuło się już po­wiew chłodu, czoło zalał mi pot. Ser­ce waliło jak młotem, mięśnie na­pi­nały się bez­wied­nie. Czułam się pu­sta, czułam, jak­by mnie ktoś ob­darł ze skóry. Po kil­ku se­kun­dach od­dech wrócił do nor­my, a po­wie­trze trochę się ochłodziło. Oparłam się o zim­ny me­tal i za­mknęłam oczy, a Kale przy­ciągnął mnie do sie­bie. Objął mnie ra­mio­na­mi, a ja wzięłam głęboki od­dech. – Na­gle po­czułam, jak­by…

Całkiem nowe od­czu­cie – fala in­ten­syw­nych za­wrotów głowy – po­ja­wiło się znikąd, a wraz z nim wrażenie pędzącego po­wie­trza. Od­sunęłam się od śli­skie­go me­ta­lu, nogi same rozplątały się i puściły szcze­ble, jak gdy­by były zro­bio­ne z ga­la­re­ty. Trzy­małam się przez se­kundę ko­la­na­mi sta­lo­we­go pręta, a po­tem cały świat odwrócił się do góry no­ga­mi. W cha­osie dżdżu i ośle­piających wstążek światła, które prze­ci­nały nie­bo, Kale na­gle zniknął.

A później zniknął dźwig.

Przez chwilę nie było nic. Świat za­wi­ro­wał i zo­ba­czyłam wokół sie­bie czerń. Nie byłam w sta­nie się ni­cze­go chwy­cić, cho­ciaż próbowałam zna­leźć dłońmi coś so­lid­ne­go. Prze­sunęłam pal­ca­mi po boku me­ta­lo­wej kra­tow­ni­cy dźwigu, ale padał deszcz i czułam, że się ześli­zgują.

Nagłe za­trzy­ma­nie ru­chu roz­ciągnęło całe moje ciało. Po­wstrzy­ma­nie pędu spra­wiło, że rąbnęłam całą długością ciała w bok dźwigu. Ude­rzyłam głową o me­tal i roz­legł się ogłuszający trzask, wszyst­ko wokół mnie się roz­myło, roz­ciągnęło, do­pie­ro po chwi­li zaczęłam wi­dzieć wyraźnie.

– Trzy­mam cię – sapał Kale gdzieś nad moją głową. Za­trzy­mał mnie w upad­ku, jego moc­ne dłonie były zaciśnięte wokół mo­ich nad­garstków jak imadła, zaczął pod­ciągać mnie do góry, ale się ześliznął. Dźwięk wy­da­wa­ny przez ocie­rającą się o me­tal gu­mową po­de­szwę prze­po­wia­dał nieszczęście. Kale zaklął pod no­sem, kie­dy zsunęliśmy się jesz­cze kil­ka cen­ty­metrów. W tam­tej chwi­li byłam pew­na, że spa­da­my.

Kie­dy moje ciało prze­stało się kołysać, odwróciłam się na bok i obej­rzałam przez ramię. Była jesz­cze bar­dzo długa dro­ga w dół, co mnie nie mar­twiło. Mar­twił mnie tyl­ko be­ton, na którym bym się za­trzy­mała. Mo­dliłam się w du­chu, żeby Kier­nan udało się zejść. Słyszałam głosy stojących pod dźwi­giem – cza­sa­mi ktoś coś krzyknął, od cza­su do cza­su się roześmiał. Nie mie­li pojęcia, co się dzie­je.

– Trzy­maj się. Muszę in­a­czej stanąć – zawołał Kale. W jego głosie była ab­so­lut­na pew­ność, kie­dy zaplótł się nogą o dwa naj­bliższe szcze­ble, później zgiął ko­la­no i za­kli­no­wał stopę pod szcze­blem poniżej.

Ja nie byłam tak pew­na sie­bie. Znów wra­cało uczu­cie lęku. Co­raz trud­niej było mi od­dy­chać, łapałam po­wie­trze krótki­mi, płytki­mi hau­sta­mi. Wszyst­kie mięśnie paliły żywym ogniem, w gar­dle czułam pa­pier ścier­ny. Nie wiem, czy nie wrzesz­czałam.

Coś strasz­ne­go wdarło się w moją podświa­do­mość. Coś nie do pomyśle­nia. Zmro­ziło mi krew w żyłach.

– Kale – po­wie­działam, próbując się uspo­koić. Usłyszałam odgłos – ja­kieś dziw­ne brzęcze­nie, które robiło się co­raz sil­niej­sze. Wszyst­ko wokół zaczęło się kręcić w kółko, w tym dziw­nym brzęcze­niu roz­ta­piały się odgłosy oto­cze­nia. – Chy­ba…

Nad krawędzią me­ta­lo­we­go kształtow­ni­ka po­ja­wiła się jego twarz. Kro­ple desz­czu ska­pujące mu z włosów ude­rzały mnie po głowie, słyszałam po­je­dyn­cze pluśnięcia.

– Trzy­mam cię, nie martw się. Przy­go­tuj się. Za chwilę cię pod­ciągnę.

Po­pra­wił uchwyt dłoni na mo­ich nad­garst­kach i wte­dy prze­szył mnie ogień, który chwilę później wy­buchł. Ból prze­su­wał się, jak kro­pla wody, po pal­cach dłoni, pełzał do ra­mion. Stamtąd roz­le­wał się na klatkę pier­siową i wdzie­rał do nóg. Czułam się tak, jak gdy­by ktoś mnie roz­ry­wał na strzępy, za­pa­lił w mo­ich wnętrznościach ogni­sko i za­szył wszyst­ko za­rdze­wiałą igłą. Kopałam, próbując za­ha­czyć się tramp­kiem o naj­bliższy szcze­bel tak, żebym mogła uchwy­cić me­ta­lową kra­tow­nicę dźwigu, ale but się ześli­zgi­wał.

– Dez, prze­stań się mio­tać! – w jego głosie był ślad pa­ni­ki. Samo to wy­star­czyło, żebym zaczęła wa­rio­wać. Kale nie pa­ni­ko­wał. On był ka­mienną twarzą pod­czas kry­zy­su. To ko­lej­na rzecz, którą wyniósł ze szko­leń.

Nor­mal­nie nie byłoby żad­ne­go pro­ble­mu z utrzy­ma­niem się – miałam mięśnie nie od pa­ra­dy – ale po tym desz­czu, i tym, że wiłam się jak pi­skorz, jego pra­wa dłoń ześli­zgnęła się z mo­je­go nad­garst­ka na kciuk i później zupełnie mnie puścił. Na­tych­miast po­czułam, że ciało nie­co sty­gnie. Nie na tyle, żeby zdu­sić ból, ale na tyle, by to za­uważyć.

Na tyle, żeby po­twier­dzić to, co było nie do pomyśle­nia.

– Kale, puść mnie!

Nie­bo roz­darła następna błyska­wi­ca. Było bli­sko. Po­czułam, że włos mi się jeży na szyi, jak gdy­bym włożyła pa­lec do gniazd­ka.

Ko­lej­na fala bólu. Bu­cze­nie zro­biło się głośniej­sze. Wiatr ucichł, kro­ple już nie ude­rzały me­ta­licz­ne o kra­tow­nicę dźwigu. Nasi kum­ple na dole byli ci­cho, miałam też wrażenie, że gdzieś w od­da­li za­marł ruch ulicz­ny. Na­wet Kale, którego usta po­ru­szały się ner­wo­wo, mil­czał.

W od­ru­chu pa­ni­ki znów spróbowałam za­cze­pić się sto­pa­mi o me­tal, ale to na nic. Gu­mo­we po­de­szwy ześli­zgi­wały się z mo­krych szcze­bli.

– Proszę – błagałam, za­sta­na­wiając się, czy w ogóle słyszy mój głos przez to dziw­ne bu­cze­nie. – Puść mnie.

Kie­dy nie pusz­czał, roz­luźniłam pal­ce. Znów parę cen­ty­metrów.

Prze­rażony po­pra­wił uchwyt, za­machnął się wolną dłonią, ale deszcz utrud­niał mu za­da­nie. Nie po­ma­gałam, a jego pal­ce prześliznęły się tyl­ko po moim nad­garst­ku. Udało mu się chwy­cić mnie za drugą rękę obie­ma dłońmi, ale już się wyśli­zgi­wałam. Znów po­ru­szył war­ga­mi i wy­da­wało mi się, że widzę na nich moje imię.

Zmu­siłam się do wzięcia głębo­kie­go od­de­chu. Ból był nie do znie­sie­nia. Jak gdy­bym próbowała od­dy­chać przez potłuczo­ne szkło. Już dłużej nie mogłam tego znieść.

– Kale, za­bi­jasz mnie. Pusz­czaj!

I puścił.

2

W głębi du­szy od­czułam ulgę, ale nie mogłam uwie­rzyć, że na­prawdę mnie wypuścił z rąk. To mu nie uj­dzie płazem. Cho­le­ra. Jaka jest pierw­sza reguła, kie­dy człowiek spa­da z dużej wy­so­kości? Odprężyć się! Roz­luźnić mięśnie, roz­luźnić całe ciało. Bywało i tak, że lu­dzie przeżywa­li upad­ki z dużych wy­so­kości. Z bu­dynków. Wy­ska­ki­wa­li z sa­mo­lotów. To nic nad­zwy­czaj­ne­go. Za­mknęłam oczy, na­sta­wiłam się na zde­rze­nie z zie­mią i…

Po­wie­trze się nie­co uspo­koiło. Jak­by znie­ru­cho­miało. Moje włosy, które jesz­cze dosłownie kil­ka se­kund temu były jak roz­wa­lo­na miotła brzo­zo­wa, znów opadły i oto­czyły moją twarz. Wstrzy­małam od­dech i okręciłam się, żeby zo­ba­czyć zie­mię – była za­le­d­wie metr ode mnie, ale nie pędziłam ku niej z prędkością światła. Przeszło kil­ka se­kund nie­ważkości i znów spa­dałam, ale bez miażdżącego kości efek­tu nagłego za­trzy­ma­nia, którego człowiek mógłby się spo­dzie­wać po upad­ku z po­nad dzie­sięciu metrów. Wylądowałam miękko w czy­ichś sil­nych, ciepłych ra­mio­nach.

– Muszę po­wie­dzieć, Dez, że ad­re­na­li­na sko­czyła nam wyjątko­wo wy­so­ko… – Alex po­sta­wił mnie na zie­mi, a po­zo­sta­li oto­czy­li mnie zwar­tym kręgiem.

Słowa uwięzły mi w gar­dle. Miałam su­cho w ustach, końcówki nerwów tak po­bu­dzo­ne, że chwiałam się i trzęsłam, jak mój ulu­bio­ny bo­ha­ter sce­nicz­ny Spi­der One.

Usłyszałam ude­rze­nie pio­ru­na, a kil­ka se­kund później zo­ba­czyłam rozbłysk na nie­bie. Po­czułam gęsią skórkę na ra­mio­nach i szyi. Światło błyska­wi­cy wycięło na ciem­nym nie­bie syl­wetkę Kale’a, który scho­dził zręcznie z dźwigu, ze­sko­czył na zie­mię i ru­szył bie­giem, żeby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się przy mnie – na szczęście miał już na so­bie ko­szulę.

Ktoś szturchnął mnie w ramię. To był Alex.

– Dez? Wszyst­ko w porządku?

– Ty… Co ty ro­bisz…?

Spoj­rzał na mnie dziw­nie.

– Dla­cze­go ze­sko­czyłaś z dźwigu, Dez?

– Nie ze­sko­czyłam…

Prze­rwał mi w pół słowa okrzyk Kale’a. – Dez! – Biegł w kie­run­ku zgro­ma­dzo­nej grup­ki lu­dzi. Rozstępo­wa­li się, żeby mógł się do mnie prze­drzeć. Stanął metr ode mnie i żadne z nas się nie po­ru­szyło.

– Co się tam stało? – spy­tała Kier­nan, prze­py­chając się do przo­du. Stanęła, oparłszy dłonie na bio­drach i prze­su­wała niechętne spoj­rze­nie od Kale’a do mnie.

Ode­zwał się Alex. Kątem oka zo­ba­czyłam, że po­ka­zu­je pal­cem w kie­run­ku nie­ba.

– Nie wia­do­mo, dla­cze­go Dez po­sta­no­wiła ze­sko­czyć ze szczy­tu dźwigu.

Wszy­scy na­raz zaczęli gadać, ale ich nie słyszałam. Ja­kieś bzdu­ry. Splątane głosy w tle. Słyszałam gwiz­dy pełne po­dzi­wu i gwiz­dy ozna­czające, że je­stem wa­riatką, wszyst­kie zmie­szały się w nie­roz­po­zna­wal­ny szum ra­dio­wy. Wszechświat w końcu wkro­czył, tupnął nogą i wziął zapłatę. Wie­działam, że tak będzie. Daun, Szóstka, która oca­liła Kale’a po bi­twie pod Sum­run, ostrze­gała nas nie­raz. Mu­si­cie być czuj­ni – mówiła. – Zja­wi się, kie­dy będzie­cie się tego naj­mniej spo­dzie­wać. Miała rację.

Kale zro­bił krok naprzód.

Ja też.

Za­trzy­ma­liśmy się o parę cen­ty­metrów od sie­bie, żadne z nas nie sięgało ku dru­gie­mu ręką. Wi­działam wszyst­ko w jego oczach. Lęk. Po­czu­cie winy.

Zro­zu­mie­nie.

– Dez… – Zro­bił ruch, jak gdy­by chciał unieść rękę, ale za­trzy­mał się w pół ge­stu i za­cisnął moc­no pięść.

W głowie dźwięczały mi słowa Daun. Nie­chcia­ne, ale nie­ustępli­we. Efekt ubocz­ny. Wy­mia­na. Nie wia­do­mo, co to będzie.

Słyszałam też swoją od­po­wiedź. Wszyst­ko bym za nie­go oddała.

Cofnęłam się o krok i o mało się nie wywróciłam po­mi­mo tego, że na­gle po­czułam się boleśnie otrzeźwio­na.

– Proszę cię, nie. Wie­dzie­liśmy, że tak będzie. Nie okłamuj­my się. Do­stałam coś i wie­działam, że coś in­ne­go w za­mian będę mu­siała stra­cić.

Kale za­cisnął szczęki, po czym cofnął się o krok.

– Nic stra­co­ne­go. To mi­nie. Możemy wszyst­ko na­pra­wić. Opa­nuję to, na­uczę się kon­tro­lo­wać – tak mówiła Gin­ger. – Głos mu lek­ko zadrżał i nie byłam pew­na, czy sta­ra się prze­ko­nać mnie, czy sie­bie sa­me­go.

Nie mogłam się po­wstrzy­mać i roześmiałam się. To był gorz­ki śmiech, tak nie­po­dob­ny do mnie. Coś w ro­dza­ju ma­niac­kie­go chi­cho­tu, który potężnie­je wraz z sza­leństwem. To taki chi­chot, który człowie­ka opa­no­wu­je, za­nim stra­ci ner­wy w ko­lej­ce na po­czcie. Wszy­scy ze­bra­ni oto­czy­li nas półkręgiem i pa­trzy­li. Przyglądali się. Nikt nie ro­zu­miał, co się dzie­je. Nie wie­dzie­li, co zro­biłam. Po­wiodłam wzro­kiem po ich twa­rzach. Zo­ba­czyłam całą gamę emo­cji. Od szcze­re­go za­nie­po­ko­je­nia do iry­ta­cji, a wszyst­ko skie­ro­wa­ne w moją stronę. Zbyt duży ciężar na mo­ich ra­mio­nach.

Bez słowa odwróciłam się na pięcie i po­biegłam.

Przez kil­ka chwil słyszałam za sobą czy­jeś buty roz­chla­pujące błoto. Ktoś próbował do­trzy­mać mi kro­ku. Były jed­nak zbyt ciężkie na Kale’a – poza tym gdy­by to był on, nie słyszałabym żad­ne­go dźwięku, więc domyśliłam się, że to Kier­nan. Na szczęście dała so­bie spokój, kie­dy do­biegłam do skra­ju pla­cu bu­do­wy.

Przeszłam przez ulicę i za­wa­hałam się na rogu. Dokąd, do cho­le­ry, miałabym pójść?

Może do ho­te­lu. To jed­nak z pew­nością pierw­sze miej­sce, które spraw­dziłby Kale. Te­raz nie mogłam się z nim wi­dy­wać. Po­czu­cie winy, które wi­działam w jego oczach, było jak sta­lo­we ostrze noża, którym ktoś dźgnął mnie pro­sto w gardło.

Mogłam się trochę powłóczyć, ale to nie był do­bry po­mysł. Byłam na sa­mej górze li­sty Taty do zwi­nięcia i za­ko­pa­nia. Nig­dy mu nie ułatwiałam życia. I nie ma po­wo­du, żeby aku­rat te­raz za­czy­nać.

To była ostat­nia ka­len­da­rzo­wa noc lata. Rano miała się zacząć szkoła, co zna­czyło, że cze­kają nas też im­pre­zy. Będą co naj­mniej trzy duże ba­lan­gi – jed­na u Cur­da, bo jego sta­rzy zno­wu po­je­cha­li do Paryża, jed­na w le­sie pod górą Put­nam i jed­na na łąkach za daw­nym do­mem Brand­ta. W nor­mal­nych wa­run­kach chętnie wy­brałabym się na każdą z nich, ale kręce­nie się w to­wa­rzy­stwie w ta­kim aku­rat mo­men­cie wy­da­wało mi się chy­bio­nym po­mysłem. Chciałam być sama.

Dokąd więc skie­ro­wałam kro­ki? Tam, gdzie za­wsze byłam sama.

Do domu.

Klucz był wciąż przy­kle­jo­ny taśmą pod luźnym, prze­suw­nym pa­ne­lem narożnika bu­dyn­ku. Założyłabym się, że do­trwał tam aż do te­raz je­dy­nie dla­te­go, że Tata nie miał pojęcia, że jest tam scho­wa­ny. Za­bun­kro­wałam klucz w zeszłym roku, kie­dy miałam fazę tra­ce­nia wszyst­kie­go. Gdzieś w Par­kview były trzy klu­cze, które wciąż cze­kały, żeby ktoś je zna­lazł. A właści­wie dwa. Je­den zakończył żywot na dnie je­zio­ra Mil­ford po tym, jak nie udał się nu­mer z pod­mianą opon.

Drzwi otwo­rzyły się bez tru­du – choć raz się nie zacięły – i weszłam do środ­ka. Pytałam samą sie­bie w du­chu, dla­cze­go tak długo zle­kałam, żeby tu wrócić, a z dru­giej stro­ny coś we mnie kazało mi odwrócić się na pięcie, wy­co­fać i nig­dy już tu nie zaglądać. Tyle się wy­da­rzyło, ale praw­da była taka, że nie­za­leżnie od tego, jak bar­dzo by się po­psuło między mną a Tatą, to był dom. I trochę za nim tęskniłam.

Wspo­mnie­nia to wspo­mnie­nia, nie­za­leżnie od tego, czy są do­bre, czy złe.

Za­mknęłam drzwi i zmarsz­czyłam brwi. Dom był zupełnie wy­czysz­czo­ny z me­bli. Nie było ol­brzy­miej skórza­nej ka­na­py, na której Tata nie po­zwa­lał mi kłaść nóg, ani miękkie­go jak ko­cia wełna beżowe­go fo­te­la, na który roz­lałam poncz w trak­cie pierw­szej im­pre­zy, jaką tu urządziłam – na­wet dy­wan w holu ktoś zro­lo­wał. Zo­stały tyl­ko brud­ne drew­nia­ne li­stwy wzdłuż skra­ju podłogi i trochę ku­rzu.

W po­wie­trzu czuć było stęchlizną. To nie była wil­goć, ale za­pach długo nie wie­trzo­ne­go po­miesz­cze­nia. Tak, jak gdy­by nikt tu mie­siącami nie otwie­rał drzwi, co pew­nie nie było da­le­kie od praw­dy. Kie­dy znikłam ze sce­ny, Tata nie miał po­wo­du, żeby da­lej uda­wać. Jego do­ma­tor­skie zapędy od sa­me­go początku były wątpli­we. On i mama nig­dy nie wzięli ślubu. A ja byłam tyl­ko eks­pe­ry­men­tem. Byłam przed­sta­wi­cie­lem po­ko­le­nia pro­jek­tu Su­pre­ma­cji De­na­zen. Częścią ope­ra­cji, która miała na celu wy­pro­du­ko­wa­nie sil­niej­szych, bar­dziej uta­len­to­wa­nych przy­du­pasów, ma­rio­ne­tek, którymi De­na­zen mógł ma­ni­pu­lo­wać.

Po raz pierw­szy zmie­niłam jedną rzecz w drugą, kie­dy miałam sie­dem lat. Już wte­dy wie­działam, że je­stem inna. Nie taka, jak wszy­scy. Coś było ze mną nie tak. Przy­najm­niej jeżeli cho­dzi o nor­my społecz­ne. Trzy­małam więc buzię na kłódkę.

Oka­zało się, że to do­bry plan. Kil­ka mie­sięcy temu do­wie­działam się, iż Tata jest tre­se­rem zabójców wy­ko­rzy­stującym ta­kich, jak ja – Szóstki – tak nas na­zy­wa­li w związku ze zmia­na­mi w na­szym szóstym chro­mo­so­mie. Wy­ko­rzy­sty­wa­no nas, żebyśmy zaj­mo­wa­li się mokrą ro­botą. Oka­zało się, że kie­dy mama była w ciąży, Tata szpry­co­wał ją ja­ki­miś dziw­ny­mi sub­stan­cja­mi che­micz­ny­mi, żeby „wzmoc­nić” mój dar. I nie byłam je­dy­na. Gdzieś w świe­cie jest garst­ka chłopaków i dziew­czyn w moim wie­ku, którzy za chwilę skończą osiem­naście lat – i praw­do­po­dob­nie już świ­rują – mających nad­ludz­kie zdol­ności i moce.

A ta sub­stan­cja che­micz­na, którą się posłużyli? No, tak. Miała niewątpli­wie poważne skut­ki ubocz­ne.

Otrząsnęłam się i skręciłam za róg. Krok po kro­ku wspi­nałam się po stop­niach schodów do mo­je­go daw­ne­go po­ko­ju. Cho­ciaż wie­działam, jaki jest Tata i co mu się roiło w głowie, miałam wciąż na­dzieję, że coś tam zo­stało. Ko­szu­la, książka. Do cho­le­ry, na­wet but. Co­kol­wiek, co kie­dyś było moje.

Po­win­nam się była domyślić.

Wszyst­kie moje wspo­mnie­nia, wszyst­kie pamiątki, które ob­da­rzałam ta­kim sen­ty­men­tem i zbie­rałam przez całe lata, znikły. Nie było na­wet jed­ne­go wie­sza­ka w sza­fie, ani mio­tełki do od­ku­rza­nia kryjącej się w kącie po­ko­ju. An­tycz­na to­a­let­ka, którą Brandt pomógł mi tu prze­ciągnąć z ja­kiejś garażowej wy­prze­daży kil­ka lat temu, wezgłowie łóżka, na którym ra­zem z Ale­xem wy­ry­liśmy swo­je imio­na, a na­wet na­klej­ki Po­wer­man 5000 na zde­rza­ki, które przy­mo­co­wałam do ścia­ny po to tyl­ko, żeby wku­rzyć Tatę – to wszyst­ko zniknęło.

Po­czułam się tak, jak gdy­by ktoś jed­nym ru­chem wy­ma­zał całe moje życie.

– Do cho­le­ry ja­snej! – kopnęłam w róg drzwi. Skrzydło po­le­ciało na ścianę i odbiło się z hu­kiem.

To wszyst­ko nie po­win­no mnie było ob­cho­dzić. Prze­cież to tyl­ko przed­mio­ty, ale po­czułam, że coś mnie ści­ska w gar­dle. To prze­cież moje rze­czy. Część mo­je­go życia. Wrzasnęłam wnie­bogłosy – Gno­jek!

Może zaczęłabym coś roz­bi­jać, na przykład okno, bo tyl­ko to było do roz­bi­jania, ale po­wstrzy­mał mnie jakiś dźwięk do­chodzący z dołu.

Nie było to ani głośne ude­rze­nie, ani huk wy­strzału, ale coś nie­wiel­kie­go. De­li­kat­ne skrzyp­nięcie. Jak gdy­by ktoś próbował się skra­dać i ciągnął za sobą coś dużego. Przez te wszyst­kie lata tyle się naskra­dałam po całym domu, że znałam na pamięć wszyst­kie jego jęki i skrzyp­nięcia. To aku­rat do­cho­dziło od drzwi ku­chen­nych.

Ktoś jesz­cze był w domu.

Przez se­kundę za­sta­na­wiałam się, czy nie śle­dziła mnie Kier­nan, ale szyb­ko od­rzu­ciłam tę myśl. Na pew­no by mnie zawołała po imie­niu. Nie pałętałaby się po domu w ciem­ności. Trzy ty­go­dnie temu, kie­dy za­sko­czyła mnie za­chodząc od tyłu, obe­rwała tak, że spuchła jej war­ga. Do­stała na­uczkę.

Przy­cisnęłam się ple­ca­mi do ścia­ny i wyj­rzałam ostrożnie za róg do holu, żeby posłuchać, co się tam dzie­je. Nic. Już zaczęłam się odprężać i po­dej­rze­wać, że to jakaś pa­ra­no­ja, kie­dy po podeście obok schodów prze­biegły ja­kieś dwie po­sta­cie, rzu­cając na ścianę roz­my­te cie­nie.

Wśliznęłam się z po­wro­tem do po­ko­ju, ser­ce waliło mi jak młotem. Ja­sne, że Tata kazał komuś ob­ser­wo­wać dom. Ależ byłam idiotką, że o tym nie pomyślałam.

Oczy­wiście.

Po­czułam, że strach za­ci­ska mi gardło, a przez pokój po­wiał wiatr lęku. Gdzie mam się scho­wać? Sza­fa nie wcho­dziła w grę. Na­wet, jeżeli Tata nie wy­mon­to­wałby zamków całe lata temu, kie­dy zna­lazł tam ukry­wającego się Ale­xa, fa­ce­ci mo­gli­by wyłamać drzwi, kie­dy by tyl­ko chcie­li.

Ru­sze­nie z ko­py­ta w kie­run­ku drzwi wejścio­wych nie wcho­dziło w grę. Nie miałabym szans bez­sze­lest­nie zejść po scho­dach. Wie­działam, że jest ich więcej niż dwóch. Na­wet ja nie byłam aż tak do­bra. Ro­zej­rzałam się po po­ko­ju i stwier­dziłam, że ist­nie­je tyl­ko jed­no rozsądne wyjście.

Okno. Pod­kradłam się do pa­ra­pe­tu i od­sunęłam za­suwkę. Po­wo­li otwie­rałam okno, a ono jęknęło jak­by w pro­teście. Wy­so­ki dźwięk i de­li­kat­ne skrzyp­nięcie. Wstrzy­małam od­dech i nie pusz­czałam ramy okien­nej nasłuchując, czy mnie nie od­kry­li. Nie usłyszałam ani wrza­sku, ani odgłosu stóp na scho­dach.

Prze­rzu­ciłam nogę nad pa­ra­pe­tem, po­ma­chałam nią w po­wie­trzu i za­trzy­małam się na chwilę. Bez tru­du mogłam ze­sko­czyć ci­cho na zie­mię i uciec, ale ni­cze­go bym się nie do­wie­działa. Chciałam wie­dzieć, kim są ci lu­dzie i być pew­na, że pra­cują dla Taty. Nie ule­gało kwe­stii, że dom przez dłuższy czas był pu­sty. Może to jacyś dzi­cy lo­ka­to­rzy. Albo szu­kają miej­sca na im­prezę. Mój kum­pel Curd posyłał lu­dzi, żeby spraw­dza­li opusz­czo­ne domy, kie­dy chciał zor­ga­ni­zo­wać większą ba­langę.

Prze­rzu­ciłam drugą nogę, chwy­ciłam dla równo­wa­gi pień dębu, sku­liłam się i za­mknęłam pra­wie do końca okno, za­nim we­szli do po­ko­ju. Gałąź była na tyle gru­ba, że mogłam prześliznąć się na bok i prze­mieścić na drugą stronę okna.

Jeżeli by wyj­rze­li na zewnątrz, też by mnie nie za­uważyli.

Taką miałam na­dzieję.

– Na pew­no wi­działeś… – zaczął jakiś fa­cet. Głos brzmiał młodo, ale trud­no było stwier­dzić, nie widząc go. Przy­cisnęłam ucho moc­niej do pa­ra­pe­tu.

– Jak wcho­dziła?

– Tak – dokończył za nie­go ten pierw­szy. Tak mi się przy­najm­niej wy­da­wało, że to był ten pierw­szy. Ich głosy brzmiały nie­mal iden­tycz­nie.

Okno było nie­do­mknięte. Słyszałam, że się zbliżają. Chwilę później je­den z nich stuknął kil­ka razy pal­cem w szybę.

– Cross wie­dział, że ona wróci.

– W końcu? Tak. Ale gdzie jest ta dziew­czy­na?

– Nie wygląda na to, żeby wyszła przez okno. Czy to możliwe…

– Że się koło nas prześli­zgnęła? Wątpię, ale sprawdźmy od fron­tu, żeby się upew­nić. Cross sko­pie nam tyłki, jeżeli się do­wie, że ona tu była, a my po­zwo­li­liśmy jej uciec.

W porządku, w ta­kim ra­zie teo­ria z Tatą się po­twier­dza. A cho­dze­nie tam i z po­wro­tem? Bar­dzo de­ner­wujące.

Po kil­ku chwi­lach błogosławio­nej ci­szy za­ry­zy­ko­wałam i przy­bliżyłam się do okna. Nieśmiało wyj­rzałam po­nad pa­ra­pe­tem. Pokój znów był pu­sty. Nie wie­działam, dokąd po­szli, więc po­sta­no­wiłam, że już czas się zmy­wać. Przysłał ich Tata. Jeśli bym się tu jesz­cze pokręciła, może bym się od nich dowie­działa, cze­go chcą, ale to mnie nie in­te­re­so­wało.

Po­chy­liłam się do przo­du, wstrzy­małam od­dech i po­wiodłam wzro­kiem po podwórku, żeby się upew­nić, że przed­po­le jest czy­ste. Na ra­zie wszyst­ko było w porządku. Trzy­mając się drze­wa, ześliznęłam się na trawę. So­lid­ny dąb już nie­raz po­ma­gał mi w utrzy­ma­niu od­po­wied­nie­go po­zio­mu życia to­wa­rzy­skie­go i od wie­lu lat asy­sto­wał w noc­nych wy­pra­wach. Jego po­skręcane gałęzie i głęboki, roślin­ny za­pach po­cie­szały mnie i wywoływały wspo­mnie­nia.

Kie­dy ze­sko­czyłam na mokrą trawę, usłyszałam de­li­kat­ny plusk i po­czułam mro­wie­nie w no­gach. Obej­rzałam się po raz ostat­ni na dąb i po­wiodłam pal­ca­mi po jego nierównej ko­rze. Pew­nie już tu nig­dy nie wrócę. Bo i po co. To miej­sce było jak wy­dmusz­ka. Pu­sta okładka książki, która kie­dyś chro­niła przed ku­rzem i bru­dem skom­pli­ko­wa­ny świat wymyślo­nych faktów i zda­rzeń.

Kie­dy się odwróciłam, żeby ru­szyć do wyjścia, przez podwórko prze­to­czył się sil­ny po­wiew wia­tru. Po­czułam gęsią skórkę na ra­mio­nach i próbowałam nie zatrząść się z zim­na. Jak gdy­by żegnając się ze mną, gałęzie dębu zadrżały, parę liści opadło na zie­mię. Pod­niosłam je­den z nich i zwinęłam w pal­cach, a na wszyst­kie stro­ny po­le­ciały kro­pel­ki desz­czu.

Usłyszałam trzask, jak­by chrup­nięcie, jak gdy­by ktoś bu­ta­mi roz­dep­ty­wał su­che liście, i za­marłam. Za­nim zdołałam się odwrócić, chwy­ciły mnie jak w imadło czy­jeś sil­ne ra­mio­na. Nie było cza­su na myśle­nie. Tyl­ko re­ak­cja spa­ni­ko­wa­ne­go mózgu. Ude­rzyłam stopą do tyłu, dokład­nie ce­lując i obróciłam się na pięcie.

Grad prze­kleństw i po­sta­wio­ne w szpic tle­nio­ne blond włosy. – Dez… Co jest, do cho­le­ry?

Na wi­dok Ale­xa zaczęłam świ­ro­wać. Złapał mnie, kie­dy zle­ciałam z dźwigu, a choć po­win­nam być mu za to wdzięczna, go­to­wałam się cała z gnie­wu. Te­raz, kie­dy po­sia­dałam już ja­sny ob­raz sy­tu­acji – przy­najm­niej tak mi się wy­da­wało – miałam ochotę zro­bić mu z twa­rzy bef­sztyk.

Nie wi­dzie­liśmy się od tam­tej nocy w Sum­run. Stał wte­dy nad Kale’em. Za­krwa­wio­ne ostrze wyśliznęło mu się z palców… Pamiętam odgłos ude­rze­nia me­ta­lu o zie­mię… Wy­raz jego twa­rzy… Wściekłość… Zdradę…

To wszyst­ko na­gle wróciło. Walnęło, jak grom z ja­sne­go nie­ba.

– Masz czel­ność zbliżać się do mnie, tak? – Ode­pchnęłam go z całej siły. Po­tknął się, ale nie próbował mnie za­trzy­mać. – Co ty tu w ogóle ro­bisz?

Już otwie­rał usta, żeby od­po­wie­dzieć, ale za­miast tego po­ka­zał coś nad moją głową w kie­run­ku domu. Z okna wpa­try­wa­li się w nas dwaj iden­tycz­ni fa­ce­ci. – Jest znacz­nie ważniej­sze py­ta­nie. Co oni tu­taj robią?

3

– Cho­le­ra ja­sna! – Ser­ce zabiło mi jak młotem, wrzu­ciłam czwórkę, puściłam się pędem przez traw­nik i obiegłam narożnik domu, śli­zgając się na mo­krej tra­wie. Stra­ciłam równo­wagę i upa­dając, oparłam się na dłoni, kie­dy moje tramp­ki sunęły po mo­krych źdźbłach. Po kil­ku ner­wo­wych próbach udało mi się wrócić do pio­nu i znów ru­szyłam do bie­gu. Wpraw­dzie się nie otrze­pałam, ale to mnie wca­le nie spo­wol­niło.

Usłyszałam odgłosy po­go­ni. Fa­ce­ci sie­dzie­li mi na kar­ku.

Byli bli­sko. O wie­le za bli­sko.

Odważyłam się spoj­rzeć przez ramię. Zajęło mi to se­kundę, na­wet nie tyle – ra­czej ułamek se­kundy. Zo­ba­czyłam sapiących i dyszących blon­dy­na i bru­ne­ta – Ale­xa – później znów spoj­rzałam przed sie­bie. Ten ułamek se­kundy kosz­to­wał mnie o wie­le za dużo.

Z im­pe­tem wpadłam na coś wiel­kie­go i ciem­ne­go. Je­den z fa­cetów z domu. – Głupiątko. Próbowało…

Alex wpadł na tego dru­gie­go. – Ucie­kać? Tak.

Co­fając się, zmu­siłam się do uśmie­chu, mając na­dzieję ukryć pod nim ten lęk, jak­bym się bała, że się zsi­kam. Za­zwy­czaj niełatwo mnie prze­stra­szyć, ale co robić, kie­dy człowiek ma spo­tka­nie pierw­sze­go stop­nia z piekłem, którym jest De­na­zen? Po­wiedz­my w skrócie, że nie miałam ocho­ty na ko­lejną misję.

Ubra­ni od stóp do głów na czar­no Cu­dow­ni Bliźnia­cy blo­ko­wa­li każdy cen­ty­metr ścieżki. To ci sami dwaj brzy­da­le z okna. Jak­by ze­szli z kse­ro­ko­piar­ki, po­dob­ni w naj­mniej­szych szczegółach, aż do roz­my­tych, czar­nych kre­sek pod ocza­mi i nierówne­go czar­ne­go la­kie­ru do pa­znok­ci. Obaj mie­li jed­nak oczy różnego ko­lo­ru – pierw­szy miał lewe nie­bie­skie, a pra­we brązowe, zaś dru­gi – od­wrot­nie.

Zro­biłam gest w ich kie­run­ku.

– Dużo la­sek uda­je się wam w ten sposób po­de­rwać? Bo całkiem poważnie, chy­ba so­bie za­raz po­wy­ry­wam kol­czy­ki z uszu.

Je­den z nich uśmiechnął się do mnie półgębkiem i do­tknął otwartą dłonią niby ron­da ka­pe­lu­sza, którego nie miał na głowie.

– Je­stem Au­brey, a to mój brat.

– Able. Tak, to ja – dokończył za nie­go ten dru­gi. Z bli­ska słyszałam, że jest nie­wiel­ka różnica w ich głosach. Able mówił dziw­nie, jak gdy­by z ob­cym ak­cen­tem. Nie do końca wy­ma­wiał dźwięk S. Jego S brzmiało pra­wie, jak Z.

Alex jesz­cze raz ob­rzu­cił ich niechętnym spoj­rze­niem. To jego wer­sja przygląda­nia się kon­ku­ren­cji.

– Ro­bi­cie zle­ce­nia dla Cros­sa?

Able skinął głową parę razy, jak pie­sek z tyl­nej półki sa­mo­cho­du. Ob­szedł Ale­xa wkoło, zmrużył oczy, ale ku mo­je­mu zdu­mie­niu nie próbował go skrępować.

– Ty nie je­steś Dzie­więćdzie­siąt Osiem.

– Bar­dzo mi przy­kro, ale tu nie używa­my nu­merów. Na­zy­wam się Alex Mo­jo­urn.

Au­brey zmarsz­czył brwi i założył ra­mio­na na pier­siach. Mnie również nie mie­li za­mia­ru chwy­tać ani wiązać. Ten ob­jaw bra­ku agre­sji trochę mnie de­ner­wo­wał. Coś było nie tak – a to…

Miałam wrażenie, że Able nie po­dzie­la dez­apro­ba­ty bra­ta. Uśmiechnął się, puścił do mnie oko, jak gdy­byśmy mie­li jakiś wspólny wiel­ki se­kret. Na nie­bie nad głowa­mi usłysze­liśmy huk pio­ru­na. – Roz­cza­ro­wa­ni? Tak. Cho­ciaż mogłoby być za­baw­nie.

– Zga­duję, że je­steście Szóstka­mi. I to wasz dar? Wku­rza­nie lu­dzi na śmierć głupim ga­da­niem?

Alex po­tarł uszy i zmarsz­czył nos.

– Chłopa­ki. Ona ma rację. Po co ta głupia gad­ka? Już mi się z wami nu­dzi.

Przez chwilę nikt się nie od­zy­wał. Cała na­sza czwórka po pro­stu stała tam i ga­pi­liśmy się na sie­bie na­wza­jem. Ci­sza przed burzą. Ostat­nie kil­ka pełnych napięcia chwil, za­nim pta­ki uderzą w ścianę bu­dyn­ku. Ser­ce waliło mi jak młotem, mięśnie kur­czyły się go­to­we do bie­gu. Fakt, że jesz­cze na nas nie na­sko­czy­li, spra­wiał, że drżałam cała, jak ćpun, a wie­działam, że długo to nie po­trwa. Coś miało się wy­da­rzyć. Wi­działam to w ich oczach.

Zy­ska­li prze­wagę, bo nie mie­liśmy pojęcia, co po­tra­fią. Mój dar był z ga­tun­ku nie­agre­syw­nych i dałabym so­bie rękę uciąć, że o tym wie­dzie­li. Poza tym byłam dość bezużytecz­na. W każdym ra­zie w tam­tej chwi­li. Miałam po­dob­no roz­winąć w so­bie ja­kieś opętańcze umiejętności w wy­ni­ku leku Su­pre­ma­cji, ale oprócz kil­ku dzi­wacz­nych zda­rzeń – rze­czy, które przy­pi­sy­wałam bra­ko­wi snu – nie było żad­nych oznak tego, że je­stem ja­kimś nadczłowie­kiem.

Z dru­giej stro­ny Alex nie był tak bezużytecz­ny. Miał zdol­ności do te­le­ki­ne­zy – to zna­czy, że po­tra­fił siłą umysłu prze­su­wać różne rze­czy. To mogłoby być dla Bliźniaków po­wo­dem do nie­po­ko­ju, ale chy­ba zbyt­nio się tym nie mar­twi­li. Na pew­no nie tyl­ko pa­ko­wa­li na siłowni, jeżeli Tata posłał ich w na­dziei, że wpędzą w pułapkę kogoś ta­kie­go, jak Kale.

Później wszyst­ko szło jak w zwol­nio­nym tem­pie. Alex pierw­szy zro­bił ruch. Nie miałam cza­su, żeby się zde­ner­wo­wać, bo chwy­cił mnie za ramię i po­pro­wa­dził do­okoła nich.

– My idzie­my. Po­wiedz­cie Cros­so­wi, że może mi na­sko­czyć.

Udało mu się zro­bić czte­ry kro­ki, za­nim obrócił się na pięcie i ru­szył w kie­run­ku uli­cy, nie­malże wy­ry­wając mi ramię ze sta­wu. Je­den z Bliźniaków gdzieś za nami wydał z sie­bie wy­so­ki okrzyk, później usłysze­liśmy podwójną dawkę mrożącego krew w żyłach śmie­chu. Tak, dokład­nie. Tato ma wyjątkową zdol­ność do wyłuski­wa­nia świrów.

Wpa­dliśmy z im­pe­tem w bramę, a później wy­bie­gliśmy na podwórko przed do­mem. Puściliśmy się pędem przez ulicę. Czuj­nik ru­chu, umiesz­czo­ny obok skrzyn­ki pocz­to­wej sta­re­go Phil­be­na, ożył i za­mi­go­tał sno­pem światła na na­szej ścieżce. Phil­ben za­mon­to­wał go mniej więcej w tym cza­sie, kie­dy zaczął opo­wia­dać sąsia­dom o tym, jak po­rwa­li go ko­smi­ci. Po­dob­no goście z in­nej ga­lak­ty­ki in­te­re­so­wa­li się za­war­tością jego czer­wo­no-biało-nie­bie­skiej skrzyn­ki pocz­to­wej w kształcie pta­ka.

Alex machnął dłonią jak sza­le­niec. Gdzieś za nami kil­ka kubłów na śmie­ci na­szych sąsiadów po­frunęło w kie­run­ku rogu sta­re­go domu, tam, gdzie Able i Au­brey wy­bie­ga­li przez bramę. Kubły wpadły na Bliźniaków i przewróciły ich na zie­mię z odgłosem po­stu­kującego me­ta­lu i odo­rem ciepłych śmie­ci.

Chciałam się za­trzy­mać, ale Alex po­pchnął mnie do przo­du.

– To ich nie po­wstrzy­ma. Mu­si­my ucie­kać!

Ru­szy­liśmy za następny róg i po­bie­gliśmy, ile sił w no­gach. Kie­dy byliśmy w połowie trze­ciej prze­czni­cy, na­gle to do mnie do­tarło. Coś tu jest nie tak. Za­trzy­małam się w pół kro­ku i przy­cupnęłam przy ścia­nie skle­pu ju­bi­le­ra Mar­low’s, pociągnęłam za sobą Ale­xa.

– Dla­cze­go byłeś na bu­do­wie?

– Co ta­kie­go? A ja­kie to te­raz ma zna­cze­nie?

– Dla­cze­go tam byłeś? Od mie­sięcy cię nie wi­działam. Swoją drogą, mądry ruch, i na­gle się po­ka­zu­jesz? A co gor­sza, dla­cze­go mnie śle­dziłeś? – Dźgnęłam go moc­no w pierś. Te dwa obrzy­dli­we Bliźnia­ki były trochę za bar­dzo odprężone. Jak gdy­by miały asa w ręka­wie. Asa w kształcie Ale­xa. – Je­steś z nimi w zmo­wie?

Wyj­rzał zza ścia­ny bu­dyn­ku. Kie­dy wrócił, miał oczy sze­ro­ko otwar­te ze zdzi­wie­nia.

– Py­tasz mnie, czy próbuję cię po­rwać i do­star­czyć Ta­cie? Naćpałaś się? Nig­dy bym…

Ru­szyłam na nie­go z zaciśniętymi pięścia­mi. Kłykcia­mi ude­rzyłam w krawędź jego kości­stej szczęki, w każdym z palców po­czułam tysiące igieł bólu, ale było war­to. Miał właśnie po­wie­dzieć, że nig­dy by mnie nie skrzyw­dził. Więc myślał, że nie za­bo­li mnie pa­trze­nie na to, jak wy­be­be­sza Kale’a? Po tym wszyst­kim po­dej­rze­nie, że może jed­nak pra­cu­je na zle­ce­nie Taty wywoływało u mnie falę mdłości. Tym i owym się różniliśmy, były to w równym stop­niu kłam­stwa i nie­po­ro­zu­mie­nia, ale kie­dyś byliśmy dla sie­bie ważni.

A później mu­siał spróbować zabić mo­je­go chłopa­ka.

Potrząsnął głową zdzi­wio­ny i do­tknął twa­rzy.

– W porządku. Zasłużyłem na to. Ale te­raz…

– Chrzań się. – To nie był do­bry mo­ment, żeby go okłamy­wać, ale pamięcią wra­całam do tego, co wy­da­rzyło się w Sum­run. Wi­działam ob­raz Ale­xa stojącego nad Kale’em, ob­raz wy­pa­lo­ny jak żela­zem w moim mózgu. Nie­ważne, ile wody upłynie w rze­ce, ten ob­raz nie znik­nie. Poza tym fakt, że zja­wił się dokład­nie w tym mo­men­cie, kie­dy spa­dałam z dźwigu? Trochę za dużo tych przy­padków. Nie­wiel­ka, lo­gicz­na część mo­je­go mózgu pod­po­wia­dała mi, że nie mógł wie­dzieć, że stra­ciłam od­por­ność na Kale’a – a tym bar­dziej nie mógł wie­dzieć, w którym mo­men­cie to się stało. Nie ufałam mu. Było coś po­nad­to. Mu­siało być.

– Taki ma­cie plan? Wciągnąć mnie w jakąś ciemną alejkę i po­cze­kać, aż przyjdą i mnie stąd zgarną?

Uniósł ręce i kopnął w ścianę bu­dyn­ku.

– To ty mnie wciągnęłaś w tę alejkę.

Ob­rzu­ciłam go niechętnym spoj­rze­niem, ale nic nie od­po­wie­działam.