Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 523 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Togo - Michał Lisiak

Do Togo zmierza samolotem polski biznesmen Bednarek, który ma zamiar dokonać w tym kraju wielu interesów. Tymczasem w kraju dochodzi do krwawego przewrotu. Hordy rebeliantów pod przywództwem samozwańczego generała Neghru atakują stolicę i najważniejsze miejsca w kraju. Nie mają litości dla nikogo: ludności cywilnej, policji, armii rządowej, francuskich turystów i inżynierów. Przewrót jest kompletnym zaskoczeniem dla wszystkich. Dwaj francuscy agenci są świadkami ataku rebeliantów na cywilny szpital, w którym giną setki ludzi. Od tej chwili rozpoczynają krwawą, bezlitosną walkę z rebeliantami.

Tymczasem w stolicy Lome trzech uciekinierów z armii rządowej chroni się w polskiej ambasadzie. Rebelianci nie respektują międzynarodowego prawa. Niszczą ambasadę, mordują ambasadora i ochronę. Jedynie oficerowi BOR i biznesmenowi Bednarkowi wraz z przypadkowym taksówkarzem udaje się uciec z jatki. Ścigani przez rebeliantów, ostatnim samolotem z lotniska uciekają do Dakaru, zdając relację ze zniszczenia ambasady.

Kilkadziesiąt kilometrów od stolicy rebelianci atakują letnią siedzibę prezydenta. Zabijają prezydenta i jego żonę. Przy życiu pozostaje córka prezydenta i trzej ochroniarze, którzy dokonają najbardziej bohaterskich czynów, żeby ją ocalić przed wrogiem.  Z rządowej armii Togo pozostaje jeden najlepszy oddział, Pierwszy Regiment, któremu udaje się ocaleć przed wrogiem i który rozpoczyna z nim walkę.

Samozwańczy generał Neghru mianuje się prezydentem kraju. Togo spływa krwią. Rebelianci dokonują rzeci na ulicach, gwałcą, rabują.  To jednak dopiero początek, bo generał ma już plan zdobycia Beninu i podpalenia niemal całej południowo zachodniej Afryki.

Francja rozpoczyna przygotowania do interwencji zbrojnej, będącej zemstą za zabicie francuskich inżynierów. Polski rząd robi co może, żeby ukryć fakt zniszczenia ambasady, ale kompromitujące materiały wyciekają do prasy. Polska nie mając wyjścia przyłącza się do przygotowań.

Tymczasem w ręce uzurpatora, samozwańczego generała Neghru, najgorszej maści bandyty i pedofila, wspieranego przez przejęte media, nową administrację i tysiące rebeliantów wpada niesamowity prezent.  Są nim jeńcy – grupa młodych, francuskich turystów, polski ksiądz i zakonnice oraz pracownicy Polskiej Akcji Humanitarnej. Neghru grozi, że zabije ich w przypadku rozpoczęcia interwencji. Czuje się silny i niepokonany. Jest wspierany przez swoich dowódców, ma zapewnione dostawy starej rosyjskiej broni od największych handlarzy.

Na południu kraju bohatersko walczą żołnierze z Pierwszego Regimentu Armii Togo, do których przyłącza się córka zabitego prezydenta i jej ochroniarze. Francuscy agenci tymczasem dokonują szeregu spektakularnych akcji, zadając rebeliantom dotkliwe straty i zabijając jednego z największych handlarzy bronią.

W najmniej spodziewanym momencie dochodzi do interwencji wojsk polskich i francuskich. Następuje pokaz siły i doskonałego wyszkolenia jednostek Grom, Formoza i Specjalnego Pułku Komandosów a także francuskich oddziałów specjalnych Legii Cudzoziemskiej z Korsyki. Kiedy jeńcy zostają uwolnieni, do akcji wchodzą oddziały lądowe. Dochodzi do szeregu bitew, a do koalicji przyłącza się Pierwszy Regiment Armii Togo. W finale wojny dochodzi do krwawej bitwy o stolicę. Armia rebeliantów zostaje zmieciona. Administracja i najbliżsi współpracownicy wpadają w ręce sił sprzymierzonych oraz ludności cywilnej, która mści się za doznane krzywdy.

Krwawy uzurpator Neghru jednakże ucieka. Przedostaje się do Beninu, gdzie czeka spora część jego sił, przygotowana do przejęcia władzy w tym kraju. Brakuje godzin, aby uzurpator podpalił kolejny kraj. Nocna akcja polskich komandosów kończy koszmar. Morderca, który spowodował śmierć dziesiątek tysięcy rodaków i cudzoziemców, zostaje zabity.


Opinie o ebooku Togo - Michał Lisiak

Fragment ebooka Togo - Michał Lisiak

Michał Lisiak

TOGO

© Copyright by Michał Lisiak & e-bookowo

Okładka Michał Lisiak

ISBN 978-83-63080-96-9

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 9:12 Samolot prywatnych linii lotniczych Dakar – Lome

Dwusilnikowy samolot pasażerski hałasował z całej siły rozgrzanymi silnikami. Właśnie robił zwrot w bezkresie błękitu afrykańskiego nieba. Trzydziestoletni Beech należał do prywatnych linii lotniczych. Obsługiwał linię Dakar – Lome. Samolot dożywał swych dni. W Europie przeznaczono go na złom. Małe towarzystwo lotnicze z Senegalu odkupiło go za grosze i bezlitośnie eksploatowało. W całości trzymała go chyba tylko wypłowiała biała farba, którą był pokryty. Wielkie jej płaty łuszczyły się na całym pokryciu kadłuba. Tworzyły się napęczniałe bąble i dziury. Spod nich wychodził srebrny podkład. Turbośmigłowe silniki hałasowały bez umiaru. Wyrzucały kłęby czarnego dymu z poczerniałych rur. Środek też nie pozostawiał złudzeń. Z przetartych siedzeń wychodziła brudnożółta gąbka. W wielu miejscach odkleiło się obicie ścian i sufitów. W oknach wisiały fantazyjne czterokolorowe firanki. Do tego wszystkiego dochodziła okropna duchota w środku. Lewy silnik samolotu miał się wyraźnie gorzej. Od czasu do czasu strzelał głośno. Przyprawiał pasażerom dodatkowych wrażeń. Nie robiło to jednak żadnego wrażenia na załodze samolotu. Ta po każdym strzale w silniku szczerzyła zęby w uśmiechu i ocierała pot z czekoladowych twarzy. Na pokładzie znajdowało się siedemnastu pasażerów. Sześciu czarnoskórych dżentelmenów w garniturach zasiadło na przodzie samolotu. Wyglądali na urzędników. Głośno gwarzyli i śmiali się z dowcipów najstarszego z nich. Ten ciągle wymachiwał ręką, odzianą w złotą bransoletkę. Piątka znudzonych francuskich turystów obojga płci kłóciła się o mapę. Potem wszyscy jak jeden mąż zapadli w charakterystyczny dla gorących krajów bezsilny letarg. Budzili się i zasypiali w świecie, wypełnionym tłustym potem i brakiem świeżego powietrza.

Kolejne miejsca zajmowali czarnoskóra zakonnica i biały ksiądz. Za nimi siedział starszy Hindus. Bez przerwy wyjmował z torby jakieś notatki. Za nim podróżowało małżeństwo Marokańczyków. Kobieta pachniała z daleka perfumami z dominująca nutą drzewa pomarańczowego. Cudowny zapach był obcy i cudowny zarazem w dusznym wnętrzu samolotu. Na końcu kabiny pasażerskiej siedział gruby mężczyzna w bordowej koszuli. Pochrapywał smacznie na ostatnim siedzeniu po prawej stronie. Lewy silnik po raz kolejny głośno zakaszlał. Po chwili strzelił i wyrzucił z siebie kłąb czarnego dymu. Coś zaczęło w nim niebezpiecznie grzechotać. Mimo wszystko dalej pełnił swe zadanie i dzielnie obracał wirujące śmigło. Strzał silnika obudził śpiącego spokojnie grubaska.

– Jasna cholera. Co oni z nami robią? – powiedział i wyprostował się na siedzeniu.

Mężczyzna patrzył zaskoczonym wzrokiem dookoła siebie. Miał wrażenie, że wypoczywa na leżaku na swojej działce. Po chwili doszedł do siebie. Przeciągnął się i wyjrzał ciekawie przez okno. Popatrzył z niepokojem na grzechoczący silnik. Potem spojrzał z niechęcią na pokrytą plamami potu koszulę. Wyciągnął z torby butelkę z wodą. Napił się. Popatrzył z niesmakiem na wnętrze kabiny i pasażerów. Po chwili zapadł w przygnębienie.

– Po jaką cholerę dałem się w to wrobić – powiedział sam do siebie.

– Wstrętne babsko – dodał po chwili. – Chciałeś, to teraz masz.

Mężczyzna był czterdziestopięcioletnim biznesmenem z Polski. Nazywał się Janusz Bednarek. Był właścicielem firmy, która produkowała przetwory z pomidorów. Wcześniej przez dwadzieścia lat pracował w państwowej przetwórni. Dochrapał się stanowiska dyrektora, niezłej pensji i poważania podległego personelu. Potem zaczął działać na własną rękę z jeszcze większym powodzeniem. Miał kochającą żonę, dwoje dzieci i wszystko, czego potrzeba, aby godnie żyć. A wtedy pojawiła się ona...

Była słodką szatynką. Była dwadzieścia lat młodsza od żony. Miała błyszczące oczy koloru mlecznej czekolady i pyzatą buzię. Urodę dopełniały ciemne brwi, wznoszące się kuszącym łukiem nad jej oczyma. Miała namiętne usta i zniewalający uśmiech. Była wysoka i kobieca. Zawsze ubierała się tak, aby podkreślić swoje kobiece atrybuty. Była inteligentna i pewna siebie. Umiała upomnieć się o to, czego chciała. A chciała pieniędzy...

Żona poszła w odstawkę. Pomimo przyciągającej wzrok urody, nie miała już ciała i temperamentu dwudziestoparolatki. Janusz oszalał za młodą szatynką. Porzucił dla niej żonę i dzieci. Spędził z nią wakacje na Malediwach, które kosztowały go więcej, niż dwadzieścia lat urlopów z całą rodziną. Ale jakże był szczęśliwy! Liczyła się tylko ona! Ona! Ona!!

Sielanka nie trwała długo. Miłość szatynki kosztowała. Przyszedł kryzys i firma straciła połowę odbiorców. Pieniądze na kontach stopniały jak lód w afrykańskim słońcu.

Gdy skończyły się pieniądze, skończyła się też jej miłość...

Odeszła do innego, bogatego wielbiciela młodego kobiecego ciała.

– Jak mówiła kiedyś moja stara ciotka. Wpadłem jak śliwka w kompot – powiedział Janusz sam do siebie.

Po raz kolejny ze wstrętem otarł czoło, mokre od lepliwego potu.

– Ale jeszcze żyję. Jeszcze moja firma jest coś warta. Jak mówił do mnie ojciec. Janusz! Jesteś Bednarek! My nie poddajemy się nigdy!

Firma Janusza Bednarka miała coraz mniej odbiorców. Przybywało jej za to konkurencji. Na krajowym i europejskim rynku zrobiło się ciasno. Aż w końcu właściciel postanowił poszukać odbiorców na innym kontynencie.

Uda się. Bo niby czemu ma się nie udać? – pomyślał Janusz – Z Fortexu sprzedają koncentrat pomidorowy do Mauretanii. To ja zacznę od Togo. Trzeba przetrzeć nowe szlaki.

Janusz ciekawie wyjrzał za okno.

– Ciekawe, kiedy ta rozgrzana krypa wyląduje? – zapytał sam siebie.

Bez przerwy wachlował się gazetą, kupioną jeszcze w Dakarze.

– Gdybym wiedział, że ta latająca trumna będzie się tyle czasu telepać, to poleciałbym

Air France. Ale znowu ta krypa kosztuje o połowę taniej.

– Za chwile lądujemy na lotnisku w Lome – oznajmił przez głośniki pilot.

Komunikat spowodował natychmiastowe ożywienie wśród francuskojęzycznych pasażerów i wrzask radości wśród urzędników w garniturach

– Proszę zapiąć pasy!

– Ciekawe po co? – zapytał Janusz, który mocował się z pasem – Wystarczy mocniej pociągnąć i siedzenie się złamie. A oni mówią o pasach. Ale niech wam będzie. Zapnę! Tylko niech ten rozgrzany złom w końcu ląduje!

Samolot zrobił delikatny zwrot w powietrzu. Pilot wymienił kilkanaście zdań z wieżą kontrolną. Sterany turbośmigłowiec zaczął podchodzić do lądowania. Samolot wytracał powoli prędkość. Przeleciał nad rafinerią i rozpoczął podejście do lądowania.

Silniki samolotu znów wpadły w nerwowe drgania. Uderzenie kół o płytę lotniska dało większe wrażenie od kakofonii rozedrganych śrub i nitów. Koła wyrzuciły w powietrze kłęby czerwonego piasku, który pokrywał pas startowy. Samolot wytracał prędkość. Chwilę później zatrzymał się w pobliżu terminalu lotniska. Stanął pośród kilku podobnych do siebie gratów, eksploatowanych przez małe towarzystwa lotnicze.

Załoga mocowała się przez kilka minut z drzwiami. Drzwi puściły dopiero po kilkunastu uderzeniach młotka. Pasażerowie zaczęli opuszczać pokład maszyny. Szli pieszo do sali odpraw z bagażami w rękach.

– Zapraszamy do skorzystania z naszych usług – krzyknął drugi pilot i uśmiechnął się szeroko do wysiadających pasażerów – Odlatujemy codziennie o tej samej porze!

– Dziękuję! Nie skorzystam! – odpowiedział Janusz.

Zabrał swoją walizkę, marynarkę i butelkę z wodą.

– Już nigdy w życiu nie wsiądę do tego cholerstwa! Wolę wracać do Polski na pieszo!

Odprawa w głównym budynku lotniska odbyła się bardzo sprawnie. Po kilku minutach Janusz ruszył w stronę miasta.

– Gdzie najbliższy postój taxi? – zapytał uśmiechniętej pracownicy lotniska.

– Jean Paul II Street – odpowiedziała czarnoskóra słodycz i wskazała ręką najbliższą drogę.

– No proszę! Jean Paul II Street – uśmiechnął się Janusz – Nasz dobry, kochany papież. Czuję się normalnie jak w domu. Ciekawe, czy mają tu też Radio Maryja i dewotki? Cel 93 Bld Du Mono! Polska ambasada! Czas nawiązać stosunki handlowe! Drżyj Togo! Zaleję cię moim koncentratem pomidorowym i ketchupem!

Janusz ruszył spokojnym krokiem w kierunku postojów taksówek. W drodze na postój minął dwóch eleganckich mężczyzn, którzy wysiedli z białej Cessny. Mężczyźni uśmiechnęli się do niego, a jeden z nich nawet powiedział dzień dobry. Janusz odpowiedział, elegancko się uśmiechnął i ruszył po taksówkę.

Wtorek, 21 czerwiec godzina 9:35 Lome. Port lotniczy.

Jean poklepał czule skrzydło białej Cessny. Dyspozycyjny odrzutowiec wylądował pięć minut przed samolotem Janusza Bednarka.

– Całe szczęście, że już jesteśmy u siebie. To cholerne Sierra Leone wcale mi się nie podoba. Tylko tutaj czuję się jak w domu.

Jean był mężczyzną potężnych rozmiarów. Z trudem mieścił się w elegancki garnitur. Koszula wyglądała tak, jakby miała za chwilę pęknąć i wystrzelić guziki. Jean był biały i miał kręcone włosy koloru ciemnoblond.

– Znasz go? – zapytał drugi mężczyzna i wskazał na oddalającego się Janusza Bednarka.

Mężczyzna był przeciwieństwem swojego kolegi. Był szczupły, miał krótkie włosy i bardzo ciemną karnację. Ciemny garnitur leżał na nim, jak na modelu. Miał na imię Adrian.

– Nie znam – odpowiedział Jean – Ale widać, że to jakaś szycha z Europy.

– Skąd wiesz, że z Europy?

– Bo Amerykanin mieliłby mordą gumę do żucia, a za nim szłoby z pięciu służących. Bierz paczki. Ciężkie to cholerstwo.

Mężczyźni podnieśli dwie ciężkie walizki. Ruszyli w kierunku najbliższego wyjścia na ulicę.

Pracownik lotniska przywitał się z nimi. Rozejrzał się uważnie i bez słowa wypuścił ich wyjściem dla personelu.

– Żebyśmy nie wzięli swojego sprzętu, to byłoby ciężko – powiedział Jean – To, co nam przysyła Leroy, nie nadaje się na akcję, Może na polowanie na chomiki. Stary kutas zawsze był skąpy. Ale założę się, że na sobie nie oszczędza. Może nawet kupił sobie masażer do swojego włochatego tyłka. My się tu narażamy, a on sobie siedzi przy biurku w Paryżu i żre świeżutkie rogaliki.

Adrian zaczął się śmiać.

– Pewnie masz rację. Ale lepiej, żeby Leroy nie wiedział, jak go nazywasz. Może ci skasować emeryturę.

– Skąpy kutas – powtórzył Jean i wyciągnął z kieszeni kluczyki.

Na ulicy, w pobliżu postoju taksówek, stał zaparkowany terenowy Suzuki. Jean otworzył drzwi a potem bagażnik. Wrzucił swoją walizkę do środka. Adrian chciał uczynić to samo, ale zdarzył się wypadek. W uniesionej do góry wypchanej walizce pękło dno. Na asfalt wyleciał zawinięty w czarny pokrowiec karabinek szturmowy. Adrian momentalnie podniósł go i schował do środka pojazdu. Rozejrzał się uważnie dookoła. Na szczęście nikt nie patrzył w ich stronę. Jean zrobił zagadkową minę.

– Jak widzisz mój drogi, moja teoria się sprawdza. Kto nam przysłał walizki? Leroy! Gdzie to skąpe indywiduum mogło zakupić takie śmieci? Na wyprzedaży! A za zaoszczędzone pieniądze pojechał sobie z żonką na wakacje na Lazurowe Wybrzeże. A kto się naraża każdego dnia? My! A on sadza włochate dupsko na wygodnym fotelu, włącza klimatyzację i odlicza osiem godzin. To się nazywa praca! Jedziemy!

Mężczyźni wsiedli do wnętrza pojazdu. Jean odpalił silnik i ruszył delikatnie do przodu. Pogłaskał czule samochód po pulpicie.

– Moja maszyna – powiedział – Sami cię zdobyliśmy. Samochodem od Leroya to możemy najwyżej pojechać po warzywa na targ.

W kieszeni Adriana zadzwonił telefon komórkowy. Mężczyzna odebrał. Rozmawiał dwie minuty. Jean zdążył przez ten czas oddalić się od lotniska. Jechał za srebrną taksówką, którą podróżował Janusz Bednarek. Adrian skończył rozmawiać. Widać było zdenerwowanie na jego twarzy.

– Mamy problem – powiedział – I to cholernie poważny.

– Co się dzieje? – zapytał Jean.

– Elena dostała informację od informatora z północy kraju. Według niego dziś w kraju może dojść do przewrotu. To sprawdzony informator.

Jean spojrzał na Adriana. Przełknął ślinę i dodał gazu. Wyprzedził srebrną taksówkę i skręcił w lewo. Suzuki skierował się w kierunku wschodniej części Lome.

Wtorek, 21 czerwiec godzina 9 : 44 Opuszczona kopalnia. Dwadzieścia kilometrów od przedmieść Lome.

Dwadzieścia kilometrów za miastem znajdowała się opuszczona dolina. Otaczał ją szeroki na kilometr kordon splątanych palm, drzew i kolczastych krzaków. Prowadziła tu jedna kręta piaskowa droga. Ponieważ nie dotarli tu jeszcze handlarze drewnem, splątany las jak na razie rósł spokojnie. Kilkanaście lat wcześniej rząd z pomocą międzynarodową zaczął budować tutaj dwie wielkie kopalnie. Kopalnie jednak nie doczekały się otwarcia. Pozostał po nich jedynie ogromny, niedostępny teren. Niszczały wyryte pod ziemią korytarze. Niszczały zbudowane na powierzchni budynki i garaże. Teren pokrywało pobojowisko. Wszędzie walał się porozrzucany sprzęt budowlany, śmieci i wszelakiej maści odpady.

Od kilkunastu tygodni coś niedobrego działo się w tym rejonie. Nocami przyjeżdżały tu całe konwoje pojazdów i ciężarówek z wygaszonymi światłami. Ludzie w wojskowych mundurach ćwiczyli strzelanie i walkę wręcz. Nocami słychać było odgłosy ciężkich silników. Zbyt ciężkich, aby mogły należeć do ciężarówek. Wokół kopalni pojawiły się patrole z bronią, które chroniły teren przed niepożądanymi gośćmi.

Dzisiejszy dzień był wyraźnie inny od poprzednich. Dziś nikt się z niczym nie krył.

Na ogromnym terenie stały na baczność oddziały żołnierzy. Liczyły co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi. Wszyscy żołnierze mieli na sobie spodnie moro i czerwone opaski na szyjach. Z blaszanych garaży i podziemnych tuneli wyjechały trzy setki uzbrojonych pojazdów. Były wśród nich lekkie samochodów terenowe, pickupy i ciężarówki. Z największego tunelu niedokończonej kopalni wyjeżdżał ciężki sprzęt – czołgi T – 55, czołgi pływające PT – 76, transportery opancerzone: BMP – 1 i BTR – 70 oraz samochody pancerne BRDM–2.

Na ustawioną na środku terenu platformę z nagłośnieniem wszedł otyły, starszy mężczyzna.

Tysiące żołnierzy wydały z siebie ryk radości. Generał Julius Neghru miał pięćdziesiąt pięć lat. Był niskiego wzrostu. Miał dużą, okrągłą twarz i osadzone blisko nosa ciemnobrązowe oczy. Miał charakterystyczne wydatne, grube usta. W ręku trzymał złotą laskę, którą zawsze nosił przy sobie. Założył okulary przeciwsłoneczne. Patrzył na tysiące wpatrzonych w siebie żołnierzy.

– Generał! Generał!

Generał podniósł w górę prawą rękę. Tłum żołnierzy od razu ucichł.

– Żołnierze! – powiedział Neghru donośnym, władczym głosem – Dzisiaj nadeszła chwila, na którą wszyscy czekaliśmy. Dziś nadszedł dzień końca tyranii prezydenta Harrare!

Żołnierze znów wrzasnęli całą siłą gardeł. Generał po raz drugi wzniósł w górę rękę i nakazał milczenie.

– Nadchodzi dzień naszej wolności i naszego zwycięstwa! Nie wahajcie się poświęcić swego życia dla dobra swego kraju! Nie wahajcie się poświęcić swego życia dla mnie! Dzień, w którym ja, generał Julius Neghru zostanę prezydentem tego kraju, będzie dniem zwycięstwa dla was wszystkich!

– Generał! Generał! Generał! – krzyczały tysiące żołnierzy.

– Do zwycięstwa poprowadzą was moi pułkownicy! – kontynuował Neghru – Pułkownik Agawe poprowadzi Pierwszą Grupę na Lome! Pułkownik Le Blanc uderzy z Drugą Grupą na wschód! Pułkownik Veygand poprowadzi Trzecią Grupę na północ Togo! Ruszacie za godzinę!

– Zwycięstwo! Zwycięstwo! Zwycięstwo!

Generał zszedł z mównicy w towarzystwie przybocznej ochrony Zniknął w jednym z budynków na placu.

Kilkaset metrów dalej, w gąszczu roślinności, ukrywał się młody mężczyzna. Obserwował dokładnie cały teren. Miał na sobie kombinezon w zielone łaty i wielki kaptur. Kiedy generał skończył przemawiać, mężczyzna zaczął się wycofywać. Wycofał się na czworakach i zaczął przeciskać się przez zarośla. Przebijał się przez plątaninę kolczastych roślin. Nie zwracał uwagi na krwawe zadrapania od kolczastych krzaków. Kilkanaście metrów dalej zatrzymał się. Rozejrzał się uważnie. Wstał i zaczął biec. Maskował swoją obecność każdym napotkanym krzakiem. Przebiegł tak około pół kilometra. W końcu dotarł do ukrytego w krzakach motocykla. Odetchnął chwilę. Kiedy oddech się nieco uspokoił, uruchomił motocykl. Ruszył ostro. Przez kilkadziesiąt metrów lawirował ścieżką między drzewami. Potem wyjechał na piaskową drogę i dodał gazu. Z największą możliwą prędkością ruszył w kierunku Lome. W głowie huczało mu od usłyszanych przed chwilą wiadomości. Silnik motocykla wył. Ledwie radził sobie z jazdą po piaskowej drodze. Mimo to mężczyzna z każdą chwilą był bliżej miasta. Do przedmieść Lome zostało już tylko osiemnaście kilometrów.

– Stój! – usłyszał nagle za sobą – Zatrzymaj się!

Dwaj żołnierze w czerwonych opaskach na szyi wybiegli z krzaków. Mężczyzna dodał gazu. Ktoś zaczął strzelać. Mężczyzna usłyszał gwizd omijających go kul. Mocniej ścisnął kierownicę motocykla. Już tylko kilka metrów dzieliło go od zakrętu. Nagle poczuł bolesne ukłucie na wysokości lewej łopatki. Poczuł wszechogarniające ciepło i lepką ciecz, która spływała mu po plecach...

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 11 : 58 Główna kwatera armii Togo na przedmieściach Lome.

Główna kwatera wojsk rządowych znajdowała się na północnym wschodzie miasta.

Wojska rządowe na swoją siedzibę zajęły stary fort. Zbudowali go Francuzi za czasów swojej dominacji w tej części Afryki. Stary fort składał się z kilku stylowych budyneczków w piaskowym kolorze. Otaczał je dwumetrowy mur. Z czasem teren bazy powiększył się kilkakrotnie. Zbudowano kilkadziesiąt nowych budynków. Na terenie bazy wyrosły drewniane baraki, garaże kryte blachą falistą i długie rzędy dachów na palach. Na terenie bazy znajdowało się też jedyne lotnisko wojskowe w kraju. Miało dwukilometrowy pas startowy, dwa blaszane hangary, duży magazyn i wieżę kontroli lotów. Całą bazę ogrodzono wysokim ogrodzeniem z metalowej siatki. W budynkach dawnego fortu stacjonował sztab armii Togo. W pozostałych zabudowaniach kwaterowały dwa ( z czterech posiadanych) regimenty wojsk lądowych, grupa saperów, batalion lotnictwa i grupa wojsk pomocniczych.

Cała armia Togo liczyła kilka tysięcy żołnierzy. Armia dysponowała czterdziestoma pojazdami bojowymi. Siły powietrzne dysponowały czterema lekkimi odrzutowcami Aermacchi Mb339, dwoma śmigłowcami Alouette III i dwoma starymi samolotami transportowymi.

Piękne południe zachęcało do spacerów. Generał Renegaud wyszedł na balkon zabytkowego fortu. Chciał nacieszyć oczy malowniczym widokiem Lome. Generał od czterech lat dowodził armią Togo. Miał sześćdziesiąt pięć lat. Swoją karierę w wojskowości zaczął czterdzieści lat temu jako żołnierz francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Powoli awansował, aż w końcu został głównodowodzącym armii. Po jego ciężkich ruchach i zniszczonej piętnem czasu twarzy widać było lata ciężkiej służby.

Generał wyciągnął lornetkę i spoglądał w stronę Zatoki Gwinejskiej. Przyglądał się wypływającemu z portu statkowi pod liberyjską banderą. Statek wolniutko i majestatycznie toczył swe brudnobiałe cielsko po wodach Zatoki Gwinejskiej. Powoli nabierał prędkości

Pozostał za nim spieniony ślad wzburzonej wody. Na ulicy przed fortem grupka kobiet przekomarzała się głośno przy studni, Kobiety nalewały wody do bajecznie kolorowych pojemników z plastiku. Nieco dalej gromadka półnagich dzieci goniła z głośnym piskiem wychudzonego psa. Kilku mężczyzn głośno komentowało ostatnie wyniki meczów piłkarskich. Stali przy zbitym z desek barze, pomalowanym na biały i błękitny kolor. Trwała typowa sielanka przedmieścia.

Spokój ulicy przerwał głośny ryk pędzącego motocykla. Generał oderwał oczy od statku. Zauważył pędzącego na motorze młodego mężczyznę w maskującym kombinezonie.

Mężczyzna jakoś dziwnie trzymał się motocykla. Zarzucało go w prawo i w lewo. Można było odnieść wrażenie, że jest pijany. Motocyklista wykonał znienacka ciasny skręt i wjechał w bramę fortu. Przejechał pomiędzy szlabanem, a stojącym przy budce wartownikiem. Znalazł się na dziedzińcu fortu. Tutaj wywrócił się przed wejściem do głównego budynku. Generał zauważył, że motocyklista ma wielką plamę krwi na plecach.

– Rebelia! – krzyknął motocyklista i stracił przytomność.

Kilkanaście minut później generał Renegaud wezwał do siebie pułkownika Maynarda. Pułkownik Maynard był dowódcą Pierwszego Regimentu, elitarnej jednostki armii. Był młodym, energicznym, trzydziestokilkuletnim mężczyzną.

– Pułkowniku, czy jest pan pewien słów tego żołnierza? – zapytał generał.

Patrzył przenikliwie na pułkownika.

– Czy możemy mieć pewność, że nie kłamie?

– Generale! Ja ręczę za tego człowieka! – odpowiedział Maynard – To kapral Mogwe, najlepszy zwiadowca z mojego regimentu. Nigdy mnie nie zawiódł Od pewnego czasu podejrzewaliśmy, że coś niedobrego dzieje się w dolinie przy nieczynnych kopalniach. Dziś potwierdziło się to, co najgorsze! Czas zacząć działać!

Generał zamilkł na chwilę. Usiadł na krześle przy rzeźbionym, drewnianym stole.

– Prezydent jest z żoną i córką w swojej willi w Ahepe. Miał mieć trzy dni wypoczynku. Jest z nim kilkunastu ludzi z Gwardii Prezydenckiej. Premier i ministrowie są w Pałacu Rządowym w centrum Lome.

– Co robimy panie generale? – zapytał pułkownik Maynard.

– Stawiamy wszystkich na nogi. Wysyłamy śmigłowce po prezydenta. Na wszelki wypadek proszę przygotować swoją jednostkę do drogi – powiedział generał i wziął do ręki potężną krótkofalówkę – Wyślemy też kompanię żołnierzy do Pałacu Rządowego. Musimy być przygotowani na najgorsze.

Kilkanaście minut później dwa zielone śmigłowce Aerospatiale Alouette III rozpędziły swe wirniki na pasie startowym lotniska wojskowego. Piloci sprawdzili sprawność wszystkich układów. Żołnierze przeładowali karabiny maszynowe, umieszczone w drzwiach helikopterów. Rozpędzone silniki dostały mocy. Dwie maszyny powoli uniosły się w powietrze. Po chwili obróciły się i delikatnie opuściły przeszklone nosy. Obydwa poleciały w kierunku Ahepe. Leciały po prezydenta kraju i jego najbliższą rodzinę.

– Śmigłowce wystartowały – zameldował pułkownik Mugane – Za chwilę wyruszy kompania wojska do Pałacu Rządowego.

Pułkownik był dowódcą sił powietrznych Togo. Siedział z Renegaudem i Maynardem przy rozłożonej na stole mapie.

– Doskonale – odpowiedział generał Renegaud – Za dwadzieścia minut będą w Ahepe. Za niecałą godzinę prezydent będzie w Lome. Za pół godziny nasza kompania będzie przy Pałacu Rządowym. Obyśmy tylko zdążyli. Jeżeli Neghru szykuje się do zamachu, to będą kłopoty. Prawdziwe kłopoty!

– Pan generał go zna? – spytał Maynard

Generał spojrzał w stronę okna i głośno westchnął.

– Znam go osobiście. Julius Neghru zakończył służbę w tej armii dziesięć lat temu. Był zamieszany w nielegalną sprzedaż broni dla bojówek w Beninie, Burkina Faso i Sierra Leone. Do tego doszedł jeszcze handel ludźmi i narkotyki. Wpadł przez zachłanność. Po procesie zdegradowano go i uwięziono. Dostał dwadzieścia pięć lat. Jego przyjaciele z Burkina Faso nie zapomnieli o nim. W końcu przez kilka lat dostarczał im broń. Odbili go z więzienia. Potem słuch o nim zaginął. Ciężko mi teraz uwierzyć w to, że ta pokraka dalej żyje i do tego mianowała się generałem. A do tego jeszcze dysponuje kilkoma tysiącami żołnierzy i ciężkim sprzętem.

Generał znów westchnął.

– Neghru to był szalony człowiek. Szaleńcy swoim szaleństwem czasami potrafią pociągnąć za sobą tłumy. Nie możemy zignorować ostrzeżenia. Niech Bóg ma nas w swojej opiece. Pułkowniku Mugane! Proszę cały czas nadzorować lot maszyn i informować mnie o przebiegu misji!

– Tak jest! – odpowiedział Mugane i opuścił pomieszczenie.

Udał się do pokoju, mieszczącego prowizoryczne centrum dowodzenia lotnictwem.

Kilkaset metrów od pasa startowego lotniska wojskowego ukrywał się młody chłopak. Uważnie obserwował przez lornetkę start śmigłowców. Określił kierunek ich lotu. Potem wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i nawiązał połączenie. Na szyi nosił czerwoną opaskę.

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 12 : 44 Śmigłowce armii Togo w drodze do Ahepe.

Dwa Alouette III leciały nad północnymi przedmieściami Lome. W dole wiła się wąska, asfaltowa nitka drogi. W oddali widać było zielone pasmo lasu, które ciągnęło się do granicy z Beninem.

Prowadził śmigłowiec z wielką jedynką, wymalowaną na kadłubie. Kilkanaście metrów za nim leciał śmigłowiec oznaczony numerem trzy. Helikoptery rozwijały prędkość stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Leciały na wysokości pięćdziesięciu metrów nad ziemią. Pilot pierwszego śmigłowca pewnie prowadził swoją maszynę. Wolant trzymał delikatnie, niczym dłoń kobiety. W pewnej chwili pilot spojrzał na piaskową drogę na skraju lasu. Stały na niej trzy samochody i kilkunastu ludzi. Pilot spojrzał w ich kierunku i oniemiał. Dwóch ludzi trzymało w rękach ręczne wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych.

– Rakiety! – krzyknął pilot i natychmiast ściągnął rączkę wolantu.

Śmigłowiec wykonał ostry zwrot w lewo. Znajdujący się z tyłu śmigłowca żołnierze nie zapięli pasów. Koziołkowali teraz po kabinie transportowej i obijali się boleśnie o metalowe ściany. Ludzie na ziemi nacisnęli spusty ręcznych wyrzutni pocisków przeciwlotniczych. Zabójcze metalowe cygara wystartowały w kierunku helikopterów. Pilot śmigłowca z jedynką momentalnie zniżył lot. Leciał pięć metrów nad ziemią. Wiedział, że ma szansę uciec. Zanurkował w kępę drzew. Przeleciał pomiędzy koronami. Gałęzie drzewa podrapały prawy bok śmigłowca. Żołnierze z tyłu śmigłowca krzyknęli z przerażenia. Szaleństwo pilota opłacało się. Pocisk przeciwlotniczy zaczepił o gałąź drzewa i eksplodował. Pilot „trójki” nie miał tyle szczęścia. Usiłował naśladować „jedynkę”. Nie zdążył uciec. Pocisk przeciwlotniczy Strzała trafił w silnik śmigłowca. Eksplodowała głowica bojowa rakiety. Silnik maszyny został zniszczony. Kłęby dymu spowiły Alouette. Śmigłowiec zatrzymał się w powietrzu. Łopaty wirnika stanęły. Śmigłowiec runął na ziemię z wysokości dwudziestu metrów. Siła uderzenia połamała koła i trzymające je wsporniki. Blachy śmigłowca pogięły się jak papier. Szyby z okien śmigłowca zamieniły się w biały proszek. Pilot „jedynki” zauważył, co stało się z drugim Alouette. Zwiększył prędkość i skierował się z powrotem w kierunku lotniska wojskowego.

Do rozbitego śmigłowca podjechały dwa samochody terenowe. Obaj piloci i dwaj żołnierze wewnątrz Alouette jeszcze żyli. Wszyscy byli ciężko ranni. Pilot śmigłowca czuł straszliwy ból w karku. Nie mógł poruszyć głową. Tysiące bolesnych igieł wbijały się w jego kręgosłup. Stopy zamieniły się w krwawą, bezkształtną masę. Pilot słyszał jęki siedzącego obok kolegi. Z tyłu śmigłowca dochodziły cichutkie prośby o pomoc. Pilot usłyszał hałas pracujących silników samochodowych. Potem usłyszał tupot kilkunastu par ciężkich butów.

– Ratunku! – krzyknął – Ratunku!

Nie mógł odwrócić głowy w lewo. Wyraźnie czuł czyjąś obecność i czyjeś natrętne spojrzenie.

– Ratunku – powtórzył już znacznie ciszej.

Przed śmigłowcem stał podoficer z czerwoną opaską na szyi. Patrzył z nienawiścią na rannego pilota. Podszedł z drugiej strony śmigłowca. Przez kilka minut wpatrywał się w drugiego rannego.

– Tak kończy każdy rządowy pies – powiedział do stojących za nim młodziutkich żołnierzy – Przyzwyczajcie się do widoku krwi, bo będziecie widzieć jej dużo. Będziecie tarzać się we krwi waszych wrogów.

Podoficer wziął do ręki maczetę. Odciął nią pasy, trzymające w fotelu drugiego pilota. Złapał go za ramiona. Wyciągnął rannego z wnętrza śmigłowca i rzucił na trawę.

– Przyzwyczajajcie się do krwi! – krzyknął do swoich żołnierzy.

Półprzytomny z bólu pilot usiłował wstać. Uniósł się na rękach. Połamane stopy odmówiły posłuszeństwa. Mężczyzna leżał na plecach i patrzył na otaczających go rebeliantów. Podoficer podszedł do pilota i ciął go maczetą w ramię. Pilot krzyknął przeraźliwie. Strumień krwi prysnął prosto w twarz oprawcy. Po uniesionym w górę ostrzu maczety spływały grube krople ludzkiej krwi.

– Krew! – krzyknął podoficer – Krew waszych wrogów! Pokażcie, co jesteście warci! Chcę myśleć o was jak o żołnierzach, a nie jak o bandzie świń! Pokażcie mi! Nauczcie mnie szacunku do siebie! Jesteście żołnierzami Ludowej Armii Togo!

Młodzi żołnierze wyciągnęli maczety i podeszli do leżącego w trawie pilota. Nieludzki krzyk zarzynanego człowieka zmieszał się z głuchymi uderzeniami wielkich noży.

Kilkanaście minut później podoficer znów podszedł do wraku śmigłowca.

Pierwszy pilot jęczał i cichutko prosił o ratunek. Jeden z żołnierzy w kabinie transportowej stracił przytomność. Drugi płakał i szeptał słowa modlitwy.

– Do wozów! – krzyknął podoficer.

Żołnierze z czerwonymi opaskami na szyjach ruszyli biegiem w stronę pojazdów.

Podoficer wyciągnął granat. Wyrwał z niego zawleczkę i wrzucił do środka śmigłowca. Ruszył biegiem w kierunku reszty oddziału. Eksplozja granatu rozerwała wnętrze śmigłowca i trzech znajdujących się w nim ludzi...

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 13 : 01 Główna kwatera armii Togo na przedmieściach Lome.

Generał Renegaud odłożył krótkofalówkę. Spojrzał na siedzącego tuż obok pułkownika Maynarda.

– Jeden z naszych śmigłowców został zestrzelony. Pułkowniku! Niech pan natychmiast rusza do Ahepe! W razie wybuchu rebelii wróci pan z prezydentem do Lome! Wyślijcie jeszcze jedną kompanię żołnierzy do Pałacu Rządowego! Powiadomcie oddziały policji!

– Tak jest! – odpowiedział Maynard.

Pułkownik zasalutował i wyszedł szybkim krokiem ze sztabu.

Gorąca krew – pomyślał o nim generał. To najlepszy oficer jakiego mam. Na kim mogę polegać, jak nie na nim?

Piętnaście minut później kolumna wojska opuszczała teren głównej bazy. Ośmiuset najlepszych żołnierzy Armii Togo ruszało do akcji. Oprócz ciężarówek, mieli do dyspozycji cztery lekkie samochody pancerne Panhard AML, dwa niszczyciele czołgów Panhard EBR i dwa transportery opancerzone Alvis Saracen. Generał Renegaud stał na balkonie i patrzył na poruszającą się kolumnę.

– Moi najlepsi ludzie. Oby zdążyli na czas – powiedział.

Po chwili wszedł z powrotem do środka budynku.

Kilkadziesiąt metrów dalej siedział przy drodze trzynastoletni wyrostek. Z zainteresowaniem obserwował kolumnę wojska. Uważnie policzył samochody pancerne i ciężarówki. Policzył orientacyjnie ilość żołnierzy. Kiedy kolumna Pierwszego Regimentu oddaliła się nieco, wyrostek schował za pobliskim domem i wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy.

Pierwszy Regiment skierował się na wschód. Kręta droga malowniczo wiła się pośród zabudowań przedmieścia Lome. W miarę oddalania się od miasta, zabudowania były coraz rzadsze. Przeważnie były to drewniane domki, kryte falistą blachą. Czasami nie miały one nawet ścian, tylko same dachy na drewnianych palach. Liście drzew w niektórych miejscach splotły się do tego stopnia, iż tworzyły gęsty dach nad fragmentami drogi. Kępy bajecznie kolorowych kwiatów przyciągały do siebie stada owadów i równie kolorowych ptaków. Gorące powietrze pachniało bujną roślinnością. W niektórych miejscach roślinność dochodziła do samego brzegu drogi. Była wyższa niż stojące przy ulicy domy.

Samochody jechały wolniutko. Nie szybciej niż trzydzieści kilometrów na godzinę. Nie mogły rozwinąć większej prędkości. Nie tylko one korzystały z asfaltowej nitki. Brzegiem drogi szły kobiety z plastikowymi naczyniami. Niosły je zazwyczaj na głowie. Głośno śmiały się i przekomarzały między sobą. Mężczyźni pchali prymitywne wózki z drewnem lub warzywami. Zaprzężone w woły wozy poruszały się w kierunku miasta. Rozpadające się ciężarówki z włączonymi na cały regulator radiami przewoziły materiały budowlane. Co kilka minut w stronę miasta podążał stary autobus. Wypełniał go tłum półżywych z gorąca pasażerów. Na dachu autobusu zawsze stał stos powiązanych sznurkami bagaży. Kilkanaście kilometrów za miastem droga zaczęła piąć się w górę. Można było podziwiać panoramę rozłożonego nad zatoką miasta.

Pułkownik Maynard, dowódca Pierwszego Regimentu, jechał we wnętrzu transportera opancerzonego Alvis Saracen. Oprócz niego w transporterze znajdowali się jeszcze jego zastępca, dwóch radiotelegrafistów, strzelec i kierowca. Sześciokołowy pojazd jechał tuz za dwoma Panhardami AML. Panhardy prowadziły kolumnę i pracowały w roli wozów rozpoznawczych. Maynard siedział w otwartym włazie pojazdu. Obserwował otoczenie i przyglądał się mijanym ludziom. Ciągle słyszał głos ciężko rannego zwiadowcy i myślał o zestrzelonym śmigłowcu. Z każdą chwilą narastał w nim niepokój.

Do Ahepe pozostało sześćdziesiąt kilometrów drogi. Przy tym tempie poruszania się kolumna mogła osiągnąć cel najwcześniej za półtorej – dwie godziny.

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 13 : 05 Centrum Lome

Pełnoletnia Toyota Corolla toczyła się aleją w stronę centrum miasta. Była oklejona jaskrawymi napisami, które reklamowały profesję właściciela, Samochód niegdyś był srebrny. Dziś z trudem można było określić jego kolor. Kierowca i równocześnie właściciel jednoosobowej firmy taksówkarskiej uśmiechał się przyjaźnie. Co chwilę odwracał się do siedzącego na tylnej kanapie Janusza Bednarka. Mówił przedziwną mieszanką francuskiego, angielskiego i niezrozumiałego narzecza. Właśnie starał się opowiedzieć coś o mieście.

– Zbytnio cię kolego nie rozumiem – odpowiedział po angielsku Janusz – Ale mów dalej!

Kierowca taksówki pomógł Januszowi znaleźć w miarę tani i miły hotel. Janusz odświeżył się i zdążył zjeść obiad. Potem razem z przesympatycznym kierowcą ruszyli do ambasady.

Lome było przepiękne. W powietrzu unosiła się cudowna mieszanka zapachów drzew. Czuć było delikatną bryzę znad pobliskiej zatoki. Kierowca wiózł cudzoziemca reprezentacyjnymi drogami miasta. Wysadzone drzewami i palmami ulice, sprawiały niesamowite wrażenie. Kolorowe domki dawały złudzenie, że jesteśmy na południu Francji. Kilka wysokich budynków rządowych i hoteli górowało nad miastem. Przypominały, że to stolica kraju.

Ulicami przelewał się kolorowy korowód pojazdów. Jechały tysiące rowerów, motocykli i starych samochodów. Hałaśliwy tłum ludzi przelewał się po ulicach miasta lub wylegiwał przed domami. Roznegliżowane dzieci baraszkowały w okolicach domów. Jakiś mężczyzna ubijał coś długą maczugą w metalowym wiadrze.

– Przygotowywać yams do obiad – powiedział w swym przedziwnym języku kierowca, który zauważył zainteresowanie Janusza – A teraz musi wolno. Patrzy! Największy bazar w Lome. Tu kupi wszystko! Co potrzebuje – tu ma! Tanio i dobrze!

Taksówkarz musiał zwolnić. Różnokolorowy tłum obojga płci nie respektował żadnych przepisów ruchu drogowego. Ludzie gardzili swoim bezpieczeństwem. Co rusz wchodzili na jezdnię w najmniej spodziewanym momencie. Hałas narastał z każdą chwilą. Muzyka z kilku źródeł wzajemnie się zagłuszała. Trąbiły samochody i motorowery. Krzyczały bazarowe przekupki. Krzyczeli ich klienci. Głośny śmiech przeplatał się z płaczem zagubionych dzieci i szczekaniem wystraszonych psów. Tysiące ludzi w kolorowych, ubraniach zaspokajało swoją żądzę posiadania. Stragany z desek, blach i kartonowych pudeł lśniły bogactwem towarów.. Owoce, warzywa, ryby i mięso. Chińskie podkoszulki i buty. Pieczone bagietki z różnorakim nadzieniem. Soki nalewane z wielkich puszek. Plastykowe miski, kanistry i naczynia. Przyprawy, koronki, materiały i mydło. Żywe kury i dogorywające ryby. Świeże mięso od dopiero co zabitych świń. Na ziemi walały się śmieci, kartki i resztki towaru. Na wszystkim żerowały stada much i innego robactwa. Rozganiały je tylko stąpnięcia ludzkich stóp, nie zawsze wyposażonych w obuwie. Wyblakłe koła parasoli, płachty rozpiętego materiału i płaty tektury osłaniały od słońca.

Brakuje tu jeszcze stoiska z moim koncentratem – pomyślał Janusz i uśmiechnął się do siebie. Tylko trzeba jakiś lokalny zespół sprzedażowy przygotować. Ten z Polski po jednym dniu pracy w takich warunkach sam poprosi o natychmiastowe zwolnienie. I trzeba zrewolucjonizować sposób sprzedaży. Zamiast koncentratu w słoiczkach nalewać z wiadra.

Taksówka dalej toczyła się w hałaśliwym towarzystwie tłumu ludzi. Po chwili kierowca wyjechał na szeroką aleję. Po obu jej stronach rosły piękne palmy. Budynki miasta w tej dzielnicy były wyższe, bardziej dostojne i nowoczesne. Samochód skręcił w nadmorski bulwar. Od plaży oddzielała go linia równo posadzonych palm. Szeroka plaża, pieszczona muśnięciami fal, kojarzyła się z rajem. Kilkaset metrów dalej samochód zatrzymał się.

– Polska ambasada tamta dom – powiedział uśmiechnięty kierowca – Jakby co chcieć, ja czekać tam druga ulica. Tam czekać na klient.

Janusz zapłacił i wysiadł z samochodu. Spojrzał na skromny budynek polskiej ambasady w Togo.

– No to jestem. Co by nie mówić, to jest tu pięknie – powiedział.

Otarł pokryte potem czoło i ruszył w kierunku ambasady.

Budynek nie był duży, ale w miarę nowoczesny i ładny. Przypominał przytulny pensjonat nad morzem. Pokrywał go szeroki, dwuspadowy skośny dach. Posadzone wokół drzewa dawały przyjemny cień.

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 13 : 14 Willa wypoczynkowa prezydenta Togo w Ahepe.

Ahepe było małą, spokojną miejscowością na wschodzie kraju. Leżało siedemdziesiąt kilometrów od Lome. Ukryte pośród połaci lasów było idealnym miejscem do wypoczynku. Kolejnym atutem była asfaltowa droga do stolicy. Prezydent wybudował tu dom, który wykorzystywał jako miejsce wypoczynku. Planował też tu zamieszkać po zakończeniu kadencji.

Richard Harrare rozpoczynał szósty rok prezydentury. Niedawno wygrał wybory po raz drugi i wybrano go na drugą kadencję. Richard Harrare był wysokim i przystojnym mężczyzną. Miał pięćdziesiąt pięć lat. Każdy, kto miał przyjemność go poznać, był pod wrażeniem jego ciepła, kultury osobistej i inteligencji. Harrare szczerze kochał swój kraj.

Willa w Ahepe miała około trzystu pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Była rozłożystym, parterowym domem, pokrytym skośnym dachem. Dach pokrywała ceglana dachówka koloru czerwonego. Ściany zawierały szereg wysokich i przestronnych okien, doświetlających przestronne wnętrza. Budynek znajdował się na dużej działce. Zaraz za nią znajdował się las i rozlewiska małej rzeczki. Zadbano również o bezpieczeństwo willi. Przy bramie wjazdowej znajdowała się wartownia. Cały teren zabezpieczono solidnym ogrodzeniem. Kilkanaście metrów za willą znajdował się kolejny budynek z trzema garażami. Mieszkali w nim żołnierze Gwardii Prezydenckiej i służba, Kilka metrów za budynkami znajdowało się lądowisko śmigłowca.

Richard Harrare odpoczywał nad basenem, tuż przy wyjściu z salonu. Wylegiwał się na leżaku i czytał gazetę. Cichutko szemrała muzyka z radia. Dwaj żołnierze Gwardii Prezydenckiej pełnili wartę w wartowni przy wjeździe. Kolejni dwaj patrolowali teren willi. Przed dom wyszła żona prezydenta. Miała na sobie lekką, błękitną sukienkę. Była dziesięć lat młodsza od męża. Zawsze urocza i lubiana przez mieszkańców kraju, słynęła z dobrego serca. Prowadziła wiele akcji charytatywnych.

– O czym myślisz, kochanie? – zapytała.

Podeszła do męża i oparła ręce na jego ramionach.

– O tym, jak skłonić rząd w Gwinei do większej współpracy z nami – odpowiedział Richard i uśmiechnął się.

– Czy nawet na trzy dni nie możesz przestać myśleć o pracy? Miałam nadzieję, że myślisz o mnie – powiedziała i usiadła mu na kolanach.

– O tobie myślę zawsze – odpowiedział i pocałował ją – Gdzie Amanda?

– W pokoju – odpowiedziała żona i przytuliła się – Słucha muzyki i robi coś na komputerze. Może znowu bawi się tym nowym programem graficznym.

Z budynku willi wyszedł nagle major Noire. Major dowodził Gwardią Prezydencką, która dbała o bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie. Potężnie zbudowany czterdziestolatek samą swoją posturą powodował respekt. Zazwyczaj uśmiechnięty major tym razem miał poważną minę.

– Panie prezydencie!

– Noire, jestem na urlopie – uśmiechnął się prezydent i przytulił do siebie żonę – A ty wkraczasz w takim momencie. Chociaż tobie zawsze pozwalam na wiele. Ty jesteś dla mnie jak druga żona.

– Panie prezydencie! Nie czas na żarty! – powiedział major – Kontaktował się ze mną generał Renegaud. Mamy poważne powody do niepokoju.

– Jakiego niepokoju?

– Panie prezydencie! Liczy się każda minuta! Proszę się ubrać i przygotować do natychmiastowego wyjazdu! Powtarzam! Natychmiastowego! W tej chwili zmierza ku nam Pierwszy Regiment pod dowództwem pułkownika Maynarda. Mogą tu być najwcześniej za półtorej godziny. Czekamy na nich. Równocześnie musimy być przygotowani do natychmiastowej ewakuacji i do obrony

– Pierwszy Regiment? Po co ich tu ciągną? Jeżeli coś się dzieje, to przecież mogą wysłać po mnie śmigłowiec? – zdziwił się prezydent.

– Wysłali – odpowiedział Noire – Został zestrzelony ręczną rakietą przeciwlotniczą Proszę się pospieszyć. Generał Renegaud postawił wojsko w stan gotowości. Ma informacje, iż lada chwila może dojść do rebelii. Być może ona już trwa.

Prezydent spojrzał na żonę. Oboje wstali i bez słowa weszli do wnętrza budynku.

– Ogłaszam alarm pierwszego stopnia – powiedział do krótkofalówki Noire – Miejcie oczy na wszystko. W razie czego strzelać. To nie są żadne ćwiczenia. Dzieje się coś niedobrego. W razie ataku wycofujemy się do lasu. Posiłki są w drodze.

Prezydent z żoną ubierali się w salonie. Prezydent po raz kolejny skontrolował swoją teczkę.

– Amando, pospiesz się! – krzyknęła po raz kolejny żona prezydenta.

– Zawsze się spieszę! Całe cholerne życie musze się spieszyć! – krzyknęła zdenerwowana dziewczyna.

– Kochanie – powiedziała żona prezydenta – Tym razem musimy się naprawdę spieszyć.

– Myślałam, że tym razem spędzimy razem chociaż te trzy dni... Ale trudno...

Dziewczyna wyszła z salonu. Weszła na piętro willi, aby spakować swoje rzeczy. Amanda miała dwadzieścia lat. Była jedynym dzieckiem państwa Harrare. Była piękną, młodą kobietą.

Noire podszedł do okna. Usłyszał narastający hałas potężnych silników.

– Maynard i Pierwszy Regiment jadą po nas – oznajmił.

Wszedł do salonu i uśmiechnął się.

– Wrócimy do Lome z eskortą, jak się patrzy. Nie spodziewałem się ich tak prędko.

– Cudownie – odpowiedział prezydent – Maynard...

Seria strzałów z ciężkiego karabinu maszynowego przerwała jego słowa.

– Mamy intruzów! – usłyszał w słuchawce Noire.

– Kryć się! – krzyknął Noire – To nie Maynard! Na podłogę!

Prezydent z żoną padli na podłogę. Podczołgali się do jednej ze ścian willi. Na prowadzącą do willi drogę wjechały trzy rozpędzone pickupy. Na każdym z nich znajdował się ciężki karabin maszynowy, obsługiwany przez stojącego na ładowni żołnierza. Nieprzyjaciel zasypał dziesiątkami pocisków wartownię i willę. Odłamki szyb z okien pokryły podłogę domu. Noire odbezpieczył swój karabin. Podbiegł do ściany. Wystawił lufę tuż przy ścianie okna. Żołnierze Gwardii Prezydenckiej nie próżnowali. Celna seria karabinu maszynowego z wartowni podziurawiła jak rzeszoto ostatni z jadących pickupów. Pojazd zjechał z drogi i eksplodował. Drugi samochód stracił strzelca. Żołnierz z czerwoną opaską na szyi wypadł z krzykiem z rozpędzonego pojazdu.

– Dobrze chłopaki – powiedział Noire – Gdzie ten cholerny Maynard.

Na drodze pojawiły się kolejne dwa uzbrojone samochody. Noire skierował broń w ich stronę. Otworzył ogień. Trafiony kilkunastoma pociskami pojazd zjechał z drogi i uderzył w drzewo. Kolejna seria z wartowni zamieniła drugi pojazd w płonący wrak. Hałas na drodze narastał. Noire spojrzał na drogę i przeraził się. Zbliżały się ciężkie wozy pancerne. Prowadził samochód pancerny BRDM – 2. Za nim jechał czołg T – 55. Za nimi jechały jeszcze dwa samochody pancerne. BRDM zjechał z drogi. Zszedł z linii ognia czołgu. T – 55 zatrzymał się. Jego wieża wolniutko obróciła się. Czołg skierował lufę w stronę willi.

– Na ziem...! – krzyknął Noire.

Jego krzyk zniknął w hałasie wystrzału. Pocisk z czołgowej armaty uderzył w ścianę willi. Podmuch rzucił Noire o ścianę. Major stracił przytomność...

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 13 : 23 Przedmieścia Lome. Główna baza armii Togo.

Gwałtowny huk wstrząsnął budynkiem sztabu. Ziemia zadrżała. Podmuch uderzył w ściany budynku. Popękane szyby wyleciały z okien. Ze ścian spadły dwa obrazy i roztrzaskały się na podłodze. Generał Renegaud poderwał się na nogi. Usłyszał świst nadlatujących pocisków moździerzowych. Kilkanaście detonacji na terenie bazy spowodowało panikę. Przerażeni żołnierze wybiegli z budynków. Niektórzy byli bez broni. Kolejna salwa z moździerzy spadła na teren bazy. Jeden z pocisków trafił w grupę żołnierzy. Kolejny uderzył w magazyn, który zaczął płonąć. Następny pocisk rozerwał ciężarówkę, która stała pod dachem z falistej blachy. Jej wybuch spowodował detonację kilku kolejnych pojazdów. Kolejna salwa pocisków moździerzowych uderzyła w lotnisko. Wyleciał w powietrze stojący na pasie startowym ostatni śmigłowiec Alouette III. Zapalił się jeden z czterech odrzutowców Aermacchi. Zawalił się metalowy hangar. Pocisk moździerzowy oderwał skrzydło od starego samolotu transportowego. Lotnisko utonęło w gęstym dymie.

Przed głównym wejściem do bazy pojawili się żołnierze. Mieli na sobie spodnie moro, zielone kamizelki i czerwone opaski na szyjach. Zaczęli ostrzeliwać bazę z karabinów i z ręcznych granatników RPG – 7. W bazie dalej szalała panika. Oficerowie usiłowali doprowadzić żołnierzy do porządku. Udało im się to. Żołnierze zaczęli się bronić. Ze znajdujących się na końcu bazy koszar wybiegła zorganizowana grupa żołnierzy. Dowodził nią młody oficer. Była to część Trzeciego Regimentu. Żołnierze ruszyli w kierunku garaży ze sprzętem bojowym. Pozostali zaczęli strzelać do napastników z okien budynków. Atakujący rebelianci zaczęli ponosić straty. Ich ogień był jednak z każdą chwilą silniejszy. Salwa z granatników RPG – 7 wyrwała kilka dziur w murze i budynkach. Zginęli trzej żołnierze w wartowni. W bazie wyleciała w powietrze kolejna ciężarówka. Zaraz za nią wybuchły dwie następne. Kolejna salwa z moździerzy uderzyła w budynki. Zewsząd dochodziły krzyki rannych. W wielu miejscach leżały ciała zabitych żołnierzy. Płonęło kilkanaście budynków. Jasnym ogniem paliły się magazyny. Gryzący dym zasnuwał okolicę. Generał Renegaud przemieszczał się po pokoju na czworakach. Trzymał w ręku odbezpieczony pistolet. Przeczołgał się przez drzwi. Doszedł do schodów. Zszedł nimi piętro niżej i znalazł się przy wejściu do sztabu. W tym momencie kolejny RPG – 7 uderzył w to pomieszczenie. Podmuch rzucił generała o ścianę. Wyrwane z ram drzwi ominęły głowę Renegauda o kilka centymetrów. Generał ocknął się po chwili. Rozejrzał się dookoła. W pomieszczeniu sztabowym leżało kilkunastu pokrwawionych ludzi. Wszyscy nie żyli. Pourywane ręce i nogi walały się po podłodze. Gryzący dym sączył się z płonących radiostacji i przewodów elektrycznych. Maleńkie ogniki coraz śmielej lizały osmalone ściany. Generał wstał i zbiegł po schodach na parter budynku. Huk wystrzałów był nie do zniesienia. Na parterze broniło się kilku żołnierzy pod dowództwem podoficera. Jeden z nich padł na podłogę, przecięty celną serią z karabinu maszynowego.

Trzeci Regiment armii Togo przeszedł do kontrataku. Z południowej części bazy wyjechały cztery pojazdy bojowe Panhard. Towarzyszyło im czterdziestu piechurów. Grupa skierowała się w stronę głównej bramy.

Pułkownik Agawe dowodził atakiem na bazę wojsk rządowych. Obserwował bitwę, ukryty w swoim sztabowym BTR –152. Ulokował się ze swoim oddziałem za lotniskiem. Agawe był ulubionym oficerem samozwańczego generała Neghru. Był jego prawą ręką.

Joseph Agawe był szczupłym i dziarskim mężczyzną w sile wieku. Słynął z bezlitosnego okrucieństwa. Pułkownik był zadowolony z przebiegu bitwy. Jego żołnierze spisywali się na medal. Baza wroga płonęła jak pochodnia. Pułkownik podniósł do rąk krótkofalówkę.

– Ruszajcie – powiedział krótko i znów przysunął oczy do peryskopu pojazdu.

Na drogę wyjechał ciężki sprzęt rebeliantów. Prowadziły dwa lekkie czołgi PT – 76. Za nimi sunęły ciężkie czołgi T – 55. Kolumnę zamykało pięć transporterów opancerzonych BMP – 1. Pojazdom towarzyszyło osiemdziesięciu żołnierzy piechoty. Żołnierze Trzeciego Regimentu wojsk rządowych odbili bramę z rąk atakujących rebeliantów. Celnym ogniem zmasakrowali grupę rebeliantów przy bramie bazy. Działa i karabiny maszynowe Panhardów oczyściły teren przed bazą. Ogień piechoty dopełnił dzieła zniszczenia. Trzeci Regiment nacierał dalej. Oddział wyjechał na drogę i skierował się w kierunku grupy pancernej rebeliantów. Cztery Panhardy otworzyły ogień w kierunku pojazdów pancernych przeciwnika. Strzelały celnie. Dwa lekkie czołgi PT – 76 zamieniły się w dymiącą kupę złomu. Grupa rebeliantów zatrzymała się. Panhardy strzelały dalej. Trafiły transporter BMP – 1. Pojazd dostał w wieżę i zaczął płonąć. Znajdujący się w jego wnętrzu rebelianci nie mogli otworzyć tylnych drzwi. Wszyscy spłonęli żywcem. Piechurzy Trzeciego Regimentu także nie próżnowali. Salwy ich karabinów zdziesiątkowały piechotę rebeliantów. Ciężkie czołgi przechyliły szalę zwycięstwa. Należące do rebeliantów T – 55 zniszczyły ogniem z dział wszystkie Panhardy. Ostatni z nich zdołał jeszcze ciężko uszkodzić jeden atakujący czołg, nim sam wyleciał w powietrze. Czołgi i pozostałe BMP – 1 ruszyły w stronę bazy. Żołnierze Trzeciego Regimentu zaczęli się wycofywać. Rebelianci rzucili do ataku większość sił. Na bazę spadły kolejne salwy z moździerzy. Kilkanaście pojazdów pancernych przeciwnika wjechało na lotnisko. Przed bramą bazy pojawiły się czołgi.

Generał Renegaud stał jak oniemiały wśród broniących budynku żołnierzy. Stracił jakąkolwiek możliwość dowodzenia. Stał oparty o ścianę i widział jak przez mgłę. Wybuch pocisku zmasakrował połowę walczących w pomieszczeniu żołnierzy. Generał patrzył, jak do środka pomieszczenia wbiegło kilkunastu rebeliantów. Strzelali, a potem pocięli maczetami pozostałych przy życiu obrońców. Jeden z rebeliantów podbiegł do generała i z całej siły uderzył go kolbą karabinu w głowę. Renegaud osunął się nieprzytomny na ziemię.

Setki rebeliantów wdarły się na teren bazy. Rozpoczęła się rzeź.

Pół godziny później główną bramę bazy przekroczył BTR –152 z pułkownikiem Agawe w środku. Baza płonęła. Wszędzie leżały pocięte maczetami ciała zabitych żołnierzy armii rządowej. Poodcinane ręce i nogi oraz pokrwawione części umundurowania pokrywały podłogi wszystkich zabudowań. Czuć było smród płonącego paliwa i palącej się gumy z płonących opon. Do tego dochodził mdły zapach ludzkiej krwi. Rebelianci nie mieli litości dla jeńców i rannych. Nie mieli litości nawet dla zabitych.

Pułkownik Agawe wysiadł z transportera. Rozejrzał się dookoła. Zapalił papierosa. Był dumny ze swoich żołnierzy. Właśnie odniósł pierwsze zwycięstwo w tej wojnie. W ciągu niespełna godziny zgładził połowę armii Togo i zniszczył jej główną bazę.

Minutę później z budynku fortu wyszło dwóch żołnierzy. Ciągnęli po ziemi nieprzytomnego człowieka. Zasalutowali, a potem rzucili go pod nogi pułkownikowi. Agawe uśmiechnął się bezczelnie. U jego stóp leżał nieprzytomny generał Renegaud.

Wtorek, 21 czerwiec, godzina 13 : 24 Willa wypoczynkowa prezydenta Togo w Ahepe.

Noire ocknął się. W pierwszym odruchu sprawdził, czy ma karabin. Chłodny dotyk stali uspokoił go. Otworzył oczy. Powoli doszedł do siebie. Nie słyszał nic, poza nieznośnym dzwonieniem. Wzrok przysłaniała mu mgła. Chwilę później obraz zaczął się zaostrzać.

Najpierw widział kontury. Potem jego oczom powoli ukazała się bliska przestrzeń. Po minucie wzrok wrócił do normalności.

Major zauważył, że w ścianie willi pojawiła się wielka dziura. Wszędzie walały się zerwane deski boazerii, oraz kawałki mebli. Majorowi wrócił słuch. Noire słyszał już wyraźnie strzały karabinu maszynowego z wartowni. Charakterystyczne terkotanie ręcznego karabinu maszynowego Minimi odróżniłby od jakiejkolwiek innej broni na świecie.

Chłopaki walczą – pomyślał.

Uniósł się lekko. Musiał pokonać potężny ból kręgosłupa. Spojrzał w przeciwną stronę salonu i oniemiał. Na podłodze leżały ciała prezydenta Richarda Harrare i jego żony. Noire poderwał się. Potknął się o leżącą na podłodze deskę. Przez chwilę znów zrobiło mu się czarno przed oczami. Dopadł do leżących na ziemi. Badał im oddech i puls. Na próżno. Odłamki czołgowego pocisku poszarpały ciało prezydenta i jego żony. Oboje nie żyli. Stojący przed willą czołg rebeliantów wystrzelił po raz drugi. Budynek zadrżał. Posypały się kolejne deski. Wyleciały ostatnie kawałki szyb z okien. Z piętra budynku doszedł krzyk młodej dziewczyny.

Amanda!

Noire poderwał się z ziemi. Rzucił się w kierunku schodów. Seria pocisków z karabinu maszynowego BRDM – 2 omiotła budynek. Kilkanaście kul wpadło przez wyrwane okna do środka. Rozbiły szklaną zastawę i rozerwały kilka doniczek z ozdobnymi roślinami.

Major wbiegł po schodach na górę. Przebiegł przez korytarz. Skręcił. Wpadł do pokoju, znajdującego się po prawej stronie korytarza. Przerażona Amanda kuliła się w rogu pomieszczenia. Zatkała sobie uszy i krzyczała na cały głos. Noire złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Dziewczyna potknęła się na schodach. Przeskakiwała po cztery stopnie, by nadążyć za Noire. W końcu stanęli na parterze. Amanda natychmiast znalazła się na podłodze, przyduszona do ziemi ramieniem Noire. Kolejne serie karabinu maszynowego z BRDM – 2 penetrowały budynek. Kiedy odgłos zatrzymywanych przez ściany kul przeniósł się bardziej na prawo, Noire poderwał się i pociągnął za sobą Amandę. Dobiegł do drzwi i puścił dziewczynę na chwilę. Sam przeładował broń. Amanda spojrzała na podłogę i oniemiała. Zauważyła ciała obojga rodziców. Leżeli w kałuży krwi. Myślała, że zemdleje. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Major potężnym kopnięciem otworzył drzwi. Pociągnął ją za sobą z taką siłą, że znów straciła równowagę. Biegli tak przez chwilę, aż dziewczyna nie mogła złapać oddechu. Major po chwili znów przydusił ją do ziemi. Sam przyklęknął i oparł karabin na biodrze.

Karabin maszynowy z wartowni dalej strzelał. Celną serią zmienił kolejnego pickupa rebeliantów płonącą trumnę. Rebelianci ponieśli dość poważne straty. W ataku na willę do tej pory zginęło ich co najmniej dwudziestu. Zaczęli być bardziej ostrożni.

Czołg wycelował w wartownię. Wystrzelił. Budyneczek przy bramie okrył się chmurą dymu. Minimi w wartowni zamilkł. Samochód pancerny BRDM – 2 ruszył całą mocą silnika do przodu. Silnik zawył. Z tyłu pojazdu pojawiła się chmura czarnego dymu. BRDM – 2 staranował bramę i powolutku wjechał na teren prezydenckiej willi. Zatrzymał się obok płonącej wartowni. Za nim wjechały do środka dwa wypełnione żołnierzami pickupy. Żołnierze Gwardii Prezydenckiej ani myśleli się poddać. Natychmiast padło kilkanaście strzałów z okna na parterze willi. Krwawa plama wykwitła na przedniej szybie jednego z pickupów. Gwardzista wyeliminował kierowcę. Rozpędzony samochód uderzył w stojące nieopodal drzewo. Z garażu wybiegł jeden z gwardzistów. Przekoziołkował po ziemi i celnie rzucił granatem w drugi samochód. Pickup wyleciał w powietrze. Wybuch rozrzucił wkoło płonące trupy jadących nim rebeliantów.

– Wycofujemy się! – krzyknął Noire – Do samochodów! Biegiem!

Poderwał się. Chwycił Amandę za rękę. Pobiegli w kierunku garażu. Z willi wybiegło dwóch gwardzistów. Trzeci wybiegł z garażu. Przed garażem stały dwa terenowe Daihatsu, używane przez ochronę do patrolowania i eskorty. Noire z Amandą podbiegli do pierwszego samochodu. Major pchnął dziewczynę na ziemię. Sam kolbą karabinu wybił boczną szybę. Nie było czasu na szukanie kluczy. Otworzył drzwi. Złapał i wepchnął dziewczynę do środka. Po chwili sam zajął miejsce za kierownicą. Oderwał ręką plastikową płytkę pod kierownicą. Wyrwał dwa przewody i złączył je. Silnik zapalił. Noire wrzucił wsteczny bieg. Z całej siły nacisnął pedał gazu. Zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej. Wybił kolbą karabinu szybę po prawej stronie. Wystawił przez okno lufę. Wystrzelił cały magazynek w kierunku kolejnego pickupa, który wjechał na teren posiadłości prezydenta. Huk wystrzałów zmieszał się z krzykiem dziewczyny z tylnego siedzenia. Trzej gwardziści wycofywali się w kierunku samochodu Noire. Stojący przy zniszczonej wartowni BRDM – 2 ruszył do przodu. Za nim na teren willi wtoczył się czołg. Pomni strat rebelianci kryli się za pojazdami pancernymi. Gwardziści byli już prawie przy samochodzie Noire, kiedy seria karabinu maszynowego przecięła jednego z nich. Gwardzista krzyknął, upuścił broń i upadł na ziemię. Pozostali ruszyli biegiem w kierunku samochodu majora. Czołg rebeliantów otworzył ogień. Trafił w drugą terenówkę Daihatsu. Samochód rozpadł się na kilka tysięcy odłamków. Gwardziści dobiegli do samochodu Noire.

– Kofi! Zajmuj miejsce obok! – krzyknął Noire – Zola! Pospiesz się!

– Ja pakuję się na bok! – krzyknął Zola i stanął na progu samochodu po stronie kierowcy.

Lewą ręką objął słupek samochodu, a prawą z karabinem skierował w kierunku pojazdów wroga. Noire z całej siły nacisnął pedał gazu. Napęd na cztery koła wyrwał całe połacie trawy i ziemi. Samochód ruszył w kierunku lasu. Rebelianci zajęli prezydencką willę. Kolejny ich oddział zbliżał się do garaży. Dwa pickupy ruszyły w pogoń za uciekającym Daihatsu.

– Mamy towarzystwo! – krzyknął Zola.

Noire spojrzał w lusterko. Zola wycelował broń w kierunku ścigającego ich pojazdu. Pościg zbliżał się z każdą chwilą. Biała Toyota wysforowała do przodu. Kierowca bezlitośnie docisnął pedał gazu i zrównał go z linią podłogi. To samo zrobił major Noire w uciekającym Daihatsu.

– Trzymajcie się! – krzyknął – Zola! Uważaj!

Stojący na progu Zola skulił się. Z całej siły objął ramieniem słupek samochodu. Rozpędzony Daihatsu staranował ogrodzenie prezydenckiej posiadłości. Toyota rebeliantów była coraz bliżej. Noire spojrzał przed siebie. Od lasu dzieliło ich pół kilometra drogi. Obydwa samochody pędziły po łące, porośniętej wysoką trawą. Dzieliło je nie więcej, jak sto metrów odległości. Strzelec karabinu maszynowego z Toyoty zaczął strzelać. Obydwaj gwardziści odpowiedzieli ogniem. Lata wyszkolenia dały o sobie znać. Pociski gwardzistów podziurawiły przednią szybę Toyoty. Ranny kierowca stracił panowanie nad pojazdem. Toyota zatoczyła ostre koło i przewróciła się na lewy bok. Dwie tony stali przygniotły obsługującego karabin maszynowy strzelca i rebeliantów w kabinie.

Daihatsu prowadzony przez Noire zbliżał się do lasu. Major wyhamował przed samą linią drzew. Wyciągnął Amandę z samochodu i pobiegł przodem. Kofi i Zola ubezpieczali tyły. Kofi wystrzelił trzy pociski w bak Daihatsu. Samochód wyleciał w powietrze. Gwardziści i Amanda Harrare wtopili się w zieleń lasu.