31 osób interesuje się tą książką

Opis

Ta książka może dodać otuchy, a czasem nawet i rozbawić. Jeśli się wahasz – wskaże właściwy kierunek. Jeśli się boisz – natchnie odwagą. Jeśli zbytnio przejmujesz – podpowie, co jest naprawdę ważne, a co niewarte ani chwili twojej uwagi.

Wszyscy jesteśmy uczniami w szkole życia i choć zwykle nie brak nam dobrych chęci – niektóre lekcje okazują się dla nas za trudne. Część z nich przegapiamy lub ignorujemy. Inne niewłaściwie interpretujemy. W efekcie cierpimy, błądzimy lub powtarzamy wciąż te same błędy. A przecież życie chce od nas tylko jednego: byśmy je pokochali – takim, jakie jest. I byśmy przeżyli je najlepiej, jak tylko potrafimy.

Psycholożka Katarzyna Miller wspólnie z dziennikarką Joanną Olekszyk w 24 rozmowach-lekcjach poruszają tematy bliskie każdemu z nas: problem z poczuciem własnej wartości, samotność w związku, lęk przed bliskością, sztywność w relacjach, nieumiejętność wyznaczania granic, głód akceptacji, bolesne dzieciństwo czy dawne urazy. Tłumaczą, skąd się wzięły i jaką rolę mają do odegrania. Radzą, by spojrzeć na nie w nowy sposób i włożyć trochę wysiłku w zmianę swojego myślenia (pomogą w tym praktyczne ćwiczenia pod koniec każdego rozdziału).

Ostatecznie to tylko od ciebie zależy, jakie będziesz mieć życie. A może być naprawdę cudowne!

Katarzyna Miller

Psycholożka, psychoterapeutka, filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej. Wykładowczyni na licznych warsztatach rozwojowych dla kobiet. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, m.in. Instrukcja obsługi toksycznych ludzi, Życie jest fajne, Instrukcja Obsługi kobiety, Kup kochance męża kwiaty, Nie bój się życia, Chcę być kochana tak jak chcę, Instrukcja obsługi faceta, SeksownikZrób to kochanie i wielu innych (Wydawnictwo Zwierciadło). Na stałe związana z magazynem Zwierciadło.

Joanna Olekszyk

Dziennikarka, redaktor naczelna miesięcznika SENS. Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa UW.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.,Warszawa 2020 Text © copyright by Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk 2020
Korekty: Melanż
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®
Ilustracja na okładce: Mirosława Szawińska
Skład i łamanie: Plupart
Redaktor inicjujący: Magdalena Chorębała
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
ISBN: 978-83-8132-141-9
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.: ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa: tel. (22) 312 37 12:
Dział handlowy:[email protected]
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Konwersja:eLitera s.c.

LEKCJEDOROSŁOŚCI

PODZIĘKUJ RODZICOM

Za życie, za opiekę, za to, kim jesteś. Ale nie dziękuj za to, co było złe, to przepracuj w samotności lub na terapii. Podziękuj rodzicom też w tym sensie, że zwolnij ich z zajmowania się twoim życiem. Bo to już twoje zadanie.

Joasia: Wszyscy chcemy mieć dobre życie, czyli dostatek, spokój i taki rodzaj pewności, że dajemy radę. Że mamy przed sobą jakieś perspektywy, spełniamy swoje marzenia. I zwykle bardzo dużo wysiłku wkładamy w to, by takie życie sobie zbudować...

Kasia: ...a potem nam wybija szambo. Tak strasznie się napracowaliśmy i miało być nam tak dobrze, a nie jest. I o tym mówi jedna z pierwszych życiowych lekcji: „Jeśli chcesz mieć dobre życie, to ono musi być naprawdę twoje”. W tym sensie, że masz przestać się wiecznie oglądać na innych, a zwłaszcza na rodziców. Przestać patrzeć na nich jako na wzorzec albo jako na antywzorzec. Jeżeli dorastając w rodzinnym domu, mówimy sobie: „U mnie nigdy tak nie będzie”, to jest to nieprawda, bo na pewno czasem będzie. Prędzej czy później, w sposób osmotyczny, nauczymy się krzyczeć albo zamiatać problemy pod dywan, kłócić się lub chować urazę, o wszystko się obwiniać bądź robić wyrzuty innym albo za dużo sprzątać, albo nic w domu nie robić. Zdarzyło ci się przyłapać na tym, że to, czego tak nie lubiłaś u swoich rodziców, nagle staje się twoim nawykiem i na przykład czepiasz się partnera o głupoty czy straszysz swoje dzieci?

Zdarzyło mi się nawet przyłapać siebie na tym, że wypowiadam dokładnie takie same słowa jak oni...

No właśnie, to są wszystko odpryski naszego domu rodzinnego, który był, jaki był, i inny nie będzie. I to też trzeba sobie powiedzieć. Po to, by to zaakceptować i w jak najbardziej dorosły i mądry sposób z tym się pożegnać.

Kiedy jest ten najwłaściwszy moment, by się „odpępowić” od rodziców?

Trudno powiedzieć. Są osoby, które mówią: „Wiedziałem, że po maturze muszę się wyprowadzić, nie wiedziałem jeszcze dokąd, ale wiedziałem, że już nie mogę mieszkać z rodzicami”. Można powiedzieć, że to są ludzie, którzy mają dobrą intuicję, a matura rzeczywiście jest dość naturalną cezurą dorosłości, wcześniej raczej trudno jest się usamodzielnić, a przede wszystkim wyprowadzić, dlatego przeważnie do osiemnastki siedzimy w rodzinnych domach. Potem zwykle wyjeżdżamy albo za nauką, albo za pracą. Człowiek wtedy już coś zarabia, dorabia, ma stypendium – uczy się gospodarować pieniędzmi. Ma też własny kąt, wynajmowany wspólnie z kolegami, koleżankami lub narzeczonym – uczy się prowadzić dom. Podejmuje pierwsze samodzielne decyzje dotyczące własnego życia. To wielki test na dojrzałość i samodzielność. Jeśli przegapimy ten moment, to wciąż będziemy ciągnąć za sobą ogon, przez który nie mogą się za nami zamknąć drzwi dzieciństwa. Bo tatuś sobie życzył, żebym poszła na prawo, a mamusia chciała, żebym znalazła sobie porządnego chłopaka. A potem dopytują: „Kiedy dzieci?” albo: „Jak ty możesz mieszkać tak długo sama?”. Krytykują, jak urządziłaś mieszkanie i albo ci w nim wciąż sprzątają, albo kupują coś, czego ich zdaniem koniecznie potrzebujesz. Kwestia pieniędzy to jest w ogóle dobry sposób, by przycapić dzieci. W Polsce bardzo popularny. A to kupi się im mieszkanie, a to się dołoży do samochodu, a to coś drogiego sprezentuje – takie obdarowywane dziecko jest zobowiązane robić to, czego chcą rodzice. Bo skoro kupili, to mogą rozliczać.

To co robić: odmawiać takich prezentów?

Dzieciom się wydaje, że będzie im łatwiej, jeśli dostaną. Otóż będzie tylko trudniej. Będą się musiały ciągle z czegoś tłumaczyć i być w pogotowiu, bo a nuż mama przyjedzie i sprawdzi. A jak wydałaś nie na to, na co ona chciała? Troszkę prościej dostawać pieniądze w prezencie np. na urodziny, bo wtedy możesz już z tym prezentem zrobić, co chcesz. Chyba że to są duże pieniądze i tylko „przemycone” jako urodzinowy prezent – wtedy to znów jest próba uwiązania ciebie.

Rodzice zwykle reagują źle na odmowę wzięcia pieniędzy: „A komu mamy dać, jeśli nie tobie? Jesteś naszą córeczką”.

Wtedy trzeba im powiedzieć: „Ja wam serdecznie dziękuję za wasze dobre chęci, jesteście kochani, że chcecie mi dać pieniądze, ale bardzo was proszę, żebyście wierzyli we mnie, że ja sobie poradzę. I żebyście skorzystali z tych pieniędzy sami, bo wam się to należy po tylu latach starania się o to, bym miała dobre życie”. Rodzicom też trzeba robić prezenty, może niekoniecznie w postaci pieniędzy, ale dawać im kwiaty, czekoladki i jak najczęściej im dziękować. Ja mam w ogóle taką strategię postępowania wobec rodziców, którzy próbują dziecko jak najdłużej przy sobie utrzymać, by się z nimi nie kłócić i nie obrażać się na nich, tylko im dziękować.

Nawet jeśli nie do końca się spisali w swojej roli?

Jeśli mieliśmy z nimi dużo nieprzyjemnych przejść, to trzeba z tą przeszłością najpierw się rozliczyć. Na terapii. Nie osobiście, wymawiając im, jak to cię mocno skrzywdzili. Chyba że były to krzywdy oczywiste, jak tatuś, który się znęcał psychicznie w dzieciństwie, a teraz udaje, że tego nie było. Albo matka, która lała sznurem od żelazka. Wtedy należy to ujawnić. Dziecko musi zawalczyć o swoją godność, o szacunek dla siebie. Nie można przez całe życie połykać żaby i udawać, że była smaczna. Nie można też dziękować za zło. Dopiero kiedy to zło nazwiemy, ustalimy, kto za nie był odpowiedzialny i czy na pewno było tak wielkie, jak nam się wydaje, możemy zobaczyć też dobro.

Czasem dorosłe dzieci, w nieświadomym lub świadomym odwecie za pełne zakazów dzieciństwo, zaczynają się wtrącać w życie rodziców.

Ja nazywam to zemstą młodych. Takie gadanie: „A byście gdzieś wreszcie wyjechali..., a byście się rozwiedli, jeśli się ciągle kłócicie..., a byście już sprzedali ten dom..., a byście babcię oddali do domu starców”. Dzieci też często chcą się wtrącać i na siłę uszczęśliwiać rodziców. Zwykle kończy się to tak samo jak próby ich uszczęśliwiania przez rodziców w młodości. Skoro nie chcemy, by rodzice mówili nam, co mamy robić, nie rządźmy się w ich życiu. Nie jestem też zwolenniczką wyjeżdżania z rodzicami na wakacje, takiego właśnie uszczęśliwiania ich na zasadzie: „Mama zawsze chciała jechać na Kretę, to kupię wycieczkę i obie pojedziemy”. I potem taki wyjazd okazuje się koszmarem, bo mamie jest a to za gorąco, a to za drogo, a to jedzenie niedobre. Nie należy spełniać marzeń innych na naszych warunkach. Jeśli mama bardzo chce z tobą gdzieś pojechać, a do tego lubicie się i dobrze dogadujecie, to jedźcie, jak najbardziej. Mówię o mamusiach, które są nieszczęśliwe i cokolwiek byś zrobiła, to ich nie uszczęśliwisz. Jeśli chcesz, zafunduj jej wyjazd z tatą i niech sami zdecydują, dokąd chcą pojechać.

A co z klasycznymi niedzielnymi obiadami – nie zawsze mamy na nie ochotę, ale boimy się odmówić.

Może to niektórych zdziwi lub zaszokuje, ale uważam też, że po uzyskaniu dorosłości nie trzeba się zbyt często spotykać z rodzicami, chyba że ich jest łatwo kochać i że mamy z nimi naprawdę fajną, bliską i dobrą relację. Ale kiedy są marudni i wiecznie niezadowoleni, kiedy lubią nam wytykać ciągle te same winy i błędy, krytykować nas, wciągać w swoje rozgrywki – ograniczmy kontakty. Najlepiej wpadać do domu raz na jakiś czas, na kawkę i z kwiatkiem. I jak najczęściej mówić, że jesteśmy im wdzięczni; że to, jacy jesteśmy, co im zawdzięczamy. Co nam szkodzi tak powiedzieć? Nic na tym nie tracimy, a oni nareszcie mogą być spokojni i dumni, że dziecko zmądrzało i wreszcie doceniło ich trud. Rodzicom ostatecznie naprawdę tylko o to chodzi: chcą wiedzieć, że zrobili, co mogli, i że ich dziecko sobie radzi.

Że byli dobrymi rodzicami.

I jeszcze pamiętajmy, by jak najczęściej wysyłać kartki z wakacji, na urodziny, imieniny lub bez okazji (nie SMS-a, tylko kartkę napisaną ręcznie) – to dowodzi, że o nich pamiętamy, szanujemy ich, a jednocześnie zwalnia z częstego bywania u nich. Nie mówmy im wszystkiego, nie zwierzajmy się z naszych problemów: w pracy, w domu czy z dziećmi. Rodzice to jednak nie nasi przyjaciele. Można się z nimi nauczyć fajnie żyć, ale to zawsze będą rodzice, którzy zanadto się martwią i nie wszystko o tobie wiedzą, mają swoje uprzedzenia i inne zdanie. W Polsce wiecznie się podkreśla rolę rodziny, że taka szalenie istotna. A już najgorsze jest takie wychowanie na zasadzie „nikogo do domu nie zapraszamy i do nikogo nie chodzimy” czy „świat jest zły i może cię skrzywdzić, tylko rodziny możesz być pewien”. Tymczasem rodzina bywa też źródłem patologii. Ja to szybko zrozumiałam i postanowiłam sobie sama wybrać rodzinę spośród ludzi, których spotykałam. Raz mi to wychodziło lepiej, raz gorzej, ale wiele domów moich przyjaciół stało się moimi zastępczymi domami. Dlatego rozglądajmy się po świecie, po ludziach i różnych domach. I bierzmy z tego, inspirujmy się.

Po czym poznać, że potrzebuję oddzielić się od rodziców? Że jeszcze tego nie zrobiłam?

Na przykład po tym, że opowiadasz przyjaciółce czy partnerowi: „Matka zadzwoniła i oczywiście po pięciu minutach byłam już wściekła”. Odkładasz słuchawkę i przez pół dnia cię nosi. Znowu ci nagadała, znowu ci nie uwierzyła, znowu potraktowała cię jak smarkulę. A do tego jeszcze jutro musisz do niej zadzwonić. Bo gdy nie zadzwonisz, to powie: „Przecież miałaś wczoraj zadzwonić, czemu nie zadzwoniłaś?”. Cały czas w waszej relacji jest takie wylewanie pretensji. Masz męża, dzieci, jesteś kierowniczką działu w pracy, a tu nagle zachowujesz się jak nastolatka, która trzaska drzwiami i krzyczy na matkę, że jej nienawidzi. Mentalnie wracasz do dziecięcego pokoju.

Co jeśli wiem, że powinnam wyznaczyć jej granice, ale boję się, że to obudzi w niej opór?

Nie będzie oporu, jeśli postawisz na szacunek i wdzięczność. Jeżeli zwykle dzwonisz do mamusi i mówisz, że wszystko jest do dupy, to ona ma poczucie, że coś musi zrobić: albo się martwić, albo coś doradzać, a poza tym czuje, że jej misja jeszcze nie jest skończona. A jeśli będziesz powtarzać, że wszystko u ciebie w porządku, że radzisz sobie, raz lepiej, raz gorzej, ale radzisz – to ona będzie miała poczucie, że tego cię właśnie nauczyła: bycia dobrą żoną, matką, szefową, rozwiązywania swoich problemów. Jako dodatek możesz od czasu do czasu poprosić, by zdradziła ci przepis na te pyszne racuszki, co kiedyś je robiła. Uszczęśliwisz ją tym. I siebie przy okazji – racuszkami.

Może się zdarzyć, że kiedy tak jasno zaczniemy wyznaczać granice, jakiś głos w środku powie nam, że jesteśmy wyrodnymi dziećmi.

Nic dziwnego, skoro rodzice nam powtarzali, że kiedy żyjemy swoim życiem, to jesteśmy niewdzięczni. W ten sposób zrobili nam krzywdę, bo wychowywali nas dla siebie, nie dla nas samych. Nadal słychać w niektórych domach to straszne powiedzenie: „Mam dziecko, na starość nie będę sama”, a bzdura, takie dziecko, daj Boże, na starość wyjedzie do Anglii lub do Peru, żeby być jak najdalej.

Albo inny stereotyp, że dziecko jest moją wizytówką, czymś, czym mogę się pochwalić. Że ma dobrą pracę albo ładne dzieci, a jeśli nie ma, to mam pretensje, że robi mi to na złość. Uwolnijmy się od takich stereotypów i uwolnijmy się od takich rodziców. Oni są z innego pokolenia, z innego kawałka życia, od czasów ich młodości wiele się zmieniło, a poza tym sami od tego czasu wiele zapomnieli, bo gdyby nie zapomnieli, to byliby inni.

Poza tym oni też musieli na nas odreagować po swoich rodzicach.

Dlatego ktoś w końcu musi przerwać tę sztafetę. Powiedzieć: „Wystarczy, nie będziemy powtarzali w nieskończoność tych samych pierdół”. I to możesz być ty. Możesz im powiedzieć: „Będę żyła tak, jak chcę, i dziękuję wam serdecznie za życie i za to, że daliście mi tyle, ile mogliście”. I już. Dobrze też spojrzeć na nich jako na ludzi z określoną historią życia, z pewnymi deficytami z dzieciństwa i wyzwaniami dorosłości.

Mnie w zrozumieniu mamy i taty i pogodzeniu się z tym, jacy byli, pomogło to, że podczas nauki zawodu robiliśmy diagnozy psychologiczne naszym rodzicom. To była cudowna rzecz. Widzisz, w jakich czasach przyszli na świat, jak ich wychowywano, i od razu zaczynasz postrzegać rzeczy z właściwej perspektywy. A nie tylko jako twoją osobistą krzywdę. I pomagajmy sobie w związku lub małżeństwie z odcinaniem tej pępowiny.

O tak, to bardzo ważne!

Jeżeli twój mąż mówi do ciebie: „Pogadam z twoją mamą, bo ona mnie lubi, powiem jej to, czego ty nie możesz jej powiedzieć” – to podziękuj mu za to, nie krzycz: „No i znowu jej się podliżesz”. Jeśli twoja dziewczyna mówi: „Raz na jakiś czas przyjdź do mojej matki, bo ona się czuje urażona”, powiedz: „Dobrze, a ty raz na jakiś czas zrobisz dla mnie coś innego, co jest dla ciebie trudne, a na czym mnie zależy”. Załatwiajmy to w ten sposób. Jeżeli ona kocha swoją matkę, a ty jej nie znosisz, ale jej to nie przeszkadza i mówi „OK, nie musimy jej dziś zapraszać”, to jej powiedz: „Jesteś kochana”. Jeżeli on sobie nie radzi ze swoją matką, co jest bardzo częste, i leci do niej, gdy tylko ona zawoła, to zrozum i powiedz: „Bardzo ci współczuję, jeśli uważasz, że musisz, to pędź”. Ale masz też prawo powiedzieć: „Nie chcę do niej jeździć co niedziela, lecz od czasu do czasu mogę dla ciebie pojawić się na obiedzie”. Pamiętaj, jak najkrótsze spotkania. Kwiaty, kawa i wychodzisz, póki jest miło.

No i koniecznie powiedz teściowej: „Dziękuję ci za twojego syna, bo gdyby nie ty, nie byłby taki, jaki jest, a takiego go właśnie kocham”. Jeśli nawet bardzo nielubianej teściowej to powiesz, od razu zamykasz jej usta. A mówisz najczystszą prawdę.

Czyli trzeba wyjść z pozycji dziecka i rozmawiać w rodzicami jak dorosły z dorosłym?

Im więcej bierzemy od rodziców, na im więcej rzeczy liczymy, im bardziej uważamy, że powinni nam coś dawać, bo wcześniej nie dali – tym bardziej jesteśmy uwikłani w swoją krzywdę. I tym bardziej jesteśmy później niezadowoleni z siebie. Gdy jesteśmy dorośli, stać nas na to, by zdać sobie sprawę z tego, że nasi rodzice dali nam to, co mogli, a tego, czego nie mogli, to nam nie dali. Ale bardzo się starali. Bo wszyscy się starają, oprócz skrajnie patologicznych przypadków. I trzeba to docenić. Wiadomo, że sobie zawdzięczasz najwięcej, ale im też. Dlatego kiedy im podziękujesz, będą mogli odetchnąć i zająć się wreszcie swoim życiem. Przestaną się ciebie czepiać, a może nawet „zgłupieją”. „Co się temu dziecku stało? Jako kilkulatek marudziło, jako nastolatek krzyczało, a teraz nam wiecznie dziękuje”.

Praca domowa

Przez kilka wieczorów czy poranków usiądź w spokoju i napisz do taty i mamy list pod tytułem: „Za to wam dziękuję, a o to mam do was żal”. Zobacz, ile było jednych, a ile drugich rzeczy, trochę sobie powspominaj, może nawet trochę popłacz, poprzeżywaj, że pewne rzeczy już nie wrócą, a nawet zdaj sobie sprawę z tego, że jeśli rodzic nie powiedział ci, że jest z ciebie dumny do tej pory, to pewnie już ci nie powie (ale może powie ci to kto inny). No, chyba że go zaskoczysz i staniesz mocno na własnych nogach – to wzbudza we wszystkich szacunek, także w rodzicach.

Wracaj do tego listu parokrotnie, coś dopisuj, coś zmieniaj, może za jakiś czas już będzie inaczej i będziesz musiała lub mogła napisać inny list. Nie wysyłaj go. Może za jakiś czas napiszesz do rodziców list, w którym podziękujesz im i go wyślesz. Ale pamiętaj, żale wylej w samotności lub u terapeuty, rodzicom ofiaruj tylko podziękowania.

ZAOPIEKUJ SIĘDZIECKIEM W SOBIE

Niezależnie od tego, czy masz dzieci, czy nie – jesteś rodzicem. Mieszka w tobie bowiem mały człowiek, który odzwierciedla wszystkie twoje marzenia, uczucia i tęsknoty. Twoje Wewnętrzne Dziecko potrzebuje opieki, miłości i akceptacji, ale też określonych granic i obowiązków. Inaczej się zbuntuje lub zamknie w sobie. Tym samym odetnie cię od twojej najgłębszej i najbardziej instynktownej natury.

Ludzie różnią się między sobą na wielu poziomach. Wyglądem, charakterem, płcią, wrażliwością, gustem, statusem... Czy odróżnia nas także dziecko, jakie mamy w sobie?

Ja na przykład mam w sobie dużo beztroskiego, chcącego się bawić i łaknącego przyjemności dziecka. Powiedziałabym nawet, że taki ciągły bachor jestem. Niektórzy mają w sobie dziecko zahukane, nieszczęśliwe, zakute w dyby, stłumione albo wytresowane. Inni przeciwnie – rozhulane, rozkrzyczane, niszczące innych. Jeszcze inni – pogodne, wesołe, grzeczne, ciepłe i egoistyczne w ten cudowny i naturalny sposób, czyli wynikający z tego, że siebie zna oraz siebie czuje i po prostu chce, żeby mu było fajnie.

Od czego zależy, jakie dziecko w sobie nosimy?

To, co się dzieje z naszym Wewnętrznym Dzieckiem, zawsze jest odbiciem tego, co się dzieje z dzieckiem prawdziwym, które przyszło na świat, czyli z nami w dzieciństwie. Jeśli dziecko dało się w dzieciństwie zasmucić, to jego Dziecko będzie smutne, jeśli się dało przestraszyć – będzie przestraszone. Wszyscy przychodzimy na świat z naturalnym, niewinnym dzieckiem w sobie. I ono żyje w nas cały czas, niestety, przeważnie w nieco odmienionej postaci.

Dlaczego?

Ano dlatego, że w wyniku wychowania i socjalizacji to realne, prawdziwe dziecko zostaje zarzucone tym wszystkim, czego się od nas wymaga, tymi nieustannymi „należy” i „nie wypada”. Słyszy je w domu, w szkole, na podwórku. A ponieważ jest tylko dzieckiem, ulega im i zaczyna się dostosowywać, stopniowo zmieniając swoją prawdziwą naturę. Już bardzo małe dziecko dokładnie wie, czego inni, a zwłaszcza rodzice, od niego chcą. Nawet jeśli mu tego nie mówią wprost. A zwykle chcą, by było inne, niż jest. Na przykład dziecko – to prawdziwe – dużo biega, bo jest motoryczne, ale jego rodzice, którzy są z natury flegmatyczni, tego nie znoszą. Mówią: „Nie biegaj, denerwujesz mnie, posiedź trochę spokojnie”. I ono się powstrzymuje przed aktywnością, a często nawet z tego powodu popada w apatię. Zamraża siebie i zamraża to energiczne dziecko w sobie, z jakim się urodziło. Ludzie czasem przypominają sobie po latach: „Przecież ja malowałam, tańczyłam, śpiewałam, a na podwórku robiłam z dziećmi teatr. A teraz? Gdzie się podziała tamta dziewczynka?”. Ona tam cały czas jest!

Kiedy nasze Wewnętrzne Dziecko nas o coś prosi czy coś nam przypomina – to chyba dobry znak? Że mamy z nim kontakt.

Kiedy Wewnętrzne Dziecko nie jest słuchane i szanowane, potrafi przypomnieć o swoim istnieniu. Dzieje się to na przykład wtedy, gdy o uwagę domaga się nasz organizm. Kiedy zaczynamy chorować, to tak naprawdę choruje nasze Dziecko. Jest nieszczęśliwe, niewysłuchane, niewypłakane, nierozumiane – więc choruje.

Wewnętrzne Dziecko to nasza najczystsza natura, nawet nie charakter, tylko coś głęboko pod nim. Charakter to coś, co się wykształca w nas przez lata. Składa się z rzeczy, na które człowiek się zgodził i które w sobie wybudował. Natomiast Dziecko to instynkt, to uczucia. Jeśli odzywa się w nas po latach dojmująca tęsknota za czymś, co dawno temu utraciliśmy, taki mocny emocjonalny ból oraz poczucie, że niczego nie osiągnęliśmy i wszystko jest bez sensu – to też znak, że woła do nas Wewnętrzne Dziecko. Bo ono zawsze wyraża najgłębsze uczucia i marzenia.

Czyli warto go słuchać.

Słuchać i nigdy go nie opuszczać. W pewnym starym francuskim filmie syn fabrykanta gwoździ marzy, by wyjechać do Paryża i studiować malarstwo. Ale słyszy od ojca: „Nie ma mowy, przejmujesz fabrykę gwoździ”. I syn poddaje się, robi to, czego od niego oczekuje ojciec. Kiedy jednak kilkanaście lat później dorasta jego syn, daje mu pieniądze i wysyła go do Paryża. Na co syn z płaczem: „Ale ja chcę prowadzić fabrykę gwoździ”. To świetny przykład na to, jak rodzice znają swoje dzieci. Dorosły syn chciał być dobry dla swojego Wewnętrznego Dziecka i na siłę chciał uszczęśliwić własnego syna. A przecież mógł sam pojechać do Paryża, gdy jego ojciec umarł. Tylko on z siebie zrezygnował, jego Wewnętrzne Dziecko już nie miało na to odwagi.

Bardzo dużo ludzi samych siebie opuszcza. Gdy są młodzi, obiecują sobie, czego to nie będą robić, kiedy dorosną, a potem? Żyją tam, gdzie nigdy nie chcieli mieszkać, z ludźmi, których nie lubią, robiąc rzeczy, których nie cierpią.

Są dzieci, które nie dają się złamać przez wychowanie?

Są – one nie dają się złamać, bo mają w sobie siłę. Większą niż rodzice. Są też dzieci nieznośne, takie, które nie dojrzały, chcą nadmiarowo i nie liczą się z innymi. Robią się z nich wielkie bachory, które nie mają silnie wykształconych mądrych Wewnętrznych Rodziców. Bo w zależności od tego, jak odbywa się nasze wychowanie, to w dorosłości może się w nas odzywać głównie Wewnętrzne Dziecko, głównie Wewnętrzny Rodzic albo głównie Wewnętrzny Dorosły.

Opowiedzmy o tych dwóch kolejnych wewnętrznych postaciach.

To wszystko określenia zaczerpnięte z analizy transakcyjnej. Wewnętrzny Rodzic kształtuje się głównie na wzór naszych prawdziwych rodziców. Oczywiście najlepiej, gdyby był ciepły, wspierający, kochający, rozumiejący i akceptujący. Częściej jednak mamy Rodzica surowego, krytycznego, czasem nawet nienawistnego czy niszczącego. I jeśli radosne Dziecko trafi na surowego Rodzica, który się w nas wykształcił w trakcie wychowania, to będzie ciągle słyszało od niego: „A co tobie się wydawało? Że karierę teraz zrobisz?!” albo: „Sama sobie jesteś winna”. I jeśli nie jest wystarczająco silne, da się stłamsić. Znam mnóstwo osób z bardzo niedobrym Wewnętrznym Rodzicem. Ich Wewnętrzne Dzieci ledwo żyją. Może też zdarzyć się, że Wewnętrzne Dziecko tak się rozhula, że zwycięży z Rodzicem, który usunie się w kąt. Takie osoby w dorosłym życiu nie liczą się z innymi i podejmują mnóstwo ryzykownych działań.

Jest jeszcze trzecia wewnętrzna postać, ona kształtuje się najpóźniej, na bazie naszych doświadczeń i nauki, a często się marnie kształtuje, bo ci realni rodzice mówią: „Słuchaj tylko matki i ojca”, albo Wewnętrzne Dziecko tak hula, że liczy się tylko ono. Ta trzecia postać to Wewnętrzny Dorosły. Swoisty komputer, który wszystko pamięta. Używa określeń: „opłaca się – nie opłaca się”, „warto – nie warto”. Dorosły to analityk, księgowy, racjonalizator. Rodzic mówi: „wolno – nie wolno”, „powinnaś – nie powinnaś”, „wypada – nie wypada”, „to jest ładne, a to brzydkie”, „świat jest dobry” albo „świat jest zły” – czyli daje wskazówki, nakazy i zakazy, normy oraz oceny. Z kolei Dziecko jest czystą emocją, pragnieniem, doznaniem, chęcią. Jego komunikaty to: „chcę – nie chcę”, „lubię – nie lubię”, „o, jakie pyszne!”, „nienawidzę tej pracy”, „uwielbiam taką pogodę”, „no, może być”. Tu nie ma miejsca na osąd czy racjonalną analizę.

Wszystkie te postaci mają swoją rolę do odegrania?

Tak – i powinny w harmonii występować w naszym wnętrzu. Zwykle mamy w sobie wykształcone wszystkie trzy postaci, a jedna jest dominująca. Kiedy dominacja jest nadmierna i dochodzi do zaburzenia wewnętrznej harmonii, pojawiają się nadużycia i nieszczęścia. Kiedy dominuje Rodzic – a jest wtedy najczęściej krytyczny i opresyjny – Dziecko jest stłamszone, smutne i przybite. A Dorosły milczy. Taki człowiek nie potrafi czerpać z życia przyjemności, tłumi w sobie uczucia, nie wie, czego chce i na co ma ochotę. Kieruje się tym, czego inni od niego chcą, i jest pełen lęku.

A gdy dominuje Wewnętrzny Dorosły?

Człowiek staje się wtedy nad wiek poważny, a często i zgorzkniały. W jego głowie pojawiają się zwykle takie refleksje, jak: „Nie warto się tym ekscytować, bo i tak się skończy” albo: „A co będę wyjeżdżać, przecież wszędzie jest tak samo”, „Ja tam już się nigdy nie zakocham, nic mnie już nie cieszy, nie bawi i nie dziwi”, „Ja już na nic nie czekam”. Taka dominacja Dorosłego pojawia się wtedy, gdy prawdziwi rodzice byli bardziej surowymi myślicielami niż doznaniowcami, co oznacza, że byli bardzo konsekwentni w tym, by gasić w dziecku emocje, intuicję i przeczucia, za to uczyć je patrzenia na życie z punktu rozsądku i rozwagi. Co nie jest wcale takim złym sposobem, pod warunkiem że nie zastępuje odczuwania i nie zabiera prawa do przyjemności.

Jeśli w naszym podejściu do życia przeważa Wewnętrzne Dziecko...

...to zachowujemy się jak takie wieczne siedemnastki, co to wszystkich się słuchają i nie mają swojego zdania, nie potrafią też wziąć na siebie odpowiedzialności. Z drugiej strony kiedy przeważa Rodzic – tej odpowiedzialności jest zbyt dużo. Chodzi więc o to, aby wszystkie postaci były dopuszczone do głosu, by wszystkie mogły pełnić swoją rolę i żeby się dogadywały. By Dziecko się zachwycało i chciało próbować nowych rzeczy, aby Rodzic wspierał, ale i wyznaczał granice, a Dorosły pomagał dojść do kompromisu pomiędzy „chcę” a „nie wolno”.

Nasze wewnętrzne postaci są więc ze sobą w nieustannym kontakcie czy może raczej sporze?

Różnie to bywa, na pewno non stop ze sobą rozmawiają. Kiedy na przykład Dziecko czegoś bardzo chce, ale mu to szkodzi, to surowy Rodzic (słusznie, ale niepotrzebnie z negatywną oceną) mówi: „Głupi jesteś, nie widzisz, że to dla ciebie złe?”. Dobry Rodzic (też z oceną, ale pozytywną) mówi natomiast: „Mądry jesteś, to nauczysz się, że ci to szkodzi”. Czyli Dziecku rączka się wyciąga, na co Rodzic: „A ta rączka to po co?”. Wtedy może zabrać głos Dorosły: „Po pewne rzeczy warto wyciągać rączkę”. Czasem Dorosły mówi do Rodzica: „Nie opłaca się, żeby ona tam nie poszła i nie sprawdziła. Jeśli tego nie zrobi, nie będzie wiedziała, czego chce”. Oczywiście on to mówi w pierwszej osobie, bo te wszystkie głosy to my. I to pomiędzy nami w trzech postaciach toczą się wewnętrzne kłótnie. Kiedy człowiek wsłucha się w siebie, to je znajdzie. Chodzi o to, by do nich dopuszczać, by te postaci się w nas otwarcie, uczciwie spierały, bo to będzie tylko z korzyścią dla nas.

Podaj jakiś przykład.

Powiedzmy, że dostajemy propozycję małżeństwa. Pytamy więc naszego Wewnętrznego Dziecka. Ono powie, czy chce, czy nie, jakie uczucia to w nim wywołuje. Powie dajmy na to: „On mi się bardzo podoba”. Na co Rodzic może wtrącić: „Wiesz, ale tacy, co się bardzo podobają, zwykle podobają się wszystkim, będziesz miała męża, którego baby będą rwały”. A Dziecko na to: „To fajnie, będą mi zazdrościć”. Rodzic: „Tak, to jest przyjemne”. I tu wchodzi Dorosły: „A pamiętasz to małżeństwo, które poznałaś na wakacjach?”. Dziecko: „Tak, pamiętam i trochę się boję, że on mnie może zdradzać, jak taki atrakcyjny”. Dorosły: „A pamiętasz, jak spotkałaś na przyjęciu jeszcze inną parę? On był piekielnie przystojny, ale wpatrzony tylko w nią. Co więc ma do rzeczy uroda?”.

Czyli nie chodzi o to, że mamy postępować tak, jak chce nasze Wewnętrzne Dziecko, tylko zauważać je, dyskutować z nim. Zastanawiać się, czy to, czego ono chce, jest rzeczywiście dla niego dobre.

Nie o to chodzi, że my w dorosłym życiu nie słuchamy swojego Wewnętrznego Dziecka, tylko że my nim nie żyjemy. Rodzic powinien swoje dziecko przede wszystkim znać – i ten realny, i ten wewnętrzny. Wiedzieć, że niekiedy potrzebuje czasu dla siebie, a innym razem chce umówić się z przyjaciółką na pogaduszki, popłakać sobie, zjeść coś dobrego, wyjść na dwór albo nie chcieć nic robić cały dzień.

Jeśli nie znamy swojego Wewnętrznego Dziecka, to tak naprawdę nie wiemy, czego chcemy. I nie potrafimy sobie tego dać. Są tacy ludzie – oduczeni kontaktu ze sobą, ciągle tylko sami siebie strofują i dyscyplinują: „Jak ty wyglądasz?”, „Nie mów tak głośno”, „Najpierw obowiązek, potem przyjemność”. Znów powtórzę: nie chodzi więc o to, by zachować Dziecko w sobie, bo ono w nas już jest, tylko by je uznać i dać mu prawa, żeby z nich korzystało. Aby miało przyjemności, ale też obowiązki, i je lubiło. Oczywiście, jeśli damy się Dziecku rozzuchwalić, to trzeba je ograniczyć, ale nie mówimy wtedy: „Jesteś wredna”, tylko: „Nie hulaj tyle”. Działa to zwłaszcza w kwestiach finansowych.

Powiedzmy, że przeżywam jakiś wewnętrzny konflikt...

...to tak długo go rozpracowuj, aż wszystkie trzy osoby w tobie się zgodzą. Bo gdy jest ci źle, to zwykle twojemu Dziecku jest źle. Wtedy Rodzic powinien się zainteresować, czemu jest źle. A Dorosły rozsądzić, co opłaca się z tym zrobić. Ważne jest, by nasze życie było dobrym życiem dla naszego Dziecka, czyli by było w nim nie za dużo pracy i obowiązków, żeby był też odpoczynek i zabawa. A już najlepiej by było dla wszystkich trzech postaci: aby była w nim energia działania, przyjemność i zabawa (Dziecko), miłość, opieka i dobry wzór (Rodzic) oraz umiejętność korzystania ze swojego doświadczenia (Dorosły).

Praca domowa

Postaraj się przypomnieć sobie jak najwięcej rzeczy, które lubiłaś robić w przeszłości, które dawały ci najwięcej satysfakcji i frajdy i do których się nie zmuszałaś. Spisz je sobie wszystkie, a potem sprawdź, czy są aktualne. Czyli próbuj jak najczęściej robić rzeczy, które kiedyś lubiłaś, a teraz już ich nie robisz. Może to było rysowanie? Skakanie po kałużach? A może zjedzenie całej tabliczki czekolady? Zobacz, czy nadal sprawia ci to taką frajdę jak dawniej. A może w trakcie robienia tych rzeczy przypomnisz sobie jeszcze jakieś fakty, o których zapomniałaś?

Raz na jakiś czas zrób sobie „Dzień Dziecka”, czyli: nie myjesz się, nie wychodzisz z domu i cały dzień spędzasz w piżamie. Jesz wszystko, co niezdrowe (i to w łóżku!), oglądasz filmy i seriale, czytasz książki, grasz w gry planszowe i nie odbierasz telefonów. Reset, reanimacja i reinkarnacja organizmu – gwarantowane.

DOCEŃ SIEBIE

Skąd się biorą nasze problemy z poczuciem własnej wartości? Po prostu niektóre nasze cechy nie spodobały się rodzicom. A że byli więksi i od nich wszystko zależało – to my musieliśmy się na to zgodzić. Ale jako dorośli możemy i powinniśmy wreszcie uznać siebie za wyjątkową jednostkę. Zasługującą na szacunek i miłość.

Kiedy czytam listy do redakcji „Sensu” lub słucham swoich znajomych, dochodzę do wniosku, że wszyscy mamy mniejsze lub większe problemy z poczuciem własnej wartości. Czy to rzeczywiście tak powszechne?

Opowiem ci o pewnej kobiecie, mojej pacjentce, która sama jest terapeutką. Śliczna, zgrabna, zawsze ze smakiem ubrana, dowcipna, pełna wdzięku. Ogromnie ją lubię i uważam za osobę z wielkimi walorami. A jednak przy ukochanym zmienia się w kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto takim cichutkim, malutkim głosem pyta: „A czemu nie zadzwoniłeś? Miałeś się umówić ze mną na niedzielę, czekałam i nic. I co ja mam teraz z tą niedzielą robić?”. Są już długo razem, ale on od czasu do czasu wyjeżdża lub ma plany, które jej nie obejmują, przy czym powtarza: „Ja wcale się z tobą nie rozstaję, ja cię wcale nie chcę rzucać”. Zwyczajnie potrzebuje odpocząć od tej ciągłej podaży, bo ona cały czas się o niego stara. Każdy facet musi trochę powalczyć, pozdobywać, poczekać. Mówię jej, że w tej relacji zachowuje się nie jak partnerka, nie jak kochanka, ale jak dziecko. I ona tak słucha tego i słucha, taką ma minę smutną i w końcu mówi: „No tak, rzeczywiście było tak kiedyś, że przez parę dni mu mówiłam, że jestem zajęta i on miał gdzieś wyjechać, a normalnie jak wyjeżdża, to nie odzywa się przez kilka dni, a tym razem dzwonił codziennie, i to nawet kilka razy. Aż zaczęło mnie to denerwować”. „O, słyszysz? Ciebie zaczęło denerwować, że on dzwonił parę razy. A czy myślisz, że jego nie denerwuje, jak ty pytasz: i co z tą niedzielą?”. „Ja wiem, i jeszcze w dodatku robię to takim cichutkim, malutkim głosem, jak mówisz”. „No i coś do ciebie dociera?” „Bardzo powoli” – ona na to.

Wszystkie dziewczyny to robią, no, prawie wszystkie. Gdy się pojawia w ich życiu facet, to one zaczynają się tylko nim zajmować. „A czy ja dobrze zrobiłam, że mu tak powiedziałam? Ale on zrobił to, a nie zrobił tamtego... Czy on mnie nie będzie chciał zostawić?”

Przestają się zajmować sobą, tylko zajmują się tym, jakie robią na nim wrażenie.

Dokładnie tak. I jeżeli on jest zadowolony i mówi, że kocha – to wszystko jest w porządku, a jak tego nie mówi i nie jest zadowolony – to znaczy, że ona nie jest w porządku. Mówię więc tej mojej pacjentce: „Kochana, sama jesteś terapeutką i powinnaś wiedzieć, że to nie nim masz się zająć, tylko rodzicami”. W tym momencie spojrzała na mnie i zaczęła od razu opowiadać o tym, co ją spotykało od mamusi. No i, jak to się mówi, jesteśmy w domu. Natychmiast. I dotyczy to wszystkich dziewczyn, które są śliczne, wykształcone, mądre i jednocześnie kompletnie niepewne swojej wartości. Bo w dzieciństwie były mniej ważne – albo dlatego że miały brata, albo dlatego że nie miały i musiały to rodzicom wynagradzać.

Albo dlatego że mama też była w domu mniej ważna lub co prawda mama była bardzo ważna, a wręcz była tyranem, ale swojej córki nie lubiła. Dlatego na pytanie, od czego zacząć pracę nad wzmacnianiem poczucia własnej wartości, odpowiadam: najpierw trzeba zdać sobie sprawę z tego, jak nam było i jest w domu rodzinnym.

I znów wracamy do rodziców...

Nie tylko, ale na pewno cofamy się do dzieciństwa. Wiele dziewczyn orientuje się w jakimś momencie, że siebie nie lubią, są z siebie wiecznie niezadowolone i mają mocno zachwiane poczucie własnej wartości – niby osiągają sukcesy i zbierają pochwały, ale jednocześnie mają przekonanie, że niewiele są warte. Mówią nawet: „Mam zerowe poczucie wartości”, ale tak naprawdę powinny powiedzieć: „Mam obawę, że niewiele jestem warta”, bo wartość mają, jak każdy człowiek, tylko one na ten temat mają kompletnie pokręcone w głowie. Źle o sobie myślą, w związku z tym zabierają sobie poczucie własnej wartości, bo kiedyś już zostało im zabrane. Wtedy, kiedy powinno być gruntowane i wzmacniane. Bo małe dziecko co prawda nie wie, kim jest i jakie jest, ale ma poczucie autentyczności. Dlatego bez ogródek mówi: „A ta pani jest gruba!’’ albo: „Ja nie będę całował wujka, bo śmierdzi papierosami”. Dziecko po prostu nazywa rzeczy po imieniu, ale jeśli zaczyna się je przycinać, temperować, deptać, układać, wyciskać jak mokry ręcznik: „nie skacz, nie śmiej się, nie dogaduj, przestań się wygłupiać”, to ono zaczyna się gubić w tym, co wie, a czego nie wie – o świecie i o sobie. Co chwila słyszę od pacjentów, jakie straszne rzeczy potrafili im mówić rodzice. To zostaje w dziecku na lata. Bo skąd się biorą te wszystkie problemy z poczuciem własnej wartości? Po prostu nasze cechy nie spodobały się rodzicom. A że byli więksi i od nich wszystko zależało – to my musieliśmy się na to zgodzić. Najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy dziecko czuje, że matka go nie kocha, a ojca nie ma. Na przykład moja matka nie potrafiła mnie kochać, ale ojciec kochał, wprawdzie tego nie mówił, ale ja to czułam. No i jeszcze miałam oddaną nianię. Miałam skąd czerpać. Jeśli dziewczyna miała pusto w swoim koszyczku, bo matka najpierw nie dała, a potem – ze strachu przed matką – nie dał też ojciec, to ona musi sama ten koszyczek zapełnić.

Jak?