To po prostu działa! Prawo Przyciągania moja historia - Glinka Grzegorz - ebook

To po prostu działa! Prawo Przyciągania moja historia ebook

Glinka Grzegorz

0,0
36,00 zł

lub
Opis

Przez wiele lat szukałem odpowiedzi na pytanie: jak żyć? Gdy ją znalazłem, postanowiłem podzielić się nią ze światem. Napisałem na ten temat dwie książki, które są od siebie zależne. Z dnia na dzień staram się ulepszać ten świat. Dzięki temu, że realizuję swoje pragnienia, spełniam marzenia innych ludzi. Być może kiedyś spełnię Twoje… Uwierz w to, że jesteś bogiem, a w Twoim życiu zaczną dziać się cuda! Prawo Przyciągania to jedno z Praw Wszechświata. Mówi o tym, że wolno Ci się stać takim człowiekiem, jakim pragniesz być. Ponadto możesz dostać wszystko, o czym marzysz, więc wykorzystaj swoją szansę, bo czemu nie? Książka skierowana jest do osób, które chcą polepszyć swój byt, ale nie wiedzą, w jaki sposób mogą to zrobić. Jeśli mi zaufasz, nic już nie będzie takie samo jak wcześniej… Zabiorę Cię w magiczną podróż przez moje życie, abyś zobaczył efekty korzystania z Mocy Boskiej Inteligencji. Wywołam w Tobie prawdziwą sinusoidę uczuć względem mojej osoby. Poznasz także wszelkie tajniki działania Prawa Przyciągania, dzięki czemu staniesz się kreatorem swojej rzeczywistości i być może zrobisz ze swojego życia taki film, za który otrzymasz maksymalną liczbę nagród i wyróżnień. Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze! Grzegorz Glinka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 476

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



 

Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

Korekta

Małgorzata Stempowska

Copyright © by Grzegorz Glinka 2020

ISBN 978-83-957884-7-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Konwersja do epub i mobi A3M

Wszystkim tym,

którzy nie wierzą…

„Mija czas i każdy z nas, choć tensam, jestinny, jestinny, jestinny…”

Robert Gawliński

Wprowadzenie

Pierwszy raz z pojęciem Prawa Przyciągania spotkałem się wiele lat temu. Wówczas byłem nieświadomy oraz zwyczajnie zamknięty na teorie, w których istniało więcej pytań aniżeli odpowiedzi. Ciężko było mi uwierzyć w cokolwiek lub kogokolwiek, jeżeli brakowało namacalnych dowodów. Któregoś razu, na spotkaniu ze znajomymi, poznałem człowieka o imieniu Kacper. Rozmawialiśmy z nim na różne tematy, aż w końcu zapytał nas, czy znamy Prawo Przyciągania. Kątem oka popatrzyłem na kolegów, po których było widać, że to dla nich coś nowego. Wydawało mi się, że wiem, o co chodzi, więc chciałem zabłysnąć przed kumplami i odpowiedziałem, że Prawo Przyciągania to nic innego jak grawitacja. Tak myślałem w tamtym momencie, gdyż przyciąganie kojarzyło mi się jedynie z grawitacją. Koledzy milczeli, bo nie wiedzieli, czy mam rację, natomiast wyraz twarzy Kacpra był bezcenny. Chłopak wyprostował się, po czym popatrzył na mnie z niedowierzaniem. Miałem wrażenie, że zaraz parsknie śmiechem, ale oszczędził mi wstydu i nie skomentował mojej luki w edukacji. Był na tyle wyrozumiały, że szybko zmienił temat.

Lata mijały, a ja dalej żyłem w rzeczywistości innych ludzi, czyli takiej, która po prostu była. Ignorant albo człowiek z rozdmuchanym ego – dokładnie tak dzisiaj postrzegam siebie z tamtego okresu. Dlaczego? Ponieważ nie wyciągnąłem żadnych wniosków z lekcji, jakiej udzielił mi wtedy Kacper. Mógł mnie upokorzyć, ale tego nie zrobił, a ja, kiedy było już po wszystkim, nawet nie pomyślałem, że fajnie byłoby zainteresować się tym, w czym mam spore braki. Wypadałoby nadrobić zaległości, ale po co?

Któregoś dnia stałem na balkonie i paliłem skręta, wpatrując się w rzekę. Dzień jak każdy inny, tak mogłem pomyśleć, ale wydarzyło się coś zupełnie innego. Nagle poczułem pustkę i uświadomiłem sobie, że od dłuższego czasu moje życie stoi w miejscu. Świat szedł do przodu, a gdzie w tym wszystkim byłem ja? Nie miałem pracy, z której byłbym zadowolony. Brakowało mi pasji, by móc się realizować. Stałem się zgorzkniałym człowiekiem, który obwiniał wszystko i wszystkich za swoje niepowodzenia. To było zdecydowanie prostsze aniżeli stawienie czoła wyzwaniu, jakim było wyjście ze swojej strefy komfortu. Gdy to wszystko zrozumiałem, powoli zacząłem otwierać oczy. Bardzo pragnąłem zmiany, więc postanowiłem wprowadzić do swojego życia kilka poprawek. Zainteresowałem się rozwojem osobistym, co spowodowało, że zamiast notorycznie marnować czas, zacząłem czytać książki, ale rozwojowe, a nie o pierdołach, dzięki czemu każdego kolejnego dnia uczyłem się czegoś nowego i istotnego, stając się ulepszoną wersją siebie. Nie ukrywam, że to był moment zwrotny w moim życiu – coś drgnęło, coś zaczęło się dziać i ulepszać moją rzeczywistość…

Pierwszą książką, po którą zdecydowałem się sięgnąć, była

„Potęga podświadomości” Josepha Murphy’ego. Co ciekawe, w ogóle nie miałem pojęcia, o czym jest to dzieło. Czytając, uświadomiłem sobie, że książka jest na temat Prawa Przyciągania. Doszło do mnie również, że nie chodzi tu wcale o grawitację, jak myślałem wcześniej, a o coś zupełnie innego. Zachwyciłem się treścią, a kiedy przeczytałem ostatnią stronę, poczułem niedosyt. Po prostu było mi mało i chciałem tego znacznie więcej. Zasięgnąłem więc informacji na temat książek o podobnej tematyce, po czym je nabyłem, a następnie zacząłem studiować każdą z osobna. Udało mi się wychwycić wiele podobieństw, jak również kilka różnic. Każdy z autorów opracował własną metodę i choć zbliżoną do pozostałych ‒ to jednak nieco inną. Najbardziej zaintrygował mnie Joe Dispenza, autor książki pt. „Wymień umysł na lepszy model”. Z dnia na dzień poszerzałem swoją wiedzę. Byłem coraz bardziej podekscytowany, momentami odczuwałem nawet ciarki na plecach. W końcu poczułem, że chcę opracować własną metodę. Przeanalizowałem dogłębnie techniki swoich poprzedników, połączyłem je ze sobą, po czym dodałem coś od siebie, czego brakowało mi wcześniej, by docelowo uzyskać „złoty środek”. Zacząłem testować to na sobie. I co się stało? Wywróciłem swoje życie do góry nogami, ale tego dowiecie się w dalszej części owej książki...

Czym tak naprawdę jest Prawo Przyciągania i jak działa?

Zauważmy, że każda istniejąca firma ma swój wewnętrzny regulamin. Tak samo Wszechświat rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest właśnie Prawo Przyciągania. Niektórzy nazywają to Nieskończoną Boską Inteligencją, inni zaś Nieograniczonym Rozumem. Moc Podświadomości, Potęga Podświadomości czy chociażby Podświadomość to kolejne nazwy. Są one różne, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo każdy może być twórczy w tym przypadku i nazwać to po swojemu, tak jak czuje. Najważniejsze, żeby działało. Chodzi o to, że każdy człowiek może dostać w życiu to, czego jeszcze nie ma, ale bardzo tego pragnie. Wszystko zaczyna się od myśli. To one kreują naszą rzeczywistość, gdyż świadomość, zwana przez wierzących duszą, bezustannie za nimi podąża. Zarówno dusza, jak i myśli to energia. Myśli wibrują w polu kwantowym, wysyłając sygnały, dzięki czemu przyciągają odpowiedni sygnał będący odpowiedzią na nie. Tą odpowiedzią są wszechświaty równoległe. Wielu naukowców jest zdania, że czas to iluzja. Mamy jedynie teraźniejszość, czyli „tu i teraz”. Nie ma zatem ani przeszłości, ani przyszłości. Współczesne odkrycia mechaniki kwantowej potwierdzają istnienie nieskończenie wielu wszechświatów równoległych, czyli alternatywnych rzeczywistości naszego bytu. Znajduje się w nich dosłownie wszyściuteńko, co możemy sobie wyobrazić, a nawet więcej. Wszystkie alternatywne wszechświaty różnią się od siebie – jedne tylko trochę, inne zaś znacząco. Dla przykładu – w jednej rzeczywistości jesteś najbogatszym człowiekiem na świecie, natomiast w drugiej żyjesz jako osoba bezdomna. Jak to dokładnie działa? Każdy ruch naszego ciała powoduje, że nasza dusza „przeskakuje” z jednego równoległego wszechświata do drugiego. Ruszamy się, ponieważ myślimy, a myśląc – wysyłamy energię, która wibruje we wszystkich innych wszechświatach w poszukiwaniu właściwej odpowiedzi na nasz sygnał. Zmieniając wszechświaty, nie widzimy tego. Wszystko wygląda dokładnie tak, jakbyśmy cały czas żyli w jednej i tej samej rzeczywistości. Gdyby „przeskoki” były ogromne i zauważalne, mielibyśmy do czynienia z chaosem. Wiele osób, głównie tych nieświadomych, miałoby problem, żeby odnaleźć się w nowej, alternatywnej rzeczywistości. Świadomość ludzka, czyli dusza, może przemieszczać się między innymi wymiarami. Dla przykładu OOBE, czyli doświadczenie polegające na przebywaniu poza swoim ciałem, to również alternatywna rzeczywistość. Tak samo wszystkie sny – na jawie, prorocze, jak również te, które ciężko wytłumaczyć. Sny są drogą, jaką musi pokonać dusza, żeby znaleźć się w takiej rzeczywistości, która jest lustrzanym odbiciem myśli, słów oraz uczuć i emocji człowieka na temat wszystkiego i wszystkich. Kiedy nie śpisz - nie śnisz, bo Twoja świadomość jest „tu i teraz”. Skupiasz się na danej chwili, więc zmuszasz swój mózg do wysiłku, jakim jest myślenie, co w konsekwencji prowadzi do tego, że zaczynasz się ruszać i przemieszczasz się z jednego alternatywnego wszechświata do drugiego. Nie widzisz tego, bo jesteś skoncentrowany na byciu „tu i teraz”. W momencie, gdy śpisz, Twoja świadomość ciągle podróżuje i – co ciekawe – jesteś w stanie zobaczyć, jak zmieniasz alternatywne rzeczywistości (jeden sen, drugi, trzeci i tak dalej). Dlaczego tak się dzieje? Nasze mózgi odpoczywają podczas snu i nie skupiają się na tym, co się dzieje w danym momencie. Pomimo tego podświadomość człowieka (część psychiki ludzkiej, gdzie gromadzone są różne treści bez naszej wiedzy i zgody) „mieli” bezustannie wszystko, czego doświadczyliśmy przed „uderzeniem w kimono”. Zauważ, że kiedy kładziesz się spać, będąc wkurzonym – budzisz się i wciąż jesteś rozdrażniony. Zasypiasz, odczuwając szczęście – wstajesz z uśmiechem na twarzy. Chodzi o to, że na chwilę przed zaśnięciem, gdy przebywałeś w jednym z wielu wszechświatów równoległych, Twoje myśli wysłały sygnał do wszystkich pozostałych, gdzie wibrowały, przemieszczając się z jednej alternatywnej rzeczywistości do drugiej, następnie do trzeciej, czwartej, piątej i tak dalej, szukając tej właściwej, w której znalazły odpowiedź na wysłane wcześniej zapytanie. Jedna z nieskończenie wielu alternatywnych rzeczywistości „przyciąga” do siebie naszą świadomość, w której ulokowane są nasze myśli, uczucia i emocje na daną chwilę. Myśli tudzież emocje i uczucia powodują działanie, a działając, przybliżamy się do swoich marzeń lub oddalamy od nich. Wszystko zależy od tego, jak mocno wierzymy w urzeczywistnienie swoich pragnień. Myśli są energią, która odpowiada idącym z nimi w parze emocjom i uczuciom. Im więcej uczuć wiąże człowiek z konkretną myślą, tym szybciej się ona materializuje. Przeważające myśli wytwarzają wokół człowieka pole energetyczne, które definiuje i manifestuje jego świat. Zatem istotne jest, aby myśli były świadome, gdyż za każdym razem, kiedy zmieniamy myślenie – tworzymy nową rzeczywistość.

Przysłowie mówiące o tym, że człowiek jest kowalem własnego losu, nie jest dziełem przypadku. To prawda, że każdy z nas jest kreatorem swojej rzeczywistości, a jest ona dokładnie taka, jak ją postrzegamy. Im mocniej w coś wierzysz, tym szybciej przemieszczasz się po Wieloświecie. Jeżeli nie wierzysz, że realizacja Twoich marzeń jest na wyciągnięcie ręki, to też niewiele robisz, żeby sobie pomóc. Stoisz w miejscu i masz poczucie, że Twoje życie przez cały czas jest takie samo. Poprzez myślenie człowiek wpływa między innymi na stan swojego zdrowia, grubość portfela, zachowanie innych ludzi. Nikt nie stanie się bogaty, dopóki nie przestanie myśleć o tym, że jest biedny. Nie ma też najmniejszych szans na to, żeby ktoś, kto postrzega siebie jako trędowatego brzydala, nagle znalazł sobie drugą połówkę. Jeżeli chcesz zmienić swoją rzeczywistość, to powinieneś zacząć od zmiany myślenia i nastawienia.

Dowód na istnienie wszechświatów równoległych

Jak wspomniałem wcześniej, świadomość ludzka może się przemieszczać pomiędzy innymi wymiarami. Jednym z nich jest astral. OOBE to doświadczenie polegające na przebywaniu poza ciałem. Osoby uważające, że doświadczyły tego stanu, zgodnie twierdzą, iż możliwe są poruszanie się, obserwacja, jak również komunikacja z innymi istotami w momencie, kiedy ich ciała spoczywają we śnie. Dwóch moich kolegów przeprowadziło niegdyś pewne doświadczenie. Umówili się, że obaj, podczas tej samej nocy, wyjdą ze swoich ciał i spotkają się o określonej godzinie w wyznaczonym miejscu, a następnie wspólnie odbędą podróż astralną. Niestety, ale nie udało im się tego dokonać za pierwszym razem. Faktycznie obaj znaleźli się w określonym miejscu o tej samej porze, ale nie spotkali się, jeden nie widział drugiego. Co ciekawe, każdy z nich spostrzegł inne postaci oraz przeżył odmienne doświadczenia. Krzysiek spotkał swojego nieżyjącego dziadka, z którym swobodnie porozmawiał, zaś Dominik natknął się na swojego psa, który zdechł kilka lat wcześniej ‒ również udało im się zamienić kilka słów. Chłopaki nie poddali się i kolejnej nocy ponownie spróbowali się spotkać w świecie astralnym, ale skończyło się podobnie jak przy pierwszym podejściu. Dominik z Krzyśkiem zadecydowali, że zaryzykują kolejny raz, i wkrótce powtórzyli doświadczenie. Udało się! Spotkali się w tym samym miejscu o tej samej godzinie. Panowie wspólnie podróżowali. Napotkali wiele osób, z którymi rozmawiali na przeróżne tematy. Latali z jednego państwa do drugiego, podziwiali wszystko dookoła. Kiedy obudzili się rano, jeden zadzwonił do drugiego, aby przeanalizować całokształt doświadczenia. Okazało się, że obaj przeżyli to samo, byli zgodni w każdej kwestii… Zatem nasuwa się pytanie, dlaczego nie udało im się spotkać za pierwszym czy drugim razem, a dopiero za trzecim. Gdzie się podziewał Krzysiek, a gdzie Dominik? Czyżby chłopaki trafili do tak zwanych wszechświatów równoległych, czyli alternatywnych rzeczywistości swojego bytu? Cóż, innej możliwości nie widzę…

Dlaczego Prawo Przyciągania u jednych działa szybciej, zaś u drugich wolniej albo wcale?

Wyobraź sobie pięciolinię z jedynie jedną nutą, obojętnie jaką, umieszczoną na którejś z tych linii. Ta magiczna nuta to Twój cel, którego pragniesz i chcesz do niego dojść, korzystając z Prawa Przyciągania. Niech każda z tych pięciu osobnych linii przedstawia jeden z nieskończenie wielu wszechświatów równoległych. Każdy z nich oparty jest na alternatywnej rzeczywistości Twojego bytu. Ty znajdujesz się gdzieś poniżej, w swoim obecnym wszechświecie, i wizualizujesz. Pomiędzy miejscem, w jakim jesteś, a pięciolinią, na której umieszczona jest nuta, są inne równoległe wszechświaty. W momencie kiedy coś sobie wyobrażasz – myślisz, a myśląc – wysyłasz energię.

Twoje myśli wibrują wtedy w każdym możliwym równoległym wszechświecie, szukając właściwej odpowiedzi na wysyłany przez Ciebie sygnał. Kiedy bezgranicznie w coś wierzysz i jesteś w stanie wyobrazić sobie, że to masz, włączając wszystkie uczucia i emocje, których byś wtedy doświadczył i które mają fundamentalne znaczenie, jeśli chodzi o Prawo Przyciągania, to Twoja energia podąża możliwie szybko do celu, w linii prostej, przechodząc kolejno przez różne alternatywne rzeczywistości, aż w końcu trafi na nutę i znajdziesz się w takim wszechświecie, w którym Twoje marzenie zostało spełnione. Jeżeli natomiast, gdzieś po drodze, zaczniesz obawiać się czegoś, spanikujesz, wpadniesz w kryzys lub zwyczajnie przestaniesz wierzyć w swój sukces, to Twoja energia zboczy z toru, linia się załamie, a Ty wylądujesz daleko od celu, czyli w alternatywnej rzeczywistości, w której tak naprawdę nie chcesz być. Później zaczynasz budować wszystko od nowa, dlatego u niektórych trwa to tak długo albo w ogóle się nie udaje. Wszystko rozgrywa się w Twojej głowie i od Ciebie zależy, czy Ci się uda, czy też nie.

Rysunek 1. Prawo Przyciągania

Na chłopski rozum

Wyobraź sobie cienką i jednocześnie prostą linię, gdzieś pośrodku postaw kropkę. Kropka ta oznacza „tu i teraz”, linia z lewej strony to przeszłość, natomiast linia po prawej to przyszłość. Jeżeli jesteś w stanie obrócić głowę w lewo, następnie odczuć uczucia oraz poczuć wszystkie emocje, które towarzyszyły Ci niegdyś podczas pewnej sytuacji, to tak samo możesz obrócić głowę w prawo i wyobrazić sobie, co się kiedyś wydarzy, jak również odczuć uczucia i poczuć te wszystkie emocje, które będą Ci towarzyszyły podczas tego wydarzenia. Uwierz w to, co widzisz w swoich myślach, biorąc pod uwagę przyszłość, tak samo jak musiałeś uwierzyć w to, co widziałeś w przeszłości, bo to już się wydarzyło i nie miałeś wyjścia, po prostu musiałeś uwierzyć. Jednak przed wizualizacją swojej przyszłości najpierw poproś Wszechświat, żeby wszystko, co w niej zobaczysz, się spełniło. Na sam koniec poczuj wdzięczność.

WZÓR NA PRAWO PRZYCIĄGANIA

prośba do Wszechświata + emocje i uczucia podczas wizualizacji + wdzięczność

Możemy spełnić każde marzenie, ale pod warunkiem, że poprosimy Wszechświat o materializację swojego pragnienia. Prosząc o coś, musimy bezgranicznie wierzyć, że już to mamy. Zobaczmy owo przepiękne wydarzenie oczyma naszej wyobraźni, poczujmy je w sobie i zaakceptujmy nową rzeczywistość, jakiej doświadczamy podczas wizualizacji. Pogódźmy się z tym, co przeżywamy „tu i teraz”, by docelowo odczuć ogromną wdzięczność za to, co nas spotkało... Prawo Przyciągania nie zadziała, jeżeli komuś zabraknie wiary, która musi być najgłębsza z możliwych. W osiągnięcie swojego celu należy wierzyć tak samo jak we własne istnienie. To musi być fakt, a z faktami się nie dyskutuje. Warto zaznaczyć, że wiara to nie to samo co nadzieja. „Nadzieja matką głupich” – jak to się mówi. Bez obrazy, ale nadzieję powinniśmy mieć tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jesteśmy w beznadziejnej sytuacji. Dajmy na to, budzimy się na bezludnej wyspie bez telefonu komórkowego ani niczego innego. No i co wtedy? I to jest właśnie ten moment, kiedy można mieć nadzieję. Na co? Na to, że ktoś nas w końcu odnajdzie… W innych sytuacjach powinniśmy wierzyć, że jesteśmy w stanie stawić czoła wyzwaniu, po czym zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Niektórzy przez całe życie łudzą się, że jutro nastanie lepszy dzień, ale sama nadzieja w niczym nie pomoże, więc pewne rzeczy wypadałoby od razu brać w swoje ręce, a nie czekać w nieskończoność. Prawo Przyciągania to przede wszystkim prawo działania, a nie prawo siedzenia na dupie, dlatego też istotne jest, aby wykonać pierwszy krok w kierunku swojego marzenia. Jeżeli chcesz się nauczyć języka obcego – zapisz się na kurs. Rusz tyłek i idź do ludzi, którzy chętnie Ci w tym pomogą, ewentualnie zacznij się edukować sam w domu. Jeśli chcesz zmienić pracę – zaktualizuj swoje CV i roześlij je do potencjalnych pracodawców. Chcesz podwyżkę? Umów się z szefem na spotkanie, żeby o tym porozmawiać. Chcesz wygrać na loterii? Po prostu zagraj, wyślij los. A może Twoim marzeniem jest, by tańczyć na rurze? Świetnie, ale samo się nie zrobi, więc zacznij w końcu trenować. Zupełnie inaczej jest z bezgraniczną wiarą, która automatycznie powoduje to, że zaczynamy działać, ponieważ uznaliśmy coś za fakt, dzięki czemu zmierzamy do celu, odrzucając wszystkie kontrargumenty. Myślę, że najprościej wytłumaczyć to na przykładzie pieniędzy. Powiedzmy, że pewnego dnia masz na swoim koncie bankowym milion złotych, ale dzwoni do Ciebie przyjaciel, który prosi Cię o pożyczkę w wysokości dwustu tysięcy złotych. Obiecuje, że odda Ci całą kwotę po tygodniu. Pożyczałeś mu już swoje pieniądze wcześniej i nigdy się na nim nie zawiodłeś, zawsze był słowny. Jednak tym razem jest inaczej. Po trzech tygodniach sprawdzasz stan konta, a tam wciąż brakuje dwustu tysięcy złotych. Fakt jest taki, że to Twoje pieniądze, na które ciężko zapracowałeś, dlatego chcesz je z powrotem. Jeżeli wierzysz, że Ci odda, to bierzesz do ręki telefon i dzwonisz do niego. Upominasz się o swoje, nie interesują Cię żadne wymówki. Okazuje się, że facet zwyczajnie zapomniał, co tak naprawdę mogło się przytrafić każdemu. Chwilę później otrzymujesz przelew zwrotny. A co, jeśli miałbyś tylko nadzieję? Czekałbyś w przekonaniu, że kiedyś odzyskasz swoje pieniądze, które mógłbyś mieć już teraz. Ostatecznie mógłby minąć długi okres, a Ty zapomniałbyś w końcu, że ktoś miał wobec Ciebie dług do spłacenia. Cóż, czasami bywa i tak… Naszym myślom bądź słowom zwykle towarzyszą jakieś uczucia i emocje, które są fundamentalne w „przyciąganiu”. Wszechświat zawsze obdarowuje nas tym, o czym dumamy. Myśląc negatywnie, doświadczamy w życiu takich sytuacji, jakich wolelibyśmy uniknąć, natomiast pozytywne myślenie sprowadza na nas przyjemne okoliczności. Taka jest zasada, więc warto o niej pamiętać. Warto też zaznaczyć, że Wszechświat nie zna słowa „nie”. Jeżeli wmawiasz sobie, by nie myśleć o tym, że jesteś biedny, to na czym się skupiasz? Myślisz wtedy o dobrobycie czy raczej o niedostatku? No właśnie… Kolejnym ważnym elementem jest praktyka wdzięczności, albowiem Wszechmogący zawsze odpowiada na nasze samopoczucie. Gdy jesteśmy wdzięczni, otrzymujemy od Stwórcy wiele okazji ku temu, by mieć jeszcze więcej tego, co doceniamy. Pamiętajmy, żeby być cierpliwymi… Małe marzenia można zrealizować dość szybko, natomiast duże wymagają znacznie więcej czasu.

Po co ludzie chodzą do wróżki? Idą tam, bo chcą poznać swoją przyszłość. Znają przecież siebie, więc mniej więcej wiedzą, czego mogą się po sobie spodziewać. I w zależności od tego, co usłyszą podczas wróżby – w jedną przepowiednię uwierzą, w drugą zaś nie. Najczęściej bywa tak, że to, w co uwierzyli, znajduje swoje potwierdzenie w życiu; wszakże to, z czym się nie pogodzili, nigdy ich nie spotyka.

W wielu szpitalach przeprowadzono doświadczenie na pacjentach. Polegało ono na tym, że chorym uskarżającym się na różne dolegliwości podawano cukrowe tabletki i zapewniano ich, że jest to lek, który na pewno im pomoże. Jaki był rezultat? Większość badanych stwierdziła, że czuje się znacznie lepiej, dolegliwości ustąpiły. Efekt placebo – pacjent myślał, że przyjmuje lekarstwo, dzięki czemu uwierzył, że poczuje się lepiej. Chorzy ludzie podróżują do różnych specjalistów, gdyż chcieliby być zdrowi. Maszerują do nich z myślą, że otrzymają pomoc i wyzdrowieją. Niektórzy głęboko wierzą w zdolności medyczne lekarzy, pozostali żyją nadzieją… Nie oszukujmy się, prawda jest taka, że wiara czyni cuda, natomiast nadzieja zwykle prowadzi do niepowodzeń i kojarzy się zarówno z bólem, jak i cierpieniem. W życiu wszystko jest możliwe, o ile uznamy to za fakt.

Jak wiele cudów medycznych świat już widział? Lekarze nie wierzyli i przecierali oczy ze zdumienia. Niejednokrotnie pacjentom z urazami kręgosłupa wmawiano, że resztę życia spędzą na wózku inwalidzkim, jednak niektórzy z nich potrafili się podnieść i pójść o własnych siłach przed siebie. Chorzy na raka słyszeli, że zostało im kilka, może kilkanaście tygodni życia, po czym nowotwór znikał bez śladu. Osoby niewidome odzyskiwały wzrok, natomiast ludzie z upośledzeniem słuchu nagle zaczynali słyszeć. Istnieje jeszcze wiele innych cudownych uzdrowień, na które medycyna nie zna wyjaśnienia. Wszystkich tych ludzi, którzy wyzdrowieli wbrew nauce, łączyło jedno - nie zaakceptowali rzeczywistości, w jakiej się znaleźli, i bezgranicznie wierzyli w to, że są zdrowi, co spowodowało, że docelowo znaleźli się w takiej rzeczywistości, która była lustrzanym odbiciem ich myśli, jak również uczuć i emocji. Zauważmy, że chorzy, którzy pogodzili się ze śmiercią, umierają, zwykle dość szybko, zaraz po zapoznaniu się z diagnozą lekarską. Ludzie ci uwierzyli niestety, że ich dni są policzone, zaakceptowali taką rzeczywistość, odeszli. Nie da się pomóc komuś, kto nie chce pomocy. Nie można pokonać choroby, jeśli się nie wierzy, że to możliwe. Zdrowi będą tylko ci, którzy uwierzą w to, że nic im nie dolega. Pewnego dnia jeden z moich kolegów trafił do szpitala, gdzie dowiedział się, że ma złamany kręgosłup. Po kilkunastu miesiącach rehabilitacji nieoczekiwanie stanął na nogi i samodzielnie opuścił klinikę. Wychodząc, spojrzał lekarzom prosto w oczy i powiedział: „Kaleką jesteś jedynie w głowie, o ile uwierzysz w to, że nim jesteś”.

Jeżeli w stu procentach dostosujesz się do mojej metody, to po jakimś czasie zaczną się dziać w Twoim życiu różne dziwne rzeczy, które powoli będą zmieniać Twoją rzeczywistość. Być może nie zauważysz ich od razu, ale po jakimś czasie zaczniesz łączyć fakty. Zobaczysz, że coś się dzieje i zmierza ku dobremu. Może się zdarzyć tak, że gdzieś po drodze poniesiesz porażkę. Nie załamuj się, twardo podążaj do celu, zaufaj Mocy Podświadomości. Być może, jeśli marzysz o tym, by dostać awans w pracy, najpierw zostaniesz zwolniony. Stanie się tak, ponieważ w firmie, w której obecnie pracujesz, nie ma możliwości rozwoju, więc Nieograniczony Rozum przygotuje dla Ciebie nową ścieżkę – znajdziesz inną pracę, ale taką, w której zostaniesz doceniony i zrealizujesz swoje pragnienie. Życie jest pełne niespodzianek, ale finalnie musi być dobrze. Pamiętaj, że widzisz dokładnie to, na czym skupiasz swoje myśli, więc nie planuj wszystkiego perfekcyjnie, bo nie dostrzeżesz wtedy okazji, jakie przygotował dla Ciebie Wszechświat.

Dla jednych praktykowanie Prawa Przyciągania okaże się logiczne i proste, lecz dla drugich będzie skomplikowane i trudne. Tak naprawdę wszystko zależy od człowieka. Jeżeli dostosujesz się do pewnych reguł, zaczniesz działać i przede wszystkim uwierzysz w spełnienie swojego marzenia, będąc jednocześnie cierpliwym i wdzięcznym – nie ma innej możliwości, musi się udać! Pomyśl teraz, jak wielu ludzi się zniechęci, bo ich to przerośnie... Niektórym ciężko jest wyobrazić sobie gruszkę, a co dopiero odtworzyć w myślach całą scenę, wczuwając się w upragnioną sytuację. I nagle przychodzi moment zwątpienia. Dlatego właśnie z wszystkich ludzi, którzy przeczytali książki o niniejszej tematyce i zetknęli się gdzieś z podobnymi technikami, zostanie tylko garstka tych, którzy uwierzą i poświęcą się temu w stu procentach. To właśnie ci ludzie odniosą sukces, jakim będzie spełnienie swoich marzeń. Niektórzy staną się obrzydliwie bogaci, inni zaś wyleczą się z ciężkich chorób. Część osób znajdzie w końcu miłość swojego życia, a jeszcze inni założą firmy i zarobią tyle, by im wystarczyło, aby żyć godnie. Wszystko zależy od tego, kto czego oczekuje od życia, a przecież każdy z nas jest inny, unikatowy. Ludzie mają różne wartości, problemy i marzenia. Niestety, ale nie uda się tym, którzy zwątpią gdzieś po drodze. Porażkę poniosą ci, którzy nigdy nie zrobią pierwszego kroku. Niepomyślnie zakończy się przygoda śmiertelników, którym brakuje cierpliwości. Gorzką pigułkę przełkną także ludzie, którzy nie chcą być wdzięczni i uważają, że im się po prostu należy, bo inni mają.

Warto dodać, że Prawo Przyciągania działa cały czas, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy i jaką mamy pogodę. Działa zarówno w przypadku tych, którzy są wyedukowani pod tym kątem, jak i tych, którzy nigdy o tym nie słyszeli. Funkcjonuje wśród ludzi, którzy w to wierzą, a także w otoczeniu niedowiarków. To po prostu działa!

Wszystko w Wieloświecie (wszechświat oraz wszechświaty równoległe) jest energią i pochodzi z tego samego źródła. Zatem śmiało można stwierdzić, że wszyscy jesteśmy jednością. Mówi się, że Bóg jest wszędzie, widzi nas i słyszy. To akurat prawda, bo tym źródłem jest Wszechmogący, który jednocześnie tworzy cały Wieloświat. Dostaliśmy życie po to, żeby móc doświadczać i wyciągać z tego wnioski. Każdy człowiek jest unikatowy i ma prawo sam decydować o swoim doświadczeniu. Nikt inny nie powinien robić tego za niego. Nikt też nie ma obowiązku oceniać bliźniego. Wszyscy tworzymy jedną całość, więc po co osądzać samego siebie? Nadszedł moment, aby uświadomić sobie wreszcie, że każdy z nas jest bogiem, jednak wszyscy mamy wspólnego ojca – Boga Wszechmogącego ‒ który dał nam życie. I nikt poza Tobą nie przeżyje tego życia za Ciebie, dlatego traktuj je z należytym szacunkiem. Pamiętaj, że każdy człowiek, bez wyjątku, zasługuje na to, żeby być szczęśliwym, a jedyne ograniczenia, które możesz spotkać na swej drodze, znajdują się w Twoim umyśle. Jeżeli o tym zapomnisz, to będziesz mieć bezbarwne życie, ale z własnego wyboru… Zatem baw się i kreuj niczym dziecko na placu zabaw! Podziel się ze Stwórcą swoim doświadczeniem, bądź wdzięczny. Uwierz w to, że jesteś bogiem, a w Twoim życiu zaczną dziać się cuda!

Dlaczego napisałem tę książkę? W momencie gdy zrozumiałem, czym jest Prawo Przyciągania i jak działa, uświadomiłem sobie, że każdy człowiek jest kreatorem swojej rzeczywistości. Każdy z nas ma wybór – żyjesz w rzeczywistości, która po prostu jest, i akceptujesz wszystko, co w niej spotykasz, albo żyjesz w rzeczywistości, o której marzysz, i zaczynasz kreować po swojemu, niczym Stwórca. Opowiedziałem o tym znajomemu, by po chwili usłyszeć jego słowa: „Ja tam nie wierzę w Potęgę Podświadomości, Wieloświaty i inne dziwne historie. Głupoty mi tu opowiadasz, makaron na uszy nawijasz. Udowodnij, że to działa!”. Moja odpowiedź brzmiała: „Jeżeli wierzysz w Boga, to udowodnij jego istnienie. Jeżeli jednak nie wierzysz, to udowodnij, że go nie ma”. Nie wszystko, czego doświadczamy w życiu, da się racjonalnie wytłumaczyć. Tak już po prostu jest. Każda firma ma swój wewnętrzny regulamin. Jeśli dostosujemy się do niego, nie zostaniemy zepchnięci na margines, dzięki czemu będziemy mogli podążać w stronę swoich marzeń. Wszechświat to także firma, ale znacznie potężniejsza od wszystkich innych, co sprawia, że zasady, jakie tam panują, są magiczne. Wystarczy je zrozumieć, pogodzić się z nimi, po czym wdrożyć do swojego życia. Później można już tylko zbierać możliwe nagrody i wyróżnienia. Dla człowieka nie ma rzeczy niemożliwych, a jedyne bariery, na które może natrafić gdzieś po drodze, znajdują się w jego głowie. Niestety większość ludzi nie dopuszcza do siebie myśli, że można samemu decydować o własnym losie. Śmiertelnicy wolą wierzyć w przeznaczenie, co jest zgubne. Ta książka jest dowodem na to, że Prawo Przyciągania istnieje i działa wyśmienicie.

Dzieło napisane jest w oparciu o moją egzystencję. Składa się z trzech części. Pierwsza rozpoczyna się we wczesnym dzieciństwie i przechodzi kolejno przez następne etapy mojego życia. Kończy się w momencie, gdy uświadamiam sobie, że życie jest jak gra, która rządzi się własnymi prawami, a jednym z nich jest Prawo Przyciągania. Opisuję czasy, kiedy nie wiedziałem o istnieniu Potęgi Podświadomości, aż do momentu swojego przebudzenia. Daję niepodważalne argumenty na to, że Prawo Przyciągania działa nawet wtedy, kiedy w ogóle nie zdajemy sobie z tego sprawy. Druga część opowiada o tym, co i jak udało mi się osiągnąć przy pomocy Boskiej Inteligencji. Prawdziwy majstersztyk czeka na Ciebie w trzeciej części, skąd zabiorę Cię w podróż do swojej przyszłości. Zaznajomisz się z tym, co mnie spotka w ciągu najbliższych lat, a będzie to pasmo samych sukcesów. Nie jestem jasnowidzem, więc nie znam swojego przyszłego losu. Wiem natomiast, że mam na niego ogromny wpływ. Korzystając z Mocy Nieograniczonego Rozumu, jestem w stanie wykreować sobie taki byt, jakiego pragnę. Mogę spełnić wszystkie swoje marzenia i nie ukrywam, że zamierzam to zrobić. Być może nie wszystko stanie się dokładnie tak samo, jak opisałem, ale liczy się przede wszystkim efekt końcowy… Już niedługo – mój drogi Czytelniku – szybciej, niż myślisz, złapiesz się za głowę, uświadamiając sobie, że stało się wszystko to, o czym pisałem w ostatniej części swojej książki. Zobaczysz rzeczywistość, która teoretycznie nie powinna się wydarzyć. Przecierając oczy ze zdumienia, uśmiechniesz się, po czym zadasz sobie pytanie – jak? Odpowiedzią jest tytuł mojej książki.

WAŻNE

Niektóre imiona oraz nazwiska tudzież nazwy firm zostały zmienione. Wszelka zbieżność jest przypadkowa. Treść zawiera wulgaryzmy, aczkolwiek jest ich niewiele.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZYZROZUMIEĆ ŻYCIE

Wszystko zaczęło się w Pasymiu, polskim miasteczku położonym na Mazurach, a dokładnie w rodzinnym domu moich dziadków ze strony ojca. Za oknem sypialni moich rodziców było jeszcze ciemno. Wiał silny wiatr oraz padał śnieg. Powoli kończyła się kalendarzowa zima. Około godziny piątej nad ranem obudziła się mama, która automatycznie wybudziła tatę z głębokiego snu.

– Leszek, wstawaj! – wykrzyknęła z przerażeniem.

– Po co? Co się dzieje? Teresa, jest środek nocy – wyszeptał poirytowany ojciec.

– Zaczęło się! Wstawaj i dzwoń po karetkę! Szybko! – kontynuowała podniesionym tonem głosu matka.

– Już dzwonię – odparł wystraszony tatuś, po czym chwycił za słuchawkę telefonu i wykręcił korbką numer alarmowy roztrzęsionym palcem.

Kilkadziesiąt minut później pod dom zajechała nysa – karetka pogotowia ratunkowego. Służba medyczna wzorowo wypełniła swoje obowiązki, po czym przetransportowała rodziców do szpitala w Szczytnie. Poród odbył się w miarę szybko i bez żadnych komplikacji. Kilka minut po godzinie ósmej, w dniu 12 marca 1985 roku, urodziłem się ja – Grzegorz Glinka. Ważyłem 3800 gramów, natomiast mierzyłem 58 centymetrów. Otrzymałem 10 punktów w skali Apgar, czyli maksimum. Darłem się trochę, żeby zaznaczyć swoją obecność na tym świecie. Kiedy emocje powoli zaczęły opadać, jeden z lekarzy podszedł do naszej trójki.

– Państwo zostaniecie przewiezieni do szpitala w Biskupcu – oznajmił dość szorstko.

– Ale dlaczego? Jest jakiś problem? – zapytał zmieszany ojciec.

– Tak, proszę państwa, nie mamy już miejsc na oddziale – odpowiedział doktor z ironicznym uśmiechem.

Chwilę później ponownie znaleźliśmy się w nysie. Jechaliśmy powoli, ponieważ słońce świeciło dość intensywnie. Śnieg zaczął topnieć i zrobiła się spora odwilż. W szpitalu wszystko było już przygotowane na nasz przyjazd. Tata wrócił do domu jeszcze tego samego dnia, ale do Biskupca przyjeżdżał codziennie, aby spędzić z nami choć odrobinę czasu. Po kilku dniach zostaliśmy wypisani. Całą trójką wróciliśmy do domu, gdzie czekali na nas babcia z dziadkiem, prababcia oraz moja o niecałe dwa lata starsza siostra – Joanna.

W rodzinnym domu zrobiło się trochę ciasno i przede wszystkim głośno, dlatego też prababcia Frania, która również mieszkała w Pasymiu, ale w innym miejscu, zaproponowała zamianę. Sama wprowadziła się do swoich dzieci, natomiast ja wraz z siostrą i rodzicami zamieszkaliśmy tam, gdzie ona wcześniej. Był to stary dwupiętrowy budynek, który mieścił się na ulicy Mikołaja Reja 9. Nasze nowe mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze. Było dość spore, ale składało się jedynie z jednego wielkiego pokoju i chyba jeszcze większej kuchni. Z kuchennego okna mieliśmy widok na piękne jezioro o nazwie Kalwa, przypominające podkowę o nierównych ramionach, między którymi położony był półwysep Gaj. Okna pokoju gościnnego, że się tak wyrażę, nakierowane były na sąsiedni budynek, który nie prezentował się najlepiej. Nie mieliśmy łazienki, więc byliśmy zmuszeni myć się w kuchni – w niewielkiej misce albo całkiem sporej plastikowej wannie. Potrzeby fizjologiczne załatwiało się w wychodku na korytarzu, dostępnym dla wszystkich mieszkańców budynku. Nocami dawały o sobie znać myszy, roiło się od karaluchów.

W Polsce w drugiej połowie lat osiemdziesiątych żyło się bardzo skromnie. Prawdopodobnie było to pokłosie stanu wojennego, który rozpoczął się 13 grudnia 1981 roku, natomiast zakończył niespełna dwa lata później, a dokładnie 22 lipca 1983 roku. Rodzice opowiadali, że w tym okresie, a nawet wcześniej, bardzo ciężko było dostać cokolwiek w sklepach, a w dodatku obowiązywał system kartkowy. W zależności od wariantu kartki umożliwiały bezpłatny zakup towarów bądź nabywanie ich po cenach preferencyjnych lub urzędowych. Tak zwane kartki przybierały postać bonów lub kuponów i umożliwiały nabycie określonych towarów, między innymi mięsa, masła, mydła, cukru, proszku do prania, papierosów, słodyczy, alkoholu czy benzyny. Ostatecznie zniesiono je z końcem lipca 1989 roku. Produkty, takie jak meble, pralka, lodówka bądź maszyna do szycia, również były bardzo trudne do nabycia. Człowiek musiał iść do sklepu i wpisać się na listę oczekujących. Wykazów było kilka, gdyż każdy dotyczył odrębnego towaru. Następnie należało ustawić się w kolejce i odstać kilka godzin. Ludzie musieli codziennie przychodzić do obiektu handlowego, gdzie godzinami marnowali czas, by wykazać zainteresowanie pożądanym produktem. Taki był wymóg, a zlekceważenie tej czynności skutkowało natychmiastowym wykreśleniem z listy oczekujących. Przeważnie wymarzony towar otrzymywało się po kilku dniach. Pewnego razu rodzice zabrali mnie, dwulatka, i siostrę do dziadków od strony mamy, którzy mieszkali w Prejłowie. Pojechaliśmy tam autobusem, bo w tamtych czasach mało kto miał samochód. Pojazd dwuśladowy był dobrem materialnym przeznaczonym dla ludzi bogatych, a moja rodzina do takich nie należała. Podczas podróży wymiotowałem i był to początek choroby lokomocyjnej, która towarzyszyła mi przez kolejne kilkanaście lat. Pamiętam, że byłem strasznie szczęśliwy, kiedy siadłem na grzbiecie dziadka. Bawiliśmy się w jeźdźca na koniu. Dziadek miał na sobie biały podkoszulek na ramiączkach i takiego go zapamiętałem na zawsze. Wkrótce potem staruszek trafił do szpitala w Olsztynie, ponieważ chorował na serce. Czasami jeździliśmy do niego w odwiedziny, ale lekarze nie wpuszczali dzieci do sali, w której przebywał. Zmarł, gdy miałem trzy lata. W trakcie ceremonii pogrzebowej prawie wszyscy płakali. W pamięci utkwił mi moment, w którym grono kobiet przepięknie grało na skrzypcach. Pochowaliśmy dziadka na cmentarzu w Dywitach.

Gdy miałem trzy lata, zacząłem chodzić do przedszkola. Placówka znajdowała się niedaleko domu, przy ulicy Dworcowej, jakieś dziesięć minut na piechotę. Prawie nigdy nie chodziłem z rodzicami za rękę, jakoś nie lubiłem. Skutkiem tego było to, że prawie za każdym razem zderzałem się z jakimś drzewem albo słupem, które tak nagle wyrastały spod ziemi. Zawsze byłem marzycielem, dlatego też przedszkole stało się dla mnie prawdziwą krainą czarów ‒ uwielbiałem tam chodzić. Codziennie spotykałem wiele dzieci, z którymi ciężko było nie wymyśleć jakiejś fajnej zabawy. Mieliśmy mnóstwo zabawek, zarówno w placówce, jak i na zewnątrz. Bawiliśmy się w szpital, dzieci i dorosłych, poszukiwaczy skarbów, wojsko, a nawet lotnisko. Można by wymieniać bez końca. Byliśmy, kim być chcieliśmy, widzieliśmy wszystko, co chcieliśmy widzieć. Dzieci nie mają problemów, żyją w swoim świecie – marzeniami. Co rusz kreują, dlatego są szczęśliwe. Ich energia jest na dużo wyższej wibracji niż u dorosłych. A gdyby cały czas starać się żyć w ten sposób? Jak wtedy postrzegalibyśmy świat? Miło wspominam stołówkę, leżakowanie, wspólne oglądanie telewizji, wszystko z tamtego okresu. Z przedszkola odbierali mnie rodzice albo dziadkowie, ponieważ mama z tatą pracowali w Olsztynie – mieście oddalonym mniej więcej trzydzieści kilometrów od Pasymia – i czasami późno wracali do domu. Ojciec zatrudnił się jako maszynista pojazdów trakcyjnych, czyli osoba kierująca pociągiem, natomiast mama pracowała głównie za biurkiem w Telekomunikacji Kolejowej. Któregoś dnia miał mnie odebrać tata, po czym mieliśmy wspólnie wrócić do domu, ale ku mojemu zdziwieniu w przedszkolu pojawiła się babcia.

– Babciu, babciu! Gdzie jest tata? – zapytałem ze łzami w oczach.

– Wnusiu kochany, Lesiu, to jest tatuś, nie wrócił jeszcze z pracy – odpowiedziała staruszka ciepłym tonem głosu, by po chwili rozłożyć ręce i przytulić mnie mocno.

– Ale dlaczego? – wykrzyknąłem.

– Ponieważ stoi w kolejce do sklepu, żeby kupić mięso. Powinien wrócić za kilka godzin – oznajmiła babunia.

– No dobrze – wyszeptałem, wtulając się w ramiona seniorki. Wracając do domu dziadków, standardowo nie trzymałem ręki babci. Szedłem tuż obok, samodzielnie i… oczywiście zatrzymałem się na drzewie. Ucierpiałem tym razem, zarysowując delikatnie nosek. Okazało się, że dziadek odebrał wcześniej z przedszkola moją siostrę, tak że wszyscy razem siedliśmy do stołu i zjedliśmy pyszny obiad: ziemniaki z pieczoną kiełbasą, które popijaliśmy zsiadłym mlekiem. Później oglądaliśmy telewizję. W czarno-białym telewizorze leciał „Teleexpress” – program informacyjny nadawany każdego dnia na żywo o godzinie 17:00 na kanale TP1. Prowadzący przekazał wiadomość, że finał Konkursu Piosenki Eurowizji 1988 wygrała, reprezentująca Szwajcarię, kanadyjska piosenkarka Céline Dion, która wyglądała w tamtym roku – co ciekawe – na starszą niż dzisiaj. Widocznie już wtedy musiała znać dietę Krzysztofa Ibisza. Wieczorem przyszła po nas mama, ale bez taty. Dała nam do zrozumienia, że ojciec nie zdążył zrobić zakupów. Stał w długiej kolejce, aż zabrakło czasu i sklep został zamknięty. Tatko postanowił zostać w Olsztynie do rana i poczekać na otwarcie obiektu handlowego, tym razem jako jeden z pierwszych w kolejce. Cóż, wróciliśmy sami do domu. Mama włączyła światło w kuchni, po podłodze biegało mnóstwo karaluchów. Zacząłem po nich skakać, a kiedy nie było już po czym, wspólnie zliczaliśmy zdeptane robactwo. To była dla mnie forma rozrywki, która sprawiała mi wiele radości. Dzięki temu zdecydowanie szybciej opanowałem podstawy matematyki aniżeli moi rówieśnicy.

Posiadłość dziadków z Pasymia mieściła się przy ulicy Pocztowej, naprzeciwko straży pożarnej. Tuż obok stała piekarnia, w której pracował dziadek. W powietrzu unosił się boski zapach świeżego pieczywa, czego nie da się zapomnieć. W dzisiejszych czasach wyroby piekarskie nie pachną już tak samo, zmienił się również ich smak. Posesja staruszków otoczona była starą, pordzewiałą siatką. Na środku stał duży dom, w którego skład wchodziły trzy pokoje, kuchnia, łazienka, piwnica oraz ogromny strych, gdzie można było znaleźć między innymi stare zeszyty, książki, magnetofon szpulowy wraz z taśmami, przetwory w słoikach, a nawet ponton rybacki. Z tyłu budynku znajdował się mały domek, przeznaczony głównie dla gości. Obok niego ulokowano kacznik oraz kurnik, a trochę dalej postawiono drewnianą szopę, w której dziadek trzymał swoje narzędzia i inne – moim zdaniem – niepotrzebne rzeczy. Zarówno po bokach domu, jak i na przedzie były piękne ogrody, w których można było znaleźć kwiaty (róże, tulipany), drzewa owocowe (wiśnie, śliwki, jabłka, gruszki, orzech włoski), warzywa (ziemniaki, marchewki, ogórki, pietruszki), owoce (agrest, maliny, porzeczki, winogrona), a nawet słoneczniki. To był istny raj na ziemi, przynajmniej dla mnie. Cała posiadłość należała wcześniej do pewnej niemieckiej rodziny, której członkowie utrzymywali ścisły kontakt z babcią i dziadkiem. W Polsce żyło się ciężko, dlatego familia z Niemiec wysyłała raz w roku paczki dla naszej rodziny. To była prawdziwa radość, kiedy je otwieraliśmy. Kartony wypełnione były po brzegi nowymi zabawkami, słodyczami, ubraniami oraz innymi rzeczami, które były niedostępne w tamtym okresie w Polsce. Czasami dziadkowie jeździli do nich w odwiedziny, czasem to oni przyjeżdżali z wizytą do Polski.

Jesienią 1989 roku rodzice dostali zaproszenie do Niemiec na święta Bożego Narodzenia. Pojechaliśmy tam we czwórkę. Podróżowaliśmy nocnym pociągiem, pierwszą klasą, i to całkowicie za darmo, ponieważ mama z tatą pracowali wówczas na kolei, więc rodzinie przysługiwały darmowe przejazdy. Jazda była dość męcząca, gdyż trwała kilkanaście godzin. Mieliśmy sporo szczęścia, bo mogliśmy usiąść wygodnie w przedziale, momentami nawet leżeliśmy. Pamiętam, że pociąg był przepełniony ludźmi i wiele osób spoczęło w korytarzu na podłodze, niektórzy stali. Ze stacji odebrał nas Elmar. Przyjechał nowym samochodem marki Opel Vectra. W Polsce o takim aucie można było jedynie pomarzyć. Na ulicach przeważały syreny, tarpany, żuki, polonezy i przede wszystkim maluchy. W Niemczech było zupełnie inaczej. W drodze do rodzinnego domu Elmara przytrafił się nam wypadek, mieliśmy niegroźną stłuczkę. Winny był kierowca innego pojazdu, który wjechał w bok opla. Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało i bez większych problemów dotarliśmy do celu, gdzie czekali na nas żona Elmara wraz z synem oraz jej matka. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że oni nie potrafili mówić po polsku, a my nie znaliśmy niemieckiego. Dla mnie nie stanowiło to problemu, bo żyłem w świecie marzeń, aczkolwiek reszta… Jakoś sobie poradzili. Niemcy zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ponieważ było tam dosłownie wszystko. W sklepach istny przesyt, kolorowo, produkty łatwo dostępne. Zupełnie inne samochody, budynki i ten krajobraz… Bez porównania. A do tego kolorowa telewizja z dziesiątkami kanałów, w tym bajki. Polska na tle naszych zachodnich sąsiadów prezentowała się bardzo ubogo. Któregoś dnia pojechaliśmy na basen, ale taki z prawdziwego zdarzenia. Był ogromny, wyposażony w dwie zjeżdżalnie po kilkadziesiąt metrów długości. Czułem ekscytację, widząc to wszystko. Strasznie pragnąłem zjechać, więc ojciec wziął mnie za rękę i poszliśmy spełnić moje marzenie. Co ciekawe, nie wyrywałem się tym razem. Szło się schodkami w górę, była długa kolejka. Zbliżając się do celu, czułem, jak serce wali mi coraz mocniej. Usiadłem pierwszy, a za mną tata, który objął mnie dla bezpieczeństwa. Poczekaliśmy moment, gdyż na tablicy wyświetlało się czerwone światło. Gdy zapaliło się zielone, pojechaliśmy razem w dół, by po dłuższej chwili wpaść do wody. Odczuwałem euforię, było wspaniale! Po kilku dniach wróciliśmy do Polski.

Pewnego dnia, wiosną 1990 roku, kiedy jadłem w domu kolację – kanapki z paprykarzem szczeciński1 – ktoś zapukał do drzwi. Poszedłem otworzyć. Nie mieliśmy w drzwiach wizjera, więc trzeba było krzyczeć, żeby dowiedzieć się, kto jest po drugiej stronie.

– Kto tam?! – zapytałem podniesionym tonem, przerywając posiłek.

– Babcia. Otwórz, proszę – odpowiedziała staruszka, w której głosie dało się wyczuć podniecenie.

Wpuściłem seniorkę do środka. Za moment przytuliła mnie mocno, następnie Joannę.

– Dzieci kochane, ubierajcie się szybko i chodźcie ze mną – wydała polecenie, spoglądając na nas radośnie.

– Po co? Co się dzieje? – zapytała lekko wystraszona mama, wyglądając z pokoju obok.

– Przyszła paczka z Holandii. To niespodzianka! Chodźcie wszyscy – kontynuowała babcia.

– No dobra, to ubierajcie się i idziemy – rzekła mama, zakładając buty.

– Hura! – krzyknęła uradowana Asia.

– Ale co to za niespodzianka, babciu? – zapytałem grzecznie.

– Jak ci powiem, to nie będzie niespodzianki – roześmiała się staruszka.

Ubrałem się szybko. Udało mi się jeszcze zabrać ze stołu niedojedzoną kanapkę, którą zamierzałem skonsumować po drodze. Mama zamknęła drzwi na klucz, po czym wszyscy ostrożnie zeszliśmy schodami na dół. Na zewnątrz robiło się ciemno. Temperatura nie była zbyt wysoka, więc szliśmy szybkim krokiem. W połowie drogi mijaliśmy kilku pasymskich meneli, siedzących na schodkach przy jednym z obskurnych budynków. Palili papierosy, co chwila spluwając pod siebie. Pili jakiś magiczny trunek, przekazując sobie butelkę z ręki do ręki.

– Dobry wieczór, pani Glinkowa. Jak zdróweczko? – zapytał przepitym głosem jeden z nich. Wyglądał na zaskoczonego i jednocześnie chował butelkę za plecami drugiego.

– Dobry wieczór, chłopcy. Dziękuję, wszystko dobrze – odpowiedziała babcia, patrząc na nich z politowaniem.

Nie zatrzymywaliśmy się, żeby nie wchodzić z nimi w zbędną dyskusję.

– Kto to, babciu? – zapytała zniesmaczona Asia.

– A to… Uczyłam ich, skarbie, kupę lat temu – wyszeptała babunia.

Babcia pracowała w szkole jako nauczycielka muzyki. Cieszyła się dobrą reputacją, ludzie podchodzili do niej z dużym szacunkiem. Po chwili doszliśmy na miejsce. W drzwiach przywitał nas dziadek. Wyściskaliśmy się wszyscy.

– Dziadku, co to za niespodzianka? – zapytałem podekscytowany.

– Chodźcie za mną do szopy – odpowiedział staruszek, uśmiechając się tajemniczo.

Szopa przeważnie była zamykana na kłódkę, ale tym razem było inaczej, wystarczyło pociągnąć za drzwi, by łatwo dostać się do środka. Dziadek wszedł pierwszy, cała reszta za nim.

– Wow! Rowery! – wykrzyknąłem radośnie, podskakując do góry.

– BMX jest dla Grzesia, a Asiulek dostanie damkę holenderską, ten większy – zakomunikowała babcia.

– Wow! Zawsze chciałem mieć BMX. Super! – dodałem uszczęśliwiony.

– Bardzo się cieszę – powiedziała siostra, przytulając babcię.

– To od jutra możemy się zacząć uczyć jeździć, bo dzisiaj jest zbyt ciemno. Chodźmy do domu – rzekł stanowczo dziadek.

Gęsiego udaliśmy się do budynku, gdzie staruszkowie uraczyli nas słodyczami. Posiedzieliśmy u nich jeszcze jakąś godzinę, po czym zadowoleni wróciliśmy do swojego domu. Pamiętam, że nie mogłem się doczekać kolejnego dnia, by wsiąść na wymarzony rower. Ciężko było mi zasnąć, ale udało się ostatecznie. Po kilku godzinach głębokiego snu obudziło mnie pianie koguta dochodzące z ogródka sąsiadów, którzy mieszkali pod nami. Chciałem zdrzemnąć się jeszcze chwilę, ale zarówno dźwięk, jak i promienie słoneczne wpadające przez okno mocno to utrudniały. Wstałem i wyszedłem ze swojego drewnianego łóżeczka. Ubrałem się, po czym w pośpiechu zjadłem śniadanie – kanapki z mielonką, zwaną inaczej konserwą turystyczną2. Czego jak czego, ale konserw w naszym domu nie brakowało, ponieważ ojciec dostawał za każdym razem puszkę od swojego pracodawcy, kiedy szedł na służbę.

– Mamo! Tato! Mogę iść do babci? Jest sobota, a dziadek wczoraj powiedział, że dzisiaj nauczy mnie jeździć na rowerze – zapytałem grzecznie rodziców, którzy akurat popijali kawę, siedząc w pokoju i oglądając telewizję.

– No idź. My przyjdziemy za jakiś czas – rzekł ojciec, mocno jeszcze zaspany.

Po pięciu minutach byłem już na miejscu, ale niestety nie zastałem dziadka.

– Babciu, babciu! Gdzie jest dziadek? – dopytywałem rozczarowany.

– Wnusiu mój kochany, Tadek jest w piekarni, pracuje. Idź do niego i przynieś bochenek chleba, bo nie ma w domu – oświadczyła babunia, prosząc równocześnie o przysługę.

Pokiwałem głową, co oznaczało zgodę, i wyszedłem. Do piekarni szło się około dwóch minut. Byłem chwilę po śniadaniu, ale zapach świeżego pieczywa, który unosił się w powietrzu, spowodował od razu, że poczułem się głodny. Wszedłem do środka, było bardzo gorąco. Zauważyłem dziadka, który stał wysoko na drabinie i wyciągał drewnianą łopatą gorący chleb prosto z pieca, po czym automatycznie wkładał go do białych plastikowych skrzynek. Ubrany był w biały fartuch, na głowie miał wielką czapkę w tym samym kolorze. „Prawdziwy piekarz”– pomyślałem. Byłem z niego dumny.

– Cześć, dziadku – przywitałem się.

– O! Witaj, Grzesiu – odpowiedział dziadzio, na którego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Kiedy wracasz do domu? Miałeś nauczyć mnie dzisiaj jazdy na rowerze – zapytałem ze łzami w oczach.

– Kończę o drugiej po południu, tak że musisz się uzbroić w cierpliwość. Wrócę i wtedy pokażę ci wszystko na spokojnie – mówił przekonująco staruszek.

– No dobrze, poczekam. Babcia chciała, żebyś dał mi chleb, bo nie ma w domu – kontynuowałem dialog, czując się trochę lepiej.

– Weź ten, ale uważaj, bo jest jeszcze gorący. Czekaj na mnie, będę za kilka godzin – zakończył dziadek.

Wziąłem bochenek, dziękując jednocześnie, i wyszedłem. Chleb był ciepły i chrupiący, pachniał nieziemsko. Nim doszedłem do domu, zdążyłem obgryźć prawie całą skórkę z wierzchu. Nigdy nie zapomnę tego smaku, było przepysznie. Babcia, gdy tylko zobaczyła, co przyniosłem, od razu wysłała mnie po kolejny wypiek. Po kilku godzinach pojawili się rodzice z siostrą. Babulka poczęstowała ich drożdżówką. Wszyscy wspólnie siedzieli na ławce przed domem i dyskutowali na różne tematy, ja natomiast bawiłem się, strzelając z procy do ptaków. Po jakimś czasie wrócił dziadzio. Poszliśmy po rower do szopy. Staruszek najpierw pokazywał mi najważniejsze części, omawiając jednocześnie, co do czego służy, a następnie rozpoczęliśmy naukę jazdy. Wyszliśmy za bramę, poza posesję, gdyż było tam zdecydowanie więcej miejsca do edukacji. W tamtym okresie nie było jeszcze doczepianych kółek, dlatego też dziadek postanowił włożyć gruby kij w tył roweru – jakkolwiek to brzmi – ale w taki sposób, żeby mieć całkowitą kontrolę nade mną i pojazdem jednośladowym. Trzymał pręt mocno, aby było stabilnie, a wszystko po to, żebym nie mógł się przewrócić. Najpierw pchał mnie do przodu, a ja, nic nie robiąc w tym czasie, po prostu wczuwałem się w rytm jazdy, by po chwili pedałować już samodzielnie, choć nadal z asekuracją. Nauka zajęła nam około godziny. Później jeździłem już sam, bez dziadka i bez kija. Zdarzyło mi się wylądować kilka razy na trawie, ale nie ukrywam, że mimo to odczuwałem zadowolenie. Byłem tak podekscytowany, że śniło mi się nawet, jak jeżdżę rowerem po mieście. Kolejnego dnia, a dokładnie w niedzielny poranek, wybrałem się wraz z siostrą, rodzicami i babcią do kościoła. Dziadek omijał to miejsce szerokim łukiem, więc nie było go z nami. Miał zostać w domu z prababcią, która ze względu na wiek miała problem z poruszaniem się. Po nabożeństwie wszyscy udaliśmy się do domu dziadków, aby wspólnie spędzić cały dzień. Niestety dziadunio gdzieś wyszedł, a prababcia sama siedziała na ławce przed domem. Dosiedliśmy się do niej, żeby nie było jej smutno, i zaczęliśmy rozmawiać. Po jakiejś godzinie wrócił staruszek.

– Tadeusz! Gdzieś ty znowu był? Dzieci do nas przyszły, a ty szlajasz się, nie wiadomo gdzie, z kim i po co! – kipiała ze złości babcia.

– Jadwiga, a co ty się tak gotujesz? W gospodzie byłem – oznajmił dziadek w dobrym humorze.

– A idź, pijaku ty jeden! – dodała staruszka.

Dziadek nie należał do osób, które wylewały za kołnierz. Lubił wypić, palił też dużo papierosów. Większość jego kolegów prowadziła podobny styl życia, więc dość często spotykali się razem w pasymskiej knajpie, gdzie na co dzień było wesoło.

– Grzesiu, chodź! – zawołał mnie dziadziunio.

– Co chcesz? – zapytałem nieco wystraszony.

– Idź i weź rower, przyjdę zaraz do ciebie – oznajmił senior.

BMX leżał na chodniku przy małym domku. Poszedłem po niego szybko, chwilę później zjawił się dziadek i wyciągnął coś z kieszeni.

– Mam coś dla ciebie, zobacz – powiedział.

– Cóż to takiego? – zapytałem zaciekawiony.

– Zielony kogucik z odblaskiem. Przyczep go do koła od roweru, będzie ci przynosił szczęście – mówił z przekonaniem staruszek.

– Dziękuję, dziadku, zaraz go doczepię – powiedziałem, przytulając się do dziadzia.

Dziadek był dla mnie bardzo ważnym człowiekiem, ufałem mu bezgranicznie. Kiedy powiedział, że kogucik będzie mi przynosił szczęście, uwierzyłem w to mocno, uznałem za fakt. Odblask zamocowałem na przednim kole. Chwilę później poszliśmy do domu, by spokojnie poczekać na obiad. W prodiżu piekł się kurczak. Babcia obierała ziemniaki, a mama przygotowywała surówkę z marchewki. Reszta rodziny siedziała w pokoju obok i namiętnie oglądała telewizję – film pod tytułem „Znachor” Jerzego Hoffmana. Po posiłku wyszedłem na dwór, żeby pojeździć na rowerze. Opuszczając posesję dziadków, skręciłem w prawą stronę. Była tam droga, która prowadziła do parku, lekko pod górę. Pomyślałem, że podjadę na sam szczyt, a następnie zjadę z górki, rozpędzając się mocno, i będzie fajnie. Tak też uczyniłem. Zjeżdżałem z dużą prędkością, tak mi się przynajmniej wydawało. Jechałem prosto na duży kontener ze śmieciami, z którego wystawało cienkie kilkumetrowe ostrze, dokładnie na wysokości mojej szyi. Gdy zbliżałem się do niego, sparaliżował mnie strach, nie mogłem skręcić w żadną stronę. W ostatniej chwili, jakby instynktownie, zeskoczyłem z roweru i wylądowałem na miękkiej trawie, tak że nic mi się nie stało. Kątem oka widziałem, jak BMX przejeżdża pod tą długą szablą, by wjechać ostatecznie w pole ziemniaków należące do sąsiadów. Zacząłem się śmiać.

– O Boże! Grzegorz! – krzyczała przerażona mama, pobladła na twarzy.

Tego dnia nie jeździłem już więcej. Co mnie uratowało? Wydaje mi się, że wiara w moc zielonego kogucika, który miał mi przynosić szczęście…

Gdy miałem niecałe pięć lat, zostałem ministrantem, ponieważ babcia widziała we mnie księdza. Zależało jej, abym rozwijał się w tym kierunku. Zdarzyło mi się nawet zaliczyć trzy msze w ciągu jednego dnia. W głębi duszy czułem jednak, że chcę być biznesmenem. Zależało mi na tym, żeby mieć dużo pieniędzy. Wśród osób biednych oraz średnio zamożnych krążyła legenda, że ludzie bogaci to złodzieje i muszą kraść, żeby się dorobić. Jako pięciolatek ukradłem z przedszkola największy magnes, jaki znalazłem. Sprzedałem go później w jakimś punkcie skupu złomu czy czymś podobnym. Tego samego roku wyciągnąłem z portfela mamy pięćdziesiąt tysięcy złotych (suma odpowiadająca dzisiejszej pięciozłotówce, jednak wartość pieniądza w tamtym okresie była zupełnie inna), o czym nie powiadomiłem swojej rodzicielki. W naszym domu to właśnie mama zarządzała rodzinnym budżetem, więc dość szybko zorientowała się, że brakuje jej pieniędzy. Nie wiem dlaczego, ale byłem pierwszym podejrzanym, z którym rozmawiała. Przyznałem się do winy, po czym dostałem klapsa w tyłek. Cieszę się z tego, bo przynajmniej nauczyło mnie to czegoś i przez wiele kolejnych lat nic więcej nie zrabowałem. Gdyby wtedy na topie było bezstresowe wychowanie, to istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że część swojego życia spędziłbym w poprawczaku, a resztę w więzieniu. Dzisiaj już wiem, że nie trzeba kraść, by stać się milionerem. Ludzie bogaci to przede wszystkim osoby myślące, które podążają za swoją myślą i są wytrwałe w tym, co robią.

Zdjęcie 1. Archiwum własne

W każde wakacje u dziadków było wesoło. Cała rodzina zjeżdżała się wówczas na urlop. Ciocie, wujkowie oraz ich pociechy. Część spała w domu, pozostali w małym domku. Większość dni spędzało się nad jeziorem, całą ekipą. Wieczorami dzieci zajmowały się sobą, zaś dorośli – głównie mężczyźni – urządzali sobie libacje alkoholowe. W tamtym okresie – każdego roku – mieliśmy prawdziwe upalne lato. Temperatura często przekraczała trzydzieści stopni Celsjusza. Lody jedliśmy codziennie. Któregoś dnia – w lipcu 1990 roku – większość rodziny wybrała się na plażę. Nie było z nami wujków, którzy wzięli ze strychu stary ponton i udali się w inną część jeziora na połów ryb. Zabrakło także moich rodziców, gdyż musieli iść do pracy. Dziadkowie zostali w domu, ponieważ na zewnątrz było dla nich zbyt gorąco. Wziąłem ze sobą rower, bo nigdy nie przepadałem za spacerami. Na plaży rozłożyliśmy koce oraz ręczniki, na których można było siedzieć lub leżeć. Obok położyliśmy torby oraz inne rzeczy. Pamiętam, że kilka dni wcześniej ojciec nauczył mnie pływać, dlatego też na pewniaka wszedłem do wody. Kąpali się także inni członkowie rodziny. Najpierw pływałem przy brzegu, ale później zdecydowałem, żeby wejść głębiej, aż po samą szyję. Chciałem sprawdzić, jak daleko mogę dojść. Nie bałem się, bo przecież umiałem pływać, jednak w pewnym momencie trafiłem na jakiś spad pod swoimi nogami i zachłysnąłem się wodą. Nie miałem już gruntu, spanikowałem. Odbijając się nogami od dna, napiłem się wody. Wystawiłem do góry ręce z myślą, że uda mi się wypłynąć, ale nic z tego. Powoli zacząłem tracić świadomość, przed oczami robiło się coraz ciemniej. I nagle w mojej głowie pojawiła się myśl: zielony kogucik z odblaskiem, mający mnie chronić i przynosić mi szczęście! Udało mi się odbić raz jeszcze i wtedy ktoś złapał mnie za rękę, podciągając kawałek do brzegu, gdzie poczułem się bezpiecznie. To była Ola, kuzynka. Wysoka dziewczyna, kilka lat ode mnie starsza. Zawdzięczam jej życie ‒ dziękuję.

Zerówkę rozpocząłem w innym przedszkolu, które mieściło się przy ulicy Górnej. Rodzice przepisali mnie, ponieważ ich o to poprosiłem. Uczęszczał tam jeden z moich ulubionych kolegów – Marcin ‒ co było głównym argumentem. Dzieciaki w tym wieku potrafią być okrutne. Już pierwszego dnia, kiedy do nich dołączyłem, zaczęli naśmiewać się ze mnie. I tylko dlatego, bo byłem nowy. Grupie przewodził Karol, którego bali się wszyscy. Chłopiec śmiał się ze mnie najgłośniej, więc podszedłem do niego, żeby go uspokoić. Przewróciłem młodzieńca na ziemię, po czym zacząłem chichotać, patrząc mu głęboko w oczy.

„Szczęśliwego człowieka nie można obrazić. Można go tylko rozśmieszyć” – jak mawiał klasyk. Od tamtej pory nie miałem już wrogów w tej placówce. Jednak Karol rozpłakał się mocno i poszedł do opiekunki, aby na mnie naskarżyć. Za karę musiałem stać w kącie przez godzinę. Dobrze wykorzystałem ten czas, obserwując ze spokojem swoich rówieśników. Spodobała mi się Iza, z którą miałem później świetne relacje. Któregoś razu dziewczynka przyniosła do przedszkola scyzoryk. Powiedziała, że to prezent dla mnie. Ucieszyłem się tak bardzo, że codziennie nosiłem go przy sobie. Po kilku dniach w placówce pojawili się jednak jej rodzice. Powiedzieli naszej opiekunce, że zabrałem nóż ich księżniczce. Musiałem oddać scyzoryk. Jednak nie to było najgorsze… Zabronili Izie rozmawiać ze mną. Całkowicie urwał się nam kontakt. Cóż… Wszystko jest po coś i nic nie dzieje się bez przyczyny. Ta lekcja nauczyła mnie, że nie wszystkim można ufać tak samo. Z zerówki najczęściej odbierali mnie babcia albo dziadek, u których spędzałem tak naprawdę większość wolnego czasu. Dziadków odwiedzał czasem znajomy, który pracował jako szambelan i wywoził szambiarką szambo w wyznaczone miejsca. Czasem zabierał mnie ze sobą. Siadałem obok niego i jeździliśmy razem. Mężczyzna opowiadał mi dużo o swojej pracy. Nawet zapach nam nie przeszkadzał. Miło wspominam tamten okres. Muszę przyznać, że miałem wspaniałe dzieciństwo. Moja rodzina nie należała nigdy do obrzydliwie bogatych, ale jak widać ‒ wcale nie trzeba mieć milionów na koncie, żeby żyć beztrosko.

W kolejne wakacje ojczulek zaszczepił we mnie pasję do piłki nożnej. Zrozumiałem wtedy, że jest to coś, co kocham, i chcę rozwijać się w tym kierunku. Wychodziliśmy czasem, żeby razem pokopać. Talentem prześcigałem swoich rówieśników, co potwierdzałem na boisku, gdy strzelałem zawsze najwięcej goli. Przez wiele lat ojciec reprezentował barwy Błękitnych Pasym – lokalnego klubu z miasta, w którym się wychował. Od czasu do czasu chodziłem na pasymski stadion, żeby oglądać tatę w akcji, uczyć się gry, jak również mu kibicować. Muszę stwierdzić, że grał naprawdę dobrze. Cieszył się reputacją solidnego stopera, który grał bezbłędnie. Nigdy nie odszedł do lepszego klubu, bo miał w sercu tylko Błękitnych i rodzinę, która była na miejscu. Po meczach chodził z kolegami do knajpy, by opijać zwycięstwa lub porażki. Nawet remisy były świętowane, bo chłopaki po prostu lubili wypić. Czasami w tej samej knajpie można było spotkać dziadka ze swoimi kolegami i tatę z jego ekipą. A co robiłem tam ja? Spijałem pianę z piwa od któregoś z nich. Ta knajpa miała swój klimat. Pachniało w niej rozlanym browarem. Piwo serwowane było w szklanych kuflach z uchem, wielkich i ciężkich. Pamiętam, że zawsze było tam pełno ludzi. Mama denerwowała się na ojca, że nie było go z nami w domu. Twierdziła, że tatko woli biegać za piłką, zamiast spędzać czas z rodziną. Mnie to nie przeszkadzało, bo wiedziałem, że tata jest wówczas szczęśliwy. Kiedy człowiek realizuje swoją pasję, odczuwa stan uniesienia i zapomina o wszystkim, co dzieje się dookoła niego. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz, a cała reszta schodzi na boczny tor. Robiąc to, co się kocha, wykonuje się to zawsze jak najlepiej. Całym sercem. Wydaje mi się, że nie chodziło wcale o to, że spędzaliśmy czas oddzielnie, a raczej problemem było to, że tata za każdym razem wracał do domu przesiąknięty alkoholem. Takie były czasy. Z drugiej jednak strony – w którym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, ludzie stronią od alkoholu?

Po wakacjach zaczęła się podstawówka. Byłem dumny z faktu, że zostałem pierwszoklasistą. Przed apelem poprzedzającym rozpoczęcie roku szkolnego zostałem wyznaczony wraz z kolegą – Piotrem Dworakiem – do trzymania sztandaru. Czuliśmy się wyróżnieni, aczkolwiek prawdopodobnie padło na nas, bo ojciec Piotrka pracował jako dyrektor szkoły, zaś moja babcia była nauczycielką. W życiu ważne jest, żeby mieć znajomości. Tak naprawdę to lepiej mieć ich więcej aniżeli mniej, bo wtedy przed człowiekiem pojawia się mnóstwo możliwości. W szkole trafiłem do jednej klasy z większością kolegów, których poznałem w zerówce. Zarówno mnie, jak i Piotrkowi podobała się ta sama dziewczyna – Marta. Śliczna, niezbyt wysoka blondynka o zielonych oczach. Miała coś w sobie, bo zawsze na jej widok serce biło mi szybciej. Między mną a synem dyrektora szkoły nie było żadnej rywalizacji, trzymaliśmy się razem. Przerwy spędzaliśmy głównie na boisku szkolnym, grając w piłkę nożną. Marcin, Kamil, Piotrek, drugi Piotrek, Bartek i ja – nie było na nas mocnych. Prezentowaliśmy futbol na wysokim dziecięcym poziomie. Pamiętam, że każdego dnia na stołówce szkolnej dostawaliśmy słodką bułkę, a do tego kubek ciepłego mleka. To mleko smakowało obłędnie, bo było świeże, prosto od krowy, sprzedawane w szklanych butelkach z takim jakby sreberkiem w postaci kapsla. Pewnego dnia, gdy siedziałem w domu i oglądałem telewizję, rodzice wrócili z jakiegoś spotkania. Wyglądali na bardzo szczęśliwych, mieli błysk w oczach.

– Asia, Grzegorz! Chodźcie do kuchni – wykrzyknęła podekscytowana mama.

– Co chcesz? Oglądam żużel – wydarłem się niezadowolony. Śledziłem transmisję Drużynowych Mistrzostw Polski na Żużlu 1992. Wówczas najlepiej jeździł Tomasz Gollob, reprezentujący barwy Polonii Bydgoszcz. Zdobył dla swojego klubu najwięcej punktów. To były początki jego wspaniałej kariery, którą zbudował w późniejszych latach. Rodzice postanowili wejść do pokoju, żeby dokończyć rozpoczętą z nami rozmowę.

– Kupiliśmy mieszkanie w Olsztynie. Przeprowadzamy się niedługo – powiedział uradowany ojciec.

– Mamo, czy to prawda? W końcu będę miała swój pokój? – zapytała ożywiona siostra.

– Tak. Będziecie oboje mieli własne pokoje. Nareszcie – wydusiła z siebie wzruszona mama.

– Ojejku, to cudownie! – dodała Asia, podskakując do góry.

– Mamo! Tato! To wspaniale! Cieszę się strasznie – krzyczałem z radości, przytulając wszystkich członków rodziny jednocześnie.

Emocje, jakich doświadczyliśmy tamtego dnia, są nie do opisania. Wyprowadziliśmy się z Pasymia w listopadzie 1992 roku. Wprowadziliśmy się na trzecie piętro czteropiętrowego budynku przy ulicy Witosa na Pieczewie – jednej z dzielnic Olsztyna. Mówiło się, że mieszkamy w blokach kolejowych, ponieważ większość mieszkańców osiedla pracowała wówczas na kolei. Tego dnia, po raz pierwszy w życiu, ujrzałem na oczy swój pokój. Wszedłem do środka. Podłoga przykryta była tradycyjnym – w tamtych latach – linoleum. Ściany oraz sufit pomalowano na biało. Pachniało świeżością, wszędzie było czysto. Na środku pokoju stał jedynie stary rozkładany fotel. Siadłem na nim. Przepełniała mnie radość, nie potrzebowałem niczego więcej do szczęścia. Kiedy emocje powoli zaczęły opadać, postanowiłem zobaczyć resztę mieszkania. Składało się z dwóch dodatkowych pokoi różnej wielkości, niedużej kuchni, oddzielnej łazienki z toaletą oraz pokaźnego balkonu. W bloku znajdowała się również piwnica. Rodzice zadecydowali, że wezmą największy pokój, średni przydzielili siostrze, zaś dla mnie przeznaczony był najmniejszy, ale jakoś w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wyszedłem na balkon, żeby wstępnie zapoznać się z okolicą. Odczuwałem niewielki chłód, gdyż padał ulewny deszcz. Lewa strona prezentowała się trochę dziko. Dostrzegłem tam ogromny las, wielką łąkę oraz karygodnie zaniedbany stawek, z którego wystawały metalowe pręty, jak również betonowe płyty. Na wprost stał jeden blok, zaś po prawej flance widniały kolejne dwa budynki. Gdy spojrzałem w dół, zaczęło mi się kręcić w głowie. Znajdowały się tam wielkie kałuże oraz błoto. Wkrótce potem w tym samym miejscu wybudowano plac zabaw, wokół którego zasiano trawę. Na glebie wyrosły także piękne kwiaty oraz różne gatunki krzaków. Zamieszkaliśmy w nowym, ale nieskończonym jeszcze budownictwie.

Rodzice