To nie koniec świata - Ewa Maja Maćkowiak - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

Życie potrafi zaskakiwać. Przekonuje się o tym Halina, bo choć szczęście o imieniu Ewunia jest słodkie, to rola matki ją przeraża, zaś nietypowe zachowanie partnera odbiera resztki nadziei…
Ale od czego są przyjaciele?! Basia i ciotka Bogusława, którą dopadła miłość, postanawiają wspólnie zaopiekować się Haliną. Nadzieja, zdrada i tajemnice przeplatają się ze sobą, a kłamstwo jest jak bumerang, wystarczy rzucić i wróci. I chociaż czasami wydaje się, że trawa u sąsiada jest bardziej zielona, to może być podlana łzami, bo każdy skrywa sekrety. Nawet Rzepkowa.
Nowe perypetie bohaterów znanych już z powieści Na koniec świata zostały okraszone jodłowaniem, wiarą i receptą, że wszystko ma swoją porę, a potknięcia i porażki To nie koniec świata.
W przygotowaniu Miłość na końcu świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana wjakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© WenPhotos | pixabay.com

Redakcja

Jolanta Chrostowska-Sufa

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Jeżeli nie zaznaczono inaczej, autorką cytowanych wierszy jest Ewa Maja Maćkowiak.

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2019

ISBN 978-83-66201-39-2

Kiedy wydaje ci się, że właśnie wszystko się skończyło, i myślisz, że twój świat wali się w gruzy, wtedy odkrywasz, że to nie koniec świata, bo w życiu tak jest, że coś się kończy, by ustąpić miejsca czemuś nowemu.

O tym, że szczęście, choć malutkie, jest wielkie i można je zważyć

Karetka jechała na sygnale, podskakując na podziurawionej jak ser szwajcarski drodze, wstrząsając ciałem ciężarnej kobiety. Halinka trzymała się za twardy i napięty do granic możliwości brzuch, powtarzając jak mantrę słowa lekarza:

– Proszę oddychać. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Słyszysz? Wszystko będzie dobrze.

Nie wiedziała, czy uspokaja nimi siebie, czy dziecko. Podskórnie czuła, że i ono się boi. Może po prostu wyczuwało jej strach.

– Oddychaj – powtarzała głosem, w którym nietrudno było wychwycić panikę. Paraliżujący lęk sprawiał, że zapomniała o wszystkim, czego uczyła się w szkole rodzenia.

– Oddychaj, Halina, oddychaj.

Jednak miarowy oddech, wbrew zapewnieniom prowadzącej kurs przygotowawczy dla przyszłych rodziców, nie przynosił żadnej ulgi. Bóle nasilały się, co wprawiało ją w przerażenie. Ale nie bała się cierpienia i bólu, który co chwila przeszywał jej lędźwie, lecz o swoje maleństwo. Jej skarb. Boże, niech wszystko będzie dobrze – prosiła w myślach. Strużki łez płynęły jej po policzkach. Poczuła ich chłód, kiedy wypełniły zagłębienia małżowin usznych. Chciała je wytrzeć, ale bała się zdjąć dłonie z brzucha. Wiedziała, że ich dotyk i ciepło uspokajają dziecko. Pomiędzy atakami bólu wypowiadała bezgłośne modlitwy. Ojcze nasz… Zdrowaś, Maryjo, nie pozwól, żeby coś złego stało się mojemu dziecku. Moje serce by tego nie zniosło.

– Wytrzymaj, skarbie – powiedziała na głos – mamusia ciebie kocha.

Z jej gardła wydobył się płacz połączony z jękiem, który wywołał ból, a ciałem wstrząsnął spazm.

– Proszę się uspokoić. Niech pani oddycha. – Ratownik złapał ją za rękę. – Chłopiec czy dziewczynka? – zagadywał przerażoną kobietę, uważnie obserwując na monitorze parametry funkcji życiowych mamy i dziecka.

– Nie wiem, nie chciałam… Nie chcieliśmy wiedzieć – poprawiła się. – Boże! – jęknęła. – On nic nie wie. – Poderwała się, jakby chciała wstać. – Muszę zadzwonić.

– Proszę, niech się pani uspokoi. – Sanitariusz przytrzymał ją za ramiona i powiedział łagodnym, ale stanowczym głosem: – Proszę oddychać. Zdążymy zadzwonić. Musi się pani skoncentrować na oddechu. Lada moment będziemy w szpitalu.

– Tak, tak, wiem, oddech. Ale mąż… – Złapała go za rękę. – Czy może pan zadzwonić do męża? Boże, ten ból jest nie do zniesienia. – Ponownie jęknęła.

– Tak, oczywiście, ale jest pewien problem. – Zrobił przerwę. – Ja nie mam męża.

Halinka zaśmiała się mimo woli. Zdenerwowanie odpłynęło. Poczuła, że naprawdę wszystko będzie dobrze. Ból nie ustępował.

– A imię wybraliście? – zapytał, widząc, że pacjentka odetchnęła.

– Oczywiście! – zapewniła, a w jej głosie dało się słyszeć zgorszenie, że młody człowiek mógł mieć jakiekolwiek wątpliwości. Przecież ona imię wybrała zaraz po pierwszej wizycie u lekarza. – Ewunia… O Boże, co za ból… Albo Adaś – dokończyła, po czym bolesny skurcz ponownie zawładnął jej ciałem. Oddychaj – nakazała w myślach po raz kolejny.

– Piękne imiona. – Uśmiechnął się. – Teraz same Dżesiki, Brajany. Nie żebym miał coś przeciwko, ale jednak wolę tradycyjne. Nasze tradycyjne oczywiście. Ewa i Adam, ładne, prawda, doktorze? – zwrócił się do lekarza, czekając na potwierdzenie.

– Nie bądź krytyczny, wszystkie imiona są dobre, najważniejsze, żeby dzieci kochać, czyż nie?

– Tak – powiedziała z trudem. Ból rozchodził się po jej ciele z coraz większą mocą. – A co będzie, jak zacznę teraz rodzić? – zapytała wystraszona, że nie zdążą do szpitala na czas.

– Jak to co? Powitamy na świecie Ewunię lub Adasia. Sprzęt na takie niecodzienne okoliczności mamy, jak się patrzy. A i komplecik odzieży dla bobasa też jest. No i przede wszystkim wyszkolony zespół. I dzielna mama oczywiście – podkreślił i uśmiechnął się do rodzącej, mając nadzieję, że doda jej otuchy.

Kąciki ust Halinki rzeczywiście uniosły się w uśmiechu, ale zaraz kobieta skrzywiła się, rażona siłą nadchodzącego skurczu. Rafał Marusik pomyślał, że maluch prawdopodobnie przyjdzie na świat tu i teraz, na jego dyżurze. Ot, i szczęście nowicjusza, zostanę wujkiem – westchnął i uśmiechnął się do tych myśli. Spojrzał na rodzącą i jakaś przedziwna fala czułości i troski zalała całe jego ciało. Miał ochotę złapać pacjentkę za rękę i pogładzić.

Halina poczuła przyjemne, rozlewające się po udach ciepło. Przyniosło jej dziwny rodzaj ukojenia. Spojrzała na ratownika.

– Chyba zrobiłam siusiu – powiedziała cicho, zawstydzona i zdziwiona reakcją własnego ciała.

– Słucham? – Pochylił się nad rodzącą. – Nie usłyszałem. – Wskazał w górę i zakręcił palcem, pokazując, że głos syreny zagłusza jej słowa.

– Chyba zrobiłam siusiu… – Dotarło do jego ucha.

– O matko! – wyrwał mu się niekontrolowany okrzyk. Młody adept ratownictwa medycznego po raz pierwszy, odkąd pracował w pogotowiu, poczuł panikę. Nie zdążą. Ta myśl napawała go przerażeniem.

– Tylko spokojnie, panie Rafale, nie trzeba straszyć rodzącej, prawda? – przywołał go do porządku lekarz. – Odeszły pani wody płodowe. To oznacza, że zaraz powitamy na świecie nowego obywatela lub obywatelkę – zwrócił się do kobiety łagodnym tonem. – Teraz proszę tylko słuchać mnie i swojego organizmu, a wszystko pójdzie jak należy. – Uśmiechnął się i złapał pacjentkę za rękę.

– Umieram! – Rozdzierający krzyk wydobył się z gardła Halinki.

– Proszę nam tu nie umierać, tylko oddychać i słuchać poleceń.

– Hu, hu, hu, hu. – Łapała oddechy, po czym zacisnęła szczęki z bólu. – Niech mnie ktoś uratuje… chyba zaraz urodzę.

– Jeszcze trochę, nie ma pełnego rozwarcia, choć wszystko idzie błyskawicznie.

– Ja tego nieee przeżyję!

– Proszę…

– Pieprz się, mądralo! – wrzasnęła. – Hu, hu, hu, oddychaj, Hala, oddychaj…

***

Słabiutki głos kwilącego malucha, przytulonego do jej ciała, dobiegał do uszu zmęczonej i szczęśliwej mamy. Trzy tysiące dwieście gramów zachwytu. Bezbronna, krucha istotka słuchała bicia jej serca, po drugiej stronie innego, nieznanego, nowego świata. Halinka płakała ze szczęścia jak bóbr.

O tym, że niektóre motyle mogą nieźle namieszać, szczególnie te, które zamieszkają w brzuchu

Starszy posterunkowy Arkadiusz Kowalik, stojąc w postawie na baczność, tłumaczył rzeczowo przebieg zdarzenia, uspokajając zdenerwowane kobiety.

– W którym szpitalu? – zapytała nerwowo Basia.

– W miejskim – rzucił, zasalutował odruchowo, pożegnał się i skierował do radiowozu zaparkowanego przed domostwem, w którym mieścił się Zielony Zakątek.

Baśka poczuła dziwne szczypanie w skroniach, w uszach jej zaświstało, a świat przed oczami zaczął wirować niczym zbierające się nad światem tornado. Skurcz żołądka i towarzyszący mu nieprzyjemny ból sprawiły, że mimowolnie się skuliła. Zacisnęła oczy w nadziei, że zatrzyma ten kołowrót. Jednak wewnętrzny świat tańczył dalej. Wzięła głęboki oddech, próbując wyciszyć rozszalały z nerwów umysł. Uspokój się, masz przed sobą daleką drogę – upomniała się. Dotknęła dłońmi brzucha, jakby chciała zarejestrować tam jakiś ruch. Pomyślała, że nie czuła ich od tak dawna. Te, które niegdyś wzbijały się do lotu dla – jak się później okazało – wiarołomnego Maćka, już dawno odleciały. Myślała, że już nigdy nie doświadczy ich delikatnego trzepotu, który przyspiesza puls. A one ożyły. Miałyby znów zniknąć? Jej motyle ukryte na dnie serca? Te, które dopiero co rozpościerały skrzydła, teraz je zwijają? I zamiast fruwać radośnie, łaskocząc wnętrze, zamieniają się w kamienie? Ponownie poczuła nieprzyjemny skurcz.

– Motyle są takie delikatne – westchnęła.

Na jeden krótki moment, kiedy wspomniała Remka, odniosła wrażenie, że motyle ukryte w jej brzuchu chcą się jeszcze poderwać. Zacisnęła mocniej oczy. Remigiuszu, ja ci radzę, lepiej bywaj zdrów, bo to całkiem miłe uczucie, kiedy motyle podrywają się do lotu, trzepocząc delikatnie. Lubię je, i to bardzo – wydała polecenie, mając nadzieję, że jej myśli poszybują na motylich skrzydłach wprost do chłopaka. Czuła, że te Remkowe motyle są wielobarwne, obdarzone szerokimi skrzydłami. I że mogłyby porwać do lotu jej serce. A może nawet już porwały…

O tym, że za mundurem panny sznurem, choćby zęby trzeba było zacisnąć

Bogusława zamknęła drzwi za policjantem i zdenerwowana podążyła za siostrzenicą.

– Basiu, ty się nie wygłupiaj. Zabraniam ci jechać gdziekolwiek w takim stanie. – Ciotka stała tuż za plecami Basi i nerwowo machała rękoma. – Oni są pod dobrą opieką, a ja odejdę od zmysłów, jeśli pojedziesz. Wystarczy mi już nerwów. Mam się jeszcze martwić o ciebie?

– Ale, ciociu, zrozum…

Łomotanie do drzwi zagłuszyło słowa Basi. Bogusława złapała się za serce.

– Ja dziś zawału dostanę. Albo palpitacji serca! – wykrzyknęła. Zostawiła Basię i pobiegła w stronę drzwi. – Do jasnej cholery, kto tak łomocze?! Zaraz, chwileczkę, pali się czy jak? – Otworzyła drzwi rozzłoszczona.

Rzepkowa, słysząc dźwięk odsuwanego rygielka, pchnęła podwoje i bezceremonialnie wtargnęła do środka, zostawiając przy wejściu oszołomioną Bogusławę.

– A co to sie stało, że sam Łarkadiusz łod Kowalików do was zawitał, he? Nie zdonżyłam zapytać, tak prendko łodjechał. Do kapliczki żem szła. Patrze, a pan władza pod waszym domem stanoł. Czensto na wieś nie zajeżdża, to żem sie wystraszyła, że sie co stało. A stało sie co? – zapytała, wparowując wprost do pokoju Basi. – Jezusieńku kochany, jak ty, dziecko, wyglondasz. Blada żeś jak ta ściana! – krzyknęła na widok Barbary.

– Za to pani na odwrót, kolory ma jak dojrzały pomidor – odpowiedziała Barbara uszczypliwie.

Wiesława Rzepka zastygła w bezruchu, przyglądając się młodej sąsiadce ze zdziwieniem.

– A po co zara tak do starszy łosoby niegrzecznie? Ze szczerego serca żem leciała… bom sie wystraszyła ło was, i nawet na bolonce nogi nie patrzałam. – Urwała, pokazując na nogi. – Jakby jaka pomoc była potrzebna albo co. Ja już raz takom wizyte miała, najgorsza godzina w moim życiu to była. – Zamilkła i posmutniała.

Basia wstrzymała oddech.

– Przepraszam, pani Wiesławo, nie chciałam być niegrzeczna, ale nie najlepszy mam humor po wizycie posterunkowego i bardzo się śpieszę.

– Dobrze, że pani jest, pani Wiesiu. – Bogusława stanęła obok sąsiadki. – Proszę usiąść. – Wskazała ręką na krzesło i skarciła wzrokiem siostrzenicę. – Niech pani odsapnie. Zjawiła się pani w samą porę, bo jak raz potrzebuję pomocy. Poradzić sobie z tą dziewczyną nie mogę. Właśnie jej perswaduję… tłumaczę – poprawiła się, widząc minę gościa – że pośpiech i wzburzone emocje to nie jest dobrana para i lepiej ochłonąć, niż się w podróż z nimi wybierać. Daleką zresztą. I może pani…

– Łatwo ci mówić – przerwała Basia ciotce – nawet minuty nie będę czekała, zabieram torbę i jadę. Oni mnie potrzebują.

– Jedyne, czego potrzebują, to odpoczynku i pewności, że wszystko jest okej, a nie wiadomości, że leżysz w sali obok – mówiła podniesionym głosem ciotka.

Wiesława Rzepka przez chwilę słuchała słownych przepychanek sąsiadek. Naraz usiadła na krzesełku i walnęła ręką w stolik.

– A powieta wreszcie, ło co chodzi?! – krzyknęła. – Serce mam słabe, zagadków mi nie trza.

Basia i Bogusława stanęły jak wryte. Spojrzały na siebie, zdziwione gestem sąsiadki.

– Pani Wiesiu, posterunkowy przekazał, w którym szpitalu są dzieciaki, i Basia chce do nich jechać. No niech jej pani przetłumaczy, że najpierw to musi się uspokoić, bo w takich nerwach jeszcze wypadek spowoduje. A mało to mamy trosk? No niech pani powie, mało? – poskarżyła się Bogusława kobiecie.

– A coś ty, dziecko, rozum postradała? – zwróciła się Rzepkowa do Basi. – Ciotki słuchaj, racje ma. Najważniejsze, że żyjom. – Urwała i odetchnęła ciężko. – W nerwach to ino głupot natrzaskać można. Siadaj. Albo nie, najsamprzód herbatki zrób, porozmawiamy, a jak sie uspokoisz, to i sama cie łodprawie. Pojechałabym z tobom, dziecko, bo sie sama martwie, ale nogi za bardzo bolom. Ach! – Machnęła ręką. – Też już rozum powinnam mieć, żeby tak nie latać. Ale co zrobić, jak ciało stare, a duszy sie zdaje, że młoda. Tera swoje łodcierpie. Zagryzałam zemby i leciałam na łeb, na szyje. Kiedyś, jak młoda byłam… – Rzepkowa zamyśliła się – Pamientam, jak za łojcem Łarturka dziewczyny jak lunatyczki szły. A nie powiem, bo i mnie sie podobał. Jak to mówiom, za mundurem panny sznurem, bo Rysiek w milicji pracował i w mundurze jak malowany wyglondał. A syn w jego ślady poszed. No, ale to dawne czasy – westchnęła. – Dobra ta twoja herbatka, Basiu. – Spojrzała na dziewczynę, zadowolona, że z jej twarzy zniknęła przeraźliwa bladość. – A powiedz ty mi lepij, kiedy ło tych warsztatach pomówimy i kiedy bendziemy ustalać to memu.

– Menu, pani Rzepkowa – poprawiła kobietę Basia – ale mniejsza z tym. Miło z pani strony, że chce mnie pani zagadać, ale teraz i tak nie mam do tego głowy. Posiedzę chwilkę z wami, uspokoję się i pojadę do szpitala.

– A to tera mondrze mówisz, dziecko. Co nagle, to po diable, jak to moja babcia mówiła. A może ja bym im kompocików dała? Jak sie takiego napijom, to łod razu sie lepij poczujom. Bo to i domowe, i z miłościom robione. Podwiozłabyś mnie do domu i…

Basia przewróciła oczami.

O tym, że myśli są jak konie i czasami potrzebują lejców

Droga do celu dłużyła się niemiłosiernie. Basia starała się zachować zimną krew i zbytnio się nie nakręcać pod dyktando emocji. Że za wolno, że dziury, że korki, że trąbią, że… Uczyła się cierpliwości, opanowania, trzymania na uwięzi tych wszystkich kłębiących się w myślach „że”. Powinna na chłodno obserwować, zamiast bezwiednie ulegać utartym schematom, którym najprościej jest się po prostu poddać w odruchu desperacji. Uczyła się poskramiać myśli. Dobrze wiedziała, że potrafią być natrętne. I to jak. Wystarczyło popuścić cugle i bach! Wio, koniku, a jak się postarasz… będą gnały przed siebie, na złamanie karku. Już ona wiedziała, od czego są lejce. Ściągała je w odpowiednim momencie. Prrrr, kochanieńkie, prrrr. Dokąd tak pędzicie? W przepaść? To nam nie po drodze. Nie pędźcie, nie wzniecajcie tumanu spod kopyt. Nie żeby ciągle je kontrolowała, nie. Po prostu kiedy czuła, że gnają na oślep i jak nic zapędzą ją w kozi róg, ściągała lejce i przejmowała prowadzenie. Zamiast poddawać się nerwowej gonitwie myśli, wolała przyjąć postawę obserwatora zachowującego dystans wobec otoczenia i własnych emocji. Czas podróży wykorzystała do snucia planów i marzeń. Męski głos w GPS-ie przywoływał ją od czasu do czasu z odległych galaktyk fantazji.

Oddawała się wtedy obserwacjom. Patrzyła przez szybę na miasto, na setki ludzi tłoczących się jak w mrowisku. Udzielały jej się nieustanny ruch i pośpiech, którymi tętniły miejskie arterie. Wrażenie to potęgowało jeszcze natrętne wciskanie klaksonu przez nerwowych kierowców, jakby to cokolwiek mogło pomóc. Jakby trąbienie miało zdziałać cuda i sprawić, że samochody rozstąpią się niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem. W chwilach takich jak ta cieszyła się, że mieszka na wsi. Tutaj, jak w każdej większej aglomeracji, życie toczyło się w przyspieszonym tempie, przypominało produkt instant, mocno przyprawiony niepokojem, który był na wyciągnięcie ręki. Ten ciągły bieg, walkę o więcej, na szczyt, odczuwała jak pętlę zaciśniętą na gardle. Odruchowo położyła dłoń na szyi i zerknęła w lusterko wsteczne. Kierowca w aucie jadącym tuż za nią wymachiwał rękoma. Wyglądało to komicznie, jakby ktoś niewidzialny pociągał marionetkę za sznureczki.

– Już nigdy nie wrócę do miasta. – Ledwie zdążyła wypowiedzieć te słowa, kiedy głos z aplikacji telefonu zakomunikował, że miejsce docelowe będzie za pięćset metrów. Wjechała na parking, zgasiła silnik. Wzięła kilka głębokich oddechów, zapodała sobie komendę: „Weź się w garść, Baśka” i wysiadła z auta.

Budynek szpitala wyglądał na solidny, mimo to wzbudzał w niej niechęć. Owszem, była wdzięczna za wszystkie cuda medycyny, ale – chciała czy nie chciała – bardziej kojarzył się jej z chorobami niż ze zdrowieniem, choć przecież do tego właśnie służył. Do ratowania zdrowia i życia. Zamrugała oczami. Pragnęła wymazać obraz, który za każdym razem, na samo wspomnienie szpitala, stawał jej przed oczami. Wychudzone, bledziutkie ciało mamy na szpitalnym łóżku. Mama nie znosiła szpitali. Pobyt w takim miejscu nie uratował jej życia. Strata nigdy nie przestała boleć. A teraz Basia znów miała przekroczyć szpitalne progi i odwiedzić dwoje przyjaciół.

– Boże – westchnęła i otrząsnęła się z natarczywych myśli.

Nie lubiła wybiegać za daleko, nie znosiła zapytania: co by było, gdyby? Nie budziło ono pozytywnych skojarzeń. Poczuła dziwny niepokój, wzdrygnęła się. Jej organizm zawsze reagował na potencjalnie nieprzychylne okoliczności przebiegającym po całym ciele nieprzyjemnym dreszczem.

Gdyby babcia miała wąsy, toby była dziadkiem – przemknęło jej przez głowę. – Ty nie rozprawiaj, co by było, tylko patrz na to, co jest. A jest dobrze. Żyją. Są w szpitalu pod dobrą opieką – dodała sobie odwagi i ruszyła w stronę szpitalnych drzwi.

O tym, że miłość to nie poker, ale zakochani mają twarz pokerzysty

Pchnęła drzwi i weszła z impetem, jakby chciała mieć wizytę w tym miejscu za sobą.

– Przywieziono tu dwójkę ludzi z wypadku – zawołała na widok rosłego, dojrzałego mężczyzny w białym kitlu, lądując nieomal na jego torsie.

– Dzień dobry – powiedział przeciągle. – Z moim słuchem jest wszystko w porządku – dokończył i zrobił krok w tył, ustępując miejsca rozemocjonowanej kobiecie.

Zaczerwieniła się na wspomnienie kłamstwa, jakie zaserwowała lekarzowi, kiedy zapytał, kim jest dla niej pacjent, a ona bez mrugnięcia okiem odrzekła, że Remek to jej narzeczony i że za kilka miesięcy biorą ślub, i że musi się z nim natychmiast zobaczyć, i że… I zdziwiła się, że nawet się nie zająknęła, że nie drgnął jej żaden mięsień na twarzy, niczym zawodowemu pokerzyście. Takiej siebie nie znała.

– Wstrząśnienie mózgu, uraz kręgosłupa szyjnego. Ale proszę się nie martwić, stan jest stabilny. Jednak pacjent musi zostać pod obserwacją. – Dźwięczał jej w uszach głos lekarza. Mówił łagodnie, ale niski i chropowaty ton sprawił, że znów poczuła nieprzyjemny dreszcz i ścisk w żołądku. Baśka. Chwalmy Pana! Żyje, to najważniejsze – skarciła się w myślach.

– Zaciągnij lejce, moja panno – powiedziała na głos, powstrzymując w ten sposób przypływ negatywnych myśli.

– Słucham?

– A nie, nic, to tak do siebie. Dziękuję. A czy będę mogła go odwiedzić? – Nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: – Ale później, bo, bo, bo… bo się nie rozdwoję.

Doktor Walewicz uniósł brwi.

– Bo widzi pan, chciałabym i do Remka – urwała, a na jej twarz wypłynęły dwa zdradzieckie pąsy – narzeczonego – dodała – i do Halinki. Moja przyjaciółka jest w ciąży i bardzo chcę ją zobaczyć.

– Oczywiście, proszę iść. Wiadomo, jak kocha, to poczeka, zresztą wszystko jest pod kont…

– Słucham?! – zapytała oburzona, przerywając lekarzowi.

– Pod kontrolą i w dobrych rękach – dokończył. – No chyba się nie mylę, że kocha? Przecież narzeczony, ślub? – Spojrzał podejrzliwie na kobietę.

– To ja już pójdę, a potem wrócę… do narzeczonego – wydukała zawstydzona. Poczuła się, jakby ktoś przyłapał ją na gorącym uczynku. – Dziękuję – bąknęła pod nosem, odwróciła się i ruszyła w stronę windy. Jeszcze by brakowało, żeby zaanonsował Remkowi, że narzeczona przyjdzie. Co cię, kobito, podkusiło – konwersowała w myślach, czekając na windę. Żeby się słowa Rzepkowej nie ziściły. Kłamstwo jest jak bumerang. Rzuć, a zaraz wróci.

***

– O Boże. Jak to?! Kiedy? Urodziła? Zostałam ciocią? – Na słowa pani doktor z oddziału położniczego, że jej przyjaciółka urodziła dziecko, z jej ust, niczym z karabinu maszynowego, wystrzelił potok słów. Basia łapała się za głowę, za serce, przykładała dłonie do twarzy tak mocno, aż słychać było głośne plaśnięcia. Policzki pokryły się rumieńcem zachwytu, który wraz z podbiegłymi od uderzeń śladami przekrwień sprawiał, że wyglądała, jakby umorusała się kardynalską czerwienią akrylowej farby.

Lekarka patrzyła na ten przezabawny taniec rąk. Była świadkiem wielu przedziwnych zachowań. Nowe życie zawsze wprawiało wszystkich w zachwyt i wzbudzało niewyobrażalne szczęście, objawiające się czasami tak jak teraz: zabawnym pacaniem po twarzy, a czasami krzykiem, płaczem lub tańcem plemiennym. Uśmiechnęła się i wskazała palcem salę poporodową.

Basia podziękowała lekarce i ruszyła przez nowoczesny hol, kierując się w stronę szpitalnych sal. Drewniane panele w połączeniu z odcieniami szarości nadawały temu miejscu designerski charakter. Pomyślała sobie, że w tak czystym i estetycznym miejscu pacjentom musi być dobrze. Jej przyjaciółce też. Stanęła pod wskazanymi drzwiami, nachyliła się i przez chwilkę nasłuchiwała odgłosów dobiegających z sali. Cichutkie kwilenie wprawiło ją w lekką konsternację i jej dłoń zawisła w powietrzu. Posłuchała jeszcze chwilę, po czym ostrożnie nacisnęła klamkę. Kiedy powoli otwierała drzwi sali, prosiła w myślach, żeby nie zaskrzypiały. Otworzyły się bezszelestnie, co wprawiło ją w zaskoczenie. Baśka, co się tak dziwisz, przecież to świeżo wykończony oddział noworodkowy, a nie twoja chata przed remontem, wiadomo, że będą śmigać jak po naoliwieniu – puknęła się w czoło – niech ci wreszcie klepki na miejsce wrócą.

O tym, że lepiej jest trzymać się tradycji, również tej związanej z chrztem

Na widok przyjaciółki i dziwnego pojemnika z maleństwem obok łóżka serce Basi zabiło tak, jakby za moment miało wyskoczyć z piersi.

– Dzień dobry – powiedziała przyciszonym głosem, zważając na to, że na sali leżało troje maluszków. Dwoje z nich przyssało się do piersi matek. Trzecie, w przeźroczystym pojemniczku, było maleństwem jej przyjaciółki.

Halinka odwróciła głowę, jej ręce impulsywnie wystrzeliły w górę, zatrzepotała nimi jak dziecko na widok lizaka i zapiszczała:

– Aaaa, jeeesteś! – Po czym złapała się za usta, przykrywając je szczelnie dłońmi, gdy maluszek na łóżku obok puścił sutek i zakwilił. – Przepraszam – wyszeptała w stronę łóżka sąsiadki. Zamachała na Basię, która stanęła wystraszona, że przyczyniła się do całego zamieszania.

– Nic się nie stało – usłyszała od kobiety – nie dajmy się zwariować. Już jest dobrze, złapał cycuszka i po sprawie.

Basia uśmiechnęła się z wdzięcznością i po cichutku podeszła do Halinki.

– Boże mój, ale się o was bałam – wyszeptała wprost do ucha przyjaciółki. – Jak się czujesz? – Przytuliła się do niej. – I jak nasze szczęście?

– Wszystko dobrze, choć umierałam ze strachu… o Ewunię. – Spojrzała w stronę dziecka. – To były najgorsze chwile, jakie w życiu przeżyłam. Nawet nie wiesz, co czułam… Basiu. Pierwszy raz w życiu tak się bałam. Wiesz, siedziałam tam i… – Urwała, nabierając łapczywie powietrza w płuca.

– Już dobrze, ciii, wszystko dobrze – powiedziała głosem pełnym czułości Basia i pocałowała przyjaciółkę w czubek głowy. – Zostaw to, nie ma co do tego wracać. – Odsunęła ją lekko od siebie i z uśmiechem zapytała: – Przedstawisz mi swoje szczęście?

– Nawet nie wiesz, jak wielkie.

Basia wpatrywała się w maleńkie zawiniątko, a łzy skapywały jej wprost na bladoróżowy kocyk. Czuła, że lada chwila serce wyskoczy jej z piersi albo eksploduje. Nie zdawała sobie sprawy, jak silne emocje może wywołać taki malutki człowiek. Jeszcze nie tak dawno głaskała brzuszek Halinki, przyjmowała kopniaki fasolki i śmiała się, że ta robi z nią żółwiki, będąc u mamy w łonie. Żartowała z nią nawet przez napiętą do granic możliwości skórę na brzuchu przyjaciółki. Już wtedy kochała małego Adasia albo Ewunię. Fasolkę po prostu. Ale teraz, widząc te maleńkie paluszki szczelnie zwinięte w piąstkę, maciupki, zadarty nosek, jak u jej mamy, czuła, że kocha ją tak mocno, że aż boli. Bolało ją serce. Ściskało i kłuło. To była miłość od pierwszego wejrzenia, to było namacalne szczęście.

– Czy mogę ją wziąć na ręce? – Jej głos drżał.

– Co za pytanie? Weź, tylko najpierw wydmuchaj nos i wytrzyj policzki, bo mi zaraz łzami i co gorsza gilem dziecku chrzest zrobisz. A wolałabym tradycyjnie, z księdzem i nad chrzcielnicą.

Baśka pociągnęła nosem, po czym obie roześmiały się jak na zawołanie.

– Widzę, humor ci dopisuje. – Wyjęła chustkę, wydmuchała nos. – A ja o mały włos nie posiwiałam przez ten… Zresztą nieważne. – Basia nachyliła się nad posłaniem,wyjęła delikatnie małe zawiniątko, pocałowała z namaszczeniem w czółko i przytuliła do siebie. – Jesteś taka piękna, moja Ewuniu. Kocham cię. Wiesz… ja jestem twoją ciocią.

– Wcale nieprawda, Ewuniu. Basia jest twoją mamą – wtrąciła się Halinka. – Jest twoją mamą chrzestną, oczywiście jeśli się zgodzi. – Zwróciła głowę w stronę przyjaciółki.

Basia oderwała wzrok od dziecka, spojrzała na Halę. Przepłynęła przez nią fala odczuć, jakich do tej pory nie znała. Zrobiło jej się błogo.

– Toś mnie załatwiła – odezwała się i na nowo wybuchła płaczem. – Czy ja się zgodzę? – wydukała przez łzy. – Oczywiście. Dziękuję ci. Jestem taka szczęśliwa – beczała, ściskając maleńkie zawiniątko. – Słyszałaś, Ewuniu? Jestem twoją mamą chrzestną. I będę najlepsza na świecie. – Nachyliła się i znów złożyła delikatny pocałunek na jej maleńkim czółku. – A Jacek?

Halinka zesztywniała.

– Co Jacek?

– Jak to co? Kiedy będzie? Bo go chyba nie ma. Czy może wyszedł gdzieś na chwilę?

– Nie, jeszcze nie przyjechał…

Basia oderwała wzrok od dziecka.

– Słuuuchaaam? – zapytała zbyt głośno.

Ewunia poruszyła się i zapłakała.

– Ciii, maleństwo, ciiii – uspokajała dziecko – przepraszam. Niedobra ciocia, co?

– Daj mi ją. Pewnie chce jeść.

Basia nachyliła się nad przyjaciółką.

– Ale dzwonił? – zapytała i podała zawiniątko.

– Tak, i już jedzie. Rodzice też. – Odsłoniła pierś i przystawiła Ewunię do sutka. Mała chwyciła malutkimi usteczkami brodawkę i posapując, ssała łapczywie.

Świat stanął na chwilę w miejscu. Basia wyciągnęła ostrożnie taboret spod łóżka, usiadła i wpatrywała się w ten piękny obrazek. Pomyślała, że widok matki karmiącej dziecko jest najwspanialszym widokiem na świecie. Westchnęła. Przez moment mignęła jej myśl, czy kiedykolwiek będzie mogła dostąpić takiego szczęścia. Chciała mieć dziecko, rodzinę, tylko jakoś nie miała kandydata, który by jej to zapewnił. Jeden, a właściwie jedyny, który się nią interesował, robił to tak, jakby chciał, a nie mógł. Przypomniała sobie Remka, kilka jego podrywów w stylu końskie zaloty i uśmiechnęła się do tych myśli.

– Co się tak szczerzysz? – zapytała Halinka, która przez chwilę przyglądała się przyjaciółce.

– A niee, niic – wyjąkała Basia i poczuła się tak, jakby ktoś ją przyłapał na gorącym uczynku. – Wiesz, chyba was zostawię i pójdę do Remka.

– Remek, no tak… Lekarz mi powiedział, że u niego wszystko dobrze. My nie pójdziemy. – Spojrzała na córkę. – Ale ty leć i pozdrów go od nas.

O tym, że każdy powód jest dobry, żeby wyzdrowieć, ale jeden szczególnie może postawić na nogi

Basia uchyliła drzwi i zajrzała nieśmiało do środka. Czteroosobowa sala, w której stały nienagannie zaścielone łóżka, świeciłaby pustkami, gdyby nie leżący pod oknem pacjent z kołnierzem ortopedycznym na szyi. Spoczywał z rękoma ułożonymi wzdłuż ciała i wpatrywał się w sufit. Nieśmiałe chrząknięcie dochodzące od strony drzwi przerwało tę wymuszoną kontemplację sufitowej bieli. Mężczyzna odwrócił delikatnie głowę. Miał ochotę poderwać się i skoczyć na równe nogi, ale jedyne, co mógł teraz zrobić, to poddać się ołowianemu ciężarowi rozsadzającemu jego głowę, który towarzyszył mu, odkąd odzyskał przytomność. Serce mu załomotało – przez chwilę zastanawiał się, czy z radości, czy z lęku. Cieszył się, jak to zakochany na widok oblubienicy, bo zakochany był po uszy, i zastanawiał się, co powie na swoją obronę. A nie miał nic w zanadrzu. Nawet nie pamiętał, jak to się stało. Jechali i nagle obudził się pod drzewem z narastającym bólem w klatce piersiowej i głowie.

Basia podchodziła do łóżka nieśmiało. Miała wrażenie, że idzie noga za nogą, jakby odliczała odległość od drzwi do łóżka długością buta. Choć tak naprawdę miała ochotę podbiec. A najgorsze, że miała chęć przytulić Remka i jednocześnie walnąć go w pokręconą czuprynę. Powstrzymała się jednak zarówno przed jednym, jak i drugim odruchem.

– Cześć. – Przysiadła na brzegu łóżka. – Miło cię widzieć.

– Tak po prostu czy w ogóle? – zapytał i sam miał ochotę puknąć się w czachę.

Basia otworzyła usta.

– Nie rozumiem.

Remek westchnął ciężko.

– Przepraszam. Sam nie rozumiem. Po prostu cieszę się, że przyszłaś. Bo jak mam być szczery, to wątpiłem…

– Jak to? Wątpiłeś?

Remek zamknął oczy.

– Bo wiesz, Basiu, Halinka… Ja nie wiem, jak to się stało. Przepraszam…

– Porozmawiamy o tym innym razem. Teraz zdrowiej, a Halinka kazała cię pozdrowić i uspokoić. Z nią i z Ewunią wszystko w porządku.

– Tak, ale nie wiem, jak spojrzę jej w oczy.

– Normalnie. Zresztą zobacz. – Wyjęła telefon i otworzyła galerię ze zdjęciami. – To moje dziewczyny, uśmiechają się do ciebie. No może tylko Halinka, bo Ewunia śpi, ale we śnie na pewno śmieje się do ciebie.

– Śliczna. – Lekko uniósł kąciki ust na widok małego zawiniątka. – Boże, jak pomyślę… – Zamknął oczy i ponownie westchnął ciężko.

– To nie myśl, bo cię głowa będzie bolała, podobno od myślenia boli. – Zaśmiała się. – Nie muszę ci przypominać, że masz wstrząśnienie mózgu i dodatkowe atrakcje nie są mu potrzebne.

– Wszystko bym na siebie wziął, żeby tylko im nic się nie stało.

– Poród też? – zażartowała. – Obawiam się, że mógłbyś nie przeżyć, a poza tym mówię, że z dziewczynami wszystko okej.

– Jechaliśmy wolno, nie wiem, jak to się stało. – Zasłonił dłonią twarz. – Tamten pojawił się znikąd… a potem… tak się bałem.

– Remek. – Basia wstała, podeszła bliżej, dotknęła jego rąk i odsunęła je z jego twarzy.

Płakał. Zrobiło jej się dziwnie miękko na sercu.

– Remek, to nie twoja wina. Rozmawiałam z policją – mówiła przyciszonym tonem. – Przecież nikt cię nie osądza. – Ale głos jej się łamał na wspomnienie tamtego dnia.

– Łatwo powiedzieć… To ja siedziałem za kierownicą.

– Jak nie przestaniesz, wychodzę, więc jak wolisz… – oznajmiła stanowczo, chociaż w oczach świeciła się chochlikowa iskierka.

– Uparta jak… – zawiesił głos na ułamek sekundy – zawsze, co? – Kąciki jego ust lekko się uniosły, ale do uśmiechu było mu daleko.

– Dobrze, że nie wypaliłeś jak… – Basia podjęła zasugerowany wątek – jak osioł. – Zaśmiała się. – Aż dziwne, bo ty to powiedzieć potrafisz… Szczególnie kiedy nie trzeba i nie to, co trzeba. – Pokręciła głową z dezaprobatą.

Remek otworzył usta, chciał coś dodać, ale powstrzymał się, wzdychając tylko tak głośno, aż jego świst rozniósł się po całej sali.

– No a zamiast głupoty pleść, to zdrowiej, bo kto będzie za ciebie robotę odwalał, co? – zagadnęła, widząc, że chłopak naprawdę przeżywa to, co się stało. – Listów nie będzie komu wozić, że o innych ważnych sprawach nie wspomnę.

Remek poruszył znacząco brwiami, a na jego twarzy zagościł uśmiech. Basia oblała się rumieńcem, spuściła głowę.

– Gabryśką trzeba będzie się pozajmować, jak ja warsztaty będę prowadzić. Więc zdrowiej mi tu raz-dwa – dokończyła stanowczo.

– Nieee, no powiem ci, że Gabryśką to ty mnie na nogi postawiłaś. – Pokręcił głową. – To właśnie ona stanęła mi przed oczami, Gabryśka… w całej swej krasie, i ta myśl, że nigdy jej nie zobaczę. – W jego głosie słychać było drwinę.

Basia starała się utrzymać poważną minę.

– Nie kpij tak – wydukała, z ledwością powstrzymując chichot.

– Gdzież bym śmiał – dokończył i wybuchł śmiechem.

O tym, że czasem oczy mówią więcej niż słowa

Płomień świeczki tańczył, odcinając się jasną plamą na tle mroku, panującego w pokoju. Przy fotelu, na którym z podkulonymi nogami siedziała Bogusława, leżał Merdek, pochrapywał i puszczał bąki.

– A niech cię, mój stary przyjacielu, dunder świśnie – odezwała się do psa. – No powiem ci, że z taką taktyką obrony terytorialnej to nikt do mnie nie podejdzie, bo nie będzie miał w sobie tyle odwagi i determinacji. Toś wymyślił sobie formę obrony swojej panci, nie ma co.

Merdek z ociąganiem podniósł łebek, jakby chciał zapytać: „Do mnie mówisz? O co chodzi?”, po czym położył go na łapach i dalej robił swoje.

– Psino, daj spokój. – Powachlowała ręką pod nosem. – A pójdziesz mi ty stąd?! Chyba cię zaraz na świeże powietrze wystawię i drzwi zarygluję. – Pogroziła palcem.

Psina zerwała się na równe nogi, nastawiła uszu, po czym pobiegła do przedpokoju.

– Aleś ty posłuszny, myślałby kto – rzuciła za nim.

Klucz zazgrzytał w zamku, zasuwka ustąpiła, drzwi otworzyły się bezszelestnie. Basia dała krok do przodu i dłonią szukała włącznika. Światło rozproszyło mrok, który panował w domu, i w tej samej chwili Merdek skoczył na nią, jakby dzieliły ich tygodnie rozłąki. Skomlał, piszczał, biegał wokół niej, łapał delikatnie jej ręce zębami.

– No już, już. – Basia pogłaskała pupila. – Pozwolisz mi wejść czy mam tak stać w drzwiach?

Merdek zatańczył wokół swojej osi, po czym siadł i wpatrywał się w swoją panią. Basia złapała go obiema rękoma za łebek.

– Wiem, nie lubisz, kiedy znikam, boisz się, że zostaniesz sam, co? Nie musisz się bać, psinko. Jestem i zawszę będę. – Odwiesiła żakiet, zdjęła buty, założyła domowe papcie. Pies nie spuszczał z niej spojrzenia. – Psinko, co ty, stało się coś? Chodź, przywitam się z ciocią, a potem pójdziemy zrobić coś do jedzenia – zaprosiła Merdka, ale ten ani drgnął. – Jak chcesz. Ja idę. – Poczochrała go po głowie. – A co tak po ciemku? – chciała zapytać, wchodząc do pokoju, ale wydobyła z gardła tylko nieartykułowany dźwięk. – O matko! – I zakaszlała.

***

Przez otwarte okno wpadał wietrzyk i delikatnie poruszał firanką. Ciotka wraz z Basią siedziały pogrążone w ciszy i wpatrywały się w płomyk świecy.

– Wiesz – przerwała milczenie Basia – przelatuje mi przez głowę tysiące myśli. Ale zanim ci o tym opowiem, odpowiedz mi na pytanie. Albo nie – przerwała – może później. – Odetchnęła ciężko i przymknęła oczy. – Byłam u naszych dziewczynek. Ewunia jest cudna. Słodka jak cukiereczek, ma taki śliczny, malutki noseczek. Zadarty. – Podniosła palcem końcówkę swojego nosa. – No, wykapana mamusia. I całe szczęście – dodała z przekąsem. – Nie wiem, jak można się tak pomylić. A taki ładny był, amerykański. I ja mu szansę dałam, pod dach w Wigilię wpuściłam. A on? Może dobrze, że nie przyjechał, kiedy jeszcze tam byłam, bo nie wiem, jak bym się zachowała. Wiesz, zaczynam podejrzewać, że Halinka nie jest za bardzo szczęśliwa. Chociaż teraz już jest. – Uśmiechnęła się na wspomnienie Halinkowego klona. – Otóż Jacuś zabronił rodzicom Halinki jechać do nich. Powiedział, że sami sobie świetnie dadzą radę, a jak będą potrzebowali pomocy, to zadzwonią. Rozumiesz?! Ciocia Jadzia płakała jak małe dziecko, a mnie pękało serce. Co za bezczelny buc. Ja rozumiem, że on chce sam, ale rodzicom, dziadkom do własnej, pierwszej wnusi – i to w taki sposób – odmówić przyjazdu? Niewiarygodne. Ale że wujek nie potrafił się postawić? Ty sobie to wyobrażasz? Bo ja nie. – Zamilkła.

– Rozumiem, że rozmawiałaś z mamą Halinki?

– Tak, zadzwoniła do mnie. Byłam już za daleko, żeby wracać. A szkoda, bo rozerwałabym go na strzępy. No, aż mną trzęsie.

– A może rzeczywiście będzie lepiej, jak oni sami będą sobie radzić, nie uważasz?

Basia spojrzała na ciotkę z niedowierzaniem.

– Serio, naprawdę tak myślisz?

Bogusława poprawiła się na fotelu.

– Tak, ale tylko częściowo. Może czasami tak jest lepiej…

– Może albo i nie może. Ale w tym przypadku chyba nie tylko o to chodzi. Pewnie, że kobiety od zarania dziejów sobie radzą. Rodzą i wychowują potomstwo. Chodzi o to, jak on ich potraktował. Jak potraktował Halinkę. Przecież nawet nie zapytał Halinki, czy ona by tego chciała. Ciociu, on ich pogonił, rozumiesz? Po-go-nił!

– Wiesz, jak jest. Młodzi chcą po swojemu, starsi po swojemu, i klops. Może on…

– Nie, niestety, nie wiem, ale wiem, że po porodzie z pewnością potrzebowałabym mamy. Jej wsparcia, doświadczenia. I czuję, że lada dzień się chłopina zdziwi, bo wpadnę tam na inspekcję – przerwała ciotce.

– Nie nakręcaj się. Jadwidze z pewnością było przykro. To pierwsza wnusia i się nie dziwię, ale może młodzi rodzice chcą być sami. Przecież gdyby było coś nie tak, Halinka by ci powiedziała. W końcu jesteście przyjaciółkami.

– Powiedziałaby albo i nie, a mnie tu coś śmierdzi…

Bogusława zakryła usta, żeby nie parsknąć śmiechem. Na ten gest Basia zrobiła wielkie oczy.

– Przepraszam, ale tak mi się skojarzyło. – Wskazała palcem w stronę przedpokoju, po czym zatkała nos.

– Ciociu… no wiesz – skarciła ją – ale masz rację, Merdek dał czadu. – Uśmiechnęła się. – A o Halince pomyślę jutro, jak już emocje opadną. Może nowy dzień przyniesie mi lepsze myśli. Tymczasem… – Zrobiła przerwę, wychyliła się w stronę ciotki. – Ty mi powiedz, co tak przy tej świeczce czas spędzasz. Na prądzie oszczędzamy czy może myślałaś o niebieskich migdałach?

Bogusława poczuła się tak, jakby ktoś przyłapał ją na gorącym uczynku. Zmieniła pozycję, chrząknęła.

– Nie, tak sobie rozmyślałam.

– Uhmm, a o czym?… Oczywiście jeśli można wiedzieć.

– A takie tam… nic ważnego. Sama byłam i tak mnie jakoś wzięło na medytacje.

– Czyli niebieskie migdały. Mów.

Ciotka machnęła ręką.

– Basiu, przecież ci mówię, że nic ważnego. Co to? Przy świeczce nie można posiedzieć?

– No to teraz nie odpuszczę. – Basia wzięła do ręki kubek. Mogłaby się założyć, że oprócz migoczącego płomyka świeczki dostrzegła dwie iskierki, które błyskały w oczach ciotki. – Mamy czas. – Upiła kilka łyków herbaty. – Mamy duuużo czasu.

– Aleś ty wiercidziura – westchnęła Bogusława z rezygnacją. – Zadzwonił pan Paweł… i tak sobie porozmawialiśmy. Ma przyjechać, coś sprawdzić i…

– Iiii?

– I… i… – powtórzyła nerwowo – i zaprosiłam go na kawę.

– I bardzo dobrze! – wykrzyknęła Basia. – Tylko że trzeba będzie upichcić coś do tej kawy. Może buraczkowe, co? Dawno nie było.

Bogusława uśmiechnęła się, poczuła ulgę, że siostrzenica nie drąży tematu. Miała już dość myślenia.

– Buraczkowe? Oczywiście. – Spuściła wzrok.

O tym, jak dobrze wstać skoro świt, szczególnie gdy ten zapowiada remonty i przebudowę, nie tylko stodoły

Bogusława podśpiewywała pod nosem ulubioną piosenkę. Od kiedy zamieszkała tu, na końcu świata, śpiewała ją niemal codziennie. Na początku wchodziła jej do głowy i bezgłośnie zataczała nad nią kręgi. Potem wydostawała się z niej, rozbrzmiewała cichutkim pomrukiwaniem pod nosem, tak by nikt nie usłyszał. Aż wreszcie co ranek Bogusława najpierw witała dzień słowami Basi – „dzień dobry, dobry dniu…” – a potem nieodmiennie nuciła na cały głos:

Otrząsa się

Z rosy bez,

Chcę w taki dzień

Znaleźć cię,

Obiecał mi

Poranek szczęście dziś

I szczęście dziś