To nie deszcz, to ludzie. Halina Birenbaum w rozmowie z Moniką Tutak-Goll - Halina Birenbaum, Monika Tutak-Goll - ebook
Opis

MIŁOŚĆ I PAMIĘĆ OCALONE Z HOLOCAUSTU…

Zawsze patrzy przed siebie: „Przeszłość żyje obok mnie, ale ja nie żyję przeszłością”. Jeśli kocha, to całą sobą: „Ja nie wierzyłam, gdy mówili, że Boga trzeba kochać więcej niż wszystkich. Myślałam zawsze: ja moją mamę kocham więcej niż Boga, więcej niż wszystko”. Miała 13 lat, gdy straciła ukochaną matkę na Majdanku, gdzie zostały wywiezione z warszawskiego getta. Była też więźniarką Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück oraz Neustadt-Glewe. Przywraca pamięć o tych, których nie pamiętałby już nikt. Odważnie mówi o sprawach, o których zazwyczaj się milczy.
Ta przejmująca historia – książka pisana z perspektywy kobiecej – to opowieść o sprzecznościach i podobieństwach: o Polsce i Izraelu, o łączeniu macierzyństwa z pisaniem, o wpływie Zagłady na relacje z innymi, o zazdrości i miłości, o lęku przed stratą, o wyzwoleniu z poczucia winy wobec dzieci. A nade wszystko to manifest chęci życia i pojednania – nie tylko między krajami, ale także między ludźmi i rodzinami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Ewa Wieczorek

Konsultacja: prof. Andrzej Żbikowski

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Tomek Majewski

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

Fotoedycja: Katarzyna Stańczuk

Przygotowanie zdjęć do druku: Michał Odolczyk

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Verdi Kahana okładka; Archiwum rodzinne: s. 9, 17, 18, 21, 32, 48, 49, 83, 122, 135, 136, 156, 193, 194, 197, 201, 210, 211, 213, 217, 218, 223, 233, 234, 236, 237, 242, 243, 249, 254, 258, 261, 264, 273, 280, 290, 292, 303, 307, 309, 327, 343, 336, 343, 357, 363, 366, 369, 370; Agencja Gazeta: Michał Łepecki s. 25, Anna Lewańska s. 151, Jakub Orzechowski s. 158, Sławomir Kamiński s. 299; Referat Gabarytów/Archiwum Państwowe w Warszawie s. 31; cementery.jewish.org.pl s. 41; Domena publiczna s. 47; East News: 60, 69, 103, 108, 124, 147, 182, 270; Monika Tutak-Goll s. 75; Żydowski Instytut Historyczny s. 89; Ghetto Fighters House Archives s. 206.

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

Copyright © Halina Birenbaum, 2019

Copyright © Monika Tutak-Goll, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2908-6 (epub), 978-83-268-2909-3 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Popiół i kurz

Dzień wiosenny zapach bzu

pośród ruin miasta twego

piękny dzień na połów ryb

a we mnie się serce łamie

tam było kiedyś twe dzieciństwo

mała kobieto

ludzie których nikt już nie zna

nie ma nawet domu który by ich przypominał

dokąd ty jedziesz dokąd ty jedziesz

wieczność to tylko popiół i kurz

dokąd ty jedziesz dokąd ty jedziesz

minęły lata a nic się nie zatarło?

weź palto będzie ci zimno

kilka groszy do kieszeni kostkę cukru

a gdy nastaną trudne dni

wspomnij czasem mnie

a może to jeszcze jedna rozpaczliwa podróż

do baraku na ten plac

szynami starego miasta

gdzie nikt nie czeka już na stacji

dokąd ty jedziesz dokąd ty jedziesz

wieczność to tylko popiół i kurz

dokąd ty jedziesz dokąd ty jedziesz

minęły lata a nic się nie zatarło?

kto osłodzi twoje noce

kto wysłucha płaczu twego

kto zobaczy twoje kroki na twej drodze

dokąd ty jedziesz dokąd ty jedziesz

wieczność to tylko popiół i kurz

dokąd ty jedziesz dokąd ty jedziesz

minęły lata a nic się nie zatarło?

weź palto będzie ci zimno

Słowa: Yakov Gilad Birenbaum (syn Haliny Birenbaum)

Tłumaczenie Halina Birenbaum

Jedna z najpopularniejszych, najczęściej granych w radiu piosenek w Izraelu (z albumu Yehudy Polikera Popiół i kurz)

Kiedy zapytał po raz pierwszy?

Gdy miał trzy lata. Spojrzał na moją rękę, zobaczył numer: 48693. I trójkąt, połowę gwiazdy Dawida. „A coś ty tu sobie narysowała?”.

Co powiedziałaś?

To nie ja. To wojna, źli ludzie mi to zrobili. „Jacy źli ludzie?”, dopytywał.

Odpowiedziałaś?

Nie wszystko, nie od razu, nie trzylatkowi. Ale musiałam mówić, bo synowie – Beni też, nie tylko Yakov – ciągle pytali.

Zrobiłam im kiedyś, już w Izraelu, makaron z serem i cukrem, taki, jaki jadałam w rodzinnym domu w Polsce. „Moja mama tak robiła”, pochwaliłam się. „A gdzie jest teraz twoja mama? Dlaczego jej nie ma?”, pytali. Musiałam mówić dlaczego. I dlaczego nie ma już nikogo z naszej rodziny. I że numer na lewym przedramieniu wytatuowała mi w Auschwitz Słowaczka, bo jej kazali.

Halina Birenbaum z synami Yakovem (po prawej) i Benim (po lewej). Izrael, lata pięćdziesiąte

Pamiętam pewne święta po wojnie. Mieszkamy już w Izraelu, syn ma cztery lata, przybiega do mnie i pyta: „Dokąd pojedziemy? Kto do nas przyjedzie? Kto będzie? Bo u wszystkich tylu ludzi się spotyka!”. Nie wytrzymałam: „My nikogo nie mamy, do nikogo nie jedziemy i nie pytaj mnie nigdy więcej o takie rzeczy!”. Zaczęłam łkać. Nie wiedział, o co mi chodzi. Przeraził się.

Kiedyś przyszła do mnie znajoma, urodzona w Izraelu, i zaczęła opowiadać o swojej matce. A mój syn Yakov w śmiech: „Popatrz, taka duża, a jeszcze ma matkę!”. Miał wtedy pięć lat. Nie wyobrażał sobie, że dorosły człowiek może mieć matkę, bo ja nie miałam.

Od synów słyszałaś, że jesteś inna niż pozostałe matki.

„Ty nie jesteś jidysz mama”, mówili. Bo nie byłam. Nie biegałam za nimi z jedzeniem na łyżce, nie mówiłam: „O, patrz, tu ptaszek leci”, ukradkiem wkładając kartofel do buzi, nie wciskałam zupy na siłę, nie tuliłam na okrągło do piersi.

Ale dawałam z siebie wszystko. Chciałam jak najlepiej. Nie zawsze wychodziło. Sporo błędów popełniłam jako matka, dziś wiem, że byłam trudna. Nie dawałam jeździć dzieciom na rowerze, bo może być wypadek. Nie puszczałam na obozy, chciałam mieć ich obok siebie. Kontrolowałam, pilnowałam, ograniczałam.

Darłam się na Yakova, kiedy się buntował. A Henryk, mój mąż, zawsze się ze mną zgadzał. Teraz wiem, że to było niepotrzebne. Teraz! Jaki to wielki błąd! Dziecko powinno mieć w domu przynajmniej jedną osobę, która będzie po jego stronie, żeby nie czuło się samotne, bezbronne. A my z Henrykiem mieliśmy to samo zdanie, trzymaliśmy wspólny front.

W takiej chwili dziecko uważa, że rodzice są przeciw niemu. I nie ma się komu poskarżyć, do kogo się zwrócić: żadnej babci, dziadka, cioci, wujka. Moi synowie nie mieli przecież nikogo oprócz nas.

Skąd mogłam wiedzieć, jak się wychowuje dzieci? Straciłam rodziców, gdy miałam dwanaście lat, sama byłam dzieckiem. Kto miał mnie nauczyć, jak być dobrą matką? Nie miałam kogo zapytać, do kogo zadzwonić. Nie miałam matki, ojca, teściowej, teścia. Nikogo.

Synowie mówili, że nie jestem uprzejma, bo nie goszczę ich kolegów. Nie zabawiam, nie interesuję się nimi, nie pytam, co u nich. To prawda, kiedy przychodzili do Yakova i Beniego znajomi, nie siadałam z nimi. Uciekałam do siebie. Nie tak jak inne matki, które już w progu witały synów z ciastem w ręku, w sukience w kwiateczki.

Nie wyglądałam jak inne powojenne kobiety. Nie dbałam przesadnie o wygląd, nie stroiłam się, nie robiłam makijażu. Kiedyś mieliśmy pójść z Henrykiem do teatru. Yakov – wtedy dziesięcioletni – powiedział, że się nie zgadza. „Czemu?”, spytałam. „Puszczę cię, jak chociaż raz umalujesz usta”. Przyniósł mi szminkę. Bardzo chciał, bym była taka jak mamy jego kolegów.

Umalowałaś?

Umalowałam, w przedpokoju. Był bardzo zadowolony. „No i pięknie”, powiedział. Ale gdy drzwi się za nami zamknęły, wytarłam. Nie znosiłam wtedy koloru na twarzy. Mówiłam: „Ja nie jestem ścianą, żeby się malować”. Czerwona szminka dopiero dziś mi pasuje.

Ja nie mogłam być jak inne matki, pochylać się i beztrosko śpiewać nad wózeczkiem, bo jak samolot przeleciał niżej w Ramat Ganie, gdzie mieszkaliśmy, to mi się zdawało, że bomba zaraz zleci na mnie i na ten wózek. Myślałam: jak to dobrze móc chodzić po pięknej, spokojnej ulicy, bez lęku i strachu. A ja prowadziłam dziecko i w głowie miałam jedno: żeby nic tu się nie zaczęło palić, żeby nikt nie zrzucił bomby, bo w wyobraźni widziałam te oszołomione tłumy, pędzące w panice, szukające ratunku, błagające o wodę, jedzenie, i siebie wśród nich, z moim dzieckiem. Mój spacer z wózkiem kończył się tak, że szybkim krokiem wracałam do domu, żeby już się gdzieś skryć, żeby zamknąć za sobą drzwi.

Nosiłam w sobie strach, że dzieciom, że mnie może coś się stać. Nadmiernie dbałam o synów.

W jaki sposób?

Gdy lał deszcz, nie dawałam iść do szkoły. Skoro ja stałam w Auschwitz w tym błocie, na klęczkach, naga, to niech chociaż oni poleżą w ciepłym łóżku. „Pada taki deszcz, więc śpijcie”, mówiłam rano.

Do tej pory pamiętam, jak w przemoczonym ubraniu kładłyśmy się na pryczy jedna blisko drugiej, żeby ogrzać ciało od ciała. Odzież była ciepła i mokra. Jeśli kiedyś włożyłaś niewyschniętą, wilgotną bluzkę, to może pamiętasz, jakie to jest nieprzyjemne, jakie obrzydliwe. Mam teraz ciepłe mieszkanie i po tym wszystkim, co przeszłam, wyjmę swoje dzieci z łóżek i poślę do szkoły w ten deszcz? Po co? A co to jest? Jaka to świętość? Nie było dla mnie świętości po Auschwitz.

Napisałam kiedyś taki wiersz – Jaka ze mnie matka.

Jaka ze mnie matka

Zawsze poważna

Nie potrafię się cieszyć

Nie znam się na żartach

Płaczę często

Boję się niepotrzebnie

Tonę wciąż we wspomnieniach

Z lat Zagłady

Jakaż to matka!

Kiedyś nauczycielka starszego wezwała mnie do szkoły i zaczęła się na niego żalić, że jest niespokojny, nieposłuszny. Powiedziałam jej: „Słuchaj, on się urodził pięć lat po moim wyjściu z Auschwitz”. Poprosiła, bym przyszła do szkoły opowiadać. To był 1964 rok. Jeszcze nie opowiadało się u nas o Holocauście, jeszcze nie można było. Tę nauczycielkę chcieli potem ze szkoły wyrzucić. Nie znałam dobrze hebrajskiego, ale poszłam. Dzieci siedziały na podłodze, między ławkami, na ławkach. Rozmawiały głośno. „Jak je uciszyć?”, myślałam. Zapomniałam, jak mam opowiadać. Co tam takiego było? O czy mówić? Nic, czarna plama. Aż mi przyszło nagle do głowy: punkt. Przypomniało mi się pewne zdarzenie. Punkt w czasie wojny był miejscem dla dzieci, które nie miały dachu nad głową w getcie, mieścił się w szkole na Stawkach. W 1941 roku dzieci urządziły tam przedstawienie. Na ulicy głód i ciasnota, skrzynie pełne trupów, w sali, gdzie miało być przedstawienie, leżeli spuchnięci ludzie, robili pod siebie. Występowała wtedy jedna dziewczynka, ruda, miała bardzo krótkie włosy, była wysoka, chuda jak trzcinka. Deklamowała wiersz, jak ją wygnali z rodzinnego miasteczka i przywlekli do Warszawy, jak jedno po drugim umarli jej rodzice i rodzeństwo. Zwróciła się wtedy do Boga: „Boże, czy szklanka naszych łez nie jest już pełna? Do kiedy tak?”. Zobaczyłam tę dziewczynkę w myślach: „Jaka ona była dzielna, nie bała się opowiadać o swoim cierpieniu”, spojrzałam na dzieci siedzące przede mną i już wiedziałam, co mam mówić. „Ja nie jestem żadną bohaterką, ja jestem zwykłym człowiekiem. A wtedy byłam dzieckiem mniejszym niż wy. Była wojna, hitlerowcy chcieli zgładzić cały naród żydowski, zabić wszystkich. A ja wam opowiem, jak mnie nie zabili”.

Zaczęli słuchać.

Siedzieli w ciszy jak zaklęci. Słów mi brakowało, byłam w środku zdania, musiałam się zatrzymać, pomyśleć, a oni już mi podpowiadali, już mówili, co dalej, już cali byli ze mną. Połknęłam wtedy strach. Wróciłam do domu, myślałam, że skonam, miałam potężne bóle brzucha z nerwów. Ale tak zaczęłam opowiadać.

O tym, co przeżyłam, opowiadam do dziś na całym świecie, w Izraelu, we Włoszech, w Niemczech, w Polsce. Do Polski przyjechałam po raz pierwszy po czterdziestu latach, w 1986 roku, nie było wcześniej pieniędzy, możliwości. Zabrałam się z izraelską wycieczką, z biurem podróży.

Yakov nie chciał mnie wtedy puścić. Myślał, że już więcej mnie nie zobaczy. Urządził scenę, mówił, że dostanę ataku serca, że to mnie zabije, przecież straciłam w obozach na terenie Polski całą rodzinę.

On się zawsze o mnie bał, od małego. Kiedy szłam wyrzucić śmieci, płakał: „Mama, dokąd? Mama, nie idź, proszę!”. Miał wtedy pięć lat. Myślał, że już nie wrócę, że zniknę.

Tak jak z twojego życia zniknęła matka.

Ten lęk jest w moich synach do dziś. Mieszkam sama, więc Yakov codziennie telefonuje sprawdzić, czy dobrze wyłączyłam gaz, elektrykę, czy na pewno nic się nie gotuje, czy nie zostawiłam garnka i nie zapomniałam.

Beni – chociaż ma sześćdziesiąt pięć lat – dzwoni przed snem zapytać, czy bez problemu weszłam po schodach na górę do pokoju, czy się nie potknęłam, czy jestem już pod kołdrą, czy zasypiam. Niepokoi się, gdy wyjeżdżam.

Beni i Yakov byli w Polsce?

Nigdy. Młodszy wnuk i wnuczka tak, synowie nigdy. Zawsze się tego bali.

Kiedy wróciłam z mojej pierwszej podróży do Polski, Yakov zapytał: „I co, jak tam było?”. Odpowiedziałam: „Tam było wszystko! Teraz czuję pustkę”. „To co, nie brakowało ci nas, nie tęskniłaś?”, zdziwił się. „Po co tam w ogóle jeździsz?”. „Bo tam jestem u siebie, tam jest wieczność!”, odpowiedziałam. „Twoja wieczność to tylko popiół i kurz”, odparł.

Był rozgoryczony. Uznał, że tamten świat jest dla mnie ważniejszy. Napisał wtedy tę piosenkę, Popiół i kurz, ale nic mi o niej nie powiedział. Był już znanym producentem muzycznym. Zamykał się, siedział godzinami w studiu. „Nad czym tyle pracujesz?”, pytałam. „Przyjdź, zobaczysz”. Poszłam. Założył mi słuchawki na uszy, stanął za moimi plecami, nagle słyszę:

„Dokąd ty jedziesz, mała kobieto, tam było twoje dzieciństwo, ale nie ma tam nic, nikt tam nie czeka, nikt nie wie o tobie. Dokąd ty jedziesz, do tych ruin? Na ten plac? Kto wysłucha twego płaczu?”.

Czułam się tak, jakby stał tam ze mną, na Majdanku, jakby był tam, gdzie moja mama, gdzie te prochy, te góry popiołu, gdzie stanęłam po czterdziestu latach jako wolny człowiek. A przecież nawet tego nie widział.

Wydał świetną płytę o tym samym tytule. Ten album to dowód osobisty Izraela. W 2008 roku zespół recenzentów, dziennikarzy i muzyków wybrał listę stu najlepszych albumów, które ukazały się u nas w kraju. Opublikowano ją w tygodniku „Szewa Lejlot” (Siedem nocy) należącym do dziennika „Jedijot Achronot”. Popiół i kurz jest na pierwszym miejscu. Zobacz, co napisali: „Oto paszport muzyczny państwa Izrael (...) To dowód osobisty naszych uczuć: uciekinierzy, imigranci, ocaleni... Nie jest to tylko mowa pionierska synów drugiego pokolenia, synów ocalałych z tamtego piekła, którzy otworzyli i poprowadzili zasadniczą dyskusję w społeczeństwie izraelskim. To jest także otwarcie się uczuciowe (...) urodzonych tutaj po powstaniu państwa, którzy po wojnach o granice zaczęli wpatrywać się w duszę izraelską, zdejmować bandaże z ran i blizn (...). I może Popiół i kurz nie jest tylko uwiecznieniem pamięci o okropnościach przeszłości, ale jest albumem, który potrafi naszkicować Izraelowi sylwetkę, jaką chciałby mieć: małą, broniącą w tej samej mierze wszystkich swych obywateli o wszelkich pochodzeniach”.

Na okładce płyty jest zdjęcie dziecka, które siedzi na szlabanie kolejowym.

To Yakov wybrał zdjęcie. Powiedział: „Moja mama ciągle jest przecież w pociągach”. Oznajmił to całemu Izraelowi.

Miał rację?

Miał. Cztery moje najtrudniejsze podróże związane są z pociągami: wywózka z Warszawy na Majdanek, potem do Auschwitz; w 1945 roku, po marszu śmierci, wagonami ciągnęli nas do Ravensbrück, a później pociągiem do obozu Neustadt-Glewe.

Całe życie o tym opowiadam. I jeżdżę do młodzieży, czasem też pociągami, ale już wolna, już mogę wejść tam sama.

Okładka płyty „Popiół i kurz” (1988)

Tysiące ludzi śpiewało Popiół i kurz, myśląc, że to o nieszczęśliwej miłości kochanków, a Yakov o mnie pisał, o matce.

Pisał o tobie także w innych piosenkach. W utworzeJa nie wiem: „Nie wiem, czy potrafisz kochać mnie tak jak ja, nie wiem, czy potrafię kochać ciebie tak jak ty”, a wCo będzie – będzie: „Nie oglądaj się w tył, każdy, którego tu nie ma, odszedł bezpowrotnie, a ten, kto umarł, żyje w tobie, nie opuszcza cię na chwilę”.

Sporo pisał o kobiecie, która myślami zawsze jest gdzie indziej, zawsze obok, a on pragnął, by choć przez chwilę była z nim, blisko.

Halina Birenbaum z synem Yakovem Giladem Birenbaumem, lata sześćdziesiąte

To było poruszające, smutne, ale słuchaj, ludzie wariowali na koncertach! Ja nie miałam łatwo z Yakovem, był raczej trudnym dzieckiem. Ile ja się z nim narwałam, ile nakłóciłam, mnóstwo gorzkich słów sobie powiedzieliśmy, więc gdy po raz pierwszy zobaczyłam ten tłum, który porwał na koncercie w Cezarei, sześć tysięcy ludzi szalejących na jego punkcie, sześć tysięcy, wszyscy wstają, nie mogą usiedzieć na miejscu, pomyślałam: to co ja jedna mogłam sama? Tylu ludzi przy nim wariuje, a ja miałam dać radę?

Co to znaczy, że przy nim wariowałaś?

Ponosiło mnie, gdy był młody, wracał w nocy, włączał radioodbiornik i ustawiał muzykę na cały regulator. Darłam się na niego: za często, przyznaję, wiele razy niepotrzebnie. Powiedział mi ostatnio, że to była przemoc. Krzyk to przemoc, krzyk otępia. Teraz to wiem.

Ale kiedy synowie dorastali, nie rozumiałam ich, ja dorastałam w innych warunkach. Moje dzieciństwo to łapanki, piwnice, bunkry, strychy. Ciągłe ucieczki. To mi się śni od lat. Że uciekam przed Niemcami w tych przerażających zielonych mundurach, ale nie jestem w Warszawie, jestem u siebie, w Hercliji, i nie wiem, gdzie się ukryć. Tu, w Hercliji, nie mam nawet strychu i piwnicy. Tu inaczej buduje się domy. W getcie zawsze był jakiś strych, jakiś bunkier. Tu mam tylko schron, to nie to samo, co ciemna kryjówka. A oni już zbliżają się do mojego domu, wyciągają sąsiadów i wiem, że już nie ma ucieczki od Treblinki. Gdzie się ukryć? Gdzie ukryć dzieci? Szybko! Już ich słyszę, ale niczego nie mogę wymyślić. A oni tuż!

Budzę się wtedy, najczęściej z krzykiem. I boję się ponownie zasnąć. Ten sen jest bardzo realny. A przecież w ciągu dnia śmieję się, żartuję, mam energię, jestem wesoła, a wszystkie moje sny – nie tylko te, którą dotyczą Zagłady – wyrażają kompletną bezradność, niemożność wyjścia z sytuacji, niemożliwość ucieczki przed zagrożeniem.

I myślę: przecież tu nie muszę ukrywać się przed ludźmi, tu nikt mnie nie ściga za to, że jestem Żydówką, jestem u siebie. Tu chowam się przed bombami, gdy syreny wyją na alarm. Ale wyją też i na święto.

W Dzień Pamięci o Zagładzie, Jom ha-Szoa.

Cały Izrael się wtedy zatrzymuje: autobusy, samochody, przechodnie. Ja też. Wyjmuję wtedy z pudełka łańcuszek, kolczyki, pierścionek. Zakładam na siebie wszystko, co mam złotego. I staję przed lustrem w całej tej biżuterii.

Po co?

Patrzę na siebie. Auschwitz i ja, teraz. Wcześniej nic nie miałam, szmatę na głowie. I wszy. A teraz stoję w tej biżuterii, teraz mam satysfakcję. Że nikt tego ze mnie nie zedrze, nikt nie będzie mi kazał oddać.

Jak syreny kończą, zdejmuję łańcuszek i chowam do pudełka. To było moje święto. Przez lata tak robiłam.

Teraz rzadziej?

Kiedyś ciągle byłam w domu. Teraz jeżdżę po świecie, świętuję z młodzieżą, opowiadam im o tym, co przeżyłam. Trzy razy w miesiącu mam z nimi spotkania. Od dwunastu lat chodzę do tego samego gimnazjum i za każdym razem ta sama dyrektorka przychodzi mnie posłuchać. Mówi mi ostatnio: „Ty zawsze mówisz inaczej, zawsze opowiadasz coś, czego nie powiedziałaś wcześniej”. A ja nie opowiadam o Polsce, nie opowiadam o Izraelu, nie opowiadam o Niemczech – ja opowiadam o sobie: o rodzinie, o ojcu, matce.

Ale nie zawsze chcą słuchać. Jedni mają przesyt, jak u nas, w Izraelu. Inni myślą: „A co mnie to obchodzi! Po co mi znowu Holocaust?”. Niektórzy by wcale nie przyszli, gdyby nauczycielka nie kazała.

Byłam kiedyś w poprawczaku w Polsce, w Łagiewnikach, prowadziły go siostry zakonne. Miałam mówić do zbuntowanych dziewczyn, to była butna grupa. Porwały obraz Jezusa na kawałki, zakonnice sobie z nimi nie radziły. Myślałam: o czym ja tu będę opowiadać?

Usiadłyśmy w wielkiej sali. Zaczęłam od tego, że jak mnie wzięli do Auschwitz, postanowiłam nigdy nie brać chleba od mężczyzny. Tak mnie matka nauczyła, jeszcze w getcie. Pamiętam, jak opowiadała o znajomej szesnastolatce, która zamieszkała z czterdziestopięcioletnim mężczyzną: musiała, bo przynosił jej kartofle z aryjskiej strony. Dlatego zabroniła mi kiedykolwiek brać jedzenie od mężczyzn, kategorycznie. Bo mógłby oczekiwać czegoś w zamian. Może zechciałby mnie pocałować? „Słuchajcie, ja myślałam, że jak chłopak mnie pocałuje za ten chleb, to od razu urodzę dziecko! Wolałam nieludzki głód obozowy, niż rodzić!”. Zaczęły się śmiać, już za chwilę były moje, siedziały zasłuchane, skupione, dały mi mówić.

Z młodzieżą izraelską w Auschwitz-Birkenau

Opowiedziałam im o Abramie, mojej miłości z Auschwitz. Gdy skończyłam, odprowadzały mnie pod rękę, tuliły, całowały, podchodziły porozmawiać. Zrozumiały mnie lepiej niż inni. One też nie zaznały w życiu ciepła, same nie miały lekko.

Zakonnice nie mogły uwierzyć. „Jak ty je do siebie przekonałaś?”, pytały. Opowieścią o miłości.

Zawsze kiedy opowiadam o Zagładzie, mówię o życiu. Napisała mi kiedyś jedna dziewczynka z Polski po spotkaniu: „Myśmy myśleli, że w Auschwitz został zabity człowiek, ale dzięki pani wiemy, że człowieka zabić nie można”.

Skupiasz wokół siebie mnóstwo młodych ludzi.

Dzwonią do mnie, mailują. Rozmawiamy, żartujemy, piszemy do siebie, głównie przez Facebook i WhatsAppa. Mam dziewięćdziesiąt lat, aktywne życie, podróże, trzy tysiące znajomych na Facebooku. Jest wśród nich kobieta, której pozwalam do siebie mówić ima, mamuniu. Nie ma rodziców, straciła ich we wczesnym dzieciństwie. Piszę do niej: „Dzień dobry, córuś!”. Jest mężczyzna, który nigdy nie miał babci, zapytał, czy może się do mnie zwracać bubesi – babciu – w jidysz. No pewnie, że może. Jeśli będzie mu dzięki temu lepiej?

Ale najczęściej piszą do mnie po imieniu: „Halinka, Hala, Halina”.

Nie nadążam z odpisywaniem, tyle dostaję wiadomości od młodzieży. Czasem coś od nich poszeruję, podam dalej.

Bardzo nowocześnie.

Jestem w ich świecie. Ja ich na cmentarze nie prowadzam. Sama też się jeszcze w pomnik nagrobny nie zamieniłam. Pomniki niech stawiają mi po śmierci, nie za życia.

Powiedziałaś kiedyś, że nie chcesz żyć w żałobie.

Nie chcę i nie będę. Ja zwyciężyłam, chociaż moje życie zaczęło się od końca, moje życie zaczęło się od śmierci. „Dopiero potem wróciło do początku” – napisałam kiedyś w wierszu.

Są tacy, którzy widzieliby mnie tylko całą na czarno, posępną. Zauważyłam, że czasem fotograf robi mi zdjęcie i specjalnie nakłada ciemne światło, uwypukla zmarszczki, żeby pokazać twarz, która przecierpiała, taką ją sobie wyobraża, tę twarz ocaloną z Zagłady, smutną albo przynajmniej głęboko zamyśloną. Niektórzy uważają, że skoro przeżyłam Zagładę, to już do końca życia będę poważna. Mówią mi, że na pewno nie myślę o niczym innym, pytają: „Jak po tym żyć? Jak to zrozumieć?”. Zakładają, że się zadręczam, zamartwiam. Ja nie mam przeszłości za sobą, ale mam ją z boku. Ona żyje ze mną, ale ja nie żyję nią. Ja się na co dzień martwię, że mi ciasto nie wyrośnie w piekarniku, że na spacer bym poszła, ale jest za ciepło, że buty znowu są za ciasne albo bluzka rozciągnęła się w praniu.

Byłam ostatnio na spotkaniu w szkole, usłyszałam tam od dyrektora: „Słuchajcie jej, bo niedługo takich osób nie będzie. Tyle już odeszło!”. Nienawidzę, kiedy mnie do grobu wkładają. To niekulturalne. Powiedziałam: „Ale ja się na tamten świat nie wybieram!”.

Zapytałam uczniów: „Jak myślicie, mogę sobie jeszcze jakąś sukienkę kupić? Zdążę? Albo jakiś naszyjnik z kamieniem, żeby założyć od święta?”.

Na co dzień nie nosisz biżuterii?

Na co dzień nie lubię i niewiele tego mam. Rzadko kupuję. Ja się zawsze wstydziłam wejść do drogiego sklepu, zapytać o cenę sukienki. Nawet jak miałam pieniądze. Na ulicy Ben Yehudy w Tel Awiwie były kiedyś bardzo eleganckie rzeczy. Tam mi się podobała jedna bluzka. I strasznie chciałam, ale nie potrafiłam przekroczyć progu tego butiku. Bo co ja powiem? Jak się wchodzi do takiego sklepu? Codziennie przechodziłam koło tej witryny i przypatrywałam się. To nie był mój świat. Potrzebowałam, żeby ktoś ze mną poszedł. Gdy chciałam coś sobie kupić, zabierałam męża, Henryka. Ja mam nawet kłopot, żeby sobie wodę w restauracji sama zamówić. Mogę konać i o nią nie poproszę.

Dlaczego?

Ja nie jestem ta pani, której się podaje.

Z Nowego Jorku leciałam kiedyś do Cleveland, do brata – jak mi się wtedy chciało pić! I nie kupiłam. Bałam się, że czegoś nie zrozumiem, źle powiem po angielsku.

Mówisz w siedmiu językach, jesteś znana na całym świecie!

Wszystkich nauczyłam się sama. A chcę mówić jeszcze po hiszpańsku. Byłam ostatnio na spotkaniu z młodzieżą w Hiszpanii, opowiadam o matce, ojcu, a słyszę, że tłumacz mówi: „Hitler, Goebbels”. „Co jest?”, myślę. „Zwariował? Nic takiego nie mówiłam!”. Nie będą mnie już tam tłumaczyć. Sama chcę opowiadać.

Prawda jest jednak taka, że ciągle czuję się nie na miejscu. W Izraelu – za polska. W Polsce – za żydowska. Dla religijnych – ateistka. Wśród ofiar – za kolorowa. Na siedemdziesiątą rocznicę wyzwolenia Auschwitz zjechali do Oświęcimia oficjele z całego świata, wszyscy w garniturach, na czarno. Miałam tam przemówienie, przed wszystkimi. Wyszłam w różowym wełnianym sweterku w paski. To dlatego, że nie miałam czasu, by się przebrać. Od rana krążyłam po obozie i nie zdążyłam dotrzeć do hotelu. Patrzyłam na tych ludzi przede mną – dostojnie ubrani, z powagą, a ja w tej kolorowej szmatce. Czułam, że się wygłupiłam.

Byłaś sobą, to najważniejsze. Poza tym nikt nie zwrócił na to uwagi, wszystkich przejęły twoje słowa.

Halina Birenbaum podczas 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz

Pewna kobieta powiedziała mi potem, że mogłam coś odpowiedniejszego włożyć, w ciemniejszych kolorach. Z tym się zgodzę.

Ty nie zakładasz chusty więziennej na takie uroczystości?

Nigdy. Ja nie muszę zakładać ani chusty, ani więziennych pasiaków. Ja się nie muszę przebierać za więźniarkę, ja nią byłam.

Gazety rozpisywały się o tamtym przemówieniu w Auschwitz, że wielkie, wzruszające, niezapomniane. Powiedziałaś wtedy: „Gdy opowiadam, przeżywam ciągle na nowo te zdarzenia, fakty. To wszystko nieludzkie i nadludzkie, czym oddychało się w Auschwitz dniami i nocami, w ciągu długich miesięcy i lat (...). Przyznaję, że wcale nie chciałabym niczego zapomnieć, nawet gdyby to było możliwe (...). W tych wspomnieniach jedynie mogę być w jakiś sposób ze swoimi najbliższymi, czuć ich nieistniejącą obecność obok siebie, bo nawet ich zdjęcia spalili. Poprzez te obrazy z lat Holocaustu, wryte we mnie na zawsze, potrafię zrozumieć dogłębnie bieżącą rzeczywistość, rozpoznawać, co dobre, co złe, krzywdzące, niebezpieczne, być instynktownie czujną, rozpoznawać zbliżające się zło, ostrzegać”.

Powiedziałam też, że skoro był możliwy Auschwitz, możliwe jest już wszystko. Że zło Auschwitz odradza się w narastającym terrorze, antysemityzmie, rasizmie, aż do publicznego, bezkarnego ścinania głów na oczach całego świata. Powiedziałam: „Sama sobie odpowiadam, często osłupiała tym, co się dzieje teraz wokół nas, że jeśli mógł zaistnieć i działać w ciągu lat legalnie, bezkarnie Auschwitz, to wszystko, co najgorsze, jest możliwe, i nie można się dziwić niczemu, ale trzeba rozpoznawać na czas, przeciwstawiać się jednoznacznie i zagradzać drogę dalszym tragediom, bezprawiu”. Ja nie pytam, jak to jest możliwe, ale co z tym zrobić.

Gratulowano mi tego przemówienia, ale dawniej nie doceniano mojego pisania. W Izraelu siedemnaście lat nie chcieli wydać mojej książki Nadzieja umiera ostatnia. Jedni mówili, że to żadna literatura, tylko pamiętnik. W Yad Vashem – że to żadne świadectwo, bo nie ma faktów, dat, nazwisk, miejsc. Kiedy za własne pieniądze opublikowałam swoje wiersze, usłyszałam, że ktoś, kto płaci za wydanie własnej książki, to grafoman.

Zawsze się wstydziłam powiedzieć, że jestem pisarką, bo to tak, jakbym sobie przywłaszczyła dyplom. Ja byłam zwykłą gospodynią domową, z dwójką dzieci, która między praniem, gotowaniem, myciem okien siadała nad zeszytem i zapisywała swoje wspomnienia, która chciała przywrócić nimi swoją matkę, spotkać ją raz jeszcze. Zawsze chciałam złapać ten moment, wspomnienie, jakiś smak, zapach, który by mi ją przypomniał.

Z jakim zapachem ci się kojarzy?

Piernika. Piekę tyle razy, aż wreszcie dochodzę do smaku, który miało ciasto mojej matki. Piekła piernik na święto Pesach, ale bez mąki pszennej, w święto nie wolno było jej używać. Dodawała mąkę macową. Jak ja się chciałam tego nauczyć! Mama robiła też bubele, takie placki miękkie jak gąbka, na patelni, na oleju, z mąką kartoflaną. Pyszne, z winem do środka.

Piekła znakomite hamantasze, ciasteczka nadziewane makiem, takie uszka, kieszonki.

Próbowałam odtworzyć to wszystko, a jak nie wychodziło, wywalałam do śmietnika. Henryk się śmiał, że robię rzucane ciasta: co upiekę, od razu wyrzucam. Ale jak już wychodzi, czuję, że jestem blisko mojej rodziny, Grynsztejnów.

Mówisz wtedy synom: taki piernik piekła wasza babcia?

Teraz już nie. Znam ich reakcje, od razu by powiedzieli: „Znowu Holocaust!”. Oni już się ode mnie nasłuchali, mogą mieć dość. Ale ja doskonale pamiętam tamten przedwojenny świat.

Pamiętasz mirabelkę z Nalewek?

Pamiętam wiele mirabelek. W Dzielnicy Północnej w Warszawie, w dzielnicy żydowskiej, rosło sporo owocówek. Ludzie sadzili je, zwłaszcza biedniejsi mieszkańcy, żeby zrywać z nich owoce, dzięki temu mieli co jeść. Robili z nich kompoty, przetwory, ciasta. Wiem, o którą mirabelkę pytasz.

O tę, która przetrwała getto, wojnę, stalinizm, stan wojenny. Nie przetrwała budowy apartamentowca na warszawskim Muranowie. Wycięto ją dwa lata temu. O tej mirabelce pisała nawet Hanna Krall wObecności. Że już kiedyś, po wojnie, „próbowała odejść, chyliła się ku ziemi”, mieszkańcy obwiązali ją wtedy linkami, podtrzymali, została. Dzieci wydłubywały spod niej korale, pozostałość po fabryce braci Alfusów, którzy robili stroje karnawałowe na Nalewkach, niedaleko twojego domu. Mirabelkę pamięta kilka pokoleń. Dzięki tej historii trafiłam do ciebie, napisałaś o niej na Facebooku. Okazało się, że mieszkam dokładnie w tym miejscu, w którym stał twój dom w getcie.

Wszystko, co było tamtym światem, już zniknęło. Nie da się tego przywrócić. Wiem, że z ludźmi skupionymi wokół strony Drugie życie mirabelki sprowadziliście pestki drzewka z tego samego siewu. Skąd one przyjechały?

Okazało się, że pan Witold Fizyta i jego żona Alicja, mieszkańcy Muranowa, którzy w latach osiemdziesiątych opuścili Polskę, zabrali do samolotu pestki muranowskiej mirabelki. Chcieli mieć w nowym miejscu, w Stanach, kawałek warszawskiego podwórka. W ogrodzie wyrosła im piękna mirabelka.

Sprowadziliśmy pestki tego drzewka do Polski. Prof. Jacek Leociak powiedział nam, że w miejscu, w którym je zasadziliśmy, stała wielka kamienica, Nalewki 15, mieszkało w niej tysiąc pięćset osób, były trzy wąskie podwórka, dwie piwiarnie, kino Jak w Paryżu, podrzędna restauracja, pasaż handlowy, pasmanterie, miejsce, gdzie sprzedawano pierwsze w Warszawie nieprzemakalne płaszcze. Ale nie było żadnej kwiaciarni i sklepu z roślinami. Ty to wszystko musisz pamiętać.

Pamiętam i tęsknię. Nie ma już Nalewek, niczego, co było na Nalewkach, więc co ma tu robić, czym oddychać mirabelka? Moja mama, z którą spacerowałam na Nalewki po jedwabne kolorowe nici na pompony do bamboszy – dawno w popiołach na Majdanku. Zostały tylko duchy niewidzialne z mieszkańców żydowskich Nalewek, z tamtych dzieci, domów, zdemolowanych bunkrów, zatopionych wraz z ukrywającymi się ludźmi. Ja zaraz po wojnie poszłam na tę kupę gruzów. Nie mogłam rozpoznać żadnej ulicy. Wszystko było zasypane cegłami, kamieniami. Getto zrównano z ziemią. Nie wiedziałam nawet, w którym miejscu stał mój rodzinny dom.

Piwnice i strychy

Gdzie mieszkałaś?

Najpierw na Bonifraterskiej 4, w tym domu się urodziłam, w czwartek, 15 września 1929 roku. W metryce wpisano: Chaja Ita. Ale całe życie rodzice mówili: Hala. Moja mama bardzo chciała mieć córkę.

Przyszłam na świat w czepku, dosłownie.

Akuszerka powiedziała rodzicom, że będę miała ogromne szczęście. Poznałam ją potem, mama wzywała ją za każdym razem, kiedy Chilek, mój brat, za mocno pociągnął mnie w zabawie za rękę. Akuszerka mi ją nastawiała i powtarzała: „Ty to masz szczęście!”. Wzrastałam w przekonaniu, że mi się wszystko zawsze uda.

Miałam cztery lata, gdy wyprowadziliśmy się z Bonifraterskiej, czynsz był za duży. Później ten dom rozebrali, jeszcze przed wojną, jak budowali trasę na Żoliborz. Przenieśliśmy się na Nowiniarską, do dziadków, do babci Sure Jente i dziadzi Szlojmego. Tam mieszkałam z moimi braćmi do wybuchu wojny.

Bracia byli od ciebie starsi?

Tak, Marek o jedenaście lat, Chilek o siedem. Marek był synem mojej matki z pierwszego małżeństwa.

Bonifraterska 4, dom, w którym na świat przyszła Halina Birenbaum, 1938

Co się stało z jej pierwszym mężem?

Zmarł na tyfus niedługo po ślubie. Marek był malutki, matka miała wtedy dziewiętnaście lat. Pochodziła z Żelechowa. Nie wiem, jak znalazła się w Warszawie i poznała mojego ojca. Był drobnym pośrednikiem handlowym, a wcześniej pracował jako urzędnik w sądach. Znał dobrze niemiecki, rosyjski, pochodził z Białej Podlaskiej. Mama była młodsza od niego o pięć lat.

Jak się nazywali?

Ojciec Jakub Grynsztejn. Matka – Pola, po żydowsku Perl, co znaczy perła, z domu Kijewska.

Byli religijni?

Całkowicie zasymilowani. Bardziej tradycyjni niż religijni. Nie chodziliśmy do Wielkiej Synagogi, bo w naszym domu na drugim piętrze mieszkał rabin. U niego w święta odbywały się modlitwy. Przyjaźniłam się z jego wnuczką Salusią. Przychodziłam do niej popatrzeć sobie na śluby, których udzielał jej dziadek.

Pola Grynsztejn (z domu Kijewska), matka Haliny

Moja matka nie była religijna, ale trzymała zawsze koszerne jedzenie osobno, mleczne osobno, robiła porządki na święta, parzyła łóżka gorącą wodą. Ile to pracy było!

Kochałam ją ponad wszystko. Całe życie otaczałam się starszymi kobietami, szukałam jej w innych.

Jaka była?

Spokojna, wyważona. Ona zawsze była sobą, nawet kiedy nic już nie było takie jak wcześniej. W getcie, kiedy ludzie umierali na ulicach, wieczorem podnosiła mi kołdrę i sprawdzała, czy umyłam nogi. I jak miałam brudne, kazała szorować. W ten sposób próbowała zachować resztki normalności.

Matka bardzo mnie kochała, ale nie pieściła się ze mną. Jak od kogoś dostałam, od jakiegoś łobuza na podwórku, nie poszła się o mnie kłócić, nie pocieszała, mówiła tylko: „Zagoi się”.

Jak mnie to wnerwiało! Jak to? Chciałam, żeby mnie pogłaskała, przytuliła, a ona mówi: „Nic ci nie jest”.

Może tak cię hartowała?

Może. Była silną kobietą. I niezwykle mądrą. Kiedy nam się nie przelewało, jeszcze przed wojną, pomagała ojcu zarabiać, szydełkowała, robiła pompony do kapci. Ale żeby pracować, musiała zatrudnić pomoc domową, przy trójce dzieci sama nie dałaby rady. I ta służąca kradła. A mama udawała, że nie widzi. Kiedyś ukradła mamie pierścionek. Matka go znalazła u niej w kuferku. Wzięła z powrotem, ale nie powiedziała jej słowa. I nie wyrzuciła jej. Wolała to przełknąć. „Ja jej potrzebuję, ja ją muszę u nas mieć”, mówiła. Nie mogłam zrozumieć. Ja bym ją natychmiast wyrzuciła z domu.

Ubóstwiałam matkę. Chciałam być cały czas przy niej. Koleżanek długo nie miałam żadnych, bo nie chodziłam do freblówki.

Co to znaczy?

Freblówka? Przedszkole. Byłam najmłodsza, nie starczyło pieniędzy, żeby mnie posłać, więc plątałam się za matką. Miała przyjaciółkę, ciocię Chajełe – umarła potem z głodu w getcie. Ale dopóki jeszcze było normalnie, trzymały się razem. Matka żaliła się jej, że ojciec nigdzie jej nie zabiera. Kiedyś Chajełe przyszła do nas i powiedziała, że porywa matkę do opery, na Aidę. Tej Aidy nienawidzę do teraz.

Czemu?

Bo matka poszła beze mnie, wyszły, zatrzasnęły się drzwi, a ja nie mogłam dosięgnąć do zamka. Waliłam w te drzwi i płakałam. Chciałam pójść z matką. Ale musiałam zostać w domu z ojcem albo z braćmi. Jak był Marek, zostawałam chętniej. Kochałam go najbardziej. Matka też go ubóstwiała. Zawsze zaradny, chętnie się uczył, dawał korepetycje, pracował w pensjonatach. Świetny z francuskiego, pragnął być lekarzem. Studiował w Paryżu, sam sobie zbierał pieniądze na naukę. Matka była z niego dumna. Gdy szła na wywiadówkę, to już wiedziała, co powiedzą: „Pani chyba przyszła usłyszeć dobre słówko?”. No pewnie, że po to przyszła, bo to był jej ukochany syn Marek, student medycyny z biednej żydowskiej rodziny. Wiele razy słyszałam, jak ojciec kłócił się z matką: „Dlaczego Marek nie daje pieniędzy, skoro zarabia?”. Od razu stawałam po stronie matki.

Krzyczałam, broniłam Marka i matki, zawsze. Ojciec powiedział mi kiedyś, że mam taki pysk, że na pewno zostanę adwokatem.

Matka na to: „Niech lepiej będzie lekarzem, jak Marek, on już ma kontakty, trochę jej pomoże”. Taką mi przyszłość planowali. A potem pojawił się wyrok śmierci na cały naród żydowski. Nas wszystkich miało nie być. Z planów matki i ojca nie zostało już nic.

A kim ty chciałaś być?

Najpierw artystką. Zabrałam kiedyś deskę od dziadka, zrobiłam scenę, rozdałam dzieciom bileciki i śpiewałam polską piosenkę: „Widziałam motyla, jak bujał wśród drzew, miał skrzydło złamane, sączyła się krew”. Nie miałam tremy, dzieci siedziały zaciekawione, podniecone. A ja w siódmym niebie, że mi się udała impreza. I ty wiesz, że znalazłam ostatnio tę piosenkę na YouTubie? Teraz mogę sobie śpiewać z akompaniamentem.

Co jeszcze chciałaś robić w przyszłości?

Sprzedawać kiełbasy.

Naprawdę?

Podobał mi się proces krojenia w sklepie. Chciałam tak zdecydowanie kroić, pakować, podawać. Z plasteliny robiłam sobie kiełbasę, a z pudełek do pasty do butów – wagę.

Był na Nowiniarskiej taki sklep, lubiłam go, mama posyłała mnie tam po rozmaitości, czyli plastry różnych wędlin, kiełbas. Zawsze chodziłam ja, najmłodsza, bo Chilka sprzedawcy oszukiwali. Jemu wszystko można było wcisnąć i wydać za mało reszty. Miał głowę w książkach, uczył się ciągle hebrajskiego.

Hebrajskiego? Chciał wyjechać?

Tego nie pamiętam, raczej nie. Pamiętam za to, że to było wtedy takie niepotrzebne! Przecież wokół mówiło się po polsku. Ale ojciec posłał Chilka do Tarbutu, żydowskiej szkoły na Nalewkach.

Chilek chodził ciągle zamyślony albo z nosem w książce. Nigdy się nie zastanawiał, co mu sprzedali w sklepie. Co dali, brał. A ja to później odnosiłam. A jak trzeba było, wykłócałam się za niego.

Kochałaś Chilka?

Bardzo. Z Chilkiem było jak z kolegą: bawiliśmy się, sprzeczaliśmy, wygłupialiśmy. Łączyło nas też coś szczególnego: kochaliśmy koty. Ale u Żydów zwierzęta w domu oznaczały coś nieczystego, nie powinniśmy ich mieć. Kiedyś znaleźliśmy małego kotka, pieściliśmy go, wyrywaliśmy sobie, nie mogliśmy się nim nacieszyć. Ukryliśmy go w koszu na pranie. I pewnego dnia zaglądamy – kotka nie ma. Nie wiem, kto go wyrzucił: czy dziadek, czy babcia, czy mój ojciec. Pamiętam, że byłam wściekła, płakałam ja i płakał Chilek. Mama mówiła: „Jak zginęło coś, co było czarne, to pewnie poszło do łaźni, poszło się umyć”. Nie wierzyłam, że kot sam od nas odszedł.

Teraz trzymam koty, ile chcę. I nikt mi nie powie, że nie wolno. Teraz mam prawo.

Ile ich masz?

Nie uwierzysz, piętnaście. Same przybłędy z okolicy. Daję im jedzenie, opiekę. Ile ja miałam historii z tymi kotami!

Opisałaś je w książceŻycie każdemu drogie.

Kochałam je wszystkie. Ale chyba najbardziej kotkę Kusz Kusz.

Kiedyś na progu domu usiadły nam na wycieraczce kocięta. Skuliły się razem, zaczęły piszczeć. Postanowiliśmy z Henrykiem włożyć je do pudła i zanieść w inne miejsce. Nie mogliśmy ich wziąć, mieliśmy psa. Ale jedna kotka za każdym razem wyskakiwała z pudła, jakby chciała wziąć los w swoje ręce. Bielutka, z szarą łatką na głowie. Powiedziałam Henrykowi, że skoro tak się uparła i walczy o swoje – musi u nas zostać. Nazwaliśmy ją Kusz Kusz. Była zabawna, zwinna. Po pewnym czasie okociła się, miała trójkę małych, ale zachorowała. Próbowaliśmy ją ratować, podawaliśmy lekarstwa, biegaliśmy codziennie do weterynarza, ogrzewaliśmy ciepłymi butelkami, nosiliśmy na rękach. Pewnej nocy skoczyła z posłania, krzyknęła i zamilkła. Usiedliśmy wtedy wszyscy w salonie na wersalce, ja, mąż i nasi synowie, wtedy gimnazjaliści, i płakaliśmy. Kochaliśmy Kusz Kusz. To by było nie do pomyślenia w moim warszawskim domu, Marek by mnie za to zrugał.

Marek, twój przyrodni brat, był jak drugi ojciec?

Tak go traktowałam. Czytał mi, kupował ciastka, dawał prezenty. Raz przysłał z Francji mnie i Chilkowi pióra ze złotymi stalówkami. Rodzice nie pozwalali mi go zabierać do szkoły, uważali, że zgubię, połamię. Ale ja nalegałam. Miałam w klasie Halinkę Unfang, bardzo mi imponowała, była bogata i śliczna. Pokazałam Halince pióro, chciałam jej się przypodobać. A ona poprosiła o atrament, zaproponowała, że wyciągnie trochę z mojej stalówki. Nasze stalówki zderzyły się i moja się oczywiście połamała. To była tragedia! Nie dość, że zawsze robiłam kleksy w zeszytach, to jeszcze zniszczyłam taki prezent od Marka. Nie pierwszy zresztą.

Latem 1939 roku przywiózł z Paryża torebkę, puderniczkę ze szminką i zegarek. To była piękna czarna torba, elegancka, a w niej błękitna poszetka i flaszeczka perfum – Soir de Paris – wieczór paryski. Leżała u nas wysoko na szafie; kiedy zostawałam sama w domu, lubiłam sobie wejść na stołek, zdjąć tę torbę, powąchać perfumy, obejrzeć, przymierzyć zegarek, a potem włożyć i udawać, że niczego nie ruszałam. Raz wyjęłam zegarek i wszystko mi poleciało na ziemię – zostałam tylko z paseczkiem i szkiełkiem, cała maszyneria runęła na podłogę. Wepchnęłam to do torby, zamknęłam. Za jakiś czas ojciec zajrzał tam i mówi: „Oj, Halina miała już ten zegarek w ręku”. Ja w ogóle nie mogłam zostawać w domu sama. Opowiadałam ci, jak po raz pierwszy zapaliłam papierosa?

Nigdy.

Mój ojciec palił. Kupował papierosy od sprzedawców ulicznych. Któregoś dnia uznałam, że muszę sprawdzić, jak to jest zapalić. Miałam dziesięć lat. Wzięłam zapałkę, przypaliłam, pociągnęłam, ale słyszę kroki, mama szła. Szybko to wyrzuciłam przez okno i złapałam za szklankę niedopitej herbaty. Wzięłam wielki łyk. W środku siedziała ogromna mucha. Już nigdy potem nie wzięłam papierosa do ust. Już miałam nauczkę. Gdy patrzę na papierosy, czuję tę muchę w gardle.

Tego zegarka, co zepsułam, też nie ruszałam. Ojciec go naprawił. Miał go potem ze sobą, gdy go zapędzili do wagonów do Treblinki.

Miałaś liczną rodzinę?

Miałam. Było nas kilkadziesiąt osób. I od strony matki, i ojca, porozrzucani po całej Polsce. Na Gęsiej w Warszawie mieszkała ciocia Chawełe, starsza kobieta, część jej rodziny przeniosła się przed wojną do Palestyny. Na Nowiniarskiej babcia – mówiłam na nią bubesi, w jidysz: stara babcia, ale domagała się, bym zwracała się „babciu” – bo nie jest jeszcze znowu taka stara – dziadek, rodzeństwo mamy. Mój ojciec miał dziadka rabina i spora część jego rodziny żyła w Białej Podlaskiej. Pierwszy raz pojechałam tam w 1937 roku, bez mamy, na dwa miesiące. Bratowa mamy, ciocia Chuma, była bogata, mieli tartak w Pińsku. Dziadek był bardzo pobożny, nosił długą brodę, babcia, Sure Zlate, zawsze chodziła w peruce i chustce.

Poznałam tam moją kuzynkę Rachelkę. Spotkałam ją potem w obozie na Majdanku. Ona zawsze dobrze wyglądała, zawsze, nawet w obozie, w takich warunkach.

Kiedy wracałam z Białej Podlaskiej, byłam od stóp do głów ubrana w nowe rzeczy – ciotka mi kupowała buciki, majteczki, metr niebieskiej taftowej kokardy – i taką mnie wiozła do domu. Rodzice nie ubierali mnie w ładne rzeczy, nie było pieniędzy. Kupowali z obowiązku, jak już z czegoś wyrosłam. To były praktyczne rzeczy, miały starczać na lata. Buty zamawiali u szewca na Bonifraterskiej, a palto mama zafundowała mi kiedyś w eleganckim sklepie, u braci Jabłkowskich.

Nadal tak się nazywa.

Jest jeszcze? To było coś nadzwyczajnego, tam mieli takie piękne rzeczy! Rodzice znaleźli tam dla mnie kiedyś palto, brzydkie, ciemnozielone jak butelka, nieprawdopodobnie długie, do kostek, żeby było na wyrost. Byłam potwornie nieszczęśliwa. W takim pięknym domu ojciec i matka poszli mi kupić takie brzydkie zimowe palto! Chciałam czerwone, białe, a oni – zielone, żebym nie brudziła, żeby plam nie było widać. Do tego palta dostałam ciasto tortowe na pocieszenie. To już było coś.

Ale palta nie cierpiałam, musiałam chodzić w nim do szkoły, przejść przez cały park, bo podstawówka mieściła się w Ogrodzie Krasińskich. Miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na to palto. To jak wyjść na wybieg w rozciągniętej kiecce.

Odprowadzał mnie Chilek, bo z mojej szkoły było przejście do jego szkoły, do Tarbutu, na Nalewki 2a. On zawsze dobrze wyglądał: wysoki, czarny, ładny płaszcz, czarna czapka, okulary.

Ze szkoły wracałam z Sabcią Topaz, koleżanką, która też mieszkała na Nowiniarskiej. Też miała lepsze palto od mojego.

W szkole uczyłyście się w jidysz?

Nie, wyłącznie po polsku. Mama z ojcem rozmawiali w jidysz, a my z Markiem i Chilkiem albo w jidysz, albo po polsku. Po polsku mówiliśmy lepiej niż rodzice. Oni śmiesznie wypowiadali niektóre słowa: mama „żymno” zamiast „zimno”, ojciec mówił „ć” zamiast „cz”. Dziadkowie podobnie. Na Nowiniarskiej mieszkaliśmy razem z nimi. To było wielkie mieszkanie, pięć pokoi. Bardzo dużo stamtąd pamiętam.

Co najbardziej?

Dzień, kiedy zmarł brat mamy. To była pierwsza śmierć w moim życiu.

Miałam wtedy niespełna sześć lat. Nad ranem usłyszałam rozpaczliwe wrzaski: babci, cioci Feli, siostry mamy, cioci Rózi, żony wujka, prababci: „Gedale!!! Gedale!!!”.

Cała rodzina zebrała się w jednym pokoju, wszyscy płakali, trzymali się za głowy, ciocia Rózia cała na czarno, a Kuba, ich jedyny syn, krążył po pokoju i powtarzał w kółko imię wujka. Wszyscy dorośli tonęli we łzach jak dzieci, jakby już nic dobrego nie zostało na świecie. Nie rozumiałam, co się takiego stało, wybiegłam do sieni, by od tego uciec. Drzwi były otwarte, wciąż napływali różni krewni, znajomi, przyjaciele. Wyszłam na zewnątrz.

[...]