Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka To koniec, Anno - Joanna Opiat-Bojarska

Dziennikarka telewizyjna Anna Rogozińska znajduje w skrzynce pocztowej tajemniczą kopertę. Z przesyłki wypada karta do gry – zaproszenie do morderczej rozgrywki – oraz lakoniczny list od siedzącego za kratami Kapelusznika. Czy niebezpieczny kryminalista pomoże Annie zapobiec serii zabójstw?

 

Problemy prywatne utrudniają śledztwo, w dodatku zwierzchnicy zlecają Annie zadanie angażujące niemal 24 godziny na dobę – reportaż o pracy pogotowia ratunkowego. Dziennikarka nie ma wyboru, musi podjąć wyzwanie, niestety ratownicy są niechętni do współpracy. Anna musi wytrzymać wycieńczające tempo i stan ciągłej gotowości, co więcej – zadanie może okazać się bardzo niebezpieczne…

Opinie o ebooku To koniec, Anno - Joanna Opiat-Bojarska

Fragment ebooka To koniec, Anno - Joanna Opiat-Bojarska

Copyright © Joanna Opiat-Bojarska, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Aleksandra Powalska-Mugaj

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Fotografia na okładce: www.shutterstock.com/GraFXplosion

www.shutterstock.com/GongTo

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-7976-635-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Za darmo dostaje się tylko to, czego nikt inny nie chce.

I śmierć. Śmierć też jest za darmo.

Jonathan Carroll

Wdech. Wydech.

Ma już wszystkiego dość. Szczególnie pojawiających się, odchodzących i wracających mężczyzn. Ma też dość przereklamowanej miłości.

Wdech. Wydech.

Do uszu dociera przyjemnie niski głos Adele:

– Hello, it’s me. I was wondering if after all these years you’d like to meet.

Nie zastanawia się. Chce zapomnieć.

Wdech. Wydech.

Za chwilę się zrelaksuje. Zapach lawendy rozpycha się właśnie w jej nozdrzach. Stopa dotyka lustra wody. Odczuwa przyjemne ciepło.

Wdech. Wydech.

Dopasowuje swoje ciało do wanny. Zamyka oczy i skupia się na oddechu.

Ciepła woda rozluźnia jej mięśnie. Schodzi z niej całe napięcie. Cały ten popieprzony dzień.

Wdech. Wydech.

W tej chwili nie ma jej dla nikogo. Co więcej, nikogo nie ma dla niej. Staje się obojętna na dźwięki dochodzące zza ściany. Wyobraża sobie, że jest sama. Sama na całym świecie.

Wdech. Wydech.

Przysięgłaby, że coś właśnie złapało ją za kostki.

Otwiera oczy.

Czuje ból. Dokładnie taki sam towarzyszy jej zwykle w momencie, w którym gałki oczne spotykają się z wodą.

Orientuje się, że jej twarz znalazła się pod wodą.

Wdech.

Woda pojawia się wszędzie. W nosie. W gardle. W przełyku. Chciałaby znaleźć w sobie siłę, żeby zawalczyć o oddech. Złapać się krawędzi wanny. Spojrzeć w oczy tego, który właśnie ją topi.

Nie liczy na to, że zmieni zdanie. Nie jest aż tak naiwna. Pragnęłaby jednak, żeby zapamiętał jej spojrzenie do końca swoich dni.

Szuka siły do walki, ale – mimo ogromnej motywacji – nie znajduje jej.

Skoro sama nie jest w stanie sobie pomóc, szuka innego wyjścia.

Próbuje krzyczeć. Bezskutecznie. Przekonuje się, że układ oddechowy został stworzony do oddychania. Jego inne funkcje, w tym wydobywanie się głosu, są wstrzymane, gdy trwa walka o zaczerpnięcie powietrza.

Chciałaby złapać oddech, ale zamiast tego słyszy szum. Jakby przyłożyła do ucha muszlę przywiezioną znad morza. I bicie serca. Coraz wolniejsze.

Czuje, że odpływa.

ROZDZIAŁ1

Anna Rogozińska od dawna marzyła o tym dniu. Wpatrywała się w szpitalne okno i czekała. Cierpliwie czekała, aż odzyska siły i będzie mogła wrócić do pracy. Snuła plany, w myślach analizowała hipotetyczne przeszkody, które będzie musiała pokonać, żeby wrócić na szczyt.

Rekonwalescencja przeciągała się w nieskończoność, za oknem zmieniały się pory roku, a w Ance dojrzewała niesmaczna myśl, że zanim upora się ze skutkami ubocznymi ostatniego dziennikarskiego śledztwa, wszyscy o niej zapomną. Dlatego, kiedy dziś wróciła do telewizji, postanowiła dać z siebie dużo więcej niż zwykle. Mimo że zwykle dawała z siebie wszystko.

Zespół przyjął ją chłodno, ale za to szef poznańskiego oddziału Primo TV, Kamil Grabowski, wysłał ją z misją nagrania materiału z poznańskiej Ławicy, zaznaczając, że ma się spisać, bo podobno na lotnisku rozpęta się niezła afera.

Anna najpierw odtańczyła taniec radości, a później zabrała ulubionego operatora kamery, Artura, i pojechała sprawdzić, o co chodzi.

Po godzinie wróciła z obszernym materiałem i wizją, jak zmontować obraz. W końcu robiła to, do czego została stworzona. Zmontowany materiał wysłała do szefa.

– Pani Anno, poproszę do mnie. – Grabowski wychylił się ze swojego gabinetu jakiś kwadrans później.

Pamiętała, że takie spontaniczne wizyty w gabinecie dyrektora mogły mieć trzy powody: głośna bura, cicha pochwała lub przydzielenie zadania specjalnego. Liczyła na to ostatnie. Już raz otrzymała świetną propozycję zawodową, ale z powodu pobytu w szpitalu musiała z niej zrezygnować.

– Pani Anno, co to ma być? – Pozbawiony emocji głos szefa zbił Annę z tropu. Mężczyzna nawet nie poczekał, aż podwładna usiądzie.

– Jak to co? Świetny materiał. – Przyglądała mu się uważnie, próbując wyczytać z jego twarzy intencje.

Nie oczekiwała pochwał, bo Grabowskiemu dobre słowa zwykle grzęzły w gardle. Ale spodziewała się przynajmniej zobaczyć błysk w jego oku.

– Świetny?! – Prychnął ironicznie. – Chyba dla osiedlowej telewizji!

– Ale przecież…

– Może zbyt szybko wróciła pani do pracy? Może powinna pani wykorzystać jeszcze zaległy urlop? Najwidoczniej to, czego pani doświadczyła… To zatrucie dopalaczami…

Słowa Grabowskiego mogłyby świadczyć o trosce, nawet jeśli nie przyjaznej, to przynajmniej takiej… zwyczajnej, ludzkiej. Mogłyby, ale Anka skupiła się nie tylko na fonii, ale także na obrazie docierającym do jej oczu.

Tłusta głowa szefa, zwykle kiwająca się na krótkiej szyi, sterczała nieruchomo. Plecy były wyprostowane tak mocno, jakby właśnie połknął pręt, a dłonie, zwykle płynnie tańczące w trakcie rozmowy, leżały na biurku.

Za oknem zbierały się chmury. Obrzydliwie ciemne i kłębiaste potwory zakrywające resztki niebieskiego nieba.

– Szefie – próbowała się bronić – dopalacze nie mają z tym nic wspólnego. Antyterroryści wyprowadzili z samolotu Syryjczyka tylko dlatego, że jedna z pasażerek uznała go za terrorystę. Przesłuchano go i wypuszczono. Nagrałam rozmowy z nim, z kimś ze służby granicznej i ze zniecierpliwionym pasażerem narzekającym, że samolot nie wyleciał o czasie. Pokazałam kilka perspektyw… – kontynuowała ze słabnącym entuzjazmem. Grabowski jej nie słuchał. Wpatrywała się jednak w niego, mając nadzieję, że w końcu wymusi jego uwagę. – Poza tym zagrożenie terrorystyczne… Ludzie albo je ignorują, albo są przewrażliwieni. Może warto byłoby poruszyć ten temat i pokazać społeczeństwu, gdzie leżą granice? Dzisiejsza sytuacja to przecież dyskryminacja rasowa! Chłopak nie zrobił nic takiego. Po prostu urodził się w Syrii. Gdyby był biały, taka sytuacja nie miałaby miejsca. Gdyby…

– Pani Anno, nie jesteśmy od tego, żeby gdybać.

Zwykle jej tłumaczenia doprowadzały go do szału. Miotał się po biurze, obijając tłuste ciało o meble w kolorze wenge. Jak lew przechadzał się od ściany do ściany i skutecznie unikał wzroku zdenerwowanej dziennikarki.

Kolejna bezemocjonalna wypowiedź Grabowskiego zmusiła Annę do wyciągnięcia wniosków. Niewątpliwie brała udział w przedstawieniu. Ominęła próbę generalną i nie nauczyła się tekstu, w przeciwieństwie do siedzącego za biurkiem mężczyzny, który wydawał się panować nad wszystkim. Nawet nad oddechem.

Gdyby nagle zrzuciła z siebie ubranie i zaczęła tańczyć nago, Grabowski nawet by nie mrugnął.

– Sam pan mnie wysłał na to lotnisko!

– Tak, żeby nagrała pani materiał o tym, jak sprawnie reagują nasze służby, kiedy chodzi o zagrożenie terrorystyczne. Myślałem, że pokaże pani jakiegoś twardziela – wycedził i zacisnął pięści, jakby chciał wzmocnić przekaz słowny prezentacją – który powie, że nic nam nie grozi. Że poznaniacy mogą spać spokojnie. I że przeanalizuje pani sytuację na chłodno!

– Na chłodno? Miałam zostawić ważny problem społeczny?!

– Ważnym problemem jest zagrożenie terrorystyczne! Zamiast skupić się na meritum i pokazać konkret, pani wolała pójść w łzawy ton reportażu. I niby kogo to ma zainteresować? Reportaż o biednym Syryjczyku, którego potraktowano jak zwierzę? I o złej białej kobiecie, która ośmieliła się poczuć zagrożona? Miała prawo się bać! W tym roku naliczyłem już ponad dwadzieścia zamachów terrorystycznych na całym świecie. Słyszała pani, że syryjscy uchodźcy szykowali zamachy w Berlinie?

– Nie słyszałam.

– No właśnie, a to tylko potwierdza moje obawy. Nie nadaje się pani do pracy.

„Czyli dotarliśmy do finału?” – pomyślała Anka i spuściła głowę. Kiedyś zapewne kłóciłaby się z szefem i jak lwica broniła swojego punktu widzenia. Kilkumiesięczny pobyt w szpitalu sprawił jednak, że wypadła z obiegu i straciła sporo pewności siebie.

– Nie interesuje mnie duma jakiegoś brudasa! – Grabowski uderzył dłońmi o blat biurka. – Nie mam czasu na prostowanie pani społecznych zapędów. Pracujemy dla ogólnopolskiej telewizji, musimy wpasować się w sztywne reguły!

– Szefie…

– Nie wiem, co z panią zrobić. Jest pani wypalona i przewrażliwiona. Szczerze przyznam, że trzymałem dla pani miejsce, by po chorobie mogła pani do nas wrócić. W końcu, jakby nie było, o mały włos nie straciła pani życia podczas wykonywania obowiązków służbowych. Starałem się, pani Anno. I przyznaję, że kiedyś ceniłem pani podejście do pracy. Niestety teraz widzę, że stare sentymenty to niezbyt dobry sposób na zarządzanie stacją telewizyjną. To jest niedopuszczalne, że ekscytuje się pani sentymentalnymi pierdołami. Pani Anno, to już nie jest dziennikarstwo…!

* *

Bardziej niż kiedyś? Słowa Grabowskiego błądziły po głowie Anki jeszcze długo po tym, jak wyszła z budynku. Nie tego spodziewała się usłyszeć.

Sama dzieliła swoje życie na „kiedyś” i „teraz”. Chciała jednak zapomnieć o tej granicy. O rozmowie z mordercą, która uświadomiła jej, że wybrany przez nią zawód dziennikarza śledczego był zdecydowanie bardziej niebezpieczny, niż początkowo sądziła. Że powoli traciła świadomość i kontrolę nad własnym ciałem i o tym, że ambicja i chęć rozwiązania sprawy związanej z dopalaczami sprawiły, że mogła umrzeć.

Żyła bardziej przez przypadek. To podkochujący się w niej Łukasz sprawił, że ją odratowano. Pamiętała, jak krzyczał: „Nie zamykaj oczu, nie zasypiaj, zostań ze mną, Anka!”.

– I jak podsumujesz pierwszy dzień w pracy?

Łukasz siedział obok niej na kanapie. Zadomowił się już. Nawet sweter, który miał na sobie, pasował do wystroju mieszkania.

Widziała, że bardzo chciał się wtopić w tło i sprawić, że któregoś dnia Anka powie mu: „Zostań”. Bywał u niej właściwie codziennie, odkąd wróciła ze szpitala. Początkowo wynajdywał jeszcze preteksty dla swoich wizyt. Raz przyszedł wymienić uszczelkę w kranie, innym razem przechodził obok, jeszcze innym wnosił na piętro siatki z zakupami, a później przygotowywał kolację. Potem wpadał już jak do siebie. Siadał na kanapie, zamieniał z nią kilka słów, a potem włączał telewizor i szukał kanału informacyjnego.

– Nie mogę narzekać. Pierwsze dni są zwykle trudne. Nieważne czy w nowym miejscu, czy na starych śmieciach.

– Czyli było ciężko? – Oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na nią zatroskany.

– Nie. – Pokręciła głową i uciekła do kuchni.

Nie chciała, by widział jej twarz, by się o nią martwił. Czasami zwyczajnie wolałaby, żeby go tu nie było.

Nie potrafiła mu jednak tego powiedzieć. Był przy niej przez cały ten trudny szpitalny czas. Zawsze cierpliwy i pomocny. Siedział przy jej łóżku, gładził po dłoni, a ona zastanawiała się, czego mu brakuje.

Bo tego, że czegoś brakowało, była pewna. Był przecież bardzo dobrym człowiekiem – inteligentnym, oczytanym i uwielbiającym swoją pracę. Wiele rzeczy ich łączyło. Przyglądała mu się tygodniami spod przymkniętych powiek i jakoś nigdy nie mogła dojrzeć w nim kandydata na kochanka.

Był dla niej bardziej jak brat, nawet przystojny, dobrze ubrany, chełpiący się kaloryferem na brzuchu. Nie potrafiła zauważyć w nim mężczyzny. Dobrze się im rozmawiało, ale brakowało między nimi chemii – specyficznej i bardzo przyjemnej reakcji organizmu na bliskość drugiej osoby.

– Anka, telefon! – Głos Łukasza wyrwał ją z zamyślenia.

Wróciła do pokoju i zerknęła na wyświetlacz komórki leżącej na futurystycznej półce z książkami. Dobrze znała tę kombinację cyfr. Potrzebowała chwili spokoju i odosobnionego miejsca.

– Zrobić ci kanapkę? – zapytała Łukasza, nim odebrała. Chciała mieć pretekst do wyjścia z pokoju.

Kiwnął głową, ale nie oderwał wzroku od telewizora. Na ekranie trzech polityków próbowało się wzajemnie przekrzyczeć.

Wróciła do kuchni, przyłożyła aparat do ucha i odezwała się najbardziej neutralnie, jak tylko potrafiła:

– Halo?

– Cześć, Aniu – przywitał ją męski głos.

Otworzyła lodówkę. Poczuła chłód. Zwykle źle znosiła zimno, ale w tej chwili właśnie tego potrzebowała.

– Cześć.

– Jestem w Poznaniu.

– Życzę przyjemnego pobytu. – Starała się zachować dystans.

Wyjęła z lodówki szynkę, majonez i masło. Sięgnęła do chlebaka. Zamiast oczekiwanego bochenka znalazła tylko jedną bułkę.

– Musimy się spotkać.

– Nie.

– Musimy – powtórzył kategorycznie.

– Zapomniałeś? – syknęła najciszej, jak potrafiła. – To już nieaktualne.

– Bardziej aktualne, niż ci się wydaje. Czekam tam gdzie zawsze.

* *

Mimo że dopiero minęła dziewiętnasta, wokół panowała ciemność. Neon nie przejmował się jednak brakiem słońca. Po dwunastu godzinach siedzenia w domu korzystał z wolności. Zadowolony biegł przed siebie, radośnie poszczekując.

Prokurator Wiktor Braun jak co wieczór spacerował wzdłuż Warty, obserwując swojego psa i rozmyślając nad życiem. Jesienią i zimą okolice koryta rzeki były wyludnione, co bardzo mu odpowiadało. Dzięki otaczającej go ciszy i ciemności korzystał z odrobiny wolności.

W pracy zawsze był na świeczniku. Trzymał się wypełnionego po brzegi planu dnia, procedur i paragrafów. Kontrolował, konsultował, przesłuchiwał i wygrywał kolejne sądowe batalie. Zawsze schludnie ubrany, opanowany i uważny.

W ostatecznym rozrachunku praca przynosiła mu o wiele więcej radości niż zmęczenia, ale były chwile, takie jak ta, że zastanawiał się, czy w jego życiu jest cokolwiek poza pracą.

Od dawna usprawiedliwiał się sam przed sobą, że nie ma czasu ani na przyjemności, ani na przyjaciół, ale chyba przyszedł czas, żeby uświadomić sobie, że to nie czas był największą przeszkodą. Nie miał przyjaciół, hobby czy marzeń do spełnienia.

Gdyby otrzymał kilka godzin w prezencie, i tak spędziłby je w pracy. Tylko ona przynosiła mu prawdziwe poczucie satysfakcji.

– Neon! – przywołał do siebie psa, który odbiegł zbyt daleko.

Wyżeł przybiegł do jego nóg. Dał się pogłaskać i znowu ruszył przed siebie.

Braun zatrzymał się przy ławce, przy której widoczne były ślady bytności rdzennie chwaliszewskiego towarzystwa. Porozrzucane butelki po piwie, zgnieciona paczka po papierosach i mnóstwo petów. Powoli się do tego przyzwyczajał. Nie miał wyjścia. Zamieszkał przecież w nowym budynku w dzielnicy, która nie miała najlepszej opinii.

Ślady. Nie lubił do tego wracać. Zwłaszcza jesienią. Cztery lata temu z drzew też spadały liście. I też nieomal nie zdążyłby tego zauważyć. Tragiczny wypadek sprawił, że czas się zatrzymał, a on – skupiony na pracy profesjonalista – zauważył leżące na ziemi liście.

Nie chciał jednak pamiętać emocji związanych z tamtym wydarzeniem. Zamiast nich skupiał się na cyfrach, a one mówiły same za siebie.

Eksperci ustalili, że pomiędzy pojawieniem się przeszkody na drodze a wciśnięciem hamulca przez kierowcę mija około sekundy. Do tego doliczyć trzeba około pół sekundy na zadziałanie układu hamulcowego. Razem daje to półtorej sekundy, w ciągu której samochód jadący z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę pokona dystans przynajmniej piętnastu metrów.

Tamten jechał właśnie z taką prędkością a droga jego hamowania wyniosła trzynaście metrów. Razem dwadzieścia osiem metrów.

– Kierujący pojazdem nie miał szans, żeby wyhamować. – Wiktor powtórzył słowa jednego z biegłych wypowiadającego się w sądzie.

Zapamiętał wszystkie – nawet najdrobniejsze – szczegóły tamtego wypadku. A także to, że zabrakło kilku sekund, kilku metrów. A może jedynie odrobiny szczęścia?

Raport z miejsca zdarzenia pokazał, że kierowca jechał zgodnie z przepisami, a pieszy wtargnął na jezdnię, nie pozostawiając sobie żadnych szans. Znalazł się zbyt blisko samochodu. Trudno było z tym dyskutować. Dla Brauna nie był to jednak byle jaki przechodzień.

Po zakończeniu prowadzenia każdej sprawy resetował tę część umysłu, która się nią zajmowała. Było to niezbędne, by zrobić miejsce na nową sprawę. Wypadek sprzed czterech lat nadal tkwił w jego pamięci. W lecie, zimie czy wiosną udawał, że go tam nie ma, ale jesienią dawał o sobie znać, krzycząc: „Jestem tu, jestem! Jak możesz z tym żyć?”.

* *

Z ulgą zamknęła za Łukaszem drzwi. Nie było łatwo się go pozbyć, ale w końcu jej się udało.

Z przerażeniem obserwowała to, co się z nimi działo. Mogła na nim polegać. Sprawdził się w trudnej sytuacji, teoretycznie powinna więc paść mu w ramiona i zadeklarować miłość aż do śmierci. Jednak cały czas spokoju nie dawała jej myśl, że nie mogła w Łukaszu odnaleźć nawet cienia mężczyzny.

Była mu wdzięczna, ale jednak chciała się go pozbyć.

Niby chciała się pozbyć, ale przy Łukaszu jej asertywność i bezceremonialna bezpośredniość traciły na sile.

Z perspektywy fotela, na którym siadała, gdy on zalegał na kanapie, zauważała ogromne podobieństwo Łukasza do jej świętej pamięci ojca. Miała przed oczyma wytłuszczone zdanie, które znalazła ostatnio w jednej z babskich gazet: „Kobiety wybierają na partnerów mężczyzn, którzy najbardziej przypominają im ich nieobecnych ojców”. Nawet jeśli było w tym stwierdzeniu ziarenko prawdy, to zauważała jeszcze jedno podobieństwo: powoli zmieniała się przy nim we własną matkę. Nie chciała tego.

Wróciła do salonu po telefon i wybrała ostatni dzwoniący do niej numer.

– Jesteś tam jeszcze? – spytała.

– Jestem. Jedziesz?

– Skończyłam spotkanie, mogę być najwcześniej za pół godziny.

– Tak długo nie będę czekał. Bądź za kwadrans.

* *

W restauracji Wieniawskiego5 panował nieoczywisty klimat. Industrialne lampy sufitowe i cegła na jednej ze ścian tworzyły wrażenie miejsca idealnego do prowadzenia rozmów biznesowych. Nastrojowe światło kinkietów ocieplało jednak to nowoczesne wnętrze, podobnie jak bieżniki zdobiące stoły, stwarzając przyjemną atmosferę sprzyjającą nieoficjalnym rozmowom, także tym bardziej intymnym. Wszystko to czyniło miejsce sympatycznie niezobowiązującym.

„Spokojnie, to tylko lunch. Co będzie dalej, zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Nie zrobię nic, na co nie dasz mi przyzwolenia” – tak odczytała to miejsce, kiedy ponad rok temu weszła do niego po raz pierwszy, przyjmując zaproszenie Roberta, wiceprezesa Primo TV.

Poczuła się na tyle bezpieczna, że nawet nie zauważyła, że łagodnie przeszli do kolejnego etapu ich znajomości. Wieczory zwykle rozpoczynali w restauracji, a kończyli w łóżku.

Dzisiaj nie czuła się tu bezpiecznie. Chciała mieć to spotkanie już za sobą. Pchnęła drzwi wejściowe i od razu go zobaczyła. Siedział przy ścianie. Zauważył ją i nie spuszczał z niej oczu. Anna zdjęła kurtkę i powoli skierowała się do jego stolika.

Nie zdążyła do niego podejść, a on już ironicznie i głośno spytał:

– Kupić ci zegarek?

Zacisnęła zęby i stłumiła w sobie chęć odwrócenia się na pięcie i wyjścia.

– Nie, dziękuję. Chciałam ci przypomnieć, że skończyliśmy z fazą dawania i przyjmowania prezentów.

Spojrzał na nią tak, że momentalnie pożałowała swoich słów. Nadal wydawało jej się, że wszystko w Robercie Zielińskim jest idealne. Interesujące spojrzenie, zawsze dwudniowy zarost, delikatne dłonie oraz mieszanka inteligencji, poczucia własnej wartości, humoru i złośliwości. Nie bez znaczenia było również umięśnione ciało opakowane w dobrze skrojony garnitur i pozycja zawodowa.

Najbardziej jednak idealny wydawał się Ance fakt, że Robert miał żonę i dzieci. To pozwalało im kiedyś na budowanie relacji, w której nie liczyło się nic oprócz dobrej zabawy. Ich spotkaniom nie towarzyszyły obawy, że któreś z nich zaangażuje się na tyle, by mieć wobec drugiego oczekiwania.

* *

– Co słychać?

– Dziękuję, wszystko w porządku. A co u twojej żony i dzieci?

Zaskoczyła go. Zawsze go zaskakiwała. Do tej pory nigdy nie negatywnie. Kiedyś wydawała mu się kobietą idealną – inteligentną, atrakcyjną i emocjonalną, ale nierobiącą scen. Teraz ewidentnie dążyła do zderzenia. Czołowego.

– Dziękuję, mają się dobrze.

Nie mógł nie zauważyć, że jest spięta. Zaciskała usta, bez przerwy poruszała dłońmi. Albo pocierała jedną o drugą, albo pastwiła się nad słomką wystającą ze szklanki z colą.

– Schudłaś.

– Ale żyję.

Usłyszał dziś od Grabowskiego, że Rogozińska nie radzi sobie w pracy. Że to, przez co przeszła, mocno odbiło się na jej psychice. Że reaguje zbyt emocjonalnie i nie jest w stanie nad sobą panować. Spotkał się z nią, żeby sprawdzić, czy to, co do niego dociera, to prawda czy tylko plotki i kwestia panującej w Primo TV antypatii do jednostek zawyżających średnią.

– Aniu…

– Co Aniu, co Aniu? Przestań mi się tak przyglądać! Wiem, że się zmieniłam, ale spędziłam w szpitalu sześć miesięcy, a potem jeszcze ponad miesiąc w domu. Mam więc prawo wyglądać mniej atrakcyjnie. Widzieliśmy się ostatnio w lutym. Jest początek października.

– Cieszę się, że jesteś. Wiedziałem, że sobie z tym poradzisz.

– Świetnie. Po co kazałeś mi tu przyjechać?

– Aniu, co się z tobą dzieje?

– A co ma się dziać? Nic. O co ci chodzi?

Przy stoliku obok pojawili się młodzi ludzie. Roześmiana para trzymająca się za ręce i towarzyszący im znajomi. Robert dałby sobie odciąć rękę, że widział gdzieś już jedną z dziewczyn. Kojarzył jej kocie oczy i znamię na dekolcie.

– Nic? – powtórzył z nadzieją, że sprowokuje Ankę do rozmowy.

– Nic. – Wzruszyła ramionami.

Udawała obojętną. Jak kiedyś, podczas pierwszego spotkania poza Primo TV. Czekał na nią w tej samej restauracji, a potem wprosił się do jej mieszkania. Mimo że cel wizyty był oczywisty, nie protestowała. Jej sposób bycia dawał mu pewność, że nikt nigdy nie dowie się o tym, że miło spędzają wspólne chwile.

Dziś nie zabrałby jej nawet do knajpy. Unikał spotkań z dziewczynami rozchwianymi emocjonalnie. Jego żona nie znosiła awanturujących się kochanek.

– Mam nadzieję, że stać cię na szczerość przynajmniej z samą sobą.

Dziewczyna z kocimi oczami zamachała do niego i wyszczerzyła zęby. Kiedy zobaczył szparę między jedynkami, od razu dopasował twarz do sytuacji. A raczej ciało do pokojowego hotelu. Odpowiedział jej krótkim uśmiechem.

Anka musiała to zauważyć, bo odwróciła się, zmierzyła towarzystwo wzrokiem, po czym bąknęła:

– Pójdę już. Na pewno nie będziesz się nudził.

Zanim zareagował, Anna zdążyła wstać z krzesła. Sięgnęła jeszcze po leżącą na stole komórkę. Skorzystał z okazji i złapał ją za rękę.

– Puść! – wysyczała, na tyle głośno, by zwrócić uwagę nowo przybyłego towarzystwa.

– Usiądź, to puszczę. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Chodzi o Primo TV.

– Jeśli dotyczy to Primo TV, to zadzwoń do mnie jutro, w godzinach pracy.

Skapitulował. Postanowił przejść do rzeczy. Zakomunikować to, o czym się dowiedział, i wrócić do hotelu. Miał czterdzieści dziewięć lat i był za stary na bezsensowne komplikowanie sobie życia.

– Nie dostarczyłaś zdolności do pracy.

– Że co? – Usiadła.

– Zaświadczenie, że jesteś zdolna do pracy. Od lekarza. Po dłuższej chorobie jest to niezbędne, by wrócić do wykonywania obowiązków wynikających ze stosunku pracy.

– To tylko papierek. – Anka znowu wzruszyła ramionami. – Załatwię go jutro.

– Anka, do kurwy nędzy, otrząśnij się w końcu! – Skoro jego troska nie robiła na niej wrażenia, musiał uderzyć z innej strony. Zależało mu przecież na tym, by wywołać w niej jakąś reakcję. – Podczas twojej nieobecności w Primo TV trochę się pozmieniało. Grabowski wszedł w łaski prezesa i nastawił go odpowiednio przeciwko tobie. Czekali na twój powrót tylko po to, by cię zwolnić.

– Czekali? – Anka roześmiała się nerwowo. – Robert, nie rozśmieszaj mnie. Bądź facetem i powiedz mi to prosto w oczy. Czekałeś na to, żeby mnie zwolnić. Ty, nie oni. I tu nie chodzi o pracę, tylko o twoje pieprzone ego! Musisz mnie zwolnić, bo jest ci to potrzebne, żeby poczuć się lepiej!

– Dlaczego mówisz tak, jakbyś mnie nie znała?

– Nie mam czasu na takie rozmowy. Mówiłam już. Nie dzwoń do mnie. Mam faceta. Jestem zajebiście szczęśliwa. Z nami koniec. Zraniłam cię? Przepraszam. Ale rozumiem, że teraz ty musisz oddać mi z nawiązką?

– Przestań się miotać i posłuchaj mnie, bo to ostatnia rzecz, którą ci powiem.

* *

Weszła do łazienki, zatkała odpływ wanny i odkręciła kran z ciepłą wodą. Strumień uderzył o ceramiczne dno.

Z pokoju sączyła się spokojna muzyka. Sade anielskim głosem wyznawała właśnie, że dała mu wszystko, co miała w sobie, a on wziął jej miłość i odszedł.

Anka nie miałaby odwagi czegoś takiego powiedzieć, chociaż wydawało jej się, że spotkało ją dokładnie to samo. Nie teraz, nie z Robertem ani nie z Łukaszem… Wcześniej. Kiedyś dała całą siebie, w zamian otrzymując ochłapy. To nie była zwyczajna miłość. To było bolesne doświadczenie, które zmieniło ją na zawsze.

– I keep crying / I keep trying for you / There’s nothing like you and I baby / This is no ordinary love / No ordinary love.

Rozebrała się, a pod wartki strumień wody wlała swój ulubiony płyn do kąpieli. Łazienka błyskawicznie wypełniła się zapachem lawendy, ylang-ylang i kardamonu, a fioletowa, gęsta ciecz zaczęła zamieniać się w pianę.

Weszła do wanny, zanurzyła ciało, zamknęła oczy i wciągnęła tak dużo powietrza, jak się tylko dało. Lubiła ostry zapach lawendy. Ylang-ylang wyostrzał jej zmysły, tłumił złość i wyciszał myśli. Kardamon wraz z konopiami indyjskimi i makiem był w średniowieczu składnikiem arabskiej mikstury narkotycznej.

– Keep trying for you / Keep crying for you / Keep flying for you / Keep flying / I’m falling / I’m falling.

Potrzebowała takiej mieszanki, by zrelaksować się po ciężkim dniu i jeszcze cięższym wieczorze. Musiała zebrać myśli i odnaleźć siebie. Powoli miała siebie dość. Uzmysłowiła to sobie podczas rozmowy z Robertem. Zebrały się nad nią chmury i tylko ona mogła je przegonić.

„Chcą cię zwolnić”. – Przypomniała sobie słowa Roberta. – „Prezes podjął decyzję. Postawiłem mu się, ale to był ostatni raz. Aniu, nie mogę dłużej być twoim aniołem stróżem. Mam zbyt wiele do stracenia. To koniec. Uratowałem ci tyłek po raz ostatni. Sprawy wyglądają tak, że mają dla ciebie propozycję. Nie do odrzucenia. Niestety”.

* *

– Wyrzucisz śmieci?

– Co?

– Śmieci. – Dziewczyna podeszła do zlewu, otworzyła szafkę i pokazała Muhamedowi, że odpadki nie mieszczą się już w koszu.

– Of course, hunny.

Muhamed pocałował swoją dziewczynę i ochoczo zabrał się do wykonania zleconego zadania.

Po wydarzeniach z poranka jego ciało nadal magazynowało w sobie nadmiar energii i negatywnych emocji. Chętnie pozbyłby się zwłaszcza tej negatywnej części, postanowił więc, że zbiegnie z dziewiątego piętra schodami, a potem wróci pieszo.

O czternastej miał pojawić się w londyńskiej siedzibie kontrahenta i omówić z nim zmiany w umowie. Obudził się rano w dobrym humorze. Zjadł śniadanie, przygotował się do podróży, chwycił walizkę i wyruszył na lotnisko. Odprawa poszła szybko, w strefie bezcłowej wypił kawę i zrelaksowany wsiadł do samolotu.

Potem było już tylko gorzej. Dwóch antyterrorystów chowających swoje twarze za kominiarkami wyprowadziło go siłą z samolotu. Trafił do pokoju, w którym przez kilka godzin odpowiadał na to samo bezsensowne pytanie.

– Nie jestem terrorystą – powtarzał tak długo, dopóki sam nie zaczął w to wątpić.

Nie zrobił przecież nic złego. Wykonywał obowiązki zawodowe, nie przewoził niebezpiecznych substancji, nie miał na sobie pasa szahida. Nie wytatuował sobie na czole napisu: „Allāhu Akbar”.

Mimo to, odkąd pojawił się w Polsce, spotykał się z podejrzanymi spojrzeniami lub dziwnymi uwagami. Część ludzi omijała go szerokim łukiem. Zdążył się do tego przyzwyczaić. Wyróżniał się karnacją, oprawą oczu i intensywnością koloru włosów.

Wyjechałby, gdyby nie Małgosia.

– Dzień dobry. – Na parterze minął sąsiadkę.

Uśmiechnął się do niej, ale nie odpowiedziała. Wykrzywiła twarz i spojrzała na niego z pogardą. Pomyślał, że może pomylił powitania, że po zmroku powinien użyć innego.

Afera na lotnisku skończyła się niezadowoleniem londyńskiego klienta, problemami w pracy, zainteresowaniem mediów i rozmową z adwokatem, który zaoferował swoją pomoc w wywalczeniu odszkodowania za naruszenie praw Muhameda.

Nie czuł, że ma jakieś prawa. Że jest gotowy do walki. Chciał tylko spokoju.

Chłodny, jesienny wiatr przywitał go od razu, gdy wyszedł z klatki schodowej. Postawił kołnierz kurtki i ruszył przed siebie. Było już całkiem ciemno, a śmietnik znajdował się za budynkiem.

Na rogu stała osiedlowa młodzież, która jak zwykle nie miała nic do roboty. Małgosia nazywała ich „dresiarzami” i kazała mu ich unikać. Starał się, ale tym razem za późno ich zauważył, przez co nie miał dużego pola manewru. Mógł co prawda cofnąć się i obejść blok z drugiej strony, ale uznał, że jeśli się odwróci, uznają to za ucieczkę. Przeszedł więc obok, starając się zachować jak największy dystans i wpatrując się w swoje buty. Nie szukał zaczepki.

– Zobaczcie, pasożyt lezie z workiem! Ciekawe, co tam ma! Może coś ukradł?

Kilku mężczyzn podeszło do niego. Jeden szturchnął go ramieniem.

– Ej, brudasie, patrz, gdzie leziesz!

– Nosz kurwa, nie jesteś u siebie!

– Tej, Michu, to terrorysta!

Ignorował zaczepki. Do śmietnika miał już tylko kilka kroków. Postanowił, że wróci inną drogą. Nie będzie znowu rzucał się im w oczy.

– Terrorysta do odstrzału! Na bank ma w tym worku bombę i zaraz rozpierdoli nam osiedle!

Silna dłoń złapała go za ramię. Prawie tak silna jak ta, która należała do wyprowadzającego go z samolotu antyterrorysty.

– Po chuj tu przyjechałeś, brudasie?!

– Zostawcie mnie – odezwał się i właśnie wtedy otrzymał pierwszy cios.

Najpierw zabolał go nos, a potem całe ciało. Kolejne uderzenia posypały się z różnych stron. Słyszał podekscytowane głosy.

– Wracaj do siebie!

– Powiedz swoim kumplom, że jeśli tu przyjadą, to ich zajebiemy!

– I pamiętaj, jeszcze raz tkniesz polską dziewczynę, a połamiemy ci ręce!

Zwinął się w pozycję embrionalną i starał się zakrywać głowę rękoma. Nie wszystkie słowa rozumiał, nie wszystkie był w stanie usłyszeć. Łapał jednak ogólny sens. Mowa nienawiści. Nie mógł jej nie zauważyć. Tracąc przytomność, pożałował, że jednak nie ma na sobie pasa szahida.

* *

Tak, nie powinna wychodzić prosto z wanny na dwór, zwłaszcza że termometr wskazywał tylko dziesięć stopni Celsjusza. Anka w myślach przyznała rację matce.

Zimno atakowało jej rozgrzane ciało. Wciskało się w niedopiętą kurtkę i przenikało do środka, szukając sobie wygodnego miejsca.

– Dobry wieczór, czy dostanę jeszcze jakieś pieczywo? – spytała z nadzieją, kiedy dotarła do celu swojej nierozsądnej podróży.

Czynny do północy osiedlowy sklep stanowił mekkę dla wszystkich zapominalskich, chociaż o tej godzinie przyciągał chyba więcej tych potrzebujących wysokich procentów.

– Niestety. – Ekspedientka pokręciła przecząco głową.

– A może jednak? Coś? Cokolwiek?

– Mam jeszcze jeden tostowy, ale jutro kończy się jego data ważności.

– Na bezrybiu i rak ryba – skwitowała i dodała: – Biorę!

W drodze powrotnej ze zdziwieniem odnotowała, że mimo niesprzyjającej aury grupa osiedlowych dresiarzy stoi przy bloku obok. Być może była już za stara na to, by zrozumieć fenomen rozmawiania ze znajomymi w środku nocy, na wietrze i w ciemności.

Na klatce schodowej panowały ciemności. Pomacała ścianę w poszukiwaniu włącznika światła, a kiedy go znalazła, poczuła się pewniej. To właśnie wtedy jej wzrok padł na skrzynki na listy.

Ta najwyżej położona, oznaczona numerem dziesiątym, wydawała się nie być pusta. Rzeczywiście dawno jej nie sprawdzała.

W środku leżała koperta zaadresowana na Kancelarię Prawną AR.

– Mecenas Anna Rogozińska – odczytała.

List nie wyglądał na przesyłkę reklamową. Koperta była szara, adres odbiorcy wypisany ręcznie starannym pismem. Z tyłu nie było adresu nadawcy.

– Kancelaria prawna? Co to za żarty?

Anka pokonywała schody, jednocześnie zajmując się otwarciem koperty. Jak zwykle w takich sytuacjach przedmiot martwy wykazał się niebywałą złośliwością. Najpierw okazał się tak mocno zaklejony, że nie mogła go otworzyć, a później, kiedy zdecydowała się go rozerwać, wypadł jej z rąk.

Znowu zgasło światło na klatce i Anka musiała po omacku odnaleźć włącznik. Tym razem nie poszło jej to tak sprawnie, jak na parterze. Tam lokalizację włącznika znała niemalże na pamięć. Na trzecim piętrze nigdy wcześniej nie orientowała się, który przycisk odpowiada za uruchomienie dzwonków do drzwi, a który rozpala żarówki.

Po chwili zastanowienia zrezygnowała. Wyciągnęła z kieszeni komórkę i uruchomiła latarkę. Cofnęła się do schodka, na którym upuściła list. Podniosła kopertę i rozsypane kartki, po czym pobiegła do domu.

Dopiero kiedy zamknęła za sobą drzwi, przyjrzała się zawartości przesyłki. Złożona kartka zapełniona była niebieskimi, równymi literami. Uwaga Anki skupiła się jednak nie na liście, ale na dołączonej do niego karcie do gry.

Nie była zwykła, jak w większości talii. Intrygowała i przerażała jednocześnie. Przedstawiała ludzki szkielet przyozdobiony różanym wiankiem. W oczy rzucały się przede wszystkim czerwone plamy, które wydawały się być śladami po kroplach krwi. Na dwóch rogach karty widniało czerwone serce oraz litera „Q”.

– Królowa Kier? – Anka zamarła.

Królowa Kier kojarzyła się jej tylko z jednym. Chcąc wykluczyć rodzące się w jej głowie podejrzenia, zerknęła na koniec listu. Szukała jakiegoś podpisu, czegoś, co pomoże jej ustalić, kto i dlaczego przesłał jej taką kartę.

– Zakład Karny. – Jej wzrok padł na ostatnie słowa listu: „Jeśli miałabyś ochotę do mnie napisać, to kieruj listy na adres Zakładu Karnego w Rawiczu”.

ROZDZIAŁ2

Droga Aniu,

Założę się, że jesteś już znudzona siedzeniem i nicnierobieniem. Być może siedzisz przy regale z książkami i zastanawiasz się nawet: na co komu książka bez obrazków i rozmów?

A może rozmyślasz nad pytaniem, czy radość, jaką sprawiłoby Ci zajęcie się kolejnym śledztwem, jest warta wysiłku, którego trzeba, żeby wstać z kanapy i ruszyć w miasto z naiwnym przeświadczeniem, że uda Ci się rozwiązać kolejną zagadkę?

A może robisz coś zupełnie innego, nawet nie dlatego, że chcesz, ale raczej dlatego, że nie wypadało Ci odmówić?

Dlatego właśnie piszę i przesyłam Ci kartę. Żebyś nie musiała zastanawiać się, na co komu list bez obrazków.

Ostatnio wydarzyło się tyle złego. Zarówno w Twoim, jak i w moim życiu.

Mam ogromny zamęt w głowie.

Słyszałem, że walczysz o siebie. Że ktoś chciał zrobić Ci krzywdę. Martwi mnie to.

Chciałbym spojrzeć przed siebie i powiedzieć Ci… Ale chyba nie jestem sobą, więc nie wiem, gdzie spojrzeć.

Wybacz.

Nie wszystko jest takie, jak się wydaje, dlatego zdecydowałem się napisać do Ciebie. Jesteś moją ostatnią szansą.

Możesz mnie nie lubić. Możesz mi nie ufać. Możesz mi nie wierzyć.

Wiesz, jaki jestem, ale nigdy nie zrobiłbym Ci krzywdy. Wtedy… pragnąłem jedynie sprawiedliwości.

Tygodnie spędzone za kratami dały mi do myślenia.

Jeśli ten list do Ciebie dotrze… Jeśli go przeczytasz – odezwij się do mnie.

No chyba że się mnie boisz.

Chciałbym przy Twojej pomocy naprawić część swoich błędów. Zabiłem kilka osób, ale może uda nam się wspólnie uratować kilka innych istnień?

Zapraszam na partię krokieta u Królowej Kier.

Ściskam.

Na zawsze Twój,

Kapelusznik.

* *

– Udawanie, że ludzie z natury nie są agresywni, jest chore.

Siedział zatopiony w ciemności. Nikt na niego nie patrzył, nikt się nim nie interesował.

Czerń otulała go szczelnie z każdej strony. Mimo świadomości, że otaczają go ludzie, czuł się bezpieczny. Nie widział ich. Nie słyszał.

Mógł uważać się za jedynego człowieka zagubionego w kosmicznej pustce.

– Milion lat walk o partnerki i terytorium sprawiło, że w każdym z nas istnieje mniej lub bardziej ukryty instynkt zabójcy. U mężczyzn decyzja o zabijaniu wyzwala testosteron. To on obniża próg, który pobudzenie musi przekroczyć…

Pobudzenie towarzyszyło mu od zawsze. Dlatego nie lubił ludzkich spojrzeń. Nie chciał ich skupiać. Nie chciał myśleć o tym, że ktoś zauważy jego odmienność.

– Można z całą pewnością stwierdzić, że morderstwo jest efektem dynamicznej wymiany między napastnikiem a ofiarą. Celem ofiary jest obrona. Celem sprawcy: zachowanie twarzy i zademonstrowanie siły charakteru – słowa płynęły z głośników, szczelnie wypełniając salę.

Jedyne źródło światła stanowiły stojące przy scenie reflektory. Oświetlały fotele, na których siedzieli zaproszeni goście Poznańskiego Festiwalu Kryminału Granda. Jakiś pisarz kryminałów, psycholog policyjny i jeszcze ktoś – nie kojarzył nazwiska. Uważnie przysłuchiwał się dyskusji i teraz, mniej więcej w połowie jej trwania, mógłby stwierdzić, że trzeci mężczyzna jest chyba z łapanki. Ewidentnie nie miał nic do powiedzenia.

– Wspomniał pan o frustracji. Czy ona zawsze prowadzi do agresji? – Prowadzący zadał pytanie psychologowi.

Mężczyzna przez chwilę wiercił się na fotelu, kilka razy sapnął do mikrofonu, jakby czekał na pytanie dodatkowe.

On też czekał. Przez całe swoje życie na coś czekał. Na lepszy moment. Chwilę, w której będzie mógł się sprawdzić. Kilkanaście sekund, w ciągu których będzie mógł pokazać, jaki jest świetny.

* *

– Obciąć jej głowę!

Kwestia wypowiadana przez Królową Kier, postać z „Alicji w Krainie Czarów”, towarzyszyła Annie podczas marszu w kierunku biura Grabowskiego. Kiedy dyrektor wezwał ją do siebie, poczuła się bardzo niepewnie. Siedząca przy oknie Joanna Semczuk, dziennikarka zatrudniona podczas choroby Anki, uśmiechała się tryumfująco. Reszta zespołu udawała, że jest zajęta swoją pracą. Każdy wpatrywał się w ekran komputera, ewentualnie w notatki trzymane przed nosem.

Jedynie Artur wracający właśnie z pomieszczenia socjalnego z parującym kubkiem mrugnął do Anki, jakby chciał dodać jej otuchy. Najchętniej zatrzymałaby się i do niego przytuliła, a przynajmniej odebrała ojcowskie poklepanie po plecach. Niestety nie mogła sobie pozwolić na okazywanie słabości w pracy.

Teoretycznie po wczorajszym spotkaniu z Robertem wiedziała, że podczas wizyty w biurze Grabowskiego może spodziewać się propozycji nie do odrzucenia. Nie domyślała się jednak jakiej.

Kształtne usta Roberta pozostawały nieruchome, kiedy dopytywała o to, na czym propozycja ma polegać, kto ją wymyślił, i dlaczego on – jej były kochanek – uznał, że powinien Ankę uprzedzić. Robert milczał, a ona podziękowała uprzejmie, pożegnała się i wyszła z restauracji. Potrzebowała tego beznadziejnego, jesiennego wiatru, by ochłonąć. Wszystko szło nie tak. Nie tylko praca, ale i związki z ludźmi. Nawet rozmowa z Robertem, którą zawsze się delektowała, przypominała bieg po polu minowym.

– Niech pani zajmie miejsce. – Kiedy stanęła w drzwiach, Grabowski wskazał jej krzesło, tak jakby miała jakiś większy wybór.

Przy biurku stały aż dwa. Usiadła na jednym z nich. Dokładniej rzecz ujmując, na tym drugim, niewskazanym przez dyrektora. Musiała to zrobić, żeby przygotować się do tego, co miało za chwilę nastąpić. Chciała odreagować. Trochę na zapas.

– Z centrali przyszła propozycja dla pani.

– Propozycja? Dla mnie? – Udała zdziwienie i skupiła się na dziurkaczu leżącym na biurku.

– Tak. – Odpowiedział jej uśmiechem tak cynicznym, że postanowiła nie poddać się bez walki.

– To miło, kiedy firma, której oddało się całe swoje dorosłe życie, docenia pracowników i ich zaangażowanie. – Anna wybrała strategię mającą – przynajmniej w jej mniemaniu – maksymalnie utrudnić dyrektorowi realizację jego planu.

Grabowski się skrzywił. Oparł się o biurko przedramionami, złożył ręce jak do modlitwy i wyrecytował:

– Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że po powrocie ze szpitala ma pani problem. I że jedynym sposobem na wyeliminowanie pani… – powiedział, po czym wziął wdech i spojrzał ku górze, jakby szukał odpowiedniego słowa – pani zbyt emocjonalnego podejścia do tematów społecznych będzie powierzenie pani pewnego wyzwania.

Przez chwilę przyglądała mu się z nadzieją, że znajdzie w nim coś, co nie zostało wcześniej zaplanowane.

– Wyzwania?

– Oczywiście zrozumiem, jeśli go pani nie podejmie.

– Jakiego wyzwania?

– Proszę mi wybaczyć, być może użyłem złego słowa. To zadanie. Mające oczywiście na uwadze dobro zarówno pani, jak i naszej stacji. Primo TV nie może pozwolić sobie na marnowanie zasobów ludzkich.

– Tak, tak. Czy będzie mi dane poznać konkrety?

– To zrozumiałe – cedził słowa – że po tym, co panią spotkało, stała się pani jeszcze bardziej wrażliwa na wszelkie zło. Celowo mówię: „bardziej wrażliwa”, a nie „przewrażliwiona”, bo nie chcę, żeby czuła się pani niekomfortowo.

Współpracowali od lat, przeszli przez wiele trudnych tematów i konfliktów. Grabowski dobrze wiedział, jak się zachowywać, by czuła się niekomfortowo. Wiedział i dokładnie to robił. Przedłużał, przeciągał i odwlekał moment, na który czekała.

Bezczelnie spoglądał jej w oczy, jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze wytrzyma, a później skupiał się na dziurkowaniu kartki. Wkładał ją do dziurkacza, a następnie z dużą siłą naciskał przyrząd. Towarzyszący tej czynności odgłos utrudniał jej skupienie.

– Przewrażliwienie dziennikarki kłóci się jednak z założeniami stacji. Pani Anno, wszyscy są rozczarowani pani postawą!

– Rozumiem, dziękuję za zwrócenie uwagi. Oczywiście zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby poprawić swój poziom, jak to pan nazwał, wrażliwości.

– Przykro mi. Cały zarząd głosował za tym, żeby pani się pozbyć. Zdecydowaliśmy się na współpracę z inną osobą. Zmieniła się pani i nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. Oczywiście, broniłem pani jak lew, przecież jest pani częścią mojego zespołu, ale reszta…

– Przejdźmy do meritum. – Postanowiła przyspieszyć rozmowę.

Dziwnym trafem Grabowski mówił to samo, co Zieliński wczoraj: wszyscy byli przeciw, a ja stanąłem w obronie. Nie wiedziała już, komu powinna wierzyć. Założenie, z którym wchodziła do gabinetu dyrektora, legło w gruzach.

Z trudem zachowywała pozory spokoju. Była o włos od utraty panowania nad sobą. Miała ochotę wstać, wykrzyczeć swoją frustrację i trzasnąć drzwiami. Powstrzymywała ją jednak myśl, że Grabowski zapewne tylko na to czekał.

– O, właśnie o to mi chodzi. Kiedyś była pani gotowa na to, by przyjąć słowa konstruktywnej krytyki, dziś widzę tylko zniecierpliwienie i negatywne nastawienie.

Dyrektor kontynuował przydługi wywód, a Anka starała się skupić myśli na czymś bardziej przyjemnym.

Robert Zieliński. Gdyby się z nim nie spotkała wczoraj, gdyby nie miała świadomości, że sformułowana przez zarząd propozycja jest jedynym kołem ratunkowym, dałaby upust swoim emocjom. Dzięki rozmowie z nim wiedziała jednak, że jest na cenzurowanym, a każdy jej gwałtowny ruch może zostać wykorzystany jako pretekst do zwolnienia.

– Sprawa ma się tak… Ruszamy z programem dotyczącym pogotowia ratunkowego. Zdecydowaliśmy się powierzyć pani rolę prowadzącej.

– Prowadzącej? – Ankę zamurowało. – Nie bardzo rozumiem. Kolejne docusoap? Czy jest na to jeszcze zapotrzebowanie?

– Nie, nie. To będzie coś zupełnie innego. Jest duża konkurencja między telenowelami dokumentalnymi. My uderzymy w zupełnie inny segment rynku. Nie będziemy udawali, że pokazujemy coś prawdziwego. Nie będziemy kręcili w hali. My po prostu pokażemy prawdziwe życie.

– Życie?

– Tak.

– Ale co miałabym robić?

– Jak to co? Być. Może pani potraktować ten projekt jako reportaż wcieleniowy.

– Wcieleniowy? – powtórzyła ostatnie słowo łamiącym się głosem.

Było gorzej, niż mogła się spodziewać.

– Popracuje pani w pogotowiu ratunkowym.

– Słucham?

Grabowski wstał zza biurka i zaczął maszerować jak lew, od ściany do ściany.

– Na kilka tygodni stanie się pani ratownikiem medycznym. Będzie pani pracować z ratownikami, pojeździ w karetce, napatrzy się na ludzkie dramaty, na śmierć i życie w niedostatku. Oczywiście każdy krok będą śledzić kamery. Najlepsze fragmenty z interwencji zmontujemy w dramatyczny i dynamiczny materiał. Widzowie dostaną program, od którego nie będą mogli się oderwać. Nam skoczą słupki oglądalności, a dochody z reklam… co będę mówić, sama pani wie.

– A co ja będę z tego miała?

– Pani Anno, wszyscy, cały zarząd i ja, mamy nadzieję, że odzyska pani dystans. Do siebie i świata. I że wykaże pani swoje zaangażowanie. Dzięki temu będziemy mogli kontynuować naszą współpracę.

Ludzkie dramaty, strzykawki, ręce zabezpieczone lateksowymi rękawiczkami, chorzy ludzie – przez ostatnie miesiące Anka miała tego w nadmiarze. Najpierw na żywo, w szpitalu, później po cichu, w swojej głowie. Nie musiała jeździć po Poznaniu i oglądać tego z bliska.

* *

Błażej Puchalski jak co dzień maszerował do pracy. Niby mieszkał blisko salonu fryzjerskiego, w którym udało mu się zaczepić, ale jednak na tyle daleko, żeby dotarcie do niego zajmowało mu bite piętnaście minut.

Nie lubił chodzić pieszo, dlatego każdego dnia zastanawiał się, czy jednak nie powinien zrezygnować ze spacerów i nie przerzucić się na jakiś środek lokomocji. Samochód odpadał, bo swojego się jeszcze nie dorobił.

Poza tym mieszkał naprzeciwko Wielkopolskiego Centrum Onkologii, a ulica Garbary, przy której stał jego blok, była jednokierunkowa. Odnosił wrażenie, że ta jednokierunkowość była złośliwym uśmiechem losu. Wiatr zawsze wiał mu w oczy, najgorsze przydarzało się właśnie jemu, a samochody jadące Garbarami zawsze zmierzały w przeciwną stronę niż on.

Pracował na Chwaliszewie, więc kiedy maszerował w górę Garbar i przyglądał się mijającym go autom, w głowie tłukła mu się myśl, że idzie pod prąd. A kiedy wracał z roboty i z ulicy Chwaliszewo skręcał w Wielką a potem w Garbary, czuł się, jakby tonął. Wielki strumień próbował go zabrać ze sobą, a on nigdy nie miał ochoty na powrót do czterech ścian. Łapał się więc wszystkiego, co mógł, skręcał w Woźną i w Wodną, i w Groblę, i właściwie w każdy zaułek. Szukał pretekstów, by zatrzymać się gdzieś po drodze i z mniej lub bardziej nieznajomymi ludźmi wypić piwo lub dwa.

Dzisiaj już podczas drogi do pracy chętnie poszukałby odpowiedniego kompana. Hałas Garbar zaczął go irytować, skręcił więc w prawo w Groblę, a później w lewo w Mostową.

Mostową tolerował tylko na odcinku od Grobli do Chwaliszewa. Otwierała się tu przestrzeń, pojawiały się jakieś drzewa i większy kawałek nieba. Wcześniejszy jej fragment wywoływał u Błażeja najgorsze skojarzenia.

Trasa maratonu. Wysoki szpaler publiczności. Wszyscy patrzą na niego z poirytowaniem. Mają szare twarze. Skamieniałe, ale wyrażające najgorsze uczucia. A on biegnie. Nie, raczej już tylko idzie. Nie ma siły biec. A oni stoją. Jeden przy drugim. I czekają, aż się przewróci. Aż będą mogli z niego szydzić i obrzucić go kamieniami.

Obejrzał się za siebie. Wysokie i mocno zniszczone kamienice tworzyły odpychający szpaler przy Mostowej. Znał je od dziecka, jednak z upływem lat coraz mocniej działały na jego wyobraźnię.

– Prosimy wszystkich o pozostanie na miejscach.

Głos płynący z głośników odgonił czarne myśli. Błażej rozejrzał się dookoła. Był już na wysokości Nowej Gazowni, przy której ewidentnie coś się działo. Policyjna suka podjechała na sygnale, ale tłum ludzi zasłaniał to, co mogło być najciekawsze.

Nie mógł nie podejść bliżej. Minął policyjne taśmy i niebiesko-czerwony plakat z wielkim napisem: „Granda”.

– Prosimy państwa o spokój. Niebawem policyjny śledczy przepytają świadków zabójstwa. Prosimy o pozostanie na miejscach.

Prośba tylko ułatwiła Błażejowi przepchnięcie się do przodu. Przy okrągłym budynku stały leżaki, a na jednym z nich leżał mężczyzna. Na głowie miał sporych rozmiarów ranę. Policyjni technicy kręcili się przy zwłokach, rozstawiali tabliczki z numerami i wymieniali spostrzeżenia, ale Błażejowi coś nie pasowało.