To ja, Aleks. Miłość nigdy nie wybacza. Tom 2 - Aleksandra Giersch-Amundsen - ebook

To ja, Aleks. Miłość nigdy nie wybacza. Tom 2 ebook

Aleksandra Giersch-Amundsen

0,0

Opis

Dla Aleks rozwód rodziców był jednocześnie jej rozwodem. Bohaterka w niczym nie przypomina łagodnych, naiwnych dziewczątek. Od początku widzimy jej zdecydowany charakter i kształtującą się, ale już wyraźną osobowość, niełatwą, ale wyjątkowo silną. Jest również kruchą, wciąż dziecinną osobą, pogubioną w nadmiarze uczuć i nienazwanych emocji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Aleksandra Giersch-Amundsen

To ja, Aleks

Miłość nigdy nie wybacza. Tom 2

KorektorKatarzyna Szewioła-Nagel

Projektant okładkiMateusz Suda

© Aleksandra Giersch-Amundsen, 2020

© Mateusz Suda, projekt okładki, 2020

Dla Aleks rozwód rodziców był jednocześnie jej rozwodem. Bohaterka w niczym nie przypomina łagodnych, naiwnych dziewczątek. Od początku widzimy jej zdecydowany charakter i kształtującą się, ale już wyraźną osobowość, niełatwą, ale wyjątkowo silną. Jest również kruchą, wciąż dziecinną osobą, pogubioną w nadmiarze uczuć i nienazwanych emocji.

ISBN 978-83-8221-660-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Leniwe truskawki

Nie posiadała wspomnienia, w którym by się rozbierała, a właśnie teraz leżała w samej bieliźnie starannie okryta kołdrą. Spojrzała na ubrania poskładane na krześle. Sięgnęła w ich stronę, a jej palce bezwiednie wyciągnęły telefon z kieszeni spodni. Jedenasta. Wczorajszy humor, ulotnił się. Zaspana, ale wypoczęta, podniosła się na łóżku rozglądając się po pokoju. Uderzyła piętami w bok łóżka. Ból zmusił ją do podkurczenia nóg i objęcia ciepłymi dłońmi swoich pięt. Położyła nogi delikatnie na podłogę szukając podparcia. Wstała za szybko. Straciła równowagę. Złapała za oparcie krzesła, omiatając wzrokiem pokój.

— Tata się postarał — pomyślała Aleks rozglądając się.

Nowe meble, nowa drewniana podłoga, nowe okna. Wszystko nowe. Nawet parę nowych książek. Była ciekawa, kto mu w tym pomagał. Na pewno sam tego nie wymyślił, gdyż każdy centymetr pomieszczenia był spełnieniem jej marzeń i wyglądał jak przeniesiony z designerskich katalogów dla zamożnych ludzi.

— Pewnie Nastka — wymamrotała pod nosem. — Ona ma dużo czasu i dobry smak — zwróciła się do brata, który przyjął słowa z pełną aprobatą machając ogonem.

Nie zdziwiłoby jej to zbytnio, bowiem babcia zanim przeszła na emeryturę była wziętym architektem i uwielbiała łączyć nowoczesność z tradycją. Lekkie, białe meble, zwiewne firany, granatowy dywan z gwiazdozbiorem smoka, to wszystko robiło na niej niemałe wrażenie. Ale największe wywarła na niej wnęka przy oknie. Wykończona białymi, lakierowanymi deskami do których przytwierdzono półki na książki i siedzisko również z białymi poduszkami, sprawiała wrażenie nierealnej fotografii z pisma typu: tego nie będziesz miała, tam nie będziesz, tych ludzi nie spotkasz. To miejsce znalazło już swoje zastosowanie. Ułoży je tam i ochroni je przed zębami Toma.

Usiadła niepewnie we wnęce. kilkakrotnie układając się, jakby szukając odpowiedniej pozycji. Parokrotnie poprawiła poduszkę pod plecami. Sięgnęła po pierwszą z brzegu książkę, podnosząc ją na wysokość nosa. Upajała się zapachem równym boskim nutom. Otworzyła ją i dalej z zamkniętymi oczami chłonęła zapach świeżego druku i niekalanego dotykiem człowieka papieru. Odsuwając ją od twarzy rozmyte litery złożyły się w jedno słowo „Pinokio”.

Chyba żarty się go trzymają. Ja to czytałam w trzeciej klasie — wybuchnęła gromkim śmiechem. Książka wróciła z trzaskiem na swoje miejsce. Spojrzała na przeciwległą stronę pokoju. Ło — wyrwało się jej z jej gardła na widok najnowszego sprzętu grającego ustawionego na szafce.

Z zapartym tchem nacisnęła przycisk zasilania. Pokój wypełnił się muzyką. Pstryk, klik, klik postukała w czarne przyciski czerwonej wieży, dopasowując barwę dźwięku do swojego gustu.

W rogu koło wnęki przykuł jej uwagę swoją czerwienią inny przedmiot. Oooo — wydała z siebie radośnie. — Nawet trendy lampkę mam!

Usiadła ponownie na poduszkach podkurczając nogi. Przysunęła do siebie teleskopową lampę i przez dłuższą chwilę bawiła się jej włącznikiem w rytm sączącej się muzyki. Pstryk, klik, pstryk, klik. Gdy się jej znudziło wyjrzała przez okno dostrzegając za ogrodzeniem kobietę o paniusiowatym wyglądzie, kierującej w jej stronę nieme słowa i gestykulującą złowrogo. Zza zamkniętego okna Al nie słyszała co mogła mówić, lecz gesty nie pozostawiały żadnych złudzeń. Omiotła ogród spojrzeniem. Nie zobaczyła nic, co mogłoby wprawić panią w zły nastrój. Tom grzecznie siedział pod kosztelą, hipnotycznie wpatrując się w jej koronę. Na drzewie chowały się zwierzęta, które mogły być kotami. Otworzyła okno wystawiając głowę na dwór.

— Tom — pies obrócił się na głos swojej pani. — Co robisz piesku?

Tom szczeknął raz i oparł się o pień starej jabłoni. Na najniższej gałęzi przycupnął gruby, czarno-biały kocur. Drugi zaś, o filigranowej budowie, wspiął się na sam szczyt, bujając się niepewnie prawie na czubku drzewa chowając się wśród liści. Gwizdnęła na psa przywołując go do siebie. Tom niechętnie odszedł od swoich nowych kolegów przerywając zabawę. Może i jej się poszczęści i w ciągu następnych dwóch tygodni znajdzie nowych znajomych. To tylko na czternaście dni, gdyż potem wyjadą do wymarzonej Gruzji. Resztę wakacji zaplanuje jej mama.

Tom podbiegł do okna balkonu, prosząc drapaniem o wpuszczenie. Dziewczynka po schodach zeszła na parter, ostrożnie trzymając się poręczy. W domu oprócz muzyki nie było słychać żadnych dźwięków. Nawet skrzypienia stopni pod jej stopami. Idealna cisza przetykana sekcją rytmiczną. Zatrzymała się w przedpokoju zaglądając do kuchni, a następnie do salonu szukając śladów życia. Nikogo nie było. Rozejrzała się po salonie. Był większy niż jej mieszkanie. Zgrabnie dopasowane meble i kompletnie niepasująca do stylu ludwikowska witrynka z dziesiątkami kufli w jej wnętrzu. Sięgnęła ręką by ją otworzyć, lecz drzwi balkonowa rozsunęły się i do domu wpadł Tom odstawiając dziki taniec radości. Nie widziałem cię pięć minut! Myślałem, że już nie wrócisz. Cieszę się, że jesteś. Kocham cię. Kocham. Hau — zdawał się wyszczekiwać pod nosem. Mordko, ty moja ty! — mówiła do brata drapiąc go gdzie tylko można.

Zasunęła drzwi mocując się z nimi trochę. Po chwili znalazła logikę zamknięcia. Sprytne. Klamka do góry docisnąć i zamknięte. Klamka na dół, potem do siebie i się odsuwają bez użycia siły. Dla pewności poćwiczyła jeszcze parokrotnie.

Kątem oka Al zauważyła ruch w ogrodzie. Tom zesztywniał i wystawił coś na podwórku, prostując swój spiczasty ogon jak szpadę. Aleks spojrzała na brata, a potem podążyła za jego wzrokiem. Po ich ogrodzie przechadzał się jeszcze jeden kot. I na dodatek strasznie paskudny. Łysy kocur z błyszczącą srebrną obrożą. Tom szczeknął groźnie, stojąc za zamkniętymi drzwiami. Kot nawet nie oglądał się, gdzie jest zagrożenie wdrapując się na jabłoń. Po ich ogrodzie… — pomyślała przepełniona dumą. Ale go nie zjesz? — zapytała się brata śmiejąc się serdecznie.

Tom przechylał głowę nadstawiając raz lewe, raz prawe ucho patrząc mądrymi oczami na swoją panią. Wskoczył z rozpędem na kanapę i ściągnął swojego kurczaka na ziemię. Przytrzymał go łapą zatapiając w nim zęby.

— Biedne kotangi — rzuciła w kierunku koszteli, która tego lata pięknie obrodziła kotami.

Tom podrapał szybę drzwi pokazując, że chce wyjść. Ty jednak posiedź w domu ze mną. Pójdziemy zaraz na spacer — słowami wzbudziła szczerą radość psa.

Wróciła do swojego pokoju chcąc dokończyć jego inspekcję. Usiadła przy biurku, obracając się na obrotowym krześle. Po każdym obrocie otwierała jedną z szuflad. Pusta, pusta i… następna też była pusta. Okręciła się jeszcze parę razy. Zatrzymała się, gdy w głowie jej lekko zaszumiało. Odczekała chwilę i usiadła na gwieździstym dywanie. Spod ściany przyciągnęła do siebie walizkę. Otworzyła zamek, następnie drzwi szafy i zaczęła układać swoje ubrania. Na półce nad biurkiem ustawiła w rzędzie swoje szopopy układając je w grupach zgodnie z ich rodzajem. Książki znalazły swoje miejsce na półkach pod wnęką. Pokój zaczął się nią wypełniać, tak jak dywan sierścią jej brata.

Gdy rozpakowała cały swój dobytek, schowała walizki na dole szafy. Wprawdzie na górnych półkach było jeszcze dużo miejsca. Były jakby specjalnie wielkością przygotowane do tego celu. Nikt jednak nie przewidział, że Aleks nie sięgnie do nich, nawet stojąc na krześle. Tom nie mógł pomóc. Miał cztery łapy i do tego wszystkie lewe. On mógł jedynie przeszkodzić, na przykład, jeśli wpadłoby mu do głowy złapać za kółko krzesła akurat w tym momencie, gdy Aleks stojąc na nim będzie miała walizkę nad głową. A czasami mu się zdarzało nabroić próbując pomóc swojej pani w swój pokrętny, kochany sposób. Tym razem wolała nie ryzykować.

Stanęła na środku pokoju obracając się wokół własnej osi, nie potrafiąc zatrzymać wzroku na żadnym punkcie. Na śnieżnobiałych połaciach nie było żadnego obrazka. Nie wisiało też żadne zdjęcie. Sterylnie jak w szpitalu. Za wezgłowiem łóżka stały antyramy ze standardowymi fotografiami. W gustownie wyposażonym pokoju czuła pustkę, jakby ktoś przeniósł do rzeczywistości zdjęcie z katalogu dla projektantów i na drzwiach umieścił napis — „nie używać”.

Gdy uporała się z rozpakowywaniem, wyruszyła na zwiedzanie domu. Rozpoczęła dziewiczą podróż odkrywcy stawiającym swoją stopę na nieznanym lądzie. W Aleksandrii znała tylko jeden dom. I to nie ten, w którym była obecnie. Nigdy nie poznała też mieszania, w którym ojciec mieszkał przez po rozwodzie. Teraz miał dom. W sumie domek, ale za to z garażem. Nawet dwoma. A co najważniejsze — z ogrodem. Zawsze chciała mieszkać w domu z ogrodem. Takim, o jakim ciągle mówił tata gdy przekonywał ją do budowy. A szczytem jej marzeń było wybudowanie domu w jej magicznym ogrodzie. Tam, gdzie było jego miejsce. Jej brat pewnie też o tym śnił. Rano mógłby wyjść sam do ogrodu i przegonić nieproszonych lokatorów. A potem, jak pańcia się wyśpi, to może pójść z nim na dłuższy spacer. Mimo całej miłości do swojego brata, zwłaszcza w weekend czuła uciążliwość opiekowania się nim. Tom nie respektował tego, że weekend między innymi służy do tego, aby się wyspać. Siódma godzina była dla niego porą, w której musiał obwąchać i przywitać świat. Wyjątkiem była zima. Bowiem wtedy wychodził tylko na chwilę za potrzebą i szybko uciekał do ciepłego mieszkania. Aleks wówczas nigdy nie protestowała. Zostawało jej więc więcej czasu przed szkołą i mogła w ubraniu wejść na chwilę do łózka. Czasami musiała stoczyć z nim wojnę, kiedy umorusany błotem stwierdzał, że też chce się ogrzać razem z nią. Jednak mając ogród, te problemy wydawały się być śmieszne. Musi namówić tatę, by zamontował drzwiczki dla psa, najlepiej w drzwiach do ogrodu. Wtedy to już będzie mogła spać do woli. Tylko, czy opłaci się zamontować drzwiczki na dwa tygodnie — przemknęło jej przez myśl.

Na piętrze świeżo wyremontowanego domu przewidziano dwie sypialnie ułożone obok siebie. Na przeciwległej urządzono toaletę oraz łazienkę. Na końcu korytarza znajdowało się trzecie pomieszczenie. Od niego zaczęła zwiedzanie. Otworzyła drzwi wkładając z ciekawością głowę do środka. Z widocznym na twarzy wyrazem rozczarowania zamknęła za sobą drzwi. Nic w nim nie było ciekawego, oprócz paru pudeł pozostałych po przeprowadzce, resztek przyborów malarskich i jej małego czerwonego trójkołowego rowerka. Stojąc na korytarzu zastanowiła chwilę, po co go trzyma, ale przykuła jej uwagę czerwona gitara stojąca w sypialni ojca, pomiędzy garderobą a szerokim łóżkiem. Gitara? Nie wiedziałam, że gra — powiedziała, przesuwając palce po strunach, jakby sprawdzała, czy jest nastrojona. Mógłby posłać łóżko — rzuciła skacząc po nim jednocześnie patrząc przez okno na dachy magazynów.

Znudziła się wygłupami, poprawiła pościel i ponownie szarpnęła za struny rozstrojonej gitary.

Weszła do białej, wykończonej drewnem łazienki. Przez otwarte okno zaglądał na chwilę wiaterek. Rozsiadła się wygodnie w wiklinowym fotelu rozglądając się po łazience. Wanna, toaleta, prysznic, umywalka i ten nieużyteczny pisuar.

Na strych nie wchodziła.

Tam mieszkają pająki, więc lepiej im nie przeszkadzać. Chyba że chce się zejść śmiercią bolesną, albo gwałtowną — pomyślała patrząc na otwór klapy odcinający się prostokątem od sufitu.

Zeszła z piętra, kierując swoje kroki do kuchni. Za nią poczłapał pies. Zatrzymała się przy drzwiach pod schodami. Złapała za klamkę próbując je otworzyć, lecz przeszkodził jej dzwonek do drzwi. Zawahała się nie wiedząc, czy może je otworzyć, czy też nie. Nie była w swoim domu. Podeszła ostrożnie do drzwi wejściowych.

— Kto tam? — zapytała nie otwierając.

— Listonosz — usłyszała stłumiony głos, tak ciepły jak dzień — polecony mam.

— Taty nie ma — podniosła głos prawie krzycząc.

— To otwórz. Wypiszę awizo — powiedział listonosz, tym razem beznamiętnym tonem.

Spojrzała przez wizjer. Za drzwiami stał sympatyczny pan w niebieskim uniformie, sprawnie żonglując kopertą, długopisem i kartką szukał czegoś w wielkiej, skórzanej torbie. Otworzyła drzwi chowając się za skrzydłem.

— Dzień dobry. Widzę, że dom znalazł nowych mieszkańców — zaczął rozmowę trzymając w ręku listy.

— Jestem tutaj pierwszy dzień.

— Wiem. Ja wszystko wiem i wszystko widzę. Poprzednicy wyjechali.

— Wie pan wszystko?

— Tak!

— Dwa razy dwa.

— Cztery.

— Za dokładnie.

— A teraz.

— Coś szumi. Zna pan ten skecz?

— Tak. I tutaj się też podpisz.

— Wie pan, że jest pan pierwszą osobą, którą tutaj poznałam? — wyznała otwierając drzwi na całą szerokość

— Ła. Śliczna dziewczynka, a do tego taka dowcipna — uśmiechnął się szeroko.

— Dopiero co przyjechałam. Wczoraj — dodała, chcąc być precyzyjna.

— To miasto potrzebuje takich ludzi jak ty.

— Ale ja tutaj tylko przyjechałam na wakacje — zdziwiła się.

— Ja kiedyś też. I nie mogę stąd wyjechać — oparł się o futrynę.

— A co, ścigają pana w innym mieście? — uśmiechając się wyszczerzyła równe, białe zęby.

— Nie mam całego dnia niestety — wyprostował się i przybrał służbowy ton i podsunął jej do podpisu listę awizacji. — Podpisz tutaj i tutaj. Czytelnie.

Tom widząc zagrożenie pokazał zęby i zawarczał groźnie.

— Czemu on warczy na mnie? — listonosz odsunął się na krok.

— On mówi, nie dotykaj mnie, jam jest ogniem, jam jest twoją smoczą śmiercią — wyrecytowała zdanie, które wszystkich zawsze rozśmieszało.

— Ha. Ha. Ha — zaśmiał się beznamiętnie. — Lepiej zabierz go ode mnie. Psy nie lubią listonoszy. I ze wzajemnością — dodał rzucając psu nienawistne spojrzenie.

Al złapała psa za obroże i przy jego lekkim oporze wyprowadziła go do przedpokoju.

— Siad! Czekaj! — wydała komendy.

Odebrała listy i odmachała listonoszowi na pożegnanie.

W drzwiach garażu pojawił się umorusany Agaton zwabiony trzaskiem furtki.

— O wstało moje maleństwo — powiedział usuwając szmatką smar z rąk.

— O wstało!

— Jadło?

— Nie jadło.

— A chce?

— Chce.

— Masz pieniądze — wygrzebał banknot z kieszeni. — Na dole — wskazał kierunek — jest sklep. Kup co potrzeba — wydał polecenie. — Potem pojedziemy na zakupy.

— Mama nie pozwala mi samej chodzić do sklepu — nie przyjęła pieniędzy patrząc się zdziwiona.

— Widzisz tutaj mamę?

— Nie.

— Dla mnie kup rogaliki i śmietankę do kawy.

— To za mało.

— Za mało?

— Muszę jedzenie kupić dla psa.

Wyciągnął jeszcze jeden banknot.

— Tylko kup mu coś na śniadanie, a nie na cały rok — uśmiechnął się. Weź telefon. W razie czego dzwoń.

— A ty co robisz?

— Potem ci pokażę — powiedział uciekając w ciemność.

— Listonosz był. Zostawił awizo.

— Trzeba było mnie zawołać.

— Nie wiedziałam, że jesteś w domu.

— Byłem… Jestem w garażu. Przecież cię nie zostawię samą — głos załamał się przerwany głośnym sapnięciem.

— Gdzie ten sklep? — rzuciła wychylając się maksymalnie ponad poręczą schodów próbując zajrzeć do wnętrza garażu.

— Na dole — wyszedł ponownie z ciemnego wnętrza. — Tam — wskazał ponownie kierunek jakby oganiał się od much. — Psa zostaw. Dobrze się bawi z kotami. W końcu ktoś pogoni te szkodniki.

Otworzyła furtkę pozwalając, by sprężyna zamknęła ją z głośnym trzaskiem. Gdy uderzyła o słupki ściągnęła ramiona zaciskając usta. Spojrzała w kierunku garażu, lecz nikt z niego nie wyszedł. Ruszyła żwawym krokiem kierując się w dół drogi. Po lewej stronie fabryka, po prawej blok. Dalej parking i następne zabudowania fabryki. Gdy minęła park zatrzymała się przed przejściem dla pieszych. Samochody usłużnie zwolniły. Gestem wskazała, że powinny jechać dalej i wycofała się parę kroków zatrzymując się przy kiosku.

— Tata? — zapytała, gdy nawiązała połączenie.

— Zgubiłaś się? — przywitał ją pytaniem odbierając telefon.

— Nie. Tu są po prostu dwa sklepy. Do którego mam iść?

— Do „Zosi”.

— Okey. To ja idę iść ci po zakupy.

— Szeła zatem i jak doszeła to pozdrów…

— Nie nabijaj się ze mnie. To nie jest zabawne.

— Luzik, Lisku — rozłączył się.

Auta zatrzymały się ponownie czekając aż łaskawie przejdzie. Podziękowała skinieniem głowy i przeszła bezpiecznie na drugą stronę. Pokonała jednym susem parę schodów. Otwierając drzwi odezwał się dzwonek jak w sklepie na dzikim zachodzie. Pomyszkowała pomiędzy regałami wybierając dokładnie produkty na śniadanie.

— Psze pani — zaczepiła sprzedawczynię, gdy stanęła przed trudnym wyborem.

— Tak? — podeszła do niej pani w białym fartuchu.

— Potrzebuję śmietanki do kawy.

— Za tobą dziecko — wskazała na półkę z produktami mlecznymi i zajęła się innym klientem, którego musiała bardzo dobrze znać obgadując niejaką Krystynę.

— A która jest dobra? — oderwała sprzedawczynię od rozmowy

— W słoiczku, w plastiku, mała, duża… — zaczęła wymieniać.

Al przerwała jej gestem prosząc o moment do zastanowienia się.

— Tataś?

— Zgubiłaś się? — przywitał ją ponownie pytaniem odbierając telefon.

— Nie. Czemu pytasz się czy się zgubiłam?

— Bo jesteś tutaj jakby pierwszy raz — stwierdzenie brzmiało jak pytanie.

— Tutaj nie można się zgubić. Nawet auta przepuszczają pieszych.

— Fakt. Troszkę większa wioska. Co jest?

— Tu jest z pięć rodzajów śmietanek. Jaką kupić?

— Do kawy? — znów stwierdził, albo zapytał.

— Pani mówi: w słoiczku, w plastiku, mała, duża… A może ona sama powie.

Przekazała słuchawkę wysokiej brunetce o mocno wymalowanych oczach. Pani przez dłuższą chwilę wymieniała rodzaje śmietanki przesuwając palcem po pudełkach ułożonych na regale, by przypadkiem którejś nie pominąć.

— Nie macie innych? — zapytał, gdy skończyła.

— Nie. To jaką śmietankę podać? — jej głos wskazywał na zniecierpliwienie.

— Tą co zwykle. Do kawy.

— Agaton?

— Tak, Zosia.

— To twoja córka? — pani Zosia wyraźnie ożywiona odeszła dwa kroki od dziewczynki zabierając ze sobą jej telefon, jakby szukała prywatności.

— Tak, a zaskoczona?

— Nie. Ty zawsze mnie zadziwiasz… — zaczęła kokietować mężczyznę przez telefon.

Aleks wyrwała jej telefon z ręki kończąc połączenie.

— Słyszała pani. Śmietankę do kawy! Proszę.

— Cały Agaton! — sprzedawczyni razem z klientką wybuchnęły śmiechem. — Weź tę. To wszystko?

Aleks kompletnie nie zrozumiała co było śmiesznego w tej sytuacji. Naburmuszona podała pieniądze i szybko spakowała produkty do torby.

Poczucie czasu jest względne. Gdy się już raz pozna drogę, to powrót jest szybszy. Gdy wpadła do kuchni z zakupami, tato zaczytany w gazecie siedział na wysokim krześle nad świeżo zaparzoną filiżanką kawy. Stary kombinezon zamienił na czarny garnitur i białą krótką koszulę z włoskim kołnierzem.

— O! Śmietanka przyszła — zrobił przytyk do bladej cery swojej córki. — Moja crème de la crème.

Podała pojemniczek obserwując jego reakcję.

— Coś nie tak? — podniósł głowę.

— Dlaczego jest tyle różnych śmietanek do kawy?

— Bo jest.

— A czemu?

— Bo tak.

— To nie jest odpowiedź — rzekła trochę zezłoszczona, że ją zbywa.

— Lepiej pokaż co kupiłaś dla siebie.

Wyciągnęła na stół płatki czekoladowe i mleko. Bardzo ostatnio za nimi tęskniła. Tak jak i za tym batonikiem, którego zjadła po drodze.

Nasypała karmę Tomowi i uzupełniła wodę. Usiadła z przy stole szukając podparcia na nogi. Zerknęła pod siedzisko i usiadła wygodnie. Do miski wlała mleko, a następnie wsypała płatki.

— Ja to robię inaczej — powiedział Agaton, zawzięcie mieszając cukier w filiżance.

— Przepraszam — na wszelki wypadek przeprosiła. — Coś źle zrobiłam?

— Nie dlaczego? Ja po prostu wsypuję najpierw płatki, a potem zalewam mlekiem.

Al odprężyła się. Wpakowała łyżkę do buzi i z błoga miną rozglądnęła się po pomieszczeniu.

— Bardzo tu ładnie. Sam to robiłeś?

— Oczywiście — potwierdził szczerząc kły tato. — Ale szczerze?

— Szczerze.

— Naczelna emerytowana architektka.

— Wiedziałam!

— Nie potrafiłem odmówić — zaczął się usprawiedliwiać. — Odkąd przeszła na emeryturę ma za dużo czasu. A ja go mam ciągle za mało.

— To idź na emeryturę.

— O nie! — stanowczo zaoponował. Najpierw mi wnuki urodzisz.

Zakrztusiła się płatkami a mleko wylało się z buzi spływając po brodzie.

— Tato! — wykrzyknęła, gdy udało się jej przełknąć.

— Co?!

— Nie żartuj tak!

— Jak?

— To nie jest zabawne.

— To poważnie teraz — zmienił ton głosu. — Ja muszę na cztery godzinki wskoczyć do pracy. Potem siadamy i planujemy wakacje. Okey?

— Nigdy nie zostawałam sama. Jak mamy nie było, to ciocia była.

— Zawsze musi być ten pierwszy raz.

— Okey — odpowiedziała z pełnymi ustami uznając jego argument za słuszny.

— Widziałaś dom?

— Tak.

— Nigdzie nie wychodź. Jutro dorobię ci klucze.

Ponownie prawie się zadławiła.

— Klucze? Dla mnie?

— Tak. A dla kogo?

— Masz tylko jedną parę?

— Nie. Trzy. Dwa klucze oddałem.

— Komu?

— Komu, komu. Wszystko musisz wiedzieć.

— Jestem twoją córką.

— Z grzeczności nie zaprzeczę.

— Tataś!

Wstał, dopił ostatni łyk kawy i poprawił krawat.

— To nara!

— To ty znasz takie słowa? — zatrzymała go w pół kroku.

— Właśnie. Skąd je znam? — Zastanowił się. Jak będziesz się nudzić, to na dwudziestym trzecim kanale są kreskówki.

Nudzić? Ona nudzić? Rano widziała hamak w ogrodzie. Miała już plany na dzisiejszy dzień.

Do czwartej czekała na tatę czytając książki pod kosztelą. Potem zasnęła ukojona cieniem drzewa nie odnotowawszy jego spóźnienia.

Odłożył kosz z truskawkami i rozbujał lekko hamak. Al otworzyła oczy mrużąc je przed słońcem.

— Nie śpij bo cię ukradną.

Agaton z ulgą ściągnął marynarkę i krawat. Zawiesił je na oparciu leżaka i usiadł przy córce, delikatnie bujając hamak.

— Jak ty możesz w tym chodzić, w taki upał — było to raczej stwierdzenie niż pytanie..

— Taka praca — westchnął ciężko. — Co robiłaś?

Podniosła książkę i pokazała na okładkę.

— „Pinokio”? Myślałem, że już jesteś na to za mała. To znaczy za duża.

— To nie ty kupiłeś?

— Nie. Babcia. Wiesz jaka ona jest. Zawsze będziesz dla niej małą dziewczynką.

— Tak chyba mnie widzą wszyscy.

— Ja nie.

— Przestań. Miś, za mała koszulka — zaczęła wyliczać. — Brakowało tylko malowanek. No błagam cię!

— Okay, okay. Moja wina — powiedział zaskoczony wybuchem. — Poprawię się

— Okay, okay. Zobaczymy — papugowała ojca. — To jaki plan?

— Na dziś? Zrobię obiad — spojrzał na zegarek i poprawił swoją wypowiedź. — Kolację.

— Nie. Na wakacje!

— Zgodnie z planem. Dwa tygodnie tutaj, a potem jedziemy za granicę. Trzeba odpocząć od Polandii.

— Norwegia? — zapytała z entuzjazmem.

— Zgodnie z planem. Musimy poszukać biletów. Zgodę na wyjazd już mam.

— Jupi. Zobaczymy czarne delfiny i zjemy kachapuri!

— Pomyliłaś kraje. To Gruzja — uśmiechnął się.

— A ja myślałem cały czas, że jedziemy do Gruzji.

— Tam też jest morze i góry. I czeka tam na ciebie fajna niespodzianka.

— Czyli?

— Jak ci powiem, to nie będzie niespodzianka.

Zamknął na zamek usta. Córka skinęła głową na potwierdzenie.

— A tutaj co będziemy robić?

— Ja pracuję. Zajmie się tobą moja mama.

Zwiesiła nos na kwintę. Widziała dokładnie, że tak będzie.

— Ale będę po pracy i w weekendy. Musimy zaplanować szczegóły do końca tego tygodnia. Bilety jeszcze są. Nie wiem jak długo będą w normalnej cenie.

Rozpiął koszulę. Było kilkanaście minut po siódmej, a żar dalej lał się z nieba.

— Babcia przyjdzie po dwunastej. Narysuj jej coś. Ucieszy się. Dla mnie też. Nie mam żadnych obrazów obrazów. Jeszcze.

— Mam tylko kredki.

— Może być. Jutro wskoczymy na zakupy to wybierzesz co chcesz.

— Olejne? — zapytała przymilnie.

— Olejne.

— I podkłady i sztalugę?

— Co tam będzie ci potrzebne.

— Wspaniale! — ucieszyła się skacząc z radości. — Słyszysz Tom! Będę cię malowała na płótnie.

Pies ignorował ją zupełnie. Schowany w cieniu leżaka — dogorywał.

Ojciec zniknął w chłodzie domu. Wrócił w krótkich spodenkach, niosąc parującą michę klusek z truskawkami. Tom obrócił się leniwie na bok, głęboko wciągając zapachy z powietrza. Trudno ocenić, kto szybciej dotarł do stołu: brat czy siostra.

Czerwony jak czereśnia

Jej plan na wakacje wypełniał się tak, jak sobie go ustaliła. Nadrzędnym celem było nicnierobienie. Będzie szła spać, gdy tylko przyjdzie jej na to ochota. Nie wstanie z łóżka zanim się nie wyśpi. Nikt jej w tym nie przeszkodzi. Ojciec w pracy. Pies rozkopuje ogród. A ona kołdrę, gdy za gorąco. Nie miała ochoty nigdzie wychodzić, spotykać ludzi i cokolwiek musieć. Zostaną jej tylko przyjemności, takie jak czytanie i zabawa z psem.

Ostatnia książka dalej siedziała jej w głowie i szukała ujścia poprzez poplątane myśli. Pinokio był niezamierzonym horrorem dla dzieci. Dziś w nocy śniło się jej, że Gepetto wystrugał dziewczynkę. Bardzo nieszczęśliwą dziewczynkę, gdyż nie miała psa. Potem dostała łysego kota, który owinął ją wokół palca. Na koniec spaliła się w domu.

Przykryła się prześcieradłem leżąc na białym materacu wpatrując się w sufit i starając się przełamać zły sen odpowiednią jego interpretacją. W myślach dopowiedziała sobie, że tato ją uratuje i znajdzie dla niej psa. Gdy uporała się z natarczywymi myślami westchnęła głęboko i odrzuciła prześcieradło na ziemię. Na zewnątrz było za gorąco jak dla jej gatunku, a mury starego domu pilnowały, aby żyło się jej komfortowo. Jednakże siły starczało mu zaledwie, aby utrzymać sprzyjający klimat tylko na parterze.

Ubrana w cienką piżamę poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę w poszukiwania strawy, lecz chłód bijący z wnętrza zabrał wszystkie myśli o jedzeniu. Im bardziej wpatrywała się w jej wnętrze, tym bardziej nie miała ochotę na spałaszowanie jej zawartości. Kombinowała jak wejść do środka i ułożyć się w pomiędzy jogurtami a serami. Szybka decyzja, zamknięcie drzwi od środka i będzie mogła tam zostać do wieczora, aż upał zelżeje. Może by coś przekąsiła, ale stanowczo nie to, co znajdowało się w mroźnej grocie. Chyba nie. Czerwień wiśni stojących na dolnej półce przykuła jej uwagę.

— Zaiście strawa godna bogini — szepnęła z zachwytem. Takiej jak ja!

Złapała garść owoców i zamknęła z impetem lodówkę ciesząc się zdobyczą.

Nie bądź minimalistką, Al! — szepnęło jej coś w głowie. Pociągnęła do siebie drzwi i ukradła z wnętrza całą miskę owoców, trzymając ją jak Zgredek pierścień. Moje ci one — szepnęła cicho, rozglądając się podejrzliwie chociaż była sama w domu.

Do ust powędrował pierwszy owoc. Stanęła przy oknie, stawiając miskę obok siebie. Przeżuła czereśnię powoli, tak, aby na pestce nie pozostał nawet najmniejszy ślad owocu. Wypluła ją na dłoń i zacisnęła w pięść. Wkładała do ust owoce jeden za drugim kolekcjonując w garści pestki. Tom siedział pod oknem obserwując bacznie Aleks. Wsadziła pestkę między palce i strzeliła nią na podjazd prowadzący do garażu, gdzie Tom w determinacji spróbował ją złapać i zagryźć na śmierć. Chwyciła misę z owocami i jak zwinny rabuś wskoczyła na kuchenne okno. Usiadła na parapecie i zaczęła dokładnie przyglądać się czerwonym rubinom stłoczonym w krysztale. Nie mogła się przez chwilę zdecydować, który z owoców jest największy, najpiękniejszy i najsmaczniejszy. Musiała je zjeść wszystkie, a Tom je zagryźć.

Już dłuższy czas siedziała na oknie z nogami wywieszonymi na zewnątrz patrząc się na drogę. Na drogę, którą codziennie setki ludzi chodziło do pracy. Do tej samej fabryki, w której pracował jej ojciec. Druga zmiana objedzona wczesnym obiadem — pomyślała. Idą jeden za drugim. W kolorowych ubraniach. Roześmiani. Smutni. W parach. W grupach. Samemu. To, co ich łączyło, to to, że podążają w tym samym kierunku do tego samego celu, do którego woleliby dzisiaj nie dotrzeć. Kiedyś tato jej wytłumaczył, że to jest jak u niej w szkole. Odpowiedziała mu, że lubi szkołę, ale nie lubi ludzi, którzy w niej są. Dlatego pewnie ludzie chcą pracować na trzy zmiany. Zawsze wtedy mogą zmienić kolegów.

Sięgnęła po następnego rubinu szukając go bezowocnie na dnie. Eeee… — mruknęła Aleks, spoglądając za siebie w głąb kuchni. Lodówka za daleko. Nie ma szans. Nie idę — pomarudziła w garści zaciskając ostatnią pestkę.

Spojrzała beznamiętnie na ulicę, wpatrując się w tłum ludzi, których nie zapamięta. Jej uwagę przykuła czerwień, coraz ostrzejsza czerwień koszuli młodego chłopca. Aleks wystrzeliła palcami pestkę czereśni, ale ta zamiast polecieć w kierunku Toma, zwróciła się przeciwko niej, uderzając ją prosto w oko. Na chwilę zakryła je dłonią. Przetarła powiekę i otworzyła oczy szukając czerwonego punktu. Tuż przed jej ogrodzeniem stał wysoki chłopiec patrząc się nią w bezczelny sposób. Widziała w nim kogoś znajomego lecz nie mogła go umiejscowić w swojej pamięci, która twarzy nie lubiła zapamiętywać. Bardziej pamiętała zdarzenia. Dokładnie ich chronologię oraz emocje, jakie im towarzyszyły. A jego nie potrafiła w żadnym z nich umieścić.

Tłum zgęstniał, zakrywając swoją szarością postać, która jeszcze przed chwilą tam stała. Pojawił się znów na chodniku, po drugiej stronie ulicy, by zaraz zniknąć. W tłumie czerwień koszulki pulsowała, gdy poszczególni ludzie przechodzili koło niego ukrywając na chwilę, a potem by ujawnić na sekundy. Szybciej i szybciej. Jak w starym kalejdoskopie, gdzie klatki filmu zmieniały się na tyle wolno, że widać było przerwy ramek. Chłopiec odwrócił się i popatrzył na Aleks. Jej oczy zrobiły się większe, kiedy odkryła jego tożsamość. Chciała podnieść rękę w geście powitania, lecz pęd tłumu wciągnął go w bramę fabryki.

W miseczce została jedna samotna czereśnia, która przyciągnęła uwagę dziewczynki. Z czerwonej rany wyzierała pestka. Tej nie zjem — odsunęła miseczkę z obrzydzeniem. Jednak ona ciągle się na nią patrzyła z wyrzutem, jakby mówiła: „zjedz mnie, przecież nie możesz mnie zostawić, bo jestem inna niż wszystkie”. Nie miała sumienia. Musiała się jej pozbyć. Bez świadków. Wychyliła się tak mocno, że prawie by spadła z parapetu na kafelki w kuchni. Jedną ręką trzymała się futryny, a drugą odstawiła miseczkę na stół. Co było do przewidzenia zachwiała się i straciła równowagę. Zeskoczyła z okna wprost na podwórko przewracając się na ziemi. O mało nie nadepnęła na Toma, który spod okna z impetem ruszył do furtki.

— Co tak ujadasz? Kota zobaczyłeś, czy co? — skarciła psa próbując podnieść się z ziemi.

Czerwona koszulka stała oparta o bramę, jakby wpadła na pogaduszki do starej znajomej.

— Mówiłem ci, że się spotkamy — usłyszała Aleks, przenosząc wzrok na twarz chłopca.

— Arrr — głos uwiązł jej w gardle, gdy przed sobą zobaczyła Kota.

Pomógł jej wstać i pomógł otrzepać szorty, choć nie potrzebowała jego pomocy. Była cała czerwona. To drugi raz, gdy pomaga się jej podnieść. To drugi raz, gdy nie może oderwać wzroku od jego zielonych oczu okolonych gęstymi brwiami. Zatrzepotał długimi rzęsami, poprawiając niesforne brwi.

— Byłem na ogródkach, a potem u mamy — zaczął jakby przerwał rozmowę pięć minut temu. — Przyniosłem ci coś.

Zza pazuchy wyciągnął białą torebkę po cukrze upstrzoną czerwonymi plamami zgniecionych owoców.

— O czereśnie! — krzyknęła zaskoczona. — To dla mnie? Ooo… Jak miło. Dawno nie jadłam — powiedziała nogą nadeptując na pestkę.

Podał jej pakunek i niby niechcący musnął po ramieniu. Czerwień czereśni pojawił się na jej policzku.

— To tak sobie tutaj mieszkasz, przyjaciółko? — zrobił krok do tyłu, oceniając wielkość budynku.

— Tak, tak — zapewniła szybko Aleks. — Jestem u taty na wakacjach.

— A może zostań tutaj na zawsze? W końcu ja tutaj mieszkam — popukał w ścianę sprawdzając jakość tynku.

— Nigdy. To przecież dziura!

— Koty lubią dziury. Można tam znaleźć wiele smakołyków — przeniósł wzrok z tali dziewczynki na jej oczy.

Spłonęła ponownie.

— Nie jesz?

Wyciągnęła pośpiesznie z torby mokre czereśnie z ogonkami i włożyła je do buzi.

— Rzeczywiście dawno nie jadłaś — na jego twarzy pojawił się zniewalający uśmiech.

Wyciągnęła ogonki i przeżuła owoce. Wystrzeliła pestkami w kierunku Toma, który z radością je złapał.

— Tresowany — powiedział jakby już wszystko w życiu widział.

— No.

— Idę. Muszę się ogarnąć. Do zobaczyska.

— Ogarnąć?

— Przed kursem z matmy i fizy — mówił przeciągając słowa.

— To cię podziwiam. Mi by się nie chciało.

— Mi też nie. Ale rozumiesz, przyjaciółko. Takie życie biednego Kota.

Odbił się dłońmi od jej ramion i w pięciu krokach znalazł na chodniku.

— Ciao.

— Czekaj… Masz może telefon? — zapytała, gdy zamykał za sobą bramkę.

— Mam. Zeta.

— A jaki numer?

— Siedem — wyciągnął go z kieszeni machając nim z dumą.

— Telefonu…

— A to trzeba było od razu. Pięć…

— Czekaj zaraz wracam.

Wskoczyła przez okno do kuchni i pędząc niczym tornado przyniosła swój telefon z pokoju. Przez ogrodzenie wymienili się numerami.

— Idę przyjaciółko.

— Spotkamy się jeszcze?

To pytanie wyrwało się samo. Nie wiedziała po co chciała się upewnić, ale dla pewności spytała.

— Przecież mówiłem, że tak, przyjaciółko. Zadzwonię.

— Możesz też pisać.

— Nie — krótko wyjaśnił swoje zamiary. — Jestem kotem. Nie potrafię pisać.

Zaśmiali się oboje. Pomachała mu na odchodne i usiadła na schodach do domu.

— Drugi dzień, a ja mam już przyjaciela. Zapowiadają się udane wakacje — pomyślała.

Z fabryki wytoczył się sznur ludzi. Usiadła z powrotem na kuchennym parapecie. Show must go on — pomyślała napełniając kryształ rubinami.

Ludzie powoli rozproszyli się. Zmęczone twarze poszły do domu zmyć trud tego upalnego dnia. Ulica opustoszała.

Al postanowiła wrócić do domu. Przełożyła nogi do środka, lecz zatrzymał ją dziwnie znajomy dźwięk. Na chodniku zastukały obcasy. Rozejrzała się szukając źródła narastającego odgłosu. Lubiła ten dźwięk. Zawsze kojarzył się jej z mamą, gdy wracając do mieszkania przemierzała korytarz rytmicznie uderzając obcasami. Wiedziała, że już nadchodzi. O kilka sekund mniej tęskniła.

Pierwsze spojrzenie rozwiało jej wątpliwości. Jej mama nie nosiła kapeluszy. Kobieta zbliżała się kołysząc biodrami. Opinająca szczupłą talię pasiasta spódnica, pasowała do czarnej bluzki i można byłoby powiedzieć, że były hot. Można byłoby powiedzieć, że jest sexy, ale małej dziewczynce jeszcze nic to nie mówiło. Nie potrafiła tego nazwać, tak jak i takich dinksów, zamszowych przy rękawach. Te takie podwinięte, jak na safari. Pomimo że było to lato, miała wysokie białe kozaczki wykończone złotymi cekinami.

Zatrzymała się przy jej płocie patrząc spod kapelusza na Aleks..

— Córka Agatona? — zaczęła bez przywitania ściągając okulary.

— Tak proszę pani.

Rozpoznała sąsiadkę, która wczoraj odganiała przez płot jej brata, gdy szczekał na koty.

— Ach. Taki uroczy mężczyzna — westchnęła.

Nie wiedziała co odpowiedzieć na to stwierdzenie.

— Grzeczna jesteś? — zapytała z manierą w głosie, wchodząc bez zaproszenia na podwórko.

— Tak proszę pani.

— To nie słuchaj głośnej muzyki i nie spraszaj kolegów. Tak jak ci tamci poprzednicy — mówiła gestykulując prawą dłonią. — Ach — westchnęła ponownie. — Dobrze, że ich nie ma.

Poprawiła włosy oczekując na odpowiedź. Gdy odpowiedź nie nadeszła ponagliła Al gestem.

— Nie będę — potwierdziła przestraszona.

— No właśnie. To sobie jedno wyjaśniłyśmy. To twój pies? — wskazała na niego dłonią, jakby straciła czucie w ręce.

— Tak. On nie jest szkodliwy. Nikogo nie skrzywdzi — zapewniła pośpiesznie przypomniawszy sobie wczorajszą sytuację.

— To trzymaj tego… Tego swojego potwora na łańcuchu — wskazała na Toma pasącego się na trawie.

— Na łańcuchu? — myślała, że się przesłyszała. — Nie trzyma się psów na łańcuchu.

— Trzyma, trzyma — powtórzyła kobieta i aby wzmocnić siłę swojej wypowiedzi zadźwięczała złotymi łańcuszkami przytroczonymi do jej torebki.

Al mimowolnie spojrzała w jej kierunku. Ze skórzanej torebki wychylił głowę łysy kot. Nerwy Toma puściły, gdy ten postanowić wyskoczyć z torby i dosłownie przelecieć przez podjazd wspiął się na dach garażu, a potem przeskoczył do ogrodu na kosztelę. Tom w ciągu sekundy był przy nim obszczekując syczącego potwora.

— O tym mówię, głupolku — wzburzona kobieta gestykulowała już obiema rękoma. — Biednego Giusseppe chciał zabić. Widziałaś?

— Nie chciał zabić. To jego teren. Psy są terytorialne — wyjaśniła logicznie.

— To terytorium mojego kota. Będzie musiał się z tym pogodzić.

Może i miała rację. W końcu ona będzie tutaj tylko dwa tygodnie. Zanotowała sobie w głowie: znaleźć opiekę dla psa na czas wyjazdu.

Pani, która się nie przedstawiła, zmierzyła ją z dezaprobatą od dołu do góry.

— Będą z tobą kłopoty. Dobrze, że nie mam dzieci. Tak Fufi? Taaak? — powiedziała nachylając się do torby, z której wystawała głowa drugiego łysego kota. Gdy ten zorientował się gdzie się znajduje, od razu wyskoczył i ruszył pędem przez podwórko. Tom spostrzegł kota i próbował przeciąć mu drogę. Kot wskoczył na stół, potem na leżak, odbił się od materiału jak od trampoliny i bezpieczny usiadł na jabłoni. Znów drzewo obrodziło kotami.

Modna pani spojrzała się na nią tym razem pogardliwie. Wydęła nienaturalnie duże usta. Zdjęła z ramienia torbę i bujając biodrami zniknęła za zakrętem, idąc do swojego domu. Al stała jeszcze przez chwilę na podwórku wsłuchując się w coraz cichszy stukot obcasów.

Wspięła się jak kot na okno w kuchni i zgrabnie jak gimnastyczka po perfekcyjnie wykonanym zestawie ćwiczeń, przybrała stosowną pozę. Podobało jej się takie wielkie wejście. Otworzyła lodówkę by powtórnie się ochłodzić. A może nie tylko. Uklęknęła i z nabożeństwem otworzyła szufladę zamrażarki. Dostała los na loterii, gdy uświadomiła sobie, że jest tam duże pudełko lodów. Jedyne czego jeszcze potrzebowała to łyżka i mogła wpaść w hamak obserwując jak Tom pilnuje koszteli.

Agaton wchodząc do domu ściągnął z ulgą krawat i rozpiął guzik pod szyją. Wszedł do kuchni. Położył na stole zakupy. Podszedł zamknąć otwarte okno i ze zdziwieniem podniósł biały pakunek.

— Dlaczego przełożyłaś czereśnie do torby? — krzyknął w kierunku salonu.

— To długa historia! — odpowiedział jej głos z ogrodu.

Wszedł na górę przebrał się i wrócił ubrany w koszulkę w hawajskie wzory. W kuchni nalał sobie lemoniady i wrzucił kostki lodu.

— Widzę, że już znalazłaś. Miałem ci właśnie je zaproponować — oznajmił widząc Al zjadającą ostatnią łyżkę lodów.

— No!

— Dobre? — zapytał przysuwając do niej leżak.

— Były — wskazała łyżeczką dumnie na puste opakowanie.

— Zjesz obiad?

— Nie. Boli mnie brzuch.

— Czereśnie i lody? — wydedukował szybko.

— Uhm — zrobiła nieszczęśliwą minę i zgięła się w pół oczekując troskliwej opieki, jaką ją mama otaczała, gdy była chora.

— Ok. Lewatywa i przejdzie ci — usiadł ciężko na leżaku.

— Nie! — zaoponowała. — Nie masz jakiś tabletek?

— Na obżarstwo?

— To nie masz?

— Nie mam. Poboli chwilkę i przejdzie — powiedział wilgotną dłonią, zbierając z leżaka brązowe futro.

— Ech — westchnęła ciężko. Taka beztroska, gdy ona zaczynała umierać.

— Pe es młoda damo. Telefony się odbiera.

Wyciągnęła aparat z kieszeni. Siedemnaście nieodebranych telefonów i osiem nieodczytanych wiadomości.

— Przepraszam. Miałam wyciszony. Musiałeś się bardzo martwić. Tyle razy dzwoniłeś — mówiła szybko. — Siedemnaście razy… — zawiesiła głos odblokowując ekran.

— Ja? — popatrzył na nią zdziwiony zdziwiony. — Ja zadzwoniłem tylko raz. Tuż przed wyjściem.

Spojrzała jeszcze raz na ekran. Otworzyła historię ostatnich połączeń. Tata, Kot, Kot, Kot, mama, Kot, Kot…

Weszła w wiadomości. Mama, Kot, reklama, Kot, Kot…

Spojrzał jej przez ramię.

— Mama dzwoniła?

— Tak. Mama. Tylko mama — skłamała. Bo ona…

— O mamie nie rozmawiamy… — przerwał jej dość stanowczo.

— Ale obiecałeś!!!

— Daj mi chwilę — mówił zmęczonym głosem moszcząc się na leżaku. — Pięć minut dla siebie. Obiecuję porozmawiamy.

— Zawsze i wszystko możesz obiecać każdemu.

— Przestań.

— Boli mnie brzuch. Idę się położyć — włożyła telefon do kieszeni i obróciła się na pięcie.

— Nie symuluj — złapał córkę za rękę. — Chodź pokażę ci coś.

Wstał z trudem łapiąc równowagę i pociągnął za sobą do piekła. W momencie, gdy otworzył garaż, jak lepka smoła zalało ich przegrzane powietrze. W jego wnętrzu było ze sto stopni. Odstawił szklankę na szafce z narzędziami. Odkrył plandekę i w żartobliwym tonie wskazał na złoty samochód: — To moja nowa dziewczyna.

— Jakaś taka stara — nie żartowała córka.

— To prawdziwy antyk. Syrena sto pięć. S — podkreślił.

— I?

— To unikat. Jedyny taki kabriolet na świecie.

— I?

— I będziesz mogła się nim przejechać.

— Nie umiem jeździć samochodem — odparła zgodnie z prawdą.

— Nauczę cię. To nic trudnego.

— Poważnie?

— Możemy zacząć od razu. Wsiadaj. Nie tu! — pokręcił głową. — Tu — wskazał na miejsce kierowcy. Usadowiła się niewygodnym fotelu. Czuła się prawie jak w sportowym samochodzie. Biała tapicerka, złota blacha, czarne wykończenia. Nad głową dość dziwnie, bo nie było dachu.

— To jest gaz, sprzęgło i hamulec. Tutaj kierownica i stacyjka.

— Wiem co to jest kierownica i pozostałe rzeczy — popatrzyła na niego z wyższością. — Czasem się ścigałam na konsoli.

— Fiu, fiu. To już tylko zostanie praktyka.

Położyła rękę na kluczyku. Przekręciła i nic się nie wydarzyło.

— Nie ma silnika — powiedział szeroko uśmiechając się.

— To będziesz mnie pchać?

— Ja?!

— No przecież ja mam uczyć się prowadzić.

— Dzisiaj myślałem, że zrobimy lekcję teoretyczną. Ale, hmmm — zmyślił się. — Chyba nie widzę takiej potrzeby.

— Zamontujesz silnik?

— Tak.

— To jutro jedziemy?

Roześmiał się szczerze rozkładając ręce:

— Raczej tydzień mi zajmie. Chyba, że dam do mechanika.

— To daj. Na jutro zrobi?

Roześmiał się ponownie. Nie wiedział, czy to udawana naiwność dziecka, czy ironiczna gra nastolatki.

— Się zobaczy.

Zasłonił pieczołowicie „Piękną Helenę” i zamknął drzwi do garażu.

— Skoczysz do sklepu? Dzisiaj jest za gorąco by jechać autem na zakupy.

— Boli mnie brzuch — złapała się za brzuch, by wzmocnić siłę swojej wypowiedzi.

— Szkoda, miałem ochotę na czekoladę.

— Ale nie aż tak bardzo.

— Przy okazji. Babcia dzisiaj nie przyjdzie. Coś jej wypadło. Będzie jutro — wyciągnął pieniądze i podał córce.

— Oj szkoda. Dawno jej nie widziałam.

— To jak idziesz po czekoladę, to kup ziemniaki, jajka i ser. Zrobię jakiś obiad.

— Przy okazji po czekoladę? Ha?

— I lody. Dużo lodów — włożył w jej rękę następny banknot. — Jeszcze jakieś pytania?

— Kupić ci czereśnie?

— Kupić? Po co? — zapytał zdziwiony.

Zaprowadził Aleks za dom wskazując na ogromne drzewo, przy którym stała długa drabina.

— Masz ochotę na czereśnie? — wskazał na nie. — To sobie narwij.

Wieczorem jabłoń zakwitła ponownie kotami przy skrzekliwych wrzaskach sąsiadki.

Komar

Namolne bzyczenie wygryzało sen. Zaspana sięgnęła po telefon szukając go pod stertą ubrań Wibracje ucichły. Spojrzała na wyświetlacz. Nieodebrane połączenie od Kota. Przetarła zaspane oczy. Spojrzała ponownie na ekran, wstała i usiadła na parapecie. Adrenalina i endorfiny szybko przywróciły ją do życia. Odblokowała telefon. Wyświetliła się lista nieodebranych połączeń i wiadomości. Zastanowiła się chwilkę czy niewłaściwym byłoby oddzwonić od razu, jednak postanowiła odczytać najpierw wiadomości.

Ostatnia odebrana.

„To koniec” — odczytała. Nadawca Kot. Nie zrozumiała. Wróciła do początku konwersacji. To znaczy ona jeszcze nie odpisała, więc można założyć, że monologu.

„Mile spotkanie przyjaciulko”

„Smakowaly czeresnie? xD”

„Bede za pietnascie minut. Potszebuje porady”

„Gdzie jesetes. ja Jestem”

„No odezwij sie”

„Taka z ciebie przyjaciolka? Zostawiasz jak potzeba pomocy?”

„To koniec”

W tym momencie przyszła następna wiadomość:

„Mam jeszcze czeresnie. Chcesz?”

Nic z tego nie zrozumiała. Sprawdziła połączenia. Jedno zaraz po ich rozstaniu. Potem dziewięć, gdy czekał. Pięć godzinę później. Dwa nowe nieodebrane połączenia. Jedno po północy i jedno dzisiaj rano.

Uśmiechnęła się radośnie. Ona pewnie też mu siedziała w głowie i był smutny, że nie miała dla niego czasu. To takie urocze — pomyślała oddzwaniając.

— Czekałem — rzekł z wyrzutem.

— Przepraszam. Tato…

— Nie tato. Do Kota dzwonisz — upomniał ją.

— Z ojcem wczoraj gadałam i miałam wyciszony telefon — wytłumaczyła szybko, by jej nie przerwał. — Rzadko ktoś do mnie dzwoni. A jak dzwoni to nie lubię, gdy mi przeszkadzakiedy czytam, więc mam tylko wibrację.

— Czytałaś wczoraj?

— Nie — odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie miała wczoraj czasu, gdyż wieczór spędzili na planowaniu wakacji.

— To czemu kłamiesz. Mnie? Ty?

— Nie kłamię. Mówię jak jest.

— Ja tam swoje wiem. Chcesz czereśnie?

Słowo na „c” przywołało czerwone wspomnienie bólu brzucha.

— Tak — entuzjazm w jednym słowie.

— To się spotkajmy.

— Kiedy?

— Zaraz.

Spojrzała na godzinę. Dziesiąta.

— Nie. Zaraz babcia przyjdzie.

— A potem?

— Potem jedziemy z tatą na zakupy, więc dzisiaj odpada.

— Nie masz dla mnie czasu?

— Mam, mam. No mam.

— To się spotkajmy.

— Jutro — powiedziała prawie błagając.

— Jutro będzie futro.

— Jesteś kotem, to masz futro.

— Będziesz pisać?

— Będę. Ustawie dla ciebie specjalny dzwonek.

— Dobra. To jutro przy baszcie. Wiesz gdzie?

— Wiem, wiem — zapewniła pośpiesznie. Nie chciała, aby uważał ją za jakiś niedorozwój.

— To pa.

— To pa.

— To pa.

— Ty się rozłącz.

— Pa — rozłączył się.

Zeszła na dół, spotykając po drodze nieszczęśliwego brata drapiącego drzwi od kuchni. Gdy wpuściła go przodem, pędem poleciał odwiedzić miski. Z szafki wyciągnęła karmę i podeszła nasypać mu karmy. Zatrzymała się nie dowierzając oczom. Woda uzupełniona. Chrupki nasypane. Tato miał w końcu z kim śniadanie jadać.

Ubrała się i wyszła do „Zosi” po zakupy na śniadanie. Już po dwóch dniach była tam traktowana jak stały bywalec. Pani znalazła czas, aby z nią chwilę porozmawiać i nawet spytała się, czy coś specjalnie dla niej ma sprowadzić. Poprosiła o żelki. Spakowała torbę, zapłaciła i w nagrodę za wybitne osiągnięcia przyznała sobie batona. Taki deser przed śniadaniem. Zjadła ich z radością aż cztery.

Schowała produkty do lodówki jednocześnie wyciągając mleko na stół. Nalała go do szklanki i wróciła do swojego pokoju. Dla towarzystwa zabrała z półki jednego ze swoich przyjaciół. Ułożyła się na parapecie i otworzyła książkę, jak bramę do innego świata. Ledwo pierwsze litery złożyły się w słowa, a słowa w całe zdania, przygody wciągnęły ją bez opamiętania. Straciła poczucie czasu. Książka się skończyła i nastał czas na kanapkę. Spojrzała na zegar w kuchni. Trzecia. Nic dziwnego, że była już głodna.

Między jednym a drugim kęsem przypomniała sobie, że miała czekać na babcię. Wróciła na górę z zamiarem zadzwonienia do taty. Odblokowała klawiaturę, w sekundę odszukała jego telefon i prawie nacisnęła ikonę telefonu, lecz pod jej palcem pojawiła się nowa wiadomość od Kota:

„Ciagle czekam na ciebie <3”

Natychmiast odesłała: „Ja tez”

„Masz fajne wlosy”

„Dziekuje. Podobasz mi sie”

„Wogule jestes fajowska”

Odpisywali sobie przed dalsze pół godziny, racząc się komplementami. Do momentu, gdy napisała: „Masz mnie w glowie?”

Na tą wiadomość nie było odpowiedzi. Przez kwadrans chodziła po pokoju z telefonem w ręku. Wyłączyła i włączyła go ponownie mając nadzieję, że się zawiesił. Aparat miał już cztery lata. Wśród nowych modeli, to była niemalże „babcia”. Kurczę! — wykrzyknęła. — Babcia!

Przypomniała sobie w jakim celu przyszła do pokoju. Zadzwoniła do taty.

— Hej.

— Hej. Coś ważnego?

— Babcia nie przyszła.

— Dopiero dzwonisz? Jest prawie czwarta.

— Nie powiedziałeś, o której ma przyjść.

— No fakt. To czemu do niej nie zadzwoniłaś?

— Jakby nie mam numeru?

— Acha. Poczekaj. Zadzwonię i dam znać.

Oddzwonił za parę minut.

— Dzisiaj babcia Nastka ma spotkanie — dodał imię, jakby miała jeszcze jakąś inną babcię. Ja muszę zostać dłużej w firmie. Zamów pizzę.

— O bosko! — wizja jedzenia rozświetliła jej oblicze. — Tylko nie mam pieniędzy — zachmurzyła się.

— Są w szufladzie obok gitary. Tylko nie wydaj wszystkiego na raz.

— A jaki numer?

— Poszukaj w sieci.

— Dla ciebie też?

— Weź dużą. Zjem od ciebie jak wrócę z pracy.

Wyszukać telefon do pizzerii to nie było trudne wyzwanie. Jedyny lokal w mieście. Stu procentowe trafienie w wyszukiwarce, a reszta, to tylko reklamy. Nacisnęła odwołanie do telefonu.

— Pizzeria, słucham — przywitał ja młody głos.

— Proszę pizzę do domu.

— Jaką?

— A jaka jest?

— Hawaii, meksykańska, carbonara, tricolore… — wymienił kilkanaście rodzajów.

— Acha. To ja proszę samą z pieczarkami i kukurydzą.

— Duża?

— A duża to jaka duża?

— Duża to duża. Trzydzieści centymetrów.

Rozłożyła ręce szacując wielkość.

— Dobra dla dwojga starczy?

— Sos?

— Tak proszę. Ale tylko na połowie.

— Pomidorowy?

— Nie czosnek. Może też być na połowie śmietana.

— Ogórka też?

— Ogórka? Do pizzy? To może lepiej rodzynki?

— I kiszoną kapustę?

— Taaa. Kapustę — zaśmiała się pod nosem.

— Przyjąłem. Proszę numer telefonu.

— Ten z którego dzwonię.

— Płatność kartą czy gotówką?

— Nie mam karty.

— Ok. Gotówka. Gdzie?

— Do taty.

— A konkretniej możesz? — zachichotał.

— Szczęśliwa. Ten domek na rogu.

— Amundsen?

— Tak — potwierdziła zdziwiona.

— Czyli tam gdzie zwykle. Ok przyjąłem. Będzie za trzydzieści, no czterdzieści minut.

„Caly czas” — odczytała wiadomość od Kota.

Przez kwadrans wymienili jeszcze kilkanaście wiadomości. Pożegnali się czułym: „pa”.

Odłożyła telefon na książce i wskoczyła do pokoju taty uzupełnić gotówkę. Otworzyła szufladę koło łóżka. Pod fotografią, na której uwiecznieni zostali pracownicy na imprezie integracyjnej, leżały starannie poukładane banknoty. Przyjrzała się fotografii. Z niesmakiem ją odrzuciła, gdy zobaczyła na zdjęciu grubą kobietę o nieciekawym wyglądzie i maślanych oczach tulącą jej ojca. W dłoń ujęła gruby plik pieniędzy. Nigdy nie widziała tyle na raz. Tata pokazywał jej oszczędności jakie dla niej trzymał. Ale to tylko liczby. Liczbami nie można się wachlować tak jak gotówką. Potem rozłożyła je na łóżku na mniejszych kupkach. Cofnęła się na korytarz i z impetem zrobiła skok na kasę. Pieniądze rozleciały się po całym pokoju tańcząc w powietrzu. Dla efektu podrzuciła do góry jeszcze parę banknotów, patrząc jak wirując w powietrzu rozpierzchały się lądując nawet w garderobie. Część opadła na nią. Złapała je przykładając do twarzy. Zapach forsy. Nie mogła się zdecydować, czy pachniały lepiej niż książki. Na pewno równie dobrze.

Dzwonek do drzwi odezwał się dwa razy, wyrywając ją z łóżka. Złapała pierwszy z brzegu banknot i zbiegła na dół pokonując co drugi schodek. Listonosz puka, a dostawca dzwoni dwa razy. Zapłaciła kurierowi poirytowanemu, że znów musi oddać wszystkie drobne jakie ma. Sprawdził pod światło znaki wodne, schował pieniądze do kieszeni i podał jej parujące jeszcze pudełko. Wyszła na podwórko i rozłożyła się w ogrodzie. Tom w mgnieniu oka znalazł się przy niej tocząc ślinę z pyska. Otworzyła pokrywę z zamkniętymi oczami upajając się jej zapachem. Otworzyła oczy i zamknęła pudełko. Otworzyła je ponownie i złapała się za głowę. Nie taką zamawiałam — zezłościła się.

Na pizzy znajdowały się pieczarki i kukurydza. Nie było sera. Nie było pudełeczek z sosami. Nawet na pizzy nie było sosu pomidorowego. Zamiast bazy na połowie pizzero nalał sosu czosnkowego na jogurcie na drugiej ułożył czosnek chyba polewając ją oliwą. Równo rozłożona kiszona kapusta z kminkiem wspaniale komponowała się z królewskimi rodzynkami. Się zje — powiedziała rzucając rant pizzy Tomowi.

Się nie dało. Aleks zaniosła pizzę do kuchni i zrobiła sobie kanapki.

Mimo epizodu z pizzą była z siebie dumna. Nikt jej nie porwał i nie spaliła domu. Położyła talerz na szklanym stoliku i skoczyła na kanapę, zadowolona z siebie. Z poduszki odbił się pilot i wylądował centralnie w wazonie. Wyciągnęła go z wody i osuszyła wycierając go w obrus. Odłożyła go ostrożnie na miejsce. Usiadła delikatnie na fotelu, położyła nogi na oparciu i grzecznie zabrała się za czytanie zagryzając pochłaniane strony kanapkami.

Ojciec wrócił przed piątą zmęczony po upalnym dniu. Wszedł od razu do kuchni i nalał sobie dla ochłody jogurtu. Zamknął drzwi do kuchni i w przedpokoju ściągnął marynarkę, i poszedł przywitać się z dzieckiem. Spotkali się w połowie drogi, gdy Al już wychodziła z salonu.

— Tato, nie zamykaj drzwi do kuchni. Dobrze? — powiedziała na przywitanie przytulając się do niego.

— Dlaczego?

— Bo Tom nie może dostać się do miski.

— Nie martw się. W ogrodzie jest oczko z rybkami. Nie sądzę, że woli pijać w samotności.

— A jedzenie?

— Słusznie — zrozumiał w czym rzecz. — Nie będę zamykał drzwi — zmęczenie w jego głosie było bardzo wyraźnie.

— Ty mu dałeś jeść?

— Tak.

— I będziesz dawał co rano?

— Wstaję wcześnie, to dlaczego nie?

— To fajowsko. Będę mogła już spać nawet do drugiej.

— Spoko. Jak śpisz to nie broisz.

— Ja? Ja jestem grzeczna — złożyła ręce jakby modliła się i poparzyła w sufit. — Siądziesz ze mną?

— Tak, córeczko. Dasz mi parę minut?

— Przeszkadzam tobie?

— Nie. Padam z nóg. Henryk to… — zmiarkował słowa. — Obejrzę sobie wiadomości.

— Oki — potwierdziła, że nie ma nic przeciwko temu kładąc na niego nogi.

Leżała na plecach obok taty z głową zwieszoną w kierunku podłogi. Tylko dzieci potrafią czytać do góry nogami.

Sięgnął po pilota i nacisnął przycisk zasilania. Skierował go w stronę telewizora naciskając kilkukrotnie przycisk. Wstał z kanapy odsuwając na bok nogi córki. Podszedł na metr od telewizora i nacisnął przycisk parokrotnie.

— Pewnie baterie — postukał pilotem w udo.

Kilka kropel wody spadło na podłogę. Podszedł do komody. Wyciągnął z opakowania dwie baterie.

— Jak się wkłada tutaj baterie — mocował się z wieczkiem mamrocząc pod nosem.

Ustawił go pod światło i po paru próbach nacisnął w odpowiedni sposób dźwignię wieczka uwalniając pokrywę. Na twarz wylała się woda. Wytarł się rękawem niebieskiej koszuli.

— Musze uważać, gdzie go kładę — burknął niezadowolony z siebie włączając telewizor bezpośrednio włącznikiem na korpusie. Ustawił kanał i zmęczony runął na kanapę. Al jakby nigdy nic przewróciła stronę i położyła ponownie na niego swoje brudne stopy. Po wiadomościach tato poszedł się przebrać. Wykorzystała czas, aby sprawdzić czy Kot do niej napisał. Brak nowych wiadomości.

„Cos sie stalo?!!!” — napisała. Do rana nie dostała odpowiedzi. Zamyślona przeglądała stare wiadomości patrząc, czy przypadkiem, go gdzieś nie uraziła.

— Aleks!!!! Chodź no tu! — wystraszona krzykiem aż podskoczyła.

Pobiegła do niego bijąc rekord biegania po schodach. Mężczyzna stał na środku sypialni zasypanej zielonymi banknotami i patrzył na córkę z niedowierzaniem.

— Pizzę kupowałam. Nie mieli reszty — wytłumaczyła rozkładając bezradnie ręce.

Pozytywne wibracje

„Al, dzisiaj na obiad do babci. Na czternastą. Nie spóźnij się. XXX” — przeczytała zostawioną na lodówce notatkę. Na drugiej kartce napisał adres.

— Skąd on wiedział, że będę rano otwierać lodówkę? — zastanowiła się. — Przypadek? Nie sądzę.

Otworzyła drzwi i zrozumiała, że nie mógł się pomylić. Miseczka z obranymi owocami, sos czekoladowy i posypka. Wiedział jak o nią zadbać. Rozłożyła się na kanapie. Przez okno w salonie oglądała ogród. Cisza mieszkania i ćwierkanie ptaków dobiegające z dworu pozytywnie nastawiały ją do życia. Do momentu, gdy przyszła wiadomość od Kota: „Nie miałem czasu. Szkola jest warzniejsza”. Długo zastanawiała się co odpisać. Z jednej strony była pełna gniewu, że nie miał dla niej czasu. Z drugiej zaś wydawał się jej taki dojrzały przedkładając naukę nad pisanie z nią. Wysłała no niego smsa, że będzie kiedyś dla niego ważniejsza niż szkoła. Dostała potem cztery wiadomości pod rząd. Przy każdej się uśmiechała.

„Ja tez” — odpisała.

„Dwunasta? Pod baszta?” — zaproponował spotkanie.

„Będę” — potwierdziła do telefonu, szczerząc od ucha do ucha białe kły. Wielokrotnie przeczytała wymianę zdań nie mogąc uwierzyć, że coś takiego wspaniałego się wokół niej dzieje.

Wyszła dwie godziny wcześniej, przed zaplanowanym spotkaniem. Nie mogła już usiedzieć w domu. Już chciała być przy Kocie. Coś ją do niego ciągnęło. Tak mocno jak Tom, gdy razem z nim obchodziła rynek, a potem mniejsze uliczki. W baszcie, w centrum informacji, zdobyła mapę i mazak z herbem Aleksandrii. Zaznaczyła miejsca, które już odwiedziła. Środek mapy i trasa z domu pokryła się czerwonymi kropkami. Gwiazdkami zaznaczała miejsca, do których chciałaby wrócić. Na razie skreśliła tylko dwie takie lokalizacje. Fontannę i lodziarnię. Odkrycie tej ostatniej znacznie podniosło ją na duchu. Szkoda, że dzisiaj nie zabrała ze sobą pieniędzy. Wyjście byłoby jeszcze bardziej przyjemne.

Poznawanie miasta mając psa jest zdecydowanie łatwiejsze. Nikt nie dziwi się, że samotna dziewczynka spaceruje po zaułkach. Także napotkani ludzie przyjaźnie zaczepiali ją podpytując się jej: o rasę, imię, jak się sprawuje i ile ma lat. „Taki słodki piesełek”, „Och… Mogę pogłaskać” — słyszała od ludzi. No, większość z nich tak mówi, bo niektórzy przechodzą w przestrachu na drugą stronę. Ale tymi się nie przejmuje. Po to właśnie Tom jest z nią, by ją chronić przed nimi.

Wróciła pod basztę, zatrzymując się na drugiej stronie ulicy. Do dwunastej brakowało parę minut. Zainteresowała się wystawą sklepu z butami. Dziwiła się, jak to jest możliwe, że tutaj buty są tak tanie. W Twierdzy trzeba zapłacić przynajmniej trzy razy tyle. Znała się na butach, bo jej mama była kolekcjonerką.

Oglądając wystawę popuściła smycz. Tom podszedł do wózka i go obwąchał. Zamerdał ogonem postanawiając wyznać miłość kilkuletniej dziewczynce, która stała obok niego. Dał się pogłaskać i polizał ją po ręce.

— Ooo, jaki słodziak — zachwyciła się mała dziewczynka i padła przed nim na kolana.

— Nie gryzie? — zapytał ojciec, gotowy w każdej chwili odciągnąć dziecko od psa.

— To jest smok — wytłumaczyła Al. — Więc nie gryzie.

To był nadto logiczne. Smoki nie wyrządzają ludziom krzywdy, wbrew obiegowej opinii, oczywiście.

— Ooo, jaki słodki smok! — przytuliła się do Toma, obejmując go całą sobą.

— A skąd wiadomo, że to jest smok? — roześmiał się mężczyzna. — Nie zieje ogniem, nie ma łusek, skrzydeł…

— To jest smok! — potwierdziła stanowczo. — Przyleciał jako smok. Smoków ludzie nie lubili, więc zamienił się w psa.

— W jaki sposób? — dopytywał się.

— Tego mi nie powiedział. Ale on przyleciał na Ziemię pięć tysięcy lat temu z Thunban, gdy ta jeszcze była gwiazdą polarną. Więc myślę, że mają jakiś sprzęt do tego.

— I on ci powiedział to wszystko?

— Tak, proszę pana. I wróci na nią, gdy spotka innego smoka — dodała z pewnością. — On bardzo tęskni.

Dziewczynki nie interesowała historia. Bardziej zabawne było, gdy wydawała polecenia psu, a on robił sztuczki. W nagrodę podzieliła się z nim rogalikiem.

— A skąd on to wie i jak ci to powiedział? — dopytywał się mężczyzna.

— Bo to mądry pies z rodu Drakonidów — wytłumaczyła krótko Aleks, jakby to zdanie wyjaśniało wszystko. Gdy zobaczyła zdziwienie w jego oczach dodała: — Zawsze ósmego października czeka na swoich kolegów i tak już wiele żyć.

— To smutne tak czekać. Ja czekam kwadrans na żonę i już mi źle.

— Trochę tak. Znajduje sobie zawsze rodzinę i jej pilnuje.

— Od pięciu tysięcy lat?

— Tak proszę pana.

— To twoja rodzina ma pięć tysięcy lat? — rozłożył ręce, błagając o wytłumaczenie.

— Chyba… Chyba nie. Znalazł mnie kiedyś i przygarnął.

— Za duża jesteś, by wierzyć w smoki.

— Nie proszę pana, to on wierzy we mnie.

Roześmiał się donośnie, prawie zagłuszając hejnał z wieży ratusza. Żona wyszła ze sklepu szczęśliwsza o nową parę butów. Złapał ją za rękę i nastawił policzek do pocałowania.

— Czas ruszać dalej.- Pożegnał się zabierając ze sobą całą rodzinę.

Dziecko obróciło się i pomachało do psa. Tom odmachał ogonem.

Stała chwilę przy baszcie rozglądając się nerwowo. Hejnał już ucichł, a Kota jeszcze nie było. Obeszła strażnicę w około, gdy przyszło jej do głowy, że stoi w niewłaściwym miejscu. W głębi parku zobaczyła machającego do niej chłopaka, siedzącego w swobodnej pozycji na ławce. Podeszła do niego pośpiesznie. Al była bardzo skrępowana. Pierwszy raz spotykała się z chłopcem, który nie był idiotą i nie miała ochoty mu przyłożyć. W sumie, to pierwszy raz została zaproszona na randkę. Chyba randkę. Bo tego słowa nikt nie użył.

— Wiesz, że siedzimy na cmentarzu — rozpoczął konwersację rozkładając się jeszcze bardziej na ławce.

— W parku — poprawiła go.

— Na cmentarzu.

— Nie widzę krzyży — zaśmiała się.

— Bo ich nie ma — rozłożył ręce jakby się usprawiedliwiając.

— Albo nagrobki — powiedziała rozglądając się po parku.

— Były, ale zrobili z nich drogę na działkach.

— Pragmatycy?

— Co? Nie. Pewnie katolicy.

Tom ułożył się w cieniu ławki, ziewając rozkosznie. Oparł głowę na łapach i przymknął oczy.

— Kot. Jak ty masz właściwie na imię?

— Tomasz. Nie pamiętasz?

— Nie. Nie pamiętam — zarumieniła się.

— A na nazwisko?

— Krott. A ty?

— Aleksandra Giersch-Amundsen.

— Może jeszcze Maria-Elenora-Santa coś tam? — roześmiał się półgębkiem.

— Maria też. Na drugie. Moja mama to Eleonora. Skąd wiedziałeś?

— Ja wiem wszystko!

— To tak jak mój tato… I listonosz.

— Ja nie mam taty — rzucił krótko.

— Rozwiedli się?

— Nie chcę o tym opowiadać.

— A mamę?

— Nie chce mi się o tym opowiadać.

— Brata?

— Mam.

— Starszy czy młodszy?

— Mówiłem, że nie chce mi się o tym opowiadać.

— Przepraszam, nie wiedziałam.

— To już wiesz.

— A ja nie mam brata.

— To dobrze.

— To znaczy mam brata — pokazała na psa.

— Jeśli on to pies, to ty jesteś suką? — zadał pytanie półżartem.

Zmroziło ją to pytanie i zacisnęła usta. Kot uśmiechnął się i podrapał po głowie. Zapadła niezręczna cisza.

— Opowiedz coś o sobie — zmieniła dyplomatycznie temat.

Półtorej godziny zleciało szybko. Poproszenie Kota o to, by powiedział coś o sobie wyzwoliło monolog. Mówił i mówił.

— … I wtedy go pacnąłem, a on ciach padł na pysk i się nie ruszał. I to było coś, mówię ci. No! Ale wypas. Wszyscy się śmiali — dokończył historię łapania królika.

— Lubię króliki.

— Ja też.

— Są takie miękkie.

— No, i z buraczkami.

— Żartujesz? — popatrzyła się na niego z niedowierzaniem.

— No coś ty.

Przyjęła, że to było potwierdzenie, że żartuje. Spojrzała na telefon i poderwała się z ławki.

— Szczęśliwi czasu nie liczą — złapał za jej dłoń.

Spłonęła powtórnie tego dnia..

— Chodź. Musimy iść — kucnęła przy ławce i obudziła pogłaskaniem psa. Tom ziewnął i zamerdał ogonem.

Kot stał nad nią. Podniosła się i wyprostowała. Wydawało się jej, że on jest wyższy. Był na pewno dużo wyższy jak się spotkali.

— Gdzie idziesz?

— Tam — wskazała ręką na centrum.

— Ja tam — pokazał w przeciwną stronę.

— Do jutra?

— Tak. Zdzwonimy się.

Jutro było równie urocze jak dzisiaj. Dodatkowo wzięła pieniądze na lody i postawiła trzy gałki Kotowi. Potem znów trzy. Dziwiła się, że tyle potrafi zjeść. Urocze. Jeden szczegół tylko zepsuł jej na chwilę spotkanie, gdy powiedział, żeby przychodziła sama. Bo pies go krępuje. Przecież jest Kotem wytłumaczył.

Idąc do babci naniosła jeszcze jedną gwiazdkę na mapę. Zapisała obok niej słowo „Biblioteka”.

Babcia mieszkała w jednej z niewielu nowo wybudowanych kamienic. Tylko za nic na świecie nie mogłaby go nazwać „mieszkaniem babci”. Od razu takie określenie przywoływałoby niewłaściwe skojarzenia. Nie wyglądało ono jak „babcine” lokum. Nie miało starych mebli, koronek, kryształów, czy książek o zniszczonych okładkach, których nie czytał nikt od dziesięcioleci. Najgorsze było to, że nie pachniało ono ani domowym obiadem, ani ciepłym ciastem. Różniło się znacznie od mieszkania jej drugich dziadków, które z tego co pamiętała, wyglądało jak muzeum. W sumie to mieszkanie babci Nastki też wyglądało jak muzeum. Tylko sztuki nowoczesnej. Ogromny salon z białą otwartą kuchnią i stylowymi meblami. Garderoba z markowymi ubraniami, starannie ułożonymi jak na półkach sklepowych. Przedmioty mające dokładnie określone miejsce i rolę. Nawet odkurzacz pasującym kolorem do kanapy pojawiał się w dokładnie określonych porach, jeżdżąc po wyznaczonej trasie. To wszystko sprawiało, że dziewczynka czuła się jak nieproszony pyłek kurzu. Takie same odczucie miał Tom, gdy ściągał go odkurzacz, o ile nie był zamknięty na balkonie.

Nawet w sypialni nie było miejsca na nic nieplanowanego. Jedna poduszka, jedna kołdra i jedna szafka. W przyległej łazience wisiał jeden ręcznik i leżała jedna szczoteczka. Dla gości była toaleta przy salonie. Wszystko w tym mieszkaniu mówiło: ja tutaj mieszkam, sama.

Babcia miała większe mieszkanie niż ona z mamą. Najpierw w dwie plus pies, a potem w trzy osoby, dzieliły lokum wielkości zaledwie babcinego salonu. Trzeciego pokoju nigdy nie widziała. Odkąd pamięta był zawsze zamknięty. Nie pamięta nawet czy widziała, aby ktoś kiedykolwiek do niego wchodził.

Wszystko tutaj stanowiło spójną całość. To nie miejsce na chaos, czy przypadkowość. Nawet, gdy dostawała coś w prezencie, to przedmioty szybko znajdowały swoje miejsce w szafce lub lodówce. Nic nie mogło stać na wierzchu, co nie stanowiło przemyślanego elementu jednolitej koncepcji.

Nie lubiła do niej przyjeżdżać, bowiem pierwsze słowa jakie słyszała, to to, że Tom jest barbarzyńcą i niszczy jej wszystko. Częściowo nie mijało się to prawdą. Przy jednej z wizyt jej brat postanowił naprawić lampkę, z abażurem zrobionym z kartonowego pudło z wycięciami w kształcie lampy. Przywiozła to z jakieś wystawy zza morza. Zajęci rozmową, ze zdziwieniem zauważyli, że w pokoju zrobiło się jaśniej, gdy Tom wygryzł więcej otworów i rozerwał górną pokrywę. To zajście sprawiło, że pies wizytuje regularnie balkon, gdzie zgodnie ze słowami babci, nie wyrządzi żadnej krzywdy wyposażeniu jej mieszkania. Ten zwyczaj się nie zmienia, pomimo tego, że upłynęło już sporo czasu i Tom wydoroślał. Przestał majsterkować i grzecznie leżał koło jej nóg, gdy go o to poprosiła. Co się stało, to się nie odstanie. Grzeczne prośby Aleks, by Tom wrócił z banicji zawsze spotykały się z równie grzeczną odmową.