To ja, Aleks. Gdzie serce twoje, gdzie dom twój? Tom 3 - Aleksandra Giersch-Amundsen - ebook

To ja, Aleks. Gdzie serce twoje, gdzie dom twój? Tom 3 ebook

Aleksandra Giersch-Amundsen

0,0

Opis

Dla Aleks rozwód rodziców był jej rozwodem. Początkiem trudnego dorastania i rozdarcia na strzępy jej idealnego świata. Poszukiwanie własnej tożsamości jest niełatwą i bolesną drogą. Szczególnie wtedy, gdy ma się na to tylko sto dni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Aleksandra Giersch-Amundsen

To ja, Aleks

Gdzie serce twoje, gdzie dom twój? Tom 3

KorektorKatarzyna Szewioła-Nagel

Projektant okładkiMateusz Suda

© Aleksandra Giersch-Amundsen, 2020

© Mateusz Suda, projekt okładki, 2020

Dla Aleks rozwód rodziców był jej rozwodem.

Początkiem trudnego dorastania i rozdarcia na strzępy jej idealnego świata.

Poszukiwanie własnej tożsamości jest niełatwą i bolesną drogą. Szczególnie wtedy, gdy ma się na to tylko sto dni.

ISBN 978-83-8221-673-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Noc gdy dzień wstaje

— Zejdź ze mnie, grubasie. Jesteś ciężki, wiesz?

Aleks przetarła zaspane oczy. Bosą stopą zrzucając psa z kołdry na ziemię.

— Jestem taka brudna. Tak bardzo brudna… Wszystko brudne. Nie patrz się tak na mnie. Ty jak jesteś brudny to cię wymyję. Ja muszę wszystko sama. Najgorzej jest jak chcesz umrzeć, a zamiast tego życie funduje sprzątanie po sobie. Przecież powinno to być zmartwienie innych!

Tom wystawił język, gotowy do pomocy i wbił w nią słodkie brązowe oczy, machając zawadiacko ogonem.

— Nie możesz mnie lizać. Nie możesz mnie zjeść. Zaraz wstanę. Zaraz. Nie — potrząsnęła energicznie głową. — Już wstaję.

Naciągnęła kusą koszulkę poniżej bioder i pobiegła do łazienki. Pies poczłapał za nią i już po chwili ułożył się na zimnych kaflach. Zasłoniła żaluzje i siedziała długo w wannie, zmywając z siebie swoją kobiecość. Dla pewności spłukała się jeszcze raz prysznicem. Wilgotne ciało oblekła w bieliznę i szlafrok, zakładając na głowę kaptur.

Przeszukała dokładnie szafki. Nie znalazła zbyt wiele. Ot parę butelek, plastry, lekarstwa, wata, krem dla niej, błyszczyk do ust, różowe i zielone maszynki do golenia.

— Czemu tata używa kobiecych kosmetyków? Nie wiesz? Nie merdaj ogonem, tylko powiedz mi? Nie mówisz…

Zrobiła prowizorkę i popatrzyła się w lustro z niesmakiem.

— Chodź. Potrzebuję ciebie. Pójdę do Zosi po podpaski. Oddam też złotówkę. Pójdziesz ze mną? Pewnie, że pójdziesz — szaleńczy taniec brata nie pozostawiał wątpliwości, że cieszy go perspektywa wyjścia z domu.

Wróciła do pokoju zostawiając mokre ślady stóp na dywanie. Ściągnęła pościel i zawinęła ją w kłębek, upewniwszy się, że nie widać krwawych plam na materacu. Przewiązała pasek szlafroka, założyła kapcie i wzięła pod pachę zawiniątko. Po ciemku cichutko zeszła po schodach, nasłuchując dźwięków zdradzających najmniejsze oznaki życia. Dom huczał ciszą wlewającego się zza okien wrzątku. W kuchni na stole, pod kloszem, czekały na nią kanapki. Odłożyła pranie delikatnie na podłogę. Wyciągnęła jedną z kromek i wgryzła się w miękki chleb i liźniętego przez słońce soczystego pomidora.

„Jestem w kościele” — przeczytała na głos kartkę położoną obok talerza. Po co się mi tłumaczysz? — dodała gniewnie, przeżuwając kawałek tłuszczu.

Z pomiędzy warstw kanapki wyciągnęła szynkę i rzuciła bratu na podłogę.

— Jedz, grubasie — powiedziała, stając przy drzwiach do piwnicy. Zostaw mnie. Już nie mam humoru,

Tom powąchał wędlinę. Oblizał się. Zostawił ją nietkniętą i podreptał ze spuszczoną głową za swoją panią.

— Idź do ogrodu! — odgoniła nogą psa. — No idź już!

Tom nieposłusznie poczłapał do kuchni. Ciężko padł na ziemie, kładąc nos parę centymetrów od szynki.

Cicho otworzyła drzwi do piwnicy i zapaliła światło. Mrok ciemnego pomieszczenia rozjaśnił się ostrą poświatą. Echo dźwięku kapci obijających się o podeszwy stóp wypełniało pomieszczenie. Wrzuciła pościel do bębna. Włączyła pierwszy program i ustawiła krzesło ciesząc się widokiem na pralkę. Ściany rozbłysya czerwoną łuną pożogi. Niezgrabnie usiadła po turecku na siedzisku i przyglądała się, jak bęben obraca się powoli. Jej głowa także powoli obracała myśli, a wszystkie emocje wnikały w nie jak woda w twarde sploty tkaniny. Raz w lewo, raz w prawo. Parę razy w lewo, parę razy w prawo. Jednostajny rytm wzbudzał trans i izolował od świata.

Pamiętała wczorajszy dzień, jak sen. Niby emocje zostały, ale nie był już tak intensywne. Miała żal i pretensję do wszystkiego, i wszystkich. Zwłaszcza do siebie. Myśli uciekały zostawiając brudne strzępy wrażeń, przeplatane emocjami. Zrezygnowanie przeszło w falę gniewu i złości, gdy bęben ruszył na pełnych obrotach.

— Czemu ja mam dać im satysfakcję. Jeśli umrę to będą mieli łatwiej.

Wirująca pralka trzęsła się cała, zrzucając z siebie na ziemię rozsypany proszek.

— Niech się męczą jeszcze ze mną.

Bęben spowolnił wyciszając otoczenie. Do głowy wpadło jej zdanie, które pasowało do tej chwili:

Życie to brudna dziwka — powiedziała na głos. Ściany odbiły jej głos wbijając zwielokrotnione zdanie w jej mózg.

Życie to brudna dziwka — powiedziała cicho, rozglądając się, czy nikt tego nie słyszał.

Zegar odliczał ostatnie minuty prania. Odejmowała sekundy razem z nią. Pralka zatrzymała się na chwilę, odsączając wodę. Aleks skupiła się na rozsypanym proszku. Zeszła z krzesła i zgarnęła białą kupkę do pudełka.

— Głupia jesteś, Amundsen. Taka głupia -zganiła się.

Wyłączyła pralkę i przyjrzała się uważnie praniu. Plamy pyszniły się na mokrej bieli.

— Taka głupia — powtórzyła zirytowana.

Do szuflady wsypała proszek i dodała wybielacz. Wstawiła ponownie i włączyła światło. Usiadła na krześle, opierając łokcie na kolanach, a dłońmi objęła głowę. Wstała ponownie. Podeszła do włącznika światła i ponownie zapanowała ciemność. Czerwony poblask wyświetlacza pralki wskazywał jej drogę do mebla. Zajęła ponownie tą samą pozycję, wsłuchując się w kojące dźwięki i wpatrując się w hipnotyzujące ruchy bębna. Dłonie oplatające głowę wzmocniły energię myśli.

Mam jedno rozwiązanie, albo pozostawić to jak było. Czy to alternatywa? Z tym, że trzeba przyjąć, że przy Kocie trzeba wyłączyć mózg. A Amundsen będzie próbować trzymać się zasad, które sama ustanowiła. Może kupię lody? Jakich zasad? Debilnych! By być z Kotem. Trzeba być debilem. Wytnę sobie pół mózgu i przestanę czytać?!

Wirująca pralka nie nadążała za wirem myśli. Ulotne, zwiewne, ciężkie, twarde, radosne, smutne. Rozbijały się na frakcje, rozkładając się na obrzeżach czaszki, zostawiając w środku puste miejsce na nowe.

Nie będę! — wymierzyła sobie siarczysty policzek.

Pralka głośnym piskiem oznajmiła, że zakończyła swoją pracę.

Najwyższy czas — powiedziała do migoczącego wyświetlacza. — Zmarzłam.

Wstała z krzesła rozprostowując zdrętwiałe nogi. Wyciągnęła pranie do kosza. Wyłączyła pralkę. Po ciemku weszła po schodach, prowadzona przez snop światła przeciskającego się przez szparę w drzwiach.

Tom leżał dalej na swoim miejscu, pilnując szynki przed muchami.

W ogrodzie rozwiesiła pranie, starannie przypatrując się strukturze materiału. Gorące sierpniowe słońce szybko wyciągało wilgoć z suszącej się tkaniny. Upał stawał się przyjemny, wśród resztek odparowującej wody. Lekki wiatr unosił świeże włókna myśli.

Sukienka frotte rozpaliła jej biodra do czerwoności. Weszła na piętro i ze swojej szafy wybrała odpowiednią sukienkę do adekwatną swojego stanu. Złapała się za podbrzusze przywołana ostrym bólem. Poczuła dyskomfort i założyła spodnie dresowe. Nie zawsze się ma to co się chce — burknęła pod nosem.

Przywołała psa i wyszła do sklepu uzupełnić niezbędne na dzisiejszy dzień zapasy: podpaski, czekoladę i lody.‎

— Dlaczego nie zjadłaś? — wirujący głos babci wołającej z kuchni, oderwał Aleks od książki.

Nie odpowiedziała jej. Zagrożenie było daleko. Spokojnie obróciła kartę i wróciła do lektury. Odgłos ciężkich kroków narastał. Klamka u drzwi się poruszyła. Nastka naparła ramieniem na skrzydło, lecz te ani nie drgnęły.

— Otwórz. Otwórz, proszę! — zawołała.

Al wstała powolnie i przekręciła klucz w zamku. Wskoczyła z powrotem na łóżko i wzięła przyjaciółkę do ręki.

— Dlaczego nie zjadłaś? — babcia ponowiła pytanie. — I dlaczego zamykasz się? Posprzątaj tutaj. No, jak dziecko!

Al spojrzała się na nią spod brwi. Pośliniła palca i spokojnie przełożyła kartkę.

Nastka rozejrzała się uważniej po pokoju. Dywan usłany był papierkami po cukierkach. Obok łóżka leżała nadgryziona czekolada. Na biurku zaś resztka roztopionych lodów w rodzinnym opakowaniu obok pudełka podpasek.

— Acha. To wszystko wyjaśnia.

Poprawiła na nosie okulary i odruchowo złapała się za krzyżyk.

— A czemu się zamykałaś?

— Bo tak! — wyrzuciła z całym impetem Al, tak niespodziewanie, że Nastka cofnęła się o krok. Nie kontynuowała rozmowy. Syknęła coś pod nosem o opętaniu przez demona i wycofała się do przedpokoju. Gdy schodziła na parter, drzwi zostały za nią z trzaskiem zamknięte, a klucz przekręcony.

— Aleks! Otwórz proszę. To ja, tata — powiedział ojciec, delikatnie pukając.

Nie słyszała go jak wchodził. Nie spodziewała się go jeszcze. Spojrzała na telefon. W sumie po kolacji to już mógł przyjść do domu. Otworzyła drzwi i stanęła na progu blokując wejście do swojego pokoju..

— Jesteś cały dzień w piżamie? — zdziwił się ojciec.

— Nie cały. I nie w piżamie, tylko w kigurumi — ręką zamachała w powietrzu w geście sarkastycznego zdziwienia, kiwając z niedowierzaniem głową, jak mógł nie odróżnić kigurumi od piżamy.

— Wpuścisz mnie? — zapytał i lekko pchnął drzwi, które trzymała Al. Nie ustąpiły.

— Tak.

— To musisz puścić skrzydło, zrobić krok w tył i takie tam.

— Acha. Nie domyśliłam się.

— Co tu masz za chlewik? — zawadiacko zapytał, ogarniając wzrokiem pokój.

— Bo tak! — powtórnie wyrzuciła z siebie Aleks.

— Eee, no spokój mi tu! Siadaj — słowa wypowiedział dosadnie tonem nie znoszącym sprzeciwu. — Mów mi co się dzieje!

Jego stanowczość przestraszyła ją. Usiadła karnie na łóżku, kładąc dłonie na udach, jak grzeczna dziewczynka.

— No mów — powiedział łagodniej.

— Mam okres — wypowiedziała nie patrząc się mu w oczy.

— Nie czerwień się mała. To naturalne.

Spojrzała na niego.

— Naturalnie. Ty też.

Chcąc ukryć swoje zażenowanie, ojciec zadał inne pytanie, z którym tak na prawdę przyszedł do córki.

— Chcesz na weekend jechać do mamy?

To pytanie zostało bez odpowiedzi, gdyż Aleks wybiegła z płaczem do łazienki.

— Kobiety — westchnął filozoficznie ojciec i zszedł na dół zjeść samotną kolację.

Świnki trzy

Nastka z impetem otworzyła drzwi do pracowni.

— Posprzątałabyś tutaj — rzuciła na dzień dobry.

— To mój pokój i mogę mieć tutaj bałagan twórczy.

— Nie nie możesz — podniosła do góry palec, by tym samym podnieść swój autorytet.

— Mogę. — Al obróciła się do niej plecami, by pokazać, gdzież to ona ma jej autorytet.

— Nie zachowuj się jak dziecko, jesteś już prawie dorosła!

Odpowiedziała jej cisza przerywana powolnymi pociągnięciami pędzla.

— Zrobię pierogi — babka użyła ostatecznego argumentu.

Al posłusznie odłożyła pędzel i zabrała się za porządki.

— Tak, właśnie — kobieta powiedziała zadowolona z siebie. — A potem pójdziemy do kościoła.

— Nie przeginaj — dziewczynka rzuciła przez zęby.

— Chyba się zapominasz, dziecko! — przywołała wnuczkę do porządku i by wzmocnić siłę przekazu, zamknęła drzwi za sobą z trzaskiem.

Nastka zeszła do kuchni. Al wyszła tylko na chwilę wynieść śmieci na podwórze spełniając swoją niewypowiedzianą obietnicę. Gdy wróciła do mieszkania w głowie wykiełkowała jej myśl: Zjem i idę na miasto.

Usiadły w kuchni, i w milczeniu jadły pierogi. Al dokończyła ostatni kęs, zapijając go resztką mleka.

— Zjadłam i idę na miasto — powiedziała, podając Nastce talerz.

— Nie zgadzam się — odpowiedziała jej babcia, wkładając naczynia do zlewu.

— Nie pytam cię o zgodę.

— Nie zachowuj się jak dorosła, jesteś jeszcze prawie dzieckiem!

— To się zdecyduj!

— Ja już podjęłam decyzję. Nie zgadzam się. Nigdzie nie idziesz.

— Zdecyduj się czy jestem dorosła, czy jestem dzieckiem.

— Ja… — kobieta zaczęła, kompletnie zbita z tropu.

— Już mnie nie ma.

— Powiem tacie! — pogroziła jej chochelką.

— Wiesz, że nie. Wrócę jak będę — odpowiedziała Al, zamykając za sobą drzwi.

Skręciła na osiedle, nie zastanawiając się jaki kierunek obrała.

— Znam cię — ktoś krzyknął.

Al rozejrzała się. W jej kierunku szła wysoka dziewczyna, ubrana w białe spodnie i koszulkę z wielkim logo luksusowej marki. Odrzuciła niedopałek papierosa i poprawiła swoje blond włosy na których pyszniły się resztki fioletowej płukanki.

— Znam cię — powtórzyła będąc dwa kroki od Aleks.

— Mnie?

— Jesteś ta od tego wysokiego co nie dał ognia.

— My nie palimy.

— To trza było powiedzieć, a nie spylać. Right?

— Śpieszyliśmy się z tatusiem do domu.

— Z tatusiem? Hę? — zapytała rozbawiona, nie oczekując odpowiedzi. — Co tutaj robisz?

— Przyjechałam na wakacje.

— Do takiej dziury na wakacje? Wyglądasz na nażartą kasą.

— Nażartą?

— No, masz kasę. Right?

— Mam trochę — wyznała zaskoczona pytaniem.

— To będziesz fit in do nas. My się z byle kim nie spotykamy.

— Tak?

— Chodź poznać girlsy. Ja jestem Moja.

— To niespotykanie imię — zachwyciła się Al.

— Imię-srymię. Ksywka, bejbe. Ksywka. My nie używamy imion, to takie pospolite. A ty?

— Aleks.

— Jak chłopak. To ksywka, czy imię?

— Imię.

— Dali ci męskie imię? That’s odd.

— Nie. Aleksandra. Ale wolę jak mówią na mnie Aleks, albo Al.

— Okey, okey. Bo się pogubię. To Maja — przedstawiła dziewczynę z czerwonymi włosami siedzącą na huśtawce dla dzieci.

— To ja! — podniosła rękę i pomachała do Al.

— A to Mija — wskazała na brunetkę z zielonymi pasemkami.

Mija popatrzyła się na Al i ani nie poruszyła się, ani nie odezwała.

— Moja, Mija, Maja — powtórzyła imiona Al kłaniając się każdej z osobna. — Miło was poznać.

Dziewczyny wybuchnęły śmiechem rozbawione jej grzecznością.

— Witaj w gangu, sister.

— Jeszcze nie sis — powiedziała Mija.

— E stonuj, sis. Może poznajmy się lepiej i ona zdecyduje? Right? — Moja za plecami Al potarła palcami jakby liczyła kasę.

— No, jaha. Siadaj przy mnie — radośnie powiedziała Maja, jakby przełamała właśnie pierwsze lody.

— Jak nazywają wasz gang?

— Świnki — rzuciła Maja i od razu zasłoniła sobie usta.

— Maja. Shut up. Zawsze musisz paplać. Nie o to jej chodziło.

— No co? Przecież tak nas nazywają.

— Ona nie musi tego wiedzieć — Mija rzuciła jej karcące spojrzenie.

— Dlaczego nazywają was świnki? — pociągnęła temat Al.

— Bo przesiadujemy wieczorami na klatce schodowej — wyjaśniła Moja.

— I co ma to wspólnego ze świnkami?

— Hahaha. Głupia jesteś. Świnki robią chlew! Syf. Dirty girls! Hi five Mija!

— Nie próbowali was przegonić?

— Próbowali. Jeden złapał mnie za ramię i wezwał policję.

— I nie mieliście kłopotów? — zdziwiła się Al.

— My? — zapytały wszystkie na raz.

Moja przybliżyła się do ucha Al i szepnęła:

— Za molestowanie idzie się do paki — Sisterhood! — zaintonowała.

— Rules! — odkrzyknęły odzew.

— Co lubisz robić? — zapytała Maja przysiadając się bliżej do Al.

— Czytać — odparła dość lakonicznie.

— Nie ogarniam ludzi, którzy czytają książki. Przeczytają jedną albo dwie i wydaje im się, że są jacyś lepsi. Bo książka. Psszestaań…

— A ja nie lubię ludzi, którzy oglądają telewizję i mówią, że edukacyjna — włączyła się Moja.

— No. Słabe. Albo ci co w Internecie siedzą i blogują. O wszystkim wiedzą — dodała Maja.

— Uhm. Ale Internet to skarbnica wiedzy — Al nie do końca się zgodziła z koleżanką.

— No. Puść filmiki z kotami, Moja…

Mija włączyła się do rozmowy znudzona podrzucaniem piasku.

— Umiesz grać w nożyce i papier?

— Jasne — potwierdziła Al.

— To dawaj. Na trzy. Raz dwa trzy.

Aleks złożyła pięść pokazując kamień. Spojrzała na dłoń Miji.

— Wiertarka — Mija wystawiła środkowy palec. — Wygrałam. Słaba jesteś.

Dziewczyny wybuchnęły gromkim śmiechem.

— Wiertarka. Ha ha — dobre. — Widziałaś jej minę?

Al nie czuła się komfortowo w tej sytuacji. Wstała i otrzepała spodnie z piasku.

— No nie ciskaj się. Taki joke — Moja usadziła Al z powrotem na miejscu. — Taka sytuacja, czaisz?

— Czaję — potwierdziła.

— A ja czytam gazety — wyznała nieoczekiwanie Mija.

— Jakie? — zainteresowała się Al.

— No jakie? Będzie polewka? — ponagliła ją Maja, szukając tematu do żartu.

— O piosenkarzach i aktorach.

— Wycinasz sobie ich i wieszasz nad łóżkiem — wybuchnęła śmiechem Mija, ale szybko przestała się śmiać, gdy zorientowała się, że jest jedyną, którą bawi jej żart.

— Lubię takie kolorowe gazety opisujące ich życie — doprecyzowała Maja.

— A wiecie, że to są pisma typu: tego nie będziesz miała, tych ludzi nie spotkasz, w tych miejscach nie będziesz nigdy w życiu? — zapytała Al.

— Gupia jesteś. Jak będziemy sławne, to będziesz o nas czytać — odparła zirytowana Moja, biorąc w obronę Maję.

— Sądzicie, że sławę zdobywa się z dnia na dzień? — kontynuowała temat Al przesypując piasek z kupki na kupkę.

— No! Idziesz na casting i wygrywasz miejsce w serialu. Tak to działa Mija i Maja? Right?

— Na ten casting to przychodzi z pierdylion ludzi — zaoponowała Maja.

— Nie takich jak my!

Moja wstała by zaprezentować swoją sylwetkę.

— Z takim tyłkiem to Hollywood, bebe, nasze!

— Tyłkiem? — Al nie kryła zdziwienia.

— Jesteś brzydalem Ginger. Wykonam wyrok. Trzsy… In your face.

Moja naciągnęła środkowy palec i uderzyła nim Aleks w czoło. Al zerwała się na równe nogi.

— No co ty! Zluzuj. To tylko zabawa! — uspokajała ją Moja.

— Nie bije się!

— Ja ci rozkmniłam tylko malinę na czole, a ty dałeś focha wszech czasów! Ogarnij się sis.

Al schyliła się i zrobiła dokładnie Moji to co przed chwilą otrzymała.

Moja wstała i popchała Al.

— E… Smrodku… — Moja przybrała pozycję do walki.

Pomiędzy dziewczyny weszła Mija.

— Spokojnie sis. Nie może być tak, że ty ją bijesz, a jak ona cię bije to jest foch. Idź do kąta. Wiesz, że mam więcej malin. A ty masz czystą twarz?

— He? — zapytała Moja, nie widząc znaku liczenia pieniędzy.

— Chill out Moja. Chill out — mówiła Mija i ponownie na wysokości piersi potarła kciukiem o palec wskazujący.

— You sucks — powiedziała Moja.

— You suck — odpowiedziała Al.

— Ja? Chyba cię popie… — nie dokończyła słowa spacyfikowana przez Miję tym samym gestem.

— Nie! Nie mówi się w drugiej osobie z s na końcu.

Mija bezdźwięcznie powiedziała w stronę Moji: — Żarty oj-ciec, kaaaasa!

Moja rzuciła:

— Easy. Me calm down me know it — i odwróciła się z powrotem do Al.

— Ty chyba nie znasz slangu ulicy, bebe — stonowała Moja. — Thug life bebe. Ok. Go on.

Moja podeszła do Aleks i przytuliła ją. Al stała jak słup soli nie rozumiejąc sytuacji.

— Nie ma co się spinać. Się nie znamy. Się poznamy. Drobna spina. No fight no bad feelings. Right?

Moja podsunęła Al pod nos paczkę z papierosami: — Palisz?

— Nie.

— Może zaczniesz — powiedziała Moja, zaciągając się głęboko dymem.

— A właściwie jak macie na imiona?

— W gangu nie ma imion. Używa się ksywek — Mija pośpieszyła z wytłumaczeniem.

— Ale wy znacie moje — zaoponowała Al.

— Jak będziesz z nami, to też będziesz miała ksywę.

— Jaką?

— Na przykład…

— Musi być na M.

— Dzięki Moja. Na przykład Mariola.

— Mori. To pasuje. Albo Alina — roześmiała się. — Right dziewczyny? — zachęciła je do sztucznego śmiechu. — Prawda?!

Roześmiały się na rozkaz nieszczerze.

— E, no. Jak mamy się bawić to wszyscy razem. Czemu się nie śmiałaś?

Wzrok Miji mówił, że lepiej się nie odzywać.

Resztę dnia spędziły siedząc na drabinkach, obczajając przechodzących ludzi i jedząc słonecznik. Gdy się skończył, rozeszły się do okolicznych domów na kolację.

Aleks otworzyła drzwi i zaczęła przy wejściu wycierać buty.

— Gdzie się włóczyłaś? Możesz mi powiedzieć, dziecko moje? — zapytała Nastka kierując się z kuchni na korytarz.

— To tu, to tam. Jakbym była dorosła, to narysowałabym ci mapę…

— Ty gówniarzu — rzuciła w zapamiętaniu babka, ruszając do niej ze ścierką.

Al nie czekała na rozwój sytuacji. Wybiegła z domu trzaskając cięzkimi drzwiami. Wsiadła na rower i pełnym pędem ruszyła z góry. Wkładała w pedały tyle siły, ile tylko w sobie miała. Patrzyła tuż przed kierownicę, widząc jak asfalt ucieka jej spod kół. Podniosła głowę i szybko oceniła, że nie zdoła się zatrzymać przed stojącymi przed nią autami. Nacisnęła na pedały i dźwignię blokując z piskiem oba koła. Prawie tracąc równowagę, udało się jej ominąć o centymetry bok zaparkowanego na ulicy auta. Wyrównała tor jazdy i obróciła głowę, aby zobaczyć co za idiota zatrzymuje się na środku drogi. Tuż przed zderzeniem zdąrzyła zobaczyć niebieski kształ. Przednie koło roweru wbiło się w stojący na poboczu radiowóz. Upadła na maskę, a następnie stoczyła się na chodnik.

— Nic ci się nie stało? — zapytał policjant z troską w głosie wyciągając dłoń by ją podnieść.

Siedziała na ziemi i patrzyła w oczy najprzystojniejszego gliny jakiego kiedykolwiek widziała.

— Nic — wybąkała, rozmasowując kolano.

Podał jej dłoń i podniósł do góry.

— Będzie mandat? — zapytała ciągle przestraszona sytuacją.

— Musiałbym nałożyć też na siebie. Nie włączyłem koguta, a stanąłem na zakazie. Mogłaś mnie nie zauważyć.

— Tak?

Policjant wyciągnął portfel i podał Al dwa banknoty.

— Powinno starczyć na naprawę.

— Tak?

— Tak.

— A jaką?

— Ty się nie uderzyłaś w głowę?

— Nie — patrzyła mu prosto w oczy oczarowana magią władzy.

— Masz zniszczone przednie koło. Będziesz musiała kupić nowe.

— Tak?

— Może jednak pojedziemy na pogotowie?

— Nie — odpowiedziała przeciągle. Nie — powtórzyła krótko.

— Daleko masz do domu?

— Nie. Tam na górce — wskazała na dom za blokiem. — Poradzę sobie.

— Amundsen?

— Tak.

— Córka, czy siostra?

— Siostra? Czy wszyscy tutaj znają Amundsenów?

— To małe miasteczko. Nie wiedziałem, że ma siostrę.

— A córkę?

— A ma?

— To ja już może sobie pójdę.

— Noś kask i jeździj ostrożnie. Nie chcę by mój przyjaciel cię grzebał — poradził jej na pożegnanie.

Podniosła rower na tylne koło i prowadząc go niepewnie ruszyła pod górę. Rower schowała do garażu przykrywając przednie koło płachtą. Się naprawi. Wszakże lepsze zderzenie z radiowozem i wgniecenie na kole, niż przejechanie przez ciężarówkę i chowanie resztek przyjaciela w śmietniku.

Dwa razy to ta sama woda

Od pierwszego spojrzenia, babcia i wnuczka patrzyły na siebie wilkiem. Nastka przygotowała śniadanie pod siebie, serwując biała kiełbasę.

— Nie zjem tego — powiedziała Al, odsuwając talerz.

— Nawet nie wiesz co to jest — Nastka przysunęła jej talerz pomiędzy sztućce.

— Nie zjem tego i już.

— Aleks, spróbuj tego zanim powiesz nie.

— A co będę za to miała?

— Nowe doznania.

Al odkroiła mały kawałeczek i z obrzydzeniem włożyła do buzi.

— Nie dobre — odsunęła talerz.

— To nie jedz — powiedziała babcia, przekładając jej kiełbaskę na swój talerz. — I tak wyglądasz grubo.

Al rzuciła jej nienawistne spojrzenie.

— To moje — rzuciła zabierając kiełbaskę z talerza.

— Jednak się zdecydowałaś?

Al wstała od stołu i skierowała się do wyjścia. Teatralnym gestem wrzuciła kiełbasę do miski psa.

Tom podbiegł zaciekawiony, lecz nie ruszył jedzenia.

— Nawet psu nie smakuje.

— Idź do siebie.

— Ty też.

Al wbiegła do swojej pracowni. Wyciągnęła telefon i sprawdziła portal. Pierdylion zdjęć z wakacji. Szczęśliwych ludzi w pięknych miejscach robiących rzeczy o których mogła pomarzyć.

Jak to było? — burknęła pod nosem. — Tego nie będziesz miała, tych ludzi nie spotkasz, w tych miejscach nie będziesz nigdy w życiu. Moje życie jest do bani!

Chciała odłożyć telefon i sięgnąć po pędzle, lecz poczuła wibrację. Odczytała wiadomość:

„Wiem ze nie odbierasz ale ja czuje się taki samotny”

„A pies ci zdechl?” — odpisała natychmiast.

„Nie mam psa”

„To sobie kup. Bedzie mial ci kto morde lizac”

To skutecznie pownnobyło zakończyło rozmowę. Tak jej się wydawało. Pamiętała te wyrażenie od mamy. I do dziś pamiętała, że bolało.

„Jak wrucisz do mnie, to se kupie”

Przez chwilę ważyła w myślach, co odpisać i jak ubrać myśli w słowa, by wysłać zabójczo ciętą ripostę.

„Wal sie” — odpisała i odłożyła telefon.

Przygotowała tubki z farbami i zaczęła je nakładać na paletę. Telefon wibrował przez dłuższą chwilę.

No nie. Nie ty — fuknęła pod nosem

Po chwili wahania zdecydowała się odebrać.

— Po co dzwonisz? — spytała agresywnie.

— Mam ci coś do powiedzenia — Kot był przymilny jak zawsze, kiedy czegoś potrzebował.

— Powiedziałeś już wszystko.

— Coś innego.

— A mianowicie?

— Kocham cię? — nie było to stwierdzenie, a raczej intonacja wskazywała na pytanie.

— I już?

— Tak. A ty?

— Mam innego chłopaka — wymyśliła na poczekaniu odpowiedź, gdy przypomniała sobie słodko-groźną twarz policjanta.

— A ja inną dziewczynę — próbował się odgryźć.

Rozłączyła rozmowę. Nie było sensu dalej dyskutować. Odłożyła telefon i wróciła do przygotowywania farb. W domu rozległ się głos dzwonka. Ktoś był przy drzwiach. Zignorowała go całkowicie licząc, że babcia otworzy. Dzwonek dźwięczał natarczywie. Odłożyła paletę. Zeszła na dół wycierając po drodze ręce. Otworzyła drzwi z wyrazem irytacji na twarzy.

— O, coś nie w sosie? — zapytał Sam wchodząc bez zaproszenia.

— Bo wszyscy mnie wnerwiają! — rzuciła ścierką o ziemię.

— Ooo! Jest źle. Poprawić ci humor?

— Jak?

— Masz. Zrobi ci się weselej.

Dziewczynka popatrzyła na otwartą dłoń na której leżał woreczek z białymi podłużnymi tabletkami.

— Tik taki? — zapytała udając naiwną.

— Taaak. Taki — roześmiał się Sam. — Poprawiają nastrój.

— Nie chcę.

— Aleks, spróbuj tego zanim powiesz nie.

— A co z tego będę miała?

— Hahaha. Ja ci coś daję, a ty coś jeszcze z tego chcesz mieć?

— Przepraszam.

— Ja się nie gniewam. Buziak załatwi sprawę.

— Buziak?

— Tylko jedną na raz. Bo inaczej będziesz fruwać — zmienił temat uciekając wzrokiem w dal. — Widzisz, lubię ciebie. Dla ciebie zrobię wszystko. Przecież jesteśmy przyjaciółmi. Jesteśmy?

— Taaak — Aleks starała się naśladować intonację piskliwego głosu Sama. — Tak Sam. Jesteśmy. Lubię cię.

— Masz, schowaj — zamknął jej dłoń swoimi dłońmi.

— To nie są narkotyki? — zapytała na wszelki wypadek, pamiętając pogadanki ze szkoły.

— A gdzie tam narkotyki. Tik taki. No chyba nie wygląda jak landrynki z relanium?

— Zawsze nas przestrzegają, by nie brać narkotyków.

— Ile razy mam ci powtarzać, że to tik taki — mrugnął do niej porozumiewawczo.

— Nudzę się dzisiaj.

— Aj! Źle. A może pójdziemy na górę nad ogródkami i się zrelaksujesz?

— Może nie dzisiaj. Zaraz przyjdzie babcia.

— To zadzwoń po mnie jak jej nie będzie. To mój numer. Czekaj. Zostawię sobie trochę — Sam z zawiniątka wyciągną trzy tabletki i schował do kieszonki na piersi. — No daj buzi i uciekaj.

Cmoknęła go w policzek z rozpędu opierając się na jednej nodze, gotowa do dalszej drogi. Naśladując Sama wsadziła woreczek go do kieszeni na piersi. Al chciała się odwrócić, ciągle stojąc na jednej nodze, ale Sam złapał ją za rękę i przyciągnął ponownie do siebie. Położył rękę na piersi i powiedział:

— Tutaj są bezpieczne. Dobry wybór.

Odchodząc pozostał jej na twarzy niesmak tej całej sytuacji z łapaniem za cycki. Przyjaciele tak nie robią — pomyślała. Chyba. Nie miałam przyjaciela.

Wróciła do malowania, ale szło jej opornie. Co jakiś czas z różnych numerów dostawała wiadomości:

„Czekam na cb”, „Siedzisz mi w glowie”.

Ignorowała je zupełnie, mając nadzieję, że w końcu mu się znudzi. Po paru godzinach nie wytrzymała i odpisała:

„Koty są falszywe. Zycie jest za krotkie, by otaczac sie idiotami”

Dostała natychmiast zwrotną wiadomość:

„Dlatego xxx KC”

Odpisała, ze złością stukając w telefon:

Przesłała zaraz kolejego smsa:

„#idonotcare #nolife #obojetny”

Po chwili przyszło do niej kilka kolejnych wiadomości zapewniających, że on dalej ją „kc”. Nie odpowiedziała na żadną z nich. Temat ten uznała za zakończony. Zablokowała wszystkie numery, z których korzystał.

Pejzaż wyszedł nędzny. Tak sądziła do momentu, kiedy zamiast złożenia podpisu wylała na niego rozpuszczalnik. Gdy uformowały się zacieki, odeszła na koniec pokoju i przyglądała się swojemu dziełu z rosnącym uznaniem. Niebo płakało szerokimi bruzdami. Nawet ojciec nie mógł temu zaradzić.

Wyproszenie

Z porannych pieleszy wygoniło ją ujadanie psa. Zbiegła do salonu i przystanęła za ojcem. Stał z poranną kawą przypatrując się zamieszaniu w salonie.

— Co jest? Czemu Tom szczeka? — zapytała, przecierając jeszcze oczy.

Bez słowa odsunął się na bok, aby Aleks mogła zobaczyć przyczynę zamieszania. Na fotelu siedział łysy kot, bez skrępowania czyszcząc sobie skórę. Wokół biegał Tom obszczekując go. Gdy się zbliżył za mocno do fotela, kot fukał i nastawiał groźnie łapę wyciągając pazury.

— Mamy kota? — zapytała taty. — Od kiedy?

— To nie kot. To szczur. Koty mają sierść. Zaraz się pozbędę szkodnika.

Agaton złapał kota za skórę na karku i bez pardonu wyrzucił go za drzwi do ogrodu. Tom wybiegł za kotem zapędzając go na jabłonkę.

— Późno wróciłeś — rzekła z wyrzutem do ojca.

— Czasem trzeba pracować — mówił obserwując szczekającego psa.

— Mogłeś wejść do mnie.

— Myślałem, że śpisz.

— Nie mogłam spać. Śniły mi się jakieś dziwne rzeczy.

— Cześć mamo — przywitał Agaton wchodzącą Nastkę.

— Hej, synku,

Agaton nie zwrócił uwagi, że babcia z wnuczką nie przywitały się mijając w korytarzu.

— Co będziemy robić na weekend? — Al przytuliła się przymilnie do taty?

— My? — zapytał udając zdziwienie.

— A kto?

— Wy jedziecie na wieś — powiedział między jednym a drugim łykiem kawy.

— Wy?

— Ty i Nastka.

— A ty?

— Ja sobie od was odpocznę.

— Jakbyś miał po czym.

— No chyba sobie żartujesz!

— Klaudyna przyjeżdża?

— Tak.

— Wszytko rozumiem. — Idąc do kuchni rzuciła na odchodne za siebie. — Ojciec powiedział, że mam jechać z tobą.

— Pierwsze słyszę. A po drugie mówi się: tato — sprostowała ją babka

— A jaka jest różnica?

— Ojciec jest w papierach, tata jest w sercu — wytłumaczyła najkrócej jak potrafiła.

— Ojciec powiedział, że mam jechać z tobą, bo Klaudyna przyjeżdża.

— Tata — sprostowała Nastka.

— Oj-ciec — Al podzieliła wyraz na sylaby tak dla pewności zrozumienia.

Dźwięk drugiej sylaby zgłuszył odgłos rozbijanej filiżanki. Ojciec trzymając puste ręce w powietrzu popatrzył na córkę z wyrzutem. Chciał coś jeszcze powiedzieć. Zamiast tego zrobił obrócił się na pięcie i wyszedł, chowając w rękaw wilgotne oczy.

— Zadowolona? — Nastka zapytała wnuczkę z wyrzutem.

— Tak! Mam zmarnowane przez was wakacje!

— Nie ty jedna — odpowiedziała zrezygnowanym głosem.

Aleks wiedziała, że zrobiła źle i było jej bardzo przykro. Pobiegła na podjazd złapać tatę, lecz ten już odjechał. Wbiegła na górę i schowała się w łóżku. Próbowała zadzwonić do niego, lecz miał ciągle zajęte. Sprawa została zawieszona do wieczora.

Usiadła przy biurku. Wyciągnęła swój dziennik i uzupełniła wpisy za ostatni tydzień. Zaczęła od zdania:

„Klaudyna ukradła mi ojca, jak ciotka matkę…”

Poranny aperitif

Al zakręciła się przed domem, pokazując Tomowi swoją sukienkę.

— Ładna — stwierdziła — wiem, że ci się też podoba.

Tom widząc walizki czuł, że zostanie sam. Usiadł przed panią i wielkimi oczami starał się zachęcić, by zabrała go ze sobą.

— Oj, braciszku. Ty zostajesz. Wiesz, że z chęcią bym się z tobą zamieniła. Możesz jechać z babcią ja zostanę, psinko ty moja, mordunio…

Tom demonstracyjnie odszedł w cień kładąc się na swoim kurczaku.

— Kto to? — zapytała Aleks, stojąc przed wielkim samochodem, który podjechał pod ich dom z piskiem opon.

— To Zenek — powiedziała Nastka, uśmiechając się zalotnie do kierowcy i machając mu ręką na przywitanie.

— Nie mogliśmy jak ludzie pojechać autobusem? — zapytała Al, patrząc na człowieka o ostrych rysach, wyglądającego bardziej na Bobiczachę albo Killera, niż na Zenka.

— Damy się…

— Wiem, wiem — przerwała jej Al.

Zenek wysiadł ze swojej czarnej podrasowanej bestii, szarmancko otwierając paniom drzwi. Nastka wsiadła zgrabnie do auta. Al stała jeszcze chwilę kompilując to zdarzenie.

— Na prawdę? — Al splotła ręce i pochyliła się do wnętrza samochodu. — Nie mogłyśmy pojechać same?

— Na wesele bez partnera? Zenek jest taki uroczy.

— Na wesele? To grubo — potrzebowała chwili na zebranie myśli. — Po pierwsze kogo wesele. Po drugie, a ja? A po trzecie nie mam w co się ubrać.

Zenek zajął się bagażami pakując je do bagażnika. Z torbą Al poszłomu gładko. Przy walizce Nastki szpetnie zaklął, przy drugiej próbie podniesienia jej.

— Och, Zenku! — wykrzyknęła Nastka

Spojrzał na nie przez tylną, ponad otwartym bagażnikiem, ale nic nie zobaczył. Ułożył bagaże i z dużą siłą zamkną klapę.

— No to mamy gotowość, Nastulo! — zameldował wykonanie zadania.

— Ej, kawalerze. Albo Nastko, albo Anastazjo. W żadnym wypadku nie życzę sobie jakieś Nastuli. Czy ja wyglądam jak krowa? — Nastka wypowiadała słowa z taką emfazą, że Zenek kurczył się z sekundy na sekundę. — A teraz jedź. Nie mamy całego dnia.

Mężczyzna uśmiechnął się niezgrabnie i ruszył z pod domu, z piskiem opon, jednocześnie wymuszając pierwszeństwo. Ominął szybkim ruchem kierownicy jadącego rowerzystę. Pasażerki w wozie trzymały się czego tylko dało. Gwałtownie zahamował przed skrzyżowaniem, powodując zniszczenie fryzur wiezionych niewiast. Al momentalnie zapięła pasy, a Nastka torebką lekko uderzyła Zenka.

— Nie wieziesz kartofli. Szpanować będziesz wieczorem!

— Nastka! — z oburzeniem w głosie powiedział Zenek. — Dzieci przecie tutaj są.

— Oj jedź już, Zenuś. Tylko delikatnie. Damy lubią delikatnie, a wieziesz prawdziwe damy.

— Damy czy nie damy, to się przekonamy — skwitował Zenek. — A jak nie damy…

— Zenobi! — zaprotestowała babka. — Chyba nie chcesz tego kończyć?

Spojrzał na nią zaczepnie. Kobieta wydęła usteczka w udawanym niesmaku.

Al już wiedziała, że zapowiada się ciężka podróż. Wyciągnęła książkę, założyła słuchawki i na dwie godziny odizolowała się od całuśnej pary. Znała tę trasę na pamięć, więc nie musiała kontrolować drogi. Co jakiś czas odrywała się od lektury, by sprawdzić gdzie są. Następnie znów przenosiła się do alternatywnej rzeczywistości jadąc „Autostopem przez galaktykę”.

Zgubiła się czytając w jakimś galaktycznym urzędzie na Alfa Centauri, gdy zorientowała się, że za oknem krajobraz przestał być znajomym.

— A właściwie to gdzie my jedziemy? — zapytała zdziwiona, gdyż Wieś została dawno za nimi. Poza tym, jak można nazywać miasto „Wieś”, a wioskę dalej „Nowa Wieś”.

— Na wieś — powiedzieli zgodnie Zenek i Nastka.

Al poszperała w telefonie.

— Internety mówią, że następna Wieś jest koło Wielkiej Wsi i stamtąd już niedaleko do morza.

Nastka i Zenek obrócili się równocześnie mając wielkie znaki zapytania zamiast oczu.

— Ty patrz na drogę — babka skarciła kierowcę. — Na wieś. Nie do Wsi. Jedziemy do Czarnuszki.

Aleks znad telefonu wyrzuciła z siebie skromne:

— Acha. I zajęła się poszukiwaniem informacji o miejscu docelowym. Patrzyła z niedowierzaniem w telefon.

— Ale tam są tylko trzy domy! Nawet nie ma ulicy!

— Nie marudź. Spodoba ci się. Ja tam mieszkam ze sto lat i ciągle nie chce mi się nigdzie indziej wyjechać — Zenek mówiąc to, spozierał w lusterko na tylne siedzenie. Al zsunęła się na fotelu i wyszła poza jego zakres widzenia.

Po przejechaniu kilku kilometrów krętą drogą, zatrzymali się na małym parkingu.

— Teraz idziemy. Nie wjedziemy na górę.

— To znaczy mamy iść? — zapytała z niedowierzaniem Nasta. — Pod górę?

— No — odparł lakonicznie Zenek.

— Damy nie chodzą. Damy się wożą — Aleks uprzedziła babcię.

— Właśnie — potwierdziła. — Właśnie.

— No chyba sobie żartujecie? — zapytał Zenek, mając ciągle nadzieję, że to żart. — To tylko pięć kilometrów do góry.

— I wszyscy goście weselni też tam będą szli? — Al otworzyła ze zdziwienia szeroko oczy.

— Nie. Wesele jest na dole. Ja mieszkam na górze — wytłumaczył zwięźle.

— Czyli jutro znów pięć kilometrów mamy iść? — z niedowierzaniem bąknęła babka. — Nie było tego w planach.

— Mówiłem, że zabiorą nas nasi znajomi — wyjaśnił. — Autem się nie da się z tej strony do nich dojechać. Taki krajobraz.

Kobiety popatrzyły się na siebie, rozwierając szeroko oczy.

— Ja tam mogę iść. Mam płaskie buty. Ale babcia? W szpilkach? — pośpieszyła z pomocą. — Nie sądzę.

Nastka dla podniesienia powagi sytuacji, wyciągnęła delikatnie zgrabną nogę, na której pyszniły się filigranowe, czerwone szpileczki. Zenek spojrzał jak wygłodniały wilk i podniósł dłoń, by ich dotknąć. Nastka zatrzymała jego palce w powietrzu i przytknęła do swoich ust.

Al z boku obserwowała dziwną zmianę zachodzącą w mężczyźnie. Na początku skupiona twarz górala, który widział wszystko, pod wpływem uroku kobiety przeistaczał się w pieska pokojowego czekającego na najmniejszy dotyk swojej pani. Nastka położyła nogę na jego udzie.

— Na prawdę chcesz, bym zniszczyła sobie nogi?

Pozwoliła mu dotknąć łydki. Objął ją swoją wielką dłonią jak, nóżkę motyla. Oblizał wargi. Nastka zabrała zgrabną kończynę i pochyliła się ku niemu eksponując głęboki dekolt.

— Na prawdę? Zenuś?

Twarz zuroczonego nabrała intensywnych kolorów, jakby wypił na raz termos kawy.

— Sąsiad ma konie… — zaczął, lecz nie mógł się skupić na niczym innym niż mała bruzda pomiędzy dwoma kawałkami skóry i tłuszczu.

— Dobrze kombinujesz, skarbie…

— I ma bryczkę. To ja do niego zadzwonię.

Zenek wyskoczył na zewnątrz samochodu i wziął głęboki wdech oraz zrobił parę skłonów, żeby się uspokoić.

— Babciu, a co ty mu zrobiłaś? — zapytała Al, nie do końca rozumiejąc sytuację.

— To jest seksapil.

— Seksapil?

— Bitch look?

— Babciu, skąd znasz takie słowa.

— Przecież wiesz, że jestem nowoczesną babcią.

— Bywasz — podsumowała Nastkę jednym słowem Al, przypominając sobie ostatnie tygodnie.

— Zluzuj młoda. Zluzuj.

— Ja…

— Mamy transport — przerwał jej Zenek, wtykając głowę w okno. — Mamy szczęście Hirek jedzie sklepu, więc nas po drodze zabierze.

Nastka wypięła się z pasów i jak kocica przeszła pomiędzy przednimi fotelami i ucałowała Zenka w usta. Dla pewności trwałości efektu, przejechała kciukiem po jego wargach kokieteryjnie zmazując resztki wyimaginowanej szminki.

— A fe — wyrwało się Aleks.

— Zaraz wrócimy. Idziemy przyjrzeć się tamtej… — powiedział Zenek wyciągając za sobą Nastkę z samochodu. — No tej…

— Czereśni — dokończyła Nastka. — Tamtej za górką. Daj głuchego jak przyjadą

Aleks włożyła słuchawki do uszu i jak android celebrowała swą depresję.

Z zaczytania wyrwało ją stukanie w szybę. Dawno nie widziała tak pięknego człowieka. Blond włosy lśniły wokół pięknej twarzy o ostrych rysach. Malinowe usta posłały jej uśmiech. Al zaczerwieniła się.

— Hej, mała — przywitała się kobieta. — Zamawiałaś transport? Jesteś z Zenkiem?

Al wcisnęła przycisk i opuściła szybę otwierając, jednocześnie drzwi. Kobieta oparła się całym ciężarem na rękach przytrzymując odrzwia samochodu.

— Tak — spuściła wzrok, gdy napotkała dwa niebieskie diamenty świdrujące jej oczy.

— Jestem Marietta. Zenek dzwonił, żeby was zabrać na górę. A gdzie Zenek?

— Poszli oglądać czereśnie. Jestem Aleks.

— Jakie czereśnie? To są góry. Tu nie ma czereśni — zdziwienie było tak głębokie, że Al sama zwątpiła w prawdziwość jej słów.

— Zadzwonię po nich.

Z zarośli wyszła podekscytowana para.

— To gdzie moja dorożka, mój rycerzu? — zapytała Nastka, pochylając się, aby wyczyścić z trawy szpilki.

— Przed nami, moja pani — wczuł się w rolę Zenek. Cześć Mari!

— Hejka. Będę waszym osłem ha ha ha — roześmiała się perliście.

Nastka nie zdążyła ani przywitać się, ani przedstawić, gdy zdziwienie odebrało jej mowę. Przed nimi stał przepiękny, czerwony traktor z mniej estetyczną czerwoną, wysoką przyczepą na siano.

— Że ja mam jechać tym? — zapytała, kręcąc w niedowierzaniu głową i rozkładając ręce.

— Może pani zawsze iść — poirytowała się Marietta.

— Dziecko, popatrz na mnie. Na sianie, to ja się wygniotę — gestem dłoni wskazała na swoją czerwoną sukienkę.

— Była pani czereśnie oglądać i się nie wygniotła. Jedziemy?

Wzrok Nastki mówił wszystko. Mari wzruszyła tylko ramionami i stanęła obok traktora, obgryzając źdźbło trawy.

Zenek wyciągnął bagaże i umieścił ją na przyczepie. Wrócił by pozamykać samochód i zabrać ze sobą przywiezione damy. Podsadził Al, która z przyjemnością rzuciła się na kupę siana, moszcząc sobie wygodne siedzenie. Wrócił po Nastkę i podał jej dłoń.

— Ty na prawdę myślisz, że ja tam? — Nastka była zniesmaczona, poirytowana, a jednocześnie miała nadzieję, że to tylko żart.

— Nie — odpowiedział lakonicznie, jak to w jego zwyczaju bywało.

— No już myślałam, że to kiepski żart.

— To nie jest żart — mówił ciągnąć ją za rękę w stronę traktora. — Kolor masz odpowiedni. Wsiadaj — powiedział podsadzając kobietę do kabiny traktora.

Nastka w czerwonych szpilkach, w czerwonej sukience i czerwona na twarzy ze złości, wspięła się po metalowych schodkach, zajmując siedzenie za kierowcą. Zenek wspiął się na burtę, podciągnął i jednym susem wylądował na sianie obok Al.

Al spontanicznie podniosła rękę i przybiła z Zenkiem piątkę. Mari odpaliła silnik i w smudze czarnego dymu zaczęli się wspinać polną drogą.

Nierytmiczne podskoki przyczepy przywoływały na myśl kolejkę górską. Trzymała się jedną ręką orurowania burty, a drugą podniosła do góry, komentując każdy większy wybój głośnym:

— Jeeeej!

Traktor wydał z siebie ostatni głośny ryk, wyrzucając kłęby czarnego dymu zatrzymując się w miejscu. Dołączona do niego przyczepa szczęknęła głucho. W kierunku pojazdu podeszły dwie pary przywitać się z gośćmi.

Al zeskoczyła z przyczepy. Odeszła parę kroków i rozejrzała się po okolicy. Tak jak internety mówiły. Trzy domy i koniec świata. Cudowny koniec świata. W każdą stronę zieleń lasów, układające się łanami pomiędzy żółtymi łąkami. Gdzieś na horyzoncie, pomiędzy wzgórzami kończącymi dolinę, widać było dym. Jedyny ślad cywilizacji. Schowała do kieszeni słuchawki i usłyszała śpiew ptaków. Wciągnęła w płuca rześkie, górskie powietrze. Miła odmiana, wobec upału w Aleksandrii. Usiadła na skraju drogi, patrząc się w dolinę. Żałowała, że nie miała ze sobą żadnych przyborów do rysowania, mogłaby uwiecznić tą spokojną chwilę. Wyciągnęła telefon i zrobiła parę zdjęć na potem. Siedziała wpatrzona w bezkres przed sobą. Już kochała to miejsce. Szkoda, że znów na chwilę.

Koło domu zaparkowały trzy inne samochody sowicie przystrojone kokardami. Z budynku wysypali się eleganccy i podpici ludzie, wsiedli do aut i odjechali do góry znikając za drugim domem. Jedynym śladem ich istnienia pozostał warkot silnika przebijającego się gdzieniegdzie, gdy wyłaniali się pomiędzy kwaterami lasów.

— My w następnej turze — Zenek precyzyjnie poinformował.

— Musimy jechać, babciu?

— Musimy. I to czym prędzej. Nie znoszę wiochy.

— Ale tutaj jest pięknie i cicho. Nie możemy tutaj zostać?

— Nie możemy. Ja się tutaj duszę — wypowiedziała każdy wyraz z osobna.

— To tak, jak ja w mieście — Zenek zatkał nos, a następnie wziął głęboki oddech. Tutaj to ja żyję.

— A gdzie mieszkasz?

— Tam — wskazał na trzeci dom stojący pod lasem.

— Ładny. Bardzo ładny — Nastka skomplementowała budynek postawiony z bali.

— Sam robiłem.

— Robiłeś? Nie wiedziałem, że jesteś taki zdolny.

— Robiłem i projektowałem.

— A kto potem ci projekt rysował?

— Nikt. Ja sam.

— Nie możliwe. Jestem architektką i wiem, że musiał ktoś z uprawnieniami pomagać.

— Ja też jestem architektem.

— Nie możliwe. Dwaj architekci.

Al popatrzyła na oboje ze zdziwieniem.

— To jak wy się poznaliście?

— Przez portal randkowy — odparli zgodnie.

— Nie mam więcej pytań.

Odwróciła głowę i wsparła ją na kolanach, obserwując pasące się krowy. Z oddali biegł w jej stronę owczarek podhalański. Zerwała się na równe nogi analizując, czy uciekać, czy biec na przeciw, aby go przytulić. Stała czujna, patrząc na jego ruchy. Biegł z wywalonym jęzorem po drodze depcząc krecie nory. Podeszła parę kroków do przodu i zawołała psa. Ten słysząc radosne nawoływania pobiegł do swojej nowej miłości.

W miejscu, w którym poprzednio stała Al, pojawiła się Marietta. Pies biegł na wprost do Al, która pochyliła się rozkładając ręce, by przyjąć prezent radości. Mari gwizdnęła krótko. Pies w ostatniej chwili uskoczył w bok i przebiegł obok Al, wprost do swojej właścicielki. Mari nagrodziła psa sowitym głaskaniem. Al stojąc z otwartymi rękami patrzyła zdziwiona na kobietę z psem.

— Przepraszam ciebie, ale sama rozumiesz. Jakby skoczył na ciebie, to z twojej sukienki nie wiele by zostało.

Al popatrzyła na swoje eleganckie ubranie.

— Rozumiem — powiedziała smutno. — Lubię psy.

— On też cię lubi. Ledwo go trzymam — powiedziała Mari ze śmiechem. — I rozumie, że nie może się z tobą przywitać. Chociaż jest mu bardzo przykro z tego powodu.

— On rozumie?

— Ludzie myślą, że psy ich nie rozumieją. Ale one rozumieją. Tylko ich to nie obchodzi.

— Mój brat mnie rozumie.

— To masz wielkie szczęście. Bo mój — wskazała na Zenka — to ciężki kawał chleba.

Al zaśmiała się.

— Nie. Mój pies, to też mój brat. Nie mam rodzeństwa.

— Czasem tak lepiej. Odkąd się wprowadził, to za dużo kobiet go odwiedza. Zamontuję mu drzwi obrotowe. A to takie spokojne miejsce — mówiła Mari, głaszcząc siedzącego obok niej pupila. — Zawsze ten sam schemat. Oj przepraszam, że cię obciążam moimi problemami.

— Nic nie szkodzi. Moje życie to też porażka.

— Czasem lepiej się podzielić z kimś swoimi problemami. Wtedy wydają się… Nie problemami. A czasem lepiej wyjechać samemu tysiąc kilometrów stąd. Wtedy i problemy wydają się być malutkie.

— Nie mam z kim porozmawiać…

— Jak widzisz — Mari wskazała gestem na rozległość niezamieszkanej okolicy — ja też nie.

Auta wróciły i podjechały na podwórze. Kierowcy otworzyli bagażniki i czekali na następnych pasażerów. Z domu, z bali wybiegli rozchichotani ludzie ciągnąc za sobą jej babcię.

— Al! — zawołała. — Al! Jedziemy…

— Zobaczymy się na weselu? — Al zapytała z nadzieją w głosie.

— Nie. Ja nie jestem tam mile widziana.

— Dlaczego?

— Bo widzisz, ta suka ukradła mi męża.

Marietta szarpnęła lekko psa i bez pożegnania zeszła w dół doliny. Al podprowadzała ją wzrokiem, czekając kiedy się obróci, aby jej jeszcze pomachać. Mari szła ze spuszczoną głową, rozkopując z furią kretowiska.

— Al! — głos babci przywołał ją do rzeczywistości. Podciągnęła stopki i pobiegła do samochodów.

Usiadła z tyłu auta przy oknie razem z Zenkiem i Nastką. W ciągu sekundy w samochodzie zrobiło się duszno. Otworzyła okno i wyjrzała szukając sylwetki Mari wśród traw.

— Nie wypadnij na zakręcie — zażartował Zenek. — Już kiedyś tutaj takiemu głowę urwało — kierowca zarechotał.

— No właśnie, Al. Nie trać głowy — pociągnęła żart Nastka. Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Al nie było do śmiechu.

— Piłaś?

— Oj taki poranny aperitif. Nie bądź taka sztywna. Jedziemy na wesele.

— No właśnie! Masz, Nastka. Na drugą nóżkę — zachęcał Zenek, wciskając w ręce babci piersióweczkę.

— To chyba na piątą — rozśmieszyła towarzystwo Nastka. — Za momencik, ja tylko do toalety pójdę.

Wygramoliła się przechodząc przez Zenka, wysiadła z samochodu i pędem pognała za potrzebą.

Zenek na wyciągniętej ręce podstawił butelkę pod nos dziewczynki.

— Chcesz się napić?

— Nie.

— Ja nie nalegam…

Awantura inteligentów

— Słodki dzień, kochanie — przywitał Klaudynę buziakiem, kładąc tacę z kawą i rogalikami obok niej.

— Och, jaki cudowny. Kawę do łóżka? Skarbie, czym sobie tym zapracowałam?

— Należy mi ci się odrobina relaksu, księżniczko.

— A możesz zrobić mi kakao? Z bitą śmietaną?

— Nie chcesz kawy?

— Nie piję?

— Od kiedy?

— No już z parę dni.

— Dieta?

— Coś w tym guście.

— Zejdziesz na śniadanie, czy podać do łóżka?

— No nie, zejdę. Nie jestem chora — Klaudyna usiadła na łóżku układając poduszkę za plecami.

— Co dzisiaj robimy?

— Hmm. Kusząca propozycja — przeciągnęła się.

— Przecież jeszcze nic nie zaproponowałem…

— Chodź tutaj słodziaku… Zamknij rolety…

— To może obiad zjemy? — zaproponował Agaton, gdy słońce pełnym blaskiem próbowało się przebić przez ciemny materiał, by oświetlić sypialnię.

— Później… — odpowiedziała kobieta patrząc z rozmarzeniem w sufit.

— Zrobić kolację? — zapytał Agaton siadając na skraju łóżka.

— Zrób. Ja wskoczę pod prysznic.

— Jak skończysz, to zejdź do ogrodu.

Mężczyzna odsunął krzesło. Kobieta usiadła naprzeciwko

— Cudowny jesteś. Sam to przygotowałeś? Czy mamę poprosiłeś? — zapytała zawadiacko.

— Jestem dużym chłopcem. Mieszkam już bez mamy — wyciągnął rękę w kierunku kobiety próbując pod stołem dotknąć jej kolano.

— Czyżby? Ona będzie sprzątać nasze ubrania świntuszku? — złączyła szybko uda.

— Jedz. Wkładaj dużo do tej buzi. Nie będziesz tyle mówiła.

— Potrafię mówić z pełną buzią — zademonstrowała, wkładając całą kanapkę do ust. — Widzisz?

— Jak mała dziewczynka.

— Tak sugar daddy! — roześmiała się i przyjęła seksowną pozycję.

— Skończyłaś już? Mogę pozbierać? — sięgnął ręką ponad stołem ku kobiecie.

— Jeszcze tylko truskaweczki. Zostaw — udrzyła go kokieteryjnie serwetką.

— Cudowny dzień. Nieprawdaż? — przeciągnął się błogo.

— Dlaczego zdecydowaliście się na jedno dziecko? — zapytała poważnie wpatrując się w Agatona świdrującym wzrokiem.

Pytanie zbiło go z tropu.

— Czy to jest dobra pora na trudne tematy? — odchylił się na krześle.

— Zawsze jest dobra pora. Więc dlaczego?

— W sumie to było w planach — odpowiedział z udawanym uśmiechem i odgryzł połowę sporej truskawki.

— Kiedy? — zażądała doprecyzowania.

Popatrzył prosto w jej oczy, które domagały się wiedzy i bez dalszego sprzeciwu odpowiedział: — Jak Aleks miała trzy lata.

— Tak raz i po sprawie?

— Ponad rok się staraliśmy — spoważniał.

— Niewypał?

— Może to było związane z chorobą żony. Może…

— Może i było — przerwała mu. — A może ty nie możesz — wyzywająco rzuciła w nim zdaniem, celnie w godząc w jego ego.

— A może odwiesiłem warsztat, gdy się nie dało.

— Ha, ha, ha. Rzemieślnik. Przecież miałeś dekadę

— Rozwiedliśmy się jak Aleks miała dziewięć lat.

— Liczysz czas wiekiem córki?

— Jakoś mi tak łatwiej.

— To zostało jakieś pięć lat. I przez ten czas już nie chciałeś?

— Został rok. Potem nie próbowaliśmy. A dalej już była choroba. Psychiatry i te sprawy.

— Tak, opowiadałeś. Ale może dziecko uratowałoby twoje małżeństwo?

— Zostawała tylko adopcja. Mając anoreksję ciężko jest zajść w ciążę.

— A chcesz dzieci?

— Przecież mam.

— Ze mną.

— Nie odwiesiłem narzędzi w warsztacie.

— Przecież mówiłeś, że odwiesiłeś.

— Mówiłem, że może — zirytował się.

— To chcesz, czy nie?

— Nie wiem. Skąd to pytanie.

— Tak sobie — uśmiechnęła się powabnie i włożyła czerwoną truskawkę w równie czerwone usta. Wzrok Agatona zatonął w tej czerwieni.

— N… nie wiem — zająknął się tracąc koncentrację. — To chyba wystarczy za odpowiedź.

— Z nią też tak rozmawiałeś?

— To były zupełnie inne rozmowy. Mogę ci puścić nagranie. Mam niezłą kolekcję. Ona nagrywała mnie, a ja ją — powiedział dumny ze swojej przebiegłości.

— Nie chcę twojej kolekcji. Jest tyle warta, co ta zbieranina musztardówek w kredensie.

— O co chodzi? — zapytał wyraźnie poirytowany.

— O to, że ty nic nie rozumiesz. Ale jeszcze zrozumiesz — wypowiedziała zdanie jak groźbę.

— Powiedziałem tylko, że inaczej z nią rozmawiałem. Przed rozwodem.

— Nie przekręcaj swoich słów i nie szukaj wytłumaczeń.

— Nie wierzysz mi?

— Musisz słowa podpierać nagraniami? Beznadziejnie. Myślisz, że ci nie ufam?

— Mam nadzieję, że tak.

— Ach! Masz nadzieję. Beznadziejnie — zabrzmiała jakby groziła mu śmiercią.

— Wszystko beznadziejne?! — próbował się przysunąć.

— Tak. Beznadziejnie wychodzisz jako ojciec! — zatrzymała go w miejscu.

— Uderzasz w najczulszy punkt. Uważaj, co mówisz. Nie masz dzieci! Jak możesz mnie oceniać?!

— Skąd wiesz, panie wszystkowiedzący?

— A gdzie są?

— Będą.

— Będą, będą. Ale nie są!

— Ty wszystko wiesz i już nie pytasz. I nie podnoś na mnie głosu. Proszę — warknęła.

— Coś masz mi do powiedzenia? — zabrzmiał groźnie.

— Nic — powiedziała obrażona Klaudyna.

— Mów!

— Nic.

— To po co zaczynasz?

— Nie uprzedziłeś córki, że się ze mną spotykasz?

— Nie było dobrego momentu.

— Po raz drugi pytam, a kiedy jest dobry moment?

— Co dzisiaj w ciebie wstąpiło?

— Wiesz co ona śpiewała tam zamknięta w pokoju? Wiesz?

Odpowiedziała jej cisza.

— „Mój jest ten kawałek drewnianej podłogi

bierz za pas swoje krzywe nogi

rzuć się z mostu zabij sama się na raty

powieś się na klamce, ale nie zabieraj taty”! — zaintonowała Klaudyna.

Agaton zaśmiał się szczerze.

— Uważasz, że to jest śmieszne?

— Nie… Absolutnie! Ale ty jesteś śmieszna…

— Ja jestem śmieszna? — prychnęła. — Ja? Biedny chłopiec.

— Nie ty jesteś śmieszna. Sytuacja?

— To powiedz mi proszę, co jest śmiesznego w tej sytuacji? Nie wiesz? To ja ci powiem. Nic.

— Nic?

— Tak. Nic. Ty chyba nie bierzesz mnie na poważnie. Chcesz się ze mną rozstać? Już ci się znudziłam?

— No nie! Skąd!

— To dlaczego mnie tak traktujesz? Nie tylko mnie! Nas. Mnie i Aleks!

— Jak? — jego krótkie pytanie było całkiem szczere.

— Czy ty tylko udajesz głupiego, czy jesteś głupi?

— Zgubiłem się. Wyprostuj wypowiedź.

— Aha. To ja jeszcze mówię grypsami?

— Powiedz wprost — poprosił Klaudynę.

— Sam tego chciałeś. Traktujesz mnie, traktujesz nas, jak zabawki na chwilę.

— Jak to?

— Tak to. Masz czas dla nas tylko w weekendy. A jak jesteśmy we dwie to czujesz przesyt. Specjalnie wysłałeś Aleks na wieś, by być ze mną sam na sam?

— Myślałem, że tego oczekujesz ode mnie.

— Ogarnij się tatuśku, ogarnij. Przedkładasz kochankę nad dziecko?

— Nie jesteś moją kocha…

— To nie zmienia nic. Tak, czy tak ukrywasz nas przed sobą. Jak się mamy poznać? Korespondencyjnie?

— Chcesz o tym porozmawiać?

— Ty chyba nie masz wszystkich w domu. A o czym, do cholery, teraz rozmawiamy.

— Nie wiem… No nie wiem. Zgubiłem się.

— To się odnajdź! Jak się znajdziesz, to będę na górze.

Odsunęła krzesło, uderzając nim o szafkę. Patrzył jak odchodzi do ogrodu.

Rozmowa zakończyła się. Powiedzieli sobie, co mieli powiedzieć. Awantura inteligentów. Bez krzyków, bez przemocy, pełna cynizmu i złośliwości.

Agaton zdążył posprzątać ze stołu, gdy Klaudyna wstała z leżaka i przeszła do salonu. Ze środka domu dobiegł odgłos uderzającej o podłogę szafy i tłuczonego szkła. Przerażony wbiegł gotowy udzielić pomocy. Stała spokojnie na środku pokoju, trzymając zwycięsko nogę na szafie.

— Jeśli nagrywasz — odezwała się bardzo spokojnym głosem — tak, jak nagrywałeś żonę, to dla twojej informacji, źle przykręciłeś szafę i spadła. Dobra wiadomość. Pozbyłam się tej tandetnej kolekcji kufli. To nie jest przyjazny dom dla dzieci.

— Aleks jest duża — zaskoczony nawet nie potrafił się gniewać.

— Swoje powiedziałam. Idę do sypialni. Jak się ogarniesz przyjdź przytulić mnie na dobranoc.

Patrzył na nią zaskoczony.

— A jak przyjdzie ci na myśl, by spać na kanapie, to wiedz, że przyjdę w nocy i cię zamorduję — powiedziała uwodzicielsko.

Podeszła do niego bujając biodrami i zdmuchnęła pyłek z jego koszulki wydymając zmysłowo usta.

— Idziesz czy nie?

Złapała go pasek i pociągnęła go parę kroków za sobą. Nie protestował. Kochał ją chyba za bardzo, by się jeszcze gniewać. Do końca też nie wiedział, czy powinien, bowiem nie do końca rozumiał, co jest przedmiotem kłótni. Nie rozumiał już nic.

Objął ją ramieniem i złapał ustami za szyję. Odepchnęła go energicznie nadając przeciwny kierunek.

— To idź na górę!!! — rzuciła gniewnie. — Ja śpię na kanapie!

Uciekła do pracy bladym świtem, starając się nie obudzić Agatona. W pośpiechu zebrała swoje rzeczy i z podręczną torbą wyruszyła szybkim krokiem na stację. W przedziale ściągnęła buty i siadła na fotelu po turecku, jak mała dziewczynka. Założyła słuchawki i wybrała numer zapisany jako — „Tatas”.

— Taak? — ziewnął. — Jesteś już w pociągu?

— Przepraszam, że byłam taką wredną suką — powiedziała głosem zarumienionej pensjonarki.

— Ja ciebie też…

— Za to, że jestem wredną suką?

— Nie. Że nie potrafiłem z tobą rozmawiać. Ostatnio za dużo się dzieje.

— Wiem. Ale nie wiem, czy potrafię ci tak od razu wybaczyć.

— Wrócisz?

Rozłączyła się. Mężczyzna nie spał już do rana, budując czarne scenariusze. Zrobił kawę i usiadł w fotelu, owijając się szlafrokiem. Próbował oddzwaniać, ale włączała się skrzynka. Miała odlot o dziewiątej. Jeśli do tej godziny nie zadzwoni, to… Wolał nie kończyć swoich myśli, chociaż finisze nasuwały się same. Położył telefon na oparciu fotela i włączył telewizję oglądając bez zainteresowania poranną ramówkę. Pięć minut przed godziną zero zadzwonił telefon. Wystraszony próbował złapać go, ale ten zsunął się między oparcie, a siedzisko fotela. Zajęło mu chwilę by wydobyć aparat i odebrać połączenie.

— Halo skarbie — przywitał Klaudynę.

— Wrócę — zaczęła bez przywitania. — Jesteś na mojej liście. Jak wrócę to wymierzę karę.

— Zasłużyłem.

— Wiem. Padł mi telefon. Podładowałam i jestem na ostatniej kresce, dlatego nie dzwoniłam.

— Ale zadzwoniłaś.

— Denerwowałeś się?

— Tak.

— Jakie to urocze. I bardzo dobrze!

— Kocham cię ty mo…

— Adam! Weź mnie — w słuchawce był odgłos którego się nie spodziewał. — Teraz! Nie później. Jak nie jak tak! Później będą piloci!

— Iiiiiii? — pisnął ojciec głosem nastolatki.

— To nie do ciebie głuptasku — Klaudyna rzuciła przez śmiech. — Jadę na płytę. Nie chciałam czekać na następny transport — wytłumaczyła sytuację. — Ja ciebie też. Przyjedziemy wkrótce tatuśku. Ciao młody, startuję. To mój ostatni lot.

— Pa — zawiesił głos. — Kto my? Jaki ostatni lot? — zapytał echo w telefonie.

Rozmowa została zakończona. Samolot łagodnie wystartował, a mężczyzna uspokojony odleciał w ramiona Orfeusza, próbując zrozumieć o czym była dzisiejsza rozmowa.