To, czego o mnie nie wiesz - Samantha Young - ebook

209 osób właśnie czyta

Opis

Kolejny tom bestsellerowej serii o nadmorskim Hartwell.

Nie zaznasz miłości, jeśli nie uporasz się z przeszłością.

Dahlia McGuire, złotniczka i właścicielka sklepu z pamiątkami, choć zerwała niemal wszystkie kontakty z rodziną, uwielbia swoje spokojne życie w nadmorskim Hartwell. Gdy jednak ukochany ojciec jej potrzebuje, Dahlia nie waha się wrócić do Bostonu i zmierzyć z tym, co zostawiła za sobą. A przede wszystkim z Michealem Sullivanem, którego kocha najbardziej w świecie i który przed laty złamał jej serce. I vice versa.

Jedenaście lat wcześniej ona była dziewczyną jego najlepszego kumpla. W nim zakochała się jej najmłodsza siostra. Robili wszystko, co w ich mocy, by opanować rodzące się w nich uczucie, ale serca nie da się oszukać. Gdy wydawało się, że wreszcie znaleźli szczęście, tragedia w rodzinie McGuire’ów wszystko zmieniła. Dręczona wyrzutami sumienia Dahlia uciekła, porzucając ukochanego i bliskich.

Michael właśnie rozwiódł się z żoną i próbuje poskładać swoje życie na nowo. Powrót Dahlii jest dla niego jak grom z jasnego nieba. Oboje wiedzą, że to, co ich łączyło, nie znikło, a wręcz przybrało na sile. Gdy jednak Michael jest gotowy dać im szansę, Dahlia nie może poradzić sobie z poczuciem winy. I znów, jak kiedyś, ucieka, łamiąc Michaelowi serce.

Tym razem jednak mężczyzna nie zamierza się poddać. Rusza za ukochaną do Hartwell, gdzie musi nie tylko pokonać wątpliwości Dahlii, lecz także zmierzyć się z największym skandalem w historii tego uroczego, nadmorskiego miasteczka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 456

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Część pierwsza

Prolog

Dahlia

Boston, jedenaście lat wcześniej

Jednego moi rodzice na pewno nie mogli mi zarzucić. Mianowicie – że nie robiłam wszystkiego, by zarobić na studia, które były moją pasją.

Ojciec był strażakiem, mama pielęgniarką, a wszystkie z ich pięciorga dzieci postanowiły kontynuować naukę w college’u. Kiedy oznajmiłam, że złożyłam podanie do akademii sztuk pięknych, Cian i Sorcha McGuire’owie nie wyglądali na uszczęśliwionych. Po Dermocie, który zmieniał posady jak rękawiczki, i Dillon, najmłodszej z nas, uczennicy szkoły kosmetycznej, miałam być kolejnym dzieckiem w rodzinie, które wybierało się na wyższą uczelnię. Rodzice uznali mój wybór za kosztowny i nieużyteczny. Dlaczego nie mogłam studiować czegoś praktycznego jak Davina, która poszła na zarządzanie, albo Darragh, absolwent dziennikarstwa?

Rzeczywiście, bardzo praktyczne wybory.

No dobrze, były bardziej praktyczne niż studia w szkole artystycznej, ale pragnienie tworzenia rzeczy pięknych stanowiło istotną część mojej osobowości.

Nawet biorąc pod uwagę stypendium i możliwą pomoc finansową, szkoła była droga – a to oznaczało, że przez cały rok musiałam pracować w kilku miejscach, żeby pomóc w opłacaniu czesnego. Mieszkałam z rodzicami, co obniżało koszty utrzymania, ale też utrudniało życie towarzyskie. Starałam się znaleźć prace związane z działalnością artystyczną, sama musiałam jednak przyznać, że praca, którą w tej chwili wykonywałam, nieco wykraczała poza sztukę. Jedynym powodem, dla którego stałam teraz półnaga, było wysokie wynagrodzenie.

Wystawa odbywała się w małej galerii w Allston i była poświęcona pracom artysty K. Lowinskiego. Nosiła tytuł Więcej niż, a składała się z abstrakcyjnych obrazów, które emanowały taką energią, jakby miały za chwilę ożyć i wyskoczyć z ram. Żeby przyciągnąć gości, galeria oprócz mnie wynajęła jeszcze dwie inne dziewczyny i trzech chłopaków w charakterze żywych dzieł sztuki. Mieliśmy stać nieruchomo na niewielkich podestach, poruszając się tylko od czasu do czasu. Można by zapytać, co w tym takiego ekscytującego?

Ano to, że wydawaliśmy się kompletnie nadzy.

Mieliśmy na sobie cienkie, przezroczyste trykoty, które K. Lowinski artystycznie przyozdobił jedynie w strategicznych miejscach.

Byłam niską, hojnie obdarzoną kobiecymi krągłościami dwudziestolatką, a artystyczne elementy z trudem zakrywały pewne części mojego ciała, jeśli wiecie, o czym mówię. Kiedy pierwszy raz włożyłam ten trykot, myślałam, że za żadne skarby nie pokażę się w nim w sali wystawowej. Byłam prawie naga! Potem przypomniałam sobie o pieniądzach i o tym, że nikt z moich znajomych nie miał w zwyczaju odwiedzania galerii sztuki.

Rodzice na pewno się o tym nie dowiedzą.

A co ważniejsze, nie dowie się o tym Gary, mój chłopak w typie macho. Spotykaliśmy się zaledwie od dwóch miesięcy, zresztą i tak nie miał prawa mną rządzić. Gary był jednak dowcipny, przystojny, a przede wszystkim jako pierwszy facet potrafił doprowadzić mnie do orgazmu. Nie chciałam tego zepsuć.

Nie. Nikt się nie dowie, że wystawiam się na widok publiczny na pokazie malarstwa.

Właśnie tak się sprawy miały.

Miałam ochotę roześmiać się z własnego dowcipu, ale zamiast tego skupiłam się na trwaniu w bezruchu, jednocześnie starając się ignorować ból kręgosłupa. Kiedy decydowałam się na tę pracę, nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno będzie stać nieruchomo przez tak długi czas. Tkwienie w jednym miejscu nie leżało w mojej naturze. Gary twierdził, że nie zna nikogo równie energicznego. I wcale nie był to dla niego powód do narzekań. Wiecie, co mam na myśli.

Wróciłam myślami do moich zajęć na uczelni. W tym semestrze zapisałam się na zajęcia z metaloplastyki oraz się zakochałam. Naprawdę zakochałam się w tym przedmiocie. Znalazłam swoje powołanie. Tworzyłam biżuterię, którą zachwycał się mój profesor. Na urodziny podarowałam mamie naszyjnik własnej roboty, i nawet ona, tak dotąd krytyczna wobec mojego wyboru Sorcha McGuire, uznała, że jest piękny. Oczywiście zaraz potem zepsuła miłą atmosferę, pytając, jak zamierzam się utrzymać z robienia biżuterii. Ale nieważne.

Dahlia McGuire, przyszła złotniczka. Brzmiało nieźle, prawda? Jak powtarzał mój brat Dermot, „zajebiście”.

Otrząsnęłam się z rozmyślań, kiedy poczułam na skórze dziwne mrowienie. Właściwie nie było to mrowienie, tylko gorący dreszczyk, który przebiega człowieka, kiedy ktoś mu się przygląda. Ponieważ stałam tam niemal naga, przyglądali mi się wszyscy, więc skąd nagle to uczucie? Przebiegłam wzrokiem salę.

Jest!

Sprawca gorącego, przyjemnego dreszczyku stał oparty o ścianę obok jednego z obrazów.

Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się, a mnie przebiegł jeszcze gorętszy dreszcz.

Oderwałam od niego wzrok, ale wciąż miałam przed oczami jego chłopięcy, łobuzerski uśmiech.

Zapamiętałam też wąskie biodra, szerokie ramiona i prosty granatowy T-shirt.

„Dahlio, przestań myśleć o tym przystojniaku”, nakazałam sobie w duchu. Byłam przecież w pracy – i miałam chłopaka.

Chłopaka, który wiedział, jak się obchodzić z moją łechtaczką.

Za nic nie chciałam tego stracić!

Chociaż starałam się uspokoić, nadal czułam na sobie spojrzenie nieznajomego.

Gapił się na mnie.

Gapił się cały czas.

To chyba niemożliwe. Pewnie poniosła mnie wyobraźnia.

A, co mi tam. Ukradkiem zerknęłam w jego stronę i zesztywniałam, kiedy zobaczyłam, że nie tylko nadal mnie obserwował, lecz na dodatek przysunął się bliżej.

Tym razem przyjrzałam mu się uważniej.

Gary był od niego wyższy, ale szczuplejszy, miał ciemne włosy, śliczne niebieskie oczy i widoczne tatuaże. Pochodził z Southie, robotniczej dzielnicy Bostonu, ale wyglądał jak lalusiowata gwiazda rocka.

Ten facet miał bardziej szorstką powierzchowność, ciemnoblond włosy i ciemne oczy. Grubo ciosane rysy twarzy zupełnie nie pasowały do pięknie wykrojonych ust.

Widząc, że mu się przypatruję, uśmiechnął się znacząco.

Zmrużyłam oczy.

On nie przyszedł tu dla sztuki.

Zboczeniec!

Na chwilę zapomniałam, że jestem w pracy, i skrzywiłam się ironicznie, ale to tylko go rozbawiło.

Zjeżyłam się wewnętrznie i zdecydowałam, że w tej sytuacji najlepiej będzie zignorować faceta, który najwyraźniej miał chęć na darmowy striptiz. To powinno stłumić dreszczyk podniecenia. I stłumiło.

Były tu też inne dziewczyny.

„Gap się na nie!”

Musiałam uczciwie przyznać, że przyłapałam go jedynie na wpatrywaniu się w moją twarz… ale na pewno, kiedy tak jak teraz odwracałam wzrok, gapił się na inne części mojego ciała.

Wcale mi to nie pochlebiało, tylko napawało niesmakiem i irytowało.

„Jestem żywym dziełem sztuki, gnojku, nie wystawą okienną w dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie!”

Kogo chciałam oszukać? Nawet tak zwani entuzjaści sztuki przyszli tutaj gapić się na półnagich ludzi. Właśnie po to galeria nas zatrudniła.

Inni przynajmniej udawali miłośników malarstwa.

Czując narastającą irytację – sama nie wiedziałam, czy nie wywołało jej przyspieszone bicie mojego serca w reakcji na jego spojrzenie – znów zerknęłam na przystojniaka, który nie chciał oderwać ode mnie wzroku.

Tak. Nadal się na mnie gapił.

Na dodatek w jego oczach zobaczyłam ogień, który spowodował u mnie skurcz w podbrzuszu i ciepło rozchodzące się między udami.

Co, do cholery!

Przerażona, że nieznajomy facet wywołał u mnie taką reakcję (co to w ogóle było?), doszłam do wniosku, że najwyższy czas się poruszyć i pokazać mu, co myślę. Wolno, z wdziękiem ugięłam kolano i uniosłam ramię.

Na ten widok wzrok nieznajomego zapłonął.

Szlag.

Co za zbok!

Zbliżyłam dłoń do policzka, zacisnęłam w pięść, ale jeden palec, środkowy, pozostał wyprostowany. Dotknęłam palcem policzka i posłałam facetowi spojrzenie, które uzupełniało ten znaczący gest.

A co on zrobił, widząc, że pokazuję mu środkowy palec?

Odchylił głowę w tył i wybuchnął śmiechem, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Ja natomiast opuściłam dłoń, nie chcąc, żeby szef zobaczył mój obelżywy względem klienta gest.

Śmiech umilkł. Patrząc na mnie błyszczącymi oczami, nieznajomy posłał mi zaskakująco czuły uśmiech, a potem odszedł. Zniknął za rogiem, a ja odetchnęłam z ulgą.

A może był to jęk rozczarowania?

Godzinę później, już we własnym ubraniu, wyszłam z ciasnej komórki, którą udostępniono nam jako szatnię. Żałowałam, że nie mam pieniędzy na masaż. Plecy mi zesztywniały od czterogodzinnego stania w jednym miejscu z zaledwie dwiema krótkimi przerwami.

Tego samego dnia miałam jeszcze po raz pierwszy iść do pracy w barze w Malden, miasteczku sąsiadującym z Everett, gdzie mieszkałam. Kiedyś pracowała tam moja siostra Davina, więc kiedy obcięli mi godziny w uczelnianym barku, przeniosłam się do konkurencji. Płacili kiepsko, ale nie zawsze dostaje się to, czego się pragnie, prawda?

Mijając lustro na tyłach galerii, odgarnęłam kosmyk włosów z czoła. Do pracy tutaj nie pozwalano nam nakładać makijażu, z wyjątkiem tuszu do rzęs, więc wyglądałam bardzo młodo. I nieciekawie. Od trzech lat moim modowym guru była Dita von Teese. Uwielbiałam ubrania w stylu vintage, czarne kreski na powiekach i czerwoną szminkę na ustach. Zerknęłam na swoją nieumalowaną twarz i postanowiłam sprawić sobie grzywkę. Grzywka wyglądałaby seksi. Bardzo w stylu vintage.

Ogólnie rzecz biorąc, byłam w tamtej chwili zupełnie do siebie niepodobna. Ubrana w jeansy, T-shirt i tenisówki, zamiast – jak zwykle – wąskiej spódnicy, bluzki i sandałków na wysokim obcasie. Czasami nosiłam też urocze sukienki. Najbardziej jednak lubiłam chodzić w ołówkowych spódnicach, które podkreślały moją wąską talię i pełne biodra.

W jeansach wyglądałam zwyczajnie.

Szef galerii zapowiedział, że w kafejce na tyłach budynku dostaniemy darmową kawę i kanapkę, więc naturalnie postanowiłam skorzystać z tej oferty. Odebrałam swoje zamówienie, zajęłam miejsce przy stoliku w opustoszałym lokalu i niemal jęknęłam z rozkoszy, że wreszcie mogę usiąść.

To była jedna z tych spokojnych, miłych chwil pełnej satysfakcji. Wygodne miejsce do siedzenia i darmowe jedzenie.

Ale on musiał to zepsuć.

Ktoś z hałasem odsunął stojące obok mnie krzesło. Kiedy zaskoczona podniosłam wzrok, zobaczyłam, że przystojniak z rozmarzonymi oczami i zmysłowymi ustami siada przy moim stoliku. Przez długą chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu, w końcu on oparł się o blat i pochylił do przodu.

– Hej.

Przełknęłam kęs kanapki, czując, jak przyspiesza mi tętno. Miałam nadzieję, że nie zauważył moich nagle zarumienionych policzków. Ignorując niewytłumaczalną reakcję własnego ciała na jego obecność, powiedziałam:

– Co za niespodzianka. Pan Zboczek się do mnie przysiadł.

Uśmiechnął się do mnie tym chłopięcym, łobuzerskim uśmiechem, od którego poczułam łaskotanie w żołądku.

Tak właśnie było.

– Ludzie zwykle mówią do mnie Michael lub Mike. – Jego bostoński akcent był silniejszy niż mój. Mówił podobnie jak Gary, więc zapewne również pochodził z Southie.

– Pewnie dlatego, że nie widzieli, jak się gapisz na półnagą kobietę niczym pryszczaty gimnazjalista.

Michael vel Mike parsknął śmiechem.

– Takie robiłem wrażenie?

– Nadal się ślinisz. – Wskazałam na kącik jego ust.

Tym razem się nie roześmiał, tylko patrzył uważnie w moją twarz, aż zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś na niej nie mam.

– Znów to robisz – warknęłam, jeszcze bardziej czerwieniejąc.

Michael (to imię zawsze mi się podobało w pełnym brzmieniu i nie znosiłam, kiedy skracano je do formy Mike) wzruszył ramionami.

– Nic na to nie poradzę.

– Postaraj się. – Odgryzłam kęs kanapki. Przeżuwałam, przyglądając mu się z dezaprobatą.

– Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że jesteś zachwycająca?

– A czy tobie ktoś kiedy powiedział, że jesteś bezczelny?

– Zwykle nie bywam bezczelny.

– W takim razie mam szczęście, że dzisiaj postanowiłeś być.

– Ale z ciebie mądrala – stwierdził rozbawiony. – Czy twój szef wie, że pokazujesz palec klientom, udając, że to sztuka?

– Ty byłeś pierwszy.

– Czuję się zaszczycony.

– Byłeś też pierwszym klientem, który tak otwarcie ślinił się do modelek.

– Nieprawda. – Usadowił się wygodniej na krześle, jakby się szykował do długiej, przyjacielskiej pogawędki.

Musiałam się go pozbyć. Serce biło mi zbyt mocno, mrowienie w żołądku nie ustawało. Tak powinnam reagować tylko na Gary’ego. Jednak na myśl, że Michael może za chwilę wstać i odejść, czułam głębokie rozczarowanie. Nabijanie się z niego sprawiało mi przyjemność i… cóż, reakcja, którą we mnie wywoływał, była bardzo podniecająca.

Oj.

– Właśnie że prawda! – odparłam ze śmiechem. – Śliniłeś się jak jakiś zbok.

– Patrzyłem na jedną modelkę. Na ciebie. Nie ma w tym nic zboczonego.

– A więc jesteś miłośnikiem sztuki, tak?

– Nie. Jestem początkującym gliną. Dziś mam wolny dzień. Obiecałem podwieźć kumpla, który ma cateringową fuchę w okolicy. Wracając z kuchni do samochodu, zajrzałem do galerii. Nie będę kłamać, przede wszystkim rzuciło mi się w oczy piękne ciało. Potem spojrzałem na twarz i… – Wzruszył ramionami. – Nie potrafiłem oderwać wzroku.

Może byłam idiotką, ale w jego głosie usłyszałam szczerość. To nie był obleśny podryw. Po prostu szczerość. Michael wyglądał tak, jakbym kompletnie go zaskoczyła. Dzięki temu nie czułam się już tak zniesmaczona własną reakcją na niego.

Nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Nagle zrobiłaś się nieśmiała?

Przymrużyłam oczy.

– Zastanawiam się nad odpowiedzią.

– Naprawdę? – spytał rozbawiony. – W takim razie zastanawiaj się, jak długo chcesz. Mam czas.

– Właściwie mogłabym uznać, że jesteś czubkiem.

Przechylił głowę w bok.

– Przecież taki strój jest obliczony na to, żeby ludzie się na ciebie gapili, prawda?

– Chyba tak. – Zmarszczyłam nos. – Ale inni nie robili tego tak otwarcie.

– Dlaczego to robisz? – Skinął głową w kierunku galerii.

– To żaden wstyd – odrzekłam defensywnie.

– Nie powiedziałem, że wstyd.

– Ale mówisz tak, jakby chodziło wyłącznie o erotykę, gdy tymczasem chodzi o sztukę.

Michael się roześmiał. Było mu z tym do twarzy. Śmiech miał głęboki i dudniący, aż poczułam jego wibracje między nogami.

Dobry Boże!

– To ty wniosłaś tam ten erotyczny element. Szefostwo galerii dobrze wiedziało, co robi, zatrudniając właśnie ciebie.

Speszyłam się komplementem.

– Być może. Płacą wyjątkowo dobrze, a ja studiuję sztukę. Potrzebuję pieniędzy.

– Nie oceniam cię. Ale muszę powiedzieć, że gdybyś była moją dziewczyną, nie byłbym uszczęśliwiony, że to robisz.

Cudownie. Kolejny neandertalczyk, jak Gary. Czy to jakaś miejscowa plaga?

– Posłuchaj, macho za dychę, nikt mi nie będzie mówił, co mam robić.

– Ależ skarbie, to było jasne już w chwili, kiedy pokazałaś mi palec.

Czułe słówko wywołało kolejny dreszcz, ale zignorowałam go i z namysłem przechyliłam głowę w bok.

– Skoro jesteś policjantem, to wiesz, że społeczeństwo patrzy krzywo na zboczeńców.

Roześmiał się.

– Nie wierzę, że prowadzę tę rozmowę. Ale tak, to prawda. Zapewniam cię jednak, że nie jestem zboczeńcem. Słowo.

– Dowody mówią co innego.

– Cholera. Gdybym wiedział, że jesteś taka bystra, tobym się nie przysiadł – zażartował.

– W każdej chwili możesz odejść – odpaliłam, chociaż jakiś głosik we mnie mówił: „Proszę, zostań”.

– Krzesło jest wygodne, a twoje docinki bardzo mi się podobają. – Spuścił wzrok na moje usta.

Serce zabiło mi mocniej, a jakaś niewidzialna lina spętała nas oboje, przyciągając coraz bliżej do siebie. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Czułam, że każdy nerw w moim ciele lekko drży, skórę miałam rozpaloną, a ciało przyjemnie budziło się do życia.

– Mam chłopaka – wypaliłam.

Zobaczyłam, że jest wyraźnie rozczarowany. Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie, a potem Michael zapytał:

– To coś poważnego?

Wzruszyłam ramionami.

– Spotykamy się od niedawna, ale to udany związek.

– Od niedawna, czyli od kiedy?

– Od dwóch miesięcy.

Wargi mu zadrżały.

– To rzeczywiście od niedawna.

Starałam się stłumić uśmiech, ale mi się nie udało.

– Uderzyłbyś do dziewczyny innego faceta?

– Nigdy mi się to nie zdarzyło, ale ty jesteś wyjątkowa.

– Naprawdę? – Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi.

Michael skinął głową.

– Nie powiesz mi, że nie czujesz podobnie.

Zagryzłam wargę i wolno skinęłam głową.

W jego oczach zobaczyłam nagłe pragnienie.

O kurczę!

Miałam ochotę rzucić się na niego tu i teraz. Pokręciłam głową, jakbym chciała się pozbyć tego pragnienia. To było istne szaleństwo.

– Nigdy bym nikogo nie zdradziła. Przenigdy.

– Ani ja – zapewnił. – Posiedźmy chwilę razem.

Nie byłam pewna, czy to dobry pomysł.

– O czym myślisz? – zaciekawił się.

– O tym, że podobała mi się twoja rozczarowana mina na wieść, że mam chłopaka. Nie powinnam tak zareagować.

– Skoro o nim mowa, to czy wie, że tu pracujesz?

– Nie wie. I nie musi wiedzieć. To tymczasowa fucha, dobrze płatna za godzinę i nikomu nie robię krzywdy.

– Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie w tej sprawie.

– Dlaczego?

– To może krzywdzić twojego chłopaka. Gdybyś tu nie pracowała, nie zobaczyłbym cię i nie stwierdził, że jesteś najśliczniejszą dziewczyną pod słońcem, i nie przysiadłbym się do ciebie. Teraz już wiem, że jesteś nie tylko śliczna, lecz także bystra i dowcipna… chociaż to już wiedziałem, kiedy pokazałaś mi palec. A to wszystko oznacza, że nie odejdę, póki nie wymienimy się numerami telefonów. Zrobię tak, bo wiem, że jeśli podobam ci się chociaż w połowie jak ty mnie, to zostawisz swojego niezbyt serio zaangażowanego chłopaka i dasz mi szansę. Jak widać, twoja praca jednak może zrobić komuś krzywdę.

Patrzyłam na niego zdziwiona.

– Jesteś bardzo pewny siebie.

– Nie. Po prostu wiem, czego chcę.

– Mój chłopak jest świetny w łóżku. – Nagle poczułam się rozdarta i wcale mi się to nie podobało. – To nie zdarza się zbyt często.

Michael uśmiechnął się, słysząc moje bezceremonialne wyznanie.

– Skarbie, nic jeszcze o tym nie wiesz. Ile masz lat? Dwadzieścia?

Skinęłam głową.

– Dwadzieścia. I co z tego?

– Może więc mylisz znośny seks ze wspaniałym seksem. – Pochylił się naprzód tak, że nasze nosy niemal się stykały i wyczułam bijący od niego korzenny zapach. – Gdybym miał szczęście i trafiłabyś do mojego łóżka, dostarczyłbym ci wrażeń, jakich istnienia nawet nie podejrzewasz. Gdybyś była moja, nie flirtowałabyś z innymi facetami. Nawet przez myśl by ci to nie przeszło, ponieważ wiedziałabyś, że żaden inny facet nie ceniłby cię tak, jak ja. Uwierz mi, skarbie, wiem, kiedy trafiam na coś dobrego, i potrafię to docenić. Nie spodziewałem się tylko, że natknę się w życiu na coś tak doskonałego, i to w galerii sztuki.

O mój Boże!

– Co ty ze mną wyprawiasz? – odrzekłam, odsuwając się w tył, żeby zwiększyć dystans między nami. – Mam w sobie irlandzką krew. Dorastałam w otoczeniu Irlandczyków, którzy potrafią dziewczynie zawrócić w głowie. Ale ty jesteś po prostu mistrzem. I nie powiesz mi, że nie jesteś Irlandczykiem. Mam pewność, że jesteś.

– Jestem. Ale nie próbuję cię zbajerować.

Skołowana odsunęłam krzesło od stołu, wstałam i chwyciłam torebkę. Lubiłam Gary’ego. Nieźle nam się układało! Nawet bardzo dobrze. A ten gość mnie przerażał. Owszem, potrafiłam działać impulsywnie, ale dotychczas nigdy nie miałam ochoty rzucić się na nieznajomego faceta i bzykać się z nim do upadłego. Dopóki nie poznałam Gary’ego, seks był dla mnie rozładowaniem napięcia hormonalnego, którego domagało się moje ciało, i za każdym razem wypadał rozczarowująco.

Pociąg, który czułam do Michaela, był czymś o wiele bardziej złożonym. Tak, istniało między nami napięcie seksualne, ale też coś jeszcze. Jakaś łączność, której nie rozumiałam. Doprowadzało mnie to do obłędu!

– Muszę już iść.

– Nie odchodź. – Wstał z niepewną miną, która zupełnie do niego nie pasowała. Ale skąd niby to wiedziałam? Przecież się nie znaliśmy. – Przepraszam, jeśli byłem zbyt obcesowy. Nigdy jeszcze… – zaczął i urwał. Wyglądał teraz jak bardzo młody chłopak.

Zdałam sobie sprawę, że był młodszy, niż mi się w pierwszej chwili wydawał. W końcu powiedział, że jest początkującym gliną. Oceniłam, że jest mniej więcej w moim wieku lub w wieku Gary’ego, który był ode mnie dwa lata starszy.

– Zostań. Porozmawiajmy. – Wskazał na stolik i uśmiechnął się zachęcająco. – Powiedz mi, jak się nazywasz.

– Nie mogę. – Musiałam szybko się od niego oddalić i zobaczyć Gary’ego, żeby sobie przypomnieć, jak świetny łączy nas związek.

Nieszczęśliwa mina Michaela poruszyła moje serce.

– Posłuchaj. Będę tu znowu w środę wieczorem, a potem w sobotę. Jeśli mówiłeś szczerze, przyjdź. Zobaczymy, co dalej.

Widać było, że odczuł ulgę.

– Też mi się to podoba. – Uśmiechnęłam się do niego, a jego wzrok skupił się na dołeczku w moim lewym policzku. Ten dołeczek odziedziczyłam po tacie.

– Co ci się podoba?

– Otwarty tekst, bez ściemniania. Mówisz mi, co czujesz, nawet bez używania słów. I podoba mi się, że odczułeś ulgę. Zakładam, że przyjdziesz?

– Skarbie, jeszcze raz tak się do mnie uśmiechnij, z tym słodkim dołeczkiem, a zrobię dla ciebie wszystko, co tylko jest zgodne z prawem. A może nawet więcej – zażartował.

Uśmiechnęłam się szerzej, a jego twarz przybrała czuły wyraz. „O mamo!”

– W takim razie do szybkiego zobaczenia.

– Powiedz mi chociaż, jak ci na imię.

Odwróciłam się do niego, idąc już w stronę drzwi.

– Powiem ci następnym razem, jeśli się zjawisz w galerii.

– Flirciara!

Z beztroskim uśmiechem pokazałam mu środkowy palec i wyszłam, cały czas słysząc jego śmiech. Kręciło mi się w głowie i czułam, jak rozpiera mnie radość. Dziewczyna mająca stałego chłopaka nie powinna się tak czuć po spotkaniu z nieznajomym facetem.

– Wszystko w porządku? – zapytała mnie Ally, kiedy wydawałam klientowi resztę.

Moja zmiana w Wilde’s Place zaczęła się dwie godziny temu. Nieźle dawałam sobie radę za barem. Ta praca nie stanowiła dla mnie wyzwania. Miałam już doświadczenie, a tutejsi klienci byli o wiele normalniejsi i zabawniejsi w rozmowie niż klientela uczelnianego barku.

– W jak najlepszym – odparłam z uśmiechem.

– Twój chłopak przyjedzie po ciebie?

Na myśl o Garym ogarnęło mnie poczucie winy. W zasadzie umówiłam się na coś w rodzaju randki z innym facetem. Dotąd nie postrzegałam tego w ten sposób, ale teraz zdałam sobie sprawę, że to, co zrobiłam, jest słabe. Flirtowałam z obcym facetem i ustaliłam, że się znowu spotkamy. Nie mogłam jednak zapomnieć doznań, jakie we mnie wywołał. Nadal na samą myśl o nim czułam dreszcz podniecenia. Gary nie dostarczał mi takich wrażeń, chociaż mi na nim zależało.

Czy warto było dla Michaela zniszczyć mój obecny związek? Gary zadzwonił do mnie, zanim rozpoczęłam zmianę w barze, i oznajmił, że Sully ma dziś wolny wieczór, zatem przyjedzie z nim do Wilde’s Place, żebyśmy się poznali. Sully był przyjacielem Gary’ego, ale jako policjant nie miał zbyt wiele wolnego czasu. Pracował w bostońskiej policji od prawie dwóch lat i dopiero teraz przydzielono mu regularne godziny służby, dające możliwość prowadzenia życia towarzyskiego.

Trochę się denerwowałam przed tym spotkaniem. Gary dużo mi opowiadał o swym przyjacielu. Dorastali razem, a Sully nieraz ratował go z opresji, ponieważ Gary często pakował się w kłopoty. Z tego, co wiedziałam, to Gary był nieodpowiedzialną i lekkomyślną częścią tej przyjacielskiej dwójki. Zanim mnie poznał, interesował się tylko przelotnym seksem i nabijał się z Sully’ego, który był zdeklarowanym monogamistą. Sully chciał iść na studia prawnicze, ale jego rodzina nie miała na to pieniędzy, więc jako dziewiętnastolatek zdał test policyjny i został kadetem w bostońskiej policji. Skończywszy dwadzieścia jeden lat, stał się policjantem, jak ojciec.

Gary, dla odmiany, zmieniał prace jak rękawiczki. Kiedy wyrzucano go z jednej, a zdarzało się to nagminnie, znajdował sobie inną. W końcu wuj zaproponował mu pracę mechanika w swoim zakładzie. Od tego czasu Gary się ustatkował, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym.

Gdyby Gary i jego przyjaciel dowiedzieli się, co dzisiaj zrobiłam, znienawidziliby mnie.

„Ale przecież nie zrobiłam nic złego”, przekonywałam się w duchu.

– Cześć, ślicznotko!

Znajomy głos mojego chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia, kiedy podawałam piwo klientowi. Gary uśmiechał się do mnie, oparty o bar.

Przechyliłam się przez kontuar i pocałowałam go w usta. Kilku stojących w pobliżu facetów głośno jęknęło, udając rozczarowanie, a Gary rzucił w ich stronę triumfalny uśmiech.

– Zgadza się, chłopaki. Ona jest moja, więc łapy przy sobie.

Pokręciłam głową rozbawiona.

– Jak leci?

– To ja powinienem cię o to zapytać. Wszystko gra?

– Jak najbardziej.

Skinął głową i zerknął przez ramię.

– Przyprowadziłem Sully’ego. Mówiłem ci, że nie jest wymyślony.

Roześmiałam się. Nasze spotkanie odwlekało się już tyle tygodni, że wyrażałam wątpliwości co do istnienia Sully’ego. Spojrzałam przed siebie, gotowa przywitać uśmiechem przyjaciela mojego chłopaka, ale uśmiech zamarł mi na ustach.

Stałam jak zamurowana i spoglądałam w znajome ciemnobrązowe oczy.

Michael?

Przez jego twarz przemknął wyraz zaskoczenia, ale szybko udało mu się go opanować. Wyciągnął dłoń i powiedział z naciskiem:

– Michael Sullivan. Miło mi cię poznać.

O mój Boże.

Sullivan. Sully.

No tak.

Czyż nie był to czysty koszmar? Tłumiąc zaskoczenie i rozczarowanie, ostrożnie uścisnęłam mu dłoń. Kiedy go dotknęłam i poczułam, że jego ręka lekko zaciska się na mojej, przebiegły mnie ciarki.

– Jestem Dahlia. – Trudno mi było wydusić te słowa. Mój głos brzmiał cicho i niepewnie. – Mnie również miło.

– Skąd ta nagła nieśmiałość? – zdziwił się Gary.

Uśmiechnęłam się z wysiłkiem.

– To twój przyjaciel. Chcę, żeby mnie polubił.

Jasne. Nie spodziewałam się tylko, że aż tak bardzo.

– Oczywiście, że cię polubi. Prawda, Sully? Czy ona może się komuś nie podobać?

Michael uśmiechnął się do nas sztywno.

– Tak dużo o niej mówisz, że już ją lubię.

Gary poklepał go po ramieniu i usiadł na stołku przy barze. Wymieniliśmy z Michaelem znaczące spojrzenia, a potem on również usadowił się obok.

Starannie ukrywałam, że jestem całkiem roztrzęsiona. Czułam panikę na myśl, że Michael opowie Gary’emu, jak z nim flirtowałam, ale chyba ogarniał mnie jeszcze większy strach na myśl, że nie przyjdzie na spotkanie ze mną, tak jak się umawialiśmy. Oczywiście, że nie przyjdzie! Czy ja całkiem zwariowałam? Przecież nie zraniłby swojego przyjaciela! Co za niedorzeczny pomysł.

Dlaczego przytrafia mi się coś takiego? Czy nie mogłam poznać Michaela w pierwszej kolejności?

I czy tego naprawdę chciałam? Spotkać go jako pierwszego? Przecież tak niewiele o nim wiedziałam. Tylko tyle, ile usłyszałam od Gary’ego (a były to same dobre rzeczy; mój chłopak uwielbiał swojego przyjaciela), i to, co dzisiaj wyczułam, kiedy się poznaliśmy.

Ale Gary był taki miły, świetny w łóżku i tak dobrze mnie traktował.

„Cholera”.

W przerwach między obsługiwaniem klientów rozmawiałam z Garym i Michaelem, starając się zachowywać wesoło i zadziornie, jak to zwykle ja. Najgorszy moment wieczoru nadszedł, kiedy Gary przeprosił i wyszedł do toalety, a Michael dał znak, żebym do niego podeszła.

W jego ciemnych oczach nie widziałam już błysków radości i pożądania. Nadal spoglądały ciepło, ale z uprzejmym dystansem. Żałowałam, że nie patrzy na mnie tak jak kilka godzin wcześniej.

– Nie powiem Gary’emu o tym, co się dzisiaj wydarzyło.

Skinęłam głową.

– Zwykle nie flirtuję z innymi facetami.

Przechylił się przez kontuar i ściszył głos.

– Domyślam się. To, co się dziś stało, zaskoczyło nas oboje.

Gary powiedział mi kiedyś, że Michael ma dwadzieścia trzy lata. Dopiero teraz to sobie przypomniałam. Był ode mnie zaledwie trzy lata starszy, ale miał w sobie pewną dojrzałość, której brakowało innym moim znajomym. Nawet Gary’emu. Bardzo mnie to pociągało.

Cholera.

– To wbrew niepisanym zasadom, ale powiem ci, że Gary bardzo cię lubi. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby do jakiejkolwiek dziewczyny odnosił się tak jak do ciebie. – Uśmiechnął się smutno. – I teraz rozumiem dlaczego. Nie miał łatwego życia… i dlatego… nie mogę mu tego zepsuć.

Nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Poczułam rozczarowanie, chociaż nie potrafiłabym wyjaśnić dlaczego.

– Dahlio, nie przyjdę więcej do galerii.

Skinęłam głową i z trudem przełknęłam ślinę.

– Rozumiem – odrzekłam.

– Jemu na tobie zależy. Bądź dla niego dobra.

Uśmiechnęłam się blado.

– Nie zranię go.

Odeszłam na drugi koniec baru, myśląc, że rzeczywiście nie zranię Gary’ego. Jeśli bowiem byłoby to dla niego choć w połowie tak bolesne, jak to, co czułam w tej chwili, to nikt nie powinien tak przeze mnie cierpieć.

1

Dahlia

Hartwell, Delaware, dwa miesiące wcześniej

Wiele lat temu, przez krótki czas, piłam alkohol, żeby przytępić uczucia. Gin przesiąkał do twardej, nabrzmiałej kuli, która rozsadzała mi pierś, i pozwalał choć na chwilę zapomnieć o bólu. Łatwiej mi było przeżywać dzień po dniu. Alkohol tłumił jednak nie tylko ból, lecz także niemal wszystkie inne uczucia. Omal mnie nie zabił.

W końcu skończyłam z piciem i pozwoliłam sobie znów coś poczuć. Musiałam jednak wykazać się cierpliwością. Na szczęście czas, odległość i terapia sprawiły to, czego nie udało się zdziałać alkoholowi. Ból łagodniał. Zdarzały się chwile, kiedy nawet czas wydawał się ulec zawieszeniu, ale na ogół czułam się stosunkowo szczęśliwa.

Czyli najwyraźniej zapomniałam o przeszłości.

Zapomniałam też, że życie rządzi się swoimi prawami. Nie można w nieskończoność iść beztrosko przed siebie. Pewnego dnia coś się wydarza i trafiasz z powrotem w dawne miejsce.

Życie takie jest.

I właśnie tego dnia postanowiło mi o tym przypomnieć.

Lato miało się ku końcowi. Zamknęłam już swój sklep i pracownię, którą prowadziłam przy głównym deptaku w nadmorskiej miejscowości Hartwell w stanie Delaware. Formalnie było to miasto, ale raczej niewielkie, z prowincjonalną atmosferą i mentalnością. Promenada miała nieco ponad półtora kilometra długości. Przy jej północnej części stały budynki komercyjne i właśnie tutaj mieścił się mój sklepik. Sprzedawałam w nim oryginalne, unikatowe pamiątki oraz biżuterię, którą sama projektowałam i wykonywałam w pracowni sąsiadującej ze sklepem.

Właściciele biznesów położonych przy promenadzie stanowili zgraną społeczność. Najserdeczniej przyjaźniłam się z Bailey Hartwell, właścicielką hoteliku Hart’s Inn, który mieścił się tuż obok mojego sklepu.

Zamknęłam sklep na godzinę, a Bailey zostawiła swój pensjonat pod opieką kierowniczki Aydan, mogłyśmy więc napić się kawy u Emery, naszej koleżanki, która prowadziła księgarnię połączoną z kawiarnią.

Zwykle podczas przerwy na kawę gawędziłyśmy o wszystkim i o niczym, ale tego dnia skupiłyśmy się na jednej osobie – Bailey. Otóż na horyzoncie pojawiła się jej młodsza siostra i zdążyła nieźle narozrabiać. Co więcej, Bailey zaczęła się spotykać z Vaughnem Tremaine’em. W miasteczku wywołało to wielką sensację. Dlaczego? Cóż, wszystko, co dotyczyło Bailey, wywoływało sensację. Wywodziła się z rodziny założycieli miasta i była tu dobrze znana. Cieszyła się powszechnym szacunkiem i sympatią. Kiedy Vaughn Tremaine kupił stary hotel przy promenadzie, zburzył go i na jego miejscu wybudował pięciogwiazdkowy przybytek Paradise Sands, Bailey nie była uszczęśliwiona. Nie kryła się z tym, co w końcu doprowadziło do rozgrywającej się na oczach całego miasteczka miniwojny między nią i tym zabójczo przystojnym przedsiębiorcą hotelowym z Manhattanu.

Jakby tego było mało, okazało się, że Tom, chłopak Bailey, z którym się spotykała od dziesięciu lat, zdradził ją. Po ich zerwaniu napięcie między Bailey a Vaughnem sięgnęło zenitu, aż w końcu oboje musieli przyznać, że czują do siebie nieodparty pociąg, co zresztą wszyscy od dawna podejrzewali.

Po długich miesiącach podchodów wreszcie zostali parą.

Bardzo mnie to cieszyło. Nikt bardziej niż Bailey Hartwell nie zasługiwał na szczęście w życiu osobistym.

– Chcę spędzać z nim jak najwięcej czasu. Z Tomem nigdy tego nie czułam – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy piłyśmy kawę. Siedziałyśmy wokół kominka w znajdującej się na podwyższeniu części księgarnio-kawiarni. Światło sączące się przez niskie okna sprawiało, że jej rude włosy wyglądały jak miedziana aureola. – Właściwie to nawet lubiłam, kiedy go nie było, i to od samego początku. Tymczasem z Vaughnem chciałabym przebywać non stop, ponieważ każda chwila razem pozwala mi dowiedzieć się o nim czegoś nowego – poznaję jego dziwactwa, pewność siebie, jego wady i zalety… I wiecie co? Wszystko mi się w nim podoba. Włącznie z wadami! Jak to wytłumaczyć?

Emery uśmiechnęła się rozmarzona.

– Zakochujesz się w nim.

Widząc ten uśmiech, również się uśmiechnęłam, a Bailey gwałtownie zaprzeczyła. Szczerze mówiąc, przez ostatnie dziewięć lat trzymałam się na uboczu i nie brałam udziału w życiu miasteczka. Emery sprowadziła się tutaj rok po mnie, ale ponieważ była nieśmiała i towarzysko niewyrobiona, nikt jej dobrze nie znał. Tak było do czasu, kiedy rok temu w Hartwell pojawiła się Jessica Huntington, która najpierw zaprzyjaźniła się z Bailey, a potem z Emery. Jessica zmieniła nazwisko na Lawson, kiedy wyszła za mąż za Coopera, właściciela baru sąsiadującego z księgarnią Emery. Jessica była lekarzem i jeśli udało jej się znaleźć trochę czasu między kolejnymi pacjentami, dołączała do naszych spotkań. Teraz jednak ona i Cooper wyjechali do Kanady w podróż poślubną.

Nasza czwórka szybko się zgrała. Nawet Emery zaczęła wychodzić ze swojej skorupy, choć nadal stanowiła dla nas zagadkę. Wiedziałam o niej tylko tyle, że odziedziczyła kupę forsy po babci, między innymi dom, w którym mieściła się księgarnia. Widziałam też, że jest nieśmiała, zwłaszcza w obecności mężczyzn, co zupełnie nie miało sensu, biorąc pod uwagę fakt, że była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie w życiu spotkałam. Serio. Wysoka, szczupła, ale kobieca, z długimi włosami w naturalnym kolorze jasnoblond, które rzadko widuje się u dorosłych kobiet, o delikatnych rysach twarzy, przypominała postaci księżniczek z kreskówek Disneya. Cat, siostra Coopera, często żartowała, że Emery wygląda jak Elsa z Krainy lodu.

Miałam świadomość, że Emery jest totalną romantyczką. Za każdym razem, kiedy Bailey mówiła o Vaughnie albo Jess o Cooperze, twarz Emery przybierała rozmarzony, pełen tęsknoty wyraz.

– Czy on nie powinien też chcieć być przy mnie przez cały czas? – Głos Bailey wyrwał mnie z rozmyślania o Emery.

– Powinnaś z nim o tym porozmawiać. Teraz. Zanim sprawy zajdą za daleko – poradziłam. Ostatnio Bailey i Vaughn ciągle natrafiali na jakieś trudności w komunikacji. – Gdyby była tu Jess, powiedziałaby to samo.

– Sama nie wiem…

Natomiast ja wiedziałam to doskonale i bez problemu mogłam jej to dobitnie zakomunikować.

Na szczęście Bailey ceniła sobie moją bezpośredniość.

– Naprawdę chcesz, żeby twój mąż i ojciec twoich dzieci stale przebywał poza domem?

– Nie. – Pokręciła głową, a potem się wyprostowała, jakby podjęła jakąś decyzję. – Dobrze. Pogadam z nim. To go pewnie wystraszy, ale i tak z nim porozmawiam.

– Po tym, co ci powiedział, nie sądzę, żeby cokolwiek mogło go do ciebie zrazić – wtrąciła Emery, wyjmując mi te słowa z ust. W dniu ślubu Jess Vaughn wdał się w bójkę z byłym chłopakiem Bailey, który okazał się jego kolegą ze szkoły średniej. Facet obraził Bailey, za co Vaughn nieźle mu przyłożył. Po bójce wygłosił zadziwiające przemówienie o tym, jak bardzo ją kocha i dlaczego. Kiedy nam to opowiedziała, gotowa byłam sama się w nim zakochać.

– O tak – zgodziłam się. – Najwyraźniej kręci go twoja trudna do zniesienia szczerość.

– Moja trudna do zniesienia szczerość? A znasz powiedzenie: „przyganiał kocioł garnkowi”?

Roześmiałam się.

– Dobrze, dobrze. Tak czy owak, porozmawiaj z nim.

Nad drzwiami księgarni zadźwięczał dzwonek i Emery wstała, żeby powitać klientów, a ja jeszcze raz potwierdziłam, że Bailey powinna porozmawiać z Vaughnem. Na tym etapie zażyłości moja przyjaciółka powinna już wiedzieć, że nie zrazi tym do siebie Tremaine’a. Patrzył na nią, jakby była jego całym światem.

Po minucie wróciła Emery i znów usiadła przy nas.

– Chcą tylko poprzeglądać książki, więc powiedziałam, żeby mnie zawołali, jeśli będę potrzebna – wyjaśniła. – O czym to rozmawiałyśmy?

– Zastanawiałyśmy się nad moją rozmową z Vaughnem, która może zakończyć ten związek – odrzekła Bailey. – Ach, i o tym, że moja siostra jakby zapadła się pod ziemię. Jeśli jej wkrótce nie znajdę, moi rodzice na pewno tu przylecą.

– A to byłoby takie złe? – zagadnęłam.

Moim zdaniem wcale nie. Nie powinnam się mądrzyć niepytana, ale Vanessa była urodzoną awanturnicą. Nie podobało mi się, że może sprowadzić na siostrę kłopoty akurat teraz, kiedy Bailey nareszcie zaczęło się układać w życiu. Może to nie był najgorszy pomysł, żeby Stacy i Aaron Hartwellowie przylecieli tu i przejęli odpowiedzialność za Vanessę.

– W tej chwili? – spytała Bailey. – Tak. Wolałabym lepiej poznać Vaughna bez nadzoru mojego taty. Kocham go, ale on jako jedyny w całej rodzinie wie o Oliverze Spensie.

Oliver Spence był kiedyś chłopakiem Bailey i to właśnie jemu spuścił lanie Vaughn. W młodości, wraz ze swoją zamożną rodziną, Oliver często spędzał lato w Hartwell. Bailey miała dziewiętnaście lat, kiedy powiedział jej, że ją kocha, i ona również się w nim zakochała. Łajdak zerwał z nią jednak pod koniec lata, oznajmiwszy, że nie jest wystarczająco dobra dla jego rodziny. Gdybym już wtedy przyjaźniła się z Bailey, znalazłabym jakiś wyrafinowany sposób, żeby się zemścić na tym aroganckim dupku. Na przykład wrzuciłabym do jego luksusowego, sportowego wozu tonę sera – tyle, żeby czyszczenie zajęło kilka dni, a woń sera nigdy nie dała się usunąć ze skórzanej tapicerki.

Niestety, nie było mnie wtedy w Hartwell, więc nie mogłam wprowadzić w życie tak doskonałego planu.

– Mógłby nabrać fałszywego wyobrażenia o Vaughnie. Muszę sama rozpracować, co czuję do Tremaine’a, zanim wezmę pod uwagę opinie innych.

– No błagam cię! Dobrze wiesz, co do niego czujesz – zaprotestowałam.

– Zaraz dostaniesz w ucho.

Roześmiałam się i nadstawiłam lewy policzek, wskazując palcem dołeczek.

– Proszę bardzo. Tylko na to czekam.

Zielone oczy Bailey błyszczały wesoło.

– Jesteś taka słodka, aż do przesady.

Żartobliwie uniosłam głowę i nonszalancko wygładziłam ubranie.

– Wiem – oznajmiłam poważnie, a koleżanki wybuchły śmiechem.

– Proszę pani! – Męski głos przebił się przez nasz głośny śmiech. Odwróciłyśmy się i zobaczyłyśmy mężczyznę, wchodzącego po schodach z niską, ładną blondynką u boku. Wydał mi się dziwnie znajomy. Spojrzał na Emery.

– Chcielibyśmy kupić kilka książek, jeśli można – powiedział z wyraźnym bostońskim akcentem.

Wtedy zrozumiałam, dlaczego wydał mi się znajomy.

Szok, jaki wtedy przeżyłam, można porównać do tego, jaki przeżywa osoba niespodziewanie potrącona przez samochód.

Nie.

Jezu Chryste, nie.

Co on tutaj robi?

Serce biło mi w piersi jak młotem. Całe ciało zalała fala gorąca i poczułam, że zaczynam się pocić. Ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa, więc mogłam tylko na niego patrzeć.

Michael Sullivan.

Był tutaj.

W Hartwell.

W księgarni Emery.

Nosił teraz krótką, nieporządną brodę, a wokół oczu pojawiły się zmarszczki. Jednak niewątpliwie był to on. Wszędzie bym go poznała.

Do oczu napłynęły mi łzy, a tęsknota i ból niemal rozsadzały pierś. Nie widziałam go od lat i teraz nagle poczułam się tak, jakbym pierwszy raz od dekady zaczerpnęła powietrza. Tyle tylko, że ten oddech szybko uwiązł mi w płucach, nie dając upragnionej ulgi.

Uśmiechnął się do Bailey, a potem do mnie.

Kiedy nasze oczy się spotkały, jego twarz stężała z zaskoczenia.

– Dahlia?

Skąd się tutaj wziął?

Dlaczego?

„Odejdź stąd! Odejdź! Odejdź!”

– Michael. – Jego imię samo wyrwało mi się z ust.

Michael. Tak kochałam to imię. Kochałam… Kochałam…

Miałam wrażenie, że zaraz zwariuję.

Tutaj, na jego oczach i na oczach blondynki, którą trzymał za rękę.

Nie chciałam na to patrzeć.

Nie chciałam tego widzieć.

Ale nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku, sycąc się swoim widokiem. Jego oczy nadal były piękne, ciemnobrązowe – takie, w których dziewczyna może utonąć. Jasne włosy miał teraz ostrzyżone krócej niż dawniej, więc wydawały się ciemniejsze. Szerokie ramiona robiły wrażenie jeszcze szerszych. Miał na sobie T-shirt, pod którym wyraźnie rysowały się mięśnie, co dowodziło, że ćwiczył więcej niż kiedyś. Dawniej też był bardzo sprawny fizycznie, teraz jednak mięśnie stały się jeszcze widoczniejsze. Zdałam sobie sprawę, że dzięki temu wyglądał na wyższego, niż w rzeczywistości był. Mierzył metr osiemdziesiąt, czyli mniej niż mężczyźni w mojej rodzinie, ale dzięki muskulaturze jego męska sylwetka budziła respekt.

Wciąż prezentował się imponująco.

„Michaelu, co ty tutaj robisz? Proszę, odejdź”.

Blondynka (nie mogłam się zmusić, żeby patrzeć bezpośrednio na nią) pociągnęła go za rękę, a on odwrócił się do niej, przerywając nasz kontakt wzrokowy. Ramiona mi opadły i znów byłam w stanie oddychać. Jednak po sekundzie Michael ponownie przeszył mnie wzrokiem.

– Co tutaj robisz?

Co ja tutaj robię?

Wszystko we mnie dygotało, więc wsunęłam dłonie pod stół, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć.

– Co ty tutaj robisz? – odparowałam.

„Odejdź, Michaelu. Proszę, odejdź natychmiast!”

Miałam nadzieję, że w ciągu minionych dziewięciu lat wykształcił w sobie zdolności telepatyczne.

– Jesteśmy na wakacjach – odezwała się blondynka, przywierając do boku Michaela. – Mike, kto to jest?

Mike? Moja rodzina również tak go nazywała, ale ja nie znosiłam skracania tego pięknego imienia do pospolitej formy.

– Kiersten, to jest Dahlia. Młodsza siostra Dermota.

„Młodsza siostra Dermota? To jakiś żart?”

– Myślałam, że ona nie żyje – zdziwiła się blondynka.

Ból przeszył mi pierś, a Bailey pod stołem chwyciła mnie za rękę. Spojrzałam na blondynkę. Była niska, szczupła i drobna. Wydawałaby się ładna, gdyby nie zacięty wyraz twarzy. Przeniosłam wzrok na Michaela. Powiedział tej kobiecie o Dillon. Czyli była dla niego wystarczająco ważna, żeby poznać historię Dillon, ale nie na tyle ważna, żeby dowiedzieć się o mnie? A może to ja nie byłam już dla niego ważna?

Zobaczyłam jego ponurą minę i coś ścisnęło mnie w gardle.

– To była Dillon.

Imię mojej siostry zabrzmiało niczym wystrzał z pistoletu i poczułam paniczny skurcz w sercu. Przed oczami zatańczyły mi czarne punkciki i wiedziałam, że za chwilę stracę nad sobą panowanie.

Wykluczone.

Nie wolno mi było do tego dopuścić.

Równie dobrze mogłabym rozerwać sobie pierś i pokazać wszystkim swoje popękane serce, w którym brakowało kilku kawałków.

– Muszę iść. – Wstałam, uwalniając dłoń z uścisku Bailey. Ze spuszczonymi oczyma, żeby tylko nie napotkać jego wzroku, wyminęłam Michaela Sullivana i jego blondynę z szybkością, jakiej się sama po sobie nie spodziewałam.

– Dahlio! – zawołał, ale ja już zbiegałam z podestu. Wydawało mi się, że od wyjścia dzieli mnie olbrzymi dystans.

Usłyszałam głos Bailey. Michael coś jej odpowiedział, ale ja już otworzyłam drzwi, nie zwracając na nich uwagi.

Znalazłam się na zewnątrz.

Słone, oceaniczne powietrze wypełniło mi płuca, kiedy pospiesznie maszerowałam po deskach promenady. Serce biło jeszcze mocniej. Ze strachu, że Michael będzie mnie gonił, ruszyłam biegiem. Biegłam przez letni tłum turystów, a podeszwy moich tenisówek chrzęściły na drobnych ziarnkach piasku, które wiatr przenosił z plaży na deptak.

Lekki, ciepły wietrzyk rozwiewał moje długie włosy, kiedy mknęłam przed siebie, jakby ścigało mnie stado diabłów.

Dotarłam do swojego sklepu i dopiero kiedy zamknęłam za sobą drzwi, panika i przerażenie zaczęły ustępować. Nie zmieniłam tabliczki „Przerwa na lunch” na „Otwarte”. Nie zapaliłam światła. Skryłam się w pracowni na tyłach sklepu, gdzie demony przeszłości próbowały mnie dopaść po raz pierwszy od wielu lat.

Tak naprawdę nigdy mnie nie opuściły.

Nagłe pojawienie się Michaela tylko je obudziło.

Ręce mi się trzęsły, a z gardła wyrywał się spazmatyczny szloch. Rozejrzałam się po pracowni, szukając czegoś, co stłumiłoby ból. Dygocząc na całym ciele, włożyłam fartuch. Potem podłączyłam telefon do głośnika, włączyłam Spotify i pomieszczenie zalała muzyka The Vaccines.

Usiadłam przy stole warsztatowym i wpatrzyłam się w srebrne kolczyki z ametystami, nad którymi właśnie pracowałam. Miały kształt wydłużonych sylwetek kotów o ametystowych oczach. Pochyliłam się i skupiłam na pracy, starając się odpędzić od siebie wszelkie myśli.

Będę się ukrywała przed Michaelem, dopóki nie wyjedzie z Hartwell. Proste.

Jego widok był dla mnie szokiem.

Tego dnia życie wymierzyło mi kopniaka prosto w żołądek, ale wiedziałam, że wszystko będzie dobrze, kiedy tylko on wyjedzie.

W końcu dotychczas upływ czasu i dystans bardzo mi pomogły. Powinny znów zacząć działać.

2

Dahlia

Hartwell, Delaware, obecnie

Ogień strzelał na kominku w księgarni Emery, roztaczając miłe ciepło w ten zimny, październikowy dzień. W połowie października dni stawały się pochmurne, temperatura spadała i chociaż księgarnia była czynna cały rok, właśnie jesienią, mniej więcej o tej porze, ruch w interesie malał.

Tak było i w moim sklepie. Na szczęście uzyskiwałam wystarczający dochód wiosną i latem, by przetrwać martwy sezon (czego nie można było powiedzieć o wszystkich tutejszych firmach). Sprzedawałam swoją biżuterię do butików w całych Stanach, zyskując dodatkowy zarobek. Jesienny brak klientów miał swoje dobre strony – dzięki niemu mogłam się częściej spotykać z koleżankami na kawę w lokalu Emery. W ten sposób byłyśmy na bieżąco, jeśli chodzi o nasze życiowe sprawy.

W księgarni nie było nikogo oprócz mnie, Emery, Bailey i Jessiki.

Jess zerknęła na zegarek. Emery postawiła przed nami talerz ciasteczek, pobrzękując przy tym licznymi srebrnymi bransoletkami, a potem usadowiła się w fotelu stojącym najbliżej ognia.

– Śpieszysz się gdzieś? – zapytałam Jess.

– Nie, to tylko z przyzwyczajenia – westchnęła. – W dni robocze stale sprawdzam, która godzina. Zapomniałam, że dziś niedziela i nie muszę biec do gabinetu.

– Cieszę się, że jesteś tu z nami – wyznałam. – Potrzebuję sojuszniczki, żeby ponabijać się z Bailey na temat jej zaręczyn z facetem, którego kiedyś nazwała diabłem wcielonym. Emery to taka słodka istota, że chyba w życiu z nikogo sobie nie żartowała.

Emery zerknęła na mnie znad krawędzi filiżanki. Jej urzekające jasnoniebieskie oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.

– Nieprawda – zaprotestowała cicho. – Potrafię się nabijać, jak każdy. Tylko akurat nie w tym przypadku. – Uśmiechnęła się do Bailey. – Uważam, że to niesamowite.

– Tak. I niesamowicie szokujące – dodałam. – To tak, jakby Buffy zaręczyła się ze Spikiem. Nieoczekiwane, ale jakże emocjonujące!

Bailey krytycznie uniosła brew.

– Bardzo zabawne.

– Też tak sądzę – odrzekłam, uśmiechając się porozumiewawczo do Jess.

– W ten sposób tylko pokazujesz, jaka jesteś niedojrzała.

– Że co? Niby jestem jeszcze mniej dojrzała niż ty?

Bailey stłumiła uśmiech.

– Nie wiem, dlaczego w ogóle znoszę twoje docinki.

– Ależ wiesz. Być może Vaughn jest piekielnie przystojny, ale to ja jestem twoją bratnią duszą, Hartwell.

– Teraz rozumiem – odezwała się Jess. – Dahlia się boi, że Vaughn odbierze jej najbliższą przyjaciółkę.

– To niemożliwe – odrzekłam z nonszalancją. – Jestem od niego ładniejsza i bystrzejsza. Tego, co wnoszę w życie Bailey, nie da się niczym zastąpić.

– Vaughn zapewnia jej wielokrotne orgazmy – powiedziała Emery z szerokim uśmiechem. – Moim zdaniem Tremaine wygrywa.

Jej komentarz zaskoczył nas do tego stopnia, że przez chwilę siedziałyśmy jak skamieniałe, a potem naraz parsknęłyśmy gromkim śmiechem. Te słowa nie były aż tak zabawne, ale w ustach Emery rozbawiły nas do łez.

– Kurczę, Jess, szkoda, że poznałaś Emery z Bailey. Ta kobieta ją zepsuła.

– W najlepszy z możliwych sposobów – przyznała Bailey.

– Po prostu teraz mówię głośno to, co kiedyś tylko sobie myślałam. Z wami czuję się tak swobodnie, że mogę sobie na to pozwolić – oznajmiła Emery.

Emery zaintrygowała mnie już siedem lat temu, kiedy pojawiła się na promenadzie i zamieniła Burger Hut w księgarnię. Nowa sąsiadka była jednak tak wycofana i nieśmiała, że wraz z Bailey zrezygnowałyśmy z prób nawiązania z nią bliższej znajomości. To Jess przetarła szlak i teraz wszystkie się przyjaźniłyśmy, ale piękna blondynka nadal budziła naszą wielką, niezaspokojoną ciekawość. Nic o niej nie wiedziałyśmy, a bałyśmy się, że jeśli zaczniemy ją wypytywać, znów zamknie się w sobie.

Bardzo polubiłam cichą, inteligentną właścicielką księgarni. W jej oczach czaił się jakiś smutek, tak podobny do mojej melancholii. Na pewno miała swoją tajemnicę i może tylko czekała, aż będzie mogła zaufać komuś na tyle, żeby się z niej zwierzyć. Bardzo chciałam być jedną z tych zaufanych osób.

– Powiedz mi, Emery – zaczęłam, przybierając niezobowiązujący ton. – Czy kiedyś przeżyłaś coś takiego? Spotkałaś kogoś takiego jak Vaughn?

Policzki jej poczerwieniały.

– Nooo… nie.

– Ten facet jest jedyny w swoim rodzaju – prychnęła Bailey.

– Chwalipięta – zganiłam ją żartobliwie.

– Tylko tyle powiesz? – Jess zignorowała nasze wzajemne docinki.

Emery gwałtownie pokręciła głową.

– Tylko tyle.

I to wszystko?

Bailey zmarszczyła nos.

– Nie było żadnego mężczyzny, na którym by ci zależało? Może jakaś szkolna miłość?

– Mieszkałam z babcią, a ona nie pozwalała mi na randki.

Wymieniłam spojrzenia z Jess i Bailey. To wszystko wyjaśniało. A w każdym razie sporo.

– Rozumiem. – Odstawiłam kawę i skupiłam się na Emery, ogarnięta przemożną ciekawością. – Opowiedz nam o swojej babci i o tym, jak inteligentna, piękna, młoda kobieta, która skończyła lat…

– Dwadzieścia osiem – uzupełniła Emery.

– Zatem jak to możliwe, że taka kobieta, mieszkając w małym miasteczku, gdzie praktycznie wszyscy się znają, jest tak nieśmiała, że dopiero po siedmiu latach nawiązuje bliższe znajomości?

Emery ściągnęła brwi.

– To nieprawda. Przyjaźnię się z Iris, odkąd się tu sprowadziłam.

– Co takiego? – fuknęła Bailey. – Nic mi o tym nie mówiła.

– Bo wie, jaka z ciebie plotkara. – Emery skrzywiła się lekko. – Nie chciałam, żeby zabrzmiało to tak nieprzyjemne.

Roześmiałam się.

– Zabrzmiało to dokładnie tak, jak powinno.

Bailey pokazała mi język.

– Dzieci, dzieci! – Jess przewróciła oczami. – Wróćmy do Emery i jej babci.

– Ale… tu nie ma wiele do opowiadania. – Emery zagryzła dolną wargę, jakby się nad czymś zastanawiała, a potem odstawiła filiżankę. Spuściła oczy i wbiła wzrok w niski stolik przed nami. – Rodzicie i dziadek zginęli w katastrofie lotniczej. To był prywatny samolot dziadka. Rozbił się. Spędzałam tamto lato w Nowym Jorku na obozie muzycznym. Grałam na wiolonczeli. Miałam dwanaście lat. Zostałam sama z babcią. – Podniosła wzrok i spojrzała na nas śmiało. – Zachowajcie dla siebie to, co wam powiem.

Skinęłyśmy głowami i bezwiednie pochyliłyśmy się naprzód, autentycznie zaintrygowane.

– Moim dziadkiem był Peter Paxton, założyciel Paxton Group.

Kto taki?

Zorientowawszy się, że nie wiemy, o kim mówi, ciągnęła:

– Do Paxton Group należy American AirTravel i linie lotnicze Invictus, włącznie z Invictus Vacation Group i Invictus Aeronautical.

„O jasna cholera!”

Emery właśnie wymieniła kilka z największych firm w Stanach. Paxton Group musiała być korporacją wartą miliardy dolarów. Chryste. Dziadek i ojciec Emery byli miliarderami.

Czy to znaczyło…

Oszołomiona patrzyłam na Emery.

Nie wyglądała na bogaczkę.

Nie zachowywała się jak miliarderka.

Oczywiście, nie miałam pojęcia, jak zachowują się miliarderki, bo nigdy dotąd żadnej nie spotkałam.

Widząc, że pojęłyśmy, co nam wyznała, Emery się zaczerwieniła.

– Wiodłam bardzo uprzywilejowane życie i nie byłam zbyt miłym dzieciakiem. Po prostu nie umiałam się inaczej zachowywać. Mieszkaliśmy w posiadłości na północy stanu Nowy Jork. Wszystko robił za nas personel, więc byłam rozpuszczona. Kiedy rodzice zginęli, babcia przejęła ich udziały w firmie. Zarządza nią rada nadzorcza, jest prezes, dyrektor generalny i tak dalej. Babcia prowadziła własne interesy związane z nieruchomościami. Była… – Emery przerwała i spuściła wzrok. Zauważyłam, że kurczowo splotła dłonie. – Była bardzo surowa. Tak, bardzo surowa.

– I co się z nią stało? – spytała cicho Bailey. – Co się stało z twoją babcią?

Nagle z mojej torebki ryknęła piosenka zespołu Led Zeppelin. Wszystkie podskoczyłyśmy jak rażone prądem.

Jess spojrzała na mnie z naganą.

– Przepraszam – powiedziałam z nerwowym chichotem. Spoważniałam, kiedy przeniosłam wzrok na Emery. – Naprawdę przepraszam. – Szukałam w torbie telefonu, chcąc go jak najszybciej wyłączyć. Jednak nie zrobiłam tego, zobaczywszy, że dzwoni tata.

Dwa miesiące wcześniej, kiedy Michael Sullivan pojawił się w księgarni, zdałam sobie sprawę, że to nie mógł być przypadek.

Jedyną osobą w rodzinie, która wiedziała, że mieszkam w Hartwell, był tata.

Kiedy do niego zadzwoniłam, żeby poprosić o wyjaśnienie nagłej wizyty Michaela, wyznał mi, że sam mu zasugerował samotny urlop w Hartwell, ponieważ Michael jest z żoną w separacji i przeżywa trudne chwile. Nie wspomniał mu, że ja tam mieszkam, ani nie uprzedził mnie, że mogę przeżyć wstrząs. Wiedziałam, dlaczego tak zrobił i na co miał nadzieję.

Nie wziął jedynie pod uwagę, że Michael zechce dać szansę swojemu małżeństwu i zabierze żonę na romantyczne wakacje. Nie zdziwiło mnie, że Michael jest żonaty. Był wspaniałym kandydatem na męża. Niemniej, słysząc tę wiadomość, poczułam ukłucie bólu.

Oględnie mówiąc, byłam na tatę wściekła.

Ale go kochałam.

Uwielbiałam.

Tylko on z całej rodziny naprawdę mnie rozumiał. Bardzo często do niego dzwoniłam, jednak od czasu wizyty Michaela w Hartwell nasze rozmowy stały się sztywne i niezręczne. Tak sztywne, że nosiłam się z zamiarem wyprawy do Bostonu, żeby wszystko wyjaśnić osobiście i załagodzić napięcie. Nie odwiedzałam rodzinnego miasta przez dziewięć lat, ale dla ojca byłam gotowa to zrobić. Był dla mnie bardzo ważny.

Kiedy dzwonił, odbierałam telefon. Zawsze.

– Przepraszam, kochane. Muszę porozmawiać. – Wcisnęłam zielony klawisz na telefonie. – Cześć, tato. Co tam?

– Cześć, Dzwoneczku.

Na ogół niski głos taty i jego wyraźny bostoński akcent były dla mnie jednym z najmilszych dźwięków. Sama już dawno zatraciłam lokalny akcent – tymczasem głos taty zawsze przypominał mi o domu.

Dzisiaj na dźwięk jego głosu zesztywniałam. Nie chodziło o pieszczotliwe przezwisko. Tata nazywał mnie tak od dzieciństwa, ponieważ miałam oczy niebieskie niczym ten polny kwiatek. Reszta rodzeństwa miała brązowe oczy, po mamie. Ja jedna odziedziczyłam po tacie kolor oczu i dołeczek w policzku.

Zatem to nie użycie tego przezwiska sprawiło, że poczułam niepokój. Sprawił to ton głosu ojca. Przez głowę przebiegł mi milion najgorszych podejrzeń.

– Czy u was wszystko w porządku?

– W jak najlepszym. Ale chcę ci coś powiedzieć. Wolałbym nie robić tego przez telefon, ale muszę.

Strach przykuł mnie do krzesła.

– Tato, co się dzieje?

Głosy moich koleżanek ucichły i poczułam na sobie ich zatroskane spojrzenia.

– Wiem, że jesteś dorosła i dzielnie zniesiesz tę wiadomość. Otóż, Dzwoneczku… mama i ja zamierzamy się rozwieść. Wyprowadziła się w zeszłym tygodniu.

Miałam wrażenie, że serce przestało mi bić.

– Jak to?

Nic nie rozumiałam.

Moje stosunki z mamą były ostatnio bardzo napięte, ale przecież Sorcha i Cian McGuire’owie byli ze sobą na dobre i na złe. Nic nie mogło ich rozdzielić. Jak to możliwe, że postanowili się rozwieść?

Tata kochał mamę. Naprawdę kochał.

– Odeszła od ciebie?

– To była nasza wspólna decyzja, skarbie. Przestało nam się układać.

– Nie pojmuję tego.

– Kocham cię, Dahlio, dobrze o tym wiesz. Ale tak jak powiedziałem twoim braciom i Davinie, to nie dotyczy was, naszych dzieci. To jest sprawa wyłącznie między nami.

Słychać było, że jest zmęczony, przybity i zniechęcony. Na myśl o tym, że tata od nie wiadomo jak dawna jest w okropnym stanie i musi sam stawić czoła rozstaniu z mamą, ogarnęło mnie poczucie winy. Powinnam stać u jego boku.

Słowa same wyrwały mi się z ust, zanim zdołałam je powstrzymać.

– Lecę do domu.

Westchnął ciężko.

– Nie ma takiej potrzeby, Dzwoneczku.

– Lecę – powtórzyłam, chociaż myśl o tym wywoływała we mnie mdłości. Musiałam zobaczyć tatę, uściskać go. Odwiedzał mnie, kiedy tylko mógł, ale to zawsze było za mało. Musiałam się upewnić, że jakoś daje sobie radę.

– Przylecę pierwszym możliwym lotem. Zaraz wszystko załatwię. Zadzwonię, kiedy tylko kupię bilet, i podam ci godzinę przylotu.

– Oboje wiemy, że nie uda mi się zmienić twojej decyzji, dzieciaku. – Na wieść o tym, że wybieram się do domu, jego ton stał się wyraźnie weselszy, a ja na chwilę zapomniałam o zmartwieniach. Cokolwiek czułam, jakiekolwiek ciężkie chwile czekały mnie w Everett, warto było tam jechać.

– Kocham cię, tato.

– Też cię kocham, córeczko.

– Porozmawiamy, kiedy będę na miejscu, prawda?

– Oczywiście.

Pożegnaliśmy się, ale w gardle nadal mnie ściskało z emocji.

Tata cierpiał, a mnie przy nim nie było. Zamrugałam powiekami, żeby powstrzymać płacz, a potem zwróciłam się do zaniepokojonych przyjaciółek.

– Moi rodzice się rozwodzą. Muszę lecieć do Bostonu i spotkać się z tatą.

Emery i Jess przytuliły mnie i wyraziły współczucie, a Bailey wzięła mnie pod ramię i zaproponowała, że mnie odprowadzi.

Tylko ona znała moją historię.

Ramię w ramię wyszłyśmy na promenadę. Maszerowałyśmy w milczeniu, a chłodny wiatr znad oceanu smagał nam policzki.

– Może chcesz, żebym z tobą pojechała? – zapytała nagle.

Uśmiechnęłam się do niej niepewnie.

– Dziękuję. Nawet nie wiesz, jaka jestem ci wdzięczna za tę propozycję, ale tata w tej chwili raczej nie potrzebuje wokół siebie zbyt wielu ludzi.

– Rozumiem. A co z twoimi potrzebami?

Spojrzałam w jej pełne niepokoju zielone oczy.

– Od dziewięciu lat tata przedkładał moje potrzeby nad swoje. A może nawet nad potrzeby naszej rodziny. Nie tylko jestem mu to winna, lecz także robię to dla samej siebie. Nie mogę uwierzyć, że przechodzi przez to wszystko sam, bez mojego wsparcia. – Wypuściłam drżący oddech. – On kocha mamę. Kocha ją, jak ty Vaughna, jak ja kocham…

– Michaela – dokończyła za mnie i przyciągnęła do siebie. – A co z Michaelem, Dahlio? Jak zniesiesz jego widok? Jak zareagujesz, kiedy zobaczysz go z żoną?

Zacisnęłam palce na połach jej bluzki i chociaż jej słowa doprowadziły mnie do płaczu, powstrzymałam łzy.

Objęła mnie mocno ramionami, czując, że cała dygoczę.

Tu chodziło o tatę.

Kiedy tata cierpiał, cierpiałam i ja.

Tak właśnie jest, kiedy w grę wchodzi ktoś, kogo naprawdę kochasz.

Musiałam swoją obecnością wesprzeć ojca w potrzebie, nawet jeśli to miało oznaczać bolesne spotkanie z Michaelem. Oczywiście ta perspektywa wcale mnie nie cieszyła.

– W porządku – wyszeptałam. – Dam radę.

Przyjaciółka chwyciła mnie za ramię, pochyliła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.

– Oczywiście, że dasz radę. Zanim jednak wyjedziesz, poprawimy ci makijaż. W Bostonie zjawisz się, wyglądając zabójczo seksownie.

Jęknęłam i przewróciłam oczami.

– Jadę tam, żeby pomóc tacie, po nic innego.

Ruszyłam przed siebie, a ona podążyła za mną.

– Co nie oznacza, że masz wyglądać byle jak. Tak samo byś mówiła, gdyby chodziło o mnie i Vaughna.

– Vaughn nie ma żony. A biorąc pod uwagę przyczynę mojego wyjazdu do Bostonu, twoje komentarze są nie na miejscu.

W milczeniu minęłyśmy pizzerię Antonio’s, prowadzoną przez zaprzyjaźnione z nami małżeństwo, Iris i Irę.

– Zapakujesz niebieską suknię, prawda? – zapytała Bailey, kiedy zbliżyłyśmy się do mojego sklepu.

Dobrze wiedząc, którą sukienkę ma na myśli, spojrzałam na nią groźnie. Ale po chwili zastanowienia spytałam:

– Które buty powinnam do niej zabrać?

Bailey uśmiechnęła się szeroko i przez całą drogę do zaparkowanego za sklepem samochodu spierałyśmy się o to, dlaczego jednak chcę wziąć do Bostonu niebieską sukienkę. Dzięki przyjaciółce na chwilę zapomniałam o problemach taty.

Właśnie to było najwspanialszym darem Bailey Hartwell.