Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 456 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka To, co ukryte - Laura Lippman

Dwie jedenastolatki, Alice i Roonie, po tym, jak za niegrzeczne zachowanie zostały wyproszone z urodzin koleżanki, skręcają w inną niż zwykle uliczkę. Przed jednym z domów widzą pozostawiony samotnie wózek z dzieckiem. Małe niewinne dziewczynki sądzą, że postąpiły słusznie, uratowały to dziecko – skoro ktoś je zostawił bez opieki, znaczy, że go nie chce. Prawda? Gdy kilka dni później zostają znalezione zwłoki niemowlęcia, to one są głównymi podejrzanymi dokonania tej strasznej zbrodni. Po szybkim procesie zostają skazane.

Siedem lat później Alice i Ronnie wychodzą z zakładów poprawczych. Wracają do domów, mają szansę zacząć życie od nowa. Jednak tajemnica, którą owiana jest dawana zbrodnia, wciąż dręczy ich rodziców, prawników i policjantów. Wszystkich, którzy wtedy nie odważyli się stawić czoła szokującej prawdzie…

A kiedy w niepokojących okolicznościach znika kolejne dziecko, podejrzenia natychmiast padają na dawne koleżanki z dzieciństwa. Zaczyna się walka z czasem, poszukiwania na ogromną skalę, walka z mediami, które węszą za tanią sensacją. Sprawę prowadzi młoda pani detektyw, która siedem lat wcześniej znalazła ciało Olivii. Tyle że nic w tej sprawie nie jest normalne...

 

Powieść Laury Lippman została zekranowana. W filmie w reżyserii Amy Berg zagrały m.in. Diane Lane, Elizabeth Banks, Danielle Macdonald i Dakota Fanning.

 

Laura Lippman jest jedną z najlepszych i najsławniejszych twórczyń literatury kryminalnej. Mroczny klimat, postaci o pogmatwanych psychikach i życiorysach oraz misternie spleciona fabuła przyniosły jej książkom wszystkie najbardziej prestiżowe nagrody gatunku: Edgar Award, Agatha Award, Anthony, Barry i Shamus Award. Niebawem w Marginesach ukaże się kolejna książka autorki – Wild lake.

Opinie o ebooku To, co ukryte - Laura Lippman

Fragment ebooka To, co ukryte - Laura Lippman

Okładka

Karta tytułowa

Dla Vicky Bijur i Carrie Feron

Koniec mowy. Wszystkiego tego wysłuchawszy:

Boga się bój

i przykazań Jego przestrzegaj,

bo cały w tym człowiek!

Bóg bowiem każdą sprawę wezwie na sąd,

wszystko, choć ukryte: czy dobre było, czy złe.

Księga Koheleta 12,13–14

17 lipca, siedem lat wcześniej

Prolog

Kiedy kazano im wracać do domu, były boso, a ich ociekające wodą stopy zostawiały mokre ślady, które niemal natychmiast wyparowywały, tak jakby nigdy nie istniały. Jeśli dałoby się jakoś podążyć tymi śladami, czego wielu miało później próbować, zaprowadziłyby one do dziecięcego brodzika, do stołów zastawionych z okazji urodzinowego przyjęcia i błękitnych balonów z mylaru. Potem minęłyby stolik z przekąskami i pobiegły w górę schodów, do parkingu. Każdy następny ślad był mniejszy od poprzedniego – najpierw znikały palce, potem wąskie połączenie pięty i śródstopia, następnie pięty, później zostawały same pulchne krawędzie stóp – i w końcu nie zostawało nic.

Usiadły na krawężniku, żeby włożyć buty – Ronnie tenisówki, Alice nowiutkie buciki z przejrzystego tworzywa. Alice wydawała wszystkie pieniądze, aby nadążyć za trendami mody aktualnie obowiązującymi w piątej klasie Szkoły Świętego Wilhelma z Yorku. Tamtego lata, siedemnastego lipca siedem lat temu, buciki z przejrzystego tworzywa były właśnie tym, co należało mieć.

Asfalt parkingu był lśniąco czarny, przypominał Alice bulgoczące, wrzące morze z bajki, które paruje, kiedy się go dotknie.

– To wygląda jak pustynia w Oz – stwierdziła, myśląc o książkach, które uratowały się z dzieciństwa jej matki.

– W Oz nie ma pustyni – odparła Ronnie.

– Jest, trochę później, w następnych częściach. Tam jest taka pustynia, która parzy…

– Nie w książce – powiedziała Ronnie. – W filmie.

Alice postanowiła nie spierać się dłużej. Ronnie zwykle się jej sprzeciwiała, kiedy chodziło o sprawy związane z książkami, a także o różne fakty i oczywiście o szkołę. O rzeczy, które Alice uważała za wiedzę. Słowo to widziała napisane jaśniejącymi niebieskimi literami i oglądała je przez cały rok na gazetce ściennej w sali, gdzie uczyła się piąta klasa: „Prawda, że człowiek mądry jest silny, lecz człowiek zdobywający wiedzę powiększa swoje siły”. Pod maksymą przyczepiano co tydzień prace ocenione na piątkę. Alice martwiła się za każdym razem, kiedy efekt jej wysiłków nie pojawiał się na tablicy. Ronnie coś takiego jeszcze nigdy się nie przytrafiło i twierdziła, że ma to gdzieś.

Dzisiaj wpadła w ten swój ponury nastrój, kiedy zdecydowanie nie należało jej drażnić.

– Powinnam zadzwonić po wasze matki – powiedziała z wahaniem mama Maddy, nawet gdy kazała im wyjść z brodzika i wyrzucała je z przyjęcia. – Nie powinnyście iść same przez Edmondson Avenue.

– Mnie wolno – odparła Ronnie. – Mam ciotkę w Stamford. Chodzę do niej, jak rodzice są w pracy. Mieszka po tej stronie Edmondson. – A potem buntowniczo spojrzała na pozostałe dziewczynki, wciąż jeszcze zdumione i zaszokowane. – Moja ciocia ma cukierki double stuff oreos i rice krispie treats – dodała. – I wszystkie kanały kablówki, a ja mogę oglądać, co chcę, nawet jeśli to jest dozwolone od więcej niż trzynastu lat!

Alice wiedziała, że ciotka Ronnie rzeczywiście mieszka gdzieś w okolicy. Ale Stamford jakoś jej nie pasowało. Podobnie cukierki oreos i rice krispie. Fullerowie nigdy nie mieli czegoś tak dobrego. Za to było u nich tyle gazowanych napojów, ile tylko dało się wypić, bo pan Fuller jeździł ciężarówką Coca-Coli. Ronnie mówiła prawdę o tym, co ogląda w telewizji. Rodzice nie zwracali uwagi, co ogląda córka. Ani co robi. Ani co mówi.

Pana Fullera obchodził wyłącznie hałas telewizora, bo jedyne, co mówił Ronnie i jej trzem starszym braciom, to: „Wyłącz go, wyłącz go”. A dokładniej: „Wyłącz go, na litość boską”. Zaledwie w zeszłym tygodniu, w deszczowe popołudnie, Ronnie oglądała właśnie jeden z filmów, w których nastolatki giną na coraz ciekawsze sposoby. Ich krzyki odbijały się echem bez końca. Alice schowała głowę pod poduszki sofy i wcale jej nie przeszkadzało, że nieświeżo pachną, a policzek przyciska do okruchów i śmieci. Pierwszy raz niemal się ucieszyła, kiedy pan Fuller wszedł do domu, wróciwszy ze swojej zmiany.

– Jezu, Ronnie – burknął. – Wyłącz to. Słowo daję, z tobą normalnie nie da się wytrzymać.

– Zasłaniasz czujnik od pilota – odburknęła. Ale musiała w końcu uruchomić pilota, bo kilka sekund później krzyki ucichły i Alice wystawiła głowę spod poduszki.

Matka Maddy nie uwierzyła w historyjkę o ciotce. Alice widziała sceptycyzm w wyrazie jej otwartych ust, pociągniętych błyszczykiem, i w jej zmrużonych, zmęczonych oczach. Matka Maddy wydawała się rozdarta między chęcią rzucenia wyzwania kłamstwu Ronnie a chęcią pozbycia się jej samej. A właściwie pozbycia się ich obu, chociaż Alice niczego nie zrobiła, w ogóle niczego oprócz tego, że brat Ronnie podwiózł ją na przyjęcie.

Matka Maddy oblizała wargi raz i drugi, zlizując większość błyszczyka, aż wreszcie oznajmiła:

– Bardzo dobrze.

Później wszystkim mówiła, że Ronnie ją oszukała, że nigdy nie kazałaby dwóm małym dziewczynkom wyjść, gdyby wiedziała, że chcą same ruszyć Edmondson Avenue. Bo przecież najgorsza rzecz, jaką można było sobie wyobrazić w południowo-zachodnim Baltimore o godzinie czternastej siedemnastego lipca siedem lat temu, to samotny spacer Edmondson Avenue.

Pagórek, którym szło się do Edmondson, był długi i wznosił się stopniowo. Alice nie wiedziała, czy w tej okolicy, nazywanej Ten Hills, rzeczywiście wznosi się dziesięć wzgórz, lecz stromizn wystarczało, aby zmęczyć krótkie nogi. Dziewczynki nie miały ubrań, więc zawiązały ręczniki, wysoko, tam, gdzie powinny podtrzymywać je piersi. Ale one nie miały też piersi, lecz małe wypukłości, które dopiero w tym roku zaczęły chować w staniki. Ręczniki zsuwały się i plątały wokół kostek. Ronnie, owinięta w zwykły ręcznik kąpielowy, niezbyt już biały, klęła za każdym razem, gdy spadał. Kiedy czwarty raz się o niego potknęła, zawiesiła go sobie na szyi, nie dbając o to, co jej widać. Alice nigdy nie odważyłaby się tak iść ulicą, a przecież miała na sobie jedno­częściowy kostium. Ronnie włożyła czerwono-białe bikini, chociaż była tak chuda, że luźny stanik wisiał na niej jak worek. Jedyną krągłością Ronnie był odrobinę wystający brzuch.

– Jak u dziecka z Biafry – stwierdziła Helen, matka Alice. – Ojej, przesadziłam.

Alice nie miała pojęcia, o czym matka mówi i czy to jest dobre, czy złe – ani nawet o co chodzi z tym „przesadzaniem”. Po prostu wiedziała, że matka nigdy by nie powiedziała, że jej córka wygląda jak dziecko z Biafry.

Granatowy jednoczęściowy kostium Alice miał na brzuchu małe wycięcie w kształcie stokrotki. Ronnie powiedziała, że to jakiś dziwny pomysł, i powtarzała to za każdym razem, gdy tamtego lata widziała Alice w kostiumie, czyli dokładnie trzykrotnie. Podczas całodziennej wycieczki do Sandy Point, w trakcie innego przyjęcia na basenie, no i dzisiaj.

– Kto będzie chciał oglądać brązową stokrotkę na twoim grubym, białym brzuchu? – powiedziała, kiedy mama Alice, jadąc rano do pracy, zostawiła córkę u Fullerów.

– To stylowe – oznajmiła mama. – To jest stylowe.

Ronnie nie wiedziała, co to znaczy, dlatego musiała siedzieć cicho. Lubiła matkę Alice i przy niej starała się zachowywać jak najlepiej. Alice także nie wiedziała, co oznacza słowo „stylowe”, ale czuła, że to coś dobrego. Jej matka znała mnóstwo wyrazów, których ona nie rozumiała. Stylowe. Klasyczne. Retro, „nuwo”. Kiedy Alice nie chciała czegoś włożyć, bo inne dziewczynki mogły jej później dokuczać, a wszystkie metody perswazji zawodziły, Helen Manning spotykała w lustrze jej odbite spojrzenie i mówiła:

– No, ale ja sądzę, że to jest wyszukane.

Taki komentarz kończył spór i stanowił sposób łagodnego oznajmienia: „Jeszcze-jedno-słowo-a-stracę-cierpliwość”. Wy-szu-ka-ne. Gdy Alice próbowała użyć tego wyrazu jeden jedyny raz, Ronnie spytała tylko: „A czego szukałaś?”.

Ale to właśnie Helen Manning nalegała, żeby Alice bawiła się z Ronnie. Ronnie była koleżanką tylko na lato, dziewczynką z sąsiedztwa, jedyną poza Alice, która nie pojechała na obóz i nie miała karnetu na basen. W trakcie roku szkolnego Alice miała lepsze koleżanki, bardziej podobne do niej. Czytały książki, dbały o włosy i starały się nosić odpowiednie ubrania. Kiedy nadchodziła jesień, ogromnie cieszyła się z początku szkoły, bo to oznaczało ponowne spotkanie z prawdziwymi przyjaciółkami.

Lecz tej jesieni miała iść do nowego gimnazjum. Większość dzieci z jej klasy wybierało się do prywatnych szkół. „Prawdziwych prywatnych szkół”, jak podkreśliła Wendy, nie złośliwie, lecz nieco beztrosko, zapominając, że przecież Alice tam nie trafi. A ona myślała, że Święty Wilhelm z Yorku jest prawdziwą prywatną szkołą. Prawdziwą na tyle, że matka Alice nie mogła sobie na nią pozwolić. Od następnego roku dziewczynka miała chodzić do gimnazjum West Baltimore. Ronnie też. Matka mówiła, że wcale nie chodzi o pieniądze, że Alice powinna „spotykać ludzi każdego rodzaju”, nastawić się na „nowe doświadczenia”. Poza tym, jeśli dłużej uczyłaby się w szkole katolickiej, mogłaby, nie daj Boże, zostać katoliczką.

Jednak Alice wiedziała, że chodziło właśnie o pieniądze. Koniec końców, zawsze chodzi o pieniądze – w jej domu, u Fullerów, nawet u bogatych dzieci. Rodzice po prostu nazywają to innymi słowami, czasem wymyślnymi, czasem zwykłymi. Mówią o tym na różne sposoby. Albo w ogóle nie mówią.

U Fullerów o pieniądzach krzyczano, nawet je sobie kradziono. Tego lata Ronnie przyłapała najmłodszego z braci, jak dobierał się do jej skarbonki. Odepchnął siostrę, wziął młotek i roztrzaskał skarbonkę, Piękną z Pięknej i Bestii, taką, która miała nawet niewielką zatyczkę między stopami. Wcale nie musiał jej rozwalać, żeby dostać się do środka. Ale nawet gdy wysypały się już pieniądze – głównie jedno- i pięciocentówki, ale też kilka ćwierćdolarówek, tych monet z wybitą podobizną kobiety – Matthew wciąż uderzał w Piękną, aż wreszcie zamieniła się w proszek.

Alice i jej matka nie walczyły ze sobą o pieniądze i w ogóle o nich nie rozmawiały, nawet gdy z Connecticut przyjeżdżali dziadkowie i mówili rzeczy w rodzaju: „To jest takie życie, jakie sama sobie zgotowałaś”. Raz dziadek wręczył Alice pięciodolarowy banknot, gdy powiedziała mu, że nie ma takiej frotki, jaką mają inne dziewczynki. Matka dała jej wtedy klapsa, a potem obie płakały i uzgodniły, że coś podobnego już nigdy się nie powtórzy. Matka już jej nie uderzy, a Alice nie będzie zmyślać, żeby wyciągnąć pieniądze od dziadka.

Ale to się zdarzyło w trzeciej klasie, kiedy neonowe frotki były na topie, a Alice nie nauczyła się jeszcze być grzeczna. Teraz liczyły się buciki z przejrzystego tworzywa, odkładała więc kieszonkowe i kupiła je w Target. Dzisiaj pokazała buciki swojej najlepszej koleżance z klasy, Wendy. Musiało to wywrzeć na niej wrażenie, bo zrobiła Alice miejsce w ławce, którą dzieliła z dwiema innymi dziewczynkami z ich klasy.

Urodzinowe przyjęcie Maddy urządzono obok brodzika nie dlatego, że zaproszono na nie maluchy, ale dlatego, że leżał za ogrodzeniem, które było potrzebne do przywiązania balonów. Alice przyłapała się na tym, że liczy prezenty. Zawsze coś liczyła. Stopnie schodów, pasy na jezdni, ptaki odlatujące jesienią na południe. Na stole leżało czternaście upominków, ale przyszło tylko trzynaście dziewczynek. Czy mama Maddy też przyniosła prezent? A może ten prezent dała jakaś dziewczynka, która wyjechała na obóz? Czternaście prezentów, trzynaście dziewczynek. Podarunek od Alice wyglądał bardzo ładnie – matka opakowała go w niebieski błyszczący papier – ale jego kształt zdradzał wszystko. Książka, po prostu książka, a Maddy nie należała do dziewczyn, które ucieszą się z książki. Ona pragnęła nowych podkoszulków odsłaniających brzuch, gumowych bransoletek i lakieru do paznokci, który dawało się zdrapać. Była najmłodsza w klasie, ale wiedziała najwięcej o makijażu. Zawsze przemycała błyszczyk i zielony tusz, aż wreszcie zakonnice ją przyłapały, kazały iść do łazienki i wszystko z siebie zmyć.

Alice spodziewała się, że matka Maddy też będzie ładna, tak po prostu. Tymczasem okazała się całkiem zwyczajna – na tyle szczupła, aby nosić bikini, lecz sprawiała wrażenie zmęczonej, jakby wycieńczyło ją bycie zgrabną i opaloną. Nawet jej włosy wydawały się zmęczone, przypominały takie, które na reklamach odżywek pokazuje się jako fryzurę „przed”. Dzieci ze Szkoły Świętego Wilhelma z Yorku miały matki dwóch zasadniczych rodzajów: pracujące oraz niepracujące. Jednak mama Maddy była Matką, Która Kiedyś Pracowała. Tak przedstawiła się mamie Alice, kiedy ta któregoś dnia zadzwoniła do niej, żeby zapytać o kilka spraw związanych z Ronnie. Alice wiedziała, o czym rozmawiały, bo podsłuchiwała je z drugiego aparatu. Tak zresztą robiła od czasu do czasu.

– Jestem matką Maddy, kiedyś pracowałam w Piper and Marbury.

Matka Alice wydała z siebie krótkie „ach”, tak jakby to było coś dobrego. Ona zawsze pochwalała Wszystko Co Twórcze. Jednak Alice zdumiała się, że mama Maddy pracuje jako flecistka*. Myślała, że jest prawniczką. Wyobraziła sobie matkę Maddy w zielonym kapelusiku z piórkiem, wywabiającą dźwiękiem piszczałki dzieci z Hameln, razem ze szczurami. Nie, to szczury wyszły pierwsze, grajek zabrał dzieci dopiero później. A poza tym mama Maddy była pewnie flecistką w orkiestrze, a nie kimś, kto po prostu gra na ulicy albo w cyrku. To chyba fajnie mieć matkę muzyka.

Ale Matka, Która Kiedyś Pracowała, wyglądała, jakby od samego początku przyjęcia bolała ją głowa. Na jej czole widniały cztery zmarszczki niczym dwa identyczne symbole równości, a na grzbiecie nosa coś w rodzaju malutkich nawiasów. Wydawało się, że robią się coraz głębsze i głębsze, więc gdy nadszedł czas rozpakowywania prezentów, jej twarz przypominała trudne zadanie matematyczne, może nawet coś z algebry. W Szkole Świętego Wilhelma nie było rozszerzonego programu, ale siostra Elizabeth zaczęła zadawać Alice dodatkowe prace domowe z matematyki. Alice nie mówiła o tym matce, choć sama nie wiedziała dlaczego. Może przez to, że prawie nie miała tajemnic przed matką, która zawsze dokładnie wiedziała, co ona myśli. Czasem wydawało jej się, że mama mogłaby nie być zadowolona, że córka lubi matematykę – przedmiot niekreatywny i prowadzący do zarabiania pieniędzy, o których Helen Manning zawsze twierdziła, że stanowi prawdziwe źródło wszelkiego zła. Właściwie nie tyle zarabianie pieniędzy, ile martwienie się o nie, liczenie ich. Kiedy Alice po raz pierwszy usłyszała o źródle wszelkiego zła, zapytała, czy bije ono gdzieś w okolicy drogi numer 40. Matka uśmiała się wtedy do łez, a potem uściskała ją i powiedziała:

– Wiesz, nawet całkiem blisko, gwarantuję ci.

Gdy Alice chciała rozweselić matkę, zawsze powtarzała ten dowcip, aż wreszcie Helen rzuciła:

– Daj spokój, Alice. Nie po to jesteś na tej planecie, żeby uszczęśliwiać innych, nawet mnie. Zwłaszcza mnie.

Prezent Ronnie rozpakowano jako przedostatni. Był owinięty w czerwony papier, który miał zagięcia w nieodpowiednich miejscach, więc każdy widział, że został zdjęty z jakiegoś innego prezentu, złożony w prostokąt i użyty ponownie. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał jak papier na gwiazdkowe upominki – brakowało świętych mikołajów, choinek, cukierków, miał po prostu czerwony kolor – ale i tak każdy dobrze wiedział, do czego tak naprawdę służy. Dziewczynka obok Wendy wyszeptała coś i Wendy odwróciła się do Alice. Już miała coś powiedzieć, kiedy otwarto prezent i wszyscy zamilkli.

– Czyż to nie ładne – oznajmiła matka Maddy, tak jak dwanaście razy wcześniej i zawsze takim samym tonem.

Prezentem od Ronnie była Barbie, a żadna piątoklasistka ze Szkoły Świętego Wilhelma z Yorku nie bawiła się Barbie przynajmniej od roku. A jeśli już, to w „operę mydlaną”, gdzie lalka za sprawą Kena zachodziła w ciążę i oboje odbywali serię poważnych rozmów o tym, co teraz mają zrobić i czy to było złe uprawiać tyle seksu, i że już na pewno nigdy więcej tego nie zrobią, jeśli Bóg po prostu zabierze to dziecko. Najważniejszą część tej „opery mydlanej” stanowił sam początek, kiedy kładło się Kena na Barbie i udawało te śmieszne odgłosy. Ale to była tajna zabawa tylko dla dwóch osób. Gdy inni patrzyli, za jedyną odpowiednią reakcję na widok Barbie uważano uprzejme znudzenie, tak jakby się nie pamiętało, do czego lalka właściwie służy. Jakby nigdy nie oglądało się jej pod Kenem, krzyczącej „och, och, och!”.

Tak więc sama Barbie była czymś wystarczająco niestosownym. A okazało się jeszcze, że ta jest czarnoskóra. Czarne Barbie robiono dla czarnych dziewczynek – i o to chodziło, a nie o jakieś uprzedzenia rasowe, o których dzieci ze Szkoły Świętego Wilhelma z Yorku wiedziały, że są czymś złym. Gdyby jakaś dziewczynka miała, powiedzmy, dziesięć Barbie, jedna z nich mogłaby mieć czarną skórę, bo taką dziewczynkę stać na urozmaicenia. Szczerze mówiąc, Maddy była taką dziewczyną. Ona mogłaby dostać na własność całe miasteczko Barbie, tak bogatych miała rodziców. Ale była już za duża na lalkę Barbie.

Co jeszcze gorsze, lalka okazała się Barbie Bożonarodzeniową, a był środek lipca.

Miała czerwony płaszczyk i obszytą futerkiem czapkę, więc nawet Alice, która czasem wolno pojmowała to, co inne dziewczynki chwytały w lot, uświadomiła sobie, że ta lalka jest przecenioną zabawką z Toys for Tots. Ojciec Ronnie zawsze przynosił do domu tego rodzaju rzeczy – bombonierki w kształcie serca pod koniec lutego, czekoladowe króliczki w maju, meble ogrodowe w październiku. Alice kiedyś usłyszała, jak jej matka mówi, że ciężarówka z logo Coca-Coli, którą jeździ pan Fuller, wraca do domu pełniejsza, niż wyjeżdża. Nie do końca wiedziała, o co w tym chodzi, lecz doszła do wniosku, że na pewno nie o coś dobrego, a na pewno nie o coś miłego.

– Bardzo ładne – oznajmiła matka Maddy, jakby naprawdę tak sądziła. – Podziękuj za prezent, Maddy.

– Dziękuję, Ronnie. – Maddy należała do dziewczynek, które słowa w rodzaju „ładna sukienka” czy „podoba mi się twoja fryzura” potrafiły wypowiedzieć tonem tak obelżywym, że brzmiało to gorzej niż cokolwiek, co mówiono nawet w filmach tylko dla dorosłych. W szkole często mówiła „tak, siostro” w taki sposób, jakby to było wyzwisko. Alice, miewająca problemy z powiedzeniem rzeczy, które akurat należało powiedzieć, bacznie obserwowała Maddy i próbowała dociec, jak można nikomu nie podpaść, a jednocześnie być tak złośliwą. Chodziło o niedopasowanie ust i oczu, żeby usta mówiły ładnie i stosownie, a oczy iskrzyły się hardo, choć bez przesady. Ronnie z kolei robiła na odwrót. Oczy zawsze miała szeroko otwarte i patrzące ze zdumieniem, usta zaś skrzywione i drwiące.

Ronnie wiedziała, że koleżanka z niej kpi.

– To głupia lalka dla czarnuchów – powiedziała, wyrywając ją Maddy i ciskając do brodzika. – Moja mama chciała się jej pozbyć.

– Ronnie. – Mama Maddy musiała sobie przypominać imię dziewczynki, przynajmniej tak wydawało się Alice. – Proszę, wyjmij swój prezent z brodzika.

– Nie będę tam włazić – odburknęła Ronnie. – Tyle w nim sików, że mogą mi odpaść paznokcie u nóg.

Dwanaście dziewczynek spojrzało pod stół na swoje stopy, bo tego dnia każda z nich choć raz zanurzyła je w wodzie. Paznokcie Alice miały kolor seledynowy, co pasowało do niebieskich bucików z przejrzystego tworzywa. Wendy miała paznokcie polakierowane na różowo. Ronnie nie używała lakieru, odkąd próbowała pomalować sobie paznokcie i przyszła do szkoły z czerwonymi pasmami sięgającymi aż po stawy palców.

– Ronnie, proszę. – Mama Maddy położyła dłoń na przegubie dziewczynki.

Ronnie mocno szarpnęła ręką w bok. Alice wiedziała, że to przypadek, nic poza tym. Że dłoń Ronnie przypadkowo była akurat zaciśnięta w pięść i przypadkowo ta pięść uderzyła matkę Maddy w podbródek.

Ale matka Maddy krzyknęła głośniej niż przedszkolak, tak jakby cios miał naprawdę dużą siłę. Dziewczynki też krzyknęły, jak gdyby właśnie zobaczyły samochód roztrzaskujący ogrodzenie brodzika.

– Uderzyłaś moją mamę – stwierdziła Maddy. – O Boziu, ona uderzyła moją mamę.

– Przepraszam – powiedziała Ronnie. – Przepraszam, przepraszam. Naprawdę przepraszam. Nie chciałam.

– Uderzyłaś moją mamę. Uderzyłaś dorosłego – zakipiały głosy innych dziewczynek, pełne szoku, choć też trochę podekscytowane.

Kiedy odezwała się matka Maddy, mówiła cichym, strasznym tonem, którego tak skutecznie używają dorośli:

– Myślę, że powinnam zadzwonić do kogoś, żeby cię zabrał do domu.

– Powiedziałam przecież, że przepraszam. Nie chciałam pani uderzyć. To był wypadek. Pani pierwsza mnie dotknęła.

– Pewnie jesteś już zmęczona upałem i zabawą. Czy jest ktoś, po kogo mogę zadzwonić, żeby cię zabrał?

Trzymała już w ręku telefon komórkowy…

– Przyszłam z Alice – powiedziała Ronnie, łapiąc koleżankę za ramię. – Musimy iść do domu razem.

Alice była tak zaskoczona, że nie zdołała się wymigać. Tak, teoretycznie powinna wracać do domu razem z Ronnie, ale nie kiedy Ronnie źle się zachowała. Dlaczego miałaby wychodzić, skoro to Ronnie była niegrzeczna? Zawahała się i właśnie wtedy Ronnie powiedziała o ciotce i o cukierkach, i o wszystkim innym.

– W porządku – oznajmiła matka Maddy. – Tak czy owak, myślę, że będzie lepiej, jak pójdziecie we dwie. Teraz idziecie do domu twojej ciotki? Po tej stronie Edmondson? Dobrze.

Wcale nie było dobrze ani w porządku, nie było też sprawiedliwie. Alice zwlokła się z ławki i zabrała ręcznik i buty. Współczujące spojrzenie Wendy jeszcze bardziej popsuło jej humor. Ronnie weszła do brodzika po lalkę, a kiedy wracała, Barbie dwa razy jej wypadła. Ubranko lalki przylgnęło do jej twardego ciałka, kropelki wilgoci zaperliły się na brązowych nogach. Alice miała ochotę zanurzyć stopy w brodziku.

Wiedziała, że Ronnie powiedziała połowę prawdy. Dzieci sikają do wody, ale siki nie rozpuszczają paznokci. Szczerze mówiąc, jej mama wspomniała kiedyś, że siuśki są dobre na naciągnięte ścięgna i na nagniotki.

Tak więc wyszły, zostawiając za sobą dwa ciągi wilgotnych odcisków stóp, jeden bardziej wysforowany do przodu niż drugi. Ślady niby wspólne, lecz zarazem osobne, połączone tylko rażącą niesprawiedliwością zwykłych codziennych przypadków. Schodami w górę, przez olbrzymią czerń parkingu, i potem wznie­sieniem prowadzącym do Edmondson, gdzie Ronnie wcisnęła srebrny przycisk na przejściu dla pieszych, chociaż każdy wiedział, że światła same się zmieniają co jakiś czas, a przycisk jest tylko na pokaz.

– Myślałam, że idziemy do domu twojej cioci – odważyła się powiedzieć Alice, a Ronnie spojrzała na nią zdziwiona, nie pamiętając o swoim kłamstwie.

– Moja ciotka latem pracuje w Crab House przy drodze numer 40 – odparła. – Poza tym nie lubi, jak do niej przychodzę. Pokłóciła się o coś z moim tatą.

Przejście przez szeroką i ruchliwą Edmondson Avenue okazało się łatwe, bo zielone światło paliło się cały czas. Alice wiedziała, że łamią reguły, ale to było radosne, stanowiło obietnicę rzeczy, jakie mogły pojawić się po rozpoczęciu nauki w nowym gimnazjum. Matka obiecała, że pozwoli jej robić makijaż – w każdym razie używać szminki – a włosy zacznie ścinać jej fryzjer w salonie, nie maszynka w kuchni. Chociaż do rozpoczęcia roku szkolnego zostało jeszcze trochę czasu, Alice już myślała o wyprawie do sklepu po szkolne przybory i ubrania. Będzie potrzebowała nowych ubrań, skoro przestanie codziennie nosić mundurek.

Gdy bezpiecznie przeszły przez Edmondson, uznała, że teraz skierują się na zachód do postrzępionej odnogi ulicy Nottingham, gdzie obie mieszkały. Jednak Ronnie chciała pójść trasą, którą nazywała skrótem, chociaż bardziej pasowałaby nazwa „wzdłuż”: przejść obok większych domów, które usadowiły się przy rozległych zielonych trawnikach z małymi żółtymi znakami ostrzegającymi psy i dzieci, aby trzymały się z daleka ze względu na chemikalia.

Były już w połowie drogi przez Hillside, największej z ulic z dużymi domami, gdy Ronnie się zatrzymała.

– Spójrz – powiedziała. U szczytu schodów, na ganku, stał samotny dziecięcy wózek. Promienie słońca połyskiwały w jego srebrzystych uchwytach. – W takim słońcu metal musi być gorący.

Wyraźnie czekała na jakąś odpowiedź, więc Alice rzekła:

– I stoi tak blisko krawędzi schodów. Mógłby się stoczyć.

– Po prostu się sturlać.

– Chyba że ma włączone hamulce – zaznaczyła Alice.

– Nawet jeśli ma włączone hamulce – stwierdziła Ronnie – to i tak nie jest dobrze. Nie powinno się tak zostawiać dziecka.

– Jego matka jest pewnie w środku – powiedziała Alice.

Ronnie chwyciła ją za łokieć i szczypiąc, szarpnęła nim do góry. Alice spojrzała na siniak po innym uszczypnięciu i przypomniała sobie szczęk zębów matki Maddy, kiedy pięść Ronnie trafiła ją w brodę. Nie, to nie był dobry dzień na sprzeciwianie się Ronnie.

– Nie powinna go tak zostawiać nawet na chwilę – oznajmiła Ronnie. – Wszystko może się zdarzyć. Ktoś powinien opiekować się dzieckiem.

Podkradły się do drzwi. Wprawiona w nie szyba, gęsto przetkana metalem, była tak mało przejrzysta, że nie zdołały wiele dojrzeć we wnętrzu chłodnego, ciemnego domu. Niczego też nie słyszały. Żadnych kroków, żadnych głosów.

„Czy kogoś wołałyście?” Później powtarzano to pytanie wiele razy, na wiele różnych sposobów. „Pukałyście? Naciskałyście dzwonek?” Czasem Alice odpowiadała „tak”, czasem zaś „nie”, a cokolwiek mówiła, było prawdą właśnie wtedy, kiedy to mówiła. W jej umyśle istniało tysiące wersji tego dnia. Wołały. Dzwoniły. Pukały. Sprawdzały, czy drzwi są zamknięte, a gdy okazały się otwarte, weszły do środka i zadzwoniły na 911. Matka dziecka tak się ucieszyła, że dała im dwadzieścia dolarów, zadzwoniła do gazet i telewizji, a one stały się bohaterkami.

Przez większość czasu Alice miała pewność co do jednego: zapukały do tych szklanych drzwi z drucianą siatką, tak gęstą i drobną, że nie dawało się zobaczyć wnętrza domu. To była jakby zasłona na zasłonie: kunsztowny wzór z metalu, coś jak w zamku. Kończyło się długimi cienkimi szpicami, dłuższymi od ich głów.

– Jest tam kto? – zawołały. Może niezbyt głośno, ale jednak.

– To dziecko jest samo – orzekła Ronnie. – Powinnyśmy się nim zająć.

– Jesteśmy za małe na opiekunki do dzieci – odparła Alice, która już pytała o to mamę na początku lata, gdy szukała sposobu zgromadzenia tylu pieniędzy, by wystarczyło jej na buciki z przejrzystego tworzywa. – Żeby być opiekunką, trzeba chodzić do liceum.

Ronnie pokręciła głową.

– Powinnyśmy się zająć tym dzieckiem.

Dziecko spało na boku, tak że jeden jego pucułowaty policzek był płaski, a drugi, pyzaty, przypominał napełniony wodą balon, którego zawartość przesunęła się na bok. Miało na sobie różowy bawełniany pulowerek, różowe skarpetki i różową czapeczkę z takiego samego materiału.

– To z Baby Gap – powiedziała Alice. Uwielbiała tę firmę.

– Powinnyśmy się zająć tym dzieckiem – powtórzyła Ronnie.

Kiedy później Alice rozmawiała z matką i kobietą o pryszczatej twarzy, taką „wyszukaną”, Alice zrozumiała, o co chodziło Ronnie. Helen i ta kobieta ciągle, raz za razem, pytały ją, co dokładnie Ronnie powiedziała. Powinnyśmy się „zająć” tym dzieckiem? Powinnyśmy się zająć „tym dzieckiem”? Jednak Alice, mimo dobrych chęci, nie potrafiła sobie przypomnieć, na co Ronnie położyła akcent. Pięć słów, których wypowiedzenie trwa nie dłużej niż pięć sekund. Powinnyśmy się zająć tym dzieckiem. Powinnyśmy się zająć tym dzieckiem. Powinnyśmy się zająć tym dzieckiem. Powinnyśmysięzająćtymdzieckiem. Były grzeczne, chciały pomóc. Ludzie lubią dzieci, które są grzeczne i chcą pomóc. To właśnie ciągle tłumaczyła Alice. Że próbowały być grzeczne.

A co Ronnie mówiła swoim dorosłym: rodzicom, przystojnemu panu o lśniących jasnych włosach i ubraniu z tkaniny o śmiesznej nazwie? „Kora” – powiedziała matka Alice, widząc tego blondyna w holu. Ale Alice domyśliła się z jej tonu, że chodziło o coś dobrego, tak dobrego jak klasyczny, stylowy albo nawet wyszukany. Co Ronnie powiedziała panu w korze i w co on wierzył, kiedy już było po wszystkim?

Tej jednej rzeczy Alice nigdy się nie dowiedziała, nigdy nie mogła wiedzieć i wciąż nie wiedziała siedem lat później, kiedy stan Maryland wypuścił ją po odbyciu kary za udział w zabójstwie Olivii Barnes.

* Gra słów: wyraz „Piper” w nazwie tej firmy po angielsku oznacza flecistę – przyp. tłum.

I Zwykłe codzienne przypadki

Poniedziałek, 6 kwietnia

1

– Ciekawe – stwierdził okulista i odsunął się od Cynthii Barnes na fotelu na kółkach jak wodny chrząszcz pędzący do schronienia, kiedy w środku nocy zapalają się światła.

– To nie jest słowo, które najbardziej lubię słyszeć od lekarza. – Cynthia siliła się na beztroski ton. Metalowa aparatura dotykająca jej twarzy była zimna i ciężka i choć tak naprawdę wcale nie została do niej przyczepiona, czuła się jak w imadle. Każde drgnięcie nadgarstka lekarza – „Teraz lepiej. A teraz? Teraz? A może teraz?” – zdawało się zaciskać uchwyt.

– Ciekawe w pozytywnym sensie – wyjaśnił, podtaczając się do niej z powrotem. – Teraz jest wyraźniej z tym pierwszym albo… – Coś przewertował; nigdy nie wiedziała do końca, co właściwie robił. – Albo z tym.

– Mogę zobaczyć jeszcze raz? – W jej głosie zabrzmiała niepewność, nawet ona to słyszała i to ją zawstydziło. Wciąż pamiętała, jaka była kiedyś, gdy nie miewała wątpliwości.

– Oczywiście. Teraz ta. – Litera „O”, duża, choć lekko zamazana na krawędziach, jakby pod wodą. – I ta. – Teraz „O” stało się wyraźniejsze.

– To drugie?

– Cynthio, tu nie chodzi o udzielanie prawidłowych odpowiedzi. Badanie wzroku to nie egzamin. – Okulista zachichotał ze swojego dowcipu.

– To drugie.

– Dobrze. A teraz, czy jest lepiej z tym, czy… – kolejne wertowanie – z tym?

– Z pierwszym. Na pewno z pierwszym.

– Dobrze.

Poczuła przypływ dumy, a po chwili znowu wstyd, że w ogóle się tak przejmuje. Przyszła do gabinetu, bo przez ostatnie trzy lata nie pojawiała się na corocznych badaniach mimo miłych pocztówek, które dostawała każdej wiosny. Miała liczne nieusprawiedliwione nieobecności u dentysty i pewnie nie poszłaby też na badanie wzroku, ale jej młodsza siostra zauważyła, że ostatnio Cynthia coraz bardziej mruży oczy.

– Jak będziesz je tak mrużyć, porobią ci się zmarszczki – stwierdziła Sylvia, która nigdy nie wybaczyła Cynthii, że to ona ma jedyną parę zielonych oczu w ich pokoleniu. – Okulary są lepsze od botoksu.

Cynthia o mało nie rzuciła w odpowiedzi: „Ja przynajmniej uczciwie zapracowałam na zmarszczki”. Zamiast tego umówiła się z doktorem Silversteinem, który, od kiedy ostatni raz się z nim widziała, przeprowadził się na północne przedmieścia.

Silverstein, usatysfakcjonowany, odsunął maszynerię od jej twarzy i zwrócił jej soczewki kontaktowe, razem z chusteczką do otarcia słonych łez. Uświadomiła sobie, że jest od niej młodszy. Musiał dopiero zaczynać praktykę, gdy trzynaście lat temu przyszła do niego pierwszy raz. Ciekawe, zastanawiała się, czy jego życie potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami i planami.

– Widziałem to już kiedyś – stwierdził, uśmiechając się szeroko, aż zrobiły mu się dołeczki w policzkach. – Ale miałem tylko kilka przypadków tak oczywistych jak ten.

Cynthii jego uśmiech wcale nie uspokoił. Znała zbyt wielu ludzi, których wyraz twarzy nie miał nic wspólnego z tym, co mówili.

– I co? – Ślepnę, mam za okiem guz, który tłumaczy te bóle głowy. Ale przecież nie powiedziała doktorowi o bólach głowy. Może powinna?

– Cynthio, z pani oczami jest coraz lepiej – zapewnił Silverstein. – To się zdarza u osób, które długo noszą soczewki kontaktowe. Zmniejsza im się krótkowzroczność. Miała pani problem z ostrością widzenia, bo soczewki są stare i zmętniałe od białka, a nie dlatego, że potrzebuje pani recepty na mocniejsze.

– A co z noszeniem okularów?

– Jeszcze nie teraz.

– Słyszałam, że jak się nosi okulary, to coraz gorzej widzi się na bliższe odległości.

– Tak mówią starsze panie, ale nie całkiem słusznie. – Wskazał model ludzkiego oka, który Cynthia uznała za obrzydliwy. Nie cierpiała wyobrażać sobie, co znajduje się pod cienką powłoką skóry. Robiło jej się niedobrze na widok rozjechanych wiewiórek i kotów, wystarczało przelotne spojrzenie na któryś z chirurgicznych show pokazywanych w kablówce, by niemal mdlała.

– Proszę spojrzeć, tutaj jest mięsień, który kontroluje soczewkę oka. Z wiekiem robi się coraz sztywniejszy… – Doktor przerwał, kiedy zauważył, że Cynthia patrzy mu za ramię, nie chcąc spoglądać na plastikowy model. – W każdym razie jeszcze nie potrzebuje pani okularów, ale recepty na nowe soczewki kontaktowe. Powinny być gotowe za tydzień. Pielęgniarka ma zadzwonić pod domowy numer czy do pracy?

– Do domu. Nie pracuję już od lat.

Doktor Silverstein zamrugał zmieszany. Należał do ludzi, którzy nigdy nie mieli szansy powiedzieć jej „tak mi przykro”, bo tragedia wydarzyła się prawie rok po tym, gdy spotkali się na corocznym badaniach. Życie Cynthii pełne było takich osób – mających dobre intencje, lecz postawionych w kłopotliwej sytuacji za sprawą słabej nici wzajemnych kontaktów. Lekarze, mechanicy, księgowi. Przypomniała sobie, jak Warren pytał księgowego o osobę pozostającą na utrzymaniu, która żyła krócej niż rok. Czy biorą pełny kredyt, czy też śmierć Olivii oznacza, że muszą proporcjonalnie zmniejszyć ratę? Dla Warrena i Cynthii, którzy wówczas zadali już z tysiąc pytań o rzeczy, o jakie nigdy nie planowali pytać – o pogrzeby, trumny, miejsce na cmentarzu, blizny pozostałe po sekcji zwłok – stanowiło to tylko kolejną ponurą formalność. Ale księgowy wyglądał na tak zszokowanego, że miała ochotę dodać mu otuchy.

Teraz to wszystko było już za nią.

Cynthia, mrugając, wyszła na pełne słońce. Jak zawsze po wizycie u okulisty przypomniała sobie swoje pierwsze okulary, które dostała, gdy skończyła dziesięć lat. Radość z tego, że wreszcie widziała świat jasno i wyraźnie, stała się niczym w porównaniu ze strachem przed szyderstwami rówieśników. Jej koleżanki z podstawówki, nawet przyjaciółki, wreszcie znalazły sposób, aby choć trochę dopiec tej ważniaczce, najstarszej córce sędziego Poole’a. Inna dziewczynka błagałaby mamę, żeby pozwoliła jej nosić okulary w etui i wyjmować tylko wtedy, gdy są potrzebne. Ale Cynthia uznała, że wkładanie ich i zdejmowanie byłoby przyznaniem się do słabości, więc zawsze nosiła szylkretowe oprawki, trzymając głowę wysoko.

– Czterooka – szydziły dziewczynki.

– Czworo oczu jest lepsze niż dwoje – odparowała Cynthia. I wystarczyło.

Wsiadła do swojego bmw X-25, sportowego wozu, który wybrała nie ze względu na kojarzony z nim status, ale z uwagi na jego masę. Był cięższy od lexusa, a nawet od mercedesa, i łatwiejszy do prowadzenia niż lincoln navigator, również niezły kawał żelaza. Wolałaby coś mniej olśniewającego, bo półterenówki z wysokiej półki cieszyły się popularnością wśród miejscowych złodziei samochodów. Bmw uważano jednak za najbezpieczniejsze, więc kupiła wóz właśnie tej marki i ignorowała wszelkie docinki na temat zamiłowania do luksusu. Kiedyś zwracała uwagę na rzeczy w rodzaju drogich butów i pięknej biżuterii, co spotkało się z komentarzem jej rodziny, że jeśli nie lubi być w samym centrum wszechświata, to przynajmniej kilka centymetrów na lewo od niego. Ale tamta Cynthia dawno przeminęła, nawet jeżeli nikt nie potrafił przyjąć tego do wiadomości.

Odezwała się jej komórka. W Maryland nie nakazywano używania zestawów głośnomówiących, lecz Cynthia i tak go kupiła. Teraz nie mogła wyjść ze zdumienia, że przedtem rozmawiała przez komórkę, prowadząc wóz jedną ręką, w ogóle nie myśląc o ryzyku wypadku.

– Cynthia?

– Słucham? – Rozpoznała głos, ale niech ją szlag, jeśli kiedykolwiek pozwoliła rozmówcy na aż taką zażyłość.

– Mówi Sharon Kerpelman. – Cynthia nie odpowiedziała; skupiła się na samochodach wjeżdżających na obwodnicę z trudnego zjazdu na I-83. „Beacon-Light” wydrukował ostatnio listę najniebezpieczniejszych skrzyżowań w mieście i to znalazło się na pozycji piątej. – Z biura obrońcy z urzędu.

– Jasne – mruknęła Cynthia.

– Domyślam się, że to twój sposób powitania.

Tak jakby Sharon Kerpelman kiedykolwiek przywiązywała wagę do uprzejmości.

– Domyślam się – odparowała Cynthia – że skoro ty nie wiesz, co to jest, to ja tym bardziej.

– No dobrze. A co u ciebie? – zapytała Sharon, jakby czytała z kartki. Może wreszcie przeczytała ten poradnik Dale’a Carnegiego, którego tak bardzo jej było trzeba. Ale pewnie ominęła rozdział o zyskiwaniu sobie przyjaciół i od razu przeszła do porad, jak wywierać wpływ na innych ludzi.

– Całkiem nieźle – odpowiedziała Cynthia, akcentując jak południowiec. Nie żeby Sharon potrafiła dostrzec coś tak subtelnego jak zmieniony ton głosu. – Ale teraz prowadzę samochód i wolę nie rozmawiać na obwodnicy, chyba że to jakaś pilna sprawa.

– To… nie, nie jest pilne, ale jest ważne.

– Tak? No, Sharon, wyrzuć to z siebie.

– Alice Manning przyjeżdża w czwartek do domu.

– Na przepustkę?

– Na zawsze. Wypuścili ją.

– Jak to możliwe?

– Jest już pełnoletnia, a w lipcu minie siedem lat…

– Pamiętam, kiedy to się stało – ucięła Cynthia.

Słuchawki nagle zaczęły uciskać ją tak mocno, że czuła, jakby mające wkrótce zesztywnieć mięśnie jej oczu mogły za chwilę wyskoczyć z głowy. „To niesprawiedliwie” – myślała. „Cholernie niesprawiedliwe”. Taki dziecinny lament był jej odruchową reakcją na każdorazowe pojawienie się tego tematu. Ojciec, który zwykle zżymał się na podobne głupoty i całe życie poświęcił ustanawianiu standardów sprawiedliwości, zgodził się z nią.

– Tak, to niesprawiedliwie – stwierdził w dniu, kiedy zapadł wyrok. – Nagięliśmy prawo, jak tylko się dało, ale nie możemy pójść dalej, żeby go nie łamać. W oczach prawa one są dziećmi.

– A w oczach Boga? – zapytała.

– Pewnie też są dziećmi. Bóg bierze na swoje barki odpowiedzialność za nas wszystkich, nawet za potwory, które są wśród nas.

Teraz jej wściekłość znalazła upust w dziecinnym okrucieństwie.

– Czy Alice to była ta gruba, czy ta stuknięta?

Pamiętała ich imiona i twarze, chociaż zawsze miała problem z tym, by je dopasować. Był to rodzaj specyficznej dysleksji, coś w rodzaju skłonności do mylenia nazwisk takich jak Thomas i Thompson, Murray i Murphy. Cynthia myślała o dziewczynkach jako o groteskowych bliźniętach syjamskich, zrośniętych w pasie i drepczących na czterech nogach prosto na jej ulicę, pod jej próg, w jej życie.

– Alice to była ta z jasnymi włosami spiętymi w kucyk – odparła Sharon. – Pomyśl sobie o Alicji w Krainie Czarów.

– Co?

– To taka sztuczka ułatwiająca zapamiętywanie. Albo Ronnie-Aran, jeśli wolisz. Jak wyspa Aran, bo miała ciemne włosy i jasne oczy. Typowy „irlandzki czarnuch…”. – Roześmiała się z zakłopotaniem. – To znaczy ja nie nazywam takich osób „irlandzkimi czarnuchami”, ale pewnie słyszałaś to określenie wśród ludzi z pewnego pokolenia, to znaczy, chodzi mi…

– Wiem, o co ci chodzi – ucięła Cynthia. Sharon mówiła jej już znacznie gorsze rzeczy tak beztrosko i nieświadomie, że byłoby dziwne, gdyby przejęła się pomniejszą gafą. Gdy ostatnim razem rozmawiały podczas przypadkowego spotkania w centrum handlowym, Cynthia miała wręcz ochotę dać jej w ucho. Ale przecież córka sędziego Poole’a nie bije się na pięści.

– Po prostu chciałam, żebyś wiedziała. Jakbyś ją kiedyś zobaczyła. To znaczy Alice.

Teraz wszystko nabierało sensu. Jej wzrok się polepszał, bo przecież musiała lepiej widzieć, a słuch się wyostrzył, stał się tak czuły, że najlżejszy dźwięk wyrywał ją ze snu. Chociaż w ogóle nie ćwiczyła – chodzenie po bieżni albo wchodzenie na stopień wydawało jej się teraz idiotyczne – robiła się coraz silniejsza, szczuplejsza i miała więcej energii. Chyba powinna napisać książkę Dieta kawowo-papierosowa, czyli przez żałobę do pięknego ciała. Dobra figura… przynajmniej tyle jej zostało. Właśnie to powie, kiedy następnym razem będzie rozmawiała z siostrą. Sylvia była jedyną osobą w życiu Cynthii, która nie krzywiła się na jej sarkazm.

Słowa Sharon wreszcie dotarły do jej mózgu.

– Ona… wraca… do domu. Niedaleko mnie.

– Dokładnie mówiąc, Manningowie nie mieszkają przy Hunting Ridge. Mieszkają kilka przecznic za granicą.

„Dokładnie”. Sharon lubiła dokładność, zgodność z prawem i inne takie rzeczy.

– Ona wraca do domu – powtórzyła Cynthia. – Do domu, który stoi nie dalej niż sześć ulic od mojego.

– Helen Manning jest nauczycielką i samotną matką. Nie stać jej, żeby się wyprowadzić.

Sharon szybko przechodziła od skruchy do pewności siebie. Broniący się obrońca z urzędu, jak nazywał ją Warren. „Cynthio, musisz zrozumieć… Cynthio, to wszystko, co można osiągnąć… One są małymi dziewczynkami, Cynthio… Cynthio, twoja tragedia, nawet tak wielka… Cynthio, zawsze będzie tu jakaś dwuznaczność. Cynthio, ty najbardziej ze wszystkich musisz mieć na uwadze sprawiedliwość”.

Cynthio. Cynthio. Cynthio.

Tym, czego chciała Cynthia, była właśnie sprawiedliwość. Ale sama pozwoliła im wybić sobie sprawiedliwość z głowy.

– Nie możesz załatwić, żeby musiała mieszkać w innym miejscu?

– Oczywiście, że nie! – Sharon była wyraźnie wzburzona. Paradoksalnie, cechę wspólną wielu adwokatów, jak zauważyła Cynthia, stanowiła podatność na urazy. Sharon zwracała uwagę tylko na własne uczucia.

– Kiedy tamten morderca z North Avenue został ułaskawiony, postawiono warunek, że nie może wrócić do okolicy, gdzie mieszkało dziecko, które zastrzelił.

– To nie to samo.

– Nie, bo on zabił trzynastolatka. A to było dziewięciomiesięczne niemowlę. No i on został ułaskawiony! – Cynthia nie dodała: „Był czarnym mężczyzną, który zabił czarne dziecko. A to były białe dziewczynki, które zabiły czarne niemowlę”. Pozwoliła, aby tę myśl wyraziło jej milczenie, aby to, co niewypowiedziane, sprawiło, że Sharon aż się skręciła w swoim małym boksie w żałosnym budynku rządowym. Tyle intryg, tyle planów, a ty wciąż siedzisz tam, gdzie siedem lat temu. Jak to możliwe?

– Żyjecie w dwóch różnych światach – stwierdziła Sharon. – Prawdopodobnie już nigdy się nie spotkacie.

– Siedem lat temu też żyłyśmy w dwóch różnych światach.

– Wiesz, zawsze uważałam, że jedynym sposobem na zrozumienie tego, co się stało, jest myślenie o tym jako o katastrofie naturalnej, czymś takim jak tornado albo piorun. – Głos prawniczki brzmiał rozsądnie i pewnie; to był głos dziewczyny, która w liceum dostała się do grupy dyskusyjnej i wciąż uważała to za wielkie osiągnięcie. – Powstał łańcuch zdarzeń, które doprowadziły do czegoś strasznego, destrukcyjnego. Czy nie lepiej patrzeć na to z takiej perspektywy?

Na usta Cynthii cisnęły się różne odpowiedzi, ale wpychała je z powrotem do gardła, aż poczuła, że zaraz się nimi udławi. „To ty mogłabyś się dzięki temu poczuć lepiej. Zawsze chcesz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i nie pozwalasz mi postępować po swojemu”.

Zajaśniały przed nią światła hamowania, a refleks miała słabszy niż zwykle, bo rozmawiała przez komórkę. Jej ponad dwutonowe bmw zatańczyło na jezdni i zatrzymało się zaledwie centymetry od pordzewiałego małego escorta, kupy złomu z naklejką parku rozrywki Kings Dominion na zderzaku i wizerunkiem konfederackiej flagi. Cynthia nie miała nic przeciwko konfederackiej fladze. Chciałaby nawet, żeby wprowadzono prawo nakazujące każdemu białemu prostakowi ze wsi tatuowanie sobie takiej na czole. Wtedy można by ich rozpoznawać z daleka.

– Czy da się załatwić dla niej sądowy zakaz zbliżania się do mnie?

– Nie sądzę, żeby Alice miała zamiar…

– Ja nie pytam, co ona ma zamiar zrobić. Ja pytam, co prawo mnie gwarantuje.

Sharon westchnęła, urażona.

– Sąd nie może decydować w sprawach, które się jeszcze nie zdarzyły. Ale zapewniam się, że Alice usłyszy radę, by trzymać się z dala od Ronnie Fuller i twojej rodziny.

– Mojej rodziny? To znaczy, że ona wie? Powiedziałaś jej? Dlaczego mówiłaś jej cokolwiek na mój temat? – Cynthia bezwiednie coraz bardziej podnosiła głos, aż dostrzegła, że ktoś na sąsiednim pasie wpatruje się w nią ze zdumieniem.

– Niczego jej nie powiedziałam – odparła Sharon. – Miałam na myśli rodzinę w sensie najbardziej ogólnym z możliwych.

„Rodzina w sensie najbardziej ogólnym z możliwych”. Tylko samotna, bezdzietna kobieta potrafiła mówić o rodzinie w sensie najbardziej ogólnym z możliwych. Cynthia przerwała połączenie, kończąc rozmowę z Sharon Kerpelman bez pożegnania, tak jak robiła to już wiele razy.

Wlokła się obwodnicą prawie czterdzieści pięć minut. Obawiała się, że to chyba koniec kariery doktora Silversteina. Żaden lekarz nie jest wart poświęcania mu tyle czasu – jeśli do czasu wizyty dodać jazdę i czekanie pod gabinetem, wszystko zajęło jej cztery godziny, czyli za długo. Zaparkowała pod domem i weszła tylnymi drzwiami, gdzie przywitało ją piśnięcie systemu alarmowego.

– Cześć, mamusiu.

– Powiedz, co się stało?

Gdyby wzrok Cynthii polepszał się jeszcze przez dziesięć, a nawet dwadzieścia lat, i tak nigdy nie stałby się równie ostry jak wzrok jej matki. Paulette Poole potrafiła swoimi zielonymi oczami dostrzec przyszłość. Przepowiedziała kłopoty, gdy Cynthia i Warren kupili ten dom.

– Dlaczego chcecie tam mieszkać? Na kim próbujecie zrobić wrażenie?

To ona pierwsza przewidziała, że system prawny, który tyle dał rodzinie Poole, zawiedzie, gdy okaże się najbardziej potrzebny. Paulette Poole była wiedźmą w najlepszym znaczeniu tego słowa.

– Po prostu korki, mamo. W tym mieście godziny szczytu zaczynają się coraz wcześniej.

– No tak, przejechałaś tę całą drogę do Towson, żeby zbadać oczy… – Paulette nigdy nie kłopotała się kończeniem zdań. Jej córka doskonale wiedziała, o co chodzi. Teraz też zdawała sobie sprawę, że postąpiła nierozsądnie, rezygnując z doktora Heeple’a, ich sąsiada w Forest Park, i idąc do jakiegoś białego żydowskiego lekarza tylko dlatego, że miał gabinet blisko ratusza.

– Gdzie jest…

– Na piętrze. Ogląda film.

Przez wzgląd na matkę Cynthia ruszyła powoli, wybierając główne schody zamiast tylnych. Usłyszała ciche odgłosy dobiegające z ulicy, plink-plink furgonetki z lodami; ale ta melodia umilkła tak szybko, że aż zastanowiła się, czy aby coś jej się nie wydawało. „Wszyscy wokół stolarskiej ławy / Małpka goniła łasicę / Małpka myślała, że to żart”. Przypomniała sobie tamten uśmiech, okropny, nieodpowiedni uśmiech, i to, jak uderzeniem chciała zmazać go z dziecięcej twarzy.

Wnęka przy głównej sypialni miała być garderobą, ale trzy lata temu Cynthia ją wyremontowała, uznawszy, że jest wystarczająco duża. W rezultacie wnęka z pokoju dziecięcego zmieniła się w sypialnię, którą w praktyce i tak nie była. Cynthia jednak wciąż opierała się łagodnym naciskom Warrena, udając, że nie rozumie, dlaczego on znowu chce sypialni tylko dla nich dwojga.

Rosalind siedziała na podłodze wpatrzona w Śpiącą Królewnę i śpiewała zdyszanym dziecięcym głosem. „La-la-la. La-la-la”. Była grzeczna od zawsze, tak zwane straszne dwa lata przeszły prawie bez dziecięcych wybuchów złości. Nigdy też nie miała kolek, które tak męczyły Olivię, i rzadko chorowała na coś poważniejszego niż zwykłe przeziębienie. No, ale dziecko karmione piersią do drugiego roku życia zawsze ma lepszą odporność.

Skóra Rosalind okazała się szokująco jasna, co zdaniem Paulette było figlem spłatanym przez krew przodków – wszak w rodzinie nie było żadnego białego. Nikt nie wiedział, skąd u małej te niesamowite włosy skręcone w bursztynowe pierścienie. Tylko oczy miała brązowe, jak prawie wszyscy Poole’owie i Barnesowie. To Olivia miała zielone oczy, co według rodzinnej legendy zdarzało się tylko jednemu dziecku z każdego pokolenia.

– Co to za dzidzia? – spytała Rosalind kilka tygodni temu, kiedy zauważyła fotografię w małej owalnej ramce wiszącą nad toaletką matki. – Kto to?

Cynthia i Warren wiedzieli, że pewnego dnia będą musieli powiedzieć córce o jej tragicznie zmarłej siostrze. Ale nigdy nie przyszło im do głowy, że to ona zacznie taką rozmowę, w dodatku podstawowym egzystencjalnym pytaniem „Kto to?”. To twoja siostra. Chociaż właściwie nigdy nią nie była, bo ty i ona nigdy nie żyłyście w tym samym czasie. Dla ciebie ona jest nikim i tak już pozostanie. Gdyby nie umarła, mogłabyś w ogóle nie istnieć, bo twoja matka miała już określone plany, a urodzenie przez nią w wieku czterdziestu jeden lat dziecka do nich nie należało.

Rosalind usatysfakcjonowała jednak najprostsza odpowiedź: „Olivia”. Powtórzyła imię, stukając w zdjęcie, i szybko o nim zapomniała. Jedynym, czego chciała, była kategoryzacja oraz identyfikacja. To jest krowa, to jest pies, a to jest Olivia. Krowa robi muu, pies robi hau, hau, a Olivia robi… „Livia”. To było jej pierwsze słowo, jej jedyne słowo, wypowiedziane kilka dni przed tym, zanim odeszła. Żartowali z Warrenem, że ich córka jest jak matka, tak samo pewna swojego miejsca w centrum wszechświata, przynajmniej kilka centymetrów na lewo od niego.

Teraz Cynthia nie potrafiła uwolnić się od myśli, że stało się tak, jakby Olivia wiedziała, że inaczej już nigdy nie wypowie swojego imienia.

Na ekranie zła wróżka właśnie złościła się, że jej nie zaproszono na przyjęcie. To wszystko zawsze kończy się tak samo, prawda? Zła wróżka przypominała Cynthii nie Alice albo Ronnie, lecz Sharon oraz ich spotkanie pod centrum handlowym Columbia przedostatniego lata.

Cynthia z trudem pchała wózek Rosalind; europejski model, który był jak wrzód na tyłku – ciężki, nieporęczny i trudny do prowadzenia. Sharon stała obok z pustymi rękami, ale nie zaoferowała pomocy. Czy Cynthia tęskni za ratuszem? Co sądzi o nowym burmistrzu? Bo ona, Sharon, dała już sobie spokój i przeprowadziła się na przedmieścia, po prostu dla pewności, że zawsze będzie miała gdzie zaparkować po długim dniu pracy. Czy o to też trzeba było pytać?

Nie, jednak ta tępa kobieta pochyliła się nad wózkiem i wyszeptała własną wersję klątwy:

– Cynthio, dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz nowe dziecko na miejsce Olivii?