Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 489 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka To, co najważniejsze - Samantha Young

Witamy w Hartwell, spokojnym, nadmorskim miasteczku, gdzie dzięki tajemnicy sprzed wielu lat pewna kobieta zrozumie, co znaczy prawdziwa miłość…

Doktor Jessica Huntington całym sercem angażuje się w problemy swoich podopiecznych z więzienia dla kobiet, ale w życiu prywatnym starannie unika związków uczuciowych. Nauczyły ją tego bolesne doświadczenia. W więziennej bibliotece odkrywa plik starych listów miłosnych i jedzie do malowniczego Hartwell, żeby dostarczyć je adresatowi. Nadmorskie miasteczko rzuca na Jessicę swój czar, ale jeszcze większe wrażenie robi na niej przystojny właściciel miejscowego baru.

Od czasu rozwodu z niewierną żoną, Cooper Lawson skupia się na tym, co najważniejsze: na rodzinie i prowadzeniu baru przy nadbrzeżnej promenadzie, który od lat znajduje się w posiadaniu Lawsonów. Jednak kiedy Jessica przekracza progi jego knajpki, gotów jest znów otworzyć swoje serce. Chociaż wzajemne przyciąganie staje się coraz silniejsze, Jessica z uporem broni się przed bliskim związkiem.

Aby przekonać ją, że jest w życiu coś, o co warto walczyć, Cooper będzie musiał ofiarować jej więcej niż tylko namiętność.

Opinie o ebooku To, co najważniejsze - Samantha Young

Fragment ebooka To, co najważniejsze - Samantha Young

Tytuł oryginału: One Real Thing

Copyright © 2016 by Samantha Young

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Berkley Books, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright for the Polish edition © 2017 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Górczyńska

Redakcja: Maria Talar

Korekta: Olga Gorczyca-Popławska, Anna Żółkiewska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcie na okładce: Yeko Photo Studio/Shutterstock.com

ISBN: 978-83-8053-192-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

1

Jessica

Chwila, w której poznałam Coopera Lawsona, była jak ciepły prysznic po długiej zimnej ulewie.

Jednym z najprzyjemniejszych doznań jest dla mnie to, kiedy przemoknięta i zmarznięta po niespodziewanym ulewnym deszczu wchodzę pod gorący prysznic. Uczucia miłego ciepła rozchodzącego się po zziębniętym ciele nie da się porównać z żadnym innym. Na skórze pojawia się gęsia skórka, a wszystkie mięśnie rozluźniają się pod kojącym, mocnym strumieniem. W tej jednej chwili wszystkie nagromadzone zmartwienia spływają ze mnie wraz z kroplami wody.

To nie był słoneczny i pogodny dzień. Po szarym niebie płynęły ciemne chmury, ale nic nie zapowiadało takiej nawałnicy, jaka spadła akurat, kiedy spacerowałam po deptaku w nadmorskim mieście Hartwell.

Szybko poszukałam wzrokiem najbliższego schronienia i pomknęłam w tę stronę – do baru. Co prawda był zamknięty, ale miał markizę nad wejściem. Przemoczona do suchej nitki, oślepiona strugami deszczu i rozdrażniona nieprzyjemnym uczuciem spowodowanym przez ubranie przywierające do skóry nie zwracałam większej uwagi na otoczenie, chciałam tylko jak najszybciej dostać się pod daszek. Dlatego z całym rozpędem zderzyłam się z twardym męskim ciałem.

Wylądowałabym na pupie na chodniku, gdyby nieznajomy nie chwycił mnie za ramiona.

Odsunęłam z czoła mokrą grzywkę i przepraszająco zerknęłam na człowieka, na którego tak niegrzecznie wpadłam.

Napotkałam spojrzenie ciepłych, niebieskich oczu. Bardzo, bardzo niebieskich. Jak Morze Egejskie wokół Santorini. Kilka lat wcześniej spędziłam tam wakacje i pamiętam tę najbardziej błękitną wodę, jaką kiedykolwiek widziałam.

Chwilę trwało, zanim udało mi się oderwać wzrok od tych urzekająco lazurowych oczu i objęłam spojrzeniem całą twarz, surową i bardzo męską.

Przebiegłam wzrokiem po szerokich ramionach, odchylając głowę w tył, żeby lepiej widzieć, ponieważ ten facet miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt. Dłonie o długich palcach, które nadal spoczywały na moich nagich ramionach, były duże i szorstkie.

Chociaż było chłodno, poczułam, jak zalewa mnie wywołana jego bliskością fala gorąca, wyswobodziłam się więc z uścisku i odstąpiłam o krok.

– Przepraszam – odezwałam się z pełnym skruchy uśmiechem. – Ten deszcz spadł tak nagle.

Skinął głową, odgarniając z czoła mokre ciemne włosy. Niebieska flanelowa koszula i biały T-shirt, które miał na sobie, również doszczętnie przemokły, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jego torsu, rysującego się pod opinającym go ubraniem.

W jego ciele nie dało się dopatrzeć ani grama tłuszczu.

Usłyszałam coś w rodzaju rozbawionego parsknięcia, dlatego szybko przeniosłam spojrzenie na jego twarz, zawstydzona, że tak się dałam przyłapać na pożeraniu go wzrokiem. Na jego ustach nie zauważyłam jednak ani cienia uśmiechu czy drwiącego grymasu, chociaż w pięknych oczach wyraźnie było widać rozbawienie. Bez słowa pchnął drzwi do staroświeckiego budynku i wszedł do środka pustego i najwyraźniej nieczynnego w tej chwili baru.

Och.

Może to i dobry pomysł, stwierdziłam w duchu, spoglądając posępnie na deszcz uderzający w deski, którymi wyłożono nadmorską promenadę. Były teraz błyszczące i śliskie. Zastanawiałam się, na jak długo tu utknęłam.

– Może pani zaczekać na zewnątrz, jeśli pani chce. Albo nie.

Odwróciłam się na dźwięk jego niskiego głosu. Niebieskooki przystojniak patrzył na mnie uważnie.

Zajrzałam do wnętrza pustego baru, niepewna, czy można tam wejść.

– Jest pan pewien, że wolno?

Skinął tylko głową, nie wyjaśniając, dlaczego uważa, że to będzie w porządku.

Popatrzyłam na ulewę i znów na suchy bar.

Zostać przed drzwiami, dygocząc w deszczu, czy wejść do środka w towarzystwie obcego mężczyzny?

Zauważył moje niezdecydowanie i chociaż jego usta się nie poruszyły, wyczułam, że się ze mnie śmieje.

Jego rozbawione spojrzenie pomogło mi podjąć decyzję.

Kiwnęłam głową i weszłam. Woda kapała na drewnianą podłogę, ale ponieważ wokół stóp niebieskookiego faceta we flanelowej koszuli już utworzyła się kałuża, nie przejęłam się tym zbytnio.

Jego buty skrzypiały i piszczały przy każdym kroku, kiedy mnie mijał; przez chwilę wyczułam ciepło bijące od jego ciała i po plecach przebiegł mi rozkoszny dreszczyk.

– Kawy? Herbaty? Gorącego kakao? – zapytał, nie oglądając się.

Znikał właśnie w drzwiach oznaczonych napisem „Tylko dla personelu”, więc nie miałam wiele czasu do namysłu.

– Gorące kakao – zawołałam.

Zajęłam miejsce przy pobliskim stole, krzywiąc się na dźwięk, jaki wydało moje mokre ubranie, kiedy siadałam. Na pewno na obiciu zostanie mokra plama w kształcie pośladków.

Drzwi za mną znów otworzyły się z hałasem. Obejrzałam się i zobaczyłam NP (Niebieskookiego Przystojniaka) zmierzającego ku mnie z białym ręcznikiem w ręce. Wręczył mi go bez słowa.

– Dzięki – rzekłam, dziwiąc się nieco, kiedy tylko skinął głową i znów zniknął za drzwiami. – Rozmowny to on nie jest – wymamrotałam.

Właściwie to jego małomówność stanowiła miłą odmianę. Znam zbyt wielu mężczyzn zakochanych w brzmieniu własnego głosu.

Owinęłam końce swoich blond włosów ręcznikiem i wycisnęłam z nich wodę. Wyżęłam je, na ile się dało, a później przesunęłam ręcznikiem po policzkach. Jęknęłam przerażona, kiedy zobaczyłam na nim czarne smugi.

Wyjęłam z torebki puderniczkę i aż poczerwieniałam na widok własnego odbicia w lusterku. Wokół oczu miałam przerażające czarne kręgi i czarne smugi tuszu do rzęs na policzkach.

Nic dziwnego, że NP się ze mnie śmiał.

Starłam tusz ręcznikiem i zupełnie upokorzona z trzaskiem zamknęłam puderniczkę. Siedziałam bez makijażu, czerwona jak nastolatka, z mokrymi, przylizanymi włosami.

Ten facet właściwie nie był w moim typie. Na swój szorstki, prosty sposób wydawał się jednak atrakcyjny, a poza tym przy kimś o tak przeszywającym spojrzeniu nikt nie chce wyglądać niczym ofiara klęski żywiołowej.

Drzwi za mną znów się otworzyły i do baru wszedł NP, niosąc dwa parujące kubki.

Biorąc jeden z nich, poczułam miłe ciepło, od którego na chłodnej skórze ramion wystąpiła mi gęsia skórka.

– Dziękuję.

Skinął głową i usiadł naprzeciw. Założył nogę na nogę, opierając kostkę na kolanie, i pociągnął łyk kawy. Emanował swobodą, całkowitym rozluźnieniem, chociaż miał mokre ubranie i tak samo jak ja był w dżinsach, a mokry dżins bardzo nieprzyjemnie drażni nagą skórę – jest ostry niczym tarka.

– Pracuje pan tutaj? – zapytałam po kilku naprawdę długich minutach ciszy.

Cisza najwyraźniej wcale mu nie przeszkadzała. Co więcej, w ogóle nie krępowało go towarzystwo nieznajomej osoby.

Skinął potakująco głową.

– Jako barman?

– Jestem właścicielem.

Rozejrzałam się po barze. Urządzony był tradycyjnie, wszędzie królował ciemny orzech – z tego drewna wykonano długi bar, stoły i krzesła, a nawet podłogę. Ciemność rozświetlały trzy duże mosiężne żyrandole, a przytwierdzone do ściany w głębi sali kinkiety z zielonymi abażurami oświetlały stoły łagodnym, niemal romantycznym blaskiem. W pobliżu drzwi wejściowych stała niewielka scena, a naprzeciwko umieszczonych w osobnych boksach stołów z ławami wznosił się podest, na którym ustawiono dwa stoły bilardowe. Dwa duże telewizory o płaskich ekranach, jeden nad barem, drugi nad stołami do bilardu, sugerowały, że to bar dla kibiców sportowych.

Obok sceny stała wielka szafa grająca, w tej chwili wyłączona.

– Miło tu.

NP przytaknął.

– Jak się nazywa ten bar?

– Cooper’s.

– Cooper to pan?

Uśmiechnął się samymi oczami.

– Jest pani detektywem?

– Prawdę mówiąc, lekarzem.

Niemal na pewno zobaczyłam iskierkę zainteresowania.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– A więc bystra z pani kobieta.

– Taką mam nadzieję – odrzekłam z uśmiechem.

Kiedy podnosił kubek do ust, w jego spojrzeniu było widać rozbawienie.

Dziwne, ale ja również poczułam się w jego towarzystwie całkiem swobodnie. Popijaliśmy swoje gorące napoje cudownie rozluźnieni. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz czułam ten rodzaj spokoju i zadowolenia w czyimkolwiek towarzystwie, a co dopiero przy obcym mężczyźnie.

Krótki moment odprężenia.

Wypiłam już cały kubek kakao, kiedy NP, czyli Cooper, wreszcie się odezwał.

– Nie jest pani tutejsza.

– Nie jestem.

– Co więc sprowadziło panią na Hart’s Boardwalk, pani doktor?

Zdałam sobie sprawę, że bardzo podoba mi się dźwięk jego głosu, niski, lekko ochrypły.

Zastanowiłam się nad odpowiedzią. To, co mnie tutaj sprowadziło, było dość skomplikowane.

– W to konkretne miejsce sprowadził mnie deszcz – odrzekłam wymijająco. – I bardzo się z tego cieszę.

Odstawił kubek na stół i patrzył na mnie przez długą chwilę. Odpowiedziałam mu spojrzeniem, chociaż pod jego bacznym wzrokiem zaczęły palić mnie policzki. Nagle pochylił się ku mnie i wyciągnął rękę.

– Cooper Lawson – przedstawił się.

Z uśmiechem podałam mu swoją drobną dłoń.

– Jessica Huntington.

– Bardzo mi miło.

2

Jessica

Dwa miesiące wcześniejZakład Karny i Ośrodek Resocjalizacyjny dla Kobiet, Wilmington, Delaware

– Jeśli nadal będziesz ciągle wpadać na drzwi, to wyślę cię na badanie do okulisty – oznajmiłam surowo, dezynfekując rozciętą wargę Mary Jo.

Spojrzała na mnie wilkiem, ale nic nie odpowiedziała, co było u niej dość niezwykłe. Gdyby tylko potrafiła wykazać takie opanowanie wobec współwięźniarek, nie wpadałaby tak często na „drzwi”.

Wyrzuciłam wacik i zdjęłam lateksowe rękawiczki.

– Nic więcej tu nie mogę zrobić. Możesz posiedzieć pół godziny na oddziale, trzymając lód na oku. To powinno zmniejszyć opuchliznę. – Podeszłam do małej lodówki pod ścianą gabinetu i wyjęłam woreczek z lodem.

Kiedy znów odwróciłam się do Mary Jo, patrzyła na mnie z ukosa, mrużąc zdrowe oko.

– Jak to jest, że pani nie traktuje nas, jakbyśmy były jakąś hołotą. Ta druga, stara jędza, właśnie tak się do nas odnosi.

Zignorowałam jej uwagę na temat mojej koleżanki po fachu, doktor Whitaker, która pracowała na pół etatu w więziennej izbie chorych. Patrzyła z góry nie tylko na więźniarki; wszystkich uważała za gorszych od siebie. I chociaż to ja byłam tu głównym lekarzem i pracowałam w większym wymiarze godzin, nadal uparcie próbowała mnie pouczać, jak mam wykonywać swoją pracę.

– Może dlatego, że nie uważam was za hołotę – odparłam, wręczając Mary Jo woreczek z lodem. Pomogłam jej przyłożyć go do spuchniętej części twarzy.

– Jak to?

W jej głosie zabrzmiała podejrzliwość.

Od dwóch lat pracowałam jako lekarka więzienna i nauczyłam się kilku rzeczy. Między innymi tego, że więźniarki odnoszą się podejrzliwie do wszystkich, a zwłaszcza do ich motywów.

– Jak to możliwe, że nie uważam was za hołotę?

– Właśnie.

Odwróciłam się, żeby wyrzucić zużyte waciki do kubła z odpadami medycznymi. Odpowiedź na to pytanie była niczym najgłębiej sięgający korzeń dwudziestoletniego drzewa – kryła się zbyt głęboko, żeby wydobyć ją na powierzchnię bez szkody dla całego drzewa.

– Ludzie popełniają błędy, ale to nie znaczy, że stają się hołotą – wyjaśniłam z uśmiechem przylepionym do ust. – Możesz już iść. – Zapukałam w szklaną szybę w drzwiach, a stojąca za nimi strażniczka Angela skinęła głową i weszła do gabinetu.

– Tak?

– Niech Mary Jo posiedzi jakieś pół godziny na oddziale z lodem przy oku, a potem może wracać.

– Jasne. Idziemy, Mary Jo. – Angela wyprowadziła więźniarkę.

Po ich wyjściu usiadłam przy komputerze, żeby zaktualizować kartę medyczną Mary Jo. Właśnie kończyłam, gdy ktoś zapukał do drzwi.

Do gabinetu wkroczyła Fatima. Metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, dumna i sprawna fizycznie, przypominała wojowniczą księżniczkę, przebraną w mundur strażniczki więziennej. Była też przezabawna.

– Co cię do mnie sprowadza? – Powitałam ją z szerokim uśmiechem.

Skrzywiła się i pokazała mi zakurzoną książkę w skórkowej oprawie.

– Te dziewczyny oglądają za dużo filmów. – Przysiadła na blacie mojego biurka i otworzyła książkę.

Coś podobnego!

Wewnątrz książki wycięto w kartkach otwór i schowano w nim nóż amatorskiej roboty.

– Nowy sposób na ukrycie niebezpiecznego narzędzia.

– I to w powieści Jane Austen – oburzyła się Fatima. – Dla takiego szajsu sprofanowały pana Darcy’ego. Nie wiedzą, że to prawdziwy dżentelmen? Nie można go bezcześcić dla byle jakiego noża.

Prychnęłam rozbawiona.

– Nie sądzę, żeby je obchodziło, jakim wspaniałym dżentelmenem jest pan Darcy.

– Właśnie na tym polega problem. Zamiast używać książek do chowania broni, powinny się kształcić. Nic dziwnego, że obcięli nam fundusze na bibliotekę.

– Słyszałam o tym. – Wiedziałam, jak bardzo Fatimie zależało na zachęceniu więźniarek do czytania i nauki korzystania z komputera. – Przykro mi.

Westchnęła ciężko.

– Cholera, mogłam się tego spodziewać. Będę musiała sobie jakoś radzić z tym, co dostanę. A jak ci poszła wczorajsza randka?

– Już ci mówiłam, że to nie była żadna randka. – Spotkania z Andrew nie były randkowaniem.

Rozczarowana potrząsnęła głową.

– Chyba zwariowałaś. Tak samo jak ten idiota, z którym się zadajesz. Nie ma nic lepszego, niż wrócić do domu, do swojego faceta, po ciężkim dniu w pracy.

Spojrzałam na złotą obrączkę, której dotknęła bezwiednie.

– W zeszłym tygodniu mówiłaś całkiem innym tonem, kiedy narzekałaś, że Derek zapomniał zrobić pranie, a dwa tygodnie temu wściekałaś się, że według niego zakupy spożywcze to zapakowanie do wózka rocznego zapasu piwa i chipsów.

Fatima spojrzała na mnie groźnie.

– Czy ty zawsze wszystko zapamiętujesz?

– W zasadzie tak.

– To denerwujące.

– Przyjęłam do wiadomości – odpowiedziałam ze śmiechem.

– No dobra, równie często mam ochotę go ukatrupić, jak zaciągnąć do łóżka, ale to wspaniałe uczucie, kiedy mieszkasz z najlepszym przyjacielem. Znajdź sobie jakiegoś i przepędź na cztery wiatry tego wiecznego kawalera.

– Już ci mówiłam, że odpowiada mi taki luźny związek.

Burknęła coś pod nosem na znak, że mi nie wierzy, ale ja naprawdę wolałam niezobowiązujące znajomości. Jeszcze nigdy nie byłam w poważnym związku. Robiłam, co chciałam. Wszystkie decyzje podejmowałam samodzielnie i żyłam tak, jak mi się podobało.

A kiedy miałam ochotę na trochę zabawy, wystarczyło nacisnąć klawisz szybkiego wybierania numeru i zadzwonić do Andrew.

– Umówię cię z kimś – oznajmiła zdecydowanie Fatima, stając przy biurku. – Lubisz czekoladę? – Porozumiewawczo puściła do mnie oko.

Ze śmiechem potrząsnęłam głową.

– Czekolada jest pyszna, ale w tej chwili wystarczy mi moja zwykła wanilia.

– Ta twoja wanilia jest wyjątkowo nudna – odparowała żartobliwie. W tej samej chwili odezwał się jej pager. Sprawdziła wiadomość i rozbawienie zniknęło z jej twarzy.

– Coś się stało?

– Bójka na dziedzińcu. Muszę iść.

– Uważaj na siebie! – zawołałam za nią.

– Zawsze uważam.

Drzwi zamknęły się z hałasem, a ja poczułam nerwowy ucisk w żołądku. Wiedziałam, że to uczucie minie dopiero, kiedy Fatima wróci cała i zdrowa.

Chciałam kontynuować pracę przy komputerze, ale kątem oka zauważyłam książkę, którą Fatima zostawiła na moim biurku. Z ciekawości wzięłam ją do ręki, trochę zasmucona faktem, że zniszczono taką piękną, klasyczną powieść. Otworzyłam ją na pierwszej stronie i zrobiło mi się jeszcze smutniej. Książkę wydano w 1940 roku. Taki stary egzemplarz na pewno miał jakąś wartość. Może niezbyt dużą, ale jednak. A największą wartość stanowiła zapewne jego historia.

Ktoś zniszczył tę książkę, zupełnie o to nie dbając.

Przerzuciłam pocięte strony aż do końca i już ją miałam odłożyć z ciężkim westchnieniem, ale przypadkowo dotknęłam kciukiem tylnej okładki.

Hmm. Wydała mi się grubsza i bardziej miękka, niż powinna. Dokładniej zbadałam ją palcami. Mój wzrok przykuła cienka, niewyraźna linia tuż przy grzbiecie. Wyglądało na to, że papier okrywający skórę oprawy kiedyś nacięto, a potem znów przyklejono.

Tylko po co?

Obmacałam tajemnicze zgrubienie.

Coś tam było.

Serce zabiło mi trochę szybciej na myśl, jaką tajemnicę może kryć ta książka.

Zerknęłam na przeszklone ścianki gabinetu. Nie było za nimi nikogo. Nikt mnie nie obserwował.

Zarówno książka, jak i pan Darcy zostali już sprofanowani, więc nie mogłam im wiele bardziej zaszkodzić. Delikatnie podważyłam papier wzdłuż nacięcia, aż udało mi się go całkiem oderwać.

– Co do… – Osłupiała patrzyłam na to, co ukryto wewnątrz tylnej okładki książki. Ze schowka wysunęły mi się na kolana cztery małe koperty.

Na wszystkich ktoś wypisał imię, nazwisko i adres.

Takie same na każdej z kopert.

Pan George Beckwith

131 Providence Road

Hartwell, DE, 19706

Czy te listy ukryła jedna z więźniarek?

Kiedy?

Korciło mnie, żeby natychmiast otworzyć którąś kopertę.

Telefon na blacie biurka zadzwonił tak nagle, że aż podskoczyłam.

– Tu doktor Huntington. Słucham? – odezwałam się do słuchawki.

– Dwie więźniarki w drodze na górę. Bójka na dziedzińcu. Głębokie rany cięte, ale poza tym nic poważnego.

– Dziękuję – odrzekłam i odłożyłam słuchawkę. Bez namysłu włożyłam wszystkie koperty do torebki i ukryłam ją pod biurkiem. Papier przykleiłam na swoje miejsce i odłożyłam książkę na biurko, żeby tam czekała, aż przyjdzie po nią Fatima.

Drzwi otworzyły się szeroko i zobaczyłam w nich Fatimę z Shaylą, znaną mi dobrze więźniarką. Shayla opierała się na strażniczce, trzymając się za brzuch.

– Pieprzona zdzira! – wrzeszczała. – Zabiję kiedyś tę cholerną sukę!

Fatima przewróciła oczami, jakby chciała powiedzieć: „I to ma być nasze życie? Serio?”.

– Wspaniale – wystękał Andrew, szczytując.

Zachichotałam w duchu, kiedy się ze mnie stoczył i ułożył na plecach.

Za każdym razem, kiedy przeżywał orgazm, wypowiadał to słowo. Brzmiało niczym miły komplement, ale im dłużej trwał nasz niezobowiązujący związek, polegający na seksie, tym bardziej wydawało mi się zabawne.

A humor nie stał zbyt wysoko na mojej liście podniecającego łóżkowego świntuszenia. Powtarzałam sobie jednak, że to i tak lepsze niż facet, który uparcie nazywał swój członek rakietą. Pewnego razu, w trakcie uprawiania seksu, powiedział mi, że jeśli natychmiast czegoś nie zrobię, jego rakieta odpali się sama i wybuchnie. Nie potrafiłam się powstrzymać i parsknęłam śmiechem, nie miał więc wyboru i musiał ze mnie wyjść. Próbowałam go przeprosić, bo to naprawdę nie było względem niego miłe, jednak on wypadł z pokoju, ciężko obrażony. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Ale to chyba dobrze.

Andrew odwrócił głowę na poduszce i uśmiechnął się do mnie.

Odpowiedziałam uśmiechem, a on wyskoczył z łóżka z energią, której jako chirurg potrzebował bardzo dużo. Kiedy zniknął w łazience, żeby się pozbyć prezerwatywy, ja również wstałam. Znalazłam pager w kieszeni spodni i sprawdziłam, czy nie przyszła jakaś wiadomość, chociaż byłam niemal pewna, że nie słyszałam żadnego sygnału. Rzeczywiście, nic nie przyszło.

– Jesteś taka seksowna.

Zerknęłam na Andrew. Opierał się o drzwi do łazienki, skrzyżowawszy ramiona na piersi, całkowicie swobodny w swojej nagości. Ja również czułam się przy nim swobodnie, będąc naga.

– Ty też się nieźle prezentujesz – odrzekłam z uśmiechem, zgodnie z prawdą. Andrew ćwiczył na siłowni w swoim doskonale wyposażonym, renomowanym szpitalu, kiedy miał przerwę między zabiegami. Miał szczupłe, umięśnione ciało, które przyjemnie było badać w łóżku.

Co do mnie, to zwykle nie byłam tak pewna swojej atrakcyjności fizycznej, jednak z Andym od trzech lat, z krótkimi przerwami, łączył mnie łóżkowy związek. Po roku wspólnego sypiania Andy poważnie związał się na dziewięć miesięcy z inną kobietą, więc przestaliśmy się spotykać. Kiedy zerwali, zdał sobie sprawę, że jeśli chodzi o sprawy intymne, wiele nas łączy, i znów zaczęliśmy się umawiać na seks bez zobowiązań. Skoro tyle razy widział mnie nagą i nadal przychodził po więcej, moje ciało musiało mu się podobać. Nic dziwnego, że czułam się przy nim pewnie.

– Tylko nieźle? – spytał ze śmiechem.

Nic więcej nie powiedziałam. I tak jego mniemanie o sobie było wielkie niczym cały stan Delaware. Nie należało go w tym utwierdzać, żeby nie stał się jeszcze bardziej nieznośny.

– Co robisz? – zapytał, kiedy zaczęłam wciągać spodnie.

– Idę do domu.

Podszedł do mnie, marszcząc czoło. Chwycił moją bluzkę i uniósł do góry, żebym nie mogła jej dosięgnąć.

– Dopiero zaczęliśmy. Przeznaczyłem dla ciebie dwie godziny.

Miałam ochotę przewrócić oczami, ale się powstrzymałam. Andrew żywił przekonanie, że wszystko powinno przebiegać według jego planu, ponieważ był wybitnym i powszechnie cenionym chirurgiem klatki piersiowej i układu sercowo-naczyniowego. Jeśli w grę wchodziło ratowanie życia pacjentów, zapewne miał rację, ale to nie znaczyło, że musiałam się do niego dostosować, kiedy nie miałam na to ochoty.

– Nie mogę zostać. Przykro mi.

Nadąsany niczym dziecko nadal nie chciał oddać mi bluzki.

Spojrzałam na niego chłodno. Kiedy nie uprawialiśmy seksu, trudno mi było nie zauważać, jakim jest skończonym dupkiem. I to był jeden z powodów, dla których łączyło nas jedynie łóżko. Jego arogancja i zarozumialstwo doprowadzały mnie do szału.

Zorientował się, że nie ulegnę, i rzucił mi bluzkę.

– A co niby masz takiego ważnego do roboty, żeby burzyć mój grafik?

– Obiecałam, że wezmę dyżur w więzieniu za doktor Whitaker – skłamałam. W rzeczywistości pragnęłam jak najszybciej dotrzeć do domu i otworzyć znalezione listy. Przez cały czas siedziały mi w głowie. Przez chwilę chciałam nawet odwołać spotkanie z Andrew, żeby je szybciej przeczytać, ale przypomniałam sobie, że wkrótce ma wyjechać na konferencję do Szwecji. Nasze seksrandki odbywały się raz w tygodniu i zdążyłam już przywyknąć do tej regularnej rozrywki, dlatego nie chciałam rezygnować z możliwości, póki Andrew był osiągalny.

Z przyjemnością patrzyłam na jego zgrabny tyłek, kiedy przemierzał swoją sypialnię, żeby zdjąć z krzesła starannie złożone spodnie.

– Dlaczego tak się upierasz, żeby pracować w tej dziadowskiej instytucji?

Zagotowałam się, słysząc, z jaką wyższością i politowaniem traktuje moją pracę. Gdyby nie to, że facet doskonale spisywał się w pościeli, pozbyłabym się go w okamgnieniu.

– Przestań – warknęłam.

– Nie. – Odwrócił się do mnie i oparł ręce na biodrach. – Jessico, jesteś wspaniałą, utalentowaną lekarką. To wielka strata, że utknęłaś w jakiejś zatęchłej więziennej izbie chorych, choć powinnaś zostać chirurgiem. – Włożył koszulę, ciągle z pełną obrzydzenia miną. – Nadal nie mogę uwierzyć, że rzuciłaś staż i straciłaś szansę na stały etat w szpitalu. Nikt nie może w to uwierzyć.

– Nie mówmy już o tym, dobrze? – Kłótnie na ten temat powtarzały się od dwóch lat.

– Może gdybyś mi wyjaśniła, co cię trzyma w tym więzieniu, nie wracałbym do tego. Dlaczego się upierasz, żeby tam nadal pracować?

W odpowiedzi tylko westchnęłam, chwyciłam torebkę i podeszłam do drzwi. Mijając go, pogładziłam czubkami palców bruzdę na jego czole i delikatnie pocałowałam go w usta.

– Dobranoc, Andrew.

Wyszłam z mieszkania, wiedząc, że zrozumiał, o czym chcę mu przypomnieć.

Jesteśmy tylko sekskumplami.

Nie miał prawa żądać odpowiedzi na pytania dotyczące mojego życia.