To, co NAJWAŻNIEJSZE - Augustyn Pelanowski OSPPE - ebook
Opis

Rekolekcje "To, co NAJWAŻNIEJSZE" zostały wygłoszone w 2015 roku w Paulińskim Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin. Książka ta zawiera treści wygłoszone podczas rekolekcji, poszerzone o późniejsze refleksje, bo jak twierdzi Autor "rekolekcje nigdy się nie kończą w sumieniu tego, kto je sumiennie głosi".

"To, co jest NAJWAŻNIEJSZE, jest niewidoczne dla oczu. To, co jest najważniejsze, jest między Tobą a Bogiem i nikt tego nie powinien widzieć. To nie jest przeznaczone dla ludzkich oczu. Należne jest tylko oku Bożemu. W oku Bożym, którego nie widzisz, możesz stworzyć z Bogiem najprawdziwszą więź. To, jest najważniejsze dla Ciebie - żebyś wreszcie zobaczył, że Bóg cię widzi, że Bóg cię słyszy, że JESTEŚ przed Nim. Jesteś i będziesz istnieć."

 

                                                                                                                                                         o. Augustyn Pelanowski (fragment książki)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 194

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Augustyn Pelanowski OSPPE

To, co najważniejsze

Strona redakcyjna

Copyright: Augustyn Pelanowski OSPPE

Copyright: Kraków 2016

Korekta: Kinga Wenklar

Skład, łamanie: Marcin Jakimowicz

Projekt okładki: Anna Smak-Drewniak

Zdjęcie na okładce: Shutterstock.com

ISBN 978-83-89049-48-1

ISBN pdf 978-83-89049-49-X

ISBN epub 978-83-89049-50-3

ISBN mobi 978-83-89049-51-1

Sklep: ul. Batorego 19

31-135 Kraków

Księgarnia internetowa: www.paganini.com.pl

Dział handlowy: [email protected]

tel. 12 423 42 77, 12 623 71 81

Wstęp

W czasach, w których wszystko przestaje być ważne, począwszy od życia ludzkiego w łonie matki, aż po powołanie do życia w Bogu, w epoce toczącej się III wojny, która faktycznie trwa na naszych oczach, mimo że je zamykamy, by tego nie widzieć, Bóg wzywa nas, byśmy dostrzegli to, co jest NAJWAŻNIEJSZE! Coraz rzadziej Duch Święty wzywa mnie, bym przemawiał i zastanawia mnie, dlaczego tak jest? Jakby Jego głos milkł. Nie tylko kondycja zdrowotna coraz częściej odmawia mi posłuszeństwa, ale też nasłuchując pod drzwiami Biblii jakiegokolwiek głosu, coraz częściej słyszę milczenie. W 2015 roku, w sanktuarium Leśniowskim wygłosiłem jednak rekolekcje, tytułując je: „To, co Najważniejsze”. Miałem świadomość, że Duch Święty jeszcze raz próbuje przypomnieć mi i tym, którzy mnie słuchali, o Miłości, która rozlewa się po świecie z Serca Jezusa, z Serca Jego Matki. Ale spragnionych tej Miłości jest coraz mniej. Siedząc w konfesjonale, spotykam ludzi dotkniętych skruchą i przejętych swoim stanem duszy oraz przyszłością, a nade wszystko zbawieniem, cicho w ukryciu wyznających swoje winy. Równocześnie coraz częściej na ulicach naszych miast można dostrzec maszerujących i głośno krzyczących wrogów życia, Kościoła, samego Boga. Któż by nie pomyślał w takiej chwili o Sodomie, w której Lot w ukryciu wyznawał aniołom zaniedbanie swojej duszy wobec Boga, podczas gdy na zewnątrz rozlegały się okrzyki zdeprawowanych i zaślepionych tłumów domagających się jedynie używania do woli ludzkiego ciała?

W 2015 roku, wiosną, spisywałem te rekolekcje, aby potem w lipcu je wygłosić, ale ze względu na czasowe ramy konferencji, mogłem tylko w części je przedstawić słuchaczom zebranym w domu Matki Jezusa w Leśniowie. Potem przyszły miesiące przygotowań tekstu tych rekolekcji do druku. Dopisałem do nich jeszcze późniejsze refleksje, bo rekolekcje nigdy się nie kończą w sumieniu tego, kto je sumiennie głosi. Rekolekcjonista jest pierwszym słuchaczem Słowa Bożego. Nie wiem, co przyniosą lata najbliższe, ale wyczuwa się rosnące napięcie, które nie tylko widać w kinematograficznych produkcjach coraz częściej ukazujących katastrofę świata, ale też w oczach ludzi, których spojrzenia są coraz bardziej płytkie, jakby traciły swą głębię. Wszędzie wyczuwa się lęk. Dlatego tym bardziej jest potrzeba, by głosić Ewangelię, nowinę dobra dającą nadzieję. Błagam Boga, by słowa, które zdecydowałem się wygłosić, spisać i poprawić, stały się pomocą, choć dla nielicznych, do odkrycia zbawienia w Jezusie Chrystusie.

Ewangelie przekazują nam kłopotliwą wieść, jak to zauważył filozof Terry Eagleton, że nasze formy życia, a miał tu na myśli świat współczesny z jego strukturami, muszą ulec radykalnej destrukcji, jeśli mamy się odrodzić jako wspólnota sprawiedliwa i współodczuwająca. Znakiem zbliżającej się destrukcji, według Eagletona, jest solidarność z ubogimi i bezsilnymi. Właśnie to widać w pismach Nowego Testamentu, gdy wieszczą one upadek porządku Imperium Romanum. Wydaje się, że coraz rzadziej możemy spotkać Boga. Cywilizacja konsumpcyjna pozbawia nas widoku poświęcenia się Boga dla nas i zaciera w nas potrzebę ofiary i daru, celowości życia i znaczenia każdej chwili. Widzimy profanacje miłości w mrocznym wydaniu, mimo pozorów kolorowej tęczy. Nie jest to jednak tęcza przymierza z Bogiem, ale tęcza zwiastująca nadejście burzy. Roger Scruton pisał, że w naszym świecie jest jeszcze wiele okazji do otwarcia się na transcendencję, na spotkanie z wiecznością Boga, ale blokują nas śmieci. Życie bez celu nie jest warte tego, by nazywać je życiem. Ludzie masowo wypierają się Boga, a jeśli mówimy o masowym wyparciu, to kojarzy się ono także z mechanizmem obronnym znanym psychologii – wszyscy wiedzą, że treści wypierane wybuchają nagłą projekcją w innej przestrzeni.

Boga się nie da zabić masowym wyparciem. Piotr swoje wyparcie się Mistrza musiał skonfrontować po zmartwychwstaniu Jezusa i milcząco przyznać Mu rację, gdy Ten pytał go o miłość na brzegu jeziora. To, czego nie chcemy wiedzieć, jest chyba ważniejsze od tego, co sobie wmawiamy. A może właśnie to jest Najważniejsze?

W 1924 roku Miguel de Unamuno kończył swoją książkę o agonii chrześcijaństwa słowami: „Chrystusie, nasz Chrystusie, dlaczego nas opuściłeś?”. Wołał w imieniu ludzkości, która coraz dogłębniej odczuwała potężniejącą samotność spowodowaną wyparciem się Boga. Jezus wołał do Ojca na krzyżu podobne słowa i po trzech dniach zmartwychwstał. Jeśli ludzkość ustami Unamuno woła jeszcze dziś do Chrystusa, to czy należy się spodziewać, że zmartwychwstanie? Miejmy nadzieję!

Część pierwsza:O włos...

„Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: «Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach. Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie! Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. A powiadam wam: Kto się przyzna do Mnie wobec ludzi, przyzna się i Syn Człowieczy do niego wobec aniołów Bożych; a kto się Mnie wyprze wobec ludzi, tego wyprę się i Ja wobec aniołów Bożych” (Łk 12, 1-9).

BYĆ BLISKO

Kiedy jest się tak blisko Mesjasza, można deptać nie tylko innych, ale też własne sumienie. Każdy chce być jak najbliżej wielkich wydarzeń, by móc później powiesić fotografię z własnym wizerunkiem, z uśmiechem szerokim, jakby w ustach krył się kilogram gumy do żucia, na tle sławnego człowieka, powszechnie uznanego. Każdy chce obserwować z dumą reakcje tych, którzy z podziwem będą mówili: „O! Ty tak blisko tego sławnego człowieka! Znasz go osobiście?”. Ludzie cisną się do miejsc i ludzi, którzy dają im poczucie dowartościowania i społeczne uznanie, rzadko jednak w takich miejscach czy przy takich ludziach panuje szczera atmosfera. Łatwo o hipokryzję. Dlatego Jezus mówi: „Strzeżcie się kwasu faryzeuszów”. Najbardziej głodnymi prawdziwych przyjaciół są ci, którzy są przejedzeni sławą! Cisnęli się, by być najbliżej, a być najbliżej to tyle, co być ważnym, zauważonym, uczestniczyć w czyimś autorytecie. Czyjaś ważność udziela się wtedy mnie. Nikt nie chce być nikim, nikt nie chce być śmieciem historii, papierkiem od cukierka, wypisanym długopisem, a jednak w tym tłumie zapewne niektórzy upadli, zostali zdeptani, czuli się skompromitowani, zawstydzeni, bo nie umieli się obronić, gdy inni ich spychali w błoto. Kompromitacja jednych to cena wyniesienia drugich.

Co my tu widzimy w tej Ewangelii, co jest tak bardzo ważne dla naszego życia, może wręcz najważniejsze? KOGO JEZUS CENI SOBIE JAKO NAJWAŻNIEJSZYCH PRZYJACIÓŁ? Czy mnie sobie ceni? Co w ogóle Jezus o mnie czy o tobie myśli? Co On o mnie myśli? Gdzie mam się postawić w życiu, by On mnie zauważył i żebym był dla Niego ważny... najważniejszy. W Biblii Tysiąclecia grecki zwrot HOSTE KATAPATEIN HALLELOUS został przetłumaczony eufemistycznie:

„Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów”.

Natomiast w Biblii Warszawsko-Praskiej mamy tłumaczenie znacznie bardziej dosłowne:

„A gdy tysięczne tłumy cisnęły się do Niego, tak że jedni po drugich deptali, począł mówić do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu faryzeuszy, to jest obłudy”.

Czasownik grecki KATAPATEO oznacza czynność zdeptania czegoś lub kogoś, np. w pismach Herodota: „dać świniom wdeptać ziarno po zasianiu; w znaczeniu metonimicznym, przenośnym: wzgardzić”!

W Księdze Izajasza (Iz 10, 6) to słowo oznacza: „zdeptać jak błoto na ulicach” – zniszczyć wzgardą i śmiercią.

I proszę sobie wyobrazić – tak blisko Jezusa, a jedni ludzie depczą drugich, jak świnie ziarno. Tak blisko świętości!

Ludzie zaślepieni pragnieniem bycia dostrzeżonym, bycia ważnym, nie zważali na nikogo, deptali się nawzajem. Tak chcieli być zauważeni, że nie zauważali innych. Tak chcieli pojawić się w oczach pozostałych, że na nikogo nie zwracali uwagi. Szarpali się za włosy, deptali po tych, którzy się potknęli i upadli, cisnęli się do przodu, jak najbliżej... bynajmniej nie z miłości, tylko po to, by uchodzić za ważnych, najważniejszych.

Być najbliżej Boga niekiedy znaczy zlekceważyć Go, znieważyć nawet. Czasem ktoś jest blisko Niego, ale nie dlatego, by z Nim być, tylko dlatego, by się Nim posłużyć, np. dla własnego prestiżu. Wszystko może służyć wyniesieniu – i ateizm, i religia. Myślę teraz o swoim kapłaństwie, bo jestem dzięki niemu tak blisko Jezusa. Można być blisko i zdeptać kogoś – albo własną godność, albo Jego samego. Pomyśl i o sobie. Co dotychczas motywowało twoje życie?... Być najważniejszym?... Być ważnym? Ja myślę o swoim kapłaństwie. Czy służę Panu, czy posługuję się kapłaństwem dla własnego prestiżu? To wcale nie jest najlepsze, najbezpieczniejsze miejsce. Pomyślmy tylko przez chwilę: kto z uczestników Eucharystii ma największe szanse na zdeptanie Hostii? Ten, który jest najbliżej, czyli ja!

Kiedyś pewnemu kapłanowi, który był dość skromnym i cichym człowiekiem, nie zwracającym niczyjej uwagi, w czasie rozdawania Komunii Świętej rozsypały się konsekrowane komunikanty. Obserwowaliśmy, jak zbierając je, czynił to z największą czułością, na kolanach, wstrząśnięty, wręcz jakby sam upadł i boleśnie się zranił. Bał się bardzo, żeby swymi butami nie zdeptać choćby jednej Hostii. Patrząc na to, można było uczyć się od niego współodczuwania, bojaźni i szacunku do Jezusa, z drugiej strony pojawiło się w nas zdziwienie, bowiem w tym jednym geście ujawnił się cały szacunek tego kapłana do Jezusa, jak nigdy dotąd w żadnym jego kazaniu. Gołym okiem było widać, że jest wstrząśnięty tym, że wysypało mu się Ciało Pańskie, a nie tym, że na oczach ludzi wykazał się niezgrabnością ruchów i na czworakach próbuje to naprawić.

Żadne, nawet najskrytsze motywacje nie są na tyle ukryte, by nie ujawniły się kiedyś, prędzej czy później. Jezus mówi: „wszystko wyjdzie na jaw”, „co mówicie na ucho, będzie głoszone na dachach”. Każde pragnienie, które człowiek ma w sercu, wychodzi z niego przez gesty, ruchy, spojrzenia, słowo. To, co jest dla ciebie najważniejsze, zdradza cię w każdym geście.

Można się wyprzeć Jezusa, nie stając się wcale ateistą, po prostu wystarczy dążyć do tego, by być zauważonym przez ludzi, nawet z wykorzystaniem pozycji, jaką się ma we wspólnocie religijnej. Tak naprawdę można kogoś zdeptać tylko wtedy, gdy się jest najbliżej tej osoby, ale bliskość ta nie rodzi się wówczas z miłości, tylko służy wykorzystaniu tej osoby dla podkreślenia swojej własnej wyjątkowości. Rany zadane przez najbliższych są najboleśniejsze. Kiedy wróg zadaje ci cios, czujesz najwyżej ból upokorzenia albo ból fizyczny, ale kiedy krzywdzi cię przyjaciel, odczuwasz ból duszy, najgłębszy rodzaj cierpienia. Podczas jednej z wizyt papieskich widziałem grupę ludzi, którzy prawie się pobili, walcząc o najbliższe miejsce przy Janie Pawle II – odpychali się i ciągnęli za ubrania, szarpiąc i wyzywając. Jak wielu dumnie fotografowało się z Ojcem Świętym, a potem wieszało te fotografie na ścianach swych mieszkań, niczym myśliwy poroża jeleni!

Byli i tacy, którzy bardzo chcieli być najbliżej Ojca Świętego, ponieważ mogli z satysfakcją obserwować tłum, który z zazdrością na nich spoglądał, myśląc: „To musi być ktoś ważny, skoro stoi tak blisko papieża”. To jest partycypacja w cudzym autorytecie dla podbudowania własnego!

Pamiętam, że w czasie jednej z pierwszych wizyt Ojca Świętego w Polsce pewien kleryk dowiedział się, że papież będzie w nocy się modlił w kaplicy klasztornej, żeby zaczerpnąć trochę milczącego spokoju. Ten zakonnik nigdy nie modlił się nocą w kaplicy, ale tym razem spędził wiele godzin, klęcząc z różańcem w ręku, w pozycji prawie mistycznej, zapewne raz po raz zerkając to na zegar, to na drzwi. Niestety, papież nie odwiedził kaplicy. Nad ranem wyszedł więc ów kleryk rozczarowany i przechodząc obok furty, na której miałem dyżur, powiedział zniechęcony: „Nie było papieża, idę spać”. Nie było papieża, ale był Jezus w tabernakulum. Po kilku latach odszedł z zakonu, bo czuł się rozczarowany, że nikt nie był nim oczarowany. Pragnąc zdobyć to, co ważne, łatwo nie zauważyć tego, co najważniejsze.

LĘK

Ciągłą walkę o pierwsze, najważniejsze miejsce obserwujemy w każdej dziedzinie życia – na arenach sportowych, na estradzie, w polityce, ekonomii. Większość ludzi, pytanych o to, co jest dla nich najważniejsze, wskaże na aktualne problemy, rodzinę, dzieci, pieniądze. Ale najważniejszy jest Bóg, choć często spychamy Go na koniec. Niektórzy już się przekonali po dramatach swoich historii, że nawet najbliższa osoba może nas zdeptać i wtedy zostaje tylko On. Wcześniej czy później wszyscy się o tym przekonamy. Nawet jeśli masz najszczęśliwsze małżeństwo, to przecież wiecznie nie będzie trwało, któreś z was pierwsze umrze. I kto wtedy zostaje? Zostaje On, Jezus.

Mamy więc wizję – Bóg jest najważniejszy. Ale gdzie jest Bóg, dlaczego się ukrył? Jest najważniejszy, a zachowuje się tak, jakby był nieważny. On się nie eksponuje, nie objawia, to ludzie wybudowali Mu ołtarz. Najważniejszy, który nie chce być najważniejszy?! Jakie to daje światło dla naszego życia!

Tekst przytoczonej na wstępie Ewangelii jest adresowany do tych, którzy są narażeni na prześladowanie z powodu wiary, ale również do tych wszystkich, którzy żyją na co dzień w lęku przed innymi, w lęku przed tym, że są nieważni, i za każdą cenę – nawet za cenę wyrzeczenia się Jezusa – są gotowi sfotografować się, udzielić wywiadu, wystąpić przed kamerami, zaśpiewać bluźnierczą piosenkę, wystawić w muzeum wątpliwe dzieło antysztuki, jak na przykład... portret papieża Benedykta XVI utkany z siedemnastu tysięcy kolorowych prezerwatyw. Owo modernistyczne dzieło kosztowało dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Dlaczego to robią? By zaistnieć, by uciec przed lękiem, że żyją niezauważeni. A być niezauważonym, pominiętym – to jakby nie istnieć!

Można bać się różnych rzeczy – tego, co inni o nas myślą, co pomyślą, bać się ich opinii, reakcji, czyjegoś odejścia albo czyjejś bliskości, krzyku lub nawet lękać się miłości albo przeciwnie, nienawiści. Lęk towarzyszy nam wszędzie – w domu, w pracy, na ulicy, nawet we śnie! Søren Kierkegaard twierdził, że lęk nie jest nawet uczuciem, tylko najbardziej pierwotnym nastawieniem do świata i ludzi, do Boga i siebie samego – pierwszym skutkiem grzechu, bowiem pojawił się u Adama i Ewy jako pierwszy efekt grzechu. Zresztą, po każdym grzechu napada nas wewnętrzny lęk i więzi długo, nawet po spowiedzi. Jezus mówi, że każdy, kto się boi przyznać do Niego przed ludźmi, nie powinien ulegać tej trwodze, lecz w Nim pokładać całą swoją ufność. Trzeba się obawiać utraty nie tyle ludzkiej akceptacji, co utraty Boga. W Księdze Wyjścia jest napisane, że przed grzechem złotego cielca Izraelici nie bali się zbliżać do Boga ani spoglądać na Jego chwałę na Synaju, za to po grzechu zaczęli bać się Go i woleli trzymać się z daleka. Lękamy się, że ktoś od nas odejdzie, umrze, że poniesiemy porażkę, że się skompromitujemy, że wszyscy dowiedzą się, jacy jesteśmy naprawdę, lękamy się chorób, wypadków naszych i naszych bliskich, lękamy się cokolwiek uczynić, wyjść z domu albo w nim zostać i nic nie robić, lękamy się tego, że innym się nie spodobamy, podpadniemy, lękamy się odrzucenia, krytyki, milczenia i szyderstwa, tego, że ktoś ważny dla nas bardziej lubi inne osoby niż nas. Lękamy się, że nie damy sobie rady z życiem, bólem, samotnością, a gdy już ktoś jest z nami, boimy się, że na pewno odejdzie albo go zawiedziemy, unikamy problematycznych ludzi i tematów, wycofujemy się, izolujemy, nosimy ze sobą tabletki, by poczuć się bezpieczniej, sprawdzamy kilka razy, czy wyłączyliśmy palniki na gazowej kuchni, odraczamy decyzje, zajmując się surfowaniem w Internecie, obgryzamy paznokcie, gryząc się w sobie z lęku, kilka razy przebieramy się w różne ubrania, bo ciągle lękamy się, że źle wyglądamy, lękamy się wreszcie Boga, czy nas jeszcze kocha, a przynajmniej czy chociaż toleruje, znosi, czy już może ma nas dosyć, a może zawiódł się i już jesteśmy dla Niego bez znaczenia? To jest przerażające. W moim życiu najbardziej przerażające było to, że bałem się, czy Bóg mnie jeszcze kocha. Przeżyłem różne przerażenia, ale gdy nastał taki okres, kiedy uświadomiłem sobie: „A może Bóg mnie skreślił?”, wtedy moje życie znalazło się na krawędzi.

Jezus mawiał: „Nie lękajcie się, ja zwyciężyłem świat!” (J 16, 33).

Jest to zachęta do nieustraszoności rodzącej się z zaufania do Boga, a nie z tego, co inni ludzie o nas mówią i jak na nas patrzą. Im większe zaufanie, mające swe źródło w pogłębianiu bliskości z Nim, tym mniejszy lęk. Największym cierpieniem, które może mnie dobić, jest ego. Tym, co mnie może od niego uwolnić, jest jak największa bliskość z Tym, który jest najważniejszy. Mogę przetrwać tylko dlatego, że mój lęk zostaje zagwarantowany Jego miłością. Jeśli tego efektu nie ma, to ciągle panuje lęk, który paraliżuje moje życie. Nawet między ludźmi dostępne jest takie doświadczenie, że kiedy ktoś naprawdę kocha drugą osobę, to przez chwilę pozbywa się przy niej własnego ego; przytuli się i znika lęk, człowiek czuje się bezpieczny. Ale tylko przez jakiś czas, bo to nie są ramiona Boga. Nie następuje absolutne przezwyciężenie lęku. Lęk wraca, niszczy nas.

KOMPROMITACJA – JEDYNY RATUNEK

Troska o zwykłe wróble, troska Boga o najmniejsze stworzenia, każe mi się zastanowić nad moim istnieniem i jego znaczeniem dla Boga. Jego Syn tak dalece zatroszczył się o to, bym zawsze był przy Nim, że aż pozwolił sobie na takie męczeństwo, jakim jest ukrzyżowanie. Bo przecież nie dlatego umarł, by tylko dla siebie zmartwychwstać, lecz bym ja miał wiarę w nowe życie i miał udział w tym nowym życiu poza śmiercią i ponad śmiercią. Wróbel, który, jak wynika z tekstu, był wart parę groszy, jest obiektem wyjątkowej opieki Boga. Według pewnej legendy żydowskiej rabbi Szymon ben Jochaj, który żył kilkadziesiąt lat po śmierci Chrystusa, wychodząc pewnego dnia z jaskini podczas prześladowania za cesarza Hadriana, po drugiej wojnie żydowskiej, około 135 roku, ujrzał myśliwego polującego na ptaki. Za każdym razem, gdy Szymon słyszał głos z Nieba orzekający: dimissio! – po łacinie: „odpuść” – myśliwy nie mógł uchwycić ptaka i chybiał, lecz kiedy słyszał głos z nieba: specula! – „czatuj” – ptak zostawał schwytany przez myśliwego. Wtedy Szymon pomyślał: „Jeśli nawet ptak nie ginie bez woli Boga, o ile bardziej człowiek, czyli ja”. Istnieje nawet japońskie przysłowie, które mówi, że nawet myśliwy nie strzela do ptaka, który szuka schronienia w jego szatach, a co tu mówić o Bogu, w którym szukamy schronienia!

Bóg patrzy na nas przede wszystkim z płomiennym zaangażowaniem miłości. Poznanie siebie samego i swojej tożsamości jest skazane na pomyłkę, jeśli nie poznamy, jak On nas kocha i kim jesteśmy dla Niego. A patrzy na nas tak intensywnie, że aż ma nas w swoich źrenicach. W języku hiszpańskim źrenica to PUPILA, podobnie jest w innych zachodnich językach. Każdy wie, co oznacza być czyimś PUPILEM – być faworytem. Pamięta o tym każdy, komu zależy, by Bóg go dostrzegł, nawet za cenę pominięcia przez ludzi! Właśnie tak Bóg nas widzi, każdego z nas, jako swojego pupila. Gdy jesteś tego świadom, wiesz, kim jesteś. Imię nasze to chrześcijanin – ten, który jest w Chrystusie. On patrzy na każdego z nas, jak na swego Syna, jeśli tylko w Nim, w Chrystusie, żyjemy dzięki Komunii Świętej. Gdy jesteś tego świadom, wiesz, kim jesteś, unikasz lęku. Świadomość tego, jak On na ciebie patrzy, jak cię kocha, co ci gwarantuje, sprawia, że lęk maleje. To jest fundamentalne poznanie, najważniejsza prawda o mojej tożsamości i moim przeznaczeniu. Inne, precyzujące moją wyjątkowość i niepowtarzalność, wyłonią się w czasie. W Księdze Powtórzonego Prawa jest napisane:

„Kiedy Najwyższy rozgraniczał narody, rozdzielał synów człowieczych, wtedy ludom granice wytyczał według liczby synów Izraela; bo Jego lud jest własnością Pana, dziedzictwem Jego wydzielonym jest Jakub. Na pustej ziemi go znalazł, na pustkowiu, wśród dzikiego wycia, opiekował się nim i pouczał, strzegł jak źrenicy oka” (Pwt 32, 8-10).

Jakub był znaleziskiem, znajdą, nikomu nieznanym człowiekiem, nikim, zerem historii, nie był faraonem ani królem Babilonu, jego żona nie miała na imię Nefertiti ani jego pałac nie skrywał ogrodów Semiramidy, ani on sam nie posiadał armii Nabuchodonozora. Został znaleziony pośród dzikiego wycia bestii. A jednak... a jednak Bóg opiekował się nim jak źrenicą oka własnego! Przez wieki taką miłość miał do Izraela, a gdy ktoś krzywdził ten naród, Bóg reagował tak, jakby to Jego samego ktoś zranił. A przecież Jakub był oszustem, znajdą, drugoplanowym dzieckiem Izaaka, pominiętym przez ojca, oszukanym przez Labana i tym, który oszukał swego ojca – jego rodzina z punktu widzenia dzisiejszej psychologii mogłaby być zdiagnozowana jako dysfunkcyjna albo patologiczna. I wielu z nas może teraz w sercu pomyśleć: właśnie taki jestem – oszukany i oszust, znajda, i wychowałem się pośród dzikiego wycia przekleństw w rodzinie, w kłótni i pustce bezsensu. A jednak... a jednak Pan mówi o Jakubie i o tobie:

„Tak mówi Pan Zastępów, Przesławny, do narodów, które was ograbiły: Kto was dotyka, dotyka źrenicy mojego oka” (Za 2, 12).

Większość ludzi opiera swoją tożsamość na tym, co robi i jak to jest oceniane przez oko ludzkie, a nie na tym, kim są w oczach Boga. Patrząc na Chrystusa, możemy łatwo dojrzeć, że Jego tożsamość opierała się na tym, kim był w odniesieniu do swego Ojca, Boga, a nie na tym, co robił. Dla Niego najważniejsza była więź z Ojcem, wszystko inne wypływało z tej więzi. Z nami jest często inaczej, określamy się według tego, co robimy, co czynimy dla innych i w ich źrenicach szukamy aprobaty i odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy. To jest bardzo grząski grunt – grunt lękowy i neurotyczny, to może nas zabić. Wiele lat straciłem na to, by budować swój wizerunek w oczach innych ludzi, to kosztuje nie tylko hipokryzję, ale też nerwicę i depresję.

Dlatego tyle w nas niepokoju i niepewności, bo ciągle lękamy się, co inni o nas pomyślą i jak nas zaopiniują i dlatego gotowi jesteśmy ludzi zdeptać, by tylko wysunąć się na front ludzkiej uwagi. Tymczasem Jezus ukazuje nam zupełnie inny model doszukiwania się wartości swego istnienia. Podczas chrztu Jezusa i później na Górze Przemienienia Ojciec wypowiedział nad Jezusem słowa, że ma w Nim upodobanie i On jest Jego Synem – wypowiedział te słowa wobec ludzi, ale przede wszystkim do swego Syna. Jezus nigdy w tę miłość nie wątpił, bo była to miłość wieczna, za to my ciągle się lękamy i nie mamy pewności, kim jesteśmy, bo zamiast w Bogu szukać swej tożsamości, w oczach Boga dopatrywać się miłości i akceptacji, niespokojnie spoglądamy w oczy ludzi i u nich szukamy potwierdzenia. Ludzie tymczasem są chwiejni i nawet ci, którzy nas kochają, nie dają gwarancji na wieczną miłość. Nie jesteśmy pewni tego, co mówią nam o nas, i nie wiemy, czy to, co mówią, jest prawdą. W końcu sami nie wiemy, kim jesteśmy. Jezus wiedział, kim jest, bo wiedział, kim jest w oczach swojego Ojca. Nigdy nie wątpił w Jego miłość i dlatego nie zwątpił w to, kim jest. Jego imię JEHOSZUA oznacza wołanie: JAHWE, ZBAW! Wiedział, że z jednej strony jest On wołaniem całej ludzkości skierowanym do Ojca przez Niego, z drugiej strony jest odpowiedzią daną człowiekowi przez Boga, który jedynie w tym Imieniu udziela zbawienia.

Do tego, żeby uwolnić się z obsesji zasługiwania w oczach innych na uwagę i docenienie – żeby uwolnić się z tej siły poszukiwania zauważenia nawet za cenę deptania innych – trzeba tylko jednego: skandalu i kompromitacji – bez tego przeżycia nie ma mowy o życiu duchowym. Dopóki się nie skompromitujesz w oczach ludzi, nie uwolnisz się od szukania u nich podziwu. Dlatego zdarzają nam się wyjątkowe łaski uwolnienia – łaski kompromitacji – i trzeba za nie dziękować, a nie złościć się. Syn marnotrawny dopiero wtedy zaczął doceniać życie w źrenicach ojca, gdy miał za sobą kompromitację w chlewie ze świniami. Dopiero wtedy poczuł w swoich włosach palce ręki ojca przytulające jego głowę do serca. Wtedy każdy włos na jego głowie się liczył i on to czuł. Wtulił się jak gołębica w szczelinę skały przed burzą. W domu faryzeusza Szymona kobieta włosami obmywała stopy Jezusa, wyrażając skruchę i wstyd, skompromitowana swoim dotychczasowym życiem, nie mająca odwagi odsłonić twarzy – zakryła je włosami i nimi obmywała stopy Jezusa. Czy nie liczył się każdy jej włos w oczach Jezusa? W Ewangelii według św. Łukasza jest napisane:

„i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem” ( Łk 7, 38).

Jezus nie zdeptał jej ani stopą, ani spojrzeniem, nie odtrącił i nie wzgardził, by w oczach faryzeusza Szymona nie wyjść na podejrzanego rabina. Wolał, by Szymon zaczął wątpić w to, czy jest ów rabin z Nazaretu prorokiem, niż odsunąć skompromitowaną kobietę, która nie bacząc na to, co inni powiedzą, wyraziła prawdziwą miłość do Jezusa. A trzeba wiedzieć, że lepiej być zdeptanym, niż zdeptać innych. Bo zdeptany, znieważony, skompromitowany zwraca się do Boga oczyszczonym sercem – dusza uwolniona jest od szukania ludzkiego uznania – a ten, który depcze innych, czyni to po to, by być zauważonym przez ludzi. Do których zaliczam się ja? Do których ty się zaliczasz? Dziś możesz zdecydować, po której stronie chcesz być. Wyprzeć się ludzkiego zauważenia to przyznać się do Jezusa, być przez Niego zauważonym. Wyprzeć się Jezusa – wystarczy, że całe życie podporządkowałeś temu, by dbać o swój wizerunek, o swój prestiż, o swoją pozycję.

CZY JEDEN WŁOS MOŻE MIEĆ ZNACZENIE?

To samo dotyczy każdego włosa – policzonego na głowie człowieka. Wydaje się to być absurdem, że Bóg liczy włosy na głowie każdego człowieka albo że mój włos się liczy w Jego oczach. Ale nawet my, ludzie, wiemy, ile mniej więcej jest ich na naszej głowie. Na przykład: człowiek ma na głowie od stu do stu pięćdziesięciu tysięcy włosów, czyli na centymetrze kwadratowym skóry głowy znajduje się od dwustu do trzystu włosów. Średnica włosa na głowie wynosi od sześćdziesięciu do osiemdziesięciu mikronów. Długość włosa u noworodka wynosi od piętnastu do dwudziestu milimetrów, u dorosłej kobiety jego długość może dochodzić do półtora metra. Włos rośnie z szybkością do 0,5 cm na miesiąc. Wiemy, że barwa włosa zależy od obecności w ich korze barwnika – melaniny i powietrza oraz od natłuszczenia włosa. Zabarwienie włosów może się wahać od czarnego do srebrzysto-białego. Korzenie włosa w ciągu jednego miesiąca produkują ponad kilometr keratyny, która buduje rosnące włosy. Wiemy też, że komórki włosa dzielą się kilkakrotnie szybciej niż jakiekolwiek inne komórki w organizmie. Jeśli ja to wiem, to dlaczego mój Bóg nie miałby wiedzieć więcej o mnie samym i o najmniejszych szczegółach mojego losu?

„Powiesz: «Nie cierpiałem upomnień – nauką wzgardziło moje serce, nie dbałem na głos wychowawców, nie dawałem posłuchu nauczającym mnie; o włos, a popadłbym w wielkie nieszczęście pośród rady i zgromadzenia»” (Prz 5, 12-14).

Z tego tekstu wynika, że zaniedbywanie nauczania Bożego może wpędzić nas w wielkie kłopoty i niekiedy wystarczy naprawdę niewiele, drobnostka, detal, szczegół mały jak włos, by narazić się na porażkę życiową. Czasem o „włos” mijamy się ze śmiercią! A skoro tak, to jeden włos może mieć znaczenie! Przecież żyjemy w okolicznościach, z których nie zdajemy sobie sprawy, jak są niebezpieczne. Żyjemy po omacku, niepewni następnej godziny, niepewni ludzi, którzy nas otaczają. Wychowawcą nauczającym jest Biblia i jeśli poświęcamy się, by w nią się wczytywać, zyskujemy upewnienie w Bożej Opatrzności i lęk nie paraliżuje naszego życia.

Jezus zdaje się dziś w Ewangelii utwierdzać nas w ufności do Niego. Jeśli mamy w Nim złożoną całą troskę o nasz los, nie musimy się obawiać przede wszystkim innych ludzi. To więcej niż oparcie, to depozyt dający gwarancję nie tylko na to życie, ale, co najważniejsze, na tamto, na które z utęsknieniem czekamy, aby wreszcie mieć za sobą całą niepewność tego czasu. Jeśli jesteś z Nim, nie dbasz o to, co inni mówią o tobie, jak cię widzą, i nie zabiegasz o to, by być w ich oczach kimś najważniejszym, bo najważniejsze jest dla Ciebie, by być z Najważniejszym, z Bogiem. Powierzony Bogu nie szuka aprobaty ludzkiej za wszelką cenę, za cenę zaprzeczenia swojemu sumieniu. Ale nie wszystkim udaje się żyć wiarą, czyli powierzeniem się Bogu w Jezusie Chrystusie. Nie wszystkim udaje się często przystępować do sakramentu pojednania, czyli do spowiedzi, by to, co najbardziej budzi niepokój i lęk, czyli grzech, ukryć w Jego miłosierdziu i mieć tę błogosławioną pewność, że od tej chwili Pan mnie strzeże.

„Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, którzy zachowują ufność w swym sercu (a drogi Twoje w ich sercu). Przechodząc doliną Baka, przemieniają ją w źródło, a wczesny deszcz błogosławieństwem ją okryje” (Ps 84, 6-7).

Nie jest napisane: „szczęśliwi, których moc jest w nich samych”. Nie trzeba szukać mocy w sobie. Szczęśliwy jest ten, który ma świadomość, że moc jest w Bogu, że to On przeprowadzi nas przez lęk.

Izaak Cylkow tłumaczy ową dolinę Baka jako dolinę morw. Być może chodzi o drzewo produkujące po nacięciu białe mleko, czyli drzewo mastyksowe, nazywane też „łzami Chios”. Jest to aromatyczna żywica naturalna, pozyskiwana z balsamu wyciekającego z drzewa Pistacia lentiscus przez nacięcie, które powoduje, że wycieka ona na podobieństwo łez. Od czasów antycznych znane są jego właściwości bakteriobójcze i grzybobójcze. Żucie i gryzienie mastyksu było popularne już w starożytnej Grecji, w V wieku p.n.e. W XXI wieku jego specyficzny, gorzkawy smak znajduje zastosowanie w produkcji likierów, deserów, napojów orzeźwiających, gum do żucia, słodyczy, lodów, pieczywa, a nawet sera. Gorycz, która dodaje smaku, jak to w życiu często bywa.

Izaak Cylkow mówi, że jest to aluzja do człowieka, który ufając tylko Bogu, przezwycięża wszelkie „nacięcia”, zranienia i zamienia je w pokarm duchowy – białe mleko. Łzy cierpienia człowieka, które spowodowane są nacięciami losu, zamieniają się w pokarm zabijający w nas lęk i przemieniający nasz los w szczęśliwy. Pielgrzymi wędrujący do Jerozolimy natrafiali na dolinę Baka, w której rosły drzewa mastyksowe i morwy. Chociaż dolina była bezwodna, karmili się owocami i owym mlekiem biorącym się z naciętych drzew. Tak i człowiek, który zmierza do Boga, potrafi nabierać sił nawet z sytuacji poniżających i raniących go. Każdy krzywdziciel i każdy człowiek budzący w tobie lęk jest podręcznikiem pouczającym cię o nowych rozwiązaniach w postępowaniu z ludźmi i popychającym cię w ramiona Opatrzności Boga. Każdy, kto cię skrzywdził, pogłębił dzięki twoim łzom twoją relację z Bogiem, a to pogłębienie stało się przyczyną otwarcia się na nowy etap w życiu, na przemianę, którą Heraklit z Efezu nazwałby enantiodromią, czyli przejściem w przeciwieństwo, a my, chrześcijanie, nazwalibyśmy eucharystyczną siłą przeistaczającą klęskę w zwycięstwo. W Bogu i przy Bogu wszystko się może zmienić w swoje przeciwieństwo – najgorsza rozpacz może stać się w jednej chwili szczytem szczęścia. Woda przy krytycznej temperaturze staje się lodem albo parą – gdy jest mróz, staje się lodem twardym jak kamień, gdy jest podgrzewana, paruje i staje się gazem. Potrzeba czasem krytycznej chwili, by wszystko się zmieniło... dzięki Bogu, Jezusowi Chrystusowi, w Eucharystii – w jak najlepsze i najważniejsze. Przy Bogu, w Jezusie, wszystko się przeistacza, chleb staje się Ciałem, a wino Krwią, niepłodna rodzi siedmioro, krzywda uczyniona nam przez ludzi przeistacza się w nagrodę podaną ręką Boga, wygnanie przemienia się w zaszczytne zaproszenie, wzmożenie grzechu w obficie rozlewającą się łaskę, śmierć przechodzi w zmartwychwstanie. Czy przy takim Bogu można odpocząć? Tym bardziej, że On wszystko wyjaśnia, nadaje sens bezsensownym wydarzeniom, które odbierają nam ochotę do życia. Wystarczy nie zamknąć się w przeżyciu, które odbiera siłę, i nie działać i nie wzniecać myśli, które są przeciwne nam samym, spojrzeć na wszystko z dystansem, skierować uwagę na słowa Boga, a nie na fakty, wykroczyć poza teren dramatu, choćby wyobraźnią w modlitwie, a resztę Bóg uczyni. To jak z chrabąszczem – kiedy byłem mały, budziły one we mnie odrazę i lęk, ale ojciec złapał jednego i dał do mojej ręki, chrabąszcz mnie połechtał nóżkami i roześmiałem się. Tak jest z obiektami naszego lęku – uchwyć je i zobaczysz, że Ojciec Niebieski da ci powód do śmiechu! Lęk przed czymkolwiek lub kimkolwiek jest większym wrogiem niż sam wróg lub to, co wydaje się wrogością. Dlatego psalmista prosi Boga, by go obronił przed lękiem, przed strachem, a nie przed samym wrogiem:

„Boże, słuchaj głosu mego, gdy się żalę; zachowaj me życie od strachu przed wrogiem” (Ps 64, 2).