To, co bezcenne - Danielle Steel - ebook + książka

To, co bezcenne ebook

Danielle Steel

4,5

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość ojca odmieni losy jego rodziny...

 

 

Véronique Parker, kochająca matka, rozwódka, jest całkowicie oddana swoim trzem córkom.

 

Jej świat zostaje wywrócony do góry nogami, kiedy były mąż nagle umiera, zostawiając jej i dzieciom nieoczekiwany spadek, którego się nie spodziewały: renesansowy obraz tajemniczego autora, zrujnowany zamek na południu Francji, pieniądze, pozwalające

na realizację ich życiowych marzeń oraz wstrząsające odkrycie z przeszłości.

 

Cenne podarunki, które im zostawił, zabiorą je w podróż do Europy, która odmieni losy Véronique i jej córek w najbardziej zaskakujący sposób.

 

 

Danielle Steel

To jedna z najbardziej znanych i najchętniej czytanych autorek na świecie, a jej powieści sprzedano w blisko miliardzie egzemplarzy. Do licznych międzynarodowych bestsellerów Steel należą: Romans, Sąsiedzi, To, co bezcenne, Pegaz i inne wysoko oceniane powieści. Jest również autorką książek: Światło moich oczu: historia życia Nicka Trainy, opowiadającej o losach jej syna; Życie na ulicy, wspomnień z pracy z bezdomnymi; Expect a Miracle, zbioru jej ulubionych cytatów niosących inspirację i pocieszenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (42 oceny)
25
13
3
0
1
Sortuj według:
Aniamania_2008

Dobrze spędzony czas

Tak, to był dobrze spędzony czas. Tylko tyle ? Czy aż tyle ? Każdy sam musi to ocenić czytając tę książkę.
00
UrszulaLila

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała opowieść
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu: Pre­cio­us Gi­fts
Co­py­ri­ght © 2015 by Da­niel­le Ste­el All ri­ghts re­se­rved. Co­py­ri­ght for the Po­lish Edi­tion © by Wy­daw­nic­two Luna, im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­ne­sy 2022 Co­py­ri­ght for the Po­lish Trans­la­tion © 2016 by Wy­daw­nic­two Am­ber Sp. z o.o. Wy­ko­rzy­sta­nie prze­kła­du za zgo­dą Wy­daw­nic­twa AM­BER Sp. z o.o.
Wy­daw­ca: NA­TA­LIA GO­WIN
Ko­rek­ta: Re­dak­tor­nia.com, KLAU­DIA DRÓ­ŻDŻ/e-DY­TOR
Pro­jekt okład­ki: Pa­weł Pan­cza­kie­wicz//PAN­CZA­KIE­WICZ.ART.DE­SIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl
Zdjęcie na okład­ce: Tre­vil­lion
Skład i ła­ma­nie: JS Stu­dio
ISBN 978-83-67262-35-4
Wy­daw­nic­two Luna Im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­ne­sy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skie­go 11a 01-527 War­sza­wawww.wy­daw­nic­two­lu­na.plfa­ce­bo­ok.com/wy­daw­nic­two­lu­nain­sta­gram.com/wy­daw­nic­two­lu­na
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Moim cu­dow­nym, ko­cha­jącym dzie­ciom:

Be­atie, Tre­vo­ro­wi, Tod­do­wi, Nic­ko­wi, Sa­mo­wi,

Vic­to­rii, Va­nes­sie, Ma­xxo­wi i Za­rze.

Je­ste­ście naj­ja­śniej­szy­mi gwiaz­da­mi na moim nie­bie, je­ste­ście moją na­dzie­ją, mo­imi ma­rze­nia­mi, mo­imi naj­cen­niej­szy­mi wspo­mnie­nia­mi.

Dzi­ęki wam ko­cham, dzi­ęki wam się śmie­ję. Je­ste­ście moją ra­do­ścią – moim ży­ciem. Z wiel­ką, z głębi ser­ca pły­nącą mi­ło­ścią,

mama D.S.

I Joh­no­wi – za na­sze cu­dow­ne dzie­ci,

za szczęśli­we lata, naj­lep­sze lata w moim ży­ciu,

za wspo­mnie­nia, któ­re będę prze­cho­wy­wać

w pa­mi­ęci na za­wsze, i za tyle, tyle da­rów.

Z wiel­ką mi­ło­ścią,

Oli­ve

Roz­dział 1

Tim­mie Par­ker sie­dzia­ła z pod­wi­ni­ętą nogą przy biur­ku. Gdy na­ra­stał po­ran­ny stres, nie­cier­pli­wie ści­ągnęła dłu­gie blond wło­sy gum­ką, a do po­łud­nia w kit­kę we­tkni­ęte były już czte­ry ołów­ki i dłu­go­pis. Mia­ła na so­bie czy­stą, choć wy­mi­ętą ko­szu­lę w szkoc­ką kra­tę z pod­wi­ni­ęty­mi ręka­wa­mi, pod nią pod­ko­szu­lek na ra­mi­ącz­kach, a do tego po­dar­te dżin­sy, tramp­ki Co­nver­se i zero ma­kija­żu. Po ojcu odzie­dzi­czy­ła wy­so­ką, smu­kłą syl­wet­kę. Mie­rzy­ła metr osiem­dzie­si­ąt na bo­sa­ka, li­czy­ła so­bie dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć lat i mia­ła uko­ńczo­ne stu­dia ma­gi­ster­skie w za­kre­sie opie­ki spo­łecz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia. Obec­nie pra­co­wa­ła w fun­da­cji, któ­rej mi­sją było wy­szu­ki­wa­nie ta­nich, do­stęp­nych miesz­kań dla spe­łnia­jących od­po­wied­nie wa­run­ki przed­sta­wi­cie­li no­wo­jor­skiej po­pu­la­cji bez­dom­nych, i od szó­stej rano sie­dzia­ła przy biur­ku, usi­łu­jąc nad­ro­bić za­le­gło­ści. Na bla­cie pi­ętrzył się stos te­czek. Tim­mie naj­chęt­niej da­ła­by dach nad gło­wą ka­żde­mu po­trze­bu­jące­mu, ale wie­dzia­ła, że je­śli będzie mia­ła szczęście, to nie­ustępli­wie ko­ła­cząc do agen­cji rządo­wych i in­nych źró­deł, z któ­rych ko­rzy­sta­li, znaj­dzie go dla jed­nej czy dwóch osób, któ­re „spe­łnia­ły wa­run­ki”. To okre­śle­nie – spe­łnia­jący wa­run­ki – było wy­try­chem słu­żącym do od­fil­tro­wy­wa­nia tych, któ­rzy po­trze­bo­wa­li domu naj­bar­dziej.

Był skwar­ny lip­co­wy dzień, a kli­ma­ty­za­cja w biu­rze jak zwy­kle nie dzia­ła­ła. Już wie­dzia­ła, że będzie to je­den z tych dni, kie­dy nic nie idzie tak, jak czło­wiek by chciał, i że jej naj­bar­dziej zde­spe­ro­wa­ni pod­opiecz­ni do­sta­ną złe wia­do­mo­ści. Gorz­kie za­wo­dy to był jej chleb po­wsze­dni. Żyła w sta­nie nie­ustan­nej ura­zy i wście­kło­ści na nie­spra­wie­dli­wy sys­tem, któ­ry nie po­tra­fił sku­tecz­nie po­ma­gać po­trze­bu­jącym. Po­moc bez­dom­nym była jej pa­sją, od­kąd sko­ńczy­ła kil­ka­na­ście lat. Była wra­żli­wa i pe­łna tro­ski, choć często wpa­da­ła w gniew. Jako na­sto­lat­ka nie­rzad­ko wy­gła­sza­ła pod­czas obia­du całe ty­ra­dy na te­mat pro­ble­mów spo­łecz­nych i od­tąd cały swój czas po­świ­ęci­ła temu, by coś zro­bić w tej spra­wie. Przede wszyst­kim ni­g­dy się nie pod­da­wa­ła – nie­zmor­do­wa­nie pra­co­wa­ła na rzecz tych, któ­rym po­sta­no­wi­ła słu­żyć. Kie­dy zna­la­zła lu­dziom dom, nie opusz­cza­ła ich, na­dal była przy nich. Po­zo­sta­wie­ni sami so­bie w mi­kro­sko­pijnym rządo­wym miesz­kan­ku, bez sys­te­mu wspar­cia, na któ­rym po­le­ga­li, ży­jąc na uli­cy, nie­rzad­ko wpa­da­li w de­pre­sję i roz­pacz i na se­rio mo­żna było oba­wiać się sa­mo­bójstw.

Tim­mie mia­ła dzie­si­ąt­ki po­my­słów, jak spra­wić, żeby spra­wy szły le­piej, ale ni­g­dy nie było na to dość pie­ni­ędzy ani lu­dzi do pra­cy. W do­bie kry­zy­su go­spo­dar­cze­go ci­ęto pro­gra­my wal­ki z ubó­stwem, szczu­pla­ły też za­so­by pry­wat­nych fun­da­cji, a w rządzie ni­ko­go to nie ob­cho­dzi­ło. Pa­trząc, jak jej klien­ci ba­lan­su­ją na kra­wędzi w ocze­ki­wa­niu rok czy jesz­cze dłu­żej na bez­płat­ny de­toks albo za­kwa­li­fi­ko­wa­nie się do przy­dzia­łu ja­kie­goś da­chu nad gło­wą, Tim­mie mia­ła wra­że­nie, że usi­łu­je opró­żnić oce­an na­parst­kiem. Ko­bie­ty na uli­cy ra­dzi­ły so­bie go­rzej niż mężczy­źni, a w schro­ni­skach często sta­wa­ły się ofia­ra­mi bru­tal­nych prze­stępstw. Tim­mie co­dzien­nie wy­dep­ty­wa­ła ście­żki w urzędach i wy­ko­ny­wa­ła mnó­stwo pa­pier­ko­wej ro­bo­ty, po­ma­ga­jąc lu­dziom wy­pe­łnić po­da­nia o za­si­łek z ty­tu­łu nie­pe­łno­spraw­no­ści czy wnio­ski o wy­da­nie do­wo­du oso­bi­ste­go. Naj­bar­dziej przej­mo­wa­ła się mło­dzie­żą, ale dla mło­dych ła­twiej było zna­le­źć ja­kiś pro­gram po­mo­cy, byli też bar­dziej za­rad­ni, je­śli cho­dzi o prze­trwa­nie na uli­cy. Dziś do po­łud­nia wi­dzia­ła się już z sze­ścior­giem klien­tów, a po po­łud­niu mia­ła się spo­tkać z tu­zi­nem ko­lej­nych. Rzad­ko wy­cho­dzi­ła z biu­ra wcze­śniej niż o ósmej czy dzie­wi­ątej wie­czo­rem, cza­sem zo­sta­wa­ła do pó­łno­cy, a rano przy­cho­dzi­ła na dłu­go przed roz­po­częciem pra­cy. Pra­ca to było jej ży­cie i w tej chwi­li nie pra­gnęła ni­cze­go wi­ęcej.

Pod ko­niec stu­diów miesz­ka­ła przez ja­kiś czas z mężczy­zną, któ­ry zdra­dził ją z jej naj­lep­szą przy­ja­ció­łką. Pó­źniej była w zwi­ąz­ku z in­nym i ten też ją zdra­dził, choć przy­naj­mniej nie ze zna­jo­mą. Ze­rwa­ła z nim i od­tąd całą pa­sję i ener­gię prze­la­ła na pra­cę; od dwóch lat nie spo­ty­ka­ła się z ni­kim. Często mó­wi­ła, że ko­bie­ty w jej ro­dzi­nie nie mają szczęścia. Młod­sza sio­stra Ju­liet­te mia­ła nie­usta­jącą skłon­no­ść do sła­be­uszy. Czer­pa­li z niej, jak dłu­go się dało, wy­ko­rzy­sty­wa­li jej życz­li­wo­ść i do­broć, po czym, kie­dy już do­sta­li wszyst­ko, co mo­gli, rzu­ca­li ją dla in­nej. Przy czym je­dy­ną za­sko­czo­ną była wów­czas Ju­liet­te. Pła­ka­ła ca­ły­mi mie­si­ąca­mi, a po­tem znaj­do­wa­ła in­ne­go, któ­ry trak­to­wał ją do­kład­nie tak samo.

Mat­ka, Véro­ni­que, cho­ciaż od roz­wo­du mi­nęło dwa­dzie­ścia lat, wci­ąż była w życz­li­wych sto­sun­kach ze swo­im przy­stoj­nym, pe­łnym cza­ru eks­ma­łżon­kiem, któ­ry tak samo ją zdra­dzał. W pew­nej chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że przez cały czas trwa­nia ich ma­łże­ństwa mie­wał inne ko­bie­ty, aż wresz­cie wy­lądo­wał u boku dwu­dzie­sto­trzy­let­niej su­per­mo­del­ki i na tym za­ko­ńczy­ło się ich ma­łże­ństwo. Od tego cza­su ci­ągle wi­dy­wa­no go z ład­ny­mi dziew­czy­na­mi, a Véro­ni­que go uspra­wie­dli­wia­ła, mó­wi­ąc: „Wie­cie, jaki jest oj­ciec”. Tim­mie bar­dzo do­brze wie­dzia­ła, jaki oj­ciec jest, i ko­niec ko­ńców do­szła do wnio­sku, że wszy­scy mężczy­źni są tacy sami. Cza­ru­sie, często przy­stoj­ni, rzad­ko uczci­wi, okła­mu­ją ko­bie­ty, zdra­dza­ją je i wy­ko­rzy­stu­ją. Wła­śnie dla­te­go ni­g­dy nie była bli­sko z oj­cem i prze­ra­zi­ło ją od­kry­cie, że jej mężczy­zna jest taki sam, choć ani tak przy­stoj­ny, ani tak pe­łen wdzi­ęku jak oj­ciec, któ­ry był mi­strzem uwo­dze­nia. Mało któ­ra po­tra­fi­ła mu się oprzeć. Uwo­dził sku­tecz­nie nie­mal wszyst­ko, co się ru­sza, i Tim­mie za­częła nie­na­wi­dzić tej ce­chy. Nie cier­pia­ła cza­ru­siów, a mat­ka i sio­stra oska­rża­ły ją, że nie cier­pi mężczyzn w ogó­le. Nie, upie­ra­ła się, wy­łącz­nie tych, co kła­mią i zdra­dza­ją, a ta­kże tych, któ­rym zda­wa­ła się po­do­bać. Na­tych­miast za­kła­da­ła, że z fa­ce­tem jest coś nie tak, sko­ro chce z nią być.

Tyl­ko naj­młod­sza sio­stra, Joy, unik­nęła tego losu. Za­wsze była ulu­bie­ni­cą ojca, bo była ślicz­na i sza­le­nie po­dob­na do mat­ki, któ­ra ma­jąc pi­ęćdzie­si­ąt dwa lata, wci­ąż ucho­dzi­ła za pi­ęk­no­ść. Obie, i Véro­ni­que, i Joy, mia­ły buj­ne ciem­ne wło­sy, por­ce­la­no­wo­bia­łą cerę i fio­łko­we oczy, choć Joy była wy­ższa od mat­ki i pod­czas stu­diów do­ra­bia­ła jako mo­del­ka. Od­kąd tyl­ko na­uczy­ła się mó­wić, za­wsze po­tra­fi­ła owi­nąć so­bie ojca wo­kół pa­lusz­ka i do­stać od nie­go wszyst­ko, co chcia­ła, z in­ny­mi była jed­nak na dy­stans. Naj­bar­dziej z nich trzech nie­za­le­żna, rów­nież mężczyzn trak­to­wa­ła z dy­stan­sem. Nie­trud­no było za­uwa­żyć, że boi się zra­nie­nia. Za­wsze za­da­wa­ła się z ta­ki­mi, któ­rzy miesz­ka­li na prze­ciw­le­głym wy­brze­żu albo byli, jak ona, sku­pie­ni na pra­cy, ła­two więc było trzy­mać ich na od­le­gło­ść. Wy­da­wa­ło się, że ka­żdy ją uwiel­bia, ale ni­g­dy żad­ne­go nie było w po­bli­żu.

Tim­mie lu­bi­ła pod­kre­ślać, że żad­na z nich ni­g­dy nie była w po­rząd­nym zwi­ąz­ku, co, jak twier­dzi­ła, wy­ni­ka z „ro­dzin­nej klątwy”. We­dług niej oj­ciec ska­zał je na zgub­ny po­ci­ąg do nie­wła­ści­wych mężczyzn. Tej cząst­ki sie­bie nie po­tra­fi­ła jak do­tąd zmie­nić i wi­ęcej nie pró­bo­wa­ła. Za dużo mia­ła in­nych spraw, a za­ła­twia­nie miesz­kań dla bez­dom­nych było o wie­le wa­żniej­sze niż to, żeby spo­tkać wła­ści­we­go chło­pa­ka. W tej chwi­li na­praw­dę jej na tym nie za­le­ża­ło.

Za­dzwo­nił te­le­fon na biur­ku. Śpie­szy­ła się, lu­dzie na nią cze­ka­li i mia­ła ocho­tę nie ode­brać – niech dzwo­ni­ący zo­sta­wi wia­do­mo­ść na po­czcie gło­so­wej. Ale może to ja­kiś zroz­pa­czo­ny bez­dom­ny albo któ­raś z agen­cji miesz­ka­nio­wych, do któ­rych rano dzwo­ni­ła i ma­ilo­wa­ła? Nie­cier­pli­wie pod­nio­sła słu­chaw­kę.

– Tim­mie Par­ker – po­wie­dzia­ła szorst­ko, ofi­cjal­nie. Nie była słod­ką ko­biet­ką, choć mia­ła do­bre ser­ce, o czym świad­czy­ła jej pra­ca.

– Cze­ść, Tim­mie. Mówi Ar­nold – przed­sta­wił się dzwo­ni­ący, a Tim­mie prze­bie­gł dreszcz po ple­cach. Z miej­sca po­zna­ła ten głos. To był Ar­nold Sands, praw­nik ojca i jego naj­bli­ższy przy­ja­ciel, zna­ny jej od dziec­ka. Rok temu oj­ciec prze­sze­dł udar i od tego cza­su, nie­spraw­ny, prze­by­wał w domu opie­ki. Kie­dy wi­dzia­ła się z nim dwa ty­go­dnie temu, przez cały czas to od­pły­wał w nie­świa­do­mo­ść, to po­wra­cał, a ona sie­dzia­ła przy nim w mil­cze­niu, trzy­ma­jąc go za rękę. Lewa stro­na cia­ła była spa­ra­li­żo­wa­na i przy­kro było wi­dzieć go tak zma­la­łym i sła­bym. Za­wsze był sza­le­nie wi­tal­ny i nie wy­glądał na swo­je osiem­dzie­si­ąt lat, ale w ci­ągu roku od uda­ru stop­nio­wo za­czął od­cho­dzić. A choć Tim­mie przez całe ży­cie kry­ty­ko­wa­ła jego styl ży­cia, świa­do­mo­ść, że wci­ąż jesz­cze ma ojca, mimo wszyst­ko była ja­kąś po­cie­chą. I po­mi­mo ca­łej dez­apro­ba­ty dla jego spo­so­bu ży­cia na­dal mia­ła w so­bie ta­jem­ną, nie­wy­po­wie­dzia­ną, ma­gicz­ną wia­rę, że któ­re­goś dnia wszyst­ko się zmie­ni i oj­ciec sta­nie się in­nym czło­wie­kiem, że będzie mo­gła go po­dzi­wiać i li­czyć na nie­go, że wresz­cie będą mie­li ze sobą praw­dzi­wą re­la­cję. Wie­dzia­ła, że to ni­g­dy nie na­stąpi, ale do­pó­ki żył, trzy­ma­ła się tej na­dziei. Ni­g­dy się o nie nie trosz­czył, ani o nią, ani o mat­kę, ani o sio­stry. Mat­ka mu to wy­ba­czy­ła. Tim­mie – ni­g­dy.

– Wy­bacz, że dzwo­nię w cza­sie pra­cy – rze­kł Ar­nold po­wa­żnym to­nem i Tim­mie z miej­sca po­czu­ła, co chce jej prze­ka­zać.

– Tata?

– Uma­rł spo­koj­nie dziś w nocy.

Wszyst­kie wie­dzia­ły, że to nie­unik­nio­ne. I tak trwa­ło to dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­ły. Ju­liet­te cho­dzi­ła do nie­go parę razy na ty­dzień, Joy nie była od dwóch mie­si­ęcy – miesz­ka­ła w Los An­ge­les, była za­jęta, a poza tym naj­wy­ra­źniej ci­ężko jej było, naj­ci­ężej z nich wszyst­kich, oglądać go w tym sta­nie. Ro­bi­ła, co mo­gła, żeby tego unik­nąć. Tim­mie od­wie­dza­ła go co dwa–trzy ty­go­dnie, choć rów­nież tego nie cier­pia­ła. A mat­ka była u nie­go przed mie­si­ącem, w czerw­cu, przed wy­jaz­dem na lato na po­łud­nie Fran­cji. Wy­na­jęła na dwa mie­si­ące dom w po­bli­żu Sa­int-Tro­pez. Spędzi­ła wów­czas z Pau­lem cały dzień, po czym zwie­rzy­ła się Tim­mie, iż oba­wia się, że wi­dzi go po raz ostat­ni, ale że po­wie­dzie­li so­bie wszyst­ko, co mie­li do po­wie­dze­nia. Nie zdra­dzi­ła tego cór­ce, ale Paul prze­pro­sił ją za to, że tyle razy za­wió­dł jako mąż, a na­wet jako przy­ja­ciel, i od­je­żdża­ła ze spo­koj­nym ser­cem. Po­go­dzi­ła się z tym wszyst­kim już wie­le lat temu. Dwa­dzie­ścia lat, któ­re upły­nęły od cza­su, gdy byli ma­łże­ństwem, to ka­wał cza­su, a Véro­ni­que po­tra­fi­ła wy­ba­czać. Nie było w niej go­ry­czy ani z po­wo­du kra­chu ma­łże­ństwa, ani z po­wo­du jego przy­czyn, ani na­wet w zwi­ąz­ku ze znacz­ną kwo­tą, jaką dała mu przy roz­wo­dzie ty­tu­łem ugo­dy, któ­rą daw­no roz­trwo­nił na inne ko­bie­ty i ró­żne luk­su­so­we wy­sko­ki. Te pie­ni­ądze nie sta­no­wi­ły fi­nan­so­we­go uszczerb­ku ani dla niej, ani dla dziew­czy­nek. Gdy były młod­sze, to ona je utrzy­my­wa­ła, ni­g­dy on.

– Mó­wi­łeś już mat­ce? – spy­ta­ła ci­cho. Prędzej czy pó­źniej spo­dzie­wa­ła się tej wia­do­mo­ści, choć nie­ko­niecz­nie aku­rat dziś. Trud­no było prze­wi­dzieć, kie­dy to się sta­nie.

– Naj­pierw chcia­łem po­wia­do­mić cie­bie. Nie wie­dzia­łem, czy ze­chcesz, żeby mó­wić mat­ce i dziew­czy­nom. Przy­pusz­czam, że będzie chcia­ła za­jąć się po­grze­bem – za­uwa­żył traf­nie. Véro­ni­que po­zo­sta­ła bli­ska by­łe­mu mężo­wi rów­nież po roz­wo­dzie, a on od tego cza­su nie zwi­ązał się na po­wa­żnie z żad­ną ko­bie­tą. Była tyl­ko nie­ko­ńcząca się pa­ra­da dziew­czyn, ostat­nio wręcz młod­szych od jego có­rek, kie­dy jed­nak za­cho­ro­wał, wszyst­kie pręd­ko się ulot­ni­ły. Nie spo­ty­kał się z ko­bie­ta­mi, któ­re trwa­ły­by przy nim w ci­ężkich cza­sach, no i nie był już w sta­nie wy­pi­sy­wać im cze­ków. Na­wet w wie­ku osiem­dzie­si­ęciu lat wci­ąż miał buj­ne ży­cie ero­tycz­ne i na­dal olśnie­wał ko­bie­ty, tak jak olśnił dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią Véro­ni­que, gdy sam miał czter­dzie­ści dzie­wi­ęć lat. Jego pre­zen­cji, ele­gan­cji i cza­ro­wi prak­tycz­nie nie spo­sób było się oprzeć. Na­wet pie­lęgniar­ki w domu opie­ki za­chwy­ca­ły się: ja­kiż to przy­stoj­ny mężczy­zna. Tim­mie odzie­dzi­czy­ła po nim wy­gląd, ale poza tym w ogó­le go nie przy­po­mi­na­ła. Była rze­tel­na, nie­za­wod­na, pra­co­wi­ta i god­na za­ufa­nia.

– Za­dzwo­nię do mamy za parę go­dzin – rze­kła. – Mu­szę się przed­tem zo­ba­czyć z dwoj­giem pod­opiecz­nych. Czy mo­żesz za­dzwo­nić do dziew­czyn? Spo­dzie­wa­ły się tego, więc nie będzie to dla nich szok.

Na­wet jed­nak ona mu­sia­ła przy­znać, że jest jej smut­no. Ko­niec ko­ńców sta­ło się, po her­ba­cie. Oj­ciec, któ­ry ni­g­dy nie był dla nich oj­cem, od­sze­dł... a ona od­kry­ła, że ma w zwi­ąz­ku z tym mie­sza­ne uczu­cia, że czu­je ci­ężar tej stra­ty, i była pew­na, że sio­stry też go od­czu­ją. A już dla mat­ki na pew­no będzie to trud­ne. Był fi­gu­ran­tem, ale tak czy owak Véro­ni­que go ja­koś tam od trzy­dzie­stu je­den lat ko­cha­ła, jako męża, bra­ta czy przy­ja­cie­la... W ostat­nich la­tach stał się dla niej nie­mal oj­cem i z pew­no­ścią był w od­po­wied­nim do tego wie­ku. A ona mu mat­ko­wa­ła, zwłasz­cza od­kąd za­cho­ro­wał. Tim­mie ni­g­dy do ko­ńca nie ro­zu­mia­ła tej re­la­cji. Wy­da­wa­ła jej się do bólu nie­wła­ści­wa, szcze­gól­nie od stro­ny mat­ki, ale wy­gląda­ło na to, że tak im pa­su­je.

Był mi­ędzy nimi zły okres, kie­dy jaw­ny ro­mans ze słyn­ną mo­del­ką spo­wo­do­wał krach ich ma­łże­ństwa, i dru­gi, jesz­cze gor­szy, gdy Véro­ni­que od­kry­ła, że to tyl­ko ko­lej­ny z licz­nych wcze­śniej­szych sko­ków w bok męża. A jed­nak po roz­wo­dzie po­tra­fi­ła ja­koś wy­ba­czyć mu na tyle, że zo­sta­li przy­ja­ció­łmi. Ta przy­ja­ciel­ska więź trwa­ła przez dwa­dzie­ścia lat i oka­za­ła się trwal­sza niż ma­łże­ństwo. Véro­ni­que twier­dzi­ła, że robi to dla dzie­ci, Tim­mie jed­nak za­wsze czu­ła, że oni ro­bią to dla sie­bie, że się na­wza­jem po­trze­bu­ją.

– Po­wiem dziew­czy­nom, żeby nie dzwo­ni­ły do mat­ki, do­pó­ki im nie po­wiesz – rze­kł Ar­nold z wes­tchnie­niem. Wie­dział, że będzie mu bra­ko­wa­ło sta­re­go przy­ja­cie­la... Bra­ko­wa­ło mu go już od roku, od­kąd po­wa­lił go udar i na­gle za­czął wy­glądać jak sta­rzec, co było tak nie­po­dob­ne do czło­wie­ka, któ­re­go znał od tylu lat.

– Dzi­ęku­ję, Ar­nold – po­wie­dzia­ła ci­cho Tim­mie. – Będzie­my w kon­tak­cie. – Po­dzi­ęko­wa­ła mu jesz­cze raz i odło­ży­ła słu­chaw­kę. Przez chwi­lę sie­dzia­ła bez ru­chu, pa­trząc przez okno na po­nu­rą uli­cę dol­ne­go Har­le­mu, gdzie mie­ści­ło się biu­ro. Kil­ko­ro dzie­ci ba­wi­ło się koło stra­żac­kie­go hy­dran­tu. Na chwi­lę wró­ci­ła my­ślą do cza­sów dzie­ci­ństwa. Ja­kim bo­ha­te­rem wy­da­wał się jej wów­czas oj­ciec! Aż do roz­wo­du, po któ­rym nie­mal ca­łko­wi­cie znik­nął z ich ży­cia.

Kie­dy ro­dzi­ce się ro­ze­szli, mia­ła dzie­wi­ęć lat. Od tego cza­su zda­rza­ły się miłe chwi­le z oj­cem, w wa­ka­cje, na uro­dzi­ny czy w świ­ęta, gdy po­ja­wiał się na krót­ko, olśnie­wa­jący ni­czym gwiaz­dor fil­mo­wy. Był jak pi­ęk­ny ptak w lo­cie, o wspa­nia­łym, barw­nym upie­rze­niu. Nie spo­sób go było do­go­nić, mo­żna było go je­dy­nie po­dzi­wiać, gdy z po­wro­tem zni­kał w błękit­nych prze­stwo­rzach, i ni­g­dy nie wie­dzia­ła, kie­dy się znów po­ja­wi – wia­do­mo było tyl­ko, że wte­dy, kie­dy będzie to jemu od­po­wia­da­ło. Był cho­dzącą de­fi­ni­cją nar­cy­zmu. Nie był czło­wie­kiem złym, tyl­ko po pro­stu ca­łko­wi­cie skon­cen­tro­wa­nym na so­bie, no i fa­tal­nym oj­cem. Jego cór­ki pła­ci­ły za to aż do dnia jego śmier­ci – ona głębo­kim bra­kiem za­ufa­nia do mężczyzn w jego ty­pie, a wszyst­kie – nie­świa­do­mym po­ci­ągiem do fa­ce­tów ta­kich jak on. I Ju­liet­te – ko­lek­cjo­ner­ka prze­gra­nych fa­ce­tów, któ­rzy ją wy­ko­rzy­sty­wa­li, i Joy – z jej lękiem przed po­rzu­ce­niem i za­wo­dem, przez co nie po­tra­fi­ła przy­wi­ązać się na do­bre do żad­ne­go mężczy­zny. Była jed­nak mło­da, mo­gła to jesz­cze na­pra­wić. Ale co do sie­bie i Ju­liet­te Tim­mie była prze­ko­na­na, że to nie­mo­żli­we. Ko­ści zo­sta­ły rzu­co­ne, ich prze­ko­na­nia i wzo­ry za­cho­wań moc­no się za­ko­rze­ni­ły. Trud­no to zmie­nić.

Pod­nio­sła się i wy­szła zza biur­ka, żeby otwo­rzyć drzwi. W po­cze­kal­ni na spo­tka­nie z nią cze­ka­ło dwo­je lu­dzi. Uśmiech­nęła się do nich, po­pro­si­ła mężczy­znę jesz­cze o chwi­lę cier­pli­wo­ści, a ko­bie­tę za­pro­si­ła do środ­ka. Była młod­sza od Tim­mie, o ma­to­wych wło­sach i bez zębów. Na uli­cy żyła od trzech lat, jej tro­je dzie­ci było w domu dziec­ka, a ona mia­ła za sobą dłu­gi okres bra­nia nar­ko­ty­ków. Cały swój do­by­tek sta­no­wi­ły brud­ny śpi­wór i dwie fo­lio­we tor­by z rze­cza­mi. Cze­ka­ła na de­toks. Tim­mie mia­ła dla niej złe wia­do­mo­ści: ośro­dek de­tok­sy­ka­cyj­ny za­my­ka­no i mu­sia­ła pró­bo­wać jesz­cze raz gdzieś in­dziej, star­tu­jąc z sa­me­go dołu li­sty. Mo­gło to po­trwać na­wet dwa lata. Sy­tu­acja wy­da­wa­ła się bez­na­dziej­na.

Tim­mie usia­dła po dru­giej stro­nie biur­ka, żeby prze­ka­zać te wia­do­mo­ści klient­ce. Roz­ma­wia­jąc z nią, my­śla­ła za­ra­zem o ojcu. Ja­kie śmiesz­ne, skon­cen­tro­wa­ne wy­łącz­nie na so­bie sa­mym, da­rem­ne było jego ży­cie w po­rów­na­niu z jej pod­opiecz­ny­mi! Ni­g­dy nie zro­bił nic dla ni­ko­go, wy­łącz­nie dla sie­bie sa­me­go i – prze­lot­nie – dla ko­biet, z któ­ry­mi się spo­ty­kał. Jego ży­cie to było nie­usta­jące do­ga­dza­nie so­bie i częścio­wo wła­śnie dla­te­go Tim­mie pra­co­wa­ła tak ci­ężko. Do­ra­sta­jąc, za­wsze jed­no wie­dzia­ła na pew­no: że za nic w świe­cie nie chce być taka jak on. I nie była... a te­raz on uma­rł. Wró­ci­ła my­ślą do klient­ki. Trze­ba po­sta­rać się za­po­mnieć o ojcu, cho­ciaż na go­dzi­nę czy dwie, do­pó­ki nie będzie mu­sia­ła za­dzwo­nić do mat­ki z wia­do­mo­ścią o jego śmier­ci. Z trzech có­rek Véro­ni­que ona była naj­star­sza, na nią więc za­wsze spa­da­ły trud­ne za­da­nia. Ju­liet­te ni­g­dy do nich nie do­ro­sła, a Joy ucie­kła w osob­ne ży­cie w Los An­ge­les i ab­dy­ko­wa­ła.

Kie­dy Ar­nold za­dzwo­nił do Ju­liet­te, była wła­śnie pora lun­chu i w jej ma­le­ńkim skle­pie z ka­nap­ka­mi i wy­pie­ka­mi na Park Slo­pe w Bro­okly­nie trwał co­dzien­ny szczyt. Ju­liet­te uwija­ła się, le­d­wie nadąża­jąc z ob­słu­gą go­ści – otwo­rzy­ła swo­ją Kuch­nię Ju­liet­te trzy lata temu i nie­mal z miej­sca lo­kal stał się hi­tem. Pod na­ci­skiem mat­ki po­szła na hi­sto­rię sztu­ki i uzy­ska­ła ma­gi­ste­rium na Sor­bo­nie, ale je­dy­nie po to, by – kie­dy po sko­ńcze­niu stu­diów po­szła dla hecy na warsz­ta­ty do Le Cor­don Bleu – od­kryć, że jej pa­sją jest pie­cze­nie. Co­dzien­nie wy­pie­ka­ła wy­śmie­ni­te, świe­że cro­is­san­ty, któ­re sta­no­wi­ły bazę jej ka­na­pek. W ofer­cie mia­ła ta­kże roz­ma­ite cia­sta i cia­stecz­ka, przy­rządza­ne na ba­zie prze­pi­sów przy­wie­zio­nych z Fran­cji. Po Le Cor­don Bleu jej pla­ny, że zo­sta­nie ku­ra­tor­ką w ja­ki­mś mu­zeum albo zaj­mie się na­ucza­niem, po­szły w kąt. Ni­g­dy nie była tak szczęśli­wa jak te­raz, gdy za­gląda­ła w kuch­ni do pie­ca, po­da­wa­ła star­sze­mu klien­to­wi ku­bek dy­mi­ącej kawy lub na­le­wa­ła do fi­li­żan­ki go­rącą cze­ko­la­dę dla ja­kie­goś dziec­ka i ozda­bia­ła ją cza­pecz­ką bi­tej śmie­ta­ny. Za­spo­ka­ja­ło to jej po­trze­bę kar­mie­nia lu­dzi, a jej lo­ka­lik ro­bił to do­brze i sku­tecz­nie. Po dłu­gich de­ba­tach i grun­tow­nym na­my­śle mat­ka po­ży­czy­ła jej pie­ni­ądze na jego otwo­rze­nie, choć była bar­dzo roz­cza­ro­wa­na, że Ju­liet­te zre­zy­gno­wa­ła z zaj­mo­wa­nia się sztu­ką. Mia­ła na­dzie­ję, że ta na­mi­ęt­no­ść do pie­cze­nia kie­dyś jej przej­dzie. Ju­liet­te była jesz­cze mło­da, mia­ła do­pie­ro dwa­dzie­ścia osiem lat. Véro­ni­que pra­gnęła­by dla niej cie­kaw­sze­go, bar­dziej in­te­lek­tu­al­ne­go za­jęcia niż wy­pie­ka­nie i sprze­da­wa­nie ciast. Jak miło było po­my­śleć, że cór­ka odzie­dzi­czy­ła po niej i po jej ojcu pa­sję do sztu­ki... Mie­li to we krwi! Ale Ju­liet­te zre­zy­gno­wa­ła ze sztu­ki na rzecz ro­ga­li­ków... Ko­niec ko­ńców, mat­ka mimo wszyst­ko jej po­mo­gła i po­ży­czy­ła pie­ni­ądze.

Ju­liet­te była mniej­szą i ła­god­niej­szą wer­sją swo­jej star­szej sio­stry Tim­mie. Dzie­lił je za­le­d­wie rok i w dzie­ci­ństwie były jak bli­źniacz­ki. Ale cha­rak­te­ry mia­ły kra­ńco­wo ró­żne, tak jak ró­żne są dzień i noc. Obie odzie­dzi­czy­ły po ojcu zie­lo­ne oczy, a Ju­liet­te mia­ła lek­ką nad­wa­gę, ale i tak była bar­dzo ład­na. Tim­mie była wy­ższa i szczu­plej­sza, Ju­liet­te ni­ższa i bar­dziej krągła, o ko­bie­cej syl­wet­ce, któ­ra z cza­sem tyl­ko bar­dziej się za­okrągli­ła, jako że mu­sia­ła pró­bo­wać wła­snych wy­pie­ków, by spraw­dzić prze­pi­sy. Mia­ła też po­ka­źną pupę, z któ­rej Tim­mie za­wsze się podśmie­wa­ła. Po­dob­nie jak sio­stra mia­ła dłu­gie blond wło­sy, z tym że jej były kręco­ne, a w dzie­ci­ństwie wręcz kędzie­rza­we. Pi­ęk­nie jej było w roz­pusz­czo­nych, ale w pra­cy oczy­wi­ście nie mo­gła się tak no­sić; z re­gu­ły za­pla­ta­ła je w war­kocz, z oka­la­jącą twarz mgie­łką drob­nych locz­ków, za­wsze wy­my­ka­jących się z fry­zu­ry. Wszyst­ko w niej tchnęło cie­płem i życz­li­wo­ścią i na­wet jako mło­dziut­ka dziew­czy­na mia­ła w so­bie coś ma­cie­rzy­ńskie­go. Wszyst­ki­mi chcia­ła się opie­ko­wać. Tim­mie ma­wia­ła o niej, że przy­gar­nia pod skrzy­dła wszel­kie ku­la­we ka­cząt­ka tego świa­ta, zwłasz­cza je­śli są płci męskiej.

Wszyst­kie ro­man­se Ju­liet­te za­czy­na­ły się wła­śnie tak: po­ja­wiał się mężczy­zna, któ­ry nie miał miesz­ka­nia, pie­ni­ędzy albo pra­cy. Z po­cząt­ku spał na jej ka­na­pie, po­tem wśli­zgi­wał się do sy­pial­ni, a w ko­ńcu znaj­do­wał dro­gę do jej kon­ta ban­ko­we­go, gdzie z po­mo­cą Ju­liet­te uży­wał so­bie przez ja­kiś czas, po czym, gdy go do resz­ty roz­pu­ści­ła, rzu­cał ją dla in­nej. Jak twier­dzi­ła Tim­mie, zbyt często jak do­tąd się to zda­rza­ło, by było przy­pad­ko­we – to był wzo­rzec i zły na­wyk. Ju­liet­te za­wsze do­sko­na­le szło wy­szu­ki­wa­nie mężczyzn przy­stoj­nych jak oj­ciec, któ­rzy ją wy­ko­rzy­sty­wa­li. Nie zna­la­zł się wśród nich ani je­den po­rząd­ny. Zwy­kle byli z nią oko­ło pół roku, po czym ru­sza­li da­lej. Ju­liet­te przez ja­kiś czas pła­ka­ła, szu­ka­ła po­cie­chy w pra­cy, wy­my­śla­ła kil­ka no­wych prze­pi­sów i zy­ski­wa­ła parę fun­tów wagi. A po­tem po­ja­wiał się na­stęp­ny ze zła­ma­nym skrzy­de­łkiem... Była ślicz­ną, po­ci­ąga­jącą dziew­czy­ną i ni­g­dy nie po­zo­sta­wa­ła zbyt dłu­go sama – w prze­ci­wie­ństwie do Tim­mie, któ­ra od dwóch lat była sama z wy­bo­ru, wście­kła na po­pe­łnio­ne błędy. Ju­liet­te za­wsze była go­to­wa wszyst­kim wy­ba­czyć, so­bie sa­mej rów­nież, i wy­gląda­ło na to, że ni­g­dy nie uczy się na błędach. Ale je­śli ko­goś ra­ni­ła, to wy­łącz­nie sie­bie. Naj­sil­niej­szą ce­chą jej oso­bo­wo­ści była życz­li­wo­ść dla wszyst­kich – kon­su­men­tów, ro­dzi­ny i swo­ich mężczyzn.

Kie­dy za­dzwo­nił Ar­nold, Ju­liet­te wła­śnie sko­ńczy­ła ob­słu­gę jed­ne­go ze swo­ich sta­łych go­ści. Wie­dział, że w prze­ci­wie­ństwie do Tim­mie, któ­ra była nie­na­gan­nie rze­czo­wa i zda­wa­ła się wszyst­ko przyj­mo­wać ze spo­ko­jem, Ju­liet­te bar­dzo to prze­ży­je i nie miał ocho­ty prze­ka­zy­wać jej tej wia­do­mo­ści. I jak było do prze­wi­dze­nia, za­le­d­wie po­wie­dział, że oj­ciec uma­rł tej nocy, Ju­liet­te wy­buch­nęła pła­czem. Po­łu­dnio­wy szczyt wła­śnie się sko­ńczył, ostat­ni klient wy­sze­dł, była więc przez parę mi­nut sama i mo­gła uto­nąć we łzach.

Uwa­ża­ła się za naj­bli­ższą ojcu i była go­to­wa na wszyst­ko, co w jej mocy, byle za­słu­żyć na jego mi­ło­ść. We­dług niej nie mógł zro­bić nic złe­go. Za­nim za­cho­ro­wał, dzwo­ni­ła do nie­go co­dzien­nie, by mu po­wie­dzieć, co robi, i spy­tać go o sa­mo­po­czu­cie. Oj­ciec od­wie­dził jej knajp­kę tyl­ko raz, ona jed­nak uda­wa­ła, że przy­cho­dzi sta­le. Ni­g­dy jej na­wet nie za­świ­ta­ło, że pod­trzy­my­wa­nie z nim kon­tak­tu te­le­fo­nicz­ne­go spo­czy­wa wy­łącz­nie na niej. Ni­g­dy nie za­dzwo­nił do żad­nej z có­rek i nie in­te­re­so­wał się nimi całe ty­go­dnie, a na­wet mie­si­ące, do­pó­ki to one się nie ode­zwa­ły. Ka­żda jego re­la­cja była jed­no­stron­na, wy­si­łek jej pod­trzy­my­wa­nia za­wsze spo­czy­wał na dru­giej stro­nie. Tim­mie i Joy nie wkła­da­ły w to zbyt wie­le ener­gii, ale Ju­liet­te ow­szem. Pod­rzu­ca­ła mu na­wet swo­je naj­lep­sze wy­pie­ki, by mógł spró­bo­wać jej wy­na­laz­ków. Roz­pacz­li­wie pra­gnęła jego apro­ba­ty.

Paul był dum­ny ze swo­ich pi­ęk­nych có­rek i nie kry­ty­ko­wał żad­ne­go z ich wy­bo­rów. Po pro­stu nie chciał od­gry­wać roli ojca ze wszyst­kim, co ona obej­mu­je, a kie­dy cór­ki pod­ro­sły, wo­lał być dla nich przy­ja­cie­lem. W przy­pad­ku mat­ki nie było mowy o ta­kim po­mie­sza­niu ról. Za­wsze pod­kre­śla­ła, że jest ich mat­ką, a nie ko­le­żan­ką, choć lu­bi­ła spędzać z nimi czas. To ona od­po­wia­da­ła w ca­ło­ści za ich wy­cho­wa­nie, mimo to Ju­liet­te upar­cie uwa­ża­ła się za bli­ską ojcu. Tak jak spo­dzie­wał się Ar­nold, wia­do­mo­ść o śmier­ci ojca była dla niej cio­sem, jak­by wcze­śniej nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że on wkrót­ce umrze. Dla po­zo­sta­łych nie była to nie­spo­dzian­ka. Dla Ju­liet­te tak.

– My­śla­łam, że z tego wyj­dzie – po­wie­dzia­ła, ocie­ra­jąc oczy far­tu­chem.

Ar­nold wes­tchnął. Już od paru mie­si­ęcy nie było na­dziei, Paul wy­ra­źnie od­cho­dził. Ale na­wet w ostat­nich ty­go­dniach, kie­dy rzad­ko był przy­tom­ny, Ju­liet­te mó­wi­ła do nie­go pod­czas od­wie­dzin, prze­ko­na­na, że ją sły­szy i że jesz­cze wró­ci do zdro­wia. Nie po­wró­cił i zda­niem Ar­nol­da bło­go­sła­wie­ństwem było dla nie­go, że uma­rł. Paul, któ­re­go znał i z któ­rym się przy­ja­źnił od trzy­dzie­stu lat, nie chcia­łby ta­kiej eg­zy­sten­cji. Było w nim do nie­daw­na tyle ży­cia, że pó­źniej Ar­nold z przy­kro­ścią oglądał go w tym sta­nie. Le­piej dla nie­go, że sta­ło się, jak się sta­ło, a z wie­lu roz­mów w ci­ągu ostat­nie­go roku Ar­nold wie­dział, że przy­ja­ciel był go­tów na śmie­rć i nie ża­ło­wał ży­cia. Ale Ju­liet­te naj­wy­ra­źniej nie była go­to­wa na roz­sta­nie z oj­cem i ze złu­dze­nia­mi na jego te­mat. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach, kie­dy spró­bo­wał za­ko­ńczyć roz­mo­wę, wci­ąż jesz­cze pła­ka­ła.

– Tim­mie po­wie­dzia­ła, że za parę go­dzin za­dzwo­ni do mat­ki, więc ty na ra­zie nie dzwoń – uprze­dził ją.

– Do­brze, nie będę – zgo­dzi­ła się po­słusz­nie Ju­liet­te, a gdy się roz­łączy­li, po­de­szła do drzwi i od­wró­ci­ła ta­blicz­kę z na­pi­sem „Otwar­te” na stro­nę „Za­mkni­ęte”. Po­tem przy­kle­iła do drzwi kart­kę z na­pi­sem: „Za­mkni­ęte z po­wo­du śmier­ci w ro­dzi­nie” i po­szła do domu, do swo­je­go nie­wiel­kie­go, od­le­głe­go o parę prze­cznic miesz­ka­nia. Ni­g­dy nie przy­kła­da­ła się spe­cjal­nie do jego urządze­nia – spa­ła tu tyl­ko, a cały po­zo­sta­ły czas spędza­ła w pra­cy. Przy­cho­dzi­ła do knajp­ki o czwar­tej rano, żeby upiec ro­ga­li­ki dla pierw­szych go­ści, któ­rzy po­ja­wia­li się o szó­stej, i wra­ca­ła do domu nie wcze­śniej niż o siód­mej wie­czo­rem. Wy­czer­pa­na po ca­łym dniu, z re­gu­ły za­sy­pia­ła przed te­le­wi­zo­rem. Jej ży­cie, po­dob­nie jak Tim­mie, kon­cen­tro­wa­ło się wy­łącz­nie na pra­cy.

W po­rze gdy Ju­liet­te wró­ci­ła do domu, Ar­nold dzwo­nił do naj­młod­szej z sióstr, Joy. Tak jak się spo­dzie­wał, trud­niej było ją zła­pać, jej ży­cie wy­gląda­ło zu­pe­łnie ina­czej. Joy miesz­ka­ła w Los An­ge­les, gdzie usi­ło­wa­ła zro­bić ka­rie­rę ak­tor­ki. Mia­ła au­ten­tycz­ny ta­lent mu­zycz­ny i mat­ka chcia­ła, żeby roz­wi­ja­ła go w kon­ser­wa­to­rium Ju­iliar­da. Joy tym­cza­sem przy pierw­szej oka­zji rzu­ci­ła stu­dia i wy­je­cha­ła do LA. Opła­ci­ła so­bie lek­cje emi­sji gło­su, na któ­re za­ra­bia­ła jako kel­ner­ka, i po pół roku śpie­wa­nia z ró­żny­mi ze­spo­ła­mi, któ­re pro­wa­dzi­ło do­ni­kąd, prze­rzu­ci­ła się na lek­cje ak­tor­stwa i od­tąd upar­cie wal­czy­ła o suk­ces. Wy­stąpi­ła w paru po­mniej­szych re­kla­mach i za­gra­ła kil­ka epi­zo­dów w te­le­wi­zji. Mia­ła na­dzie­ję, że do­sta­nie an­gaż w ja­ki­mś se­ria­lu, mia­ła smy­ka­łkę do ról ko­me­dio­wych. Obec­nie, w wie­ku dwu­dzie­stu sze­ściu lat, od pi­ęciu miesz­ka­ła w LA i na­dal pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka. Jej wiel­ka szan­sa jesz­cze nie na­de­szła, ale Joy na­dal wie­rzy­ła, że tak się sta­nie. Oj­ciec ta­kże w to wie­rzył i za­wsze do­da­wał jej otu­chy.

Była wy­jąt­ko­wo pi­ęk­ną dziew­czy­ną, o dłu­gich ciem­nych wło­sach, wiel­kich fio­łko­wych oczach, nie­na­gan­nej syl­wet­ce i wspa­nia­łym gło­sie, choć rzad­ko go uży­wa­ła. Bra­ła ka­żdą pro­po­zy­cję roli, jaka jej się tra­fi­ła. Cho­dzi­ła na ka­żde prze­słu­cha­nie i mia­ła za­miar wy­trzy­mać wszel­kie trud­no­ści zwi­ąza­ne ze star­tem w za­wo­dzie ak­tor­ki. Wci­ąż była prze­ko­na­na, że kie­dyś od­nie­sie suk­ces. Sio­strom po­wie­dzia­ła, że je­śli do trzy­dziest­ki nie przy­da­rzy się jej w LA nic wa­żne­go, spró­bu­je w No­wym Jor­ku na off-Broad­wayu. Na ra­zie jed­nak nie chcia­ła jesz­cze zre­zy­gno­wać z szan­sy na rolę w ja­ki­mś se­ria­lo­wym hi­cie w LA. Była zde­cy­do­wa­na od­nie­ść suk­ces w Hol­ly­wo­od. Wy­stąpi­ła już w paru te­le­no­we­lach, ale za­wsze w epi­zo­dach. Véro­ni­que ogląda­ła je w te­le­wi­zji i na­rze­ka­ła, że dają cór­ce ta­kie ról­ki.

Joy mia­ła chło­pa­ka, ta­kże ak­to­ra. Wy­stępo­wał w dru­go­rzęd­nym te­atrze ob­jaz­do­wym i rzad­ko by­wał w domu, w LA. Pra­wie się nie wi­dy­wa­li, co było ty­po­we, je­śli cho­dzi o mężczyzn w jej ży­ciu. Wy­gląda­ło na to, że za­wsze wy­bie­ra ko­goś, kto jest nie­do­si­ężny emo­cjo­nal­nie albo nie­obec­ny fi­zycz­nie. Przez ostat­nie pięć lat, za­jęta swo­ją ka­rie­rą w LA, od­da­li­ła się też od ro­dzi­ny. Ich ży­cie było tak od­mien­ne od jej ży­cia! Co­raz mniej wspól­ne­go mia­ła z sio­stra­mi i na­wet nie była do nich po­dob­na. Cza­sem od­no­si­ła wra­że­nie, że pod­mie­nio­no ją przy uro­dze­niu i w ogó­le nie jest z nimi spo­krew­nio­na. A choć oj­ciec za­wsze ro­bił wo­kół niej dużo szu­mu, głów­nie z po­wo­du jej uro­dy, któ­rą wy­ró­żnia­ła się już jako dziec­ko, z nim mia­ła jesz­cze mniej wspól­ne­go. Jej pre­zen­cja mile łech­ta­ła jego nar­cyzm, ale za­wsze czu­ła, że tak na­praw­dę jej nie zna i na­wet nie sta­ra się po­znać.

A nie­po­ro­zu­mie­nia z mat­ką ci­ągnęły się od lat. Véro­ni­que wci­ąż mia­ła jej za złe po­rzu­ce­nie stu­diów i ży­cie, ja­kie obec­nie pro­wa­dzi­ła: pra­co­wa­ła głów­nie jako kel­ner­ka, z rzad­ka tyl­ko otrzy­mu­jąc ja­kieś pod­rzęd­ne ról­ki. Nie ta­kie­go ży­cia chcia­ła­by dla niej mat­ka... Stać ją było na wi­ęcej, o wie­le wi­ęcej, a to, co ro­bi­ła, wy­gląda­ło w oczach mat­ki na śle­pą ulicz­kę. Mia­ła na­dzie­ję, że cór­ka z tym sko­ńczy i wró­ci do No­we­go Jor­ku. W tej spra­wie ro­dzi­ce ni­g­dy się nie zga­dza­li i za­wsze się o to spie­ra­li. „Po­zwól jej na tro­chę przy­jem­no­ści” – brzmia­ła za­wsze bez­tro­ska kon­klu­zja ojca, ale mat­ka się o nią mar­twi­ła. Sio­stry nie bra­ły jej po­wa­żnie. Suk­ces ak­tor­ski w Hol­ly­wo­od wy­da­wał się im rów­nie mało praw­do­po­dob­ny jak wy­gra­na na lo­te­rii; trak­to­wa­ły jej pa­sję ra­czej jak hob­by niż po­wa­żny za­wód.

Ja­kie­kol­wiek były jed­nak ich ar­gu­men­ty, Joy ro­bi­ła, co chcia­ła, oby­wa­jąc się bez ni­czy­jej po­mo­cy, i uda­wa­ło jej się prze­żyć z tego, co za­ro­bi­ła na nie­wiel­kich ról­kach i jako kel­ner­ka. Chcia­ła zna­le­źć po­rząd­ne­go me­ne­dże­ra i lep­sze­go agen­ta, ale jak do­tąd jej się nie uda­ło. Wszyst­ko to wy­ma­ga­ło cza­su. Ko­cha­ła to, co robi, i mija­jące lata nie wy­da­wa­ły jej się stra­co­ne. Mia­ła miesz­ka­nie w Za­chod­nim Hol­ly­wo­od, któ­re bar­dzo lu­bi­ła i stać ją było na nie. Kie­dy za­dzwo­nił Ar­nold, była wła­śnie na ca­stin­gu do ja­kie­jś re­kla­my. Wie­dzia­ła, że oj­ciec jest bar­dzo cho­ry i że wkrót­ce na­dej­dzie ko­niec, ale po pro­stu nie spo­dzie­wa­ła się tego aku­rat te­raz. W ocze­ki­wa­niu na swo­ją ko­lej wy­szła do holu, by po­roz­ma­wiać z praw­ni­kiem.

– Ach, tak – po­wie­dzia­ła, gdy usły­sza­ła wia­do­mo­ść Ar­nol­da, po czym za­le­gła ci­sza. Nie wie­dzia­ła, co jesz­cze po­wie­dzieć. Po­dob­nie jak sio­stry mia­ła za sobą dłu­gą hi­sto­rię roz­cza­ro­wań co do ojca, choć się z nim nie kłó­ci­ła. Za­wsze dziw­nie się czu­ła, kie­dy mó­wił otwar­cie, przy sio­strach, że jest jego pu­pil­ką, bo ni­g­dy z nim nie roz­ma­wia­ła na­praw­dę. Oj­ciec z ni­kim na­praw­dę nie roz­ma­wiał. Ni­g­dy więc nie czu­ła, że istot­nie jest jego ulu­bie­ni­cą, było to dla niej po pro­stu coś, co mó­wił, i tyle. Ale i tak przy­kro jej było usły­szeć od Ar­nol­da wia­do­mo­ść o jego śmier­ci. Mimo wszyst­ko był jej oj­cem, je­dy­nym, ja­kie­go mia­ła, na­wet je­śli nie spi­sy­wał się w tej roli.

– Do­brze się czu­jesz? – spy­tał Ar­nold, gdy wci­ąż mil­cza­ła.

– Tak... tyl­ko chy­ba po pro­stu je­stem za­sko­czo­na. Nie my­śla­łam, że to będzie tak pręd­ko. – Ostat­ni raz wi­dzia­ła go dwa mie­si­ące temu. Nie mia­ła oka­zji, jak sio­stry, ob­ser­wo­wać, jak szyb­ko mu się po­gar­sza. – Wiesz, kie­dy będzie po­grzeb?

– Tim­mie się tym zaj­mu­je. Nie­dłu­go ma za­dzwo­nić do wa­szej mat­ki. Na pew­no się z tobą skon­tak­tu­ją – po­wie­dział po pro­stu. – Przy­kro mi, Joy. Wszy­scy wie­my, że sza­lał na two­im punk­cie. Za­wsze by­łaś jego uko­cha­ną có­recz­ką, aż do ko­ńca.

Po­ki­wa­ła gło­wą ze łza­mi w oczach.

– Wiem – po­wie­dzia­ła zdła­wio­nym gło­sem. Na­gle to do niej do­ta­rło: oj­ciec nie żyje... On przy­naj­mniej za­wsze po­pie­rał jej ma­rze­nia o ka­rie­rze ak­tor­skiej i zo­sta­niu gwiaz­dą. Cała resz­ta ro­dzi­ny trak­to­wa­ła to jak prze­lot­ny ka­prys, któ­ry jej kie­dyś przej­dzie. On był jej naj­wi­ęk­szym fa­nem. Wy­sy­ła­ła mu DVD z na­gra­nia­mi wszyst­kich swo­ich wy­stępów i praw­da to czy nie, mó­wił, że wszyst­kie oglądał i bar­dzo mu się po­do­ba to, co robi. Tyl­ko on chwa­lił jej pra­cę, nikt inny.

– Do zo­ba­cze­nia na po­grze­bie – po­wie­dział wspó­łczu­jąco Ar­nold i po za­ko­ńcze­niu roz­mo­wy Joy po­szła na ca­sting. Roli nie do­sta­ła i wró­ci­ła do domu otępia­ła, my­śląc o ojcu. Nie­ocze­ki­wa­nie jego śmie­rć za­częła jej się wy­da­wać wiel­ką stra­tą. Nie sądzi­ła, że tak to prze­ży­je.

Po po­łud­niu Joy ese­me­so­wa­ła do obu sióstr i spy­ta­ła Tim­mie, czy będzie mo­gła się u niej za­trzy­mać. Po­sta­no­wi­ła, że po­le­ci do No­we­go Jor­ku jesz­cze tej nocy. Chcia­ła się zna­le­źć w domu. Tim­mie na­tych­miast od­po­wie­dzia­ła, że jak naj­bar­dziej. Miesz­ka­ła w West Vil­la­ge, w sta­rej, mod­nej obec­nie, zre­wi­ta­li­zo­wa­nej po­prze­my­sło­wej dziel­ni­cy Me­at­pac­king, co nie było wy­god­ne ze względu na pra­cę, ale po­do­ba­ła jej się oko­li­ca. Wy­naj­mo­wa­ła miesz­ka­nie o re­gu­lo­wa­nym przez mia­sto czyn­szu, na trze­cim pi­ętrze bez win­dy, ale było sło­necz­ne i mia­ło kli­mat. Joy za­wsze wo­la­ła za­trzy­my­wać się u Tim­mie, le­piej się tu czu­ła niż w mi­kro­sko­pijnym miesz­kan­ku Ju­liet­te w Bro­okly­nie, no i lu­bi­ła cen­trum mia­sta. Mo­gła rów­nież pó­jść do mat­ki, ale u Tim­mie było swo­bod­niej. Nikt nie ko­men­to­wał tu jej ży­cia, tak jak ro­bi­ła to mat­ka, a zresz­tą roz­cza­ro­wa­nie w jej spoj­rze­niu było gor­sze niż sło­wa. Véro­ni­que nie lu­bi­ła kel­ne­ro­wa­nia Joy jesz­cze bar­dziej niż ak­tor­stwa i ten te­mat za­wsze wy­pły­wał. Naj­młod­sza w ro­dzi­nie, Joy mia­ła wra­że­nie, że trak­tu­ją ją, jak­by wci­ąż mia­ła czter­na­ście lat, a nie dwa­dzie­ścia sze­ść. Te­raz będzie mu­sia­ła sta­nąć z nimi twa­rzą w twarz i dziw­nie było po­my­śleć, że nie będzie już ojca, któ­ry na­zy­wał ją „cór­cią” i wy­chwa­lał pod nie­bio­sa. Na­gle po­czu­ła, że nie po­tra­fi wy­obra­zić so­bie świa­ta bez ojca. Gdy dzwo­ni­ła do li­nii lot­ni­czych i za­ma­wia­ła bi­let, po po­licz­kach spły­wa­ły jej łzy.

Tim­mie za­dzwo­ni­ła do mat­ki do­pie­ro po ob­słu­że­niu wszyst­kich ocze­ku­jących. Była już czwar­ta po po­łud­niu, ale chcia­ła mieć spo­koj­ną gło­wę i nie mu­sieć się śpie­szyć pod­czas roz­mo­wy, wie­dząc, że cze­ka ktoś, czy­je pro­ble­my są wi­ęk­sze niż jej. Spoj­rza­ła na ze­ga­rek: we Fran­cji jest już dzie­si­ąta wie­czo­rem... Nie cier­pia­ła prze­ka­zy­wa­nia złych wia­do­mo­ści o tej po­rze; są tym bar­dziej do­łu­jące, gdy czło­wiek ma przed sobą noc i po­tem leży i w kó­łko je prze­tra­wia, nie mo­gąc za­snąć. Nie mia­ła jed­nak wy­jścia – wie­dzia­ła, że nie może cze­kać z po­wia­do­mie­niem mat­ki do na­stęp­ne­go dnia, zwłasz­cza że Véro­ni­que dzwo­ni­ła od cza­su do cza­su do domu opie­ki, żeby spraw­dzić stan Pau­la, i Tim­mie nie chcia­ła, aby mat­ka do­wie­dzia­ła się od ko­goś ob­ce­go. Za­dzwo­ni­ła więc do jej wy­na­jętej wil­li pod Sa­int-Tro­pez. Véro­ni­que, wi­dząc, że te­le­fon jest od Tim­mie, od­dzwo­ni­ła ze swo­jej fran­cu­skiej ko­mór­ki już po dru­gim dzwon­ku. Nie roz­ma­wia­ły ze sobą od paru dni i nie była za­sko­czo­na, że cór­ka dzwo­ni.

– Cze­ść, ko­cha­nie – po­wie­dzia­ła gło­sem, któ­ry brzmiał nie­mal jak u mło­dej dziew­czy­ny. Ro­dzi­ce za­wsze spra­wia­li wra­że­nie młod­szych, niż byli, i Tim­mie mia­ła na­dzie­ję, że odzie­dzi­czy­ła po nich tę ce­chę. Obec­nie czu­ła się jak naj­bar­dziej w swo­im wie­ku, a cza­sem na­wet sta­rzej, tak jak­by dźwi­ga­ła na bar­kach cały ci­ężar świa­ta. Zwłasz­cza w tej chwi­li, kie­dy mu­sia­ła prze­ka­zać mat­ce złe wia­do­mo­ści.

Po­mi­mo że ro­dzi­ce byli roz­wie­dze­ni, wie­dzia­ła, że dla mat­ki będzie to cios. Oprócz Pau­la i dzie­ci Véro­ni­que nie mia­ła żad­nej ro­dzi­ny. Mat­ka uma­rła, kie­dy mia­ła pi­ęt­na­ście lat, oj­ciec – gdy mia­ła dwa­dzie­ścia je­den, i wła­śnie dla­te­go wy­szła za Pau­la tak mło­do. Było to rok po śmier­ci ojca, czu­ła się sama na świe­cie, wy­stra­szo­na i bez­bron­na, po­mi­mo że po oboj­gu ro­dzi­cach odzie­dzi­czy­ła ogrom­ny ma­jątek. To on, ni­czym boja świetl­na, po­ci­ągnął ku niej Pau­la, kie­dy się po­zna­li. No a poza tym była bar­dzo ład­ną, nie­win­ną mło­dą dziew­czy­ną.

– Cze­ść, mamo – po­wie­dzia­ła Tim­mie bez uśmie­chu w gło­sie. – Nie mam do­brych wia­do­mo­ści. – Chcia­ła ją ja­koś uprze­dzić o tym, co za chwi­lę na­stąpi.

– Oj­ciec? – spy­ta­ła Véro­ni­que, wstrzy­mu­jąc dech, choć spo­dzie­wa­ła się tego. Kie­dy wi­dzia­ła się z Pau­lem w czerw­cu, mia­ła po­czu­cie, że to po raz ostat­ni, i on tak samo. Tego dnia byli dla sie­bie wy­jąt­ko­wo czu­li.

– Dzwo­nił do mnie Ar­nold. Oj­ciec uma­rł tej nocy. Ar­nold po­wie­dział, że od­sze­dł spo­koj­nie, we śnie.

Po dru­giej stro­nie za­pa­dła ci­sza, po chwi­li zaś Tim­mie usły­sza­ła, że mat­ka pła­cze. Śmie­rć Pau­la nie była nie­spo­dzian­ką, ale i tak była to dla niej ogrom­na stra­ta. Ni­g­dy tak na­praw­dę nie od­sze­dł z jej ży­cia – po pro­stu wsze­dł w inną rolę: star­sze­go bra­ta, ojca, przy­ja­cie­la.

– Bar­dzo ci wspó­łczu­ję – po­wie­dzia­ła mat­ka. Pa­mi­ęta­ła, jak to jest stra­cić ojca... Śmie­rć jej mat­ki, na bia­łacz­kę, była dla nie­go cio­sem, z któ­re­go ni­g­dy się nie podźwi­gnął. Był wa­żnym fi­nan­si­stą z Wall Stre­et, Ame­ry­ka­ni­nem, a mat­ka młod­szą od nie­go o trzy­dzie­ści pięć lat Fran­cuz­ką. Ni­g­dy by się nie spo­dzie­wał, że to on ją stra­ci, była mi­ło­ścią jego ży­cia i uma­rła tak mło­do! Sta­ło się to bar­dzo szyb­ko, po za­le­d­wie trzech mie­si­ącach cho­ro­by. Ma­rie-Lau­re de Bo­vay, po­ślu­bia­jąc Phil­li­pa Whit­ma­na, była mniej wi­ęcej w tym sa­mym wie­ku, co jej cór­ka, gdy wy­cho­dzi­ła za mąż za Pau­la Par­ke­ra.

Véro­ni­que miesz­ka­ła z ro­dzi­ca­mi w ró­żnych mia­stach – w Hong­kon­gu, Lon­dy­nie, Pa­ry­żu. Jako dziec­ko na­uczy­ła się mó­wić po chi­ńsku, bie­gle zna­ła też fran­cu­ski, jako że mat­ka była Fran­cuz­ką i często by­wa­li w jej oj­czy­stym kra­ju. Swo­je fran­cu­skie ko­rze­nie za­częła sil­nie od­czu­wać zwłasz­cza w ostat­nich la­tach. Co­raz wi­ęcej cza­su spędza­ła w Pa­ry­żu, a la­tem w wy­na­jętym domu na po­łud­niu Fran­cji, li­cząc, że i cór­ki zaj­rzą tam na dwa-trzy ty­go­dnie. W tym roku jed­nak były zbyt za­jęte. Parę lat temu ku­pi­ła też miesz­ka­nie w Pa­ry­żu na Wy­spie Świ­ęte­go Lu­dwi­ka, przy Quai de Béthu­ne, z okna­mi wy­cho­dzący­mi na Se­kwa­nę. Wci­ąż na­le­żał do niej dom ro­dzi­ców w siód­mej dziel­ni­cy, przy Rue de Va­ren­ne, ale od lat stał nie­uży­wa­ny, opła­co­ny był tyl­ko do­zor­ca, któ­ry utrzy­my­wał go we wła­ści­wym sta­nie. Był to ślicz­ny osiem­na­sto­wiecz­ny hôtel par­ti­cu­lier, wol­no sto­jący pi­ętro­wy dom z ogro­dem. Nie chcia­ła się z nim ca­łkiem roz­stać, ale miesz­ka­nie w tym miej­scu by­ło­by dla niej za­nad­to przy­gnębia­jące. Zbyt wie­le wspo­mnień się z nim wi­ąza­ło... W pierw­szym okre­sie ma­łże­ństwa często by­wa­li tam z Pau­lem, ale od dwu­dzie­stu lat, od roz­wo­du, nie spa­ła tam ani razu. Nie mu­sia­ła go sprze­da­wać, więc po pro­stu trzy­ma­ła go dla dziew­cząt.

Dzia­dek Véro­ni­que ze stro­ny mat­ki był nie­zwy­kle ce­nio­nym han­dla­rzem dzieł sztu­ki w Pa­ry­żu, a oj­ciec, Phil­lip Whit­man, ku­pił od nie­go wi­ęk­szo­ść płó­cien im­pre­sjo­ni­stów, po czym oże­nił się z jego cór­ką. Ze względu na ogrom­ną ró­żni­cę wie­ku ich ma­łże­ństwo było nie­ty­po­we, ale się na­wza­jem uwiel­bia­li, a Véro­ni­que mia­ła bez liku wspo­mnień ko­cha­jących się ro­dzi­ców, któ­rych głębo­ki zwi­ązek uczu­cio­wy obej­mo­wał ta­kże i ją.

Kie­dy oj­ciec uma­rł, Véro­ni­que odzie­dzi­czy­ła na­le­żącą do mat­ki po­ka­źną ko­lek­cję war­to­ścio­wych dzieł sztu­ki, obej­mu­jącą parę wy­bit­nych płó­cien, i ko­lo­sal­ny ma­jątek ojca, któ­ry, umie­jęt­nie za­in­we­sto­wa­ny, uró­sł z upły­wem cza­su. W wie­ku dwu­dzie­stu je­den lat, mło­da i sa­mot­na, miesz­ka­ła jed­ną nogą w ich no­wo­jor­skim miesz­ka­niu, a dru­gą – w pa­ry­skim domu, któ­ry Ma­rie-Lau­re odzie­dzi­czy­ła po ojcu i ni­g­dy się go nie po­zby­ła.

Véro­ni­que po­zna­ła Pau­la Par­ke­ra parę mie­si­ęcy po śmier­ci ojca, na ja­ki­mś we­se­lu. Był to bły­ska­wicz­ny ro­mans i rok pó­źniej, gdy mia­ła dwa­dzie­ścia dwa lata, po­bra­li się. Po­ślu­bia­jąc mężczy­znę znacz­nie star­sze­go, po­szła w śla­dy swo­jej mat­ki, ale wy­da­wa­ło się to zro­zu­mia­łe w tych oko­licz­no­ściach. Po­trze­bo­wa­ła ojca jesz­cze bar­dziej niż męża... A oże­nek z nią zmie­nił na za­wsze ży­cie Pau­la Par­ke­ra. Zro­dzo­ny z ro­dzi­ców ary­sto­kra­tów, da­le­kich ku­zy­nów Asto­rów, ale bez pie­ni­ędzy, szyb­ko przy­sto­so­wał się do jej sty­lu ży­cia, choć Véro­ni­que była o wie­le prost­sza i bar­dziej dys­kret­na niż on. Paul był sza­le­nie to­wa­rzy­ski i kon­tak­to­wy, ele­ganc­ki i pe­łen cza­ru. Żył na wy­so­kiej sto­pie z jej środ­ków. Po­rzu­cił mało wa­żną pra­cę, któ­rej nie lu­bił, i stał się mężem-ren­tie­rem. Byli szczęśli­wi, zwłasz­cza kie­dy przy­szły na świat dzie­ci, ale wszyst­ko się sko­ńczy­ło wraz z jego ro­man­sem oraz jej od­kry­ciem, że ta­kich pod­bo­jów było mul­tum. Ni­g­dy nie po­tra­fił się oprzeć ład­nej ko­bie­cie... Po dzie­si­ęciu la­tach ma­łże­ństwo zo­sta­ło za­ko­ńczo­ne, choć Véro­ni­que w chwi­li roz­wo­du na­dal go ko­cha­ła. A Tim­mie za­wsze po­dej­rze­wa­ła, że ni­g­dy nie prze­sta­ła ko­chać, na­wet je­śli twier­dzi­ła, że są tyl­ko przy­ja­ció­łmi. Wie­le by dała, żeby to nie ona była tą, któ­ra musi mat­ce po­wie­dzieć o jego śmier­ci.

– Za­ła­twia­łaś już coś w spra­wie po­grze­bu? – spy­ta­ła mat­ka, a Tim­mie przy­zna­ła, że nie mia­ła do­tąd cza­su. Jego cia­ło na­dal po­zo­sta­wa­ło w domu opie­ki.

– Chcia­łam naj­pierw po­roz­ma­wiać z tobą – do­da­ła. Wie­dzia­ła, że mat­ka sama będzie chcia­ła za­jąć się po­grze­bem, jako że Paul nie miał in­nej ro­dzi­ny oprócz niej i dzie­ci. Obo­je byli je­dy­na­ka­mi, nie mie­li więc żad­nych ku­zy­nów czy dal­szych krew­nych, z któ­ry­mi trze­ba by­ło­by coś uzgad­niać w tej spra­wie.

– Zaj­mę się tym – po­wie­dzia­ła ci­cho Véro­ni­que. – Ju­tro wra­cam do domu. Jesz­cze stąd za­dzwo­nię do Fran­ka Camp­bel­la. – Był to za­kład po­grze­bo­wy przy gór­nej Ma­di­son Ave­nue, z któ­re­go usług ko­rzy­sta­li wszy­scy zna­jo­mi. Véro­ni­que wspo­mnia­ła, że rano, przed wy­lo­tem, może na­wet za­dzwo­nić do kwia­ciar­ni. Mu­sia­ły też uło­żyć ne­kro­log do „New York Ti­me­sa”. Tim­mie mia­ła wra­że­nie, że nie­wie­le da się o ojcu po­wie­dzieć poza tym, że wió­dł fan­ta­stycz­ne ży­cie, w du­żym stop­niu dzi­ęki mat­ce, któ­ra go ob­fi­cie spon­so­ro­wa­ła. Dzi­ęki niej miał nie­usta­jące wa­ka­cje, któ­re trwa­ły trzy­dzie­ści lat.

– Przy­kro mi, mamo – po­wie­dzia­ła Tim­mie szcze­rze. Ja­kie­kol­wiek były jej uczu­cia wo­bec ojca, wie­dzia­ła, jak ko­cha­ła go mat­ka.

– Cóż, ko­cha­nie, sta­ło się, co się mu­sia­ło stać. Na pew­no nie chcia­łby żyć w ta­kim sta­nie. Przy­sze­dł jego czas.

Po­roz­ma­wia­ły jesz­cze parę mi­nut, a po za­ko­ńcze­niu roz­mo­wy Véro­ni­que za­dzwo­ni­ła do po­zo­sta­łych có­rek. Ju­liet­te ode­bra­ła te­le­fon z pła­czem.

– Przy­la­tu­ję ju­tro – po­wia­do­mi­ła ją mat­ka. We Fran­cji była już pra­wie pó­łnoc, mimo to dłu­go roz­ma­wia­ły. Ju­liet­te była nie­po­cie­szo­na, wci­ąż mó­wi­ła, ja­kim wspa­nia­łym oj­cem był Paul. Véro­ni­que się nie sprze­ci­wia­ła – wie­dzia­ła, że Ju­liet­te pie­lęgnu­je tę fan­ta­zję od lat. To Tim­mie za­wsze usi­ło­wa­ła otwo­rzyć jej oczy, ni­g­dy mat­ka. Véro­ni­que zna­ła nie­do­stat­ki Pau­la jako ojca i męża, ale ni­g­dy nie kry­ty­ko­wa­ła go wo­bec dzie­ci.

Joy za­sta­ła przy pa­ko­wa­niu się do pod­ró­ży. Dziew­czy­na była jak­by roz­tar­gnio­na i od­rętwia­ła.

– Przy­la­tu­ję noc­nym – po­wie­dzia­ła. Wci­ąż usi­ło­wa­ła oswo­ić się z fak­tem, że nie ma już ojca. Wie­ści były dla niej szo­kiem. Aż do tej chwi­li nie przyj­mo­wa­ła tego do wia­do­mo­ści.

Na za­ko­ńcze­nie Ve­ro­ni­que za­dzwo­ni­ła jesz­cze raz do Tim­mie. Cór­ka wci­ąż była w biu­rze – wy­pe­łnia­ła dwa­na­ście roz­ma­itych for­mu­la­rzy po­trzeb­nych do ubie­ga­nia się o po­moc fi­nan­so­wą dla osób z nie­pe­łno­spraw­no­ścia­mi.

– Za­po­mnia­łam cię za­py­tać, czy ktoś dzwo­nił do Ber­tie­go – po­wie­dzia­ła wy­ra­źnie stra­pio­na. Ber­tie był sy­nem Pau­la z pierw­sze­go ma­łże­ństwa. Kie­dy Paul i Véro­ni­que się po­bra­li, miał osiem lat. Jego mat­ka uto­nęła, gdy miał czte­ry. Véro­ni­que od po­cząt­ku trak­to­wa­ła go jak wła­sne­go syna, ale za­wsze był trud­nym dziec­kiem. Był sza­le­nie po­dob­ny do ojca, ale bez jego wdzi­ęku, na­wet w dzie­ci­ństwie.

Z cza­sem prze­sta­ło być ta­jem­ni­cą, że Paul po­ślu­bił Véro­ni­que dla pie­ni­ędzy, choć trze­ba było lat, by ta praw­da do niej do­ta­rła, ale oka­zał się też dla niej czu­ły i od­da­ny. Ber­tie, na­wet jako dziec­ko, in­te­re­so­wał się wy­łącz­nie pie­ni­ędz­mi. We wszyst­kim, co ro­bił Paul, była gra­cja, ele­gan­cja i styl. We wszyst­kim, co ro­bił Ber­tie, była prze­bie­gło­ść. Wy­rzu­co­no go z paru naj­lep­szych szkół za złe za­cho­wa­nie i kra­dzież. Z Uni­wer­sy­te­tu Dar­mo­uth – za oszu­stwo. Pó­źniej wpląty­wał się w dzie­si­ąt­ki pro­jek­tów typu „jak bły­ska­wicz­nie zo­stać bo­ga­tym”. Wszyst­kie były nie­co po­dej­rza­ne i ża­den nie wy­pa­lił. Obec­nie, w wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat, jak za­wsze był bez gro­sza przy du­szy, „o krok od mor­der­stwa”, co sam po­wta­rzał, ko­rzy­stał z cu­dzych biur i sy­piał na cu­dzych ka­na­pach. Stra­cił co do cen­ta wszyst­ko, co kie­dy­kol­wiek po­ży­czy­ła mu na jego po­my­sły Véro­ni­que. Na­wet Paul da­wał mu ja­kieś pie­ni­ądze, żeby sta­nął na wła­snych no­gach, ale Ber­tie za­wsze po­tra­fił je prze­pu­ścić i lądo­wał przed sądem – albo na bru­ku, wy­rzu­co­ny z pra­cy. Żył z dnia na dzień, le­d­wie utrzy­mu­jąc się na po­wierzch­ni.

Véro­ni­que ci­ągle go tłu­ma­czy­ła: stra­cił mat­kę jako małe dziec­ko i to dla­te­go. Kie­dy był młod­szy, ro­bi­ła, co się da, żeby mu po­móc, i trak­to­wa­ła go jak wła­sne­go syna, na­wet po roz­wo­dzie. Ale w ko­ńcu i ona parę lat temu prze­sta­ła go fi­nan­so­wać. To był wo­rek bez dna... Nie wi­dzia­ła się z nim już dwa lata, choć źle się z tym czu­ła. Sam rzad­ko dzwo­nił, no, chy­ba że cze­goś chciał.

Ber­tie był bar­dzo za­zdro­sny o sio­stry, i to już od chwi­li ich na­ro­dzin. W dzie­ci­ństwie za­bie­rał im kie­szon­ko­we i wy­ró­sł na chci­we­go, głębo­ko nie­uczci­we­go czło­wie­ka. Je­śli tyl­ko mógł, wy­bie­rał dro­gę wy­stęp­ku. No, ale miły czy nie­mi­ły, był sy­nem Pau­la i na­le­ża­ło go po­wia­do­mić o śmier­ci ojca. Nie oże­nił się, nie miał dzie­ci, o któ­rych by wie­dział, i za­wsze miał u boku ja­kąś po­dej­rza­ną ko­bie­tę. A Tim­mie nie­na­wi­dził jesz­cze bar­dziej niż po­zo­sta­łych sióstr, nie mia­ła więc ocho­ty do nie­go dzwo­nić. Parę razy pró­bo­wał bez po­wo­dze­nia wy­łu­dzić od niej pie­ni­ądze, twier­dząc, że to tyl­ko pa­ro­ty­go­dnio­wa po­życz­ka, ale Tim­mie zna­ła go na wy­lot i nie do­stał od niej ani cen­ta.

Ni­g­dy nie da­wał wia­ry, że sio­stry żyją wy­łącz­nie z wła­snych za­rob­ków i nie mają żad­nych za­pa­so­wych fun­du­szy. To mat­ka pra­gnęła dla nich tej lek­cji. Znacz­nie hoj­niej­sza była wo­bec Ber­tie­go, bo chcia­ła, by się usa­mo­dziel­nił, do cze­go ni­g­dy nie do­szło. Co do dziew­cząt jed­nak, to bez względu na to, co mia­ły po niej odzie­dzi­czyć w przy­szło­ści, nie chcia­ła, żeby były le­ni­we czy za­cho­wy­wa­ły się jak ksi­ężnicz­ki. Po jej śmier­ci będą bar­dzo bo­ga­te, ale na ra­zie żyły z wła­snej pen­sji i z rzad­ka tyl­ko ko­rzy­sta­ły z jej po­mo­cy, jak w przy­pad­ku po­życz­ki na knajp­kę Ju­liet­te. Véro­ni­que była dla nich o wie­le su­row­sza niż dla mar­no­traw­ne­go pa­sier­ba, ale w ko­ńcu dała so­bie spo­kój i z nim. Jako do­ro­sły mężczy­zna stał się czło­wie­kiem wy­jąt­ko­wo nie­mi­łym, któ­re­go le­piej było uni­kać. W tej chwi­li jed­nak unik­nąć z nim kon­tak­tu ani chcia­ła, ani mo­gła. Choć daw­no nie wi­dział się z Pau­lem twa­rzą w twarz, to jed­nak i on stra­cił te­raz ojca. A Véro­ni­que za­wsze mu wspó­łczu­ła, bar­dziej na­wet niż Paul, któ­ry daw­no już stra­cił do nie­go cier­pli­wo­ść. Ber­tie wy­ci­ągnął mnó­stwo kasy i od nie­go.

Po za­ko­ńcze­niu roz­mo­wy z Tim­mie Véro­ni­que za­dzwo­ni­ła na ko­mór­kę Ber­tie­go. Nie roz­ma­wia­ła z nim już nie­mal rok, od cza­su, gdy jego oj­ciec do­stał uda­ru. Pod­czas cho­ro­by Ber­tie pra­wie go nie od­wie­dzał. Za­wsze miał ja­kąś wy­mów­kę i twier­dził, że jest zbyt za­jęty.

Ber­tie ode­brał na­tych­miast. Zdzi­wił się, sły­sząc głos ma­co­chy. Po­wie­dzia­ła ła­god­nie, że jego oj­ciec nie żyje i że przy­kro jej, że musi mu prze­ka­zać tak smut­ną wia­do­mo­ść.

– Nie je­stem za­sko­czo­ny – od­pa­rł chłod­no. – Wra­casz na po­grzeb?

Za­sko­czy­ło ją to py­ta­nie.

– No, oczy­wi­ście. – Słusz­nie przy­jął, że sko­ro jest lato, to ma­co­cha na pew­no jest we Fran­cji.

– Je­stem te­raz w Chi­ca­go, ale ju­tro wie­czo­rem mogę być z po­wro­tem – oznaj­mił.

– Za­dzwo­nię do cie­bie, jak tyl­ko wszyst­ko będzie za­ła­twio­ne – obie­ca­ła. – I oczy­wi­ście za­pra­sza­my cię z nami na po­grzeb.

– Dzi­ęki, ale mam wła­sny sa­mo­chód.

By­ło­by z nim cia­sno w au­cie, ale mimo wszyst­ko czu­ła się zo­bo­wi­ąza­na go za­pro­sić. Była je­dy­ną mat­ką, jaką miał, gdy do­ra­stał, na­wet je­śli nie na­le­żał do mi­lut­kich dzie­ci. Kła­mał przy ka­żdej oka­zji i był przy­kry dla sióstr. Za­wsze do­pro­wa­dzał któ­rąś do pła­czu. Nie ist­niał te­raz po­mi­ędzy nimi ślad mi­ło­ści, wszyst­kie trzy go skre­śli­ły. Tyl­ko Véro­ni­que wci­ąż była dla nie­go miła, choć nie da­wa­ła mu już pie­ni­ędzy, a tyl­ko na tym mu za­le­ża­ło.

Wie­dząc, jak Paul mar­twił się sy­nem, nie mo­gła się oprzeć cie­ka­wo­ści, czy po­zo­sta­wił mu coś w te­sta­men­cie. Nie roz­ma­wiał z nią o tym. Z pew­no­ścią nie­wie­le po nim zo­sta­ło, sam z re­gu­ły by­wał spłu­ka­ny, nie­mniej wci­ąż miał coś, co do­stał od niej w ra­mach ugo­dy, choć z bie­giem lat za­so­by szyb­ko top­nia­ły. Za­wsze żył po­nad stan, miał gest i za dużo wy­da­wał na ko­bie­ty. Ni­g­dy się nie zmie­nił... No i na­dal był wła­ści­cie­lem zam­ku we Fran­cji, któ­ry ku­pi­ła dla nich w cza­sie trwa­nia ma­łże­ństwa i po­da­ro­wa­ła mu przy roz­wo­dzie. Bar­dzo mu za­le­ża­ło, żeby do­stać go w ra­mach ugo­dy, po­tem jed­nak szyb­ko prze­stał się nim in­te­re­so­wać, tak jak to było ze wszyst­kim. Te­raz za­mek stał za­bi­ty de­ska­mi. Wie­dzia­ła, że Paul nie był tam od dwu­na­stu lat. Przy­pusz­cza­ła, że po­zo­sta­wił go w spad­ku swo­im czwor­gu dzie­ciom, i te­raz dziew­czy­ny będą mu­sia­ły dzie­lić się nim z Ber­tiem albo, co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, wspól­nie nim za­dys­po­no­wać. Żad­ne­mu z nich nie był po­trzeb­ny kło­pot w po­sta­ci po­pa­da­jące­go w ru­inę zam­ku we Fran­cji i wszy­scy bar­dziej sko­rzy­sta­ją na jego sprze­da­ży, zwłasz­cza Ber­tie. Myśl, że Ber­tie otrzy­ma jed­ną czwar­tą oj­cow­skie­go ma­jąt­ku, była zu­pe­łnie roz­sąd­na, na­wet je­śli wszyst­ko, co po­sia­dał Paul, po­cho­dzi­ło od niej. Ber­tie na­dal był jego sy­nem, czy był po­rząd­nym czło­wie­kiem, czy nie, a pie­ni­ądze, któ­re po­da­ro­wa­ła Pau­lo­wi Véro­ni­que, na­le­ża­ły do nie­go i mógł nimi za­dys­po­no­wać, jak chciał.

Za­ko­ńczy­ła roz­mo­wę z Ber­tiem i po­ło­ży­ła się do łó­żka.

Le­ża­ła i my­śla­ła o wszyst­kim, co ma do zro­bie­nia, o po­grze­bie, któ­ry musi zor­ga­ni­zo­wać. Tim­mie obie­ca­ła, że jej po­mo­że. Ja­kie to dziw­ne, że Pau­la już nie ma... Wie­dzia­ła, że będzie go jej bra­ko­wać. Do­brze było z nim po­roz­ma­wiać, po­być z nim od cza­su do cza­su, na­wet po roz­wo­dzie. Nie była już w nim za­ko­cha­na, i to od lat, i była to dla niej ulga. Ko­cha­ła go jed­nak jako wa­żną oso­bę w swo­im ży­ciu. Trud­no będzie to te­raz utra­cić... Za­sy­pia­jąc, my­śla­ła o tam­tych dzie­si­ęciu la­tach ma­łże­ństwa, któ­re były naj­szczęśliw­szym okre­sem w jej ży­ciu. Nikt ni­g­dy nie był tak olśnie­wa­jący jak Paul Par­ker... I ni­g­dy nie będzie ni­ko­go ta­kie­go jak on. I po­mi­mo jego wad o tym sa­mym my­śla­ły tej nocy rów­nież jej cór­ki. Paul był je­dy­ny i nie­po­wta­rzal­ny.

Roz­dział 2

Joy do­ta­rła do Tim­mie po noc­nym lo­cie z Los An­ge­les, za­nim sio­stra wy­szła do pra­cy. Mia­ła się sta­wić o siód­mej, Tim­mie zgo­dzi­ła się więc po­cze­kać. Za­raz po wy­lądo­wa­niu Joy wy­sła­ła sio­strze SMS-a, aby po­twier­dzić, że będzie na czas. Była rów­nie zor­ga­ni­zo­wa­na i so­lid­na jak Tim­mie, pod­czas gdy Ju­liet­te za­wsze była bar­dziej roz­tar­gnio­na i ka­pry­śna, no i też naj­bar­dziej z nich wszyst­kich emo­cjo­nal­na. Tim­mie roz­ma­wia­ła wie­czo­rem z Ju­liet­te, któ­ra wci­ąż roz­pa­cza­ła po ojcu. Z he­ro­sa stał się dla niej świ­ętym... Iry­to­wa­ło to Tim­mie, choć sta­ra­ła się nie mó­wić tego na głos.

Po­przed­nie­go wie­czo­ru, po po­wro­cie do domu, spo­rządzi­ła szkic ne­kro­lo­gu. Nie­wie­le dało się po­wie­dzieć o ojcu, a ona ni­g­dy nie była wo­bec nie­go mi­ło­sier­na. „Sku­tecz­ny łow­ca po­sa­gu zma­rł w No­wym Jor­ku po roku cho­ro­by będącej na­stęp­stwem uda­ru” – to nie wy­da­wa­ło się wła­ści­we. Nie zro­bi­ła tego, ale tak czu­ła, pi­sząc, że sko­ńczył Prin­ce­ton, był dwu­krot­nie żo­na­ty, ma czwo­ro ży­jących dzie­ci, któ­re wy­mie­ni­ła z imion. Jego ka­rie­ra za­wo­do­wa była krót­ka i nie­zna­cząca, obej­mo­wa­ła ja­kieś mało wa­żne za­jęcia na obrze­żach ban­ko­wo­ści i nie­ru­cho­mo­ści, do­pó­ki nie po­znał mat­ki, któ­ra była dla nie­go ni­czym man­na z nie­ba. Véro­ni­que ni­g­dy nie ro­bi­ła z tego pro­ble­mu, ale nie było to ta­jem­ni­cą dla dzie­ci. Je­dy­ny ma­jątek, jaki miał w ży­ciu, to ten, któ­ry zy­skał dzi­ęki ma­łże­ństwu z mat­ką. Tim­mie była wście­kła, że oszu­kał mat­kę i po­zba­wił ją złu­dzeń co do nie­go, tak samo jak złu­dzeń ich, dzie­ci.

Paul był przy­stoj­ny i kie­dy wcho­dził do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia, ro­bił wiel­kie wra­że­nie. Sta­no­wił ozdo­bę ka­żde­go przy­jęcia, ale ni­cze­go nie osi­ągnął, a jego skłon­no­ść do ład­nych, ale nija­kich mło­dych ko­biet nie­wie­le przy­da­wa­ła war­to­ści jego ży­ciu i zero war­to­ści jego CV. Żył wy­łącz­nie chwi­lą, pra­gnął tyl­ko roz­ryw­ki i ni­g­dy nie my­ślał o przy­szło­ści czy o skut­kach tego, co robi. Tak było aż do sa­me­go ko­ńca. Jego ostat­nia dziew­czy­na, ślicz­na mło­da Ro­sjan­ka, znik­nęła, gdy tyl­ko za­cho­ro­wał. Przy­naj­mniej nie mu­sia­ły mieć z nią do czy­nie­nia, po­my­śla­ła Tim­mie. Wy­star­czy, że mia­ły na gło­wie Ber­tie­go, któ­ry będzie wal­czył do upa­dłe­go o ka­żdy grosz. Tim­mie nie mia­ła co do nie­go złu­dzeń, po­dob­nie jak żad­na z nich, i na ogół w ogó­le o nim nie pa­mi­ęta­ła. W ostat­nich la­tach pra­wie go nie wi­dy­wa­ły, co dla wszyst­kich było bło­go­sła­wie­ństwem. I on ta­kże ich uni­kał, bo kon­takt z nimi nie przy­no­sił mu żad­nej ko­rzy­ści. Wy­gląda­ło na to, że odzie­dzi­czył po ojcu wy­łącz­nie jego naj­gor­sze ce­chy, po­mno­żo­ne przez ty­si­ąc, i ani jed­nej do­brej, któ­ra by je ła­go­dzi­ła. Sam jego oj­ciec tak po­wie­dział.

Joy była wy­ra­źnie nie­wy­spa­na, a mimo to, w kró­ciut­kiej bia­łej spód­nicz­ce i T-shir­cie, pi­ęk­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Na­wet na pła­skich ob­ca­sach mie­rzy­ła nie­mal tyle samo co sio­stra, choć styl i typ uro­dy ka­żdej z nich były kra­ńco­wo ró­żne. Tim­mie, blon­dyn­ka, mia­ła ary­sto­kra­tycz­ne rysy i pre­zen­cję swe­go ojca. Joy była ab­so­lut­nie olśnie­wa­jąca ze swo­imi ciem­ny­mi wło­sa­mi, fio­łko­wy­mi ocza­mi i kre­mo­wą cerą. Mia­ła uro­dę mat­ki i oj­cow­ski wzrost. Tim­mie nie wi­dzia­ła jej już dość dłu­go, choć od cza­su do cza­su ze sobą roz­ma­wia­ły. Joy ni­g­dy nie była do­bra w pod­trzy­my­wa­niu kon­tak­tu. Z Ju­liet­te Tim­mie roz­ma­wia­ła znacz­nie częściej, ale Joy była zbyt za­jęta – ci­ągłe prze­słu­cha­nia, po­ka­zy, ca­stin­gi, role... A w mi­ędzy­cza­sie – kel­ne­ro­wa­nie.

Ob­jęły się na po­wi­ta­nie. Joy przy­tu­li­ła się do sio­stry na dłu­gą chwi­lę, pod­czas któ­rej obie my­śla­ły o ojcu.

– Nie mogę uwie­rzyć, że go już nie ma – po­wie­dzia­ła Joy ochry­płym gło­sem, wcho­dząc do miesz­ka­nia. – Chy­ba w pew­nym sen­sie wy­da­wa­ło mi się, że będzie żyć wiecz­nie.

– Wszyst­kim nam się wy­da­wa­ło – za­uwa­ży­ła Tim­mie, na­le­wa­jąc jej w kuch­ni ku­bek kawy.

Mia­ła na so­bie inną ko­szu­lę w kra­tę, czy­ste dżin­sy i te same co­nver­se­ʼy, któ­re no­si­ła po­przed­nie­go dnia. Ten szma­ciar­ski styl, jed­na­ko­wy dla obu płci, upra­wia­ny był przez wszyst­kich w fun­da­cji i mało się ró­żnił od tego, jak ubie­ra­li się ich bez­dom­ni pod­opiecz­ni, pod­czas gdy Joy w swo­jej mi­ni­spód­nicz­ce wy­gląda­ła sek­sow­nie, mło­do i bar­dzo w sty­lu LA. Star­sza sio­stra uśmiech­nęła się na jej wi­dok. Joy była bez­sprzecz­nie ro­dzin­ną pi­ęk­no­ścią, jak za­wsze twier­dził oj­ciec. Wy­gląda­ła jak wy­ższa wer­sja mat­ki, wzbo­ga­co­na o ogrom­ną dozę sek­sa­pi­lu. Mat­ka mia­ła skrom­niej­szą, bar­dziej po­wści­ągli­wą uro­dę, choć rysy i ko­lo­ryt były te same.