To będzie mój dom - Don Wallace - ebook
Opis

Amerykanin Don Wallace i jego żona Mindy kupują dom na francuskiej wsi, który okazuje się kompletną ruiną. Nieustanny remont, krach na giełdzie i walka z przeciwnościami sprawiają, że wkrótce ruinę zaczyna przypominać całe ich życie...

Bestsellerowa, pełna uroku  opowieść o parze, która potrafiła marzyć i zbudować dom z dala od domu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Don Wallace 2014

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone

Tytuł oryginalny: The French House

Tytuł: To będzie mój dom

Autor: Don Wallace

Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska

Konsultacja językowa: Monika Motkowicz

Redakcja: Ewa Ressel

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Projekt graficzny okładki: Studio KARANDASZ

Projekt okładki oryginalnej: Jennifer K. Beal Davis, jennykate.com; Tom Hallman

Zdjęcia na okładce:

Dreamstime.com: Aleksandar Radovanovic; iStock: Tweetyclaw, DigiClicks, Elenathewise, Tree4Two, kaetana_istock

Mapa: Jacek Majerczak

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-592-4

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Dla Mindy i Rory’ego

Każde z nas

może opowiedzieć własną historię,

odwołując się do losu,

szczęścia lub wyboru,

i nigdy nie będziemy

wiedzieć z całą pewnością,

co właściwie kieruje naszym życiem.

Sheena Iyengar,The Art of Choosing(Sztuka wyboru)

Dzie­sięć naj­waż­niej­szych fak­tów do­ty­czą­cych Bel­le-Île

1. Leży z dala od lądu ni­czym usma­żo­na na ma­śle tłu­sta sola, ale szkie­let ma z błę­kit­no­zie­lo­ne­go gra­ni­tu.

2. Znaj­du­je się na Oce­anie Atlan­tyc­kim, dzie­sięć mil od wy­brze­ży Bre­ta­nii, w Za­to­ce Bi­skaj­skiej.

3. Twar­de kli­fy o ostrych zę­bach uno­szą ku gó­rze jej zło­ci­ste pola ni­czym ofia­rę dla daw­nych bo­gów.

4. Sto pięć­dzie­siąt dwie małe wio­ski, z któ­rych więk­szość li­czy za­le­d­wie po kil­ka do­mów, wy­grze­wa­ją się w słoń­cu w do­li­nach prze­ci­na­nych przez szem­rzą­ce po­to­ki albo kulą się pod osło­ną ni­skich pa­gór­ków.

5. Każ­da osa­da ma wła­sny cha­rak­ter, har­mo­no­gram i hi­sto­rię. Każ­da ma też swo­ją kro­wę. I ta­jem­ni­cę. (Do kogo na­le­ży ta kro­wa?).

6. Każ­da wio­ska współ­dzie­li rytm dnia ze wszyst­kim in­nym, po­nie­waż ży­cie wy­spy re­gu­lu­ją pły­wy oce­anu. Far­my, pla­że, ska­li­ste wy­brze­że, zwo­dzo­ne mo­sty, ło­dzie ry­bac­kie, mał­że za­grze­ba­ne w mule, roz­tań­czo­ne sar­dyn­ki, któ­re wkrót­ce sta­ną się da­niem dnia wy­pi­sa­nym kre­dą na ta­bli­cy przed na­le­śni­kar­nią Gu­erveur, na­wet sznu­ry roz­chy­bo­ta­nych tu­ry­stów na ro­we­rach blo­ku­ją­cych dro­gi na wy­spie – wszyst­ko zda­je się wzma­gać i słab­nąć, uno­sić i opa­dać, zgod­nie z od­pły­wa­mi i przy­pły­wa­mi, któ­re nad­cho­dzą dwa razy w cią­gu dnia i dwa razy w cią­gu nocy.

7. Jest tu pięk­nie, czę­sto dra­ma­tycz­nie pięk­nie.

8. Ale jak za­wsze, pięk­no ma swo­ją cenę. W lip­cu i sierp­niu jest tu za dużo tu­ry­stów, cho­ciaż są bło­go­sła­wień­stwem dla lo­kal­nej go­spo­dar­ki. Ist­nie­je pre­sja, by od­sprze­da­wać pola upraw­ne pod nowe in­we­sty­cje. Pro­blem sta­no­wi za­nie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska, głów­nie z po­wo­du prze­sta­rza­łych szamb. Mło­dzi lu­dzie nie mogą zna­leźć pra­cy na mia­rę swo­je­go wy­kształ­ce­nia i mu­szą prze­no­sić się na sta­ły ląd. Moja żona Min­dy, któ­ra opu­ści­ła swo­je ro­dzin­ne Ha­wa­je, wie, że to może być bo­le­sne: gdy czło­wiek raz wy­je­dzie, jego ży­cie zmie­nia się bez­pow­rot­nie.

9. Wy­spa tar­ga­na jest sta­rym i wciąż nie­za­że­gna­nym dra­ma­tem. Gdy przy­by­wa się do Le Pa­la­is, oto­czo­ne­go mu­rem por­tu po osło­nię­tej stro­nie wy­cho­dzą­cej na fran­cu­skie wy­brze­że, na­szym oczom otwie­ra się wi­dok ślicz­ny jak z pocz­tów­ki. Na za­chod­nim brze­gu, traf­nie na­zwa­nym Côte Sau­va­ge, Dzi­kim Wy­brze­żem, wy­spa rów­nież pre­zen­tu­je wa­lecz­ne ob­li­cze, ale po­zo­sta­je uwię­zio­na w burz­li­wym związ­ku ze zdra­dziec­ką Za­to­ką Bi­skaj­ską i bo­le­śnie od­czu­wa zmien­ne na­stro­je mo­rza. Kli­fy się kru­szą, ciem­ne zwa­ły wo­do­ro­stów za­ście­ła­ją pla­że, walą się całe rzę­dy cy­pry­sów, roz­dzie­ra­jąc zie­mię ko­rze­nia­mi. Ry­ba­cy i tu­ry­ści zo­sta­ją za­bra­ni przez wodę, by stać się przy­nę­tą dla kra­bów. Po sztor­mie wcze­snym ran­kiem wy­spa pró­bu­je prze­ko­nać, że jej siń­ce nic nie zna­czą, my­dląc wam oczy roz­świe­tlo­ny­mi słoń­cem mgła­mi i wyż­szy­mi od czło­wie­ka hał­da­mi pia­ny gro­ma­dzą­cy­mi się w za­tocz­kach i po­to­kach. Ale cień prze­mo­cy w jej oczach nie daje wam spo­ko­ju. Ni­g­dy nie od­wra­caj­cie się ty­łem do mo­rza.

10. Rów­no­cze­śnie kli­mat wy­spy ła­go­dzi przy­jem­ne łech­ta­nie ko­niusz­ka Golf­sztro­mu. Jest tu mnó­stwo słoń­ca, mniej desz­czu niż na sta­łym lą­dzie, zda­rza­ją się też okre­sy roz­iskrzo­nej szkli­stej ci­szy, któ­ra la­tem przy­no­si cza­sa­mi coś, co miej­sco­wi na­zy­wa­ją beau temps, pięk­ną po­go­dą: dzień lub dwa cie­płej, bez­wietrz­nej ja­sno­ści i spo­ko­ju o psy­cho­de­licz­nym nie­mal­że cha­rak­te­rze, kie­dy to krzy­ża­ki tka­ją wy­sa­dza­ne dia­men­ta­mi rosy ar­ra­sy wzdłuż ście­żek w do­li­nie, pod no­ga­mi śmi­ga­ją lśnią­ce zie­lo­ne jasz­czur­ki, a lu­dzie roz­ma­wia­ją szep­tem peł­ni in­stynk­tow­ne­go lęku i czci.

In­ny­mi sło­wy, ta wy­spa nie bez po­wo­du nosi na­zwę Bel­le-Île, czy­li Pięk­na Wy­spa.

Wskazówki

Po otwarciu domu

Bonjour et bienvenue, Witajcie!

Jest kil­ka rze­czy, któ­re trze­ba zro­bić na­tych­miast po otwar­ciu domu. Prze­czy­taj­cie pro­szę uważ­nie WSZYST­KIE po­niż­sze wska­zów­ki. Po pierw­sze, prze­pra­szam, je­śli oce­an był wzbu­rzo­ny pod­czas prze­pra­wy pro­mem. Mamy na­dzie­ję, że nikt nie cier­piał na cho­ro­bę mor­ską. Je­śli ko­goś jed­nak do­pa­dła, pro­szę spraw­dzić i oczy­ścić po­de­szwy jego (oby nie wa­szych) bu­tów.

Uwa­ga: Nie za­czy­naj­cie się roz­pa­ko­wy­wać ani pić tego moc­ne­go drin­ka, choć jest jak naj­bar­dziej za­słu­żo­ny, ani uga­niać się za ko­ta­mi, jasz­czur­ka­mi czy gwiazd­ka­mi fil­mo­wy­mi, żeby nie wiem jak były uro­cze, do­pó­ki nie wy­ko­na­cie wszyst­kich wstęp­nych za­dań. W prze­ciw­nym ra­zie może dojść do ma­łej ka­ta­stro­fy, ta­kiej jak brak go­rą­cej wody do ką­pie­li, albo i więk­szej, w ro­dza­ju od­krę­co­nych kra­nów za­le­wa­ją­cych pię­tro.

Ale być może jesz­cze nie do­tar­li­ście na miej­sce. Może czy­ta­cie z wy­prze­dze­niem (za­le­ca­ne) albo też, jak my przed trzy­dzie­stu laty, przy­je­cha­li­ście i oto sto­icie w sa­mym środ­ku ma­łej wio­ski, nie ma­jąc po­ję­cia, gdzie je­ste­ście ani gdzie znaj­du­je się cha­ta, któ­rą mu­si­cie od­szu­kać, nie wi­dząc ni­g­dzie żad­nej na­zwy uli­cy ani nu­me­ru domu. Je­śli je­ste­ście w tej dru­giej sy­tu­acji, na­le­ży mieć na­dzie­ję, że scho­wa­li­ście te wska­zów­ki w ta­kie miej­sce, skąd bę­dzie je ła­two wy­jąć. Bo się wam przy­da­dzą.

Jak znaleźć dom

Wy­obraź­cie so­bie wio­skę jako ro­wer le­żą­cy na boku wśród pól. Na­sze pierw­sze py­li­ste skrzy­żo­wa­nie to pia­sta tyl­ne­go koła, któ­rej szpry­chy wy­zna­cza­ją czte­ry cie­ni­ste dro­gi. Na­le­ży wy­brać tę po pra­wej, bie­gną­cą pod górę.

Pierw­szy dom, któ­ry mi­nie­cie, spra­wia wra­że­nie pra­wie za­wa­lo­ne­go lub opusz­czo­ne­go. W oknach nie ma szyb, a ka­mien­ne ścia­ny bez za­pra­wy mu­rar­skiej po­ra­sta wi­no­rośl, któ­ra zda­je się je­dy­nym, co je przy­trzy­mu­je. Może zo­ba­czy­cie dam­ską bie­li­znę su­szą­cą się tu i ów­dzie na krza­kach. Albo małe kot­ki. Praw­do­po­dob­nie nie uda się wam do­strzec Su­zan­ne, zwłasz­cza je­śli prze­czu­ła wasz przy­jazd czy też w ogó­le przy­by­cie ko­goś ob­ce­go, ale to jej dom.

Na­stęp­ny, w środ­ku na­sze­go sze­re­gu trzech bu­dyn­ków, jest mały wą­ski do­mek, po­ma­lo­wa­ny lśnią­cą bia­łą far­bą, z ró­żo­wy­mi i zie­lo­ny­mi zdo­bie­nia­mi pod oka­pem oraz wo­kół okien i drzwi. Wszy­scy wy­krzy­ku­ją, jaki to on jest ślicz­ny i do­sko­na­ły, więc śmia­ło, wy też piszcz­cie: „Jaki słod­ki!”. Przy­wy­kli­śmy już do tego.

Data jego bu­do­wy zo­sta­ła wy­ry­ta na nad­pro­żu: MDCC­CXLII. Pew­nie ta cheł­pli­wa pa­ra­an­tycz­ność po­do­ba się tu­ry­stom, ale do wa­szej wia­do­mo­ści: to nie jest nasz dom.

Nasz dom to ten na­stęp­ny, idąc ścież­ką w górę, ku nie­bu i za­cho­do­wi słoń­ca. Jest star­szy od tego ślicz­ne­go z datą – wła­ści­wie w ca­łej wio­sce za­cho­wał się tyl­ko je­den bu­dy­nek star­szy od na­sze­go – ale tym, co robi naj­więk­sze wra­że­nie na miej­sco­wych, jest fakt, że ni­g­dy nie trzy­ma­no w nim zwie­rząt go­spo­dar­skich. Na Bel­le-Île to świa­dec­two naj­wyż­szej kla­sy.

Jak­by was to cie­ka­wi­ło, dom zo­stał zbu­do­wa­ny po­nad sto osiem­dzie­siąt lat temu, a przez cały ten czas trze­ba było je­dy­nie wy­mie­nić de­ski pod­ło­go­we i łup­ko­we da­chów­ki – jed­no i dru­gie raz. Ka­mien­ne ścia­ny i więk­szość be­lek są ory­gi­nal­ne.

Mamy na­dzie­ję, że to wszyst­ko wy­wrze na was wy­star­cza­ją­co duże wra­że­nie, żeby od­wró­cić wa­szą uwa­gę od łusz­czą­cej się far­by, od­kry­tych ka­bli i po­gię­tych gwoź­dzi, od po­pę­ka­nych szyb szaf­ki, ko­śla­wych me­bli, któ­re wy­glą­da­ją tak, jak­by w każ­dej chwi­li mia­ły się roz­le­cieć, od po­pla­mio­nych smo­łą zie­lo­nych ny­lo­no­wych sie­ci ry­bac­kich za­wie­szo­nych mię­dzy kro­kwia­mi jak ha­ma­ki, po­czer­nia­łe­go ko­mi­na i tak da­lej. Ale mamy świa­do­mość, że spra­wa jest bez­na­dziej­na. Nic nie za­trze fak­tu, że wła­ści­wie ku­pi­li­śmy ru­inę, któ­ra na­dal, po tylu la­tach, cze­ka na re­mont. Do­brze cho­ciaż, że nas tam nie ma i nie wi­dzi­my wa­szych min.

To miał być żart, jak­by co. Więc śmia­ło, śmiej­cie się – z tego dow­ci­pu, z tego domu, z nas. Przy­wy­kli­śmy do tego.

Klucz…

…jest u Su­zan­ne. Tak, wła­ści­ciel­ki tej dru­giej ru­iny w na­szym sze­re­gu do­mów. Ta star­sza pani jest na­szą bre­toń­ską przy­ja­ciół­ką i byłą pa­ster­ką, za­wsze szy­kow­nie ubra­ną w nie­bie­ską su­kien­kę i nie­bie­ski far­tuch w kwiat­ki. Jej czar­ne wło­sy mogą spra­wiać wra­że­nie, jak­by ni­g­dy nie wi­dzia­ły wnę­trza sa­lo­nu fry­zjer­skie­go Elle-Lui Sa­lon du Co­if­feur w Le Pa­la­is, ale to nie­praw­da. Su­zan­ne cho­dzi do fry­zje­ra ja­kieś czte­ry razy w roku. Jest koło osiem­dzie­siąt­ki. To wspa­nia­ła ogrod­nicz­ka – w ca­łej wio­sce ro­sną jej kwia­ty. Cho­dzi po oko­li­cy z sa­dzon­ka­mi w kie­sze­niach nie­bie­skie­go far­tu­cha i wsu­wa je w szcze­li­ny w ka­mien­nych mu­rach i w luki w za­ro­ślach. My­ślę, że nimi roz­ma­wia. (W każ­dym ra­zie po­ru­sza war­ga­mi).

Je­ste­śmy pra­wie pew­ni, że Su­zan­ne to se­kret­na dru­id­ka, wy­wo­dzą­ca się z We­ne­tów, Cel­tów czy jak tam na­zy­wa się ta kul­tu­ra się­ga­ją­ca cza­sów przed­chrze­ści­jań­skich. Wte­dy to Rzy­mia­nie pod wo­dzą Ju­liu­sza Ce­za­ra pod­bi­li Ga­lię oraz Bry­ta­nię i ze­pchnę­li wszyst­kich ucie­ka­ją­cych cel­tyc­kich Bry­tów i Bre­toń­czy­ków do śle­pe­go za­uł­ka, ja­kim był pół­wy­sep zwa­ny Bre­ta­nią. Su­zan­ne ma ta­kich wła­śnie nie­zwy­kłych przod­ków i spę­dzi­ła całe ży­cie na ob­sza­rze o pro­mie­niu trzech mil od na­szej wio­ski. Wy­brze­że Bre­ta­nii znaj­du­je się w od­le­gło­ści za­le­d­wie dzie­się­ciu mil i ła­two prze­pra­wić się tam z Bel­le-Île pro­mem, ale dla Su­zan­ne rów­nie do­brze mo­gło­by to być dzie­sięć ty­się­cy, je­śli wziąć pod uwa­gę licz­bę jej od­wie­dzin na sta­łym lą­dzie.

Wio­ska Ker­bor­dar­do­ué za­wsze była pięk­na, ale gdy zja­wi­li­śmy się w niej po raz pierw­szy, jej uro­da po­zo­sta­wa­ła w ukry­ciu. Na­to­miast od­kąd Su­zan­ne wpro­wa­dzi­ła się tu przed dwu­dzie­stu laty, głów­na dro­ga pro­wa­dzą­ca od jej ka­mien­nej szo­py do na­sze­go domu sta­ła się mi­nia­tu­ro­wym Wi­szą­cym Ogro­dem Ba­bi­lo­nu, peł­nym ki­wa­ją­cych wiel­ki­mi gło­wa­mi hor­ten­sji, drob­nych czer­wo­nych i żół­tych aza­lii, zu­chwa­le ru­mia­nych róż, fio­le­to­wych hia­cyn­tów, sto­kro­tek, a ostat­nio dzię­ki roz­mo­kłej zie­mi w miej­scach, gdzie co wie­czór płu­cze­my na­sze de­ski sur­fin­go­we i kom­bi­ne­zo­ny pian­ko­we, tak­że de­li­kat­nych fio­le­to­wo-bia­łych li­lii, któ­re Su­zan­ne prze­sa­dza tu z od­wie­dza­nych przez sie­bie ba­gien­nych oko­lic i ukry­tych źró­de­łek.

Je­śli cho­dzi o samą Su­zan­ne, to jest nie­śmia­ła. Po­ro­zu­mie­wa się za po­śred­nic­twem swo­ich kwia­tów, de­li­kat­ne­go jed­no­zęb­ne­go uśmie­chu i ko­ro­nek. Kie­dy spo­tka­li­śmy ją (a ra­czej do­strze­gli­śmy) po raz pierw­szy, do­słow­nie przed nami ucie­ka­ła. Prze­my­ka­ła po wio­sce tu i tam, zbyt szyb­ko, by ją do­go­nić, a co do­pie­ro za­trzy­mać na chwi­lę roz­mo­wy. Przez ja­kiś czas wszy­scy na­zy­wa­li ją La Fem­me Sau­va­ge, Dzi­ka Ko­bie­ta.

Zga­dzam się, to nie­for­tun­ne prze­zwi­sko. Prze­sta­li­śmy go uży­wać po tym, jak do­strze­gli­śmy Su­zan­ne, sie­dząc przy ogro­do­wym sto­le przed do­mem Gwe­ned, ka­wa­łek da­lej przy tej sa­mej ulicz­ce. Wśród go­ści było paru dość na­dę­tych pa­ry­żan, wy­naj­mu­ją­cych dom z datą MDCC­CXLII, są­sia­du­ją­cy z na­szym. Ktoś z nich po­sta­no­wił dla dra­ki za­kraść się od tyłu i z za­sadz­ki wy­sko­czyć na Su­zan­ne, za­glą­da­ją­cą nie­śmia­ło przez ży­wo­płot. „La Fem­me Sau­va­ge!” – za­śmie­wa­li się, pa­trząc, jak z roz­wia­ną spód­ni­cą i far­tu­chem prze­ska­ku­je przez rów niby wiel­ki pod­sta­rza­ły kró­li­czek i ucie­ka gdzieś w pola. Nie są­dzę, by kie­dy­kol­wiek było mi bar­dziej wstyd niż wte­dy, bo sie­dzia­łem tam i nic nie po­wie­dzia­łem.

Je­stem prze­ko­na­ny, że to przez tych pa­ry­żan trze­ba było przez cały rok na­ma­wiać Su­zan­ne, by wró­ci­ła do wio­sko­we­go ży­cia. Za­jął się tym le vi­com­te, wi­ceh­ra­bia, sta­ry gbu­ro­wa­ty pa­triar­cha na­szej wio­ski. Mam na­dzie­ję, że bę­dzie­cie mie­li oka­zję go po­znać. Ary­sto­kra­tycz­ny, acz de­mo­kra­tycz­ny w swo­im po­strzę­pio­nym czar­nym swe­trze. „Le Vic” pry­cha po­gar­dli­wie: „trop snob”, „co za sno­by”, ile­kroć jego bar­dziej wy­kwint­ni go­ście za­dzie­ra­ją nosa – a wie­lu robi to w po­czu­ciu, że tego wła­śnie wi­ceh­ra­bia ocze­ku­je.

Le Vic trak­tu­je Su­zan­ne z po­błaż­li­wą, lecz ser­decz­ną uwa­gą, zda­jąc so­bie, jak są­dzę, spra­wę, że obo­je są przed­sta­wi­cie­la­mi gi­ną­ce­go ga­tun­ku – wio­sko­wy hra­bia i pa­ster­ka – więc mają wię­cej wspól­ne­go ze sobą na­wza­jem niż z póź­niej­szy­mi przy­by­sza­mi. Jego dom znaj­du­je się na sa­mym po­cząt­ku na­szej uli­cy, obok ruin, któ­rych ma­low­ni­czą ruj­na­cję pie­czo­ło­wi­cie pod­trzy­mu­je sam Le Vic, jego żona Yvon­ne oraz ich dzie­ci, Thier­ry i Phi­lip­pe, pod­czas gdy ich wła­sny bie­lo­ny wap­nem dom jest bar­dzo za­dba­ny.

Na­wia­sem mó­wiąc, to wła­śnie Su­zan­ne wy­dzier­ga­ła ko­ron­ko­we fi­ran­ki, któ­re zdo­bią na­sze okna, praw­dzi­we cu­deń­ka. Kie­dy ją po­zdro­wić, ru­mie­ni się ni­czym osiem­dzie­się­cio­let­nia na­sto­lat­ka. Więc je­śli nie­zbyt pew­nie czu­je­cie się we fran­cusz­czyź­nie albo je­ste­ście zde­ner­wo­wa­ni lub zmę­cze­ni po dłu­giej po­dró­ży, a nad­szedł już póź­ny wie­czór, nie przej­muj­cie się. Sama bę­dąc nie­śmia­ła, Su­zan­ne jest bie­gła w du­ka­niu.

Ale pod­czas gdy ona sama uni­ka to­wa­rzy­stwa, za­zwy­czaj nie­trud­no ją zna­leźć. Na ogół krę­ci się gdzieś w po­bli­żu. Je­śli nie ma jej w szo­pie u szczy­tu na­szej ulicz­ki, sprawdź­cie w go­spo­dar­stwie, do któ­re­go pro­wa­dzi dro­ga od­cho­dzą­ca od środ­ka pierw­sze­go tu­ne­lu z drzew, któ­rym tu je­cha­li­ście. Su­zan­ne re­gu­lar­nie od­wie­dza tam Ma­da­me Mor­ga­ne, swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę jesz­cze z dzie­ciń­stwa.

Ma­da­me Mor­ga­ne sta­no­wi ka­mień wę­giel­ny na­szej wio­ski, nie tyle z po­wo­du ak­tyw­no­ści, jak Le Vic do­glą­da­ją­cy ruin czy Su­zan­ne kwia­tów, ale ze wzglę­du na sta­tus ostat­niej miesz­kan­ki osa­dy, któ­ra uro­dzi­ła się tu­taj, miesz­ka­ła tu i pra­co­wa­ła przez całe ży­cie (nie li­cząc czte­rech lat na sta­łym lą­dzie pod­czas hi­tle­row­skiej oku­pa­cji). Li­czy­my się z jej sło­wa­mi. Jej obec­ność na­da­je wagę przy­pad­ko­we­mu spo­tka­niu, jej apro­ba­ta ma zna­cze­nie. Sło­wo ostrze­że­nia: jej dez­apro­ba­ta jest dru­zgo­czą­ca.

Ta wdo­wa po rol­ni­ku nosi po­pu­lar­ne oraz wpły­wo­we na­zwi­sko i sta­no­wi, wraz z Su­zan­ne, ostat­nie ogni­wo łą­czą­ce Ker­bor­dar­do­ué z bre­toń­ską tra­dy­cją agrar­ną. (Brzmi to dość pre­ten­sjo­nal­nie, wiem, ale okle­pa­ne okre­śle­nie „chłop­stwo” by­ło­by ob­raź­li­we i nie­ści­słe. Ci lu­dzie są wła­ści­cie­la­mi i ko­wa­la­mi wła­sne­go losu). Do Ma­da­me Mor­ga­ne na­le­żą oko­licz­ne pola, a kie­dy tu przy­je­cha­li­śmy, po­sia­da­ła tak­że tu­zin krów. W prze­ci­wień­stwie do Su­zan­ne wy­szła za mąż oraz ma dzie­ci i wnu­ki. Z tego po­wo­du za­wsze mówi się o niej ma­da­me, pani, a o Su­zan­ne ma­de­mo­isel­le, pan­na.

Żeby zna­leźć klucz do na­sze­go domu, trze­ba po­wie­dzieć po fran­cu­sku: „Je cher­che à Su­zan­ne pour la clé du ma­ison Wal­la­ce”. Do­słow­nie zna­czy to: „Szu­kam Su­zan­ne dla klu­cza do domu Wal­la­ce’ów”.

Da­lej, spró­buj­cie to po­wie­dzieć: „Ży szersz. La kle. Dju mezą Ło­las” (Wall-Ass). I pro­szę, sta­raj­cie się nie chi­cho­tać1).

1) Nazwisko Wallace w angielskiej transkrypcji francuskiej wymowy (wall-ass) znaczy „ścienny dureń” lub „ścienna dupa” (przyp. tłum.).

Och, Min­dy mówi, że mój fran­cu­ski zno­wu jest nie­po­praw­ny. Wła­ści­we zda­nie brzmi… Su­per, te­raz nie chce mi po­wie­dzieć!

Mię­dzy sobą lu­bi­my na­zy­wać nasz dom Chez Je­an­nie, na cześć ostat­niej przed­sta­wi­ciel­ki pierw­szej ro­dzi­ny, któ­ra tu miesz­ka­ła. Je­an­nie (Guer’ch) Mor­ga­ne była ciot­ką, mat­ką albo bab­ką wie­lu miesz­kań­ców wio­ski, w tym rów­nież Ma­da­me Mor­ga­ne. Po­dob­no try­ska­ła ener­gią i ra­do­ścią ży­cia. Ale tu­byl­cy, nie­sen­ty­men­tal­ni, jak to wie­śnia­cy na ca­łym świe­cie (w każ­dym ra­zie tak czy­ta­łem w książ­kach pi­sa­nych przez sen­ty­men­tal­nych mia­sto­wych), ku na­sze­mu zdzi­wie­niu nie do­ce­ni­li tego ge­stu, choć mie­li­śmy naj­lep­sze in­ten­cje. Dla nich ten dom jest nasz i mó­wią o nim jako o „dju mezą Wall-Ass”. Nie­zbyt to dla nas po­chleb­ne, zga­dzam się.

No do­bra, do­tar­li­ście na miej­sce. Oto dal­sze wska­zów­ki:

Elek­try­ka. Kie­dy otwo­rzy­cie drzwi, po pra­wej stro­nie zo­ba­czy­cie oszklo­ną szaf­kę. Tam znaj­du­ją się włącz­ni­ki elek­trycz­ne i za­wo­ry wody.

Woda. W tej sa­mej szaf­ce, na dole, są rury in­sta­la­cji wod­nej wraz z za­wo­rem od­ci­na­ją­cym. Otwórz­cie za­wór do koń­ca. Uwa­ga: na zimę zo­sta­wia­my od­krę­co­ne kra­ny, żeby rury nie po­pę­ka­ły. Pro­szę, idź­cie od razu na górę i sprawdź­cie kur­ki przy wan­nie i umy­wal­ce, je­śli je­ste­ście pierw­szy­mi użyt­kow­ni­ka­mi w tym roku, bo wte­dy kra­ny pry­cha­ją, a chwi­lę po­tem try­ska z nich woda.

Boj­ler. Żeby pod­łą­czyć wodę do boj­le­ra, po­dejdź­cie do sza­fy ścien­nej na­prze­ciw­ko oszklo­nej szaf­ki. Jest peł­na sprzę­tu spor­to­we­go (ra­kiet te­ni­so­wych, ki­jów gol­fo­wych, płetw, ma­sek i fa­jek do nur­ko­wa­nia, ku­szy, ko­stiu­mów pian­ko­wych, fris­bee, kul do gry; mo­że­cie z tego wszyst­kie­go ko­rzy­stać po tym, jak już wy­ko­na­cie wszyst­kie kro­ki tych wska­zó­wek).

Chce­cie do­pu­ścić wodę do boj­le­ra. W tym celu zaj­rzyj­cie za zbior­nik wody – u jego pod­sta­wy przy ścia­nie zo­ba­czy­cie czar­ny prze­łącz­nik. Ustaw­cie go rów­no­le­gle do pod­ło­gi. Po­win­ni­ście usły­szeć pstryk­nię­cie. Uwa­ga: nie do­ty­kaj­cie czer­wo­ne­go kur­ka. Nikt nie wie, do cze­go on słu­ży. Są­dzi­my, że jest po­łą­czo­ny z ta­jem­nym rdze­niem go­rą­cej mag­my, któ­ra znaj­du­je się pod wy­spą, a po włą­cze­niu spo­wo­du­je świa­to­wą ka­ta­stro­fę.

Za ja­kieś trzy, czte­ry go­dzi­ny bę­dzie­cie mie­li go­rą­cą wodę. I bę­dzie na­praw­dę go­rą­ca. Bar­dzo! Uwa­żaj­cie, żeby się nie po­pa­rzyć. Je­śli jest was wię­cej, bierz­cie prysz­nic – trzy­ma­jąc w ręku tę koń­ców­kę w kształ­cie słu­chaw­ki te­le­fo­nicz­nej po­łą­czo­nej z kra­nem za po­mo­cą węża. Na pew­no do­strze­gli­ście brak za­słon­ki prysz­ni­co­wej, więc pro­szę, ko­rzy­staj­cie z na­try­sku, sie­dząc w wan­nie. W prze­ciw­nym ra­zie woda, któ­rą roz­pry­ska­cie po ca­łej ła­zien­ce, z całą pew­no­ścią prze­nik­nie przez szpa­rę w pod­ło­dze, zbie­rze się na su­fi­cie po­ni­żej i wresz­cie kap­nie – plusk! – na stół w ja­dal­ni aku­rat w mo­men­cie, gdy po­sta­wi­cie na nim przed głod­ny­mi go­ść­mi sa­łat­kę, sole meu­ni­ère i tar­tę cy­try­no­wą.

Za­zwy­czaj wody w zbior­ni­ku wy­star­cza na ja­kieś trzy i pół po­rząd­nych prysz­ni­ców z rzę­du pod ko­niec dnia, po pla­ży, kie­dy naj­bar­dziej ich po­trze­bu­je­cie. Poza tym woda szyb­ko na­grze­wa się po­now­nie. Mimo to ten, komu przy­pad­nie owo ostat­nie pół prysz­ni­ca, bę­dzie się czuł wy­sta­wio­ny do wia­tru, więc uwa­ża­my, że po­moc­na oka­że się ro­ta­cja „pierw­szej ką­pie­li” – przy­kła­do­wo: „Dziś jako pierw­szy bie­rze prysz­nic Da­vid! Wczo­raj run­dę roz­po­czy­nał Rory”. W ten spo­sób nikt nie za­mar­z­nie, a oso­ba z upodo­ba­niem oku­pu­ją­ca ła­zien­kę – a nie­wąt­pli­wie taka się tra­fi – szyb­ko na­uczy się umiar­ko­wa­nia.

(Uwa­ga do ro­dzeń­stwa, ku­zy­nów i ro­dzi­ców ta­kich ła­zien­ko­wych oku­pan­tów: kie­dy usły­szy­cie, że w ła­zien­ce leje się woda z kra­nu, mo­że­cie uznać za wska­za­ne roz­po­czę­cie zmy­wa­nia przy uży­ciu ogrom­nych ilo­ści go­rą­cej wody).

Ła­zien­ka. Znaj­du­je się na gó­rze. Obok se­de­su zo­ba­czy­cie pu­deł­ka z che­mi­ka­lia­mi do szam­ba, któ­re nada­dzą wszyst­kie­mu słod­ki za­pach. Na­le­ży umie­ścić dwa opa­ko­wa­nia w musz­li klo­ze­to­wej i spłu­kać.

Mimo to cza­sa­mi da się wy­czuć cha­rak­te­ry­stycz­ny mdlą­cy za­pach, jak­by wy­zie­wy uno­szą­ce się nocą, kie­dy cała wio­ska żyje za za­mknię­ty­mi drzwia­mi, a okna po­kry­wa­ją się mgieł­ką od tych wszyst­kich ko­lej­nych ką­pie­li. Na­le­ży igno­ro­wać ten odór, bo zwra­ca­nie na nie­go uwa­gi tyl­ko go za­chę­ca.

Tyl­ko dla ko­biet: za­uważ­cie, że w ła­zien­ce znaj­du­je się tyl­ko jed­no ma­leń­kie lu­ster­ko oraz w ca­łym domu nie ma żad­nych in­nych. Jest to ce­lo­we dzia­ła­nie dla wa­sze­go wła­sne­go do­bra. Mo­że­cie oczy­wi­ście myć twarz oraz cze­sać wło­sy rano i po pla­ży, poza tym jed­nak za­le­ca­my pie­lę­gno­wa­nie ty­po­we­go dla Bel­le-Île wy­glą­du swo­bod­ne­go spor­to­wo-nad­mor­skie­go za­nie­dba­nia, pa­su­ją­ce­go do opa­le­ni­zny Coco Cha­nel, nad któ­rą pra­cu­je­cie. To samo ty­czy się ubrań.

Ni­g­dy nie prze­bi­je­cie Fran­cu­zek w Pa­ry­żu, ale tu­taj wszy­scy ro­bią so­bie prze­rwę od nad­mier­nych sta­rań. Te ku­ror­to­we na­wy­ki – prze­bie­ra­nie się w nową kre­ację trzy razy dzien­nie – mo­że­cie spo­koj­nie za­wie­sić na koł­ku aż do po­wro­tu na sta­ły ląd. I pro­szę, za­po­mnij­cie o ob­ca­sach. Tra­dy­cyj­ne Bre­ton­ki nie bez po­wo­du no­si­ły drew­nia­ne sa­bo­ty. Nie chce­cie prze­cież ugrzę­znąć w bło­cie z po­wo­du szpi­lek od Ma­no­lo Blah­ni­ka. Ta­kie za­nie­dba­nie sta­no­wi osob­ny styl: le spor­tif.

Och, Min­dy mówi, że chy­ba zgłu­pia­łem, je­śli są­dzę, że Fran­cuz­ki się tu nie sta­ra­ją. A niech to… A te­raz pod­kre­śla, że nie za­po­mnia­ła tam­te­go lata, kie­dy to na­sza są­siad­ka, gwiazd­ka fil­mo­wa, po­ło­ży­ła swój ręcz­nik tuż obok mo­je­go, zdję­ła pun­kroc­ko­wy T-shirt i od­sło­ni­ła to okrop­ne czar­ne bi­ki­ni. Do­bra, do­bra – nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z tego, co się dzie­je, do­pó­ki, no wie­cie, się nie sta­ło… (No i nie mia­łem po­ję­cia, że pa­trzysz, skar­bie).

Tyl­ko dla męż­czyzn: je­śli ma­cie dzie­ci płci mę­skiej, do­brze by było, gdy­by ta­tuś za­de­mon­stro­wał, jak dzia­ła kla­pa od se­de­su czy też jak nie dzia­ła, kie­dy usi­łu­je­cie wy­si­kać się na sto­ją­co. W mo­men­cie, kie­dy aku­rat naj­mniej się tego spo­dzie­wa­cie – łup! – kla­pa opa­da jak gi­lo­ty­na.

Nie przej­muj­cie się, je­śli spar­ta­czy­li­ście tę pre­zen­ta­cję. Na­wet je­śli wasz syn za­cznie mo­czyć się w nocy, bo omal nie am­pu­to­wa­li­ście so­bie wła­sne­go człon­ka, ma­cie szczę­ście – nie bez po­wo­du Bel­le-Île bywa na­zy­wa­na „wy­spą psy­chia­trów”. W Kar­bor­dar­do­ué jest dwóch, ko­lej­ni trzej miesz­ka­ją w są­sied­nich wio­skach, a na pla­ży wszy­scy sia­da­ją ra­zem, co uła­twia za­się­gnię­cie nie­for­mal­nej po­ra­dy.

Ku­chen­ka/pie­kar­nik. We Fran­cji uży­wa się pro­pa­nu do go­to­wa­nia, co jest cie­ka­we, je­śli po­my­śleć o jego zna­ko­mi­tym ku­char­skim ro­do­wo­dzie i o tym, że w Ame­ry­ce zbior­nik z pro­pa­nem ko­ja­rzy się z gril­lem w ogro­dzie lub z pik­ni­kiem na par­kin­gu przed me­czem fut­bo­lo­wym.

Pod zle­wem znaj­du­je się nie­bie­ska bu­tla z pła­skim okrą­głym za­wo­rem na szczy­cie. Na­le­ży go od­krę­cić do koń­ca. Od­cze­kaj­cie mi­nut­kę i włącz­cie pal­nik, po czym przy­łóż­cie do nie­go na pró­bę za­pa­lo­ną za­pał­kę. Uwa­ga: na noc za­krę­ca­my bu­tlę ga­zo­wą. (Pew­nie to już ta­kie neu­ro­tycz­ne ame­ry­kań­skie po­dej­ście, ale kie­dy prze­czy­ta­cie o pie­kar­ni­ku, zro­zu­mie­cie nasz punkt wi­dze­nia).

Waż­na uwa­ga od­no­śnie pie­kar­ni­ka: nie­ste­ty, stał się on tak nie­prze­wi­dy­wal­ny, że mu­si­my po­wie­dzieć: sta­raj­cie się uni­kać uży­wa­nia go. Po­krę­tła nic nie zna­czą, więc mo­że­cie są­dzić, że go wy­łą­czy­li­ście, a on ra­do­śnie na­peł­nia się ga­zem.

Ist­nie­je przy­czy­na, dla któ­rej te gał­ki są za­wod­ne. Pew­ne­go po­po­łu­dnia Devo, star­szy ku­zyn na­sze­go syna Rory’ego, na­peł­nił ku­chen­kę ga­zem, za­nim za­pa­lił pie­kar­nik. Wy­buch, któ­ry w wy­ni­ku tego na­stą­pił, po­zba­wił go brwi i za­pusz­cza­nej wła­śnie ma­łej bród­ki. Wy­strze­lił tak­że po­krę­tła na całą kuch­nię. Na obro­nę Deva trze­ba po­wie­dzieć, że pró­bo­wał tyl­ko za­im­pro­wi­zo­wać piz­zę na cie­ście fran­cu­skim, któ­rej za­żą­dał Rory.

Rory wie­dział, jak się włą­cza ku­chen­kę, ale był zbyt le­ni­wy, żeby się zwlec z „pe-efa” (jest to skrót, któ­ry przy­ję­li­śmy dla „pie­przo­ne­go fo­te­la”, czy­li dla ma­łej ka­nap­ki jak dla la­lek, o któ­rą chłop­cy biją się każ­de­go dnia). Tak więc Rory dyk­to­wał De­vo­vi sto­sow­ne wska­zów­ki, wy­le­gu­jąc się na pe-efie niby ja­kiś mło­do­cia­ny Ka­li­gu­la, tak się jed­nak zło­ży­ło, że omi­nął część mó­wią­cą o na­tych­mia­sto­wym za­pa­le­niu za­pał­ki, aż upły­nę­ło parę mi­nut.

Min­dy i ja zo­sta­li­śmy po­tem rzecz ja­sna oskar­że­ni przez chłop­ców o to, że po­szli­śmy sur­fo­wać za­miast go­to­wać, jak po­win­ni­śmy byli na mocy Uni­wer­sal­ne­go Ro­dzi­ciel­skie­go Ko­dek­su Kar­ne­go. Zda­je mi się, że jed­no po­krę­tło wciąż jest gdzieś wbi­te w ścia­nę. Po­zo­sta­łe dyn­da­ją na ku­chen­ce i tyl­ko uda­ją, że dzia­ła­ją.

(Słu­chaj­cie, usi­łu­je­my na­pra­wić ten pie­kar­nik od trzech lat, ale fa­chow­cy ja­koś za­wsze mają co in­ne­go na gło­wie – cho­ciaż­by tę gwiazd­kę fil­mo­wą, słyn­ną z mor­do­wa­nia twar­dzie­li i no­sze­nia ga­tek z czar­ne­go błysz­czą­ce­go wi­ny­lu, któ­ra stra­szy w tym upior­nie bia­łym zam­ku za wio­ską).

Aha, prze­pis na piz­zę z kieł­ba­są cho­ri­zo z wy­ko­rzy­sta­niem go­to­we­go cia­sta z su­per­mar­ke­tu (nie cia­sta fran­cu­skie­go – Devo im­pro­wi­zo­wał) znaj­du­je się w szu­fla­dzie z no­ża­mi. Z ko­lei prze­pi­sy na słyn­ną cze­ko­la­do­wą pił­kę fut­bo­lo­wą Min­dy i na na­le­śni­ki Ma­da­me Mor­ga­ne są w szu­fla­dzie z fo­lią alu­mi­nio­wą i kor­ko­cią­giem. Uwa­ga: ta nie­zno­śnie go­rą­ca, trzę­są­ca się i roz­pa­da­ją­ca ko­lej­ka, któ­rą je­cha­li­ście dzi­siaj na czu­bek pół­wy­spu, gdzie znaj­du­je się przy­stań dla pro­mów, na­zy­wa się le tire-bo­uchon. Kor­ko­ciąg. Spryt­nie, co?

In­nych prze­pi­sów nie ma, książ­ki ku­char­skiej też nie. Po pro­stu ku­puj­cie do­bre lo­kal­ne pro­duk­ty i go­tuj­cie. Uży­waj­cie ma­sła do ja­jek i soli, a oli­wy do wszyst­kie­go in­ne­go, nie­waż­ne, czy to zwie­rzę, ro­śli­na czy mi­ne­rał. A je­śli znaj­dzie­cie tor­bę świe­żych sar­dy­nek pod drzwia­mi, nie za­da­waj­cie żad­nych py­tań – pędź­cie pro­sto do gril­la.

Ko­mi­nek. Dzia­ła spraw­nie. Kie­dy ku­po­wa­li­śmy ten dom, był to bo­daj je­dy­ny po­zy­tyw w oczach na­sze­go są­sia­da Franc­ka. Tak czy owak, nie do­kła­daj­cie za dużo do ognia, zwłasz­cza na po­cząt­ku, żeby dym zdą­żył po­le­cieć w górę ko­mi­na i wy­su­szyć go po dłu­giej zi­mie. Ogień w ko­min­ku po ca­łym dniu na pla­ży to miła spra­wa. Nie bój­cie się prze­ko­nać o tym na wła­snej skó­rze. W prze­ci­wień­stwie do pro­pa­nu, drew­no pali się bez nie­spo­dzia­nek, w prze­wi­dy­wal­nym tem­pie.

P.S. Grill na­le­ży wy­sta­wić z ko­min­ka na pra­wą stro­nę domu, tam, gdzie bia­ła ścia­na sty­ka się z szorst­kim ka­mien­nym mu­rem szo­py. W tym miej­scu wła­śnie przez całe lato gril­lu­je­my te sar­dyn­ki, któ­re zna­leź­li­ście na pro­gu, po­dob­nie jak ko­tle­ty ja­gnię­ce z mię­sa lo­kal­nych ja­gniąt, pa­sia­ste bas­sy, ma­kre­le, kieł­ba­ski mer­gu­ez i chi­po­la­ta. Wy też mo­że­cie to zro­bić!

P.P.S. Ro­wer też na­le­ży wy­do­stać z ko­mi­na, za­nim za­cznie­cie roz­pa­lać. Je­śli uda wam się umo­co­wać łań­cuch tak, żeby nie spa­dał, mo­że­cie śmia­ło na nim jeź­dzić. Nie py­taj­cie, dla­cze­go tam go trzy­ma­my. To opo­wieść na inną oka­zję.

Ryzykowne atrakcje

To dzi­ka i su­ro­wa wy­spa, co sta­no­wi część jej uro­ku. Nie je­ste­śmy bo­ją­cy­mi dud­ka­mi, ale pew­ne miej­sca, sy­tu­acje, pły­wy i wa­run­ki oce­anicz­ne omi­ja­my sze­ro­kim łu­kiem. Na przy­kład tę pięk­ną roz­le­głą pla­żę: na Don­nant przy­pływ się­ga sied­miu me­trów, a kie­dy woda wzbie­ra, po­ja­wia­ją się ogrom­ne grzy­wa­cze, któ­rym sta­wić czo­ło zdo­ła­ją tyl­ko mi­strzo­wie – dziec­ko lub sła­by pły­wak mogą mieć kło­po­ty. Lu­dzie tam toną. A je­śli cho­dzi o tę gi­gan­tycz­ną, głę­bo­ką na trzy­dzie­ści me­trów pod­mor­ską ja­ski­nię za­zna­czo­ną na wszyst­kich ma­pach tu­ry­stycz­nych, Grot­te de L’Apo­thi­ca­ire­rie, zy­ska­ła pocz­tów­ko­wą re­no­mę ze wzglę­du na wy­jąt­ko­we pięk­no – a tak­że na to, że co roku po­chła­nia paru tu­ry­stów.

Na wrzo­so­wi­skach nie bra­ku­je kol­co­li­stów i ostów, któ­re mogą po­rwać wam kost­ki na strzę­py. Zu­peł­nie jak w Psie Ba­ske­rvil­le’ów jest tu parę skal­nych otwo­rów od­pły­wo­wych, w tym je­den głę­bo­ki na trzy­dzie­ści me­trów, Le Trou de Va­zen. Kli­fy od stro­ny Côte Sau­va­ge, Dzi­kie­go Wy­brze­ża, są bar­dzo stro­me i ostre. Po­nie­waż jest tam tyle za­to­czek i grot ku­szą­cych was z góry, ła­two moż­na so­bie wy­obra­zić, że wy­star­czy zejść na dół po tych ska­li­stych że­ber­kach i zro­bić so­bie ro­man­tycz­ny pik­nik na od­lu­dziu. No cóż, gdzie­nie­gdzie to się może udać, gdzie in­dziej nie. Więc pil­nuj­cie swo­ich dzie­ci na skra­ju Côte Sau­va­ge. I nie trać­cie zdro­we­go roz­sąd­ku, za­chwy­ca­jąc się tymi osza­ła­mia­ją­cy­mi wi­do­ka­mi z góry; tu jest na­praw­dę wy­so­ko i bar­dzo ła­two o upa­dek.

Ja­kie inne ry­zy­kow­ne atrak­cje cze­ka­ją tu na was? Żony, zro­zu­mia­ły­ście alu­zję do gwiazd­ki fil­mo­wej? Chło­py, na­przód patrz! Nie roz­dzia­wiać ust i wcią­gnąć brzu­chy. Nie pro­po­nuj­cie jej po­mo­cy do­mo­wej. Ko­bit­ki, je­śli ma­rzy wam się mała ze­msta, spró­buj­cie flir­tu à la fra­nça­ise. Po­dob­no przy­jeż­dża tu­taj John­ny Depp, a jego dziew­czy­na na pew­no od­wró­ci wzrok. (W koń­cu jest Fran­cuz­ką, praw­da?). O ro­man­tycz­ne rady mo­że­cie po­pro­sić ko­bie­tę o wy­glą­dzie Cy­gan­ki, któ­ra krą­ży po wio­sce o zmierz­chu, cała w pa­ste­lo­wych wo­alach ni­czym eme­ry­to­wa­na wer­sja Ste­vie Nicks. Była ko­chan­ką Mar­lo­na Bran­do. Se­rio.

Po­wi­nie­nem tak­że wspo­mnieć o by­kach. Wy­glą­da na to, że we fran­cu­skich rol­ni­ków wstą­pił duch ry­wa­li­za­cji lub też po­czu­li się za­gro­że­ni w swym sta­tu­sie i za­czę­li ku­po­wać byki roz­pło­do­we, za­miast po­le­gać na sztucz­nym za­płod­nie­niu. Rzecz w tym, że owi rol­ni­cy by­wa­ją co­kol­wiek nie­fra­so­bli­wi, je­śli cho­dzi o dba­łość o swo­je ła­god­nie na­elek­try­zo­wa­ne ogro­dze­nia; czę­sto są to zresz­tą sła­be po­je­dyn­cze dru­ty, ła­do­wa­ne aku­mu­la­to­rem sa­mo­cho­do­wym.

Wiem, że ta prze­stro­ga może się wam wy­dać moc­no na wy­rost, ale je­śli za­uwa­ży­cie, że wiel­kie pry­cha­ją­ce by­dle z ostry­mi ro­ga­mi wy­ka­zu­je czyn­ne za­in­te­re­so­wa­nie wami lub wa­szą czer­wo­ną wia­trów­ką, jak to się kie­dyś przy­da­rzy­ło mnie, naj­roz­sąd­niej by­ło­by wiać w te pędy, zdej­mu­jąc rów­no­cze­śnie wy­żej wspo­mnia­ną wia­trów­kę i rzu­ca­jąc ją na ja­kiś krzak, sa­me­mu zaś sko­czyć do głę­bo­kie­go wą­wo­zu peł­ne­go kol­cza­stych je­żyn. Ja prze­ży­łem tę przy­go­dę, więc może i wam się uda.

Zobaczmy… Czy o czymś nie zapomniałem?

A, tak… Za na­szym do­mem dro­ga skrę­ca w lewo i prze­cho­dzi w tu­nel drzew oraz usia­ny li­ść­mi pod­jazd. Gdy bę­dzie­cie iść pod górę po­mię­dzy wy­so­ki­mi prze­ry­wa­ny­mi ży­wo­pło­ta­mi, nie­wąt­pli­wie nie­co oszo­ło­mie­ni po­dró­żą i nad­mia­rem wra­żeń, przy­cią­ga­ni za­cho­dem słoń­ca lub też, wcze­snym ran­kiem, po­py­cha­ni ła­god­nie w ple­cy cie­płą mi­go­tli­wą dło­nią wscho­dzą­ce­go słoń­ca, uwa­żaj­cie na czer­wo­ny sznu­rek. Je­śli zo­ba­czy­cie, że coś ta­kie­go za­gra­dza wam dro­gę, nie idź­cie ani kro­ku da­lej.

Gdzieś w po­bli­żu znaj­du­je się łucz­nicz­ka zen, mie­rzą­ca wła­śnie z trzy­me­tro­we­go kle­jo­ne­go war­stwo­wo łuku ky­udo. Jest cała ubra­na na bia­ło, ma czar­ną szar­fę i czer­wo­ną opa­skę na gło­wę. Przed każ­dym strza­łem me­dy­tu­je czter­dzie­ści mi­nut. Nie wi­dzi was ani nie sły­szy, wpa­trzo­na jest w ma­leń­ką bia­łą pa­pie­ro­wą tar­czę, przy­pię­tą w od­le­gło­ści czter­dzie­stu me­trów.

Cze­kaj­cie.

Cze­kaj­cie.

Cze­kaj­cie na stu­kot tra­fie­nia. Albo na świst prze­la­tu­ją­cej strza­ły.

Po­tem mo­że­cie iść da­lej. Nie za­trzy­muj­cie się, żeby się przed­sta­wić. Gwe­ned wła­śnie to­czy woj­nę z ra­kiem, a to po­waż­na spra­wa, do­słow­nie kwe­stia ży­cia i śmier­ci. Ma jesz­cze jed­ną strza­łę do wy­cią­gnię­cia i wy­strze­le­nia tego dnia, wa­sze­go pierw­sze­go w Ker­bor­dar­do­ué. Wierz­cie mi, nie chce­cie wejść Gwe­ned w dro­gę.

Nagłe wypadki

Po­li­cja. To nie do koń­ca praw­da, że na Bel­le-Île nie ma po­li­cji. La­tem dwóch czy trzech żan­dar­mów za­wsze śmi­ga po ron­dzie w Le Pa­la­is w nie­bie­skich land ro­ve­rach, wy­pi­su­jąc man­da­ty i spraw­dza­jąc pla­kiet­ki z nor­ma­mi emi­sji spa­lin oraz do­wo­dy re­je­stra­cyj­ne po­jaz­dów. Pa­mię­taj­cie o za­pię­ciu pa­sów bez­pie­czeń­stwa – ich brak to gwa­ran­to­wa­ny man­dat. W Ko­dek­sie Na­po­le­ona nie ma li­to­ści dla tych, któ­rzy nie za­pi­na­ją pa­sów.

Na Bel­le-Île po­li­cja na­praw­dę jest nie­po­trzeb­na, bo nie ma tu prze­stęp­czo­ści. No do­bra, parę lat temu ja­kiś pod­stęp­ny zło­dziej buch­nął mi wę­giel do gril­la i to nie raz, a dwa razy. To do­pie­ro in­try­ga na mia­rę Aga­thy Chri­stie!

Ale praw­dzi­wa prze­stęp­czość? Bar­dzo nie­wie­le. Och, oczy­wi­ście wszy­scy mamy swo­je opo­wie­ści o ulu­bio­nych mor­der­stwach, za­rów­no tych wy­ja­śnio­nych, jak i nie­wy­ja­śnio­nych, ale to są tyl­ko opo­wie­ści i wy­spiar­skie plot­ki. (Nie­udo­wod­nio­na po­zo­sta­je zwłasz­cza po­gło­ska o tu­ry­stach przy­jeż­dża­ją­cych tu, żeby za­mor­do­wać swo­je mat­ki. Cała masa psy­chia­trów spę­dza­ją­cych lato na wy­spie uwa­ża za bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że ta myśl po­ja­wia się do­pie­ro po przy­by­ciu, naj­pew­niej po przej­rze­niu menu na zam­ku nad mo­rzem i zo­rien­to­wa­niu się, że nie mogą so­bie obo­je po­zwo­lić na ho­ma­ra).

Ist­nie­je tak­że nie­wi­dzial­na, ale po­noć bar­dzo ak­tyw­na siat­ka prze­myt­ni­cza, wy­ko­rzy­stu­ją­ca szyb­kie ło­dzie mo­to­ro­we, któ­re kur­su­ją wzdłuż wy­brze­ża od Por­tu­ga­lii po Korn­wa­lię i wy­mie­nia­ją ła­dun­ki eks­ta­zy, ha­szy­szu i ko­ka­iny, prze­wo­żąc jed­no­cze­śnie nie­le­gal­nych imi­gran­tów z pół­noc­nej Afry­ki. To, co i skąd o tym wiem, le­piej za­cho­wać na inną oka­zję i opo­wie­dzieć nad ku­flem piwa w ha­ła­śli­wym ba­rze dla ma­ry­na­rzy na na­brze­żu Le Pa­la­is. (A po­tem, gdy chwiej­nym kro­kiem bę­dzie­my wra­cać do domu, roz­pły­nie­my się we mgle. Przy­pad­ko­wi świad­ko­wie usły­szą gło­śny plusk, ale ni­cze­go nie zo­ba­czą, a na­sze cia­ła ni­g­dy nie zo­sta­ną od­na­le­zio­ne). Ogól­nie rzecz bio­rąc, nie bę­dzie­cie po­trze­bo­wa­li po­li­cji. Teo­re­tycz­nie.

Straż po­żar­na. Na­to­miast je­śli zda­rzy się wam ja­kiś na­gły wy­pa­dek, dzwoń­cie do stra­ży po­żar­nej, czy­li Les Pom­piers. Oni zaj­mu­ją się wszyst­kim, w tym rów­nież wzy­wa­niem po­go­to­wia, ra­tow­ni­ków czy he­li­kop­te­ra ra­tun­ko­we­go. Je­śli ktoś wy­sa­dzi dom w po­wie­trze, uży­wa­jąc pie­kar­ni­ka na pro­pan, wpad­nie do stud­ni, zła­mie nogę albo uwięź­nie w wą­wo­zie peł­nym je­żyn, niech wzy­wa Les Pom­piers.

Czy mam ich nu­mer? Nie. My w ogó­le nie mamy te­le­fo­nu.

O te­le­fo­nach. Pa­mię­taj­cie, że przy­je­cha­li­ście tu na wa­ka­cje, ale je­śli na­praw­dę mu­si­cie za­dzwo­nić gdzieś z ko­mór­ki, bę­dzie­cie mu­sie­li pod­je­chać sa­mo­cho­dem, ro­we­rem albo pójść pie­cho­tą do głów­nej dro­gi, usta­wić się przy dwóch men­hi­rach, tych sto­ją­cych gła­zach sprzed pię­ciu i pół ty­sią­ca lat, i wy­ma­chi­wać pię­ścią (trzy­ma­ją­cą ko­mór­kę, ma się ro­zu­mieć) w kie­run­ku nie­ba, prze­kli­na­jąc przy tym siar­czy­ście. To w każ­dym ra­zie naj­wy­raź­niej dzia­ła w przy­pad­ku pa­ry­żan.

Och, i pa­mię­taj­cie, żeby stać twa­rzą w kie­run­ku wschod­nim – nie z ja­kichś mi­stycz­nych czy re­li­gij­nych po­wo­dów, ale dla­te­go, że tam wła­śnie znaj­du­je się naj­bliż­szy prze­kaź­nik.

Kwe­stie zdro­wot­ne. Pani dok­tor Pley­bien, któ­rą mo­że­my po­le­cić w głów­nym mie­ście, Le Pa­la­is, to ener­gicz­na, peł­na we­rwy oso­ba, o du­żym ape­ty­cie in­te­lek­tu­al­nym i ero­tycz­nym, któ­ry tak mała wy­spa może tro­chę ogra­ni­czać. Wspo­mi­nam o tym dla­te­go, że nie­ste­ty rzu­ci­ła prak­ty­kę le­kar­ską w dia­bły i po­pły­nę­ła w rejs mie­rzą­cym dwa­dzie­ścia me­trów slu­pem z ca­łym ha­re­mem po­ten­cjal­nych chło­pa­ków. Po­dej­rze­wam, że zo­sta­wia za sobą kil­wa­ter zła­ma­nych serc i roz­bi­tych mał­żeństw.

A tak w ogó­le, je­śli bę­dzie­cie po­trze­bo­wa­li kon­sul­ta­cji le­kar­skiej, za­py­taj­cie w ap­te­ce w mie­ście. My­ślę, że mogę was za­pew­nić, iż uzna­cie fran­cu­ski sys­tem opie­ki zdro­wot­nej za re­we­la­cję.

Och, a je­śli bę­dzie­cie po­trze­bo­wa­li psy­chia­try? Po pro­stu za­pu­kaj­cie do któ­rych­kol­wiek drzwi w wio­sce. Ist­nie­je duże praw­do­po­do­bień­stwo, że ja­kie­goś znaj­dzie­cie. Albo jesz­cze le­piej znajdź­cie ja­kie­goś miesz­kań­ca, któ­ry tyl­ko cze­ka na to, żeby za­pro­sić ko­goś na kawę i miłą dłu­gą po­ga­węd­kę. To może być bar­dzo krze­pią­ce, na­wet je­śli nie mó­wi­cie po fran­cu­sku. Ja nie mó­wi­łem, w każ­dym ra­zie nie­wie­le, przez dłu­gi czas – i spójrz­cie na mnie te­raz. No, w każ­dym ra­zie mi­nę­ło ład­nych parę lat, od­kąd za­pro­po­no­wa­łem ko­muś, że obe­tnę mu pe­ni­sa, bę­dąc świę­cie prze­ko­na­ny, że pro­po­nu­ję sko­sze­nie traw­ni­ka…

A te­raz, gdy to wszyst­ko zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, wi­taj­cie w Ker­bor­dar­do­ué, naj­pięk­niej­szej wio­sce na ma­gicz­nej Bel­le-Île! Tyl­ko nie do­ty­kaj­cie tej czer­wo­nej rącz­ki na boj­le­rze z go­rą­cą wodą.

Rozdział pierwszy

Far breton

Dzień jak co dzień w Kerbordardoué

Wsta­ję o ósmej, przed in­ny­mi. La­tem na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej słoń­ce nie za­cho­dzi przed wpół do dzie­sią­tej albo i dzie­sią­tą, więc mam po­czu­cie, że jest jesz­cze wcze­śnie. Roz­ko­szu­jąc się ci­szą i po­ru­sza­jąc się ni­czym bre­toń­ski nin­ja, na­sta­wiam wodę, za­pa­lam ku­chen­kę ga­zo­wą, po ci­chu myję kie­lisz­ki do wina, ta­le­rzy­ki de­se­ro­we i pu­ste bu­tel­ki z ubie­głe­go wie­czo­ru. Ostroż­nie otwie­ram okno na­prze­ciw­ko ja­dal­ne­go sto­łu. Ol­brzy­mi…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział drugi

Le Grand Detour (rok zerowy)

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzeci

Trzecia wyspa

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czwarty

Pierwszy rzut oka

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział piąty

Dom za granicą: cztery łatwe listy

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział szósty

Letnie plany

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Zobaczyć i uwierzyć

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Francuski styl regulacyjny

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

Czarna księga

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Francuski impas

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Podopieczni wioski

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

Gra w Nie

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

Belle-Île-en-Hudson

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czternasty

Kto kradnie drogę?

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

Kto zabija różę?

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział szesnasty

Ekipa marzeń

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział siedemnasty

Rodzicielska pułapka

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział osiemnasty

Sola solo

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziewiętnasty

La Chienne

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty

Beau temps

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty pierwszy

La Fontaine Wallace

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty drugi

Trop beau

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty trzeci

Ankou

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty czwarty

Ostatnia kąpiel we wrześniu

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwudziesty piąty

Starszyzna wioski

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Od autora

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Materiały źródłowe

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

O autorze

Don Wal­la­ce uro­dził się w Long Be­ach w Ka­li­for­nii, a więk­szość ży­cia spę­dził, pra­cu­jąc jako dzien­ni­karz i re­dak­tor w No­wym Jor­ku i Ho­no­lu­lu – oczy­wi­ście, je­śli aku­rat nie prze­by­wał we Fran­cji. Jest au­to­rem czte­rech ksią­żek, w tym po­wie­ści Hot Wa­ter (Go­rą­ca woda) oraz One Gre­at Game: Two Te­ams, Two Dre­ams, in the First-Ever High Scho­ol Fo­ot­ball Na­tio­nal Cham­pion­ship Game (Wspa­nia­ły mecz: dwie dru­ży­ny, dwa ma­rze­nia, pod­czas pierw­szych kra­jo­wych mię­dzysz­kol­nych mi­strzostw fut­bo­lo­wych). Jego ese­je, ar­ty­ku­ły i frag­men­ty pro­zy były pu­bli­ko­wa­ne w roz­ma­itych cza­so­pi­smach, ta­kich jak „Har­per’s”, „The New York Ti­mes”, „SELF”, „Fast Com­pa­ny”, „Wine Spec­ta­tor” i „Na­val Hi­sto­ry”. Naj­śwież­sze do­nie­sie­nia z Bel­le-Île-en-mer moż­na śle­dzić na blo­gu au­to­ra: Don­Wal­la­ce­Fran­ce­Blog.tum­blr.com.