Tłumacz z Darfuru - Daoud Hari - ebook
Opis

Wspomnienia opowiedziane Dennisowi Michaelowi Burke'owi i Megan M. McKenna

Po tym jak w roku 2003 roku Arabowie, wspierani przez rząd Sudanu, zaczęli regularnie napadać i mordować mieszkańców niearabskich wiosek, Daoud Hari uciekł do Czadu. Tam zmienił nazwisko i został tłumaczem oraz przewodnikiem dziennikarzy chcących dostać się do ogarniętego wojną Sudanu. Ale współpraca z zagranicznymi reporterami narażała go na realne niebezpieczeństwo. W 2006 roku razem z nagrodzonym Pulitzerem dziennikarzem Paulem Salopkiem oraz ich kierowcą został porwany i skazany przez sudański sąd za szpiegostwo. O sprawiedliwy proces i uwolnienie tłumacza oraz jego towarzyszy zabiegali międzynarodowi przywódcy, przedstawiciele dyplomacji i gwiazdy showbiznesu.

Tłumacz z Darfuru” to przerażające świadectwo terroru, trudna, ale ważna opowieść o nienawiści narodowościowej. To także nieustannie powracające pytania o źródło tych wydarzeń.

Daoud Hari zdecydował się opisać tę historię, żeby opowiedzieć światu o tragedii w Sudanie i pomóc tym, dla których jest jeszcze szansa na ratunek.

Daoud Hari widział piekło na własne oczy. W Sudanie spotkał ludzi, w których sercach nie było już nadziei – odebrały ją im naloty rządowych samolotów oraz bezwzględni dżandżawidzi terroryzujący wsie. A jednak próbuje przywrócić im nadzieję. Opowiada o ich tragedii światu – wnikliwie, jasno, z empatią i szacunkiem.” Konrad Gadera, Konflikty.pl

„Hari często pomimo okropności potrafi mówić łagodnie i miękko […]. Instynkt przetrwania pomaga mu żyć dalej i się doskonalić.” „Newsweek”

„„Tłumacz z Darfuru” to prawdopodobnie największa „mała” książka w historii. Na zaledwie dwustu stronach prostej, przejrzystej opowieści Hari opisuje ludobójstwo w Darfurze lepiej, wyraźniej i bardziej przejmująco niż autorzy wielu reporterskich i akademickich książek.” „The Washington Post Book World”

„Nasz bohater (a niewielu narratorów bardziej zasługuje na to miano) opisuje swoje przygody prostym, lecz barwnym językiem. […] Optymistyczne nastawienie Hariego i jego wiara w ludzką dobroć – mimo że uzbrojeni po zęby ludzie wiele razy starali się tę wiarę zachwiać – ubarwiają książkę, która mogłaby być bardzo ponura.” „Entertainment Weekly”

„Zdarza się, że piękno wyrasta z najokropniejszych okoliczności – tak też jest z tą książką. […] Ona w niezwykły sposób pozwala zrozumieć, jak cenne jest życie.” „GO Magazine”

„Książka Daouda Hariego to niezwykły zapis ludzkiej siły i moralności. […] wstrząsająca, a zarazem pełna nadziei relacja o ludobójstwie w Sudanie, opowiedziana przez jednego z odważnych mieszkańców, który umożliwił upartym dziennikarzom zaalarmowanie świata o potwornościach, jakie się tam rozgrywają.” „Kirkus Review”

„Daoud pisze pięknie i prosto, ukazując siłę człowieka zaangażowanego w opowiadaną historię.” „Booklist”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 183

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Daoud Hari

Tłumacz z Darfuru

Wspomnienia opowiedziane Dennisowi Michaelowi Burke’owi i Megan M. McKennie

Przełożyła Hanna Jankowska

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w  internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i  koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Per-Anders Pettersson / Getty Images

Copyright © by Daoud Hari, 2008

This translation published by arrangement with Random House, a division of Penguin Random House LLC

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2018

Copyright © for the Polish translation by Hanna Jankowska, 2018

Redakcja Marta Höffner

Korekta Małgorzata Torczyńska / d2d.pl, Jadwiga Makowiec / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-752-8

Mojej Matce i wszystkim kobietom z Darfuru

Wstęp

Jest takie afrykańskie powiedzenie: „Jeśli Bóg musi ci złamać nogę, to przynajmniej nauczy cię kuśtykać”. Ta książka to takie moje kuśtykanie, skromna relacja, w której nie sposób przytoczyć wszystkich historii wartych opowiedzenia. W Darfurze wiele widziałem i nasłuchałem się o wielu rzeczach, które złamały mi serce. Przekazuję wam te historie, ponieważ wiem, że większość ludzi chce, by inni również żyli w przyzwoitych warunkach, a kiedy pojmą, jak się sprawy mają, z całą mocą postarają się pokierować światem tak, aby przywrócić w nim dobroć. To właśnie uważam w ludziach za najbardziej godną podziwu cechę.

Jeśli wiecie, gdzie na mapie znajduje się Egipt, to zaraz pod nim leży Sudan. Jego zachodnia część to Darfur, krai­na wielkości Francji lub Teksasu. Jeśli nie liczyć kilku gór, składa się z wielu rozległych równin porośniętych niskimi drzewkami i ciernistymi zaroślami i poprzecinanych piaszczystymi korytami uedów – rzek sezonowych.

Żyłem w Darfurze ze swoją rodziną do chwili ataku na naszą wieś. Należymy do ludu Zaghawa. To mieszkające w wioskach plemiona pasterskie. Nasze okrągłe chaty z trawy są duże i mają spiczaste dachy, które podczas deszczu bardzo ładnie pachną. Moje dzieciństwo było pełne szczęśliwych przygód, tak samo jak wasze. Wy zapewne mieliście rowery, a później pierwsze samochody, a ja wielbłąda o imieniu Kelgi, którego bardzo kochałem i potrafiłem skłonić do szybkiego biegu. W zimne noce wolno mu było wchodzić do chaty. Nikt nie protestował.

My, lud Zaghawa, nie jesteśmy Arabami, ale obok nas żyło wielu arabskich koczowników, których z dzieciństwa pamiętam jako przyjaciół. Ojciec zabierał mnie na biesiady do ich namiotów, a oni biesiadowali u nas.

Dar oznacza ziemię. Fur to nazwa rolniczego ludu mieszkającego dalej na południu. W XVI wieku jeden z przywódców Furów władał całym regionem i stąd pochodzi nazwa tej krainy.

Jak być może wiecie, w ostatnich latach zginęły setki tysięcy moich rodaków. Dwa i pół miliona wegetuje w obozach dla uchodźców albo ukrywa się z dala od ludzi w dolinach na pustyni. Wyjaśnię, dlaczego tak się dzieje. Jeśli pragniecie poznać więcej szczegółów, to przedstawiam je w dodatku na końcu książki.

Świat może się przeciwstawić ludobójstwu w jeden tylko sposób: musi zapewnić mieszkańcom Darfuru możliwość powrotu do domów i ochronę. Jeśli pozwoli, by na zawsze zostali usunięci ze swojej ziemi, ludobójstwo będzie mogło zdarzyć się wszędzie, uzna się je bowiem za sku­teczną ­metodę działania. A do tego nie wolno dopuścić. Ludzie z Darfuru powinni jak najszybciej wrócić do swojego kraju.

Piszę tę książkę dla nich i dla tego dnia, który kiedyś nastąpi. Dla pewnej kobiety i jej trojga dzieci przebywających już w niebie, dla pewnego mężczyzny i jego córki w niebie, dla mojego ojca i braci w niebie oraz dla tych, którzy jeszcze pozostali i mogliby na ziemi przeżyć piękne życie.

Piszę też dla kobiet i dziewcząt z Darfuru. Widzieliście ich twarze spowite w szale o pięknych barwach, wiecie to i owo o ich cierpieniach, ale te kobiety nie są takie, jak sobie wyobrażacie. Choć spotkało i spotyka je wiele krzywd, częściej są bohaterkami niż ofiarami. Na przykład moja ciotka Joyar była słynną wojowniczką. Ubierała się jak mężczyzna, walczyła ze złodziejami wielbłądów i arabskim wojskiem, dla sportu mocowała się z mężczyznami – i zawsze wygrywała. Wyszła za mąż dopiero po czterdziestce, przedtem nie chciała. Dedykuję tę książkę mojej Matce, która jako młoda kobieta przez cały dzień, całą noc i całe rano broniła naszego bydła i owiec przed stadem atakujących lwów, odstraszając je wyłącznie siłą swego głosu i waleniem w dwa kije. Siłę jej głosu i ja dobrze poznałem.

Koło mojej wsi znajduje się piękna góra, którą nazywaliśmy Wioską Boga. Choć w naszych okolicach zarówno rdzenni Afrykanie, tacy jak ja, jak i arabscy nomadzi wyznają islam, nasi rodacy, zwłaszcza młodzi, od dawien dawna wspinali się na tę górę, żeby w zagłębieniach między skałami składać drobne ofiary. Zanosili tam mięso, proso i polne kwiaty oraz listy do Boga, w których Mu dziękowali albo o coś prosili. Te dary i listy składano tam na długo, długo przedtem, nim zawitały do nas nowsze religie. Młody mężczyzna lub młoda kobieta proszą w liście, żeby wybrano im określoną partnerkę lub partnera. Ktoś inny prosi o uzdrowienie dziadka albo o pomyślną porę deszczową, o piękne wesele i udane małżeństwo. Bywają też prośby o to, żeby następny rok okazał się szczęśliwy dla wszystkich mieszkańców wioski u stóp góry. A więc, Panie Boże: sercem jestem teraz tam, składam tę książkę na Twojej górze i Tobie ją ofiaruję. Proszę Ciebie pod wszystkimi Twoimi imionami, proszę naszą pradawną Matkę Ziemię, wszystkich Proroków, mędr­ców i mędrczynie, duchy nieba i ziemi o pomoc w potrzebie.

Tobie zaś, czytelniku, bardzo dziękuję za to, że wybierasz się w tę podróż. To oczywiście przygnębiająca opowieść, ale jest w niej wiele fragmentów, które – jak sądzę – zaskoczą cię i będziesz naprawdę zadowolony, że mi towarzyszysz.

Historia, którą tu opowiadam, oparta jest na moich wspomnieniach z bardzo trudnych czasów pełnych zamętu. Starałem się, jak mogłem, odtworzyć szczegóły swoich przeżyć i dokładnie je tutaj przedstawić, najlepiej, jak pamiętam. Dziękuję tym, którzy pomogli mi się skupić i od czasu do czasu korygowali moją relację. Rzecz jasna, dwóch ludzi nigdy nie zobaczy tego samego zdarzenia w identyczny sposób. Wiem, że inni będą mieli swoje historie do opowiedzenia. A z tych wszystkich opowieści złoży się cała prawda o tragedii Darfuru.

1 Telefon z drogi

Z pewnością zdajecie sobie sprawę, jakie znaczenie może mieć dobry zasięg telefonu. Pędziliśmy przez rozpaloną afrykańską pustynię porysowanym i ubłoconym land cruiserem, który tydzień wcześniej był o wiele bielszy. Nasz kierowca, pochodzący jak ja z jednego z darfurskich plemion, lawirował między ciernistymi zaroślami akacji, sprawnie operując biegami podczas jazdy po głębokim piasku kolejnych wąwozów, które nazywamy uedami, i przelatując nad wybojami – nie ma tu bowiem dróg godnych, by nazwać je drogami. Młody filmowiec z Wielkiej Brytanii Philip Cox, ulokowany na tylnym siedzeniu, dzielnie wytrzymywał tę jazdę, podczas której podskakiwaliśmy pod sufit, a wieziony przez nas ładunek łomotał, brzęczał i chlupotał. Philip, weteran obeznany z tymi pustyniami, był w dobrym humorze, choć od tygodnia rozbijał się po zakurzonych drogach i przeprowadził już wiele wyczerpujących emocjonalnie wywiadów. Ci, którzy przeżyli, opowiadali nam, jak ludzie z pochodniami, uzbrojeni w karabiny maszynowe, otaczali nocą wsie, zabijali mężczyzn, kobiety i dzieci, palili mieszkańców żywcem w typowych dla Darfuru chatach z trawy. Opowiadali o gwałceniu i okaleczaniu młodych dziewcząt, o egzekucjach młodych mężczyzn, których zabijano maczetami – czasem osiemdziesięciu z rzędu.

Człowiek nie może pozostać obojętny, ale nie ustaje w działaniu, bo nasza praca polega na przekazywaniu światu takich opowieści. I my nie ustawaliśmy.

Byłem tłumaczem i przewodnikiem Philipa. Miałem zadbać, żebyśmy wrócili z tej wyprawy cali i zdrowi. Kilka razy na godzinę dzwoniłem do dowódców grup rebelianc­kich albo Narodowej Armii Czadu i pytałem, czy możemy przejechać tą lub tamtą drogą, żeby uniknąć potyczki albo innych kłopotów. Zgromadziłem pokaźny zbiór numerów telefonicznych i dlatego wielu reporterów chciało właśnie ze mną jeździć do Darfuru. Nie wiem, skąd Philip wziął numer mojej komórki – może dostał w ambasadzie Stanów Zjednoczonych, może w Departamencie Stanu, w ambasadzie brytyjskiej, od wysokiego komisarza ONZ do spraw uchodźców, a może od którejś z organizacji pomocowych lub zbrojnego ugrupowania. Wyglądało na to, że już wszyscy znają mój telefon. Na pewno nie dostał go od władz sudańskich – podlegli im żołnierze zabiliby mnie, ­gdyby mnie przyłapali na przemyceniu reportera do Darfuru.

Te rozmowy przez telefon satelitarny, a czasami przez komórki, często kończyły się stwierdzeniem któregoś z dowód­ców: „Jeśli tu wjedziecie, czeka was śmierć, bo dzisiaj walczymy z tymi i tymi”. Wtedy szukaliśmy innej drogi.

Jeśli jedno z rebelianckich ugrupowań dowie się, że kontaktowałeś się z innym, może cię uznać za szpiega, choć pracujesz tylko dla dziennikarza i po to, żeby przekazać relację – rebeliantom nie dajesz nic w zamian. Musiałem zachowywać ostrożność, chcąc wywieźć moich reporterów żywych z Darfuru, by świat mógł się czegoś więcej dowiedzieć o tutejszej sytuacji. Od czasu ataku na moją wioskę żyłem już tylko dla tej sprawy. Czułem, że w środku jestem właściwie martwy, chciałem, żeby reszta mojego życia na coś się zdała. Może czasami ogarniało was takie uczucie. Większość chłopaków, z którymi dorastałem, zginęła albo walczyła w oddziałach ruchu oporu. Też postanowiłem zaryzykować życie, ale zamiast karabinu moją bronią była znajomość angielskiego.

Powinniśmy dotrzeć do celu przed zachodem słońca, w przeciwnym razie narażaliśmy się na atak ze strony armii sudańskiej, prorządowych rebeliantów z Darfuru albo innych powstańców, którzy nie wiedzieli, kim jesteśmy, i mogli nas zabić z obawy o własne bezpieczeństwo. Nie spodobało się więc nam to, co się po chwili zdarzyło.

Niespodziewanie zajechało nam drogę sześć pojazdów, które wyłoniły się z labiryntu pustynnych zarośli. To też były land cruisery, ale ze ściętymi dachami, dzięki czemu bojownicy mogli z nich błyskawicznie wyskoczyć lub wskoczyć do środka, kiedy musieli na przykład uciekać po przegranej bitwie albo wymknąć się, zanim trafi ich pocisk z granatnika. Teraz z wozów wysypała się grupa pokrytych kurzem mężczyzn z kałasznikowami. Na rozkaz dowódcy wycelowali je w nas. Nie sposób zapomnieć szczęku tylu sztuk odbezpieczanej naraz broni. Wysiedliśmy powoli z naszego samochodu z rękami podniesionymi do góry.

Mężczyźni byli bez wątpienia rebeliantami. Zamiast mundurów mieli na sobie brudne dżinsy, przez piersi przewiesili pasy z amunicją, ich luźno zawiązane turbany, a właściwie chusty, pokrywała warstwa kurzu. Widać było, że walczyli od wielu dni. Przy tych oddziałach, które prawie codziennie staczają walki i zostawiają kolegów pogrzebanych w płytkich grobach, nie ma lekarzy. Wypaleni emocjonalnie bojownicy to żywe trupy, których przyszłość liczy się w godzinach. Dlatego bywają bezwzględni, jakby uważali, że każdy może razem z nimi przenieść się na tamten świat. Wielu widziało, jak mordowano ich rodziny i palono wsie. Możecie sobie wyobrazić, jak byście się czuli, gdyby wasza miejscowość została doszczętnie zniszczona, a cała rodzina zginęła z ręki wroga, którego teraz szu­kacie po całym kraju, żeby go zabić i móc spokojnie umrzeć.

Ci rebelianci to Sudański Ruch Wyzwoleńczy, Sudańska Armia Wyzwoleńcza, Ruch Sprawiedliwości i Równości oraz inne ugrupowania. Jeszcze inne grupy są w Czadzie. Przekraczają granice, kiedy i gdzie im się podoba. Często jest tajemnicą, skąd biorą karabiny i pieniądze, ale w Darfurze pełno jest broni automatycznej, odkąd Libia napadła na Czad, wykorzystując Darfur jako zaplecze. Trzeba też wiedzieć, że Sudan z jednej strony ma za sojuszników radykalne ugrupowania islamskie, z drugiej zaś większość swojej ropy naftowej dostarcza Chinom. Niektóre zachodnie grupy interesów oraz kraje sąsiednie wspomagają podobno organizacje rebeliantów. Jakie to smutne, że przez rozgrywanie tych partii na politycznej szachownicy cierpią zwykli ludzie.

Niemal połowa Afryki to pastwiska należące do hodowców bydła zamieszkujących wsie. Pod większością tych terenów znajdują się ogromne bogactwa naturalne, a na powierzchni mieszkają bardzo ubodzy ludzie. To trzysta milionów Afrykanów, którzy zarabiają mniej niż dolara dziennie i często są usuwani ze swojej ziemi lub zabijani dla ropy naftowej, wody, rud metali i diamentów. Dlatego tak łatwo powstają ugrupowania rebelianckie. Mężczyzn, którzy nas zatrzymali, nikt zapewne nie musiał namawiać, by przyłączyli się do takiej grupy.

Ich młody dowódca, po którym znać było zmęczenie, podszedł do mnie i powiedział w języku zaghawa:

– Daoudzie Ibarahaemie Hari, wszystko o tobie wiemy. Jesteś szpiegiem. Wiem, że pochodzisz z Zaghawów, tak jak my, że nie jesteś Arabem, ale niestety wykonujemy rozkazy i musimy cię zabić.

To, że wywodzę się z ludu Zaghawa, poznał bez trudu po małych bliznach w kształcie znaków zapytania, które babka wycięła mi na skroniach, kiedy byłem niemowlęciem. Powiedziałem, że owszem, jestem Zaghawa, ale dla nikogo nie szpieguję.

Dowódca z westchnieniem przyłożył lufę swojego M-14 do jednej z blizn na mojej głowie. Kazał mi stać spokojnie, a Philipowi powiedział, żeby się odsunął. Potem w ła­manej angielszczyźnie dodał, żeby się nie martwił i że jak mnie zabiją, to odeślą go do Czadu.

– No dobrze, ale poczekaj chwilę – odparł Philip, unosząc rękę do góry, żeby powstrzymać na moment bieg wydarzeń.

– O co chodzi? – zwrócił się do mnie.

– Myślą, że jestem szpiegiem, zaraz wystrzelą, rozerwie mi głowę, więc się odsuń.

– Kim są?

Wymieniłem nazwę organizacji, skinąwszy ostrożnie głową w stronę samochodu, na którym był wymalowany jej akronim.

Philip spojrzał na samochód i ujął się pod boki. Wyglądał jak typowy Brytyjczyk niezadowolony z niepotrzebnego kłopotu. Na głowie miał starannie zawiązany turban, ogorzała twarz była pobrużdżona, bo przeżył już na tych pustyniach wiele przygód. Nie zamierzał stać obojętnie i stracić świetnego tłumacza.

– Poczekaj chwilę – powtórzył, zwracając się do dowódcy rebeliantów. – Nie zabijajcie tego człowieka. On nie jest szpiegiem. To mój tłumacz. Nazywa się Suleyman Abakar Mousa, pochodzi z Czadu. Ma dokumenty.

Philip myślał, że tak się naprawdę nazywam. Posługiwałem się tym imieniem, żeby uniknąć deportacji z Czadu do Sudanu, na pewną śmierć. Rozesłano tam za mną listy gończe. Nie chciałem też być zmuszony do pozostania w Czadzie w obozie dla uchodźców, gdzie na niewiele bym się przydał.

– Zatrudniłem go, żeby mnie tu przywiózł. Nie jest szpiegiem. Kręcimy film dla telewizji brytyjskiej. Rozumiecie? Koniecznie powinniście to zrozumieć.

Poprosił, żebym dla pewności przetłumaczył jego słowa, co w mojej sytuacji zrobiłem z ochotą.

Zachowanie Philipa wywarło na dowódcy większe wrażenie niż to, co powiedział. Patrzyłem, jak palec rebelianta gładzi cyngiel. Lufa przytknięta do mojej skroni była gorąca. Czy niedawno strzelał, czy też słońce ją nagrzało? Ale jeśli mają to być moje ostatnie myśli, lepiej skupić się na czymś innym. Pomyślałem więc o rodzinie, o tym, jak ­bardzo ją kocham, i że pewnie wkrótce zobaczę się z braćmi.

– Zaraz do kogoś zadzwonię – powiedział Philip, wyciągając powoli telefon satelitarny z kieszeni spodni koloru khaki. – Nie zastrzelisz tego człowieka, za chwilę porozmawia z tobą twój dowódca, rozumiesz?

Odnalazł w notesie numer wysokiego dowódcy tego ugrupowania. W zeszłym roku robił z nim wywiad.

– Wasz szef – powiedział do uzbrojonych ludzi otaczających nas jak pluton egzekucyjny. Czekał na połączenie. – Ktoś z samej góry. Dzwonię teraz na jego bezpośredni numer. Zaraz odbierze.

Bóg jest litościwy. Telefon satelitarny miał mocny sygnał. Numer okazał się aktualny. Dowódca, znajdujący się gdzieś daleko, odebrał telefon. Pamiętał Philipa, dobrze go wspominał. Cud za cudem.

Philip szybko rozmawiał po angielsku, a ja spokojnie tłumaczyłem jego słowa mężczyźnie z karabinem.

Podczas tej rozmowy dziennikarz trzymał palec w górze, prosząc tym gestem i spojrzeniem o jeszcze jedną chwilę, jeszcze chwilę. Roześmiał się, żeby pokazać, że jest starym przyjacielem tego po drugiej stronie linii.

– Są starymi przyjaciółmi – przetłumaczyłem.

Następnie Philip podał telefon dowódcy, który jeszcze mocniej przycisnął mi lufę do głowy.

– Porozmawiaj z nim. Proszę. On mówi, że to rozkaz.

Dowódca zawahał się, jakby przeczuwał podstęp, ale w końcu wziął telefon. Długo rozmawiali. Patrzyłem, jak palec na cynglu podnosi się i opada niczym kobra, w końcu się z niego ześlizgnął.

Kazali nam natychmiast opuścić tę okolicę.

Jak dobrze jest uniknąć śmierci. Przez kilka godzin bez przerwy śmiejesz się jak wariat, do rozpuku. Zdumiewająca rzecz. Nie zastrzelili mnie – humdallah. Bracia, jeszcze trochę na mnie poczekacie.

Nasz kierowca przez cały czas tylko wybałuszał oczy. Kierowcy często źle wychodzą na takich sytuacjach. Przez całą powrotną drogę do miejscowości Tine – nazywanej też Tiną – na granicy Czadu z Sudanem nie opuszczał nas radosny nastrój.

– To niesamowite, co zrobiłeś – powiedziałem do Philipa. Odezwał się dopiero wtedy, gdy minęliśmy kilka drzew.

– Tak, niesamowite. Od kilku tygodni próbowałem się z nim skontaktować. Mieliśmy szczęście.

Kierowca, który prawie nie znał angielskiego, zapytał mnie, co mówi Philip. Wyjaśniłem mu, że powiedział: „Bóg jest łaskawy”. Jestem przekonany, że to właśnie miał na myśli.

2 Tu jesteśmy

Philip zapytał, jak właściwie mam na imię: Daoud czy Suleyman? Odpowiedziałem, że w Darfurze, w Sudanie, jestem Daoudem, a w Czadzie – Suleymanem. Wyjaśniłem, dlaczego tak jest.

– Tutaj każdy ma wiele imion – skomentował. – Jak mam do ciebie mówić?

– Mów do mnie Daoud, choć wielu przyjaciół nazywa mnie też Dawidem, od tego biblijnego imienia wywodzi się Daoud.

Poprosiłem o numer telefonu przywódcy rebeliantów. Podyktował mi go.

Wróciliśmy na terytorium Czadu, pojechaliśmy na północ wzdłuż granicy i ponownie wjechaliśmy do Darfuru. Warto było nadłożyć drogi, żeby znów nie natknąć się na tę samą grupę rebeliantów. Tak czy inaczej, zdobędziemy materiał dla Philipa, a on przekaże go światu. Jeśli chce się czegoś w życiu dokonać, trzeba przezwyciężyć własny strach.

Problem z rebeliantami polega na tym, że często trudno się rozeznać, kto danego dnia jest po czyjej stronie. Arabskie władze w Chartumie – rząd Sudanu – składają fałszywe obietnice zawarcia pokoju to z jednym, to z drugim ugrupowaniem, żeby niearabskie ludy ciągle ze sobą walczyły. Rząd wchodzi w układy z ambitnymi watażkami na tyle szalonymi, że myślą, iż po wojnie władze nadal będą ich wspierać, podczas gdy w rzeczywistości zostaną porzuceni, a może nawet zabici. Słyszy się czasami, że to ci rozłamowcy atakują inne ugrupowania rebeliantów, a nawet mordują pracowników organizacji humanitarnych i żołnierzy sił pokojowych z innych krajów, nadzorujących przestrzeganie rozejmów. Robią to, żeby ludobójstwo mogło dalej trwać i żeby dokończyć czystki etniczne. Być może rozwój wydarzeń nie potwierdzi niektórych moich spostrzeżeń, ale z punktu widzenia większości żyjących tu ludzi tak to właśnie wygląda.

Panuje również przekonanie, że rząd płaci arabskim plemionom, z których wiele w innych okolicznościach jest nam przyjaznych, żeby formowały śmiercionośne konne oddziały zwane dżandżawidami. To one brutalnie mordują niearabskich Afrykanów i palą nasze wsie. Słowo dżandżawid może pochodzić od starodawnego określenia wojowników za wiarę, może też być kombinacją słów znaczącą „złe duchy na koniach”, albo – zdaniem niektórych – oznacza po prostu jeźdźca z karabinem.

Przewiduję, że kiedy rząd Sudanu przepędzi albo wymorduje wszystkich nie-Arabów, wówczas wznieci walki między samymi Arabami, tak by w końcu i oni zniknęli z cennych terenów. To się już dzieje na obszarach, z których usunięto prawie wszystkich Afrykanów niebędących Arabami.

– Dlaczego wróciłeś do Darfuru właśnie na tę wojnę? – zapytał Philip, przekrzykując ryk silnika naszego land cruisera, który znów przedzierał się przez uedy i wydmy.

– Dobre pytanie! – zawołałem ze śmiechem.

W dniu, w którym byłeś o włos od śmierci, warto się zastanowić, co tu właściwie robisz. Tak, masz tu zadanie do wykonania, ale fakt, że się tu znalazłeś, choć mógłbyś być gdzieś daleko, świadczy, że jesteś trochę stuknięty. Śmierć ściga mnie od dawna, od tamtego dnia, kiedy miałem trzynaście lat, a świat wokół mnie zapłonął i po raz pierwszy zobaczyłem, jak tuż obok latają w powietrzu kawałki ludzkich ciał.

A było tak. Kończyłem swoje popołudniowe zajęcia. Myś­lałem już o nadchodzącym wieczorze i o czekających nas rozgrywkach w anashel i whee. Są to wymagające niezłej kondycji gry zespołowe, w które gra się na piasku w świetle księżyca. Nagle naszą wieś otoczyło dwadzieścia pojazdów rządowego wojska. Dowódca zebrał wszystkich mieszkańców i zarządził publiczną chłostę kilku mężczyzn – starszych wiekiem – żeby ujawnili, gdzie znajdują się młodzi. Przypuszczano, że ukrywają się na wzgórzach razem z partyzantami. Rzeczywiście tam byli, ale starcy nie znali dokładnie miejsca ich pobytu, dowódca więc szybko się zorientował, że bicie na nic się nie zda. Żeby pokazać, jak potrafi być bezwzględny, kazał podpalić sześć chat.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I