Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 568 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tkanki - Dominika van Eijkelenborg

Wciągający thriller, który pokazuje, że serce nigdy nie zapomina

Nastoletnia Evi Brouwer cierpi na poważną chorobę serca i do życia potrzebuje przeszczepu, przez co jej matka przechodzi załamanie. Kiedy zrozpaczona kobieta powoli zaczyna tracić nadzieję, niespodziewanie pojawia się ratunek. Dawcą serca zostaje młoda dziewczyna Finya, która zginęła w wypadku samochodowym.

Nikt nie podejrzewał, że przeszczepione serce zachowa wspomnienia i cechy osobowości Finyi. Wkrótce nowy organ staje się intruzem, który całkowicie przejmuje kontrolę nad Evi. Nastolatkę zaczynają dręczyć sny, których nie potrafi zrozumieć, a jakaś tajemnicza siła prowadzi ją w nieznane dotąd miejsca i pcha w ramiona tajemniczego Sandera.

Matka Evi czuje, że dopiero teraz może stracić córkę na zawsze i postanawia zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Czy zdoła przekonać kogoś, że z jej córką dzieje się coś strasznego? Czy nowe serce chce zaszkodzić dziewczynie?

__

Dominika van Eijkelenborg, znana z książki Kiedy będziemy deszczem, ponownie zmusza do przedefiniowania światopoglądu swoich czytelników. Wprowadza ich w stan lekkiego niepokoju, kiedy roztacza przed nimi wizję ciężkich do wyjaśnienia zdarzeń. Czy to możliwe, że serce dawcy przejmuje kontrolę nad uratowaną osobą?

__

O autorce

Dominika van Eijkelenborg to polska autorka pochodząca z Suwalszczyzny; studiowała i pracowała w Krakowie. Z wykształcenia jest pedagogiem, z zamiłowania łuczniczką, entuzjastką jogi i pisarką. Mama dwóch córek – owoców szalonego romansu, który przerodził się w wielką miłość i zawiódł ją do Holandii, gdzie obecnie mieszka.

Opinie o ebooku Tkanki - Dominika van Eijkelenborg

Fragment ebooka Tkanki - Dominika van Eijkelenborg

Moim córkom.

Wspomnienie jest formą spotkania.

— Khalil GibranProrok, tłum. T. Truszkowska

Serce ma swoją pamięć.

— Albert CamusUpadek, tłum. J. Guze

1 stycznia 2015

Dochodziła pierwsza w nocy. Marieke van Haan zamknęła za sobą drzwi i gwar entuzjastycznych rozmów zmieszany z dźwiękami zbyt głośno puszczanej muzyki nagle ucichł. Mroźne powietrze uderzyło ją w rozpalone policzki. Wzięła głęboki wdech i przez parę chwil stała w bezruchu na schodkach budynku, przyglądając się otoczeniu. Szumiało jej w głowie od głosów i hałasu. Nie przepadała za tego typu przyjęciami, ale trudno było jej odmówić przyjaciółce. Jeszcze trudniej było jej przyznać się przed samą sobą, że do wyboru miała to lub spędzenie sylwestrowej nocy w towarzystwie telewizora. Do ostatniej chwili liczyła, że któryś z jej kolegów z komendy poprosi ją, żeby wzięła jego zmianę. Zapinając guziki bluzki, zerkała na wyświetlacz telefonu w oczekiwaniu na jakąś wiadomość, która posłużyłaby za idealny pretekst do wyjścia z przyjęcia, ale nie wydarzyło się nic, co mogłoby ją ocalić. Poza Marye i jej partnerem nie znała tu nikogo, szybko jednak zorientowała się, że jest jedyną samotną osobą w towarzystwie. Choć czuła się z tym faktem nieco niezręcznie, postanowiła nie robić z tego wielkiej sprawy. Aż do chwili, gdy przedstawiono jej wysokiego faceta, który, jak się okazało, był rozwodnikiem i również przyszedł sam. Nie dosłyszała imienia w hałasie panującym wokół, a z prezentacji dokonanej przez Marye wyłapała jedynie informacje o jego własnej firmie komputerowej. Marieke nie musiała wytężać specjalnie swojego policyjnego zmysłu, by domyślić się, że celowo zaproszono ich oboje w ramach nieudolnie zorganizowanej randki w ciemno. Wymienili kilka zdawkowych uprzejmości, po czym zamilkli zażenowani. Nawet dudniąca wokół nich muzyka wydawała się zbyt cicha, by wypełnić niezręczne milczenie. Marieke z ciężkim sercem doczekała północy, zdecydowana opuścić przyjęcie, gdy tylko umilknie pierwsza salwa fajerwerków. Marye zniknęła jednak gdzieś w ferworze noworocznych toastów i Marieke z poczuciem narastającej irytacji próbowała przetrwać kolejną godzinę i nie wyjść bez pożegnania.

Kiedy wreszcie stanęła na schodach domu, pozwalając, by drzwi frontowe odcięły napływ dźwięków, poczuła, jak ścisk w okolicach płuc odpuszcza i wypełnia je mroźne powietrze. Blask księżyca wydawał się niemal lodowato błękitny. W jego świetle wszystko lśniło i połyskiwało. Cieniutka warstwa szronu pokryła trawę, zamarznięte kałuże przypominały zdeformowane lustra rozrzucone po ulicy. Zimny deszcz, który padał cały dzień, pokrył świat lodowatą powłoką. Kobieta wsunęła dłoń do kieszeni kurtki i zerknęła na wyświetlacz telefonu. Noworoczne życzenia od Rolanda były krótkie i treściwe, o ile można tak określić trzy słowa i rząd wykrzykników. Wiadomość od rodziców kończyło przypomnienie, że jutro spotykają się przed Domem Spokojnej Starości, gdzie od paru lat przebywał dziadek Marieke, emerytowany policjant. W ciągu ostatnich miesięcy gasł tak intensywnie, iż wszyscy spodziewali się, że nie doczeka świąt. Całkowicie nieobecny duchem staruszek trwał jednak uparcie na służbie i, ku zdumieniu wszystkich, zupełnie nieświadomie witał kolejny Nowy Rok.

Marieke czuła, jak chłód szczypie jej skórę, obkurcza naczynia krwionośne, elektryzuje i pobudza do ruchu. Jednak w kierunku zaparkowanego po drugiej stronie ulicy auta ruszyła dopiero wtedy, gdy usłyszała za sobą dźwięk otwieranych drzwi. W odruchu ucieczki zupełnie nieuważnie ruszyła przed siebie. Wtedy uzmysłowiła sobie, jak było ślisko. Jej stopa obsunęła się i w momencie, gdy prawie upadła, czyjaś dłoń podtrzymała ją mocno.

– W samą porę. – Tuż za nią odezwał się znajomy głos.

Stanęła stabilnie i obciągnęła kurtkę, odwracając się w stronę wybawcy. Mężczyzna zdawał się jednak nie widzieć siebie w tej roli. Nie patrząc na nią, wyjął papierosa i zapalił, osłaniając go dłonią, choć wcale nie wiało.

Wyciągnął w jej stronę paczkę, ale pokręciła głową, wymamrotawszy niewyraźne „dziękuję”. Wzruszył ramionami i schował pudełko do kieszeni marynarki, którą otulił się ciaśniej. Marieke przyglądała mu się w świetle księżyca. Miał wysokie czoło, które podkreślały zakola widoczne pod przerzedzonymi włosami. Jego pociągła twarz zdawała się teraz bardziej rozluźniona, a oczy błyszczały. Zaciągnął się.

– Mam nadzieję, że nie wychodzisz z mojego powodu – powiedział. – Mnie również nie uprzedzono, że…

– Nie, oczywiście, że nie – przerwała mu szybko, próbując uchronić się przed tą żenującą rozmową. – Mam na jutro plany rodzinne, więc muszę położyć się wcześniej.

– Dzieci? – spytał i spojrzał na nią. Był sporo starszy.

Pokręciła głową.

– Rodzice. I dziadek. Nie mam dzieci.

Skinął i zaciągając się papierosem, zapatrzył w granatowe przejrzyste niebo, na którym jaśniała lekko zaokrąglona tarcza księżyca. Gdzieś z oddali dobiegały pojedyncze spóźnione wystrzały fajerwerków. Marieke nie wiedziała, czy powinna się szybko pożegnać, czy zostać i z grzeczności potowarzyszyć mężczyźnie przy papierosie.

– A ty? – spytała, wyrywając go z zamyślenia.

– Ja nie mam planów na jutro – odparł nieco roztargnionym głosem i Marieke przeraził fakt, że mógł sobie pomyśleć, iż próbuje mu coś zaproponować.

– Nie, nie – rzuciła w panice. – Pytałam o dzieci.

Uśmiechnął się lekko.

– Mam córkę. Ma prawie siedemnaście lat.

Przyjrzała mu się teraz uważniej, próbując ustalić jego wiek.

– Nastolatka. To pewnie masz z nią urwanie głowy?

Oczy mężczyzny zwróciły się ku niej i przez chwilę Marieke spostrzegła w nich błysk smutku lub bólu, który automatycznie powiązała z rozwodem i z całą pewnością niezbyt sprawiedliwym podziałem opieki nad córką.

– Coś w tym rodzaju – odparł po chwili, odwracając wzrok.

– Marye wspomniała, że prowadzisz własną firmę komputerową. – Marieke próbowała zmienić temat, sama nie rozumiejąc, dlaczego jeszcze nie życzyła mu dobrej nocy, szczęśliwego Nowego Roku i nie zeszła zdradliwie śliskimi schodami do auta. Jednak w tym chłodzie i mroku było jej łatwiej dojrzeć w mężczyźnie osobę, a nie jedynie źródło niezręcznej sytuacji.

Skinął głową, ale zamiast wdać się w monolog na temat swojej kariery, zmrużył oczy i zapytał:

– Nie przysłano cię, żebyś zdemaskowała moje przekręty podatkowe?

Uśmiechnęła się szczerze po raz pierwszy tego wieczoru. I tego roku.

– Nie. Pracuję jedynie nad przestępstwami internetowymi. Ale chętnie posłucham o przekrętach podatkowych. Tym zajmuję się w ramach hobby – zażartowała lekko.

– Bardzo oryginalne hobby.

Mężczyzna zgasił papierosa na murku i wrzucił go do przepełnionego petami słoika, stojącego tuż przy drzwiach, po czym wsunął dłonie w kieszenie marynarki.

– Nie będę cię zatrzymywał. W końcu musisz się wyspać.

– Tak, to prawda. Szczęśliwego Nowego Roku. – Odwróciła się w stronę schodów i ze zdziwieniem zauważyła, że ruszył wraz z nią. – Nie wracasz do środka?

Wzruszył ramionami, oglądając się lekko za siebie.

– Chyba też wolę się wyspać. I w razie czego będę ci służył ramieniem w drodze na drugą stronę ulicy.

Szli powoli. Marieke stawiała stopy ostrożnie, próbując uniknąć upadku.

Jego lśniące nowością sportowe audi stało zaparkowane parę metrów dalej. Przeszło jej przez myśl, że było typowe dla rozwodnika mającego kryzys wieku średniego, ale skarciła się szybko za to pochopne wyciąganie wniosków. Pomachali do siebie na pożegnanie i Marieke z ulgą wsiadła do samochodu. Przekręciła kluczyk, włączyła radio i zjechała z krawężnika. Chwilę błądziła wąskimi uliczkami, manewrując między gęsto zaparkowanymi wzdłuż chodników autami, by wreszcie wyjechać na drogę w kierunku Sneek. W lusterku widziała jarzące się światła audi, które podążało za nią. Oczywiście prawdopodobieństwo, że mieszkał w Sneek lub IJlst było wysokie, mimo to Marieke poczuła falę niepokoju. Wolałaby, żeby ją wyminął. Na rondzie tuż za miastem zamiast skierować się w stronę IJlst, zjechała w pierwszą ulicę, wybierając nieco dłuższą drogę do domu. Miała nadzieję, że w ten sposób zgubi auto jadące wciąż za nią. Zerknęła w lusterko i zobaczyła czarne audi, skręcające tak jak ona w pierwszy zjazd. Westchnęła głęboko. Czuła, że robi się ślisko. Od czasu do czasu zerkała w lusterko na światła samochodu. Dwa kilometry dalej Marieke skręciła w lewo w Lewei, podążając dość okrężną drogą w kierunku IJlst i Sneek. Powinna była pojechać prosto, co zrobił jej towarzysz w czarnym audi. Pół kilometra dalej wąska ulica łączyła się z szerszą i łatwiej przejezdną drogą prowadzącą do centrum Sneek. Widząc audi mijające zjazd w Lewei, Marieke przez chwilę poczuła się głupio ze swoją dziecinną paniką. Została sama na drodze. Przejechała parę metrów i zwolniła. Czuła, jak opony jej auta od czasu do czasu tracą przyczepność na oblodzonym podłożu. Wyłączyła radio, żeby móc skoncentrować się na prowadzeniu. Odruchowo zacisnęła dłonie na kierownicy, jakby to miało uchronić ją od utraty kontroli nad pojazdem. Przeklęła parę razy w myślach. Droga, którą wybrała, była nie tylko rzadziej uczęszczana, ale też węższa i nieoświetlona. Biegła między kanałami, za którymi rozciągały się rozległe łąki i pola, gdzieniegdzie natrafić można było na zjazd prowadzący do gospodarstw rolnych. Kiedy kątem oka zobaczyła w oddali auto stojące na poboczu, odruchowo wcisnęła hamulec. Mimo to czuła, że jej samochód ślizga się chwiejnie naprzód. Skupiła wzrok na widoku przed nią. Dopiero po chwili zorientowała się, na co patrzy. Próbując zapanować nad pojazdem, zjechała na pobocze. Na oszronionej trawie koła odzyskały przyczepność. Chwyciła telefon i wysiadła w pośpiechu, zostawiając włączone światła dzienne, których długa smuga oświetlała miejsce wypadku. Wybierając numer, prawie upadła. Poczuła, jak komórka wyślizguje się jej z dłoni. Przeszywający ból w kostce, którą wygięła nienaturalnie, próbując utrzymać równowagę, sprawił, że musiała się zatrzymać. Jej telefon z trzaskiem uderzył o oblodzony asfalt.

– Cholera! – Skrzywiła się i sięgnęła po niego. Szybka wyświetlacza pękła na całej długości. Marieke próbowała iść i jednocześnie wybierać numer, jednak ekran dotykowy odmawiał współpracy. Wrzuciła telefon do kieszeni i podniosła wzrok.

Pomarańczowy opel z kolorowymi felgami stał na środku zjazdu obrócony w taki sposób, że Marieke na pierwszy rzut oka nie była w stanie powiedzieć, z której strony nadjechał. Drzwi pojazdu były lekko wgniecione i otwarte. Maska auta została zmiażdżona przez uderzenie w drzewo lub w jedną z kamiennych kolumn, stojących po obu stronach zjazdu. Potłuczone szkło leżało na oblodzonej drodze. Jakimś cudem samochód nie został zepchnięty siłą odrzutu do wody biegnącej wzdłuż drogi. Taflę pokrywała cienka warstwa lodu.

Marieke, kulejąc, podbiegła do chłopaka. Siedział na poboczu porośniętym oszronioną trawą. Ramionami obejmował kolana i kołysał się w transie. Marieke dotknęła jego ramienia i potrząsnęła nim lekko.

– Wszystko dobrze? Wezwałeś karetkę? Czy byli inni pasażerowie?

Zauważyła, że dłonie chłopaka pokryte są krwią, nie potrafiła jednak z całą pewnością stwierdzić, skąd pochodziła. Wąska rana na jego skroni nie krwawiła zbyt obficie. Przypominała raczej niegroźne rozcięcie. Marieke poczuła woń alkoholu. Dopiero wtedy usłyszała cichy głos dochodzący z drugiej strony auta.

– Kurwa, kurwa, kurwa…

Obeszła pojazd, przytrzymując się maski, żeby nie upaść. Niedaleko otwartych drzwi samochodu na oszronionej trawie leżała dziewczyna. Poły jej krótkiego płaszcza były rozrzucone, pomarańczowy szal ciągnął się jak surrealistyczna rzeka od auta do jej bezwładnego ciała, nad którym pochylał się ciemnowłosy młody mężczyzna. Dotykał jej twarzy i w panice przeklinał szeptem. Marieke przyklękła przy nim.

– Wezwaliście karetkę?

– Co? – Chłopak podniósł na nią duże ciemne oczy. Od niego również czuła wyraźnie zapach alkoholu.

– Masz przy sobie telefon? – zapytała zniecierpliwiona. Jedną ręką sięgnęła po komórkę, którą chłopak wyjął z kieszeni bluzy i odblokował, drugą zaś sprawdziła puls dziewczyny. Był ledwo wyczuwalny. Oddech płytki. Szybko dokonała zgłoszenia o wypadku samochodowym, podając współrzędne miejsca zdarzenia i opisując stan ofiar. Kiedy się rozłączyła, odwróciła głowę w stronę auta. Spod wygiętej maski unosił się dym. Ponownie zwróciła się do chłopaka, zdejmując własną kurtkę, którą okryła dziewczynę. Zarejestrowała ciemną maź oblepiającą jej włosy po jednej stronie głowy.

– Musisz odciągnąć ją na bok. Delikatnie! Może mieć uraz kręgosłupa. Weź ją pod pachy, właśnie tak – poinstruowała go. Wykonywał jej polecania bez słowa. – Teraz połóż ją na lewym boku. Ostrożnie!

Kiedy powoli przewrócił ciało dziewczyny, Marieke usłyszała dziwny metaliczny dźwięk, jakby cicho zabrzęczały dzwoneczki. Przez chwilę jej myśli rozproszyły się. Wtedy zobaczyła na prawym nadgarstku ofiary wypadku rząd bransoletek, cieńszych i grubszych. Ich gładka srebrna powierzchnia schwytała blask księżyca. Lekki, ledwo uchwytny błysk, który zgasł szybciej, niż się pojawił. Marieke zorientowała się, że chłopak patrzy na nią w panice, jakby czekał na kolejne polecenia.

– Masz w aucie gaśnicę? – zapytała, wróciwszy do rzeczywistości.

Pokręcił głową. Marieke ponownie obeszła pojazd, żeby dotrzeć do drugiego młodego pasażera opla. Siedział nadal na białej od szronu trawie, zwinięty w kłębek. Jego brązowe włosy spadały na zbyt dziewczęcą jak na chłopaka twarz. Jego oczy rzucały przerażone i lekko otumanione spojrzenia. Marieke starała się poruszać jak najszybciej, jednak podeszwy kozaków ślizgały się po oblodzonej nawierzchni. Nie było jej zimno, choć czuła, że temperatura spadła poniżej zera. Z ust unosił się obłoczek pary, a palce miała sztywne od chłodu.

– Zaraz będzie tu ambulans. Czy coś cię boli? – Pochyliła się nad chłopakiem. Jego głos był ledwo słyszalny, gdy zaprzeczył. – Musisz się odsunąć na wszelki wypadek. Słyszysz? Dasz radę wstać?

Gdy chłopak nie ruszył się z miejsca, Marieke westchnęła i zerknęła jeszcze raz na pojazd za nimi. Poklepała chłopaka po ramieniu, ale kiedy nadal nie reagował, skierowała się do swego auta, ostrożnie pokonując śliską ulicę. Z bagażnika wzięła małą gaśnicę i trójkąt ostrzegawczy, który ustawiła w widocznym miejscu na jezdni. Podeszła do volkswagena i wyjęła kluczyk ze stacyjki. Skierowała się do frontu auta. Przygotowała się i lekko uniosła maskę. Nie zauważyła żadnych śladów ognia, ale na wszelki wypadek uruchomiła gaśnicę. Przez głowę przebiegła jej myśl, że gdyby nie idiotyczna sytuacja z czarnym audi i bezpodstawny niepokój, nigdy by się tutaj nie znalazła. Kiedy wróciła do dziewczyny i chłopaka, usłyszała donośne wycie karetki pogotowia. Ambulans wkrótce zaparkował na poboczu. Tuż za nim nadjechały dwa białe wozy policyjne. Ponad panującym chaosem, który natychmiast zapanował wokół nich, Marieke wyłapała zdziwioną twarz Rolanda. Miał na sobie policyjną czarną kurtkę z jaskrawożółtym pasem na piersi i ramionach. Wymienili spojrzenia, ale dopiero gdy ofiary wypadku zostały zabrane do szpitala i policjanci ruszyli do zabezpieczania miejsca zdarzenia, Roland podszedł do niej z jej własną kurtką w dłoni, którą zarzucił na jej ramiona.

– Ci dwaj niewiele mi powiedzieli. Obaj w szoku. Podpici. Stan dziewczyny, na moje oko, ciężki – powiedział, wsuwając notatnik do kieszeni kurtki.

– Widziałaś, co tu się stało?

– Nie. Przyjechałam już po wypadku i tak to wszystko zastałam.

– Z tego, co widać, jechali za szybko, wpadli w poślizg i kierowca stracił kontrolę nad pojazdem. Ta droga jest całkowicie oblodzona. To nasze czwarte wezwanie dziś do wypadku. Kiepska noc na takie warunki atmosferyczne. Ale co zrobić? A myśleliśmy, że będzie więcej problemów z fajerwerkami i pijakami. Co ty tu w ogóle robisz? Nie miałaś być na imprezie?

Marieke wzruszyła ramionami. Coś wisiało w powietrzu, w tym lodowatym chłodzie, który sprawiał, że wszystko zdawało się zastygłe, zatrzymane w czasie. Marieke wyczuwała to, lecz nie potrafiła określić, czym to było lub co miało przynieść. W dłoni ściskała pomarańczowy szal. Musiał zsunąć się, gdy położono dziewczynę na noszach. Był długi, miękki i jeszcze niemalże ciepły.

Chantal Simons

Gdyby ktoś mnie zapytał, od czego to wszystko się zaczęło, odpowiedziałabym bez wahania, że od kota. Prawda jest jednak taka, że to pytanie nigdy nie padło, nikogo bowiem nie interesowała moja nieprawdopodobna teoria, na którą zresztą nie miałam żadnego namacalnego dowodu. Poza tym jednym, który tkwił zamknięty w klatce piersiowej mojej własnej córki. Nie mogłam jednak po niego sięgnąć i nawet gdybym to zrobiła, wciąż jeszcze nie potrafiłabym wytłumaczyć całej serii dziwnych zdarzeń i tego niepokoju, który wzrastał powoli, by w końcu rzucić się na mnie w pełnej okazałości, jak jakiś mitologiczny potwór. Rogi, pazury, potężny ryk. Nigdy nie przypuszczałam, że stany emocjonalne mogą posiadać zwierzęce atrybuty. A jednak. Mój lęk był w nie wyposażony i nie wahał się ich użyć.

Nigdy nie wierzyłam w duchy, upiory, UFO i inne nadprzyrodzone zjawiska. Nie bałam się cmentarzy ani filmów, w których spod powierzchni wody lub z cienia wyłaniały się dziwaczne formy życia uzbrojone w ostre kły. Jeśli coś budziło mój strach, to były to raczej zupełnie przyziemne rzeczy, takie jak choroby, wypadki lub źli ludzie i ich niecne intencje. Nawet jako małe dziecko nie hodowałam w szafie potwora hałasującego nocą, nie obawiałam się złych bestii, drzemiących pod łóżkiem. To, co nie pozwalało mi zmrużyć oka, to świadomość czasu i podskórny lęk, że wraz z jego upływem odejdą ci, których kocham. Czasem leżałam w gęstych ciemnościach pokoju i wsłuchiwałam się w znajome dźwięki dochodzące zza drzwi. Brzęk naczyń w kuchni. Głos mamy, stłumiony, delikatny jak wibracja, z której nie mogłam rozróżnić słów. Kroki taty, ciche skrzypienie desek w podłodze i szuranie krzesła. Odgłosy przynoszące ukojenie. Wtedy jeszcze wszystko było takie, jak zawsze, bezpieczne i normalne. Zasypiałam kołysana do snu tą symfonią, lecz strach, że kiedyś dobiegnie ona końca, wybudzał mnie czasem w środku nocy. Unosiłam się na łóżku i krzyk, który wiązł mi w gardle, boleśnie wypełniał płuca.

Dziś jako dorosła kobieta wiem już, że ten lęk przed stratą jest genetyczny, wrodzony. Nawet gdy jeszcze nie rozumiemy śmierci, jesteśmy jej w pewien sposób świadomi. Niemowlę, które odłożone do łóżeczka zaczyna płakać, domaga się obecności matki, ponieważ ona jest gwarancją jego przeżycia. Rodzimy się z tą wiedzą zakodowaną w naszych tkankach. Żeby przeżyć, potrzebujemy innych ludzi.

Jak opowiedzieć historię, której się samemu nie rozumie, na której istnienie nie ma dowodów, historię spisaną skomplikowanym szyfrem uderzeń serca? Należy wrócić do początku początków. Choć sama nie wiem, jak daleko w przeszłość musiałabym się cofnąć.

Zawsze wiedziałam, że będę miała tylko jedno dziecko. Wychowałam się z dwiema siostrami. Nie byłam ani tak mądrą dziewczynką, jak moja starsza siostra, ani tak ładną, jak młodsza. Plasując się pomiędzy moim rodzeństwem, bez żadnych szczególnych talentów lub przyciągającej oczy urody, często cierpiałam na brak uwagi ze strony rodziców. Wiedziałam, że mnie kochali. I nadal kochają. A jednak doskwierało mi poczucie, że pozostaję gdzieś poza zasięgiem ich zainteresowania. W miarę upływu czasu wszystko nabrało jedynie intensywności. Moja starsza siostra wyruszyła studiować i stała się źródłem rodzinnej dumy, młodsza burzliwie przechodziła okres dojrzewania, sprawiała kłopoty wychowawcze i była tematem niekończących się dyskusji toczących się przy stole. Nauczyłam się żyć, nie będąc gwiazdą przedstawienia i nie zbierając owacji na stojąco. Dziś jestem wdzięczna rodzicom. Dzięki temu bowiem wyrosłam na kogoś, kto nie potrzebuje komplementów, nagród i wylewnych adoracji, by czuć się ze sobą dobrze. Zdaję sobie sprawę, że być może uchodzę czasem za osobę oschłą bądź wręcz chłodną. Nic bardziej mylnego.

Wcześnie odkryłam, że różnię się od koleżanek. Nie ekscytowały mnie miłosne opowieści ani przystojni aktorzy. Nie unosiłam się emocjami ani nie rumieniłam się. Z zaciekawieniem i sporą dozą niedowierzania obserwowałam ich chaotyczne i przerysowane zachowania. Nie czułam się lepsza od nich. Czułam się inna. Po prostu nie miałam potrzeby czynienia spraw bardziej skomplikowanymi, niż były w istocie.

Kiedy nadszedł czas, by wybrać kierunek dalszej edukacji po szkole średniej, moje koleżanki marzyły o tym, kim chcą zostać, zastanawiały się, co najbardziej chciałyby robić w życiu, niektóre roiły sobie kariery piosenkarskie lub aktorskie. Byłam córką kasjerki i konduktora. Nie miałam nierealnych ambicji, chciałam dobrze zarabiać i być niezależna. Pamiętam wyraz ich twarzy, gdy oznajmiłam, że wybieram się na stomatologię. Prawie wzdrygnęły się z obrzydzenia. To było takie mało romantyczne. Kto marzy o byciu dentystą?

Otrzymałam dofinansowanie. Dorabiałam wieczorami i w weekendy. Byłam zdecydowana ciężko pracować, by ukończyć studia. Lata później, już jako stomatolog z doświadczeniem, wiedziałam, że nie mogłam wybrać lepiej. Rozważnie i zgodnie z własnymi potrzebami. Nie wszystko jednak jest kwestią naszych decyzji. Odważyłabym się nawet twierdzić, iż niebezpiecznie niewiele.

Poznałam Carla niedługo po tym, jak otrzymałam posadę w Sneek, mieście oddalonym pół godziny drogi autem od Leeuwarden, z którego pochodziłam. W całym tym chaosie życiowych zmian pojawił się on. Był właścicielem firmy sprzedającej profesjonalne meble medyczne, fotele dentystyczne i łóżka do masażu. Niezbyt romantyczne zajęcie, ale idealnie pasujące do moich nieszczególnie romantycznych zapatrywań na życie. Klinika, w której pracowałam, wymieniała wyposażenie na bardziej nowoczesne. Zadzwonił tydzień po dostarczeniu foteli. Twierdził, że tylko po to, by dowiedzieć się, czy jesteśmy zadowolone. Zapytałam, czy to standardowy sposób traktowania klientów. Odpowiedział, że może mi to wyjaśnić przy kawie.

Carl był typem faceta, od którego biła wrodzona pewność siebie. Mówił dość doniośle, z równą nonszalancją opowiadał zarówno o swoich porażkach, jak i sukcesach. Wysoki, szeroki, a jednak dość zwinny, z gęstymi jasnymi włosami i parodniowym zarostem, który dodawał mu uroku. Gdy szliśmy razem ulicą, kobiety zatrzymywały na nim wzrok o ułamek sekundy za długo. Nie wiem, czy był tego świadomy, zdawał się nie poświęcać temu uwagi. Był człowiekiem interesu. Potrafił negocjować, nigdy nie zrażał się niepowodzeniem. Jego firma rozwijała się, ale Carl szybko nudził się stagnacją, nawet jeśli oznaczała dobrobyt i bezpieczeństwo. Lubił wyzwania. Imponował mi. Może przemawiał przeze mnie tykający zegar biologiczny, może nagła potrzeba stabilizacji w życiu, które zdawało się przyspieszać z każdym rokiem. Po krótkim czasie od spotkania przy kawie przeszliśmy do kolacji, po drodze zahaczając o kino i muzeum, by w rezultacie wylądować w mojej sypialni. Bardzo typowo i bez fajerwerków. Życie z Carlem miało jednak zapierające dech w piersiach tempo. Nim się spostrzegłam, sprzedaliśmy nasze mieszkania i zainwestowaliśmy w duży nowoczesny dom w luksusowej dzielnicy Sneek. Miałam trzydzieści dwa lata, dobrą posadę, dom, męża, który prowadził własną firmę, i nietrudno się domyślić, że do tej mozaiki sukcesów zawodowych i osobistych brakowało jeszcze tylko jednego. Dziecka.

Nie mogę powiedzieć, żebym przepadała za dziećmi, rozpływała się na widok niemowląt lub odczuwała cokolwiek, co choćby przypominało instynkt macierzyński. Obserwowałam inne kobiety z ich pociechami z lekkim przerażeniem. Dźwięk szybko bijącego serca w moim łonie, który echem odbijał się od ścian pokoju w klinice położniczej, brzmiał surrealistycznie. Nie potrafiłam połączyć go z wyobrażeniem małej twarzyczki lub drobnych paluszków. Uśmiechałam się, widząc błysk w oczach Carla. Nie dzieliłam się z nim lękami dotyczącymi moich macierzyńskich kompetencji. Miałam wewnętrzne przekonanie, że bycie matką nie mogło być aż tak trudne. Ani aż tak cudowne.

Wtedy urodziła się Evi. Najpiękniejsza i najsłodsza istota na ziemskim globie. Wszystko, czego nie czułam w moim życiu do tamtej chwili, wybuchło gorącymi emocjami otumaniającego szczęścia i oślepiającej miłości. Jakby tego było mało, Evi okazała się noworodkiem niewiarygodnie łatwym w obsłudze. Wszystkie historie o nieprzespanych nocach, kolkach i ulewaniu, okazały się w naszym przypadku bardzo przesadzone, jeśli nie całkowicie nieprawdziwe. Ze zdziwieniem słuchałam opowieści innych kobiet o ich zmaganiach, a gdy odwracały głowę w moją stronę, szukając zrozumienia dla ich problemów, wzruszałam ramionami. Evi bardzo wcześnie zaczęła przesypiać noce, rzadko płakała, raczej kwiliła. Była źródłem mego nieustannego zachwytu. Stałam się jedną z tym mam, na które patrzyłam kiedyś z lekkim uśmiechem politowania. Nie spuszczałam oka z mojej córki, największego skarbu, jaki posiadałam. Kariera, małżeństwo, życie towarzyskie – wszystko zeszło na drugi plan. Płakałam, gdy po paru miesiącach musiałam wracać do pracy, lecz nawet wówczas Evi, którą ze łzami w oczach oddawałam w ręce pracownicy żłobka, patrzyła na mnie spokojnie i ufnie. Może się wydawać, iż byłam nadopiekuńczą matką, której miłość przyduszała i blokowała, w moim odczuciu jednak wcale tak nie było. Nauczyłam się przełamywać swoje lęki i dawać Evi przestrzeń do rozwoju, do popełnienia błędów, do upadania, by nauczyła się sama podnosić.

Z niemowlęcia wyrosła na słodką, cichą dziewczynkę z jasnymi lekko falującymi włosami i jasnoniebieskimi oczyma. Dziecko jak z obrazka. Jak z reklamy. Spokojne, układne, zadowolone. Nigdy się nie brudziła, sprzątała swoje zabawki, nie rwała rajstopek, nie krzyczała, nie biła, nie kopała, nie gryzła, nie pluła, nie wspinała się na drzewa i nie skakała w kałuże. Nie była lękliwa, jedynie ostrożna. Nie była zbyt poważna, lecz skupiona. Wtedy, lata temu, przyglądałam się mojej pięknej, idealnej Evi pośród tych wszystkich zasmarkanych, brudnych, wrzeszczących dzieci i czułam na sobie zazdrosne i zmęczone spojrzenia innych mam. Byłam dumna. Choć już wtedy wątły cień niepokoju przysłaniał moje szczęście. Składałam go jednak na karb macierzyńskiej troski. Zaakceptowałam go jako stały i nieodłączny element bycia matką, jako coś nieuchronnego, co odczuwamy wszystkie, gdy nasze dzieci stają się coraz bardziej samodzielne, powoli odsuwają się od nas, wymykając się z naszych ramion.

Wkrótce Evi rozpoczęła szkołę i trafiła do jednej klasy z synem mojej starej koleżanki jeszcze z czasów szkoły średniej. Okazało się, że Silke również wyemigrowała z Leeuwarden, gdzie obie dorastałyśmy. Dostała pracę pielęgniarki na oddziale dziecięcym w szpitalu w Sneek. Jej synek, Toby, był uroczym, rudowłosym chłopcem. Temperamentem przypominał Evi, dlatego nasza dawno zapomniana przyjaźń szybko odrodziła się na rzecz naszych dzieci, które wkrótce stały się nierozłączne.

Evi funkcjonowała w szkole bardzo dobrze, była dzieckiem niesprawiającym kłopotów, typem lubianym przez nauczycieli i niezauważanym przez większość rówieśników. Zdawało się, że radziła sobie świetnie. Jednak podczas gdy jej koleżanki i koledzy entuzjastycznie uczestniczyli w zajęciach pozaszkolnych, ona najchętniej po lekcjach wracała do domu. Nie naciskaliśmy, żeby wybrała hobby, nie wywieraliśmy presji. Evi wydawała się nam szczęśliwym dzieckiem o spokojnym usposobieniu, dzieckiem, które po prostu potrzebowało więcej odpoczynku i czasu na wyciszenie niż inne dzieci.

Żyłam we własnoręcznie zaprojektowanej bajce, jak w bańce mydlanej, na powierzchni której światło pozostawiało tęczowy ślad. Jednak z tego, jak krucha jest bańka unosząca się w powietrzu, zdajemy sobie sprawę dopiero wtedy, gdy zderza się ona z twardą krawędzią życia. I pryska, pozostawiając po sobie mokrą plamę i smak mydła w ustach.

Tamtego lata, gdy Evi miała jedenaście lat, wyjechaliśmy na wakacje do Hiszpanii. Carl właśnie rozkręcił nową działalność, firmę komputerową, która pochłaniała niemal cały jego czas i energię. Może powinnam była zauważyć coś wcześniej, przeczuć, podobnie jak przeczuwam nadchodzący deszcz w złamanej kiedyś kości? Mieliśmy za sobą czas pełen stresu i zamieszania. W naszym życiu panował chaos, byliśmy zabiegani, zmęczeni, rozproszeni. Poświęcałam Evi niezbyt wiele uwagi, której zresztą ona sama wcale się nie domagała. Moja zaradna, godna zaufania, samodzielna córka. Czekaliśmy na te wakacje, na oddech, na spokój.

Nasz hotel mieścił się na skalistym klifie, widok z balkonu zapierał dech w piersi. Błękit nieba mieszał się z lazurem morza, promienie słońca rzucały złoty blask na fale marszczące lekko toń. Było bardzo gorąco i godziny około południa spędzaliśmy ukryci w hotelowym apartamencie, gdzie dzięki klimatyzacji panował przyjemny chłód. Właśnie wtedy, odprężona i wypoczęta po tygodniach zawirowań, zaczęłam przyglądać się uważniej mojej córce. Nagle zwróciłam uwagę, że często była zmęczona, próbowała wymigać się od wspólnego zwiedzania, narzekała na upał, choć nie była nigdy typem marudy, jadała mniej i sprawiała wrażenie, jakby nic jej nie smakowało. Pewnego popołudnia siedziałyśmy na plaży z książkami pod kolorowym parasolem. Poprosiłam, żeby podała mi butelkę z wodą, i gdy brałam ją z jej dłoni, poczułam, że ma bardzo zimne palce, mimo temperatury wokół. Evi pochyliła głowę nad książką, nie zwracając uwagi na moją twarz skupioną na niej, na moje ściągnięte brwi i wyraźny już niepokój w oczach. Carl mnie uspokoił. Twierdził, że Evi rośnie i wkrótce wejdzie w okres dojrzewania, więc być może stąd jej nastroje, a ponadto możliwe, że zmiana klimatu nie służyła jej, w końcu nie każdy znosił to dobrze. To było jego wytłumaczenie w odpowiedzi na moje niepokoje. Oboje troszczyliśmy się więc, by nie siedziała w pełnym słońcu, a nasze spacery nie były zbyt długie. Spędziliśmy cudowne wakacje i powrót do rzeczywistości okazał się boleśniejszy, niż przypuszczaliśmy.

Dwa tygodnie po naszym powrocie Evi zdawała się czuć jedynie gorzej. Apetyt nie wrócił jej także w domu, niemal co noc słyszałam, jak wstaje do ubikacji. Często wyglądała na zmęczoną. Kiedy pewnego poranka poskarżyła się, że jest jej dziwnie duszno i ma wrażenie, jakby nie spała, uznaliśmy, iż czas na wizytę u lekarza. Byłam pewna, że Evi nabawiła się jakiejś egzotycznej infekcji albo gorzej przechodzi rozpoczynający się okres dojrzewania. Podejrzewałam nawet, że być może zbliża się jej pierwsza menstruacja.

Na moją prośbę Carl wyrwał się z firmy, żeby dołączyć do nas w poczekalni lekarza domowego. Evi oparła głowę na moim ramieniu. Pamiętam, że zalała mnie fala dziwnego lęku. Ścisnęłam delikatnie jej zimną dłoń. Był to gest, który miał dodać otuchy mnie samej.

Lekarz zadawał Evi podchwytliwe pytania i wyczuwałam po tonie jego głosu, że chciał sprawę zbagatelizować i zrzucić na karb stresu lub stanu lękowego. Miałam ochotę być mu nawet wdzięczna za to uciszenie mojego niepokoju. Dopiero kiedy przyłożył stetoskop do ciała mojej córki, wyraz jego twarzy się zmienił. Lekki cień napięcia naznaczył jego rysy. Jeszcze tego samego popołudnia udaliśmy się do szpitala na umówioną w trybie natychmiastowym wizytę u kardiologa. Evi została poddana badaniom. Pobrano krew, wykonano USG serca, EKG i zdjęcie RTG klatki piersiowej. Przechodziliśmy z pokoju do pokoju, w ciszy i w napięciu, które rosło. Miałam wrażenie, że korytarzami szpitala ciągnie się za nami jakiś cień, który z każdego kolejnego gabinetu wychodzi potężniejszy. Kiedy w końcu trafiliśmy z powrotem do gabinetu kardiologa, ten w milczeniu przyglądał się wynikom, by wreszcie podnieść na nas wzrok. Nie silił się na uśmiech. My również. To wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy imię naszego wroga. Kardiomiopatia mięśnia sercowego.

Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że przyjdzie nam stoczyć z nim walkę na śmierć i życie.

Kardiolog powiedział nam, że kardiomiopatia może rozwijać się bezobjawowo i wielu ludzi choruje na nią, nie wiedząc o tym. Zapewniał, że choroba nie jest wyrokiem i dzięki lekom oraz zmianie stylu życia nasza córka może rozwijać się prawidłowo i, być może, funkcjonować zupełnie normalnie. Nie potrafił jednak dać nam gwarancji.

Evi otrzymała lekarstwa i miała pozostać pod regularną opieką kardiologiczną. Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku próbowaliśmy nauczyć się żyć z widmem choroby. Zdobyłam wszelkie możliwe informacje na temat powikłań, leczenia, zagrożeń. Dostosowałam tryb naszego życia do potrzeb Evi, która dzięki lekom wróciła do formy. Musieliśmy jednak stosować się do zaleceń kardiologa. Evi miała ograniczyć intensywne wysiłki fizyczne i unikać stresu. Staraliśmy się, by mimo zmian i świadomości choroby, nasze życie było normalne i nie odbierało Evi możliwości dorastania w poczuciu bezpieczeństwa.

Nie potrafiłam jednak wybaczyć sobie tego, że nie zauważyłam wcześniej oznak choroby, nie przeczułam ich. Uśmiech na mojej twarzy podszyty był wewnętrzną szarpaniną, wyrzutami i strachem dławiącym jak gaz. Nie mogłam oddychać swobodnie, nie mogłam normalnie żyć, wiedząc, że moja córka stoi oko w oko z chorobą, na którą nic nie poradzę. Jak się wkrótce okazało, wróg, z którym przyszło nam się zmierzyć, chciał nie tylko zdrowia naszej córki. Mimo usilnych starań, by go kontrolować, rozprzestrzeniał się po naszym życiu jak infekcja.

Dziś nie pamiętam już, kiedy wszystko zaczęło się psuć. Wyrzuty wobec siebie samej zmieniły się w pretensje wobec Carla. Mieliśmy zupełnie inne podejście do choroby Evi. Podczas gdy mnie paraliżował strach, Carl zdawał się radzić sobie z sytuacją. Ufał lekom, lekarzom, sprawiał wrażenie, jakby był przekonany, że wszystko będzie dobrze. Kiedy ja walczyłam o to, by chronić Evi, Carl zdawał się wrócić do normalności szybciej, niż się spodziewałam. Miałam mu za złe, że nie stanął obok mnie w wojnie, którą wypowiedziałam chorobie naszej córki. Najpierw nie całkiem świadomie, potem już celowo zaczęłam wprowadzać w życie zasadę „kto nie jest z nami, jest przeciwko nam”.

– Chantal – zwrócił się do mnie Carl któregoś razu po ostrej wymianie zdań. – Naprawdę rozumiem, że potrzebujesz za to wszystko kogoś obwinić i ukarać… Naprawdę rozumiem. Tak jest najprościej. Ale nie pozwolę ci obwiniać mnie. To niesprawiedliwe i dobrze o tym wiesz. Wyładuj swoje frustracje na kimś innym. Poszukaj sobie innego wroga.

Wkrótce każda rozmowa kończyła się kłótnią. Więc przestaliśmy rozmawiać. Nim się spostrzegliśmy, nasza miłość umarła śmiercią mózgową. Funkcjonowanie naszego małżeństwa podtrzymywał przy życiu jedynie skomplikowany układ codziennych rytuałów, rutynowych czynności i wyuczonych na pamięć dialogów: „Wyniosłeś śmieci?”, „O której będzie obiad?”, „Przyszły papiery z urzędy podatkowego”, „Był do ciebie telefon”, „Czy możesz odebrać jutro Evi ze szkoły?”. Rozwód był jedynie formalnością, która zakończyła tę pozbawioną sensu egzystencję. Oboje odetchnęliśmy z ulgą. Sprzedaliśmy dom i każde z nas szybko znalazło sobie nowe miejsce. Nasze stosunki poprawiły się niemalże od razu. Zgodnie dzieliliśmy opiekę nad Evi, która nasze rozstanie przyjęła spokojnie i bez złości. Miała trzynaście lat i myślę, że była na tyle duża, by zauważyć, jak męczyliśmy się ze sobą.

To, co oddaliło mnie od Carla, paradoksalnie zbliżyło mnie do sióstr, szczególnie starszej, Charlotte. Po urodzeniu trójki dzieci porzuciła pracę i podjęła się prowadzenia domu. Była pionierką ekologicznego stylu życia w swojej rodzinie, jeszcze zanim stało się to trendem rozpowszechnianym w mediach. To ona zaczęła wspierać mnie w zmianie stylu życia, poprawie sposobu żywienia Evi, przekonana, że wprowadzenie ekologicznych produktów oraz wyeliminowanie niezdrowego jedzenia i sztucznych kosmetyków z naszego życia może nam pomóc zmniejszyć symptomy choroby. Wspólnie zaczęłyśmy szukać, wtedy nie tak powszechnie dostępnych, produktów, przepisów; wymieniać się informacjami. Carl wzdychał, lecz przyzwalał na to bez słowa.

Po rozwodzie to Charlotte i jej mąż pomogli mi znaleźć apartament i zorganizować przeprowadzkę. W tamtym okresie często bywałyśmy u nich z Evi. Ich dom tętnił życiem, pulsował ruchem, unosił się zapachami. Tam, otulone ferworem ich codziennego życia, mogłyśmy zapomnieć o chorobie, rozwodzie, zmianach. Przyglądałam się mojej siostrze, która w imię tej rodziny zrezygnowała z kariery, z możliwości rozwoju i stała w kuchni, mieszając zupę z jęczącym dzieckiem uczepionym spódnicy, spokojnie i cierpliwie odpowiadając na zaczepne odzywki swojej najstarszej, burzliwie dojrzewającej córki, Britty. Jej spokój i opanowanie w tym chaosie codzienności koił moje niepokoje, sprawiał, że miałam poczucie przynależności i bezpieczeństwa. I przypominał mi siebie samą. Może dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, co to znaczy być siostrą swojej siostry? I może przez krótką chwilę, obserwując w skupieniu moją własną córkę wciśniętą na sofie między jej chichoczące nieustannie siostry cioteczne, pomyślałam, że decydując się na jedno dziecko, odebrałam jej szansę na coś bardzo niezwykłego. Było jednak za późno. A roztrząsanie podjętych dawno temu decyzji nie miało sensu. Evi była szczęśliwa, przekonywałam samą siebie, i najważniejszym stało się to, by utrzymać ją w dobrym zdrowiu i stabilnej kondycji.

Zamieszkałyśmy z Evi w pięknym, nowocześnie urządzonym mieszkaniu na drugim piętrze budynku przy ulicy Leeuwarderkade, niemalże w centrum miasta. Z obszernego balkonu i dużych okien mogłyśmy podziwiać zielony teren przecięty wodami kanału, na którym kołysał się rząd łodzi. Wprowadziłyśmy się w kwietniu. Mieszkanie było pełne słonecznego światła, przytulne i świeże. Dawało poczucie nowego początku, optymizmu i nadziei, które były nam bardzo potrzebne.

Wydawało się, że nasze wysiłki, leczenie i stałe kontrole utrzymują Evi w dobrym stanie zdrowia. Nadal chodziła do szkoły, choć plan lekcji dopasowano do jej możliwości. Miewała dni, gdy była zbyt zmęczona na cokolwiek innego, oraz dni, gdy zdawała się funkcjonować zupełnie normalnie. Nasze życie ustabilizowało się i nabrało zwykłego rytmu. Nic tak nie ucisza niepokoi i lęków, nie tamuje złych przeczuć, jak rutyna dnia codziennego, jednostajny uspokajający ciąg dni, o którym myślimy, że nic go nie przerwie.

Sądziliśmy, że to grypa. Evi czuła się źle, twierdziła, że bolą ją mięśnie, brzuch i głowa. Kiedy późnym popołudniem poskarżyła się na ucisk w klatce piersiowej, niezwłocznie udaliśmy się do szpitala.

Zawał serca. Tak brzmiała diagnoza. Evi miała szesnaście lat. Wykonano u niej zabieg poszerzenia naczyń krwionośnych, by ułatwić sercu pracę i poprawić jego wydajność, która rażąco spadała. Od tamtej pory stan Evi pogarszał się stopniowo. Coraz rzadziej miała siłę, by uczestniczyć w lekcjach, nawet wtedy, kiedy nauczyciele przychodzili do domu. W tamtym okresie pracowałam jedynie dwa dni w tygodniu, by być jak najczęściej z Evi. Miałam wrażenie, że więdnie i wyślizguje mi się z palców, które tak desperacko chcą ją uchwycić, że gaśnie powoli, niepostrzeżenie osuwając się w mrok. Kolejna kontrola u kardiologa dała nam do zrozumienia to, co wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu. Serce Evi nie dawało rady. Było potrzebne nowe.

Evi Brouwer

Większość moich rówieśniczek ze słowem serce kojarzy miłość, emocje, chłopaków. Serduszka na kartkach pocztowych, roześmiane emotikony z serduszkami zamiast oczu, wyznania na Facebooku, zdjęcia całujących się par na tle zachodu słońca, pluszowe misie trzymające w łapkach olbrzymie czerwone serca z jaskrawym napisem LOVE. Przesłodzony symbol uczuć.

Prawda jest jednak brutalna i krwawa. Serce to pompa, zwykły mięsień, zbitka tkanek poprzecznie prążkowanych, kawałek mięsa umieszczony w klatce piersiowej i tłoczący krew w tętnice organizmu dzięki rytmicznym skurczom. Nie ma nic wspólnego z miłością, może jedynie tyle, że reaguje na impulsy z mózgu. Mózg. To tam rodzą się emocje. Ale nikt nie produkuje pluszowych misiów trzymających w łapkach olbrzymi, żółty i pofałdowany organ. Ludzie nie zawsze chcą znać prawdę, a nawet jeśli ją znają, uważają za niedostatecznie ładną i wybierają iluzję. Nawet potrafię to zrozumieć. Tylko mnie nie wolno było poddawać się iluzjom. Nawet tym ładnym.

Moje serce nie funkcjonowało dobrze. Właściwie powinnam powiedzieć: źle. Kardiomiopatia. Długie, skomplikowane słowo. Za dużo sylab. Dziwne, bo zawsze mi się wydawało, że najgorsze choroby mają krótkie nazwy, ostre jak brzytwa, jak jedno mocne uderzenie, które ścina ludzi z nóg. Rak. AIDS.

Na początku nie było tak tragicznie. Wszystko rozwijało się stopniowo, tak powoli, iż stało się nawet naturalne i zupełnie normalne to, że mogłam coraz mniej. Wiem, jak to brzmi. Makabrycznie. A jednak to prawda.

Jak to jest żyć z wyrokiem zbliżającej się śmierci, wiszącej nad głową jak olbrzymia chmura gradowa? Przyzwyczajasz się. W końcu. Tak jak do brzydkiego zapachu. Po jakimś czasie twój nos już go nie czuje.

W końcu przestałam chodzić do szkoły. Za duży wysiłek. Wszystko mnie męczyło. Nauczyciele musieli udzielać mi lekcji w domu. Nie za często i nie za dużo naraz. Czasem odwiedzały mnie szkolne koleżanki. Na początku bardzo mi zazdrościły: uwagi, lekcji w domu, wysypiania się. Szybko zorientowały się jednak, że nie o to chodziło. I przychodziły coraz rzadziej. Byłam przykrym i trochę strasznym przypomnieniem, że nie jesteśmy nieśmiertelni. Żaden nastolatek nie chce, by mu o tym przypominano. Nie za bardzo wiedziały, co ze mną zrobić, jak rozmawiać. Czułam niemalże, że odliczają minuty do końca wizyty. Czasem potrafiły godzinę rozmawiać o jakichś filmowych bohaterach lub gwiazdach muzyki, w których się systematycznie zadurzały. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak mogły zakochać się w kimś, kto nigdy nie będzie naprawdę ich. Bywało, że zapalały się jakimś złudnym entuzjazmem i prawie próbowały mnie przekonać, żebym zrobiła coś szalonego, wyszła z domu, przeżyła jakąś przygodę. Widziałam, jak gryzły się w język, żeby nie powiedzieć z bolesnym zapałem: „Zrób to, zanim będzie za późno, zanim umrzesz!”. Kiedyś wymyśliły, że założą mi stronę na Facebooku, żeby zbierać pieniądze i wsparcie oraz, jak to pięknie ujęły, szerzyć wiedzę na temat chorób serca. Kiedy ostro zaprotestowałam, zapytały zrezygnowane, co w takim razie mają zrobić. Odpowiedziałam, żeby wypełniły deklarację dawcy narządów, kiedy skończą osiemnaście lat. Wyraz ich twarzy był bezcenny. To nie tak, że ich nie lubiłam lub celowo chciałam je zszokować. Byłam nimi zmęczona. Wszystkim byłam zmęczona. Wydaje mi się, iż miały kłopot z zaakceptowaniem faktu, że można umrzeć w taki sposób. Powoli gasnąc, bez fajerwerków, dramatycznych zwrotów akcji, wielkiej miłości rozdzierającej serce. Życie to nie hollywoodzka produkcja.

Niepotrzebne były mi dramaty ani porady szkolnych rówieśniczek, które w natłoku własnych spraw nie potrafiły postawić się w mojej, dość nieciekawej sytuacji. Nie miałam siły na ich entuzjazm i pomysły. Potrzebne mi było nowe serce. Jak się wkrótce okazało, szybciej, niż przypuszczaliśmy.

Nie tęskniłam za koleżankami, które stopniowo odsuwały się, być może zrażone moim nastawieniem. Wiem, co o mnie myślały. Że jestem zarozumiała. Że mi się wydaje, iż znam życie lepiej niż one, ponieważ choruję poważnie. Prawda była jednak inna. Zazdrościłam im. Ich obecność przypominała mi, że tak naprawdę one wiedziały o życiu o wiele więcej niż ja. Głównie dlatego, że je miały.

Może to był powód, dla którego nie odczuwałam boleśnie braku przyjaciółek. Żyły w innym świecie, pełnym możliwości, energii, przygód. Podczas gdy one przeżywały kolejne miłości, organizowały imprezy i zwiedzały różne kraje, ja uczyłam się akceptować fakt, że to wszystko było dla mnie nieosiągalne. Mój świat kurczył się coraz bardziej. Wkrótce pozostali mi jedynie oni: mama, tata, Toby i ciocia Charlotte. To były najważniejsze osoby w moim życiu, z nimi dzieliłam to, co dobre, i to, co złe. To byli moi ludzie, którzy mnie znali, którzy wypełniali mój mały świat po brzegi, rozjaśniali moje dni swoją obecnością, a nie swoimi poradami i pomysłami. Był jeszcze Karol, oczywiście, choć nie wiem, czy można policzyć kota jako osobę.

Na pierwszym miejscu stała zawsze moja mama. Była moją najlepszą przyjaciółką. Ile nastolatek może tak powiedzieć? Znałam ją lepiej niż ktokolwiek inny. Wiedziałam, co lubiła, a co ją drażniło. Uwielbiała kawę, czarną, którą piła rano zamiast śniadania. Ale po południu tylko z mlekiem. Zapach pomarańczy i krem do twarzy marki Bio Plus. Jazdę na łyżwach i dźwięk hiszpańskiej muzyki gitarowej. Szarlotkę i lody waniliowe. Miętową herbatę. Kwiecień, bo wtedy wszystko kwitnie i nabiera kolorów. Czarno-białe zdjęcia. Nie cierpiała skrobania sztućcami o talerze. Owoców morza i pikantnych potraw. Deszczu i zabłoconych butów. Bałaganu w szafie i włosów w odpływie prysznica.

Ale to wszystko tak naprawdę nie miało znaczenia. Bo to mnie mama lubiła najbardziej na całym świecie, a to, czego szczególnie nie cierpiała, to moja choroba.

Zwykłyśmy robić wszystko razem i o wszystkim sobie mówić. Wiedziałam, że mogę jej zaufać, że mogę liczyć na jej pomoc, opinię, spokój i miłość. Kiedy dotyka cię choroba, o której wiesz, że może odebrać ci wszystko, co masz, dorastasz szybciej. Inaczej patrzysz na to, co wartościowe. Doceniasz. Mama zawsze była przy mnie. Cokolwiek działo się w moim życiu, ona wiedziała o tym pierwsza.

Nigdy nie miałam kar, zakazów, nakazów. Wszystko podlegało negocjacji. Nawet gdy jeszcze nie byłam chora i mieszkaliśmy wszyscy razem, dostawałam więcej luzu niż moi rówieśnicy. Może dlatego, że nigdy tej swobody nie nadużywałam. Miałam to szczęście, że mimo rozwodu rodziców nasza rodzina pozostała zgodna. Niewiele pamiętam z czasu przed ich oficjalnym rozstaniem, choć może brzmi to śmiesznie. Nie było wielkich kłótni, nikt nie rzucał talerzami o ścianę. Bywało, że słyszałam intensywną rozmowę, którą urywano, gdy tylko wchodziłam do kuchni. Czasem wyczuwało się wiszące w domu lekkie napięcie, podobnie jak się wyczuwa w powietrzu nadchodzącą burzę. Albo mama wieczorem siedziała sama w pokoju, wpatrzona w ekran telewizora z wyłączonym dźwiękiem, a na stoliku stała niedopita lampka wina. Wiedziałam, że nie ogląda, że jej oczy nie rejestrują migoczących obrazów, tylko że jej myśli dryfują gdzie indziej. Ale kiedy siadałam obok niej na sofie, by wtulić głowę w jej ciepłe ramię, zawsze miała dla mnie uśmiech, jakby jej własne troski czmychały, gdy tylko się zbliżałam.

Może dlatego, gdy wreszcie powiedzieli mi o rozwodzie, nie czułam nawet zdziwienia. Gdzieś w głębi duszy próbowałam przekonywać samą siebie, że to nie przeze mnie, że to nie dlatego, że jestem chora, że tak będzie lepiej. Znałam inne rodziny, gdzie doszło do rozwodu, i wiedziałam, że to nie koniec świata, a jednak myśl, że to ja zniszczyłam naszą rodzinę – nawet jeśli zrobiłam to nieumyślnie – ciążyła mi i drażniła mnie.

Dużo bardziej od rozwodu bałam się wyprowadzki i związanego z nią zamieszania. Na całe szczęście mieliśmy ciocię Charlotte, w domu której zawsze tak ładnie pachnie, a sofa zawalona jest miękkimi poduszkami. To tam było nasze schronienie przed chaosem spowodowanym zmianami. W domu cioci zwykle panowało zamieszanie, wszyscy tam głośno się śmiali i dyskutowali, na stole zawsze stało przygotowane przez ciocię jedzenie ze świeżych produktów. Tata po kryjomu nazywał ją szaloną hippiską. Wiedziałam, że mówił to z lekką pogardą, ale kiedy przyniosłam mu kawałek ciasta marchewkowego jej roboty, zjadł go prawie z talerzem. Ciocia nigdy nie robiła dramatu z mojej choroby. Kiedy nie miałam siły biegać z dziećmi albo wyjść na spacer, wystawiała mi wygodny fotel do ogrodu i wypychała na zewnątrz. Wciskała mi w rękę ekologiczne jabłko kupione na targu od rolnika i biegła do kuchni pichcić coś innego. Pachniało od niej cynamonem, miodem i bazylią. Przez okno kuchni widziałam jedynie jej twarz, bo parapet zastawiony był donicami pełnymi bujnych ziół. Mama mówiła, że czego by ciocia nie dotknęła, wypuszczało nowe pędy, jakby wstrzyknięto w nie dodatkowy zapas życia. Może liczyła, że ze mną cioci też się to uda.

Wkrótce przeprowadzka dobiegła końca, nasze nowe mieszkanie było gotowe i mogłyśmy wrócić do rytmu dnia codziennego. W naszym życiu zapanował spokój i chyba wszyscy przywykliśmy do nowego układu. Tata często nas odwiedzał i co drugi weekend zabierał mnie do siebie, gdzie zamiast sałatek i zup z warzyw z ekologicznej uprawy jadaliśmy frytki i naleśniki z nutellą. Tata lubił mnie rozpieszczać. To był chyba jego sposób na opiekę nade mną. I na radzenie sobie z moją chorobą. Nigdy nie sprawiał takiego wrażenia, jakby brał pod uwagę, że może mi się coś stać. I może to było najfajniejsze w tych naszych weekendach. Poczucie, że nie zawsze muszę walczyć, być ostrożna, że czasem mogę po prostu odpuścić. Bo przecież nic złego nie może mi się stać.

A jednak złe przyszło. Zbliżało się powolnymi krokami i już jakiś czas, zanim stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz, czułam jego obecność. Odbierała mi oddech, energię i siłę.

Poza mamą, tatą, ciocią i jej rodziną był jeszcze Toby i Silke, przyjaciółka mojej mamy. Przyjaźniliśmy się od lat i mimo że niewiele miałam do zaoferowania, Toby pozostał lojalnym i wiernym przyjacielem. Przychodził nawet wtedy, gdy nie chciało mi się rozmawiać czy starać. Odrabiał lekcje, grał na telefonie, robił herbatę, wynosił mamie śmieci i zawsze opuszczał deskę klozetową. Toby był jak kot, jego niewymuszona, cicha obecność pocieszała i rozweselała, nie odbierając jednocześnie życiowej przestrzeni. Był zawsze pod ręką, gdy go potrzebowałam, zawsze gotowy pomóc, pogadać, obejrzeć film, wyskoczyć po świeży chleb do ekosklepu.

Mama bardzo go lubiła. Widziałam to po sposobie, w jaki uśmiechała się do niego – nie tylko wargami, ale również oczyma.

Po jakimś czasie zorientowałam się, że zaczął mnie lubić jakby inaczej. Dawał mi to do zrozumienia w dość subtelny, lecz oczywisty sposób. Problem polegał na tym, że ja nie potrafiłam zdecydować, co konkretnie do niego czuję. Zazdrościłam mu nawet trochę tej pewności, której nie miałam. Ciągle przypominałam sobie podekscytowane głosy koleżanek, które z wypiekami na twarzy opowiadały mi o swoich chłopakach, randkach, flirtach na czacie. Ja zamiast ekscytacji czułam raczej zażenowanie.

Kiedy zwierzyłam się mamie z moich rozterek, popatrzyła na mnie w milczeniu. Pamiętam, że tak dziwnie ściągnęła brwi. Zaraz potem usiadła przy stole, przy którym kroiła warzywa, po czym odsunęła deskę i pogłaskała mnie po dłoni. Więc osiągnęłyśmy kolejny etap i przyszła kolej na niezręczną rozmowę o seksie, pomyślałam. Ale zamiast tego mama opowiedziała mi o swoim pierwszym chłopaku i pierwszym pocałunku. O zażenowaniu i pragnieniach, o tym, że nie zawsze trzeba od razu wiedzieć, co się czuje, i że nie wszyscy zakochują się w ułamku sekundy i co tydzień od nowa. Dzięki niej nie czułam się dziwnie ze swoimi emocjami. Ale przede wszystkim miałam poczucie, że ktoś mnie rozumie.

Dwa miesiące po naszej rozmowie wylądowałam w szpitalu z – jak się okazało – zawałem serca. Doprowadzono mnie do porządku i wykonano zabieg poszerzenia naczyń. Angioplastyka. Kolejne za długie i mało romantyczne słowo. Wszyscy byliśmy przerażeni, choć w zasadzie nie faktem samego zawału, a raczej myślą, że choroba postępuje i moje serce jest coraz słabsze. Nikt nie musiał mi mówić, że nie zostało mi zbyt wiele czasu. Czułam to w mojej klatce piersiowej, w moim pulsie i w oddechu.

Chciałam wiedzieć, jak to jest. To może nie był najlepszy powód, żeby pocałować chłopaka. Ale nigdy nie żałowałam, że tak się stało. Nic się zresztą między nami nie zmieniło i wszystko zostało po staremu, jakbyśmy po prostu dodali do naszej przyjaźni małą dozę przyjemności. Tylko Toby jakby promieniał trochę bardziej. Był zawsze blisko, w dobrych i w trudnych momentach, kiedy choroba dawała o sobie znać. Również wtedy, gdy stała się oficjalnym wyrokiem śmierci.

Pamiętam wizytę u kardiologa, kiedy wreszcie padły te słowa. Wypowiedziane na głos w sterylnie czystym, anonimowym gabinecie. Korytarz, którym szliśmy we troje, wydawał się dłuższy niż zwykle, białe ściany zdawały się ciągnąć bez końca jak labirynt bez wyjścia. W poczekalni było dziwnie duszno. Miałam wrażenie, że ludzie wokół poruszają się w zwolnionym tempie, a mój własny oddech odbija się echem i zagłusza szum rozmów. Byłam już tam, znałam te hole, gabinety, zapamiętałam niektóre twarze. A jednak wszystko zdawało się nowe, wszędzie kryła się groźba. Drzwi otwierały się i zamykały. Za nimi czyhał sędzia w białym fartuchu i wyrok. Wiedziałam, że nie jest ze mną dobrze. Siedziałam między rodzicami. Ich milczenie było jednoznaczne. Oni też wiedzieli. Od czasu zabiegu wcale mi się nie poprawiało. Dokuczała mi bezsenność i uczucie ciężkości w klatce piersiowej, miałam wrażenie, że każdy oddech kosztuje mnie zbyt wiele wysiłku. Kiedy nie mogłam spać, zamartwiałam się. Nie o siebie. Myślałam o mamie. O tym, że jeśli umrę, na pewno się załamie. Czasem dawałam z siebie wszystko, by ją rozweselić, i mimo zmęczenia wybierałam się na krótki spacer lub zakupy albo próbowałam wytrwać wieczorem do końca filmu, który wspólnie wybrałyśmy.

Kiedy wezwano nas do gabinetu, mama trzymała mnie za rękę. Zwykle tego nie robiła, jakby próbowała mnie przekonać, że nie ma powodu do stresu. A może chciała przekonać siebie? Tym razem nikt jednak nie udawał, nikt nie próbował trzymać fasonu. Tata odchrząkiwał regularnie, jakby coś tkwiło mu w gardle. Kardiolog przejrzał moje badania w skupieniu, a potem otworzył usta. Transplantacja. Przeszczep. Twarz mojej mamy była blada i napięta, a oczy szkliste i nieruchome. Niemal usłyszałam ten dziwny trzask i pomyślałam, że pękło jej serce i teraz to nie ja, lecz ona będzie potrzebowała nowego.

Chantal Simons

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Opracowanie językowe tekstu: Studio Editio

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Aleshyn_Andrei (Shutterstock.com)

Copyright © Dominika van Eijkelenborg, 2018

Copyright © 2018 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-65601-98-8

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek