Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 496 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Time Riders. Kod Apokalipsy - Alex Scarrow

Liam O’Connor powinien utonąć w 1912 roku. Maddy Carter powinna zginąć w katastrofie lotniczej w 2010 roku. Sal Vikram powinna spłonąć w pożarze w 2026 roku. Jednak cała trójka dostała drugą szansę. Nie umarli, ale zostali zwerbowani do tajnej organizacji, której celem jest ochronić świat przez złymi skutkami podróży w czasie. W roku 1994 Adam Lewis – brytyjski hacker – odkrywa, że w pewnym zakodowanym manuskrypcie sprzed tysiąca lat wymienione jest jego nazwisko. Jak znalazło się tam… i dlaczego? W roku 2001 Adam staje na drodze Jeźdźców w Czasie, którzy po tym spotkaniu odbywają podróż do roku 1193, w sam środek lasów Sherwood. Szukając odpowiedzi na dręczące wszystkich pytanie – jak nazwisko Lewisa znalazło się w tym dokumencie – spotykają tajemniczego, zakapturzonego mężczyznę… Okazuje się, że on także szuka owego manuskryptu… Jakie niebezpieczeństwo dla przyszłości niesie tajemnicza wiadomość z przeszłości

Opinie o ebooku Time Riders. Kod Apokalipsy - Alex Scarrow

Fragment ebooka Time Riders. Kod Apokalipsy - Alex Scarrow

O Autorze:

ALEX SCARROW zaczynał jako grafik, po czym zdecydował, że zostanie projektantem gier komputerowych. W końcu dojrzał i został pisarzem. Napisał wiele popularnych thrillerów oraz kilka scenariuszy, ale to pisanie dla młodzieży pozwala mu do woli cieszyć się pomysłami i koncepcjami, którymi bawił się podczas tworzenia gier.

Mieszka w Norwich z synem Jakubem, żoną Frances i dwoma bardzo grubymi szczurami.

Odwiedź witrynę www.time-riders.co.uk i zostań Jeźdźcem w Czasie.

Seria Time Riders:

Tom 1: Jeźdźcy w Czasie

Tom 2: Czas drapieżników

Tom 3: Kod apokalipsy

Wkrótce kolejne tomy!

Alex Scarrow

Kod apokalipsy

Tłumaczenie: Karol Sijka

Tytuł oryginału: Time Riders. Doomsday Code

First published in Great Britain in the English language by 

Penguin Books Ltd.

Copyright © Alex Scarrow, 2011 

All rights reserved

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 

Warszawa 2013 

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości 

albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej 

zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7895-597-9

Tłumaczenie: Karol Sijka

Redaktor prowadzący: Agnieszka Skórzewska 

Redakcja: Magdalena Adamska 

Korekta: Magdalena Wosiek 

Skład i łamanie: Bernard Ptaszyński

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96 

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 

www.zielonasowa.pl 

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Moim bratanicom i bratankom… (głęboki wdech…)

i lecimy w kolejności wiekowej – Leonie, Jamesowi,

Nathanowi, Abigail, Tomowi, Aaronowi, Naomi,

Joe’owi, Nickowi i Connorowi.

Przyszłym Jeźdźcom w Czasie?

FAKT

Manuskrypt Voynicha to autentyczny dokument napisany w niezidentyfikowanym dotychczas języku średniowiecznym.

FAKT

Pomimo licznych prób kryptologów i zastosowania oprogramowania deszyfrującego, kod manuskryptu nie został jeszcze złamany.

FAKT

Źródła legendy o Robin Hoodzie spowija mgła tajemnicy.

FAKT

Tożsamość osoby piastującej urząd szeryfa Nottingham w czasie powrotu króla Ryszarda z krucjaty jest nieznana.

PROLOG

Chicago rok 2044

– Panie i panowie – zaczął mężczyzna – wszyscy przybyliście tu, aby zobaczyć to na własne oczy. Dosłownie za chwilę wejdę do klatki Faradaya i zniknę.

„Jasne, czyli to faktycznie kolejny świr”. – Anna Lopez pokręciła głową. – „Więcej mi nie trzeba”.

Skrzyżowała porozumiewawcze spojrzenia z dwoma innymi dziennikarzami, którzy siedzieli wraz z nią wśród nielicznej widowni. Rozpoznała kilka twarzy: choćby reportera zajmującego się nauką i środowiskiem w stacji cyfrowej Euro News, czy redaktora kolumny naukowej w e-magazynie technologicznym ze Stamfordu. W zeszłym tygodniu wszyscy oni otrzymali małe zaproszenia na kremowym papierze z wydrukowanym zdawkowym wyjaśnieniem. Mieli przybyć do miejsca o nazwie Galeria Larkhama, „by na własne oczy zobaczyć technologię, która odmieni egzystencję wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci żyjących na tej niespokojnej planecie”.

Anna Lopez westchnęła. Światu z pewnością przydałaby się garść dobrych wiadomości.

Nazwa Galeria Larkhama wzbudzała pozytywne skojarzenia. Spodziewała się kameralnego, klimatycznego wnętrza, po którym krążą kelnerzy trzymający w dłoniach srebrne tace z kieliszkami wina i słonymi przekąskami. Nic z tego. Trafili do ponurego magazynu, w którym ustawiono trzy rzędy niewygodnych, plastikowych krzesełek szkolnych. Nad głowami zebranych brzęczała lampa jarzeniowa. Skądś dochodziło echo rytmicznie skapującej wody deszczowej.

– Ładunek zostanie uwięziony w klatce, a następnie równomiernie rozłożony wokół mnie. Pozwoli to wygenerować wystarczająco dużą próżnię, aby…

– Co? Zniknąć?! – krzyknął ktoś z tylnego rzędu. – Mój dzieciak zrobi dokładnie to samo za pomocą zestawu małego magika ze sklepu z zabawkami.

Ktoś parsknął, wypluwając kawę z powrotem do styropianowego kubka.

– Nie – odparł mężczyzna ze sceny. Nazwisko człowieka znowu wyleciało Annie z głowy. Otworzyła aplikację notatnika na swoim T-Padzie.

„Waldstein”. – Pomyślała, że nawet to brzmi banalnie.

– Nie! – odburknął, uciszając szmer wesołości. – To żadna sztuczka bankietowa!

– Panie Waldstein? – Anna uniosła rękę.

– Hmm… słucham?

– Twierdzi pan, że zniknie?

– Zostanę przeniesiony na nie dłużej niż minutę. – Waldstein skinął głową. 

– Mhm, zostanie pan przeniesiony – przytaknęła potulnie. – A dokąd dokładnie?

Uśmiechnął się szeroko i odsunął z twarzy burzę szpakowatych kędziorów, za szkłami okularów zajaśniały rozszerzone jak u dziecka oczy.

– Do innego punktu w czasie – obwieścił teatralnie.

Usłyszała dźwięk odsuwanego krzesła, które zgrzytnęło o betonową posadzkę. Ktoś za jej plecami mruknął „idiota”, po czym dał się słyszeć stukot oddalających się kroków. Pozostali dziennikarze siedzący obok niej zaczęli z zakłopotaniem szurać nogami.

„W czasie?”. – Ten biedny stary głupiec najwyraźniej bajdurzy o podróżowaniu w czasie. Doszła do wniosku, że ewidentnie potrzebuje pomocy; powinien chyba stale przebywać w pokoju z miętowozielonymi ścianami, wyściełanymi miękkimi poduszkami i słuchać kojącej muzyki. Rozległo się skrzypienie kolejnych krzeseł. Wyglądało na to, że mała, żałosna farsa w wykonaniu tego szaleńca dobiegnie końca, zanim się na dobre rozpocznie. Niemal zrobiło się jej go żal.

– Nie odchodźcie! – krzyknął Waldstein. – Proszę! Poczekajcie! – Kroki ucichły. – Już wam to demonstruję!

Anna patrzyła, jak nachyla się nad chybotliwym stołem ogrodowym, który ustawiono na prowizorycznym podeście z drewnianych palet, i zaczyna stukać w klawisze podniszczonego, wysłużonego laptopa. Pod stolikiem stało coś, co przypominało miedziany kociołek; kable wpełzały do niego z jednej strony i wypełzały z drugiej w kierunku wysokiej drucianej klatki. Anna usłyszała cichy szum mocy wzbierającej wewnątrz miedzianego urządzenia, światła w magazynie zaczęły przygasać. W tym momencie zrozumiała, że miniaturowe ustrojstwo oszołoma pobiera prąd z sieci elektrycznej.

„O mój Boże, on się usmaży. Sfajczy się na naszych oczach!”. 

Waldstein dostojnie przeszedł ponad kablami i otworzył drzwiczki drucianej klatki. 

– Tylko spójrzcie! 

Anna niespokojnie podniosła się z miejsca. 

– Panie Waldstein, nie powinien pan…

Mężczyzna wszedł do środka i głośno zamknął za sobą drzwiczki, echo trzaśnięcia rozbrzmiało w całym magazynie. Furkotanie maszyny stawało się coraz głośniejsze.

– Panie i panowie! – Waldstein niemal krzyczał, żeby przebić się przez narastający łoskot. – Za chwilę będziecie świadkami pierwszej w historii podróży w czasie!

– Panie Waldstein! – Anna podeszła o krok. – Niech pan natychmiast przerwie to szaleństwo! Proszę!

Zauważyła, jak reporter jednego z kanałów cyfrowych przeciska się przez rząd krzesełek i filmuje klatkę swoją palmkamerką. Z obrzydzeniem potrząsnęła głową. Popapraniec chce pewnie wszystko nakręcić – nagrać, jak cudak smaży się niczym chips ziemniaczany.

„Jezu…”. – Waldstein uśmiechał się do niej spokojnie przez pręty w klatce.

– Nie martw się, kochanie, nic mi nie będzie! – przekrzyczał szum mocy, która narastała do poziomu wyładowania elektrycznego.

– Proszę! – krzyknęła Anna, zaskoczona nutą paniki w swoim głosie. – Proszę! Wyjdź stamtąd! 

Na twarzy Waldsteina pojawił się niemal uspokajający uśmiech.

– Nic mi nie będzie, kochana. Niedługo znów ich ujrzę. Zobaczę ich, dotknę…

– Ich? Kogo? O czym ty bredzisz?! – krzyczała, ale jej słowa zagłuszał coraz większy jazgot. 

Na prętach klatki zaczęły tańczyć iskry.

– Odsuńcie się! – krzyknął ktoś z głębi sali.

Uświadomiła sobie, że w wyniku wyładowania strumień elektryczny może błyskawicznie poszybować w ich kierunku. Instynktownie cofnęła się kilka kroków i wpadła na puste krzesło, boleśnie zdzierając sobie kostkę. Puste były już zresztą wszystkie krzesła – cała publika zerwała się bowiem na równe nogi. Usłyszała, że ktoś dzwoni na policję. Nie przybyli tutaj, by patrzeć, jak jakiś człowiek z własnej woli się smaży – żadne szaleństwo tego nie usprawiedliwia. Ostatnio na świecie i tak jest wystarczająco dużo świrusów.

Z klatki na podłogę wytrysnęły iskry. Lampy jarzeniowe na całej długości sufitu zasyczały, pstryknęły i zgasły, pogrążając pomieszczenie w ciemności, iluminowanej jedynie rozbłyskami elektrycznej egzekucji Waldsteina. Wśród zasłony iskier wciąż widziała znieruchomiałą sylwetkę mężczyzny. Był spokojny, opanowany… wbrew jej oczekiwaniom nie wyglądał jak miotająca się w konwulsjach marionetka.

Potem, z delikatnym pstryknięciem – nie hukiem, ale pstryknięciem – i łagodnym podmuchem poruszonego powietrza, wszystko ustało. Iskry, łoskot narastającej mocy, syk i trzask czystej energii elektrycznej – wszystko to ucichło. W nieprzeniknionej ciemności Anna słyszała tylko rwane oddechy zgromadzonych wokół niej osób. 

– Niechże ktoś lepiej zadzwoni po karetkę! – usłyszała czyjś głos. 

Ktoś włączył latarkę i skierował promień na klatkę. 

– Mój Boże! Gdzie on się podział?

Była pusta. Dokładnie jak zapowiadał. Zniknął. Anna poczuła przypływ ulgi. Zorientowała się, że zaczyna się beztrosko śmiać.

– A niech mnie! – Potrząsnęła głową. – Przecież właśnie to nam obiecał.

Ale pozostałym ani nie spadł kamień z serca, ani nie poczuli się rozbawieni spektaklem.

– Nie przyszedłem tutaj oglądać magicznych sztuczek! Mam artykuły do wysłania. Powinienem zajmować się teraz prawdziwą robotą, a nie takim szaleństwem…

Niespodziewanie na prętach zajaśniała wstążka iskier.

– Hola! Wszyscy w tył zwrot! To wciąż działa!

Anna spodziewała się, że teraz rozpocznie się podobne przedstawienie, aby zamaskować „powrót” Waldsteina do klatki. Dym i lustra, tak nazywają to magicy – sztuka rozpraszania uwagi. Zamiast tego za prętami ujrzała jedynie słabą, upiorną poświatę; początkowo miała rozmiar drobnego punkcika, ale jej średnica szybko urosła do ponad metra. Kształt błyszczał i falował jak woda. Dokładnie tak wyobrażała sobie ektoplazmę zostawianą przez duchy – może w tych spirytystycznych nonsensach tkwiło ziarenko prawdy.

– Co to jest? – wykrztusił któryś z gości. Latarka zgasła, eteryczna poświata stała się teraz wyraźniejsza. Anna w ciemności pokręciła głową, jakby pytanie zostało skierowane osobiście do niej.

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała. Zdawało się jej, że w słabym, wirującym świetle dostrzega niewyraźny kształt ludzkiej postaci. Może nawet kilku. Coś tam było. Ktoś. Jacyś ludzie. Zarys stawał się coraz wyraźniejszy, jakby się przybliżał. Anna miała nieodparte wrażenie, że blada poświata znajduje się gdzie indziej. Może – gdyby druciana siatka nie zagradzała drogi – mogłaby przez nią przejść, sięgnąć w głąb… i dotknąć tego miejsca. Przypominało to migoczące, drgające wrota do innego…

„Co? Naprawdę? Poważnie?” – złapała się na nieprawdopodobnej myśli.

– Przecież to czyste wariactwo – szepnęła pod nosem.

Wyraźny kształt okazał się człowiekiem. Teraz widziała to jak na dłoni. Wydawało się, że powoli zmierza w jej stronę, zasłaniając wirujące światła „innego wymiaru”. Nagle upiorna poświata rozpłynęła się. Zapadła ciemność. W nieprzeniknionym mroku poczuła na twarzy podmuch powietrza, włosy opadły jej na same oczy. Odgarnęła grzywkę. W klatce coś się znajdowało. Usłyszała, że zza siatki dochodzi łopoczący, nieregularny oddech.

– Halo? – wyszeptała. – Waldstein? To ty…? Jesteś tam? 

Sapanie nie ustawało.

– Kto ma tę latarkę? – odezwał się głos za jej plecami. – Oświetlcie klatkę. 

Usłyszała, jak ktoś mocuje się z czymś i klnąc, gmera w poszukiwaniu jakiegoś miniaturowego przełącznika.

– Waldstein? – wyszeptała Anna. – Wszystko w porządku? – W odpowiedzi na jej pytanie sapanie ucichło, a potem całkowicie ustało.

– Włącz latarkę!

– Próbuję! Nie mogę znaleźć… Gdzie to jest?

Biedak w klatce zaczął coś mamrotać. Anna pochyliła się i zdobyła na odwagę, aby wreszcie położyć ręce na drucianej siatce. Rozgrzewał ją jeszcze ładunek elektryczny, ale nie była gorąca ani, dzięki Bogu, żywa.

– Wszystko w porządku?

– Widziałem to… widziałem.

– Spokojnie. Wyciągniemy cię stąd, a później wezwiemy karetkę.

– Widziałem… widziałem to – wydyszał chrapliwie.

W tym momencie ktoś za jej plecami włączył latarkę, w całym pomieszczeniu zatańczyły cienie.

– Jest w szoku – powiedziała Anna. – Oświetlcie go.

Promień przemknął nad jej ramieniem, ściany magazynu pokrył labirynt podskakujących cieni. Przez druty dostrzegła mężczyznę, którego widziała kilka chwil temu: człowieka, któremu, jak sądziła, potrzebny był lekarz i wygodna izolatka bez klamek, żeby mógł pozbyć się swoich urojeń.

Przynajmniej tyle dobrego, że nie były to ludzkie zwłoki.

„Ale ta twarz… jego twarz”.

Oczy wariata, ukryte pod burzą obłąkańczo zwichrzonych włosów i za szkłami okularów, wciąż były okrągłe i szerokie, ale nie wyrażały już dziecięcego zdziwienia i podekscytowania. Już nie.

Odbijała się w nich groza. Czysta groza. Waldstein wyglądał tak, jakby jego umysł odgrodził się od rzeczywistości, aby ochronić się przed szaleństwem. W tym momencie zrozumiała, że dzisiejszego wieczoru nie byli świadkami salonowych popisów magicznych, a gospodarz spotkania nie jest tanim iluzjonistą goniącym za sławą i uwielbieniem publiczności.

„On gdzieś dotarł. On naprawdę gdzieś trafił”. – Nie wiedziała dlaczego, lecz czuła, że przebywał tam dużo dłużej niż minutę.

– Co to było? – spytała łagodnym tonem Anna Lopez. – Co się właśnie wydarzyło?

Jego nieobecne spojrzenie, być może wciąż wpatrzone w ten drugi wymiar, zdawało się stopniowo powracać do rzeczywistości, powoli dołączało do reszty jego ciała we współczesnym Chicago. Przeniósł na nią wzrok i zaczął uświadamiać sobie, że nie jest sam, że po drugiej stronie drucianej siatki też są ludzie.

– Ja… – Otworzył usta, rozchylając wyschnięte i popękane wargi. – Widziałem koniec.

Usłyszał, że ktoś za plecami kobiety wystukuje numer. Dzwoni na pogotowie. Może niektórzy z nich go słyszeli. Psychol z kamerą wciąż go filmował, pewnie był zawiedziony, że nie pokaże swojemu wydawcy nagrania parujących zwłok. Choć może obłąkańcze paplanie tego wariata okaże się jeszcze lepszym materiałem.

– Waldstein? – wymruczała Anna. – Co rozumiesz przez… koniec?

Uświadomiła sobie, że mężczyzna płacze. Po jego policzku spłynęła łza i wsiąkła w szczeciniastą brodę. Nieobecny wzrok wreszcie zniknął. Waldstein wciąż na nią patrzył. Potem niespokojnie rozejrzał się po klatce.

– Mój Boże! To… wszystko trzeba zniszczyć!

– Co? Chodzi ci o wehikuł?

Trzepnął dłonią w drucianą klatkę, która zatrzęsła się i zabrzęczała, a echo rozbrzmiało w całym magazynie.

– TO! Podróże w czasie! To… wszystkich nas unicestwi!

ROZDZIAŁ 1

Nowy Jork rok 2001

Maddy samotnie obserwowała gromadkę mew dziobiących śmieci wyrzucone na muł, odsłoniętej po odpływie, cieśniny East River. Nad głową dziewczyny rozbrzmiewał rytmiczny łoskot ruchu przetaczającego się przez most Williamsburg. Była godzina szczytu – pracownicy wracali z Manhattanu na Brooklyn po skończonym dniu pracy. 

Dziewczyna wrzuciła do wody małą bryłkę asfaltu i patrzyła, jak przestraszone chlupnięciem mewy uciekają w popłochu. 

„Mój Boże”. – Jej myśli wciąż krążyły wokół tego samego. – „Mój Boże, Liam to Foster?”.

Właśnie tak powiedział starzec: że on i Liam są tą samą osobą, że kiedyś był Liamem. Wiedziała, że nie kłamał. Dostrzegała podobieństwo rysów twarzy i gestów. Ba, oni nawet mówili w podobny sposób.

„To przez podróże w czasie. Podróże w czasie mnie postarzyły, Maddy” – powiedział.

Liam powoli zamienia się w tego biednego starca… a ona i to musi zachować dla siebie do momentu, w którym chłopak będzie gotów usłyszeć prawdę. Skrywanie takich sekretów czyniło ją bardzo samotną, separowało od dwójki przyjaciół. Czuła, że to złe. Ostatecznie zostali zwerbowani wspólnie: ona, Liam i Sal… troje nastolatków wyrwanych z różnych epok, uratowanych w ostatnich sekundach swojego życia przez tego samego starca. Powinni pozostać drużyną i nie powinno być między nimi tajemnic. Nie takich.

„Teraz ty jesteś przywódcą drużyny” – powiedział jej Foster. – „Tylko od ciebie zależy, kiedy powiesz o tym Liamowi”.

Patrzyła, jak mewy ostrożnie wracają do dziobania i szarpania plastikowych toreb walających się po rzecznym szlamie.

„Po prostu świetnie” – mruknęła do siebie. Ale niepokoiło ją i nie pozwalało jej spać po nocach coś jeszcze. Przecież nie chodzi tylko o sprawę „Foster to Liam”, prawda? O nie! Jest coś jeszcze: świstek papieru, który znalazła w punkcie dostawczym… wiadomość przeznaczona wyłącznie dla jej oczu.

Maddy, uważaj na „Pandorę”, ucieka nam czas. Uważaj na siebie i nie powtarzaj tego nikomu.

Wciąż zachodziła w głowę, co ma właściwie o tym wszystkim myśleć. Treść wiadomości nic jej nie mówiła. „Pandora” – co to, do diabła, jest poza dość głupim imieniem kobiecym?

– Dlaczego to muszę być ja? – Na dźwięk jej łagodnego głosu maszerująca obok mewa zatrzymała się i z zainteresowaniem przekrzywiła łepek.

– Nie do ciebie mówię, stuknięta ptaszyno. – Mewa wróciła do szukania padliny, na wszelki wypadek nie spuszczając jednego paciorkowatego oka z dziewczyny. Maddy wpatrywała się w migające światła Manhattanu, a słońce zaczęło zachodzić za dwiema wysokimi kolumnami World Trade Center.

„Foster nie bez powodu cię zwerbował i nie bez powodu mianował dowódcą. Wie, że jesteś wystarczająco bystra, by rozwiązywać problemy, Maddy” – westchnęła. Naprawdę chciałaby w to wierzyć… wierzyć, że jest stworzona do bycia dobrym przywódcą drużyny, dobrym Jeźdźcem w Czasie. Ale patrząc na dotychczasowy przebieg spraw, cóż… przecież non stop szyje na poczekaniu, a ze wszystkich opresji wychodzi dosłownie w ostatnim momencie.

Fakt, że żyje i nie uśmierciła jeszcze ani Liama, ani Sal to czysty fart. Tylko czystym fartem nie wywróciła jeszcze osi czasu do góry nogami. Czystym fartem nie sprowadziła na świat zagłady.

Nakładanie na barki osiemnastoletniej dziewczyny takiej odpowiedzialności to przegięcie.

– No, kurde! – wysyczała. – Przegięcie jak cholera.

ROZDZIAŁ 2

Nowy Jork rok 2001

Poniedziałek (pięćdziesiąty siódmy cykl czasowy)

Właśnie na niego patrzę, pływa sobie w próbówce pełnej brejowatej, oślizgłej mazi. To jednocześnie Bob i nie Bob. Wiecie, co mam na myśli. Teraz to chłopiec. Nie ma na sobie najmniejszego włoska i jest zwinięty jak dzieciątko. Po twarzy już widać, że to na bank on, choć niedokończony; tylko grube kościska i czoło kretyna. Skóra nie pokryła jeszcze głowy, widać tylko czerwone i surowe włókna mięśniowe, a także zęby, no i dwie gałki oczne, które bez powiek sprawiają wrażenie gigantycznych kul. Czasem zdaje się, że obracają się i drgają, zupełnie jakby przyglądały się osobie stojącej przed próbówką. Ale ja wiem, że Bob nic nie widzi. Maleńki mózg śpi jeszcze głęboko i śni dziecięce sny.

Ciało obrastają już pierwsze płaty skóry, ale wciąż widać odsłonięte fragmenty anatomii. Przez niezarośnięty kawałek tuż pod lewym ramieniem przezierają żebra i, na moje oko, jakiś organ. Serce? Szarpie się. Jak zwierzę w klatce.

Aż mi się niedobrze robi. Chyba będzie lepiej, jeśli wrócę do łóżka.

A skoro już mowa o puszczaniu pawia: Liam właśnie opróżnia sedes. Kilka dni temu dostaliśmy jedną z tych toalet kempingowych. W naszym biurze terenowym jest tylko jeden mały kibel, ze skrzypiącymi drewnianymi drzwiami i popękaną muszlą bez deski. To totalna pinchudda! Zresztą i tak nie jest podłączona do kanalizacji. Właśnie dlatego potrzebowaliśmy tego kibla kempingowego. Trzeba go opróżniać co kilka dni, żeby nie prześmiardła cała baza – po wyciągnięciu plastikowej beczki, wysuwa się tylna cześć toalety razem ze wszystkimi bulgoczącymi w środku… czujecie, nie?

Shadd-yah. Następnym razem moja kolej.

Ale idźmy dalej… wkrótce wybieramy się na wycieczkę. Do specjalnego miejsca. Chcecie wiedzieć gdzie?

No to wam powiem.

Jutro wybieramy się do „niedzieli”! Właśnie tak, opuścimy pętlę czasu i wrócimy do niedzieli. Będzie to moja pierwsza podróż w czasie. No, może nie do końca… mój pierwszy raz był wtedy, kiedy Foster chwycił mnie za rękę i przywiózł ze sobą tutaj. Ale wtedy nie rozumiałam, co się dzieje. Poza tym zawsze po zresetowaniu bańki w pewnym sensie cofam się w czasie o czterdzieści osiem godzin.

No, ale teraz to co innego… wejdę przecież do portalu, to się dopiero nazywa podróż w czasie. Stanę się prawdziwym podróżnikiem w czasie, przejdę przez lukę w czasoprzestrzeni, przez materię chaosu. Liam mówi, że to dziwne wrażenie, tak jakby wszystko okrywała mlecznobiała, mglista zawiesina, w której czuć podejrzane poruszenia, choć nie wiadomo, co je powoduje. Ale mówi też, że dzieje się to tak szybko, że zanim się zorientujesz – hop! – i jesteś już po drugiej stronie. Nie ma się więc czym martwić.

Świetnie. Dzięki za uświadomienie mnie o tych odrażających poruszeniach, Liamie.

Jestem trochę zdenerwowana, ale i podekscytowana, bo idziemy na koncert kapeli rockowej EssZed. Maddy mówi, że zniknęli po jedenastym września. Jakby zapadli się pod ziemię! Właśnie przez to staną się sławni. Idziemy więc na ich ostatni koncert, choć oni sami jeszcze o tym nie wiedzą. Maddy mówi, że naprawdę mi się spodobają. Puściła kilka nut na komputerze. To mocne bity. Są totalnie odlotowe. Mówi też, że Liam pewnie ich znienawidzi i zacznie jęczeć, że to nie prawdziwa muzyka, a jedynie czysty hałas. To w końcu nie „rymowanki”, do których przywykł.

LOL.

„Edukacja”. „Wycieczka terenowa” – tak to nazywa Maddy. Beki będzie mogła poćwiczyć ludzkie zachowanie. Naprawdę tego potrzebuje. Jest zbyt poważna i zachowuje się jak automat. Bob wyglądał głupio – łatwo można było udawać, że dopiero co urwał się z zakładu psychiatrycznego. Ale Beki jest zbyt „zimna”. Jej spojrzenie czasem mnie przeraża. Ma się wrażenie, że patrzy na ciebie i obmyśla trzy najszybsze sposoby zaciukania cię koniuszkiem kciuka.

Chyba wolałam Boba.

ROZDZIAŁ 3

Nowy Jork rok 2001

Portal zajaśniał na środku łuku, wyłoniła się idealna kula energii, przez jej wnętrze przezierał niewyraźny obraz falującego świata sprzed czterdziestu ośmiu godzin: niedzielny wieczór. Migoczący neon i coś, co wyglądało jak wykrzywiony, drgający kawałek pokrytego graffiti ceglanego muru tańczącego za mgiełką gorąca.

– No już, Sal – ponaglała Maddy. – Przełaź szybko.

Sal ze zdenerwowania przełknęła solidną porcję śliny i skinęła głową.

– Dobra, jasne. Jestem gotowa. – Weszła do środka, czując, że podmuch energii stawia włosy na jej rękach i unosi grzywkę, jak kurtynę w teatrze. – To łaskocze!

Po wejściu do wnętrza kuli poczuła, jak betonowa podłoga pod jej stopami zaczyna uginać się niczym powłoka batutu, na którym podskakiwał już ktoś inny. Nagle posadzka błyskawicznie zmiękła i rozdarła się cicho jak bibułka… a chwilę później, bez ostrzeżenia, całkowicie znikła.

– Jahulla! Spadam! – zaskomlała i zaczęła wymachiwać rękami i nogami, czując, że sunie na łeb na szyję przez gęste powietrze.

– Nie przejmuj się! – Głos Liama zabrzmiał, jakby dochodził z końca długiego, bardzo długiego tunelu; odległe echo szybko zanikało w oddali, by w końcu ucichnąć na dobre.

– Liamie! – krzyknęła, ale jej własny głos ją zawiódł i uwiązł w gardle.

„Naprawdę zostałam sama”.

Stało się dokładnie, jak mówił: unosiła się teraz – lub spadała – przez ocean jednolitej bieli, jak płatek śniadaniowy kołyszący się w wielgachnej misce mleka.

„Tylko spokojnie, Sal”.

Wirowała zatopiona w bieli doskonałej. Podniosła rękę, która już w odległości kilkunastu centymetrów od jej twarzy bladła zasnuwana przez mgłę. Poruszyła dłonią, ale poczuła, że gęste jak ciecz powietrze hamuje jej ruchy. Uniosła głowę z nadzieją ujrzenia niewyraźnego kształtu przyjaciół unoszących się tuż nad nią, ale dostrzegła tylko więcej bieli.

„Może naprawdę zostałam sama jak palec”.

Zastanawiała się, czy znalazła się w swoim prywatnym wszechświecie o mlecznej barwie, czy inni szybowali jednak gdzieś wyżej. A może całkiem w pobliżu. Może tuż poza zasięgiem wzroku. Ciekawe, czy ktoś tu kiedyś zabłądził na amen i nigdy nie zdołał przedostać się na drugą stronę. Zostać skazanym na wieczne wirowanie i wymachiwanie kończynami? Obłęd murowany. Nic nie widzisz, nie słyszysz, nic ci nie pachnie, nic nie czujesz. Jezu, od czegoś takiego można kompletnie ześwirować.

Doszła do wniosku, że lepiej o takich rzeczach nie myśleć. Niestety, jej umysł podsuwał już kolejne niewygodne pytania.

„A co jeśli właśnie tym są obrzydliwe stwory przemykające przez tę przestrzeń? Innymi podróżnikami, może nawet innymi Jeźdźcami w Czasie, którzy zgubili drogę i utkwili tu na wieczność?”.

Zbyt łatwo jej wyobraźnia przywołała obraz innej, podobnej do niej, dziewczynki zagubionej na wieki wieków w tym miejscu: oczy pokryte mgiełką szaleństwa, mętne jak ślepia ugotowanej ryby, wydobywający się z ust chichot przywodzący na myśl rechot starej kobiety – kompletnie obłąkany umysł wyprany ze wszystkich składnych myśli.

„To naprawdę nie pomaga, głuptasie. Lepiej skup myśli na czym innym”.

Stwierdziła jednak, że wolałaby tu być sama; ostatnie, co miała ochotę teraz oglądać, to jakiś niewyraźny, drgający kształt. Szybko zamknęła oczy.

Niemal dokładnie w tym samym momencie znowu wyczuła podłogę pod stopami.

– Huh? – Gdy rozwarła powieki, zorientowała się, że stoi na małym parkingu, czerwony neon Budwaisera, który brzęczał jak wściekła mucha zamknięta w butelce, rzucał słabe światło. Odsunęła się na krok od portalu, a chwilę później z nicości po kolei wyłonili się Liam, Maddy i Beki.

– To było straszne! – wysapała pod nosem.

– Pierwszy raz zawsze jest najgorszy. – Liam uśmiechnął się przepraszająco. – Chyba powinienem był cię ostrzec.

Słyszała głęboki, rytmiczny dźwięk tłoczenia dochodzący zza ceglanego muru naprzeciwko niej. Mur ciągnął się w lewo wzdłuż zatoczki zastawionej samochodami, zaparkowanymi w rządku tak ciasno jeden przy drugim, że kierowcy musieli chyba skakać po dachach, aby z nich wyjść. Mur kończył się na wysokości pogrążonej w mroku uliczki, na której dostrzegła zarys niecierpliwie kłębiącej się kolejki.

– Nieźle, chyba zaczęli grać – zauważyła Maddy. – No, dalej, brygado, ładujemy się do środka.

ROZDZIAŁ 4

Las Sherwood, hrabstwo Nottinghamshire rok 1193

Z pochmurnego, szarego nieba cicho i delikatnie prószyły płatki śniegu, wirując wokół gościńca niczym kwiaty wiśni. Obie strony leśnego duktu zarastały wysokie i grube iglaki pokryte ciężkimi czapami bieli, pod którymi gałęzie uginały się do samej ziemi.

Sir Geoffrey Rainault mocniej naciągnął pelerynę, która wciąż zsuwała mu się z ramion; próbował zachować choć odrobinę ciepła uciekającego podczas jazdy. Obolały od siodła tyłek podskakiwał na Edith – jego ulubienicy – która stawiała kopyto za kopytem z ociężałą zawziętością: bestia przewiozła go przez niezliczone kraje i krainy. Po dziewięciu miesiącach tułaczki przez spalone słońcem pustynie Ziemi Świętej i pokryte wiosennym kwieciem pastwiska niezliczonych księstw i królestw… wreszcie znalazł się w domu, w Anglii, na północ od Londynu, na szlaku wiodącym do odległej, dzikiej Szkocji.

Geoffrey poruszył się w siodle i zerknął przez ramię na pozostałych: towarzyszyło mu trzech rycerzy ze swoimi „giermkami”, a także zbrojni i ojczulek, którego zabrali, by odprawiał codzienne modły o pięciu porach dnia. W sumie zostało ich osiemnastu. Gdy wyruszali na wyprawę, ich grupa liczyła ponad sześćdziesięciu mężów, ale choroby, niezagojone rany bitewne i jedna czy dwie potyczki w drodze powrotnej zebrały swoje żniwo. Teraz ci, którzy przeżyli, choć wciąż zdeterminowani wypełnić tę misję, wyglądali na ludzi gotowych położyć się w zimowej zawierusze i zapaść w wieczny sen.

– Panie! Patrzajcie! – krzyknął jeden z giermków, wskazując coś na gościńcu.

Geoffrey ponownie obrócił się w siodle i wlepił zmrużone oczy w rozciągającą się przed nimi świetlistą pokrywę zwartego śniegu. Dostrzegł całkowicie znieruchomiały zarys otulonego ciemną peleryną i okrytego kapturem człowieka, który stał na samym środku wybrużdżonego gościńca.

Geoffrey, wiedziony instynktem nakazującym ostrożność, niespokojnie ściągnął wodze Edith i uniósł dłoń w rycerskiej rękawicy. Usłyszał, jak ciągnąca za nim kolumna mężczyzn i koni, którym ze zmęczenia kości wyłaziły już na wierzch, chaotycznie wstrzymuje pochód.

– Jedziemy z rozkazu samego króla, usuńże się z drogi!

Zakapturzona postać nie drgnęła na centymetr. W lesie tężała cisza, słychać było tylko krakanie gromadki kruków zataczających koła wysoko na zimowym nieboskłonie, prychanie wierzchowców i brzęk uprzęży poruszonej przez spłoszonego konia jucznego.

– Słyszysz? 

Postać chyba nie słyszała. Geoffrey spróbował więc po francusku:

– Nous faisons les affaires de rois! [Jedziemy z rozkazu króla! (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).]. 

Lekki wietrzyk poruszył peleryną z kapturem, lecz mężczyzna wciąż pozostawał w kompletnym bezruchu.

„Niedobrze”. – Geoffrey zerknął na drzewa po obu stronach gościńca: doskonała lokalizacja na zasadzkę. W podobnym lesie, na kontynencie napadli już ich raz bandyci. Błąd, jaki wówczas popełnił – poważny błąd, który kosztował życie dobrego rycerza i dwóch zbrojnych – polegał na tym, że nie kazał zewrzeć szyków, gdy pojawił się pierwszy zbójca. Podniósł rękę i zwinął ją w pięść, wydając w ten sposób sygnał do zejścia z koni i gotowania się do walki.

W lesie rozbrzmiało metaliczne echo szczękających klamer i pasów, zgrzytanie zbroi i świst wyciąganych z pochew mieczy.

– Złaźże z duktu chybcikiem! Albo… każę jednemu z moich zestrzelić cię z drogi – ostrzegł Geoffrey, przyzywając Batesa, jednego z najlepszych kuszników wśród wojów ze świty. Bates stanął obok dowódcy, odciągnął cięciwę i umieścił bełt w rowku.

– Strzał ostrzegawczy, panie?

Geoffrey mocno zacisnął wargi. Raz już ostrzegł uparciucha. Ale jeśli kolejna przestroga pozwoli uniknąć rozlewu krwi w ten zimny, bezbożny dzień, to warto podjąć ostatnią próbę.

– Ustąp drogi, bo cię z niej zestrzelimy!

Przez chwilę wydawało się, że odpowiedź będzie taka sama. Żadna. Po chwili mężczyzna zaczął jednak kroczyć w ich stronę, zanurzając się po kostki w śniegu.

– Panie? – Bates odwrócił się do dowódcy.

Zatem głupiec zginie. Może tego właśnie pragnie: umrzeć śmiercią męczennika. Przez kilka ostatnich lat Geoffrey napatrzył się na podobnych ludzi – fanatyków łaknących śmierci w boju w zamian za obietnicę odkupienia wszystkich grzechów.

– Wraź w niego bełt!

Bates szybko przyłożył kuszę do ramienia, wymierzył i wystrzelił. Brzdęk cięciwy popłynął między drzewami równolegle do bełtu, który w okamgnieniu pokonał dwudziestometrowy dystans. Pocisk z trzaskiem wbił się w powierzchnię pod powłóczystymi ciemnymi szatami. O dziwo, nie zmąciło to zamaszystego kroku mężczyzny.

– Dobry Boże! – szepnął Geoffrey kącikiem ust.

Zakapturzony mężczyzna, oddalony już raptem o kilkanaście metrów, swobodnym ruchem wyciągnął spod peleryny oburęczny miecz.

– Gotować się do bitki! – rzucił przez ramię Geoffrey. – Zbrojni, do wozu!

Dołączyło do niego trzech młodszych rycerzy, niektórzy byli sprawniejsi niż on, ale wszyscy w równym stopniu gotowi bronić tego, co leżało za nimi, ukryte w niepozornej, drewnianej skrzyni na wozie.

Giermkowie – najemni służący, nie prawdziwi wojowie – wycofali się, by złapać wszystkie konie za uzdy i pilnować ekwipunku kolumny. Geoffrey spojrzał na trzech braci, zaprawionych w boju rycerzy, weteranów krucjaty króla Ryszarda. Choć mąż nie zachwiał się nawet od uderzenia bełtem – który wciąż tkwił w jego klatce piersiowej – Goeffrey był pewien, że pojedynek pomiędzy ich czwórką szybko dobiegnie końca.

Zakapturzony nagle zerwał się do chyżego biegu i pokonał ostatnie metry dzielące go od przeciwników, unosząc półtorametrowe, nieporęczne ostrze tak lekko, jakby ważyło tyle raptem, co pióro skryby.

Najmłodszy z rycerzy, William, podobnie jak dowódca, oburącz dźwignął swój miecz wysoko nad głowę i zatrzymał go w gotowości do siepnięcia. Dokładnie jak uczył go Geoffrey. Jeszcze krok i zakapturzony znajdzie się w zasięgu ciosu. William ciął pierwszy, celując prosto we wrażliwe „L” u zbiegu szyi i ramienia. Ostrze zatrzeszczało o jakiś twardy materiał kryjący się pod pelerynę – bez wątpienia zbroję. Miecz zawibrował po odbiciu się od napastnika i opadł na śnieg. W odpowiedzi człowiek w kapturze wykonał błyskawiczny sztych, jego broń błysnęła w powietrzu. Młody William był martwy, zanim zdążyły ugiąć się pod nim nogi. Głowa młodzieńca osunęła się na chrupiący, biały śnieg, tuż obok stóp Geoffreya, oczy chłopca wciąż mrugały z zaskoczenia.

Geoffrey zamachnął się i wypuścił nierozważne, półkoliste cięcie, kalkulując, że nawet jeśli nie rozłupie uparciucha na pół, to może przynajmniej wytrąci go z równowagi. Napastnik odbił cięcie z szokującą sprawnością. Miecze zagrały metalicznie. Rycerz wyrzucił z siebie przekleństwo. Zakapturzony bez wątpienia miał pod peleryną kompletną zbroję bitewną, a mimo to poruszał się ze zwinnością nagiego człowieka.

Później zobaczył już tylko rozmazany i szybki, niczym smagnięcie pejczem, refleks. Geoffrey nie zdążył nawet zorientować się, czy cios na pewno sięgnął celu, a już patrzył wpółprzytomnie na mocno wyszarpywane z jego mostka ostrze. Zdezorientowany, jak we mgle osunął się na śnieg, wlepiając wzrok w szary nieboskłon; płatki śniegu delikatnie opadały na jego policzki i nos. Umysł wciąż próbował uporać się z tą niedorzeczną konstatacją, że dla niego walka dobiegła już końca. On – rycerz, który przez niemal całe swoje życie walczył z Saracenami i zabił setki mężczyzn – leżał teraz na ziemi powalony jednym pchnięciem, żałośnie stękając z wysiłku i patrząc, jak jego krew plami płachtę dziewiczego śniegu.

Resztka świadomości pozwoliła mu usłyszeć odległe krzyki. Odgłosy strachu i wściekłości, metaliczny zgrzyt i szczękanie metalu o metal: wymiana szermierczych ciosów dochodziła do zatrważająco szybkiego końca. Głosy cichły – giermkowie, może nawet zbrojni, salwowali się ucieczką.

Wreszcie zapadła cisza. Wiedział, że kruki wciąż zataczają kręgi na niebie, usłyszał, jak śnieg skrzypi pod czyimiś stopami. Ktoś z wolna zbliżał się do niego.

Nachylający się nad nim zakapturzony mąż całkowicie zasłonił światło dnia. Geoffreyowi zdawało się, że dostrzega błysk zbroi skrytej w cieniu kaptura.

„Czy to możliwe, żeby mąż w zbroi poruszał się tak szybko?”. 

Gasnącymi resztkami świadomości zauważył jeszcze, że nachyla się nad nim kolejna osoba.

– Gdzie to jest? – spytał obcy. 

Geoffrey wypluł na policzek strużkę krzepnącej krwi.

– Nie… mamy… pieniędzy.

– Nie chcę waszych pieniędzy – odrzekł mężczyzna. – Szukam relikwii. Nieważne, sami ją znajdziemy. 

Geoffrey z wysiłkiem skupił wzrok na twarzy mężczyzny.

– To wy… wiecie… o niej? 

Ton mężczyzny złagodniał do niemal przyjacielskiego tonu.

– Tak, należę do bractwa. – Geoffrey poczuł, jak nieznajomy kładzie rękę pod jego krótko przystrzyżoną głową i podnosi ją ze śniegu. – Mam tu coś, co złagodzi twój ból.

Mężczyzna o szczupłej twarzy, okolonej długimi włosami i brodą, uniósł szklaną butelkę do jego ust. Napitek smakował jak mocny miód.

– Szczerze współczuję – odezwał się obcy. – Ale musimy to zdobyć – westchnął.

– Relikwia… ma być zabrana… do Szkocyi. Trzeba… trzeba nam ją złożyć w bezpiecznym miejscu dla…

– Przyszłych pokoleń – dokończył za niego mężczyzna. – Tak, wiem o tym. Właśnie po to tu przybyliśmy. – Uśmiechnął się. – My jesteśmy przyszłym pokoleniem i przybyliśmy po nią.

Geoffrey czuł, że śmierć nadchodzi szybko, niosąc obietnicę ciepła i spokoju. Jego umysł chciał wszakże dowiedzieć się więcej. Misja kończy się klęską. Zaraz odbiorą mu relikwię, chciał tylko uspokoić sumienie.

– Je… je… steście?

– Templariuszami? Tak.

Wzrok Geoffreya błądził w oddali… rycerz wypatrywał już zastępów aniołów, które wprowadzą go prosto do Królestwa Niebieskiego.

– Przybyliśmy z czasów, w których to wszystko wkrótce się wydarzy, dlatego musimy poznać prawdę. Po to przybyliśmy. Będzie z nami bezpieczna, bracie… masz moje słowo. Zapewnimy jej właściwą ochronę.

Słowa nic już nie znaczyły dla rycerza. Z jego ust krótkimi i szybkimi sapnięciami wydobywało się stęchłe powietrze, wreszcie zarzęził cicho i przestał oddychać.

Mężczyzna delikatnie opuścił głowę rycerza z powrotem na śnieg i przeżegnał go dłonią, przesuwając ją wzdłuż czerwonego krzyża na białej pelerynie zmarłego. Potem podniósł wzrok na zakapturzoną postać, która klęczała w śniegu tuż obok niego, i wskazał głową porzuconą furmankę.

– Musi tam być. Znajdź go. 

Zakapturzony bez słowa wstał i ruszył w stronę wozu.

– Przykro mi – ponownie wyszeptał templariusz do martwego rycerza, delikatnie zamykając mu powieki. – My po prostu musimy poznać prawdę.

ROZDZIAŁ 5

Nowy Jork rok 2001

Liam krzywił się, przysłuchując ogólnemu jazgotowi. Było tak głośno, że chłopak czuł, jak coś wibruje mu w uszach – ten łoskot zdrowia mu z pewnością nie przysporzy. Maddy zaciągnęła go na sam koniec parkietu tanecznego w klubie nocnym; ciągnęła go za rękę, aż znaleźli kawałek wolnej przestrzeni tuż przed sceną. Chciał już nawet zostać i wysłuchać do końca wolniejszej, cichszej i niemal miłej dla ucha pieśni, lecz nagle, bez żadnego ostrzeżenia, znośną melodię zastąpiła kakofonia wrzasków i łomotu, od którego zaczęły piec go małżowiny uszne. No a wtedy, jakżeby inaczej, zaczęło się na dobre: wszyscy otaczający go młodzieńcy o dziwnym wyglądzie zaczęli bez wyraźnego powodu podskakiwać i brutalnie popychać oraz uderzać jego i siebie nawzajem.

Po kilku minutach miał tego serdecznie dość, zostawił więc Maddy i Sal, które podskakiwały jak dwie wariatki na sprężynach. Przecisnął się przez tłum, szybko rezygnując z uprzejmych „pardon” oraz „proszę mi wybaczyć”, i odnalazł Beki, która stała po drugiej stronie klubu, spokojnie analizując zachowanie publiczności, zupełnie jak naukowiec przyglądający się klatce pełnej świnek laboratoryjnych.

– Nazywają to muzyką, nie inaczej! – krzyknął. – Muzyką! Wyobrażasz to sobie?

– Potwierdzam! – odkrzyknęła. – Analiza widmowa częstotliwości i bitów na minutę wskazuje, że muzyka ta odpowiada innym utworom należącym do gatunku zwanego thrash metalem.

– Thrash metalem? Chyba raczej transem motłochu. 

Beki spojrzała na niego niepewnie.

– Zaprzeczam. Powiedziałam thra… – Zawahała się. – Zażartowałeś, prawda, Liamie?

– Tak. – Wzruszył ramionami.

Wybuchła wcześniej ćwiczonym śmiechem: przy łoskocie ostatnich taktów metalowego kawałka jej śmiech zabrzmiał bardziej jak szorstki ryk osła niż słodki chichot panienki. Potrząsnął głową i spojrzał na parkiet, kipiący agresją dywan włosów i spoconych łbów, kolczyków w nosach i wytatuowanych ramion, falujący w rytm wygrywany przez pięciu gibkich młodzieńców brutalnie szarpiących na scenie swoje instrumenty. Wszystko to przywodziło na myśl objazdowy gabinet osobowości.

– Je-zu, a więc tak wygląda „cywilizowany świat”?

– No, weź wyluzuj – Maddy się zaśmiała. – Rozchmurz się, gadasz jak mój dziadek.

– Właśnie, nie był to co prawda mój ukochany bagra-thrash, ale, shadd-yah, naprawdę byli całkiem nieźli! – dodała Sal.

– Nieźli? – wydyszał Liam, gdy wyszli w chłodną wrześniową noc z lepkiego od zaduchu klubu. – Szlifierki kątowe w liverpoolskich dokach wydają przyjemniejsze dźwięki niż to tam – gderał zrzędliwie. – Przecież ci tak zwani muzycy nie wiedzą nawet, jak grać na swoich instrumentach.

– Tu nie chodzi o ładne granie, Liamie – odparła Maddy. – Liczy się… sama nie wiem… energia, charakter. Chwytasz?

– Charakter? – Wyszli z Pięćdziesiątej Pierwszej na Broadway, zostawiając za sobą tłum kłębiących się emo i metalowców, którzy rozchodzili się za nimi.

– Tak, o charakter. O przekazanie publiczności emocji, wywalenie własnych uczuć.

Beki w zamyśleniu przekrzywiła głowę.

– Czy to znaczy, że muzycy przez cały ten czas czuli irytację w stopniu od umiarkowanego do ekstremalnego? 

Liam wybuchnął śmiechem.

– Chodzi o gniew – odrzekła Maddy.

– I właśnie tego potrzebujesz? Gniewu i jazgotu?

– Hmm… – Dziewczyna się skrzywiła. – Cóż, nie do końca o to…

– Tak – powiedziała Sal. – Muzyka w dwudziestym szóstym to gniew i hałas.

Gdy kierowali się wzdłuż Broadwayu w stronę Times Square, pogrążeni w nietypowym dla siebie milczeniu, Maddy spojrzała na zegarek.

– Jesteś pewna, że twój plan wypali? – spytał Liam.

– Nie potrzebujemy portalu powrotnego do biura terenowego. Już prawie północ. Bańka czasowa zresetuje się za kilka minut. Zanim zdążymy zejść na dół i przejść przez most, będziemy już od godziny w poniedziałku.

– I nie spotkamy kopii samych siebie?

– To się nie zdarza – odpowiedziała Maddy. – Nie możemy się bilokować. Jesteśmy tylko my i nie możemy być i tu, i tam, w dwóch miejscach naraz.

– Nie rozumiem tego – odrzekła Sal. 

Liam wepchnął ręce do kieszeni.

– W zasadzie to nie chodziło mi o paradoks czasowy… martwię się, bo czeka nas bardzo długi spacer, w rzeczy samej.

Dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Beki posłusznie poszła w ich ślady.

– A ja myślałam, że przywykłeś do chodzenia? – przekornie zauważyła Maddy.

– Niby dlaczego? Bo jestem zwykłym ziemniakożernym Paddym sprzed stu lat?

– Nie miałam nic złego na myśli. Wydaje mi się tylko, że nie mieliście wtedy wielu samochodów, autokarów i podobnych środków transportu.

– Jeezu, nie jesteśmy takimi dzikusami z dżungli, jak to sobie wyobrażasz. Mamy… mieliśmy… w Corku i tramwaje, i pociągi, w rzeczy samej. Nie przepadałem wtedy za pieszymi przechadzkami i nic się pod tym względem nie zmieniło.

Broadwayowska arteria zaprowadziła ich na o wiele bardziej zatłoczony Times Square. Kina wypluwały ludzi po ostatnich seansach Shreka oraz Potworów i spółki, żółte taksówki stały w rządku w zatoczkach pomiędzy pasami ruchu; niedługo wsiądą do nich ostatni elegancko ubrani widzowie, którzy oglądali dzisiaj spektakl Mamma Mia!.

Sal nagle się zachwiała.

– Wszystko w porządku? – zaniepokoiła się Maddy.

– Zakręciło mi się w głowie.

– Panował tam niezły hałas, to chyba przez to. Mnie samej w uszach jeszcze dzwo… 

Sal potrząsnęła czupryną i uniosła głowę.

– To nie to. Czułam, jak ziemia się rusza. – Spojrzała na nich uważnie. – Wy tego nie poczuliście?

Liam i Maddy potrząsnęli głowami. Starsza z dziewczyn rozejrzała się po ruchliwej ulicy. Wszystko wyglądało tak samo.

– Sal? Czy to było…?

– Tak, małe. Tak mi się wydaje. – Hinduska uważnie omiotła wzrokiem budynki, ludzi, taksówki.

– Jeszcze nie… jeszcze nie. Dajcie mi chwilę. – Łatwe to nie było. Przywykła do obserwowania miasta we wtorek o ósmej trzydzieści rano, bo taką też rutynę sobie narzuciła. Ale teraz miała przed sobą o trzydzieści dwie godziny młodszy Times Square, na placu krzątali się inni ludzie, robili co innego. Jej wzrok spoczął na afiszu przed kinem Golden Screen.

– Tam – rzuciła, wskazując coś w oddali i jęła szybko przeciskać się na przeciwległą stronę placu przez zator samochodów i przechodniów. Minutę później dołączyli do niej pozostali, przyglądając się, jak przebiega palcami po porysowanej pleksiglasowej osłonie wystawionego na chodnik koziołka z plakatem filmowym.

– To nowe – stwierdziła. – Tego tu nie powinno być. Nie we wtorkowy poranek. Jestem pewna.

Maddy dokładnie przyjrzała się plakatowi. Przedstawiał młodego mężczyznę, który uciekał po jakimś europejskim mieście ścigany przez helikoptery i czarne terenówki. Mógł to być Paryż, mogła to być Praga, tyle wydedukowała.

– Manuskrypt – przeczytała na głos. – W życiu nie słyszałam o tym filmie.

– „Najbardziej skomplikowany szyfr w historii właśnie został złamany” – Liam głośno przeczytał slogan i popatrzył na listę nazwisk na afiszu. – Kto to jest Leonardo DiCaprio?

Maddy zbyła pytanie machnięciem ręki.

– Jesteś pewna, Sal?

– Poczułam coś… a tego nie powinno tu być – odparła, dotykając afisza. – Chyba że do wtorku go zdejmą.

– Ale po co mieliby to robić? – Maddy sprawdziła datę. Premiera filmu odbędzie się piętnastego października, za miesiąc z hakiem. – Zawsze trzymają te plakaty aż do tygodnia premiery – stwierdziła, odwracając się do pozostałych. – Nigdy zresztą nie słyszałam o tym tytule. I jestem niemal przekonana, że Leonardo nigdy nie grał w szpiegowskim filmie akcji tego typu. Sprawdzę to po powrocie.

Beki energicznie pokiwała głową, zmierzwiona grzywa czarnych włosów zasłoniła jej twarz.

– Coś tu jest nie tak.

Patrzył, jak odchodzą i przyspieszają kroku, maszerując z determinacją przez Times Square.

„Nie zgub ich. Pod żadnym pozorem ich nie zgub”. 

Dostosował krok do ich tempa. Kluczył pomiędzy żółtymi taksówkami, które jechały rwanym tempem, i starał się ignorować przekleństwa miotane pod jego adresem przez schowanych za szybami kierowców.

„Nie zgub ich… nie teraz, nie po tych wszystkich latach”.

Znał tylko dwie dziewczyny: okularnicę z czupryną kręconych włosów i wysoką, atletycznie zbudowaną długowłosą brunetkę. Dwoje pozostałych to chyba ich przyjaciele. Bliscy przyjaciele, wnosząc po języku ciała. No i zatrzymali się przy samym afiszu.

Manuskrypt okaże się pewnie kolejną hollywoodzką papką: tandetnym filmem akcji z eksplozjami, nieprawdopodobnymi strzelaninami w zwolnionym tempie i obowiązkowym czarnym charakterem z brytyjskim akcentem.

Kierowali się w dół Broadwayu. Trzy dziewczyny i chłopiec minęli właśnie hałaśliwą gromadkę wyglądających na turystki kobiet w średnim wieku. Na chwilę stracił ich z oczu i zaczął panikować.

„Nie zgub ich, choćby nie wiem co!”.

Po jakimś czasie znowu dostrzegł wysoką ciemnowłosą dziewczynę, która, z wdziękiem zapaśnika, stawiała długie kroki na wysokich obcasach dodających jej kilka zbędnych centymetrów. Odetchnął z ulgą, gdy pozostała trójka wyłoniła się spomiędzy stadka kobiet. Zdecydował się skrócić dystans, nie chciał utknąć na przejściu dla pieszych i na dobre stracić ich z oczu, ani ryzykować, że skręcą za rogiem i wejdą w jakąś boczną uliczkę, zanim zdoła odzyskać kontakt wzrokowy.

Zbyt długo czekał, żeby ponownie je zobaczyć. Zdecydowanie zbyt długo, by teraz ich zgubić.

ROZDZIAŁ 6

Nowy Jork rok 2001

Stało się dokładnie, jak obiecała Maddy: zastali bazę pod arkadami w takim samym stanie jak przed podróżą, nie była pusta i opuszczona ani nie krzątały się po niej alternatywne wersje ich samych, oskarżające sobowtórów o wywołanie dziwnego paradoksu czasowego.

Gdy wszyscy weszli do środka, zatrzasnęła roletę.

– Pora zaparzyć kawę. Przydałby mi się solidny zastrzyk kofeiny.

– Potwierdzam – odrzekła Beki.

– Sprawdzę, co u Boba – oznajmił Liam. – Zobaczymy, jak się rozwija.

Maddy nieuważnie przytaknęła i podeszła do stanowiska komputerowego.

– A teraz sprawdźmy co i jak – wymruczała, siadając w krześle i obracając się twarzą do monitorów. Na ekranie wyskoczyło okno dialogowe.

> Witaj, Maddy. Jak się udał występ muzyczny?

– Mówimy na to koncert, Bobie.

> Jak się udał koncert?

– Było cool, nawet bardzo, ale opowiem ci o tym później. Teraz muszę otworzyć zewnętrzne łącze internetowe i odpalić wyszukiwarkę.

> Potwierdzam. Zewnętrzne łącze aktywowane.

Uruchomiła wyszukiwarkę systemową i połączyła się z siecią WWW.

– Przypomnijcie mi, jaki miał tytuł ten film.

– Manuskrypt – podpowiedziała Sal, siadając tuż obok.

– Mówię wam, że nigdy o nim nie słyszałam… – Maddy przygryzła wargę. – A przecież kocham DiCaprio.

Wyszukiwarka wypluła całą stronę wyników, każdy dotyczył filmu: dobre i złe recenzje, w większości złe; dziennikarze portali rozrywkowych i filmowych wciąż publikowali newsy na temat Leonardo. Wybrała stronę, którą regularnie odwiedzała, kiedy jeszcze surfowała po Internecie w swoim rodzinnym domu, w dwa tysiące dziesiątym roku: portal Ain’t-it-Cool-News.

„Stara dobra wersja WWW 1.0.”. – Uśmiechnęła się, widząc prymitywną szatę graficzną, jaką miała strona w dwa tysiące pierwszym.

…w reżyserii Dona Rowneya, twórcy łzawych komedii romantycznych, który tym razem musiał zdecydowanie zmienić tempo i stylistykę filmu. „Manuskrypt” otwiera intrygująca i efektowna sekwencja, ale z czasem napięcie pikuje, a film zamienia się w nudne i sztampowe kino akcji. Pierwsze dwadzieścia minut filmu to opowieść o „najbardziej tajemniczym manuskrypcie w historii”. Dopóki nie odrobiłem swojej recenzenckiej pracy domowej, sądziłem, że rękopis to zmyślony artefakt, wokół którego ukuto całą historię. Błądziłem. Okazuje się, że manuskrypt Voynicha to prawdziwy dokument grubości książki, spisany w średniowieczu w nieznanym języku, który do dzisiaj nie został rozszyfrowany. DiCaprio, wciąż pozostający na szczycie po młodzieńczej roli w „Titanicu” Jamesa Camerona, gra tutaj Adama Daviesa, czyli hackera i kryptologa – łamacza szyfrów – któremu udaje się napisać oprogramowanie pozwalające odszyfrować tajemniczy manuskrypt i który niemądrze postanawia pochwalić się swym osiągnięciem przed rodziną, przyjaciółmi i znajomymi hackerami. Niestety, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, niemal od razu do drzwi młodzieńca pukają podejrzane typy – najgorszy rodzaj rządowych cyngli – w obawie, że program deszyfrujący Daviesa może komuś posłużyć do przechwycenia najgłębiej skrywanych i najmroczniejszych sekretów wywiadu. Film opiera się rzekomo na prawdziwej historii opisanej w brytyjskiej prasie – prawdziwy winowajca, angielski hacker Adam Lewis, został okrzyknięty żądnym sławy samotnikiem, po tym jak w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku brukowiec „The Sun” opublikował poświęcony mu artykuł…

– Interesujące – stwierdziła Maddy, spoglądając na Sal.

– Ciekawe, czy to ten sam Leonardo DiCaprio, który jako starzec kupił spory kawał Antarktydy, jakiś rok temu. – Spojrzała na pozostałych. – Znaczy, licząc od mojego roku, dwa tysiące dwudziestego szóstego. Zamieszkał tam, by chronić pingwiny przed platformami wiertniczymi czy czymś.

– Chyba nas w konia robisz. Poważnie?

– Może chodzi o kogo innego. – Wzruszyła ramionami. – Choć jestem pewna, że nazywał się DiCaprio.

Maddy z niedowierzaniem pokręciła tylko głową i wróciła do pracy. W wyszukiwarce wpisała ciąg haseł: „Adam Lewis” + „1994” + „Manuskrypt Voynicha”. Gdy przeglądała wyniki wyszukiwania, Beki zdążyła oczyścić zagracone biurko i postawić przed nią kubek czarnej kawy.

– Dzięki. – Przebiegła wzrokiem listę wyników i wreszcie kliknęła jeden z linków. Chwilę później ekran ściemniał, po czym wyskoczył banner: czerwone, płonące oko.

– Patrzcie, bingo-bango-bongo – wydeklamowała z triumfem, sięgając po kubek kawy. – Zobaczmy, co teraz.

Artykuł okazał się słabym tekstem niemal w całości skopiowanym z brukowca i wklejonym na portal Mroczne Oko, błazeńską stronę o teoriach spiskowych.

…Adam Lewis studiuje na wydziale informatyki Uniwersytetu Anglii Wschodniej. Ten fanatyk komputerowy, który wygląda bardziej jak złachmaniały i zarośnięty bojownik o prawa zwierząt niż okularnik z Microsoftu, na łamach prestiżowej gazety „New Scientist” ogłosił, że bez niczyjej pomocy osiągnął to, co nie powiodło się całemu zastępowi historyków, kryptologów i kilku zaawansowanym technologicznie amerykańskim systemom komputerowym: odszyfrował pojedyncze zdanie z tajemniczej, oprawionej w skórę księgi, znanej wszystkim historykom i amatorom szyfrów pod nazwą manuskryptu Voynicha.

Dziewiętnastoletni Lewis żartobliwie przyznaje, że odszyfrowane zdanie mogłoby równie dobrze znaleźć się w jednej z gier fantasy o lochach i smokach, w które uwielbia grać ze znajomymi maniakami komputerowymi. Zdanie, jakie rzekomo odszyfrował z ustępu, którego nie zdecydował się jeszcze wskazać, brzmi następująco: „Pandora to słowo. Słowo prowadzi do prawdy. Bracie podróżniku, czas tu przybyć i je odnaleźć”.

Maddy wypluła gorącą kawę.

– Maddy! Co się dzieje? – Sal popatrzyła na nią z troską.

Maddy z powrotem usiadła na krześle z okularami w dłoniach i w zamyśleniu przecierała szkła, zezując szeroko otwartymi oczami na monitor.

– Maddy? Co jest? O co chodzi?

Potrząsnęła głową i przygryzła wargę, po czym odwróciła się do Sal. Beki wciąż stała obok, górując nad nimi w swoich wysokich szpilkach z wyrazem zdziwienia na twarzy.

– Sądzę… – zaczęła Maddy. – Mam przeczucie, że cała ta afera z Voynichem to sprawka innej drużyny.

– Innej drużyny? – Sal powoli otworzyły usta. – Masz na myśli grupę podobną do nas? Jeźdźców w Czasie? 

Maddy skuliła ramiona.

– Zdaje się, że nie jesteśmy sami, ludziska.

ROZDZIAŁ 7

Nowy Jork rok 2001

– Jesteś pewna, Maddy? Przecież to tylko jedno zdanie, nic więcej. Poza tym nic konkretnego nie znaczy.

Całą trójką rozsiedli się w wysłużonych fotelach wokół stołu kuchennego. Maddy wydrukowała dla wszystkich artykuły, które wcześniej czytała na stronach internetowych. Chociaż wyjaśniła, co ma na myśli (bardzo jasno i wyraźnie, jak sądziła), Liam w dalszym ciągu ni w ząb nic nie chwytał.

– Rzecz w tym, Liamie – spróbowała ponownie – rzecz w tym, że manuskrypt Voynicha może być dokumentem, za pomocą którego chce z nami nawiązać kontakt inna drużyna z przeszłości. Używa rękopisu tak samo, jak ty użyłeś muzealnej księgi gości czy skamieniałości. Jeśli ktoś zdołał rozszyfrować jedno zdanie, to jest w stanie odczytać więcej ustępów albo i cały manuskrypt, a kto wie, jakie poufne dane Agencja w ten sposób przesyła. Jeśli uważali, że szyfru nie można złamać, mogli tam umieścić wszystko.

– A Agencja musi pozostać supertajna – dodała Sal.

– W porządku, chyba już rozumiem… chyba. – Liam ściągnął usta.

Maddy westchnęła, już nawet nie z powodu Liama, który czasem myślał w tempie żółwia; bardziej martwiło ją, że musi ukrywać przed nim i Sal pewne informacje. Podskórnie czuła, że to złe i niesprawiedliwe, a co gorsza, czyniło ją to samotną. Potrafiła na pamięć, słowo za słowem, wyrecytować nabazgraną wiadomość, którą znalazła w tysiąc dziewięćset szóstym roku. Zaczynało ją to prześladować w snach.

Maddy, uważaj na „Pandorę”, ucieka nam czas. Uważaj na siebie i nie powtarzaj tego nikomu.

Bardziej wyglądało to na ostrzeżenie niż wiadomość. Nie, to było ostrzeżenie. Ale przed czym?

– Cóż, chyba nie musimy wyruszać już teraz? – jęknął Liam. – Już późno, w rzeczy samej, a w mojej głowie wciąż łomocze ten łos kot, który nazywacie muzyką. Jestem zmęczony jak…

– W takim razie pojedziemy rano – przerwała mu Maddy. – Wszystkim nam przyda się odrobina snu. Wciąż czuję się niewyraźnie.

– Dobry plan – zgodził się Liam.

– Tyle, że tym razem pojedzie kto inny, zostajesz na miejscu, Liamie. 

Obydwoje z zaskoczeniem spojrzeli na Maddy.

– Co?

„Zamierzasz powiedzieć im o Pandorze, Maddy? Jesteś na to gotowa?”. – Nie, zdecydowała, że jeszcze nie pora. Przynajmniej dopóki nie dowie się czegoś więcej.

– Pojadę ja. Oczywiście dla bezpieczeństwa zabiorę ze sobą Beki. Ty, Liamie, musisz zostać tutaj i zaopiekować się Bobem. Jeśli coś nas zatrzyma, a on zacznie się wykluwać, powinieneś tu być, aby zobaczył cię jako pierwszego. Pamiętasz, co mówił Foster? W umyśle klona odciska się wspomnienie pierwszej osoby, którą zobaczy. Wiąże z nią swój los. Powinieneś tu zostać do czasu narodzin.

– To prawda – potaknął.

Wiedziała, że za żadne skarby nie będzie chciał przegapić tego momentu.

– Poza tym nie wybieram się do jakiegoś superniebezpiecznego miejsca. To tylko Anglia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. – Odwróciła się do Beki, która stała cierpliwie tuż za stołem. – Jaka jest dokładna lokalizacja?

– Informacja: Adam Lewis znajduje się na liście studentów drugiego roku Uniwersytetu Wschodniej Anglii w mieście Norwich.

– No proszę, kampus uniwersytecki. Średnio to niebezpieczne. – Uśmiechnęła się. – Może się nawet zabawimy.

– Mogłabym pojechać z wami – odezwała się Sal z nadzieją w głosie.

– Przykro mi, nie tym razem, Sal. Powinnaś zostać na miejscu i wypatrywać znaków. Na razie przyszła jedna mała fala… ale w drodze mogą być kolejne.

– Dlaczego zawsze to ty o wszystkim decydujesz? – fuknęła Sal.

– Przepraszam… – westchnęła Maddy. – Foster mianował mnie dowódcą, Sal, no to dowodzę. Tak to już jest, ale wierz mi: wolałabym, żeby było inaczej. Wolałabym, żeby to mnie ktoś wydawał rozkazy. Wolałabym, żeby wciąż był tu Foster. Ale jest, jak jest.

– To i tak niesprawiedliwe.

– Wszystko to jest niesprawiedliwe! Wcale nie chciałam się tu znaleźć. Nie postanowiłam zginąć w katastrofie samolotowej w wieku osiemnastu lat. Myślisz, że nie miałam żadnych planów? Chciałam spędzić życie inaczej, niż ślęcząc przed szeregiem ekranów komputerowych w tym obrzydliwym śmietnisku. – Już miała coś chlapnąć, cisnęły się jej słowa, których później mogła pożałować. Przecież konieczność dowodzenia w sytuacji, gdy samemu ledwo pojmuje się, jak wszystko funkcjonuje, to katastrofa. A na dokładkę ktoś gdzieś wysyłał jej przestrogę, ale ona była zdecydowania zbyt głupia, by cokolwiek zrozumieć.

Wszystko w tym momencie malowało się w ponurych barwach, nagle opuściły ją wszystkie siły. Popatrzyła na zegarek – minęła druga w nocy.

– Dobra, idę walnąć się na wyrko. Może wszyscy powinniśmy to zrobić. Już późno, a jutro czeka nas masa roboty.

Podniosła się z fotela i odeszła w stronę alkowy, potem zaciągnęła zasłonę i przebrała się w piżamę.

Liam popatrzył na Sal i wzruszył ramionami, oboje wprawił w konsternację jej nastrój.

– Może tęskni za domem?

– A my nie tęsknimy? – odparła Sal.

ROZDZIAŁ 8

Nowy Jork rok 2001

W jednej sekundzie Maddy i Beki unosiły się w pleksiglasowym naczyniu, by w następnej zniknąć – wraz z trzystoma litrami rozwodnionego roztworu dezynfekcyjnego. Ścianki dużego plastikowego cylindra wgięły się do środka z głośnym trzaskiem, który rozszedł się echem po całej bazie. 

– Jezu! Czy ten słój zawsze tak hałasuje? 

Sal skinęła głową. 

– Ciśnienie całej wody nagle znika, przez to pleksiglas się wygina.

– Rozumiem. – Liam spojrzał na Sal, która cierpliwie siedziała tuż obok z rękami złożonymi na kolanach. – Co się zazwyczaj teraz dzieje?

Uśmiechnęła się ze zrezygnowaniem.

– Dotychczas nie doświadczyliśmy „zwykłej” sytuacji. Albo ukrywaliśmy się przed kanibalami-mutantami, albo otwieraliśmy drzwi agentom specjalnym. – Zaśmiała się nerwowo. – Wygląda na to, że odkąd tu przybyliśmy, co chwila wpadamy z jednej kiszki w drugą. Zauważyłeś?

Liam zgodził się skinieniem głowy.

– No, ale póki niebo nie spadło nam jeszcze na głowy i skoro czekamy na ponowne naładowanie maszynerii, może łaskawie zechce pani, panno Vikram, zjeść ze mną śniadanie w jednej z uroczych szkockich knajpek?

– Szkockich knajpek?

– U jednego z tych McDouglasów?

– W McDonaldzie?

– Właśnie, o niego mi idzie. O knajpy z wielgachnym, fantazyjnym, żółtym M na szyldzie.

– Śniadanie to świetny pomysł… ale może gdzie indziej? – skrzywiła się Sal.

ROZDZIAŁ 9

Kampus UWA w Norwich maj 1994 roku

Otworzenie portalu tuż nad uniwersyteckim basenem – po godzinie zamknięcia – wydawało się Maddy niezłym pomysłem, gdy w bazie przygotowywała plan translokacji. Spadną wprost do wody, ale w pobliżu musi przecież być jakaś przebieralnia, a może nawet suszarka, ręcznik lub coś innego do wytarcia. Ale teraz, gdy kołowała w wodzie spowita ciemnością, nie mając pojęcia, gdzie jest góra a gdzie dół, doszła do wniosku, że ten sposób zrzutu znajdzie się wysoko w jej osobistym rankingu rzeczy, których pod żadnym pozorem ponownie nie należy próbować.

Nagle poczuła, jak Beki łapie ją za rękę i silnie szarpie do góry. Chwilę później jej twarz wypłynęła ponad lustro wody. Kaszlała i charczała, wykrztuszając z płuc wodę, podczas gdy Beki płynęła do brzegu basenu, ciągnąc ją za sobą.

– Rekomendacja: to nie był dobry pomysł.

– No co ty? – wydyszała.

Beki stanowczo pokiwała głową, tytanem sarkazmu to ona nie była.

– Tak, mogłaś utonąć. 

Maddy wyszła z zimnej wody i wycieńczona zwaliła się na bok. Rozejrzała się nieprzytomnie.

Uniwersytecki ośrodek sportowy był już zamknięty, pływalnię spowijał mrok rozjaśniany przez niewyraźną, bursztynową poświatę ulicznych latarni; pasma pomarańczowego światła sączyły się przez szpary w zaciągniętych żaluzjach ciągnących się wzdłuż torów pływackich.

– Dobra… jesteśmy na miejscu. Mamy cztery godziny. Teraz musimy się wysuszyć i przebrać. Potem odszukamy tego Adama Lewisa.

Zdenerwowanie Adama przekroczyło już wszelką miarę. Czas wziąć się w garść.

– Weź się w garść – powtórzył wprost do lustra, w którym odbijała się piegowata twarz podziobana trądzikiem i okolona żałośnie przerzedzonym, kasztanowym zarostem. Kasztanowym – nie rudym. Kasztanowym. Właśnie to powtarzał wszystkim wokół. Głowę porastały niechlujne sploty przetłuszczonych włosów związanych w kucyk. One też były, do jasnej cholery, kasztanowe.

Popatrzył wprost w – ukryte za lenonkami – oczy.

– Wyglądasz tragicznie – stwierdził samokrytycznie. 

„Właściwie dlaczego nie? – odpowiedział sobie. – Masz pełne prawo wyglądać tragicznie”.

Naprawdę miał prawo. Bał się. Panicznie. Od ilu to już dni nie wyściubiał nosa z pokoju?… Czterech, pięciu? Opuścił z pół tuzina ćwiczeń i wykładów, a współlokatorzy zaczynali już obgadywać go na korytarzu przed drzwiami. Mieli go za dziwaka, jeszcze zanim… zanim to się wydarzyło.

Na zewnątrz panowała ciemność. Jedenasta. Słyszał muzykę dochodzącą z piętra poniżej. Rozpoznał te rytmy: Chilli Peppers. Kumple z pokoju grali w „Mario” na nintendo; panował spory hałas: syk otwieranych puszek piwa, śmiech, wiele śmiechów… przedmiotem szyderstw była najpewniej jego osoba.

Nie miało to już dla niego większego znaczenia. Jeszcze tydzień temu podobne rzeczy strasznie go dołowały, nie chciał być postrzegany jako samotnik, lokalne dziwadło. Nauczył się jednak odpychać od siebie szyderstwa i robione jego kosztem żarty i, jak każdy zahartowany dziwak, sprawiał wrażenie człowieka, którego umysł zaprzątają sprawy o zdecydowanie większym ciężarze gatunkowym, idee, których te proste piwożłopy i tak nie są w stanie pojąć.

„Pewnego dnia będę latał klasą biznesową… a wy, idioci, skończycie serwując frytki w jakiejś zapyziałej dziurze”.

Zazwyczaj powtarzał podobne argumenty głośno. Chłopaki śmiali się i kręcili głowami, słysząc te lamerskie riposty wypowiadane łamiącym się głosikiem. Ale on uśmiechał się w duchu, bo wiedział, że bez wątpienia tak potoczy się ich życie. Doszedł do wniosku, że właśnie w taki sposób on i jemu podobne kujony rekompensują sobie życie odsuniętego na boczny tor odludka – budują w sobie niezachwiane poczucie pewności, że kiedyś nadejdzie dzień słodkiej zemsty za wszystkie kpiny, docinki, zniewagi.

Ale to nieistotne, w tej chwili ma przecież zdecydowanie poważniejsze sprawy na głowie.

„Dlaczego ja? Skąd znają moje imię? O, Boże… kim oni są?”.

Nagle pulsujące rytmy i pijacki rechot ustały. Po kilku sekundach rozbrzmiał dzwonek do ich segmentu. Oblizał wyschnięte, spękane usta i zdał sobie sprawę, że wstrzymuje niespokojny oddech, aby usłyszeć, kto stoi przy drzwiach, kogo zawiało o tak późnej porze.

Usłyszał glasgowski akcent Lance’a… a kogóż by innego? I głos drugiej osoby: przyciszony, grzeczny, rzeczowy głos kobiety.

Rozluźniony po kilku browarach Lance próbował wywrzeć na wszystkich wrażenie dowcipną nawijką. Jego naturalny, celtycki urok działał bez pudła na wszystkie „świeżynki”, studentki pierwszego roku, marzące o znalezieniu się pod skrzydłami starszego, mądrzejszego studenta. Ale sądząc po przyciszonym tonie głosu gościa, kobieta była zupełnie niezainteresowana.

Zorientował się, że postawa Lance’a nagle ulega zmianie. Najwyraźniej po raz pierwszy w życiu dostał kosza. Odezwał się jak nadąsane dziecko: „Jeśli naprawdę chcecie widzieć się z naszym świrusem… to jest na górze. Drugie drzwi po prawej stronie”.

Adam usłyszał odgłos kroków na gołej podłodze korytarza, a potem na drewnianych schodach wiodących na wyższe piętro.

Serce waliło mu jak młotem, żołądek kręcił się jak sokowirówka.

– O, Boże… to… 

„Oni”. 

Umysł młodzieńca był rozdarty pomiędzy dwiema opcjami: mógł podejść do okna, po ścianie zejść na ziemię i uciec ile sił w nogach, ratując w ten sposób życie, albo zostać na miejscu i stawić im czoła, zobaczyć, czego od niego chcą.

„O Boże, o Boże, o Boże…”.

Maddy stanęła przed drzwiami. Odwróciła się i kontrolnie spojrzała na Beki, po czym delikatnie zapukała do drzwi.

– Adam Lewis?

Nikt nie odpowiedział, ale usłyszała, że wewnątrz coś się poruszyło, ktoś zaszurał butami.

– Adam? – zawołała półgłosem. – Możemy z tobą pomówić?

Długa pauza. Z piętra niżej dobiegały głosy szepczących studentów, bez wątpienia mówili o niej i o Beki. Prawdopodobnie głównie o Beki. Doskonale wiedziała, że jednostka pomocnicza przyciąga wzrok wrażliwych na bodźce, buzujących testosteronem młodych mężczyzn. Wreszcie usłyszała głośniejsze szuranie dochodzące tuż zza drzwi.

– Kim… kim jesteś? – spytał głos przez dziurkę od klucza.

– Mam na imię Maddy.

– Przy… przybyłaś tu, żeby mnie porwać? – Głos brzmiał żałośnie, wibrował strachem.

– Nie, nigdzie nie zamierzam cię porywać. Chcę tylko porozmawiać.

– Zrobiłem… zrobiłem, co mi kazaliście. Zrobiłem dokładnie… co kazaliście – odpowiedział drżącym głosem.

Maddy nie miała pojęcia, o czym on właściwie gada, ale doszła do wniosku, że chłopak otworzy drzwi tylko, jeśli usłyszy jakiś niepozostawiający wątpliwości sygnał. 

– Adamie… interesuje mnie tylko jedno słowo. 

Odpowiedziała jej cisza. 

– Przybyłam tu pomówić o „Pandorze”.

Usłyszała głuche trzaśnięcie przekręcanego zamka, drzwi uchyliły się na centymetr. W szparze pomiędzy drzwiami a framugą dostrzegła bladą, obsianą piegami twarz i błyszczące szkła okularów.

– Czy… czy to ty?

„No, dalej, Maddy, zagraj z nim w tę grę”. – Uraczyła go uspokajającym uśmiechem i odpowiedziała:

– Oczywiście, że to ja!

– I… wszystko mi wyjaśnisz? Bo muszę to wiedzieć na pewno… Ja… Ja…

– Postaram się rozwiać wszystkie twoje wątpliwości, Adamie… jeśli tylko wpuścisz nas do środka.

Szczelina rozszerzyła się o kolejny centymetr, błysk okularów przeniósł się na Beki.

– Kim ona jest?

– To przyjaciółka. Nie stanowi zagrożenia. Zwykła przyjaciółka.

– Wie o tym? O… o… P-Pandorze?

– Tak.

Adam przypatrywał się obu dziewczynom jeszcze przez kilka sekund, wreszcie jego twarz zniknęła w ciemności za drzwiami, które ze skrzypieniem zużytych zawiasów otwarły się powoli i zapraszająco.

ROZDZIAŁ 10

Norwich rok 1994

Było zbyt ciemno, żeby cokolwiek dostrzec, czuła tylko stęchliznę. Zgadywała, że po podłodze walają się pogniecione sterty brudnych ubrań i bielizny.

– Możemy zapalić światło? – spytała.

– T-tak… oczywiście. – Po sekundzie rozbłysła lampka nocna.

Nie pomyliła się, pokój był dokładnie tak mały i zabałaganiony, jak to sobie wyobrażała. Ale ściany… na widok ścian zatkało jej dech w piersiach.