Tiger. Dzikie noce. Tom 3 - Magda Mila - ebook
BESTSELLER

Tiger. Dzikie noce. Tom 3 ebook

Magda Mila

4,3

237 osób interesuje się tą książką

Opis

Życie Aleksa było idealne – przyjaciele, praca, sport. I oczywiście seks. Mnóstwo seksu –trójkąciki, orgietki... Życie proste, przyjemne i bez zobowiązań. Zawsze takie miało być.
Nigdy nie zamierzał się zakochać. A już na pewno nie w niej – kobiecie, z którą związek mógł zniszczyć wszystko, co miał.

Bywa jednak, że nawet największy twardziel ulegnie – najpierw pożądaniu, potem uczuciom. A nawet najrozsądniejsza kobieta zaryzykuje wszystko, by poczuć choć przez chwilę emocje, których nigdy nie zaznała. 
Wydawało się, że różni ich wszystko, ale okazali się bardzo podobni do siebie.  
Czy mogą być razem? Absolutnie nie. Jak jednak żyć bez prawdziwego szczęścia, kiedy się już go zasmakowało?

To kolejna wspaniała uczta literacka przy suto zastawionym stole, pełnym nieczystych zagrywek, szaleństw, napięcia, dzikich żądz, niedomówień i tajemnic. Efektownie i z pazurem pokazuje, że gdy w grę wchodzą silne uczucia pomiędzy dwojgiem osób, próżno szukać zdrowego rozsądku. Wierzcie mi na słowo – będziecie zachwyceni!
Krystyna Meszka, cyrysia.blogspot.com

Nie dajcie się zwieść drapieżnemu tytułowi i okładce, bo wnętrze najnowszej powieści Magdy Mili to romantyczna torpeda, w której dominuje pytanie: czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie? Fanom mocniejszych miłosnych wrażeń również ten tytuł przypadnie do gustu. Gwarrrrantuję. :
Dominika Matuła, www.domi-czyta.pl

Jeśli myślicie, że Magda Mila powiedziała już ostatnie zdanie, to się grubo mylicie. „Tiger” to książka, która nie pozwoli Wam na sekundę odejść od niej, a zawarte w niej emocje pozostaną w Was na bardzo długo. Serdecznie polecam!
Paulina Nowaczyk, 1001 Romansów

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




18+

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla dorosłych czytelników

1

ALEKS

Siedziałem w samochodzie i patrzyłem na piękny, wypięty w moją stronę tyłeczek w obcisłych dżinsowych szortach. Idealny – kształtny, w doskonałych proporcjach w stosunku do talii. Czekający na moje dłonie, a może i fiuta? Rozmarzyłem się. Wziąłbym ją od tyłu, od razu głęboko, a ona by jęczała w spazmach. Aleks, jeszcze, Aleks, mocniej. Mój kutas natychmiast stwardniał. Dotknąłem spodni, już prawie przymknąłem oczy…

Nagle obiekt moich fantazji poruszył się. Dziewczyna wyprostowała plecy i wstała z kolan. Wciąż tyłem do mnie krzyknęła coś w stronę zbliżającego się do niej faceta. Niósł wielką donicę z jakimś zielskiem. Kurwa, prawie doszedłem gapiąc się na tyłek swojej podwładnej. No dobra, nie całkiem mojej, bo pracowała w firmie przywracającej do dawnej świetności nasz ogród. Ale i tak byłem idiotą.

Szybko się rozejrzałem. Na szczęście nie było świadków mojej głupoty, bo wszyscy ludzie kręcący się wokół zajmowali się tym, czym powinni – czyli pracą.

Westchnąłem z ulgą. Teraz musiałem jeszcze chwilę poczekać, aż mój twardziel zmięknie zanim wysiądę z samochodu. Z zażenowaniem spojrzałem na biedną dziewczynę. Pokręciłem głową. Potem przeniosłem wzrok na przedwojenny budynek przy którym zaparkowałem. On był najważniejszy.

Mimo rusztowań stojących z każdej strony, kontenerów z gruzem, stosów materiałów budowlanych zajmujących sporą część otaczającego go ogrodu – i tak robił wrażenie. Piętrowa bryła o perfekcyjnych proporcjach, której lekkości dodawał półokrągły taras i balkon połączony z nim smukłymi kolumienkami.

Obserwowałem wszystko z dumą. Owszem, w samym zdobyciu tej willi nie było mojej zasługi, bo to Jonatan, mój najlepszy przyjaciel i wspólnik wygrał ją w pewnym perfekcyjnie zaplanowanym zakładzie. Ja jednak stałem się odpowiedzialny za jej remont i adaptację na najlepszy w tej części Europy seksklub. I szło mi kurewsko świetnie – otwarcie przybytku było planowane lada moment, a ja skutecznie dbałem o to, by nie było ani jednego dnia opóźnienia.

Swoją drogą, nigdy nie sądziłem, że taka aktywność może mnie kręcić. Do tej pory, jako zarządzający bezpieczeństwem w naszym koncernie, zajmowałem się ochroną – nas i naszych interesów. A potem nagle, z dnia na dzień, stałem się budowlańcem. Ale musiałem przyznać, że przekształcanie śmiałych wizji w rzeczywistość, obserwowanie szybkich i namacalnych zmian zachodzących dzięki moim decyzjom, było fascynujące. Budynek piękniał z dnia na dzień, a ja czułem realny wpływ na jego rozkwitanie.

Westchnąłem i w końcu wysiadłem z samochodu. Kiedy szedłem przez podjazd, kontrolnie zajrzałem do dwóch kontenerów, a potem wszedłem do środka. Hol, mimo panującego tu bałaganu, już mógł oszałamiać – przepięknie doświetlony ogromnymi oknami, ze wspaniałą przedwojenną posadzką, sprowadzoną przeze mnie z wyburzanego pałacyku na Ukrainie. Nie mogłem się już doczekać chwili, kiedy wszystko będzie gotowe, a ja zobaczę w końcu ostateczny efekt swoich działań.

– Szefie! – usłyszałem głos dobiegający z bocznych drzwi.

– Dzień dobry, panie Andrzeju.

Przede mną stanął zdyszany mężczyzna. Na pokaźnym brzuchu opierał trzymaną w rękach teczkę.

– Znowu jest problem. Te klatki na dole się nie zmieszczą, a na piętrze coś znaleźliśmy pod tynkami.

Klepnąłem go w ramię.

– Najpierw dół.

Skręcało mnie z ciekawości, by zobaczyć, co ten stary dom przed nami odkrył, ale wołałem na razie ogarnąć bardziej prozaiczne tematy. Choć po minie szefa ekipy widziałem, że to co dla mnie zwykłe i normalne, niekoniecznie takie jest dla wszystkich. Kiedy zaczęliśmy schodzić w dół, do piwnic, mamrotał pod nosem:

– To nie jest normalne i dlatego się nie mieści. Klatki, mówiłem, to chore. Kto to wymyślił?

Byłem już przyzwyczajony do jego gadania. Ogromnie go szanowałem jako fachowca i doceniałem, że szef jednej z najlepszych ekip budowlanych w tym kraju, z terminami zajętymi na dwa lata do przodu, góral hołdujący tradycyjnym wartościom, jednak zdecydował się pracować przy budowie seksklubu. Jasne, pieniądze które mu zaproponowaliśmy, miały ogromne znaczenie, ale podejrzewałem, że nie tylko o to chodziło – potrzebował wyzwania, a nasz projekt na pewno czymś takim był.

Gdy zeszliśmy na dół, najpierw przez kilka minut oglądałem postęp prac w poszczególnych pomieszczeniach. Byłem zaskoczony, jak niewiele już tu zostało do zrobienia. Wszystkie pokoje piwniczne były przeznaczone dla miłośników ostrzejszych klimatów, głównie BDSM. Znajdowało się tu więc dużo pasujących do tego konstrukcji – belek, krzyży czy ogromnych łóżek ze sprytnie wymyślonymi zintegrowanymi dybami i klamrami do przypinania niewolników. Przy jednym z nich zatrzymałem się. Z uznaniem spojrzałem na dreptającego za mną pana Andrzeja.

– Natasza będzie zachwycona!

– Nie będzie, ino jest. Była tu wczoraj, uwag nie miała. Ale te klatki… – Zdegustowany kręcił głową.

– Dobra, idę zerknąć.

Przeszedłem do kolejnego pomieszczenia. Tu też praktycznie wszystko było gotowe, za wyjątkiem wspomnianych konstrukcji. Natasza uparła się, by część z nich była wolnostojąca i mobilna, a trzy miały być wmontowane w ścianę.

Pan Andrzej z ekipą narzekał nie tylko na konieczność pracy z metalem – byli góralami, specami od drewna, ale i na samą ideę – wiele z planowanych w budynku rzeczy akceptował, choć dla przeciętnego człowieka były szokujące – jak na przykład wielkie wieloosobowe łoże na piętrze. Ale przy cholernych klatkach wymiękał, już po raz kolejny.

Nie wiem, czy myślał, że jego marudzenie wpłynie jakoś na decyzje Nataszy, czy robił to wyłącznie po to, by mieć mniejszy moralny zgrzyt w związku z realizacją zlecenia. Ale faktem było, że te klatki najbardziej go bolały.

– Tego się nie da i koniec – usłyszałem. Pan Andrzej pokazywał mi właśnie pręty, które miały być wpuszczone w mur.

– Musi się dać. – Podszedłem bliżej. – Tu musicie skuć, zgodnie z planami, i wtedy bez problemu to zamocujecie. – Pokazałem gestem, co mam na myśli.

– Ale to się nie godzi! Jak tak można? Człowieka? – znowu zaczął swoje narzekania.

– Człowieka, który sam tego chce. Lubi pan Nataszę, prawda? – Znowu spróbowałem wziąć go pod włos. – Jak pan myśli, czy kiedykolwiek zrobiłaby komuś krzywdę?

– Dyć, że nie. Pani Natasza to anioł.

– No właśnie. A jednak bije swoich niewolników pejczem, zamyka ich w klatkach, czasem nawet razi prądem. A oni są zachwyceni i niekiedy naprawdę dużo płacą za to, by ich tak potraktować.

Facet przez moment miał minę, jakby z trudem powstrzymywał się przed zatkaniem uszu i nuceniem pod nosem – jak przedszkolak.

– Sodoma i Gomora, na co mi przyszło! – mamrotał.

– Nie, radość życia po prostu. – Zaśmiałem się. – Choć tego akurat ja też nie rozumiem. – Pochyliłem się przed jedną z klatek i aż wzdrygnąłem na myśl o siedzeniu w czymś takim. – Ale nie ma sensu się na tym zastanawiać. – Wyprostowałem się i poklepałem go po plecach. – Trzeba zrobić tak, żeby kobieta była zadowolona, i tyle. Po to jesteśmy, nie?

– Ja to wolę baby zadowalać inaczej – od razu zmienił ton, choć jeszcze był naburmuszony. – Tam na górze to jeszcze idzie zrozumieć, choć i tak się z tego wyspowiadam. Ale to…

– No to chodźmy na górę. – Postanowiłem skorzystać z okazji i zakończyć drażliwy temat. Obejrzałem jeszcze wymyślone przez Nataszę skomplikowane mechanizmy paneli służących do zmiany wystroju tych wnętrz i kolejny raz połechtałem ego pana Andrzeja. – Perfekcyjnie zrobione – powiedziałem z uznaniem.

– A jak pan myślał! – obruszył się. – Góralska robota, a nie jakaś fuszerka.

– Wiem. – Po raz kolejny pogratulowałem sobie w myślach zatrudnienia tego człowieka. Trochę się wahałem, bo nijak nie pasował mi do takiej inwestycji, ale dałem się przekonać znajomemu architektowi, który wspomagał nas przy tym projekcie.

Paweł sam był z Podhala i zarzekał się, że nikogo lepszego nawet za granicą nie znajdziemy. Miał rację, początkowo nawet ja nie wierzyłem, że da się zrobić taki remont w kilka tygodni, ale przy tej ekipie zmieniłem zdanie.

Na górze pośmiałem się chwilę ze „znaleziska” odkrytego w ścianie – nieduże pudełko, a w nim owinięte szczelnie folią cztery paczki przedwojennych papierosów. Kosmos, tym bardziej, że robotnicy zapytali, czy mogą ich spróbować. Wolałem się stamtąd zmyć.

Rzuciłem jeszcze kilka pochwał, a potem wycofałem się do swojego gabinetu. Zamknąłem drzwi i opadłem na specjalnie dla mnie sprowadzoną z Danii kanapę w kolorze ostrego pomarańczu. Wziąłem głęboki oddech. Byłem dumny ze swojego dzieła.

2

ALEKS

Leżenie i zachwycanie się swoimi dokonaniami przerwało mi szarpnięcie klamki. Do gabinetu wszedł Jonatan.

– Nie za bardzo się obijasz?

– Bez jaj. – Spojrzałem na przyjaciela. – Wszystko idzie zgodnie z planem, perfekcyjnie. Zresztą sam pewnie widziałeś.

– Tak. Myślę, że jakimś cudem zdążymy na czas.

– Ależ to będzie impreza! – Przymknąłem na moment oczy. Wyobraziłem sobie otwarcie klubu – hedonistyczny wieczór pełen ekstremalnych doznań. Rozbudzająca zmysły atmosfera, piękne kobiety, silni mężczyźni, emocje, jęki wibrujące w powietrzu i wszechobecne pożądanie. Poczułem nagły przypływ podniecenia. Dotknąłem krocza i poprawiłem ułożenie penisa w spodniach.

– Nie podejrzewam cię, żebyś był aż tak wyposzczony. – Jonatan uśmiechnął się krzywo.

– Ja? Może trochę. A co u Inez? – zapytałem go o jego drugą połówkę. Poznał ją niedawno i bardzo szybko się zaangażował – jak nie on. Nigdy nie był w tego rodzaju relacji z kobietą. I chyba jeszcze żadnej tak bardzo nie zależało na nim – poznali się jako wrogowie, ale szybko stali się partnerami w życiu i parą dominujący – uległa w seksie.

– Świetnie. Inez powoli przygotowuje remont swojej willi. No i planuje wielkie otwarcie naszego klubu. – Rozejrzał się po pomieszczeniu. – Może ty też byś się ustatkował? Polecam. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale życie z drugą osobą jest całkiem przyjemnym doznaniem.

Skrzywiłem się. Niepotrzebnie przypomniał mi o tym, co mnie od jakiegoś czasu gryzło. Sparowanie się – i jego, i Nataszy – sprawiło, że już tylko ja z naszej trójki kisiłem się w singielskim bagnie. No dobra, Natasza na razie była w fazie skłócenia ze swoim ukochanym, ale wiedziałem, że prędzej czy później się pogodzą. Więc tak czy siak – zostawałem sam na placu boju.

A dodatkowo od jakiegoś czasu próbowałem rozstrzygnąć pewien dylemat – odwiedzić swoją dawną miłość, czy nie? Wracać do emocji, które na długi czas odebrały mi chęć do życia, czy znowu je głęboko zakopać? I nie chodziło tylko o żal, jaki czułem do Julki. Rzecz w tym, że mogła potrzebować mojej pomocy, a ja nie umiałem zmierzyć się z powrotem do przeszłości.

Dawno temu rzuciła mnie – po krótkiej wspólnej przygodzie ze służbami specjalnymi. Nasza jednostka wróciła dość poharatana z pewnej źle przygotowanej akcji. Do mnie dotarło, że nie chcę w tak głupi sposób tracić zdrowia czy życia, a z nią było wręcz przeciwnie – postanowiła wstąpić do GROM-u i jeszcze częściej jeździć na misje. I wtedy, i dziś miałem do niej pretensje, że wybrała realizację swoich ambicji zamiast mnie – cudownego wszak faceta, idealnego dla niej.

– Co się dzieje? – Jonatan zauważył, że coś mnie gryzie.

– Nic. – Pokręciłem głową. Nie miałem zamiaru dzielić się z nim takimi rozterkami. Jonatan co najwyżej by mnie opieprzył, raczej nie nadawał się do marudzenia i bardziej filozoficznych rozkminek.

– Chciałeś o czymś pogadać – spróbowałem zmienić temat. Domyślałem się, że nie pojawił się tu w środku dnia, w czasie, kiedy powinien być w biurze, tak zupełnie bez powodu.

– Znowu pieprzony Dawid.

– Co tym razem?

– To co zwykle? – Spojrzał na mnie oburzony. – Znowu gdzieś wyciąga Oliwię, a ona jedzie, choć widzę, że ma coraz mniejszą ochotę na spędzanie z nim czasu.

– Też miałem ostatnio takie wrażenie. On coś na nią ma? Bo zaczynam podejrzewać, że najchętniej by się dziewczyna z tej relacji wymiksowała.

– Próbowałem z nią rozmawiać, zbywa mnie.

– A Natasza? Babkom zawsze łatwiej się dogadać.

– Pytałem. Tylko głupio się uśmiechnęła. Mam wrażenie, że jeszcze nie jest sobą, że Drwęcki za mocno ją rozprasza. Muszą się wreszcie pogodzić.

– Wtedy będzie z nią jeszcze gorzej, sam to powinieneś wiedzieć najlepiej. – I znowu temat zmian w ich życiu wrócił. Pieprzone związki, miłosne gniazdka i inne gówna. Wychodzi na to, że tylko ja zostałem tym, kim byłem. – Może ja pogadam z Oliwią? Przynajmniej spróbuję? – powiedziałem.

– Bardziej nadajesz się do rozmowy z tym gnojkiem.

– I co? Postraszę go? Już to roztrząsaliśmy, w ten sposób nic nie osiągniemy. Jeśli masz rację i Oliwia z jakiegoś powodu jest zmuszona, albo czuje się zmuszona, by z nim być, to straszenie go nic nie da.

– Przekupstwo też nie.

– No nie. Kurwa, o co z tym kolesiem chodzi?

Obaj się zamyśliliśmy. Do tej pory zawsze udawało nam się znaleźć rozwiązania naszych problemów – nawet jeśli chodziło o sprawy dużego kalibru, z więzieniem, szantażami i mafią w tle. A nie mogliśmy poradzić sobie z niewiele od nas młodszym lowelasem, który wykorzystywał i prawdopodobnie krzywdził młodszą siostrę Jonatana. I moją właściwie też, bo zawsze tak właśnie traktowałem Oliwię.

No dobrze, prawie zawsze. Nigdy bym się do tego głośno nie przyznał, ale czasem zdarzało się, że ta dziewczyna budziła we mnie czysto damsko-męskie pragnienia. Wyłącznie jednak w sferze snów i irracjonalnych wizji, bo była przecież owocem zakazanym. Tym bardziej jednak czułem determinację, by uwolnić ją od tego typa.

– Trudno mi uwierzyć, że nawet Miłosz nic nie znalazł. – Nasz spec od komputerów od tygodni grzebał w życiu i sprzęcie tego człowieka. – Jon, a może Inez byś poprosił? Miłoszowi będzie przykro, ale już udowodniła, że jest lepszą hakerką – nawiązałem do początku ich znajomości, kiedy ukochana Jonatana włamała się do teoretycznie hiper-bezpiecznego systemu komputerowego naszej firmy.

– Inez? – Jonatan zamyślił się. – W sumie nie przyszło mi to do głowy.

– Bo ostatnio myślisz głownie nim, a nie tym. – Znacząco spojrzałem na jego krocze i jednocześnie postukałem palcem w skroń.

– Masz rację, poproszę ją, żeby jeszcze raz wszystko sprawdziła. Ale ty też podziałaj. Mówiłeś, że Karl może się jeszcze czegoś dowiedzieć.

– Miał popytać ludzi i da znać. Tylko wiesz, nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Narkotyki, czyli pierwsze co nam przyszło do głowy, odpadły.

– Na szczęście.

– Na szczęście – powtórzyłem. – Nie wiem, co ten pieprzony koleś mógłby mieć jeszcze za uszami. Gdyby zdradzał Oliwię, to chłopcy by coś zauważyli. Chodzili sporo za nim.

– Poza tymi kilkoma wyjątkami, kiedy im się wywinął – skwitował Jonatan z krzywą miną.

– Daj spokój, nie spodziewali się, że koleś tak potrafi zniknąć. – Broniłem swoich ludzi.

– Więc tym bardziej to niepokojące, przecież wiesz.

– Dobra, wrócę do tematu – powiedziałem. – Tym razem już sam przypilnuję gnojka. Tylko jeszcze muszę załatwić jedną rzecz. – Przypomniałem sobie, co mnie gryzło.

– Co? – Jonatan spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Może ci kiedyś opowiem. – Mrugnąłem do niego. – A na razie chodź, pokażę ci jeszcze twoje królestwo. – Podniosłem się. – Meble na razie nie przyjechały, ale już podobno są na cle.

Jonatan aż zatarł ręce. Nie dziwiłem mu się. Wyposażenia swojej części willi – dla miłośników lżejszego niż u Nat klimatu BDSM – wyszukiwał na całym świecie. W końcu znalazł producenta w Czechach i we Francji – zamówił meble z pięknego starego drewna i już nie mógł się doczekać, kiedy je zobaczy na żywo.

– Dam ci znać, kiedy przyjadą – powiedziałem, gdy wyszliśmy na korytarz.

3

ALEKS

Po rozstaniu z Jonatanem poustalałem jeszcze kilka szczegółów z szefem ekipy budowlanej, a potem powoli zszedłem na parter. Nie miałem ochoty opuszczać tego miejsca, które już, choć było wciąż zabałaganione, zakurzone i po prostu nieskończone, pokochałem. Willa miała swój klimat i niezależnie od tego, czym miała być – domem rodzinnym, seksklubem, czy budynkiem biurowym – potrafiła urzec swoim klimatem i historią, o której opowiadał każdy załom w murze, cegła czy gzyms.

W końcu jednak musiałem się zmobilizować. Poza willą miałem swoje obowiązki – jako odpowiedzialny za bezpieczeństwo dużego koncernu oraz jako Aleks. Skoro coś mnie gryzło, musiałem wreszcie rozprawić się z tym tematem. Postanowiłem jednak, że zanim wyruszę na spotkanie z przeszłością, porozmawiam jeszcze z przyjaciółką.

Zadzwoniłem do Nataszy, ale nie odebrała telefonu. Sprawdziłem, czy była w biurze – niestety nie. Uznałem, że pewnie jest w swoim studio i ma jedną z sesji, które regularnie odbywała jako jedna z najlepszych polskich domin. Od razu z Konstancina pojechałem na Żoliborz.

Chwilę czekałem, aż Natasza otworzy mi bramę. Mogłem skorzystać z kodu dostępu, które, jako szef ochrony, miałem do wszystkich naszych nieruchomości. Nie chciałem jednak zaskoczyć Nataszy, miałem świadomość tego, że w czasie sesji nie powinienem jej przeszkadzać.

Jednak nie mogłem już zwlekać z tą rozmową. Byłem praktycznie przekonany, że muszę pojechać do Julki, i to dzisiaj. Potrzebowałem tylko potwierdzenia od kogoś, kto znał całą sytuację i mógł upewnić mnie co do słuszności moich planów. Albo powstrzymać przed zrobieniem głupoty.

Wszedłem do środka, a potem małym korytarzem do większego pomieszczenia. Zatrzymałem się w drzwiach.

– Ale ty masz, do cholery, wyczucie chwili! – Natasza, owinięta tylko w narzutę, od razu na mnie naskoczyła.

Minąłem ją i zajrzałem do gabinetu. Tam zobaczyłem Iwa Drwęckiego – byłego policjanta, do niedawna naszego wroga, a teraz jej partnera – chyba? – i wkrótce mojego podwładnego. On krzywo się uśmiechał i dopinał spodnie. Kurwa, znowu im przerwałem? Ale to oznacza, że się pogodzili? Tak szybko? Poza tym, czy muszą się parzyć jak króliki, gdziekolwiek są?

Potem jednak się zreflektowałem – ostatnio przyłapałem ich na mojej pięknej sofie w konstancińskiej willi. Teraz przynajmniej Natasza jest na swoim terenie, więc to ja powinienem czuć się niezręcznie, jak intruz. Ale miałem to w dupie. Ważniejszy był mój cel – porozmawianie z Nataszą. Wszystko inne nie miało w tej chwili znaczenia.

– Czego chcesz?

– Muszę z tobą pogadać, chodzi o Julę. – Zaplotłem ręce na klatce piersiowej.

Moja przyjaciółka po chwili ciszy westchnęła. Spojrzała na Iwa.

– Daj nam parę minut.

Skinął głową i wyszedł do ogrodu.

– Chodź. – Natasza popchnęła mnie w kierunku swojego gabinetu. Tam usiedliśmy w fotelach.

– Rozumiem, że już okej? – Byłem ciekawy, jak wygląda sytuacja między nią i Iwem.

– Mów, o co chodzi. – Natasza zignorowała moje pytanie.

– No dobrze. – Pokręciłem głową. – Więc Jula. Mam adres i generalnie wszystko. Niby wiem, co powinienem zrobić, ale boję się, że… – Czułem się ze swoimi rozterkami jak jakiś pieprzony cienias.

– Że tego nie udźwigniesz? Że niepełnosprawna dziewczyna na wózku będzie od ciebie chciała więcej niż możesz jej dać?

– Właśnie… A wiesz, co jej się stało? Misja w Iraku, najechali na minę. Straciła nogę, drugą ledwo uratowali.

– Więc na pewno może potrzebować pomocy. Najlepsze protezy potrafią kosztować fortunę.

– Tak. Ale ja się cały czas waham, jak to zrobić, żeby się nad nią nie litować. To znaczy, żeby ona tego tak nie odebrała. Albo żeby nie myślała, że coś w zamian chcę.

– A chcesz?

Normalnie odpowiedziałbym „no coś ty!”. Ale Nataszy nie było sensu oszukiwać. Zresztą – byłem tu po to, by poukładać sobie wszystko w głowie, a kłamstwa czy przemilczenia na pewno w tym nie pomogą.

– Nic od niej nie chcę, poza potrzebą zamknięcia tematu.

– Jesteś pewien? A jeśli dawne emocje i uczucia wrócą?

Spojrzałem na nią zaskoczony. Czy ona pyta o potencjalne moje ponowne zakochanie się w Julii? Już chciałem odpowiedzieć „bez jaj”, jednak dałem sobie jeszcze moment na rozkminki. Kochałem ją, ale to było lata temu. Zraniła mnie, bardzo, i trochę trwało zanim o niej zapomniałem. Czy to mogło wrócić? Oczywiście, w teorii wszystko jest możliwe. Ale… Byłem już zupełnie innym człowiekiem, ona na pewno też.

– To bardzo mało prawdopodobne – powiedziałem w końcu. – Zbyt wiele się u nas wydarzyło przez ten długi czas. A ja… Mam w sobie dużo żalu, chyba nie potrafiłbym jej wybaczyć.

– To aż tak? – Natasza uniosła brwi.

– Wybrała służby i jeszcze nazwała mnie tchórzem, bo nie chciałem zrobić tego razem z nią – powiedziałem Nat prawdę.

– Dlatego tak bolało? – bardziej stwierdziła niż zapytała.

– Myślę, że tak. Bo jeśli ktoś przez kilka lat mówi ci, jaki jesteś dla niego ważny, ba, daje ci poczuć się jak pępek jego świata, a potem nagle, w ciągu kilku tygodni, podejmuje decyzję, która was niszczy… Tak, to jedno z moich najbardziej bolesnych doświadczeń. – Skrzywiłem się.

Nat przypatrywała mi się chwilę.

– Wiesz, co sobie myślę? Tu już nie ma miejsca na jakieś rozkminki. Po prostu jedź, spotkaj się z nią i bądź szczery. Wtedy będzie dobrze. Nie próbuj czegoś ukrywać – ani tego, jak cierpiałeś wtedy, ani swoich obecnych rozterek. Tym bardziej, że nie wiesz, jakim człowiekiem ona teraz jest. Może być zgorzkniała, załamana, cierpiąca – w przenośni i dosłownie. Po prostu musisz jechać.

– Tak – westchnąłem ciężko. – A ty jak? – zmieniłem temat. – Znowu sielanka, jak widzę. Czyli miłość kwitnie?

Natasza spojrzała w kierunku ogrodu, a potem wróciła wzrokiem do mnie. Uśmiechnęła się.

– Pogodziliśmy się, po chwili znowu miałam ochotę go zabić, gdy przyznał, że odszedł z policji i będzie pracował u nas. Choć w sumie nie wiem, komu bardziej chciałam zrobić krzywdę – jemu czy tobie. A może Jonatanowi za drobne przemilczenie planów zatrudnienia Iwa?

– Dużo się działo. – Machnąłem ręką. – A Jon wolał, żebyście najpierw sobie wyjaśnili wszystkie nieporozumienia.

– I tak zrobiliśmy. – Mrugnęła do mnie.

– Zboczeńcy. – Zaśmiałem się. – No dobra, zbieram się, trzymaj kciuki.

– Daj znać, jak ci pójdzie. Zadzwoń po spotkaniu, dobrze? – Podeszła do mnie, kiedy wstałem, i mocno mnie objęła.

Staliśmy wtuleni w siebie dobrą minutę. Miałem w dupie, jak to wygląda. Potrzebowałem Nataszy, tak samo jak ona mnie. Zawsze, nie tylko w trudnych chwilach. Byliśmy jak rodzeństwo, z tą przewagą nad relacjami opartymi na więzach krwi, że my sami siebie wybraliśmy, a nie zdaliśmy się jedynie na los, który za nas zdecydował.

– Trzymam kciuki. Żeby wszystko poszło po twojej myśli.

– Dziękuję. – Cmoknąłem ją w policzek i ruszyłem do drzwi.

Na parkingu skinąłem głową Drwęckiemu, który stał oparty o swój samochód. Natasza od razu do niego wybiegła. Patrzyła na kolesia jak na ósmy cud świata. A ja miałem właśnie jechać do dziewczyny, która wiele lat temu złamała mi serce. Urocze.

4

ALEKS

Byłem zdziwiony, gdy rozglądałem się po okolicy, do której doprowadził mnie samochodowy GPS. Owszem, sprawdziłem wcześniej adres, ale Wola – jako dzielnica – kojarzyła mi się wciąż raczej z niezbyt zadbanymi blokami niż z wypasionymi apartamentowcami. A właśnie przed jednym z takich budynków zaparkowałem. Upewniłem się jeszcze raz, czy adres się zgadza, ale tak, nie było wątpliwości. Wszystko wskazywało na to, że Julia mieszka właśnie tutaj.

Dziwiłem się tym bardziej, że nie pochodziła, podobnie jak ja, z zamożnej rodziny, a misje wojskowe poza granicami naszego cudownego kraju raczej nie były najlepszym sposobem na zarobienie fortuny. Ba, wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę to, co się jej przytrafiło. Po wypadku pewnie dostała jakieś odszkodowanie, niestety, znając realia, wystarczyłoby jej pieniędzy na co najwyżej łazienkę w tym budynku. Dziwne.

Z coraz większą niepewnością wysiadłem z samochodu. Może tu mieszka chwilowo, u jakiejś koleżanki? Albo jest tylko zameldowana grzecznościowo, a przebywa zupełnie gdzie indziej? Wszedłem do budynku i powiedziałem portierowi, z kim chciałbym się spotkać. Poczekałem, aż zadzwoni. Starałem się nie przejąć tym, jak długo czekał na odpowiedź, gdy powiedział: „Aleksander Górski”. Ponieważ jednak zostałem wpuszczony, to mogło oznaczać jedno – Julia tu jest i mnie pamięta.

W windzie czułem narastające zdenerwowanie. Starałem się powtarzać w głowie słowa Nataszy – szczerze i bez ściem. Miałem dowiedzieć się, co u Julii słychać i spróbować jej pomóc. I może jeszcze zapytać, dlaczego tak naprawdę zostawiła mnie te lata temu. Tylko tyle i aż tyle.

Niestety nic z moich planów nie wyszło. To znaczy – zamiast być opanowanym i rozsądnym człowiekiem, od razu, już na wstępie, zrobiłem z siebie idiotę. Bo gdy otworzyły się drzwi windy, po prostu stałem jak słup. Zatkało mnie, dokumentnie. Nie dość, że wjechałem prosto do chyba najdroższego w tym budynku penthouse’u, to jeszcze pierwszą osobą, którą zobaczyłem, był na oko czterdziestoletni koleś. Stał w eleganckim holu, słońce wpadające przez przeszklone ściany oświetlało jego przystojną twarz, a on uśmiechał się i wyciągał do mnie rękę.

– Michał Sarnicki.

Stałem jak debil, nieruchomo, i gapiłem się na niego. Znałem tę gębę z mediów. Koleś był wielkim biznesmenem, kiedyś chyba nawet na liście stu najbogatszych Polaków. O co tu, kurwa, chodziło?

Oprzytomniałem dopiero, gdy usłyszałem:

– Już, już pędzę!

I zobaczyłem moją byłą ukochaną sunącą na wózku po marmurowej podłodze. Jedną rękę miała opartą o specjalny joystic, a drugą przytulała do siebie niemowlaka. Ja pierdolę!

Jak kretyn przesuwałem wzrokiem między nimi. W końcu facet przerwał dziwną ciszę i gestem zaprosił mnie do środka.

– Tam wam będzie najwygodniej, a ja położę ją spać. – Pochylił się na Julią i ostrożnie wziął od niej dziecko, po czym zniknął w głębi mieszkania.

Julia uśmiechnęła się do mnie.

– Chodź. – Ruszyła w stronę ogromnego salonu.

Już nawet nie zwracałem uwagi na luksusowe wnętrze, w jakim się znalazłem. Usiadłem na designerskiej kanapie i gapiłem się na Julię, która całkiem sprawnie przygotowała dla nas napoje.

– Chyba, że wolisz coś mocniejszego? – W pewnym momencie się zawahała.

– Nie, przyjechałem samochodem – wymamrotałem. Tak naprawdę marzyłem o wódce, najlepiej całej butelce, ale nie mogłem sobie póki co na to pozwolić.

– No więc… – zaczęła, kiedy na stole stała już karafka z lemoniadą i szklanki.

Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Nadal się na nią gapiłem, starałem się wymyślić sensowne pierwsze zdanie. Nic z tego.

– Nie powiem, jestem zaskoczona – usłyszałem w końcu.

A ja to niby nie?

– Nawet nie tym, że mnie znalazłeś, bo dla takiego speca to pewnie nic trudnego. Zastanawiam się jednak, po co to zrobiłeś? – próbowała mi ułatwić rozpoczęcie rozmowy i chyba rzeczywiście zacząłem się ogarniać.

Zebrałem się w sobie. No, okej, może nie do końca. Bo pierwsze, co palnąłem, było skrajnie głupim tekstem:

– W ogóle się nie zmieniłaś.

Na swoją obronę mogłem mieć jedynie to, że faktycznie – wciąż była piękną i wysportowaną blondynką, z radosnymi, pełnymi energii oczami. Tyle, że bez pieprzonej nogi i na wózku. Tak, byłem kretynem.

Ona jednak po prostu się zaśmiała, tym swoim perlistym, wibrującym śmiechem. A ja znowu kompletnie nie widziałem, co powiedzieć.

– No, trochę się zmieniłam. – Nadal się śmiała. Znacząco spojrzała w dół. – Brak nóżki, poza tym więcej zmarszczek, fałdek na brzuchu po ciąży… Ale dziękuję za komplement.

– Jestem durniem – wymamrotałem.

– Jesteś zaskoczony, po prostu. – Uśmiechnęła się ciepło. To mi pomogło. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem wreszcie mówić, może nie jakoś znacznie sensowniej, ale przynajmniej szczerze:

– Jakiś czas temu zobaczyłem cię, jak jedziesz na wózku. Na przejściu, na Emilii Plater. Nie byłem pewny, czy to ty, ale…

– Nie wiedziałeś o moim wypadku?

– Nie, wtedy nie. – Westchnąłem. – Pomyślałem, że powinienem sprawdzić, co u ciebie słychać, czy nie potrzebujesz pomocy, i w ogóle… – Bezwiednie rozejrzałem się po wielkim salonie. Zrozumiała, co miałem na myśli.

– Nie, pomocy nie potrzebuję. Mam wszystko. – Jej oczy mówiły nawet więcej niż słowa.

– No właśnie… – Miałem na końcu języka, że w takim razie mogę już sobie pójść. Ale szybko się zreflektowałem. Nie będę stąd uciekał, nie ja. Miałem z nią porozmawiać, o wszystkim.

– Wiesz… Nie było mi łatwo – kontynuowała. – Po naszym rozstaniu długo wahałam się, czy podjęłam słuszną decyzję. Czy rzeczywiście moje pragnienia powinny być ważniejsze od tego, co nas wtedy łączyło? To – spojrzała w dół – długo traktowałam jako karę za zły wybór.

– Co dokładnie się stało?

– Na jednej z misji, mina pułapka. Wróciłam z potężnym PTSD, miałam depresję, wciąż brakowało mi kasy. Wyglądało, że utknę już na zawsze w Skierniewicach, w mieszkaniu rodziców. Albo się zabiję, bo takie myśli też miałam.

– Czemu nie zadzwoniłaś?

– Żartujesz? Najpierw cię zostawiłam, bo zachciało mi się być twardzielką w GROM-ie, a potem miałam cię prosić o pomoc? Wiedziałam, że cię skrzywdziłam, zresztą uważałam, że siebie też. I czułam, że muszę to odpokutować. – Wykrzywiła usta w smutnym uśmiechu. – Na szczęście zajęła się mną fundacja pomagająca byłym gromowcom. Zaczęli opłacać najlepszą możliwą rehabilitację, a tam poznałam Michała. – Skinęła głową w stronę drzwi, za którymi zniknął jej facet. – On był po kretyńskim wypadku na skuterze wodnym, też się obwiniał o wiele rzeczy, i tak nas jakoś te nasze dołki zbliżyły. – Uśmiechnęła się szeroko.

– I macie dziecko.

– Też. Myślę, że musiałam to wszystko przeżyć, żeby później docenić siłę uczucia, magię stabilizacji i rodzicielstwa. Jakoś tak. W każdym razie teraz jestem bardzo szczęśliwa.

– Wow! – westchnąłem. Czułem się jak głupek. Przyszedłem tu, by zgrywać zbawcę, który wyciągnie ją z kłopotów, uratuje, pomoże jej, a byłem zupełnie niepotrzebny.

– Oczywiście nie myśl, że jest totalnie różowo, też z Miśkiem się czasem ścinamy, mnie wciąż trudno pogodzić się z uzależnieniem od innych i tym, że nie wszystko mogę jak kiedyś… Ale generalnie jest dobrze. A co u ciebie? – Spojrzała na mnie uważnie.

Dobre pytanie. Co u mnie? Jestem dalej takim samym kolesiem, co wtedy. Mam trochę więcej kasy i nadal świetnie się bawię. Po prostu super.

– U mnie? Raczej bez zmian – odpowiedziałem wymijająco.

– Kobiety, dzieci?

– Nie. – Pokręciłem głową. – Chwilę się zbierałem po tym, jak wybrałaś GROM zamiast mnie, a potem, cóż… Związki jakoś mnie już nie interesowały. – Próbowałem złagodzić kaliber swojej szczerości maksymalnie lekceważącym tonem.

– Wiem, że cię zraniłam

– Powiedzmy. – Na moment zawiesiłem wzrok na jakimś totalnie kolorowym obrazie. Pewnie w cholerę drogim. – Ale też wyszło mi to ostatecznie na dobre. Żyje mi się całkiem nieźle. – Mrugnąłem do niej. Miałem nadzieję, że nie zauważy niespójności tego, co mówiłem z tym, jak się czułem.

Patrzyliśmy na siebie w milczeniu przez dłuższą chwilę. Potem powiedziała:

– Każdy ma swoją drogę, ty też ją znajdziesz.

5

ALEKS

Ja pierdolę. Jej słowa nie mogły mnie opuścić – ani przez kolejnych naście minut, które jeszcze u niej spędziłem, ani później. Czy dowiedziałem się, dlaczego mnie zostawiła? Nie, choć zadałem to pytanie. Jedyna odpowiedź, jaką usłyszałem, to stwierdzenie, że była głupia. I że może tak widocznie miało być – skoro oboje ostatecznie jesteśmy szczęśliwi. Oboje?

Po wyjściu od Julii miałem mętlik w głowie. Wibrowały we mnie jej uśmiechy, pełen czułości wzrok – gdy patrzyła na męża i dziecko, i te cholerne słowa: „każdy ma swoją drogę”. Jaka była moja? Chyba gówniana. Miałem trzydzieści pięć lat i moje życie było miałkie. Ale co mogłem z tym zrobić? Nic.

Jedyne co mi pozostawało to przestać się nad sobą rozczulać. Przypomnieć sobie, że wcale nie było ze mną tak źle. Byłem wolny, wyluzowany i mogłem robić, co mi się podoba. Czyli na przykład konkretnie się zabawić.

Na szczęście była sobota, więc byłem pewny, że gdzieś jest porządna impreza. Napisałem do Gerarda – znajomego, który organizował najlepsze domówki. Niewielkie grono, sami sprawdzeni goście – gwarancja konkretnych doznań i dobrej zabawy. Odpisał, że owszem, jest w Warszawie, ale nie planował żadnych szaleństw.

Postanowiłem więc wyciągnąć go na rajd po mieście. Kilka drinków w kolejnych modnych lokalach, parę podrywek i na koniec wylądujemy z chętnymi kobietami u mnie lub u niego. Trochę się opierał, ale w końcu uległ. Uśmiechnąłem się zadowolony. Ten plan był nawet lepszy niż impreza – nie wiedzieliśmy kogo i gdzie spotkamy, co całej zabawie dodawało smaczku.

W pierwszej knajpie było drętwo, ale już w drugiej błyskawicznie dołączyły do nas dwie kobiety. Idealne – atrakcyjne i niegłupie, więc całkiem interesująco spędzaliśmy z nimi czas. Kiedy chichocząc zniknęły w korytarzu prowadzącym do toalet, Gerard westchnął:

– U ciebie, u mnie, czy hotel?

– Nie jestem pewien, czy to typy na szybki numerek. – Zawahałem się. – W klubie człowiek by się nie musiał zastanawiać, a tu? Cholera wie.

– Nie zawsze musi się kończyć numerkiem. – Gerard się zaśmiał. – Sama rozmowa może być przecież okej.

– Nie dla mnie i nie dzisiaj. Muszę odreagować. – Znacząco dotknąłem krocza. – Może jednak pojadę do „Lust”?

– Okej, pojedziemy razem, jeśli tu – skinął głową w kierunku korytarza – nic się szybko nie wykroi.

Uśmiechnąłem się zadowolony. Byłem już strasznie zepsutym typem. Ale miałem to w dupie. Tym bardziej dzisiaj.

Po kilku kolejnych minutach kobiety wróciły do stolika. Były poważniejsze, mniej rozchichotane, obstawiałem, że też w kibelku omówiły swoją strategię. Ciekawe, co ustaliły? Na szczęście nie musiałem długo czekać.

– Może… – zaczęła blondynka. – Może gdzieś się przeniesiemy? W spokojniejsze miejsce?

Spojrzałem na Gerarda. Skinął z aprobatą. Ja jednak chciałem mieć pewność, że obie oczekują tego, co my.

– Co dokładnie macie na myśli? – Zmrużyłem oczy i przesunąłem wzrokiem po ich twarzach. Brunetka lekko przechyliła głowę.

– W spokojniejsze miejsce – powtórzyła. – Czyli na przykład do hotelu. Gdzie rzucimy monetą, kto z kim, bo nie mogłyśmy dojść do porozumienia. – Uśmiechnęła się zaczepnie i spojrzała na Gerarda.

– Rozumiem, że nadmiar atrakcyjnych mężczyzn, a nie niedobór? – zapytał ze śmiechem.

– Zdecydowanie nadmiar. Trudno się zdecydować. – Westchnęła i przysunęła się do mnie. Położyła rękę na moim udzie. – To gdzie?

Już chciałem się podnieść, kiedy zauważyłem minę kumpla. Nagle spoważniał i w skupieniu przyglądał się tłumowi kłębiącemu się przy barze.

– Chyba jednak dzisiaj spasujemy – powiedział i porozumiewawczo spojrzał na mnie.

Zdziwiony uniosłem brwi. Jeszcze raz zerknąłem na ludzi w kolejce. Zrozumiałem.

– Pora na nas. – Gerard podniósł się i położył kilka banknotów na stoliku. Przepraszająco uśmiechnąłem się do kobiet, których oczy miotały teraz gromy. Na zewnątrz wykrzywiłem usta w kpiącym uśmiechu.

– Droga mogłaby być ta chwila przyjemności.

– Tak, facet odrobinę zbyt uważnie nam się przyglądał. Były z nim. Nie mam nic przeciwko prostytutkom, pod warunkiem, że sytuacja od początku jest jasna.

– I że pracują z własnej woli i dla siebie, a nie dla jakiegoś alfonsa. – Westchnąłem. – To co, jednak imprezka w „Lust”?

Gerard skinął głową. Jednocześnie sięgnął po telefon, który właśnie zasygnalizował nadejście wiadomości. Przeczytał ją i od razu się uśmiechnął.

– Jednak nie, nie musimy tam jechać.

– Bo?

– Spotkaj się ze mną, muszę odreagować – przeczytał na głos. – To Sonia, znasz ją.

Uśmiechnąłem się. Znałem Sonię i lubiłem. Może czasem bywała zbyt nachalna, ale teraz na pewno nie będzie mi to przeszkadzało. Gerard już jej odpisywał.

– Realizuje duży projekt poza Warszawą i tęskni za wyuzdanymi szaleństwami. Wyrwała się na moment, będzie u mnie za godzinę – powiedział po chwili.

Świetnie. Tego potrzebowałem.

Po kwadransie byliśmy już w mieszkaniu Gerarda. Rozsiedliśmy się na kanapach i gadaliśmy – o biznesach, naszym seksklubie, kobietach i sporcie. W końcu pojawiła się Sonia. Nie była zaskoczona moim widokiem, choć wydawała się odrobinę speszona. Pocałowała mnie w policzek, a ja od razu poczułem falę pożądania.

– Nie planowałam aż takich szaleństw. – Uśmiechnęła się niepewnie.

– Sama zdecydujesz, ile od nas chcesz – odpowiedziałem.

– Na razie marzę o jacuzzi. – Spojrzała na Gerarda.

– Mówisz i masz. – Machnął ręką w kierunku tarasu.

Sonia od razu ruszyła w tamtą stronę. Wyszła na zewnątrz i bez zawahania zaczęła się rozbierać. Gdy była już naga, spojrzała zachęcająco na nas. Potem weszła do parującej wody.

Nie mieliśmy na co czekać. Już po chwili siedzieliśmy w trójkę i piliśmy wino. Rozmowa średnio się kleiła. Sonia opowiadała coś o swojej pracy, ja próbowałem rzucać jakieś żarciki, ale wszyscy czuliśmy, że atmosfera gęstnieje z sekundy na sekundę. W końcu dziewczyna wzięła głęboki oddech i powiedziała:

– To co, panowie?

Spojrzała na Gerarda, potem na mnie. Uwielbiałem takich ludzi. Właśnie o to mi chodziło – jasne komunikaty, bez krygowania się i niepotrzebnych ściem. Przysunąłem się do niej z jednej strony, Gerard z drugiej.

Zaczęliśmy ją pieścić – nasze dłonie dotykały cudownie gładkiej, rozgrzanej gorącą wodą skóry. Sonia przymknęła oczy, oparła ręce o brzeg basenu i odchyliła głowę. Pochyliłem się, zacząłem całować jej piersi. Westchnęła. Gerard przemieścił się, rozchylił jej nogi. Czułem się jak w raju. Miałem przed sobą wspaniałą kobietę, która jęczała z pożądania. Chciała nas, a my ją i nic nie mogło stanąć na drodze do naszego spełnienia.

Wziąłem do ust twardy sutek, jednocześnie palcami drażniłem drugi. Gerard uniósł jej pośladki i powoli zanurzał język w rozpalonym wnętrzu. Dziewczyna jęczała coraz głośniej. Przesunąłem się, ręką sięgnąłem do jej łona. Teraz razem z Gerardem ją stymulowaliśmy – on językiem, ja włożyłem w nią palec. Była cudownie wilgotna, gorąca i ciasna.

Gerard dołączył swoją dłoń. Świadomość, że za chwilę obaj wsuniemy penisy w to cudowne wnętrze sprawiła, że zrobiłem się twardy jak kamień. Z tym większym zapałem pieściłem jej ciało, aż doszła – głośno, z potężnymi drgawkami całego ciała. Gerard nie czekał. Złapał ją na ręce i wciąż pojękującą zaniósł do sypialni.

Położył ją na łóżku, trochę wytarł ręcznikiem. Poruszała delikatnie biodrami, posapywała, ale wciąż miała przymknięte oczy. Ukląkł przy jej twarzy i pochylił się. Pocałował ją. Zatraciła się na moment w takiej bliskości, a potem spojrzała błagalnie – na mnie i zaraz na jego penisa, który teraz prężył się przy jej ustach. Gerard dotknął jej policzków i lekko przekręcił głowę, ja w tym czasie założyłem prezerwatywę.

Uwielbiałem ten moment, tuż przed zanurzeniem się w spragnione mnie ciało. Pochyliłem się i zlizałem krople wody z jej ud. Pogładziłem biodra, z zachwytem patrzyłem na wilgoć między jej rozszerzonymi nogami. Gerard dotknął czubkiem penisa jej ust. Jeszcze liznąłem brzuch, jeszcze dotknąłem językiem łechtaczki. Sonia głośno jęknęła. Klęknąłem między jej nogami, złapałem biodra i lekko uniosłem.

6

ALEKS

Wbiliśmy się w nią jednocześnie. Gerard wsunął się w jej usta prawie po same jądra, a ja uderzyłem z impetem biodrami. Nocną ciszę przerwał krzyk. Wiedziała, co się wydarzy, jej nadwrażliwe po pierwszym orgazmie ciało musiało tak zareagować. Znieruchomieliśmy na moment, by dać jej chwilę na oswojenie się z sytuacją.

A potem zaczęliśmy ją posuwać – precyzyjnie i rytmicznie. Unosiłem jej biodra i podziwiałem swojego fiuta poruszającego się w niej. Lubiłem patrzeć. Lubiłem obserwować, jak ciała łączą się, jak mój kutas zagłębia się w ciele pięknej kobiety.

Potem przeniosłem wzrok na Gerarda. To też był zajebisty widok. Delikatna i drobna twarz Soni rozciągana jego penisem. Dziewczyna miała łzy w kącikach oczu, gdy dociskał biodra i kazał brać się głębiej. A potem wbijała w niego spragniony wzrok, gdy cofał się i droczył z jej pragnieniem.

Zwolniłem. Nie chciałem kończyć zbyt szybko. Za wiele jeszcze chciałem tu i teraz przeżyć. Z Gerardem było podobnie. Przerwał na moment i zamieniliśmy się miejscami. Uklęknąłem przy głowie Soni, a Gerard przekręcił ją na brzuch. Ustawił na czworakach i kazał wziąć mnie do ust. Jęknęła, potem ulegle spojrzała na niego. To nie były moje klimaty, ale nie miałem nic przeciwko byciu elementem takiego układu raz na jakiś czas.

– Obciągaj mu, mocno – usłyszałem stanowczy głos Gerarda.

Sonia zaczęła mnie lizać, potem objęła ustami czubek fiuta. Ależ to było przyjemne! Robiła to perfekcyjnie, nie za mocno i nie za lekko, w idealnym tempie. Rozsiadłem się z plecami opartymi o zagłówek i przymknąłem oczy. Dotknąłem jej głowy, ale nie po to, by nagle brutalnie ją nabić na siebie. Jeszcze nie. Na razie chciałem tylko czuć delikatność jej włosów między palcami.

Po chwili otworzyłem oczy. Gerard pieścił pośladki Soni, używał lubrykantu, więc podejrzewałem, że miał ochotę na zerżnięcie jej tyłeczka. Uwielbiałem patrzeć na to, zresztą sam nie byłem pewien, czy nie skorzystam. Zatracałem się jak oni. W tym momencie nie miałem granic ani oporów przed niczym. Liczyła się tylko przyjemność, moja i ich.

Kiedy zobaczyłem, że Gerard klęczy na jednym kolanie i zaczyna wdzierać się w Sonię, przytrzymałem jej głowę. Zamarła z czubkiem mojego fiuta w ustach. Gładziłem ją po policzkach, kiedy krzywiła się przyjmując Gerarda.

– Rozluźnij się, jeszcze odrobinę – mamrotał pod nosem. Upajałem się wyrazem jej twarzy, pomieszaniem cierpienia i przyjemności. Czekałem, aż Gerard znajdzie się w niej i będę mógł bardziej zagłębić się w gorące usta.

W końcu mocno pchnął. Sonia z jękiem nadziała się na mnie. Nadal czekałem. Gerard ostrożnie poruszył się kilka razy, a ona zaczęła pojękiwać inaczej, tym razem z przyjemności. Uniosłem się więc i dopasowałem do rytmu. Klęczała na czworakach, a my posuwaliśmy ją z dwóch stron, coraz głębiej i intensywniej.

Wiedziałem, że już długo nie wytrzymam, musiałem przerwać, jeśli nie chciałem za chwilę skończyć. Wyciągnąłem fiuta z cudownych ust i wsunąłem się pod gorące ciało dziewczyny. Gerard uniósł się na obu nogach, wyżej, z góry atakując jej tyłek, dając mi tym samym dostęp od dołu do jej łechtaczki.

Palcami i językiem zacząłem ją stymulować. Lizałem podbrzusze, pachwiny, trącałem czubkiem nosa płatki delikatnej skóry. Jej jęki były coraz głośniejsze. W końcu doszła. Opadła na mnie, ale Gerard nie przestawał jej posuwać, wręcz przyspieszył. Tylko na moment przerwał, gdy uniósł ją odrobinę, by umożliwić mi przesunięcie się. Przekręciłem ciało, wciąż byłem pod nią, ale teraz miałem jej twarz przy swojej. Pocałowałem nieprzytomne usta, a mój penis sam znalazł drogę do jej wnętrza.

Jęknąłem z rozkoszy, gdy znowu poczułem obiecującą ciasnotę. A kiedy Gerard wepchnął swojego penisa między jej pośladki, krzyk zszokowanej podwójną inwazją Soni zlał się z moim spełnieniem.

Jeszcze przez kilkanaście sekund poruszałem się w idealnej synchronizacji z Gerardem. Każdy ruch bioder powodował kolejną falę rozkoszy. W końcu trysnąłem ostatnimi kroplami. Złapałem ją za policzki i mocno pocałowałem. A potem tuliłem, gdy Gerard ostro gonił swoje spełnienie. Kiedy jego warknięcie rozległo się w pokoju, rozluźniłem się i przymknąłem oczy.

Kolejną godzinę spędziliśmy w łóżku – pijąc wino, pieszcząc się, dotykając i rozmawiając. Planowałem jednak już się zmyć. Nie dlatego, że czułem się zbędny, wręcz przeciwnie, zarówno Sonia jak i Gerard sprawiali wrażenie chętnych na kolejną rundkę naszych igraszek. Mnie jednak dopadły demony dzisiejszego dnia. Po chwilowej euforii znowu zaczęły mnie ogarniać dołujące myśli.

Z trudem ukryłem ogarniający mnie nastrój, sypnąłem jakąś wymówką i wymknąłem się w mrok warszawskiej nocy. W swoim mieszkaniu nawet nie zapalałem światła. Usiadłem na balkonie ze szklaneczką whisky, oparłem nogi o barierkę i gapiłem się w ciemność.

Znowu wibrowały mi w uszach słowa Julii – każdy ma swoją drogę, ty też ją znajdziesz. Gówno prawda. Moje życie nic nie znaczyło, było nijakie. Owszem, miałem przyjaciół, pracę, wyzwania, sukcesy. Kobiety, seks, spełnienie. Raj. Ale kiedy przypominałem sobie wyraz twarzy Julii, gdy tuliła swoją córkę i z czułością zerkała na męża, wiedziałem, że czegoś zaczyna mi brakować. Nie, niekoniecznie związku, czy tym bardziej dziecka. Ale o nic prawdziwego nie walczyłem, nie byłem nikim istotnym dla kogoś. Nie było nikogo, kto bez mojej obecności traciłby grunt pod nogami. Chciałem być komuś naprawdę potrzebny.

Wypiłem kolejny łyk alkoholu. Okej, to co z tym mogłem zrobić? Byłem wojownikiem, zawsze potrafiłem znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. Tyle, że teraz zapadałem się w nicość. Po raz pierwszy w życiu nie miałem woli walki. Ba, nawet nie wiedziałem z kim i z czym mam się zmagać. Choć nie, to akurat było oczywiste. Powinienem walczyć ze sobą.

Westchnąłem, wstałem i wszedłem do mieszkania. Miałem ochotę rzucić szklanką o ścianę, ale powstrzymałem się. Potem to będę musiał sprzątać. Wyżyłem się więc na pierwszej lepszej książce wziętej z regału. Od muru odbiła się „Psychopatologia życia seksualnego” Kępińskiego. Kurwa, naprawdę żałosne.

A potem zrobiłem jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy – odpaliłem pornosa i piłem dalej. Gapiłem się na sceny, które nijak mnie nie podniecały. Piłem. Chciałem wyłączyć mózg, by zapaść się w otchłań niewiedzy i nieświadomości. Nie męczyć się, nie analizować, nie dołować swoim nędznym życiem.

Kiedy już prawie zasnąłem, w pokoju rozległ się dźwięk telefonu.

– Kurwa! – Zacisnąłem oczy. Ale dzwonek nie chciał zamilknąć. W końcu podniosłem się i sięgnąłem po aparat. Spojrzałem na wyświetlacz. Jonatan. Nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę z przyjacielem, bo wiedziałem, że od razu zaniepokoi się moim nastrojem. Ale nie dzwoniłby o trzeciej w nocy, gdyby nie miał naprawdę poważnej sprawy. Więc w końcu odebrałem.

– Kurwa, nareszcie! – usłyszałem zirytowany głos.

– Co się dzieje? – Nawet nie musiałem się specjalnie wysilać, by udawać zaspanego.

– Oliwia. I pieprzony Dawid. Musisz być zaraz w biurze – powiedział i rozłączył się.

Głowa opadła mi na oparcie kanapy. Przez moment chciałem olać jego polecenie, ale potem oprzytomniałem. Oliwia – jej nie mogłem zignorować. Młodsza siostra Jonatana, cudowna, niewinna, wspaniała dziewczyna, którą próbował skrzywdzić jakiś gnój. Ona mnie potrzebowała.

Podniosłem się i spojrzałem na butelkę whisky. Wypiłem sporo, za dużo, żeby prowadzić, ale prysznic mnie otrzeźwi na tyle, żebym doszedł do siebie w taksówce. Podniosłem się i ruszyłem do łazienki.

7

ALEKS

Pół godziny później wszedłem do gabinetu Jonatana. Stał tyłem do mnie, z ręką opartą o wielką przeszkloną ścianę. Stukał niecierpliwie palcami w szybę.

– Nareszcie! – Odwrócił się, kiedy usłyszał moje kroki.

– Co jest? – Od razu podszedłem do barku i nalałem sobie wody.

Zmrużył oczy.

– Ciężka noc?

– Trochę. Ale już się ogarnąłem.

– Dobrze, siadaj. – Sam opadł na krzesło po drugiej stronie biurka. Potarł dłońmi twarz.

– Oliwia zadzwoniła do mnie jakąś – zerknął na wyświetlacz telefonu – godzinę temu. Mówiła coś nieskładnie.

– Pijana?

– Nie jestem pewien. W każdym razie poprosiła, żebym ją stamtąd zabrał.

– To co tu jeszcze robisz? – Zdziwiony uniosłem głos.

– Bo rozłączyła się, zanim powiedziała, gdzie jest, a telefon został wyłączony.

– Trzeba namierzyć wcześniejsze logowania. – Pokiwałem głową.

– Właśnie. A sam tego nie zrobię.

– Jasne. – Poderwałem się i pomknąłem do swojego gabinetu. Byłem opanowany, w trybie zadaniowym, ale gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl – jeśli ten gnój coś jej zrobił, to go zabiję. Byłem tego absolutnie pewien.

Po kilkunastu minutach miałem już plik z danymi.

– Niedaleko, Wałowa – powiedziałem do Jonatana, który cały czas stał w drzwiach.

Nic nie odpowiedział, tylko odwrócił się i ruszył do windy. Pobiegłem za nim. Złapałem go za ramię, zanim do niej wsiadł.

– To nie jest dobry pomysł – powiedziałem patrząc w jego rozwścieczone oczy. – Pojadę z chłopakami, a ty poczekasz tutaj. Albo w mieszkaniu.

– Nie. – Stanowczo pokręcił głową.

– Tak. Choćbym miał cię przywiązać.

Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, ale w końcu dotarło do niego, że mam rację. Nie wiedzieliśmy, co zastaniemy na miejscu i zupełnie niepotrzebny był tam zaangażowany emocjonalnie wściekły byk. Jasne, mnie też Oliwia nie była obojętna, ale ja byłem profesjonalistą i potrafiłem w takich sytuacjach skupić się wyłącznie na zadaniu, nie na emocjach.

– Znajdę ją, będzie bezpieczna. – Poklepałem go po ramionach i wsiadłem do windy.

– Daj znać, jak tylko coś będziesz wiedział – usłyszałem jeszcze za plecami.

– Jasne.

W podziemnym garażu już czekało dwóch moich ludzi, których wezwałem, gdy tylko zobaczyłem na ekranie lokalizację Oliwii. Ruszyliśmy z piskiem opon i po kilku minutach jazdy przez opustoszałe miasto skręciliśmy w Świętojerską, a potem w Wałową.

Samochód się zatrzymał, kierowca wyłączył światła. Przez chwilę obserwowaliśmy otoczenie. Było ciemno i cicho. Gdzieś w tle słychać było pojedyncze samochody sunące ulicą Andersa. Ale nikogo nie było widać.

– Co robimy?

Zastanowiłem się.

– Rozejrzę się.

Byłem zaniepokojony. Opcje były tak naprawdę dwie – oczywiście pod warunkiem, że Oliwia nadal tu gdzieś jest. Albo przebywa w jednym z mieszkań wielkiego budynku z kilkoma klatkami – sprawdzania wszystkich w środku nocy jakoś nie mogłem sobie wyobrazić.