Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr - Thomas Morgenstern - ebook

Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr ebook

Thomas Morgenstern

3,7

Opis

„Bałem się przed każdym skokiem, ale mimo to skakałem. Kochałem to”.

Kiedy obudził się w szpitalu, nic nie pamiętał. Czuł tylko przeszywający ból i paraliżujące pieczenie twarzy. Kilka godzin wcześniej w Kulm przeżył dramatyczny upadek, po którym cały narciarski świat na moment wstrzymał oddech.

Mimo że do igrzysk w Soczi pozostał niespełna miesiąc, zdecydował, że musi tam wystartować. Rehabilitacja, powrót do formy, ale przede wszystkim walka ze strachem. Z poczuciem, że może już nigdy nie zobaczyć swojej córeczki Lilly…

W tej książce Thomas Morgenstern przypomina swoje zwycięskie skoki, opowiada o rywalizacji z Gregorem Schlierenzauerem, tłumaczy, dlaczego nienawidzi skoczni w Planicy, i wyjaśnia, czemu postanowił rozstać się z Kristiną.

Po raz pierwszy zdradza też, co naprawdę czuje skoczek narciarski. Jakie myśli towarzyszą mu, gdy z ogromną siłą uderza o twardy zeskok. I co dzieje się w jego głowie, gdy po kolejnych upadkach ponownie siada na belce.

***

Thomasa pamiętam jako osobę pogodną, sprawiającą wrażenie przystępnej dla kibiców, choć myślę, że jego uśmiech skrywał wiele tajemnic. Jako zawodnik był wyjątkowo ambitny, wymagający od siebie, stała za tym jego wielka pracowitość. Szkoda, że Thomas, który był nie tylko najwyższej klasy zawodnikiem, ale i tak barwną postacią świata skoków narciarskich, przedwcześnie zakończył swoją karierę.
Kamil Stoch

Linia życia Morgiego nie jest ani prostą wznoszącą, ani równią pochyłą. To sinusoida dotykająca nieba i sięgająca granicy wytrzymałości.
Łukasz Kruczek

Tę książkę każdy przeczyta szybko. Pokazuje ”duszę” wybitnego sportowca. Niemal każda strona jest zdjęciem rentgenowskim austriackiego skoczka. Thomas Morgenstern otwiera się przed nami. Pokazuje drugie oblicze sportowej kariery. Opisuje, jak walczył, by pozbyć się sportowych i życiowych cieni. Często ogromnym kosztem. Opowieść mistrza olimpijskiego w skokach narciarskich czyta się jednym tchem. Ale po tę książkę warto sięgać często. Dla wielu może być bowiem przestrogą, ale i lekarstwem.
Tomasz Zimoch, Polskie Radio Program I

Kiedy siadał na belce startowej, sportowy świat wstrzymywał oddech i czekał na wspaniałe narciarskie przedstawienie. Thomas grał w nim zazwyczaj główną rolę. Czytając książkę, odkrywamy jednak nie tylko sportowca, ale przede wszystkim niezwykle wrażliwego człowieka, dzielnie walczącego o zwycięstwo zarówno na skoczni, jak i w życiu. To bardziej powieść niż klasyczna autobiografia. Porywająca historia mistrza, który w ciekawy sposób odkrywa niemal wszystkie swoje karty. Thomas Morgenstern, jakiego chyba nie wszyscy znali, a jakiego naprawdę warto poznać…
Sebastian Szczęsny, TVP Sport

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
1
0
2
0
0

Popularność




Pożegnanie mistrza

Wstęp Łukasza Kruczka

Kiedy we wrześniu 2014 roku podczas konferencji prasowej w Salzburgu Thomas Morgenstern ogłosił zakończenie kariery, dla świata skoków narciarskich zakończyła się pewna epoka. Oto bowiem ośmiokrotny mistrz świata, trzykrotny mistrz olimpijski, zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni i dwukrotny zdobywca Pucharu Świata postanowił usunąć się w cień. Jakie były powody tego kroku? Co sprawiło, że jeden z najbardziej niebywałych talentów sportowych uznał, że przyszedł czas rozstania z ukochaną dyscypliną?

Moja walka o każdy metr to szczera opowieść o dojrzewaniu do tej decyzji. Po raz pierwszy mamy okazję poznać jej kulisy i dowiedzieć się, co tak naprawdę kierowało Morgim, gdy ogłosił tę druzgocącą dla wielu nowinę.

Właśnie: Thomas Morgenstern czy Morgi? Wszyscy wiemy, kim jest Thomas Morgenstern – to wspaniały skoczek o niebywałych ambicjach i jeden z tych sportowców, którzy mogą się poszczycić naprawdę wybitnymi osiągnięciami. A Morgi? Morgi to przesympatyczny, pogodny młody człowiek, którego życie pozasportowe przebiega właściwie tak samo jak w przypadku każdego z nas: wypełniają je radość, smutek, miłość, od czasu do czasu stres. W ciągu ostatnich lat mieliśmy szansę obserwować, jak ten zwykły-niezwykły chłopak z Karyntii stawia czoła największym wyzwaniom, a jego droga zawodowa, naznaczona nie tylko licznymi triumfami, ale i potężnym ryzykiem i cierpieniem spowodowanym kontuzjami, układa się w sinusoidę – dotyka nieba, by chwilę później sięgnąć granic wytrzymałości.

Dla mnie, zapewne podobnie jak dla wielu kibiców, sympatyków, a teraz także czytelników, Thomas „Morgi” Morgenstern to jeden z tych naprawdę wielkich sportowców, który pozostał „normalnym” człowiekiem. Jestem tego pewien, ponieważ dane mi było być naocznym świadkiem jego zmagań, niejednokrotnie zwieńczonych sukcesem. Ich nieodłącznym elementem były nie tylko radość i łzy wzruszenia po wspaniałych zwycięstwach, ale też często samotność, zwątpienie i rezygnacja.

W niniejszej książce Thomas „Morgi” Morgenstern w przejmujący sposób opowiada o wszystkich aspektach życia typowych dla jednostek wybitnych: codziennej pracy, dyscyplinie, niebywałej radości ze zwycięstw, obawach, samotności, walce o prawo do prywatności swojej i bliskich, poczuciu alienacji i przełamywaniu ograniczeń – zarówno tych realnych, jak i tych, które tkwią jedynie w głowie człowieka poddawanego nieustannej presji. Opowiada też o cenie, jaką musi zapłacić każdy, kto choć raz zdobył szczyt.

Thomas Morgenstern na zawsze pozostanie dla mnie mieszanką otwartego, skorego do żartów i rozmów chłopaka, niezwykle pracowitego i ambitnego skoczka oraz mężczyzny twardo stąpającego po ziemi i staczającego ciężkie boje z samym sobą. Przeczytajcie szczere wyznanie tego wspaniałego sportowca, który nigdy nie uważał się za lepszego od innych i który za sprawą swojej kontrowersyjnej decyzji dał nam wyjątkową lekcję pokory i dojrzałości.

Łukasz Kruczek

Trener polskiej kadry skoczków narciarskich

Upaść i pamiętać

Otwieram oczy. Nawet tak mały ruch sprawia, że moja twarz zaczyna płonąć. Widzę białe, stłumione światło neonowej lampy. Z boku dobiega mnie regularny pikający dźwięk wydobywający się z EKG. Próbuję przekręcić głowę, ale w efekcie czuję tylko przeszywający ból, który ciągnie się od skroni przez policzki aż do klatki piersiowej. Czy to bicie mojego serca? Nie, to zdecydowanie nie jest mój hotelowy pokój w Tauplitz!

Rozglądam się po jasnym pomieszczeniu. Przez okno wpadają promienie słońca, drażniąc moją palącą skórę. Chcę coś powiedzieć, zapytać, gdzie jestem i dlaczego się tu znalazłem, ale nie mogę nawet poruszyć ustami. Moje wargi są zbyt spuchnięte. W żyłę prawej ręki mam wetkniętą plastikową rurkę. Rytmiczne pikanie miesza się z wszechobecnym szumem urządzeń ustawionych wokół mojego łóżka. Jestem w szpitalu.

Otwierają się drzwi. Do sali wchodzi przyjaźnie uśmiechnięta pielęgniarka, chyba około trzydziestki. Jej ciemne włosy sięgają ramion, z oczu bije ciepło i serdeczność. Chcę z nią porozmawiać, ale nie jestem w stanie wydobyć z siebie słowa. Jeżeli moje wargi powiększyły się wprost proporcjonalnie do bólu, jaki sprawia poruszanie nimi, muszą przypominać monachijską Allianz Arenę.

Na szczęście to ona zaczyna mówić. Opowiada o jakimś upadku i że niby jestem w klinice w Salzburgu. Każe mi odpoczywać i mówi, że zawoła ordynatora.

Upadek? Ale jaki upadek? Usilnie próbuję sobie coś przypomnieć. Oczywiście, że upadłem. Trzy tygodnie temu, w Titisee-Neustadt. Ale teraz już przecież znów skakałem – na Kulm. Mój treningowy skok był genialny, warunki idealne. Czy jeszcze przed chwilą nie byłem w windzie?

Herbert zawsze znajduje dla mnie tyle motywujących słów, kiedy się na coś wkurzam. Gdzie on właściwie jest? Przecież mógłbym go teraz potrzebować. Herbert Leitner jest nie tylko wyśmienitym fizjoterapeutą, ale co najmniej równie utalentowanym psychologiem. Przede wszystkim jest jednak przyjacielem. Moim „Buddym”. Dostał ten przydomek, kiedy stale towarzyszył mi po upadku w Titisee-Neustadt. Złamałem wtedy mały palec i dość mocno otarłem skórę. Podrapana twarz to nie problem w skokach. Przez opatrunek, który założono mi na palec po operacji ręki, nie mogłem jednak ani sam nosić nart, ani nawet zawiązać buta narciarskiego. Dlatego właśnie Herbert dostał pozwolenie FIS-u, Międzynarodowej Federacji Narciarskiej, i mógł mi towarzyszyć nawet tuż przed samym wejściem na belkę. Normalnie nie może się tam znajdować żaden z członków sztabu, ale podczas posiedzenia drużyn trenerzy jednogłośnie zadecydowali, że Herbert będzie mógł mi pomagać. Powierzono mu bardzo odpowiedzialne zadanie, ponieważ bezpośrednio przed skokiem musiał zapinać mi wiązania. Oczywiście kontrolowałem wszystko, co robił, ale jeżeli coś poszłoby nie tak i popełniłby błąd, mogłoby się to skończyć groźnym upadkiem.

Upadek? Nie. To niemożliwe. Warunki na Kulm były wymarzone. Zero wiatru. Byłem w wyśmienitej formie, najlepszy w pierwszej serii treningowej. Trochę się zdenerwowałem, bo skok nie był idealny, a trener nie chciał powiedzieć, co zrobiłem źle. Alexander Pointner w 100 procentach hołdował zasadom neurocoachingu: wyszukiwać i dokładnie analizować pozytywy. Ale ja chcę przecież wiedzieć, gdzie popełniam błąd i dlaczego w ostatnim skoku miałem wrażenie, że z przodu nart był zbyt duży nacisk, i czy dlatego hamowało mnie w powietrzu. Skok był dobry, ale mógł być lepszy. Dla trenera był po prostu super, dla mnie nie. Wiem, że mógł być lepszy.

Upadek w Titisee-Neustadt

Znów otwierają się drzwi. Tym razem do sali wchodzi brodaty mężczyzna około pięćdziesiątki, ordynator. Na nosie gładkie, czarne okulary, które sprawiają, że wygląda bardzo poważnie, choć właśnie tego pewnie wymaga sytuacja. Jego niewysoka, ale krępa sylwetka, szare, nieco cienkie już włosy, uśmiech i ciepłe spojrzenie sprawiają, że wydaje się sympatycznym człowiekiem. On też chce mi opowiedzieć o upadku. Podobno doznałem urazu czaszkowo-mózgowego. Poza tym stłuczenie płuc i liczne otarcia skóry, szczególnie na twarzy. Przez głowę przemykają mi słowa takie jak „tomografia” albo „rentgen”. Teraz interesuje mnie tylko jedno: jaki upadek? Czuję zmęczenie…

Nic nie pamiętam. Jestem w stanie przypomnieć sobie z najdrobniejszymi szczegółami wszystkie swoje upadki. Zawsze przeżywałem je w pełni świadomy, niczego nie zapominałem. Może byłoby nawet lepiej dla mnie, jeśli tych bardzo groźnych w ogóle bym nie kojarzył. Wspomnienie bólu hamuje człowieka, ale równocześnie pomaga unikać błędów. Można by powiedzieć, że wspomnienia chronią. Ale czy naprawdę? Mój pierwszy groźny upadek w Kuusamo w końcu nie był ostatnim. Szczerze mówiąc, myślenie o nim sprawia mi ból, ale czy uznano by mnie za obłudnego, jeśli określiłbym tę pozorną funkcję ochronną jako fałszywą deskę ratunku? Bo niby w czym mi ona pomogła?

W Kuusamo upadłem 11 lat temu. Byłem młody i pewny, że nic złego nie może mi się stać. Inauguracja sezonu odbywała się wtedy w Finlandii. Pod koniec listopada daleka północ jest pełna śniegu, a Kuusamo leży prawie na północnym kole podbiegunowym. Choć pogoda jest tam o tej porze roku niestabilna i bywa bardzo wietrznie, lubię to miejsce. Fiński krajobraz, składający się głównie z jezior i lasów, ma w sobie coś poruszającego. Lubię być z dala od hałasu i pośpiechu.

Daleko też stamtąd do szpitala – gdyby coś się stało…

Wspomnienie. Tak właściwie mnie nie chroni, lecz sprawia, że jestem bardziej pokorny. W Kuusamo upadłem tylko dlatego, że miałem w sobie zbyt dużo brawury. Może czułem się tam aż za dobrze. Kto wie.

W ostatnim czasie Ruka, bo tak nazywa się miejscowość, w której znajduje się skocznia, rozwinęła się w zawrotnym tempie i stała się prawdziwym centrum sportów zimowych. W ostatnich latach. Wcześniej była tam tylko skocznia, hotel, kilka drewnianych domów i duży parking koło stoku. Teraz na jego miejscu stoi centrum handlowe, luksusowe lokale i apartamenty. Mimo to podoba mi się tam jeszcze bardziej, choć z Kuusamo automatycznie kojarzy mi się upadek.

To miał być pierwszy sezon, w którym planowałem starty we wszystkich konkursach. Byłem w fantastycznej formie, jak zresztą pod koniec poprzedniego. Do Finlandii polecieliśmy już kilka dni przed samą inauguracją. Było to jedyne w Europie miejsce umożliwiające oddawanie skoków na śniegu.

Tak, śniegu było pod dostatkiem. I lodu. Nic dziwnego, skoro temperatura wynosiła minus 25 stopni. Zamarznięte były nawet typowe dla tego obszaru jodły. I jeszcze ten wiatr, który powodował, że temperatura odczuwalna to nie minus 25, ale minus 35 stopni. Wspaniała była za to widoczność. Drzewa jak gdyby namalowane białym lodem. Jeziora zamarznięte, a niebo niebieskie tylko przez cztery godziny dziennie. Przez pozostałe 20 godzin o tej porze roku panuje tam ciemna noc, nie świeci się zupełnie nic. W ciągu tych czterech godzin zaczynasz rozumieć motyw wykorzystania koloru białego i niebieskiego na fladze Finlandii. Dwie takie flagi powiewały na górze skoczni. Także ten obrazek na stałe wrył mi się w pamięć.

Mimo zimna, podczas treningu czułem się świetnie. Oczywiście także dlatego, że byłem w naprawdę znakomitej formie. Wiedziałem, że jeżeli będą optymalne warunki, to ten pierwszy konkurs zakończę z bardzo dobrym wynikiem. I co mi dała ta pewność na koniec dnia? Wizytę w szpitalu w Kuusamo. W dodatku tylko dlatego, że byłem niepokorny. Nie ma się co oszukiwać.

W dniu zawodów było dosyć wietrznie, dokładnie to pamiętam. Wiało z lewej strony, czyli tej jedynej niechronionej od wiatru na skoczni w Kuusamo. To tam właśnie stoi wieża sędziowska. Na lewo obok buli, tuż pod gniazdem trenerskim, znajduje się ogromny wskaźnik obrazujący siłę i kierunek wiatru. Jest tak duży, że na co dzień niełatwo go poruszyć, a żeby już się to stało, trzeba naprawdę solidnego podmuchu. Tego dnia wskaźnik stał sztywno w powietrzu, kierując się nieco do góry. Był tak samo nieruchomy jak zamarznięte drzewa.

To właściwie powinno było stanowić wyraźne ostrzeżenie. Jeszcze mocniejszym sygnałem ostrzegawczym były problemy, z jakimi w trakcie lotu przyszło się zmagać Martinowi Schmittowi i Andiemu Koflerowi. Andi upadł, a później jeszcze Sven Hannawald zaliczył „awaryjne lądowanie” przed 50. metrem. Większość zawodników skakała bardzo zachowawczo i dlatego pomyślałem, że nie mogę nie wykorzystać takiej szansy.

Chciałem powtórzyć wynik z treningu i idealnie wykończyć ten skok. Miałem 17 lat, rozpierała mnie energia i wydawało mi się, że nic złego nie może mi się przytrafić. Żeby zwyciężyć, musiałem się liczyć z ryzykiem.

Upadek w Kuusamo

Na to, co się potem stało, mogłem się właściwie przygotować, bo tę sytuację miałem już wcześniej przed oczami. Podczas tych dziwnych wizualizacji skoku przed zawodami, kiedy dokładnie wyobrażam sobie każdy swój ruch, widziałem siebie robiącego salto. Zawahałem się przez chwilę, ale chcąc wygrać, postawiłem wszystko na jedną kartę. Miałem świadomość, że to niebezpieczne i że takie warunki mi nie odpowiadają. Ale przecież osoby odpowiedzialne za przeprowadzenie konkursu wiedzą, co robią. Nie pozwolą zawodnikowi skoczyć, kiedy istnieje jakieś zagrożenie, choć z drugiej strony muszą dołożyć wszelkich starań, żeby zawody się odbyły. Zielone światło zapala się oczywiście tylko wtedy, gdy wiatr nie jest zbyt silny. Tyle że nikt nie jest w stanie „wyłączyć” nagłych podmuchów i sprawić, by młody i głodny sukcesów śmiałek w tak skrajnych warunkach nie podejmował zbyt dużego ryzyka.

Zaufanie jest jednym z najważniejszych czynników w skokach. Trzeba ufać trenerowi, kiedy machnięciem chorągiewki daje pozwolenie na skok. Trzeba ufać sztabowi odpowiedzialnemu za rozegranie zawodów, że warunki są odpowiednie do skakania. I, jak nauczyłem się tamtego dnia, trzeba ufać własnym przeczuciom. Jeżeli mówią ci wyraźnie: „Uważaj!”, to zrób to, bo koniec końców i tak każdy jest odpowiedzialny sam za siebie. A ja miewam problemy ze słuchaniem swojego głosu wewnętrznego. Oczywiście traktuję go poważnie, ale ponieważ w naszej dyscyplinie jest tak wiele kompetentnych osób, siłą rzeczy ufa się właśnie im.

Konkursów, podczas których balansuje się na granicy bezpieczeństwa i rozsądku, jest dużo. Na ogół nic złego się nie dzieje, a na koniec są wyniki. Czasami zwycięzca jest zupełnie przypadkowy, często wyłoniony już po pierwszej serii. Potem wprawdzie wszyscy narzekają i krytykują taki obrót sprawy, ale kilka tygodni później nikt już nie pyta, w jakich okolicznościach odbyły się dane zawody, a organizatorowi oszczędza się trudności finansowych, które niesie ze sobą odwołanie konkursu. Kiedy już coś się dzieje, jak tego dnia w Kuusamo, dopiero upadek jest impulsem do przerwania zawodów. I wtedy zaczynają się dyskusje. Może trzeba było wcześniej odwołać konkurs? Albo w ogóle go nie rozpoczynać? A może wystarczyło przeczekać? Ci, którzy mimo złych warunków oddali dobry skok, denerwują się, bo po przerwaniu zawodów nie ma ani wyników, ani pucharowych punktów.

Wtedy spotkało to na przykład Martina Höllwartha, który skakał bezpośrednio przede mną i objął prowadzenie. To tylko dodało mi animuszu. Nie przeszkadzała mi niska temperatura. Lubię, kiedy jest zimno. Powietrze wydaje się wtedy gęstsze i mam wrażenie, że niesie znacznie lepiej. Fińskie niebo rozświetlał wówczas mój pomarańczowy kombinezon. Wszystko wydawało się idealne – pozycja dojazdowa, wybicie, przejście w fazę lotu – i zapowiadało triumf, do momentu gdy nagle w powietrzu obydwie narty uderzyły w moje ciało. Przekoziołkowałem do przodu i zobaczyłem, że prawa narta się wypina. Przerażające uczucie! Z jednej strony wszystko dzieje się niewiarygodnie szybko, z drugiej trwa całą wieczność. Czujesz, jak twoje ciało obraca się w powietrzu. Tracisz orientację i już nie wiesz, gdzie jest góra, a gdzie dół. W takim momencie pewien jesteś już tylko jednego: zaraz będzie cholernie boleć. I czekasz na uderzenie w oblodzoną bulę. Zaciskasz zęby i instynktownie starasz się przyjąć pozycję ochronną, napinasz każdy mięsień i masz nadzieję, że nie będzie aż tak źle, choć dobrze wiesz, że będzie…

Wylądowałem na plecach. Przekręciło mnie tak, że usiadłem i zjeżdżałem po lodowych rowkach, które zostawili przygotowujący zeskok ludzie, poruszający się po nim na deskach do narciarstwa alpejskiego. Poczułem, że nie jestem już w stanie wytrzymać bólu. Wtedy padłem na plecy, ślizgając się jeszcze głową w dół. Wzrok utkwił w martwym punkcie. Byłem w szoku i cieszyłem się, że moje ciało nie poniewiera się już tak bezwładnie. Leżałem na plecach i płakałem. Gernot Landerer, nasz ówczesny fizjoterapeuta, przybiegł od razu i spytał, czy mogę poruszać wszystkimi kończynami. Bolała szczególnie kość piszczelowa. W pierwszym momencie myślałem, że jest złamana, ale miałem tylko paskudne rozcięcie od narty. Udo było całe fioletowe. Huczało mi w głowie. Wstrząśnienie mózgu. W kołnierzu ortopedycznym zostałem na sygnale odwieziony do szpitala w Kuusamo. W karetce nie miałem najlepszych przeczuć. To nie był niegroźny upadek, ale zdarzenie, które już na początku sezonu pokazało mi, co tak naprawdę może się stać. Co z moimi rodzicami? Oby tylko nie martwili się za bardzo. I tak dalej…

Wbrew pierwszym komunikatom prasowym nie złamałem sobie nic oprócz małego palca. Świętej pamięci Edi Federer, mój ówczesny menedżer, zabrał mnie do Klagenfurtu na leczenie u doktora Georga Lajtaia. Dzięki jego pomocy szybko wróciłem do zdrowia i już miesiąc później mogłem wystartować w Oberstdorfie.

Ale od tego upadku podświadomie stałem się ostrożniejszy. Przede wszystkim jeśli chodzi o wiatr.

Wspomnienie blokuje.

Każdy upadek coś w tobie pozostawia. Czasami blizny, często ból, zawsze wspomnienia. Tak samo było pięć lat później podczas letniego treningu w Kuopio, także w Finlandii. Ale ten upadek był zupełnie inny i nieporównywalny z tym w Kuusamo. Wtedy byłem w kiepskiej formie i przebywaliśmy na klubowym zgrupowaniu. Razem z Martinem Kochem, drugim z Karyntyjczyków w kadrze narodowej, i Heinzem Kuttinem pojechałem do Kuopio, by rozpocząć tam nowy plan treningowy po nieudanym sezonie. Nowe wiązania ze specjalnymi bolcami były gorącym tematem poprzedniego roku, a ja zmieniłem właśnie markę nart. Chcieliśmy przetestować nowy system wiązań, dlatego na nasze zgrupowanie specjalnie przyjechał przedstawiciel produkującej je firmy. Miał służyć wsparciem przy ich dokładnej regulacji. Nie chciałem zaserwować ani sobie, ani fanom kolejnego tak nieudanego sezonu, więc moje oczekiwania były wysokie – wyniki i postępy musiały przyjść tak szybko, jak to tylko możliwe. Presja osiągnięć, oczekiwania i niecierpliwość stanowią złe połączenie i fatalną pozycję wyjściową. Ale było to ważną nauczką, bo od tamtego czasu zawsze używałem specjalnej taśmy zabezpieczającej wiązania. Właściwie wtedy też – oprócz tych dwóch skoków, podczas których chciałem porównać czucie w powietrzu z wykorzystaniem nowego i starego systemu wiązań. Najpierw skoczyłem w starych nartach, do których byłem przyzwyczajony. Potem do innych przypiąłem nowe wiązania. Musiałem więc tylko zmienić narty.

Ile wysiłku wymagałoby zamontowanie zabezpieczeń na nowych nartach? Zawsze to robiliśmy i po raz pierwszy skoczyłem bez nich. Czucie w pierwszym skoku było w porządku, ale oddałem zachowawczą próbę. W drugiej leciałem znacznie pewniej, chciałem włożyć w skok więcej mocy. Czucie było dobre. Od razu przeszedłem do fazy lotu i złapałem wysoki pułap. Na końcu buli, gdzie opór powietrza staje się największy, bo tam jest ono najgęstsze, wypięło mi się lewe wiązanie, a potem cała narta. To naprawdę przerażające uczucie – lecisz z prędkością 105 kilometrów na godzinę, twój wzrok skupia się na linii oznaczającej wielkość skoczni i nagle wypina ci się narta. Zupełnie jakbyś robił krok, a ziemia nagle osunęła ci się spod nóg i zacząłbyś spadać w przepaść. W powietrzu jest tak, jakbyś leżał na brzuchu w hamaku na wysokości pięciu metrów i nagle sznur się urwał. Jesteś przerażony, nie masz się czego złapać i wiesz, że czeka cię nieprzyjemne zderzenie z podłożem.

Wszystko działo się niezwykle szybko. Na szczęście kontuzja nie była groźna. Bolały mnie łokieć i ręka, ale i tak mogłem mówić o szczęściu. Tym razem wszelkie uczucia zdominowała ogromna złość na siebie samego, że zachowałem się tak lekkomyślnie i skoczyłem bez linek zabezpieczających.

Jak by nie patrzeć, moje bezpieczeństwo było absolutnie warte czasu ich założenia. Znam kilku zawodników, którzy na ogół skaczą bez zabezpieczeń, czego tak naprawdę nigdy nie potrafiłem zrozumieć. Wtedy zrobiłem to samo i od razu przyszło mi za to słono zapłacić.

Niektórzy twierdzą, że obwinianie się jeszcze nikomu nie pomogło, ale chyba nie do końca się z tym zgadzam. Wyrzuty sumienia uświadomiły mi, że to niecierpliwość i presja sukcesu, jaką na siebie nałożyłem, w dużym stopniu przyczyniły się do moich upadków. No i ignorowanie głosu wewnętrznego, bo przecież to nie było tak, że w ogóle nie myślałem o zamontowaniu tych linek. Myślałem, ale nie posłuchałem podpowiedzi zdrowego rozsądku.

Mówi się, że po wypadku samochodowym powinno się wsiąść za kierownicę tak szybko, jak to tylko możliwe, a jeśli spadło się z konia – dosiąść go znów jak najprędzej. Wszystko po to, by strach nie zdążył za bardzo rozpanoszyć się w głowie. Po upadku w Kuopio na szczęście szybko wróciłem do zdrowia i znów mogłem startować. W przeciwnym razie lęk zakorzeniłby się we mnie znacznie głębiej, choć zdarzenie to i tak pozostawiło kolejny hamulec w mojej podświadomości. Myśl, że zawiódł sprzęt, czyli coś, na co nie mogę mieć wpływu i czego nie jestem w stanie przewidzieć. Ale ryzyko można przecież zminimalizować. Nigdy więcej nie skoczyłem już w tych wiązaniach. Dwa lata później Austriacki Związek Narciarski sam rozwinął system wiązań bolcowych, których zacząłem używać, jednak zawsze z linką zabezpieczającą!

Zakrawa wręcz na ironię fakt, że stosowanie zabezpieczenia przy wiązaniach nie zawsze dostatecznie chroni przed najgorszym. W Titisee-Neustadt w grudniu jego działanie było bowiem zupełnie odwrotne od zamierzonego. Oczywiście miałem wtedy pecha, ale to przecież małe pocieszenie. Pech czy nie, był to mój trzeci groźny upadek, a dla psychiki szczególnie fatalny w skutkach.

Dzień wcześniej pierwszy raz od dwóch lat znów wygrałem konkurs Pucharu Świata. Wszystko wreszcie zaczęło układać się tak, jakbym sobie tego życzył. Prywatnie miałem za sobą najgorszy okres w życiu, który mocno oddziaływał na moją karierę sportową. Przez dziewięć miesięcy czułem się rozdarty wewnętrznie. Narodziny córki, rozstanie z partnerką, nowa miłość, niemoc w radzeniu sobie z własnymi uczuciami, przytłaczająca, ogromna presja ze strony opinii publicznej, strach, agresja, kłamstwa, uczucie beznadziei… Ten czas grozy właśnie się dla mnie skończył. Znów wygrałem zawody, czułem się wspaniale, odzyskałem do siebie zaufanie, byłem dumny i wdzięczny, że dane mi było odnieść ten sukces. Moment, na który tak długo czekałem, wreszcie nadszedł. Zrzuciłem z barków ogromny ciężar i także z tego powodu z wielką radością oczekiwałem drugiego konkursu.

Warunki były idealne. Piękna pogoda, bezwietrznie. Mój skok w serii próbnej – zachwycający. Byłem całkowicie nastawiony i w pełni gotowy na kolejne zwycięstwo. Czułem, że w moim życiu znów zacznie się lepiej dziać. W konkursie oddałem perfekcyjny skok. Prawie jak na chmurze „płynąłem” w powietrzu nad laserową linią, której przekroczenie oznacza objęcie prowadzenia. Był to skok, który uszczęśliwiłby każdego zawodnika. Chciałem go jeszcze tylko zwieńczyć pięknym telemarkiem. Na moment przed wylądowaniem moje nogi ułożyły się w charakterystyczny wykrok, górna część ciała się wyprostowała, wyciągnąłem ramiona, czubki palców u nóg zadarłem do góry. Wszystko było tak, jak powinno być.

Villach latem 1996 roku.

Mój pierwszy skok

Wszystko, z wyjątkiem lewego wiązania, które się wypięło. Mimowolnie odjechała mi narta, do której było przymocowane. Ponieważ bolec przy wiązaniu jest zakrzywiony, podczas telemarku należy skierować kolano do wewnątrz. Zapobiega to zakantowaniu narty, za co odejmowane są punkty. Bez pomocy wiązań nie ma się już szans na dalsze kontrolowanie „desek”. Upadłem na głowę. Linka zabezpieczająca pociągnęła za sobą nartę, a ta z kolei, wlokąc się za mną, kilkakrotnie w niekontrolowany sposób uderzyła w moje ciało. To był niezwykle bolesny upadek. Moja twarz płonęła i czułem, że zaczyna mi brakować powietrza. Kiedy już się w końcu zatrzymałem, spróbowałem wstać i złapać oddech, ale nie byłem w stanie. Opanował mnie paniczny lęk. Poczułem, jak nogi zaczynają się uginać pod ciężarem ciała i jak upadam.

Przed