This Girl - Colleen Hoover - ebook
Opis

Po dwóch latach znajomości Layken i Will,
wciąż szaleńczo w sobie zakochani, biorą ślub.
Ich droga do ołtarza nie była jednak usłana różami. Teraz mają wreszcie czas dla siebie i mogą cieszyć się wymarzonym „weekendem miodowym”.
To dla nich również okazja do wspomnień. Layken chce wiedzieć o swoim mężu wszystko.
Także to, jak ich znajomość i jej trudne początki wyglądały z jego perspektywy.
A Will? Jak na dobrego męża przystało, spełnia życzenie żony i dzieli się z nią najskrytszymi myślami, nie ukrywając absolutnie niczego...

Colleen Hoover jest autorką kilku bestsellerowych powieści z listy „New York Timesa”.
Mieszka w Teksasie wraz z mężem i trzema synami. Uwielbia muzykę, filmy i dietetyczną colę. Point of Retreat to druga z trzech części opowiadających o miłosnych perypetiach Layken Cohen i Willa Coopera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Colleen Hoover

THIS GIRL

Przełożył Jarosław Mikos

Tytuł oryginału: This Girl

Copyright © 2013 by Colleen Hoover

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Jarosław Mikos, MMXVIII

Wydanie II

(wydanie I ukazało się pod tytułem Ta dziewczyna)

Warszawa, MMXVIII

Mojej matce

Rozdział 1

Miesiąc miodowy

Gdybym wziął wszystkie romantyczne wiersze, książki, piosenki i filmy, jakich kiedykolwiek słuchałem, jakie czytałem albo oglądałem, wypreparował z nich najbardziej ekscytujące, zapierające dech w piersiach momenty i w jakiś sposób zamknął w butelce, okazałyby się niczym w porównaniu z tą chwilą.

Tej chwili nie da się z niczym porównać.

Lake leży teraz na boku, odwrócona w moją stronę, opierając głowę na zgiętym ramieniu, drugą ręką gładzi wierzch mojej dłoni spoczywającej na łóżku. Jej rozpuszczone włosy, rozsypane na poduszce, opadają na ramiona i przesłaniają szyję. Wpatruje się w swoje palce, którymi zatacza nad moją głową niewielkie kręgi. Znam ją prawie od dwóch lat, ale jeszcze nigdy nie widziałem, żeby była taka szczęśliwa. Nie dźwiga już samotnie ciężaru, jakim w ciągu minionych dwu lat stało się dla niej życie, i to widać. Zupełnie jak gdyby w chwili, w której wypowiedzieliśmy wczoraj nasze „Tak”, wszystkie cierpienia i trudności, z jakimi wcześniej musieliśmy się zmagać każde osobno, nagle stopiły się w jedno i nasza przeszłość stała się lżejsza i łatwiejsza do udźwignięcia. Od tej chwili będę mógł jej w tym pomagać. A gdyby pojawiły się jakieś nowe ciężary, będę mógł je dźwigać za nią. Właśnie to zawsze chciałem robić dla tej dziewczyny od pierwszej chwili, gdy ją ujrzałem.

Spogląda na mnie rozbawiona, a potem wybucha głośnym śmiechem i chowa twarz w poduszce.

Pochylam się i całuję ją w szyję.

– Co cię tak śmieszy?

Unosi twarz znad poduszki – ma ciemnoczerwone rumieńce. Kręci głową i znowu się śmieje.

– My – odpowiada. – Minęły zaledwie dwadzieścia cztery godziny, a ja mam wrażenie, że straciłam rachubę czasu.

Całuję ją w zaczerwieniony policzek i też się śmieję.

– Mam dosyć liczenia, Lake. Odrobiłem już wszystkie możliwe odliczania na całe życie, więcej bym nie zniósł. – Obejmuję ją w talii i przyciągam do siebie. Ale kiedy się pochyla, żeby mnie pocałować, włosy opadają jej na twarz. Sięgam w stronę nocnej szafki po gumkę do włosów i związuję jej włosy na karku. – Teraz jest lepiej – mówię, przyciągając ku sobie jej twarz. – Znacznie lepiej.

Lake bardzo się upierała, że musimy mieć szlafroki, ale nie użyliśmy ich ani razu. Jej paskudna bluzka leży na podłodze od chwili, gdy ją tam cisnąłem poprzedniego wieczoru. Nie trzeba dodawać, że to były najlepsze dwadzieścia cztery godziny w moim życiu.

Lake zaczyna mnie całować po policzku, a potem przesuwa wargi w stronę ucha.

– Jesteś głodny? – szepcze.

– Ale nie jedzenia.

Odsuwa się ode mnie z szerokim uśmiechem.

– Jak wiesz, mamy przed sobą jeszcze dwadzieścia cztery godziny, i jeśli chcesz dotrzymać mi kroku, musisz uzupełnić zapasy energii. Poza tym jakoś udało nam się dzisiaj przegapić lunch.

Przewraca się na bok i bierze menu leżące na nocnej szafce.

– Ale żadnych burgerów – mówię.

Przewraca oczami i się śmieje.

– Nigdy się od nich nie uwolnisz.

Przegląda menu i wskazuje palcem na jedną pozycję, unosząc kartkę do góry.

– A co byś powiedział na befsztyk Wellington? Zawsze chciałam tego spróbować.

– Brzmi dobrze – odpowiadam, przysuwając się bliżej.

Bierze słuchawkę telefonu, żeby wybrać numer obsługi hotelowej. Przez cały czas, kiedy ona rozmawia, ja nie przestaję całować jej pleców, od góry do dołu i z powrotem. Ona tłumi śmiech, starając się zachować powagę przy składaniu zamówienia. Gdy wreszcie odkłada słuchawkę, wsuwa się pode mnie i przykrywa nas prześcieradłem.

– Masz dwadzieścia minut – szepcze. – Dasz radę?

– Wystarczy mi dziesięć.

Befsztyk Wellington nas nie zawiódł. Jedyny problem polega na tym, że jesteśmy teraz zbyt objedzeni i zbyt zmęczeni, żeby się ruszać. Po raz pierwszy, odkąd przeniosłem ją przez próg tego pokoju, włączyliśmy telewizor, więc spokojnie mogę powiedzieć, że mamy przynajmniej dwugodzinną przerwę.

Leżymy ze splecionymi nogami, a ona z głową na mojej piersi. Jedną ręką gładzę jej włosy, a drugą nadgarstek. Jakoś tak się dzieje, że kiedy jesteśmy ze sobą spleceni w ten sposób, nawet rzeczy tak banalne jak wylegiwanie się w łóżku i oglądanie telewizji wprawiają mnie w euforię.

– Will? – Odsuwa się lekko i patrzy na mnie, opierając się na łokciu. – Czy mogę cię o coś zapytać?

Przesuwa dłonią po mojej piersi i zatrzymuje ją nad sercem.

– Robię codziennie jakieś dwanaście okrążeń na bieżni uniwersyteckiego stadionu, a do tego jeszcze sto przysiadów – odpowiadam.

Marszczy brwi, więc pokazuję na swój brzuch.

– Nie chodzi ci o moje muskuły?

Śmieje się i z rozbawieniem szturcha mnie lekko.

– Nie miałam na myśli twoich mięśni. – Pochyla się i całuje mnie w brzuch. – A poza tym są piękne.

Gładzę ją po policzku i przyciągam jej twarz do siebie.

– Możesz mnie spytać, o co chcesz, kochanie.

Wzdycha i z powrotem kładzie głowę na poduszce, wpatrując się w sufit.

– Nie czujesz się ani trochę winny – pyta cicho – że jesteśmy tacy szczęśliwi?

Przysuwam się bliżej i kładę rękę na jej brzuchu.

– Lake, nie mów tak. To jest właśnie to, czego oni by dla ciebie chcieli: żebyś czuła się szczęśliwa.

Patrzy na mnie i uśmiecha się, ale to wymuszony uśmiech.

– Wiem, że oni by tego chcieli. Ja tylko… sama nie wiem. Gdybym mogła cofnąć wszystko, co się zdarzyło, zrobiłabym to bez wahania, jeśli to by miało oznaczać, że mogę ich odzyskać. Ale wtedy nigdy bym cię nie spotkała. Więc czasami czuję się winna, ponieważ…

Zasłaniam jej usta dłonią.

– Cicho. Nie wolno ci tak myśleć, Lake. Nie ma sensu rozmyślać o tych wszystkich „co by było, gdyby”. Pochylam się nad nią i całuję ją w czoło. – Ale rozumiem, co masz na myśli, jeśli to cię jakoś pocieszy. Tyle że podobne rozmyślania do niczego nie prowadzą. Jest jak jest.

Bierze mnie za rękę i splata nasze palce, a potem przytyka je do warg i całuje wierzch mojej dłoni.

– Mój tata by cię kochał.

– A moja mama kochałaby ciebie – odpowiadam.

Uśmiecha się.

– Ale jedno muszę powiedzieć na temat przeszłości, a potem już przestanę. – Patrzy na mnie z lekko złośliwym uśmiechem. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że ta suka, Vaughn, cię rzuciła.

Śmieję się głośno.

– Co do tego absolutna zgoda.

Uśmiecha się i zabiera swoją dłoń. Odwraca się do mnie twarzą i patrzy mi w oczy. Unoszę jej rękę do ust i całuję wnętrze dłoni.

– Myślisz, że mógłbyś się z nią ożenić?

Śmieję się i przewracam oczami.

– Na serio, Lake? Naprawdę chcesz rozmawiać właśnie o tym w tej chwili?

Uśmiecha się do mnie niewinnie.

– Jestem tylko ciekawa. Nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy o twojej przeszłości. Ale teraz, skoro wiem, że nigdzie się nie wybierasz, mogę spokojnie o tym porozmawiać. Poza tym jest tyle rzeczy, których chciałabym się o tobie dowiedzieć. Na przykład, jak się czułeś, kiedy ona zerwała z tobą w taki sposób.

– To dziwne, że masz ochotę słuchać o tym podczas swojego miesiąca miodowego.

Wzrusza ramionami.

– Po prostu chciałabym wiedzieć o tobie wszystko. Skoro wiem, że twoja przyszłość należy do mnie, chciałabym poznać twoją przeszłość. A poza tym – uśmiecha się szeroko – mamy przed sobą kilka godzin, zanim znowu w pełni nabierzesz sił. Co jeszcze moglibyśmy robić?

Jestem zbyt wyczerpany, żeby się ruszyć właśnie w tej chwili i chociaż udaję, że przestałem cokolwiek liczyć, dziewięć razy w ciągu dwudziestu czterech godzin to chyba jednak jest rekord. Przewracam się na brzuch i opieram głowę na poduszce, a potem zaczynam opowiadać swoją historię.

Zerwanie

– Dobranoc, Caulder.

Gaszę światło w jego pokoju z nadzieją, że za chwilę nie wyskoczy znowu z łóżka. To nasza trzecia noc w domu, odkąd zostaliśmy sami, tylko we dwóch. Wczoraj wieczorem był zbyt przestraszony, żeby spać sam, więc pozwoliłem mu się położyć ze mną. Mam nadzieję, że mu to nie wejdzie w krew, choć doskonale bym go rozumiał, gdyby jednak tak się stało.

Nadal nie potrafię się połapać w tym wszystkim, co wydarzyło się w ciągu minionych dwóch tygodni, a tym bardziej zrozumieć własnych decyzji. Mam tylko nadzieję, że postąpiłem słusznie. Wiem, że moi rodzice chcą, żebyśmy byli razem. Wydaje mi się tylko, że trudno im się pogodzić z tym, że musiałem w tym celu zrezygnować ze swojego stypendium.

Dlaczego ciągle myślę o nich w czasie teraźniejszym?

Naprawdę będę musiał się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Idę do łazienki, a potem padam na łóżko. Jestem tak wyczerpany, że nawet nie mam siły wyciągnąć ręki i zgasić lampki. Ale ledwie zamknąłem oczy, rozlega się lekkie pukanie do drzwi.

– Caulder, wszystko będzie dobrze. Po prostu wróć do siebie i śpij – mówię.

Ale i tak zwlekam się z łóżka, żeby go namówić, aby poszedł do swojego pokoju. W końcu jakoś udawało mu się spać samemu przez minione siedem lat. Wiem, że potrafi do tego wrócić.

– Will? – Drzwi otwierają się i wchodzi Vaughn.

Nie miałem pojęcia, że zamierzała przyjść tego wieczoru, ale jestem wdzięczny, że się zjawiła. Mam wrażenie, że wie dokładnie, kiedy jej najbardziej potrzebuję. Podchodzę do niej i zamykam drzwi, a potem biorę ją w objęcia.

– Hej! Co tutaj robisz? Myślałem, że miałaś dzisiaj wrócić na campus.

Przytrzymuje moje ręce i odsuwa się, posyłając mi najbardziej żałosny uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem. A potem podchodzi do łóżka i siada, przez cały czas unikając mojego wzroku.

– Musimy porozmawiać – odzywa się.

Pod wpływem jej spojrzenia przeszywa mnie dreszcz. Nigdy nie widziałem w jej oczach takiej udręki. Natychmiast siadam obok niej na łóżku, chwytam jej dłoń i całuję.

– Co się dzieje? Dobrze się czujesz?

Muskam kosmyk jej włosów za uchem, a ona zaczyna płakać. Obejmuję ją i przyciągam mocno do siebie.

– Vaughn, co się stało? Powiedz mi.

Milczy. Płacze dalej, więc daję jej chwilę spokoju. Czasami dziewczyny po prostu muszą trochę popłakać. Wreszcie opanowuje łzy, prostuje się i bierze mnie za ręce, ale nadal nie patrzy mi w oczy.

– Will… – Robi pauzę.

Sposób, w jaki wypowiada moje imię, ton jej głosu… sprawia, że przeszywa mnie skurcz paniki. Patrzy teraz na mnie, ale ja nie potrafię wytrzymać tego spojrzenia, więc odwracam wzrok.

– Vaughn? – pytam niepewnie, z nadzieją, że źle ją zrozumiałem. Dotykam jej policzka i odwracam jej twarz ku sobie. W moim głosie słychać lęk, to oczywiste. – Vaughn, jak to?

Wydaje się, że niemal odetchnęła z ulgą, słysząc, że najwyraźniej chwytam jej intencje. Kręci głową.

– Tak mi przykro, Will. Naprawdę. Strasznie mi przykro. Po prostu nie mogę tego dłużej ciągnąć.

Jej słowa spadają na mnie jak wielotonowy ciężar. Tego? Ona nie może tego ciągnąć? Odkąd staliśmy się tym? Nie odpowiadam. Co, u diabła, miałbym na to odpowiedzieć?

Dostrzega, że jestem wstrząśnięty, więc ściska moje dłonie i szepcze ponownie:

– Tak mi przykro.

Wyrywam się, wstaję i odwracam. Przeciągam rękami po włosach i biorę głęboki oddech. Nagle okazuje się, że gniew nie jest jedynym uczuciem, jakie we mnie wzbiera, a za nic nie chciałbym, żeby zobaczyła napływające mi do oczu łzy.

– Po prostu nie spodziewałam się tego wszystkiego, Will. Jestem za młoda, żeby być mamą. Nie jestem gotowa na ten rodzaj odpowiedzialności.

Ona naprawdę to robi. Ona naprawdę ze mną zrywa. Dwa tygodnie po śmierci moich rodziców ona zamierza jeszcze raz złamać mi serce? Ludzie nie robią takich rzeczy. Ona chyba nie myśli normalnie. To tylko szok… Na pewno. Odwracam się i patrzę jej w oczy, nie dbając już o to, że zauważy, jak bardzo to mną wstrząsnęło.

– Ja także się tego nie spodziewałem. Rozumiem, to normalne, że ty też jesteś przerażona. – Siadam z powrotem obok niej na łóżku i przyciągam ją do siebie. – Nie proszę cię o to, żebyś była jego mamą, Vaughn. Nie proszę cię w tej chwili o nic. – Obejmuję ją mocniej i całuję w czoło; w tym momencie ona znowu zaczyna płakać. – Nie rób tego – szepczę jej do ucha, we włosy. – Nie rób mi tego. Nie teraz.

Odwraca ode mnie twarz.

– Jeśli nie zrobię tego teraz, nigdy nie będę umiała tego zrobić.

Wstaje i próbuje odejść, ale ja przyciągam ją do siebie, obejmuję w talii, przyciskam twarz do jej brzucha.

– Proszę.

Głaszcze mnie po włosach, po szyi, a potem pochyla się i całuje mnie w czubek głowy.

– Czuję się strasznie, Will – szepcze. – Potwornie. Ale nie mogę rozpocząć życia, do którego nie jestem przygotowana, tylko dlatego, że mi ciebie żal.

Przyciskam czoło do jej bluzki i zamykam oczy, starając się zrozumieć jej słowa.

Powiedziała, że jest jej mnie żal?

Puszczam ją i odrywam głowę od jej brzucha. Ona także opuszcza ręce i robi krok w tył. Wstaję i podchodzę do drzwi, a potem je otwieram, pokazując jej, że powinna już iść.

– Twoja litość to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję – stwierdzam, patrząc jej prosto w oczy.

– Will, proszę, nie – mówi błagalnym tonem. – Proszę, nie wściekaj się na mnie.

Patrzy teraz na mnie oczami pełnymi łez. Kiedy płacze, w jej oczach pojawia się jakiś głębszy, ciemniejszy odcień granatu. Powiedziałem jej kiedyś, że są tego samego koloru co ocean. Ale w tej chwili mam wrażenie, że zaczynam pogardzać oceanem.

Odwracam się i mocno chwytam rękami otwarte drzwi, przyciskając głowę do drewna. Zamykam oczy i staram się pozostać w tej pozycji. Jestem pewien, że całe napięcie, cały stres, wszystkie emocje, które wzbierały przez minione dwa tygodnie, skupiły się teraz w mojej głowie i coś ją zaraz rozsadzi.

Vaughn delikatnie kładzie dłoń na moim ramieniu, starając się mnie pocieszyć. Strząsam ją i odwracam się, żeby spojrzeć jej w oczy.

– Dwa tygodnie, Vaughn! – wrzeszczę. Nagle dociera do mnie, jak głośno krzyknąłem, więc zniżam głos i przysuwam się bliżej. – Oni nie żyją od dwóch tygodni! Jak możesz teraz myśleć o sobie?

Mija mnie bez słowa i rusza w stronę salonu. Idę za nią. Ona bierze torebkę z kanapy i podchodzi do frontowych drzwi. Otwiera je, ale przed wyjściem jeszcze raz się odwraca.

– Kiedyś mi za to podziękujesz, Will. Wiem, że w tej chwili to wydaje się nie w porządku, ale pewnego dnia zrozumiesz, że to, co zrobiłam, było najlepsze dla nas obojga.

Odwraca się i odchodzi, a ja wrzeszczę za nią:

– Co jest najlepsze dla ciebie, Vaughn! Robisz to, co jest najlepsze dla ciebie!

Gdy tylko drzwi zamykają się za nią, pękam. Biegnę do swojego pokoju, trzaskam drzwiami, a potem uderzam w nie z całej siły, cios za ciosem, coraz mocniej. Kiedy już nie czuję własnej ręki, zamykam oczy i przyciskam czoło do drzwi. Z tyloma rzeczami musiałem się uporać w ciągu tych dwóch tygodni – nawet nie wiem, jak miałbym sobie poradzić jeszcze z tym.

Do diabła, co się stało z moim życiem?

W końcu wracam na łóżko i siadam, podpierając głowę rękami. Mama i tata śmieją się do mnie z fotografii za szkłem, stojącej na mojej szafce nocnej. Patrzą, jak się rozsypuję. Obserwują, jak to wszystko, co się działo w ciągu minionych dwóch tygodni, w końcu się kumuluje i rozrywa mnie na strzępy.

Dlaczego nie byli lepiej przygotowani na coś takiego? Dlaczego zaryzykowali i zostawili mi na głowie całą tę odpowiedzialność? To, że byli tak źle przygotowani, kosztowało mnie stypendium i utratę miłości mojego życia, a teraz przypuszczalnie całej przyszłości. Chwytam zdjęcie i wciskam w nie kciuki tak mocno, że w końcu szkło pęka pod moimi palcami. Kiedy wreszcie rozpada się na kawałki – tak jak moje życie – z całej siły ciskam nim o ścianę. Ramka pęka na pół, a odłamki szkła rozsypują się po dywanie.

Już mam zgasić lampkę, gdy widzę, że znowu ktoś otwiera drzwi.

– Vaughn, po prostu odejdź – błagam.

Podnoszę wzrok i widzę Cauldera. Płacze. Jest przerażony. Ma w oczach ten sam wyraz, który widziałem tyle razy od chwili śmierci naszych rodziców. To spojrzenie, które miał, gdy objąłem go na pożegnanie w szpitalu i zostawiłem z dziadkami. To spojrzenie, które rozdziera mi serce za każdym razem.

To spojrzenie natychmiast sprowadza mnie z powrotem na ziemię.

Wycieram oczy i gestem zachęcam go, żeby podszedł bliżej. Obejmuję go i biorę na kolana, a potem przytulam mocno, a on cicho płacze wtulony w moją pierś. Kołyszę go i gładzę po głowie. A potem całuję w czoło i przytulam mocniej.

– Chcesz dzisiaj znowu spać ze mną, stary?

Rozdział 2

Miesiąc miodowy

– Rany – mówi Lake z niedowierzaniem. – Co za samolubna suka.

– Tak. Dzięki Bogu, że tak się stało. – Leżę z rękami pod głową i patrzę w sufit, w takiej samej pozie jak Lake. – To zabawne, jak historia niemal się powtarza.

– Co masz na myśli?

– Tylko się zastanów. Vaughn zerwała ze mną, ponieważ nie chciała ze mną zostać tylko dlatego, że było jej mnie żal. Ty zerwałaś ze mną dlatego, iż wbiłaś sobie do głowy, że jestem z tobą, ponieważ żal mi ciebie.

– Nie zerwałam z tobą – broni się.

Ze śmiechem siadam na łóżku.

– Akurat, nie zerwałaś! Powiedziałaś dokładnie: „Nie obchodzi mnie, ile to zajmie dni albo tygodni czy miesięcy”. To było zerwanie.

– Nieprawda. Dawałam ci czas do namysłu.

– Czas, którego nie potrzebowałem.

Kładę się z powrotem i ponownie odwracam w jej stronę.

– Mogę cię zapewnić, że czułem się tak, jakby to było zerwanie.

– No dobrze – mówi, patrząc na mnie. – Czasami dwoje ludzi musi się rozstać, żeby sobie uświadomić, jak bardzo siebie nawzajem potrzebują.

Biorę jej rękę i kładę między nami, a potem gładzę kciukiem grzbiet dłoni.

– Nie chcę, żebyśmy się kiedykolwiek rozstali – szepczę.

Patrzy mi prosto w oczy.

– Nigdy.

Kiedy tak obserwuje mnie w milczeniu, w jej spojrzeniu jest jakaś kruchość. Przygląda mi się uważnie, a na jej ustach pojawia się delikatny uśmieszek. Nie odzywa się, ale nie musi tego robić. W takich chwilach jak ta, kiedy jesteśmy tylko we dwoje i poza nami nie ma nic, wiem, że kocha mnie naprawdę i głęboko.

– Jak to było, kiedy zobaczyłeś mnie po raz pierwszy? Co takiego we mnie zobaczyłeś, że postanowiłeś zaprosić mnie na randkę? Ale opowiedz wszystko, nawet złe myśli.

Wybucham śmiechem.

– Nie było żadnych złych myśli. Może nieprzyzwoite, tak. Ale nie złe.

Uśmiecha się szeroko.

– No dobrze, o tych też mi opowiedz.

Spotkanie

Przyciskam ramieniem telefon do ucha i kończę zapinać koszulę.

– Obiecuję, babciu – mówię do mikrofonu. – Przyjadę w piątek, zaraz po pracy. Będziemy u was o piątej, ale w tej chwili już jesteśmy spóźnieni. Muszę lecieć. Zadzwonię do ciebie jutro.

Babcia mówi „do widzenia”, a ja odkładam słuchawkę. Caulder przechodzi przez salon z plecakiem przewieszonym przez ramię, na głowie ma zielony wojskowy hełm z plastiku. Zawsze próbuje przemycić do szkoły jakieś zabawki. W zeszłym tygodniu dopiero wtedy, gdy już wysiadł z samochodu pod szkołą, zauważyłem, że ma na sobie pas od pistoletu.

Ściągam mu hełm z głowy i odrzucam na kanapę.

– Caulder, wsiadaj do wozu. Muszę zabrać swoje rzeczy.

Caulder wybiega z domu, a ja próbuję pozbierać wszystkie papiery porozrzucane na stoliku barowym. Sprawdzałem prace do późna, skończyłem po północy. Jestem nauczycielem dopiero od ośmiu tygodni, ale zaczynam rozumieć, dlaczego w szkołach są wolne posady. Wtykam stertę papierów do skoroszytu, a potem wrzucam go do torby i wybiegam z domu.

– Świetnie – mruczę do siebie, widząc, że jakaś ciężarówka od przeprowadzek wjeżdża tyłem w naszą ulicę.

To już trzecia rodzina, która wprowadza się do tego domu w ciągu niecałego roku. Nie jestem w nastroju, żeby znowu pomagać jakimś ludziom przy przeprowadzce, zwłaszcza po czterech godzinach snu. Mam nadzieję, że skończą rozładowywać swoje rzeczy, zanim wrócę dzisiaj do domu, inaczej będę się czuł zobligowany, żeby im pomóc. Obracam się i zamykam za sobą drzwi, a potem szybko idę do samochodu. Otwieram drzwi samochodu i widzę, że Cauldera nie ma w środku. Z głośnym jękiem rzucam swoje rzeczy na siedzenie. Zawsze wybiera najgorszy moment na zabawę w chowanego. Jesteśmy spóźnieni dziesięć minut.

Zerkam na tylne siedzenie w nadziei, że po prostu schował się na dole, ale widzę, że jest na ulicy. Roześmiany bawi się z innym chłopcem, mniej więcej w jego wieku. To akurat dobrze. Może kiedy będzie miał sąsiada do zabawy, nie będę go miał cały czas na głowie.

Zaczynam go wołać i w tej chwili moją uwagę znowu przykuwa ciężarówka. Dziewczyna siedząca za kierownicą nie może być starsza ode mnie, a jednak pewnie wprowadza auto tyłem na podjazd, bez niczyjej pomocy. Oparty o drzwiczki swojego samochodu postanawiam popatrzeć, jak próbuje manewrować ciężarówką obok tych krasnali po drugiej stronie. To może być interesujące.

Szybko okazuje się, że jestem w błędzie. Dziewczyna zaparkowała na podjeździe w mgnieniu oka. Ale zamiast od razu wyskoczyć, żeby sprawdzić, jak jej poszło, wyłącza silnik, opuszcza boczną szybę, a potem opiera nogę o tablicę rozdzielczą.

Nie mam pojęcia, dlaczego te proste czynności przykuwają moją uwagę, ale jest w nich coś dziwnego. A nawet intrygującego. Dziewczyna uderza palcami o kierownicę, a potem wyciąga ręce do góry i ściąga gumkę związującą jej kucyk. Włosy opadają jej na ramiona, a ona zaczyna masować sobie szyję, odgarniając włosy.

Do diabła.

Dopiero teraz dostrzega chłopców bawiących się na ulicy między nami, a ja nie potrafię się oprzeć ciekawości, co będzie dalej. Czy to jest jego siostra? Jego mama? Jest za młoda, żeby mieć dziecko w tym wieku, ale stojąc po drugiej stronie ulicy, nie widzę jej zbyt wyraźnie. Poza tym dlaczego ciągle siedzi w ciężarówce?

Uświadamiam sobie, że gapię się na nią już od kilka minut, gdy nagle ktoś parkuje obok niej jeepem.

– Boże, tylko żeby to nie był jakiś facet – szepczę do siebie, mając nadzieję, że to nie jest jej chłopak. Albo, co gorsza, mąż.

Ale dlaczego miałoby mnie to obchodzić? To ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję; i bez tego mam dość problemów na głowie. Zwłaszcza jeśli miałby to być ktoś mieszkający po drugiej stronie ulicy.

Oddycham z ulgą – zaskakująco głęboko – na widok osoby, która wysiada z jeepa. To nie jest mężczyzna. To starsza kobieta, przypuszczalnie jej matka. Kobieta zamyka drzwi swojego samochodu i idzie na spotkanie z właścicielem domu, który czeka przed wejściem. Zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co robię, ruszam w stronę ich domu. Nagle czuję, że po prostu muszę dzisiaj pomóc ludziom, którzy wprowadzają się po sąsiedzku. Przechodzę na drugą stronę ulicy i nie umiem oderwać wzroku od dziewczyny w ciężarówce. Przygląda się zabawie chłopców i jeszcze ani razu nie spojrzała w moją stronę. Nie wiem, co takiego w niej jest, że przykuwa moją uwagę. Jej mina, jej spojrzenie… Wydaje mi się, że jest smutna. I z jakiegoś powodu wcale mi się to nie podoba.

Stoję obok ciężarówki, po stronie pasażera, ale ona jeszcze mnie nie zauważyła, a ja cały czas wpatruję się w nią przez okno kabiny, po prostu jak w transie. Nie patrzę na nią dlatego, że jest atrakcyjna, bo to jest fakt. Ale to jej spojrzenie. Takie głębokie. Chciałbym wiedzieć, o czym ona myśli.

Nie, muszę wiedzieć, o czym ona myśli.

Dziewczyna przestaje wyglądać przez szybę ciężarówki i mówi coś do chłopców, a potem otwiera drzwiczki, żeby wysiąść. Nagle uświadamiam sobie, iż zaraz wyjdę na idiotę, jeśli zobaczy, że stoję na podjeździe jej domu i się gapię. Zerkam szybko w stronę własnego domu, zastanawiając się, jak mógłbym wrócić niezauważony do swojego samochodu. Ale zanim zdążam zrobić jeden krok, Caulder i drugi chłopiec przebiegają ze śmiechem obok ciężarówki i wpadają wprost na mnie.

– Ona jest zombie! – wrzeszczy Caulder w chwili, gdy chwytam ich obu za bluzy.

Dziewczyna obchodzi ciężarówkę i kiedy się pojawia, nie sposób się nie roześmiać. Idzie z przechyloną głową, starając się ich dogonić na zesztywniałych nogach.

– Mam ich! – wrzeszczę do niej.

Chłopcy usiłują się wyrwać, więc wzmacniam uścisk. Patrzę teraz na nią i nasze spojrzenia się spotykają.

Rany! Te oczy. Mają najbardziej nieprawdopodobny odcień zieleni, jaki kiedykolwiek widziałem. Usiłuję znaleźć jakieś porównanie dla tego koloru, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Jest niezwykły, zupełnie jakby jej oczy miały barwę wymyśloną tylko dla niej.

Widząc z bliska jej twarz, dochodzę do wniosku, że nie może być mamą chłopca. Chyba jest w moim wieku. Najwyżej dziewiętnaście albo dwadzieścia lat. Muszę się dowiedzieć, jak się nazywa. Gdybym znał jej imię i nazwisko, mógłbym ją znaleźć na Facebooku i przynajmniej sprawdzić, czy kogoś ma.

Chryste. To ostatnia rzecz, jakiej w tej chwili potrzebuję. Zadurzenie.

Czuję się nieswojo, bo wydaje mi się, że ona czyta w moich myślach, więc zmuszam się, żeby odwrócić wzrok. Drugi chłopiec skutecznie wykorzystuje chwilę mojej nieuwagi. Wyrywa się na wolność i zadaje mi cios wyimaginowanym mieczem. Znów patrzę na dziewczynę i bezgłośnie mówię „Ratunku”.

Ona jeszcze raz wrzeszczy:

– Mózgi!

Rzuca się do przodu, udając, że wbija kły w czubek głowy Cauldera. Wysysa ich obu, aż wreszcie rozpuszczają się i wsiąkają w betonowy podjazd. Potem prostuje się i śmieje głośno.

Kiedy nasze spojrzenia spotykają się ponownie, na jej policzkach pojawiają się rumieńce. Wykrzywia usta w grymasie lekkiego niezadowolenia, jak gdyby nagle poczuła się zakłopotana. To skrępowanie znika jednak tak samo szybko, jak się pojawiło, i ustępuje miejsca uśmiechowi, który sprawia, że pragnę dowiedzieć się o niej wszystkiego, co tylko można.

– Cześć, jestem Will – mówię, wyciągając rękę. – Mieszkamy po drugiej stronie ulicy.

Podaje mi dłoń, jest miękka i chłodna, i w chwili, gdy nasze palce się stykają, przechodzi mnie dreszcz. Nie przypominam sobie, kiedy po raz ostatni dziewczyna zrobiła na mnie tak piorunujące wrażenie. To chyba skutek niewyspania po ostatniej nocy.

– Jestem Layken – mówi, ponownie maskując uśmiechem skrępowanie. – Myślę, że mieszkam… tutaj.

Rzuca okiem na dom za swoimi plecami, a potem na mnie.

Nie wydaje się zbyt szczęśliwa z tego powodu, że mieszka „tutaj”. Dostrzegam w jej oczach ten sam smutek, jaki widziałem, kiedy siedziała za kierownicą ciężarówki. Dlaczego to spojrzenie tak na mnie działa?

– No cóż, witamy w Ypsilanti – oznajmiam, rozpaczliwie pragnąc, aby ten smutek zniknął z jej twarzy. Dziewczyna zerka w dół i uświadamiam sobie, że cały czas niezręcznie potrząsam jej dłonią, więc szybko zabieram rękę i wsuwam dłonie do kieszeni kurtki. – Skąd jesteście?

– Z Teksasu?

Dlaczego zabrzmiało to jak pytanie? Czy powiedziałem coś głupiego? Oczywiście, że tak. Wdaję się w jakąś głupią sąsiedzką pogawędkę.

– Teksas? – mówię.

Potwierdza skinieniem, ale nic więcej nie dodaje. Nagle czuję się, jakbym był jakimś wścibskim sąsiadem. Nie mam pojęcia, co jeszcze mógłbym powiedzieć, nie powodując, że sytuacja stanie się jeszcze bardziej niezręczna, więc postanawiam, że najlepiej będzie, jeśli po prostu się wycofam. Pochylam się i chwytam Cauldera za nogę, a potem przerzucam go sobie przez ramię i mówię jej, że muszę go zabrać do szkoły.

– Wieczorem przyjdzie chłodny front. Musicie rozpakować dzisiaj możliwie jak najwięcej rzeczy. Chłody potrwają kilka dni, więc jeśli będziecie potrzebować pomocy w rozpakowywaniu dziś po południu, dajcie mi znać. Wrócimy do domu około czwartej.

Wzrusza ramionami.

– Jasne, dzięki.

Słyszę w jej słowach leciuteńki południowy akcent. Nie miałem pojęcia, że tak bardzo podoba mi się południowy akcent. Przechodzę przez jezdnię i wrzucam Cauldera do samochodu. Kiedy już się wgramolił, zerkam szybko na drugą stronę ulicy. Młodszy brat wbija jej właśnie miecz w plecy, a ona udaje, że krzyczy przeraźliwie, i pada na kolana. To, że potrafi w ten sposób bawić się z bratem, sprawia, że wydaje mi się jeszcze bardziej intrygująca. Kiedy chłopiec wskakuje jej na plecy, ona spogląda w górę i przyłapuje mnie na tym, że się na nią gapię. Zamykam drzwi od strony Cauldera i idę na swoje miejsce. Wsiadając, zdobywam się na uśmiech i macham do niej, a potem zamykam drzwi, mając wielką ochotę sobie przyłożyć.

Gdy tylko rozlega się dzwonek na trzecią lekcję, otwieram wieczko swojego kubka kawy i wrzucam do środka dwie dodatkowe porcje cukru. Będę ich potrzebował. Coś jest takiego w uczniach tej klasy, co wyraźnie działa mi na nerwy. Zwłaszcza Javier. Ten chłopak jest strasznym dupkiem.

– Dzień dobry, panie Cooper – mówi Eddie, zajmując swoje miejsce.

Jest rozpromieniona, jak zawsze. Prawdę mówiąc, nigdy nie widziałem jej w złym nastroju. Muszę rozgryźć jej sekret, ponieważ najwyraźniej kawa dzisiaj na mnie nie działa.

– Dzień dobry, Eddie.

Odwraca się i całuje w policzek Gavina, a potem siada przy swoim stoliku. Chodzą ze sobą, odkąd skończyłem szkołę. Przypuszczalnie tylko oni w tej klasie nie doprowadzają mnie do szału. No cóż, może jeszcze Nick. Tak, Nick wydaje się w porządku.

Kiedy wszyscy już usiedli na swoich miejscach, każę im wyjąć podręczniki. Robię mały wykład na temat poezji, ale moje myśli cały czas wędrują ku nowej sąsiadce.

Layken.

Podoba mi się to imię.

Po sześciu godzinach i zaledwie kilkudziesięciu momentach rozmyślań o nowej sąsiadce w końcu lądujemy razem z Caulderem na naszym podjeździe. Zamykam drzwi od strony kierowcy i otwieram tylne, żeby wyjąć pudełko z papierami. Kiedy odwracam się ponownie, nie wiadomo skąd, pojawia się mały brat Layken. Stoi teraz przede mną i patrzy na mnie w milczeniu. Wygląda, jakby czekał, że ktoś nas sobie przedstawi. Stoi tak kilkanaście sekund w kompletnym bezruchu, nawet nie mruga. Czy to jakiś pojedynek? Przekładam pudełko do lewej ręki i wyciągam dłoń.

– Jestem Will.

– Kel się nazywam – mówi.

Patrzę na niego zdumiony. Czy to było po angielsku?

– Potrafię mówić od tyłu – wyjaśnia. – Na przykład tak: Tyłu od mówić potrafię.

Ciekawe. Czy to możliwe, żeby ktoś był bardziej zwariowany niż Caulder? Wydawało mi się to nieprawdopodobne.

– Poznałem… cię… że… mi… miło, Kel – mówię nieco wolniej niż on.

Uśmiecha się szeroko, a potem obaj z Caulderem biegną na drugą stronę jezdni.

Zerkam w stronę ich domu i dostrzegam, że ciężarówka stoi zaparkowana na ulicy, a skrzynia bagażowa jest zamknięta. Jestem trochę rozczarowany, że zdążyli wszystko rozładować; prawdę mówiąc, nie mogłem się doczekać chwili, gdy będę mógł im pomóc.

Przez resztę wieczoru wyrabiam nadgodziny, za darmo… To kolejny skutek uboczny bycia nauczycielem. Po prysznicu postanawiam jeszcze raz przejść przez salon, aby zerknąć na drugą stronę ulicy może jakiś dziesiąty raz, ale nie udaje mi się jej dostrzec.

– Dlaczego ciągle wyglądasz przez okno? – pyta Caulder, stając za mną.

Zaskoczony, szybko zasuwam zasłonę. Nie zauważyłem, że siedzi na kanapie. Podchodzę do niego i podciągam go za rękę, a potem popycham w stronę korytarza.

– Maszeruj do łóżka.

Zanim zdążył zamknąć drzwi swojego pokoju, odwraca się jeszcze raz.

– Wyglądałeś przez okno, żeby jeszcze raz zobaczyć tę dziewczynę, prawda? Podoba ci się siostra Kela?

– Dobranoc, Caulder – mówię, ignorując jego pytanie.

Uśmiecha się szeroko i zamyka drzwi. Idę do siebie, ale po drodze jeszcze raz podchodzę do okna. Rozsuwam zasłonę i widzę, że ktoś stoi w oknie po drugiej stronie ulicy. Ta osoba natychmiast zaciąga firankę, ale nie mogę opanować uśmiechu, zastanawiając się, czy ona jest tak samo ciekawa mnie jak ja jej.

– Jest zimno, zimno, zimno, zimno, zimno – powtarza Caulder, przytupując w miejscu.

Otwieram drzwi do samochodu. Zapalam silnik i włączam ogrzewanie, a potem biegnę z powrotem do domu po resztę swoich rzeczy. Caulder czeka na mnie w aucie. Wychodząc z powrotem na zewnątrz, nagle zatrzymuję się jak wryty na widok Layken, która stoi w drzwiach swojego domu. Pochyla się i nabiera garść śniegu, jakby chciała mu się przyjrzeć, a potem szybko go odrzuca. Prostuje się i wraca do środka, zamykając za sobą drzwi. Kręcę głową, ponieważ dobrze wiem, co się zaraz wydarzy. Pada śnieg, a ona nie zarzuciła nawet kurtki na piżamę. Nie wiem, co zamierza zrobić, ale wiem, jak to się skończy. To nie Teksas. Layken rusza w stronę podjazdu i w tym momencie moje spojrzenie pada na jej stopy.

Czy ona naprawdę ma na nogach kapcie? Nawet nie zdążyłem do niej krzyknąć ostrzegawczo, gdy wylądowała na plecach na chodniku.

Południowcy. Po prostu nic nie rozumieją.

W pierwszej chwili się nie rusza. Leży nieruchomo na podjeździe, wpatrując się w niebo. Czuję nagłą falę paniki, niepewny, czy przypadkiem czegoś sobie nie zrobiła, ale właśnie wstaje. Chociaż za nic nie chcę znowu wyjść na kompletnego idiotę, szybko ruszam na drugą stronę ulicy, aby się upewnić, czy nie potrzebuje mojej pomocy.

Na widok jej miny, gdy wyciąga spod siebie jednego z gipsowych krasnali, w pierwszej chwili mam ochotę się roześmiać. Zupełnie jak gdyby obwiniała nieszczęśnika za swój upadek. Ma zamiar go odrzucić, więc staram się ją powstrzymać.

– To nie jest dobry pomysł! – wrzeszczę, zbliżając się do niej szybko. Unosi głowę i spogląda na mnie, z całej siły ściskając krasnala. – Nic ci się nie stało? – pytam ze śmiechem.

Po prostu nie mogę się powstrzymać. Jest taka wkurzona!

Odwraca wzrok i na jej policzkach pojawiają się rumieńce.

– Będę się czuła o wiele lepiej, jeśli pozbędę się tego cholerstwa.

Podchodzę i szybko odbieram jej krasnala.

– Potem byś tego żałowała, bo krasnale przynoszą szczęście.

Umieszczam lekko uszkodzonego krasnala z powrotem na miejscu, zanim zdążyła kompletnie go zniszczyć.

– Tak – mówi, patrząc na swoje ramię. – Naprawdę wielkie szczęście.

Na widok krwi na jej bluzie natychmiast ogarnia mnie poczucie winy.

– O mój Boże, tak mi przykro. Na pewno bym się nie śmiał, gdybym wiedział, że jesteś ranna. – Pomagam jej wstać i przyglądam się z bliska krwi wypływającej ze skaleczenia. – Trzeba ci założyć opatrunek.

Zerka w stronę swojego domu i kręci głową.

– Nawet nie wiedziałabym, gdzie szukać bandaża.

Zerkam szybko w stronę naszego domu, wiedząc, że mam w apteczce mnóstwo opatrunków. Waham się jednak, czy powinienem jej to zaproponować, ponieważ już jestem spóźniony do pracy.

Jeszcze raz patrzę na swój dom, niepewny, jak mam postąpić, gdy nagle moje wszystkie zmysły ożywają pod wpływem fali intensywnych bodźców. Delikatny zapach wanilii, który unosi się wokół mnie w powietrzu, brzmienie jej południowego akcentu, to, w jaki sposób sama jej bliskość budzi jakieś odczucia, które od dawna we mnie drzemały. Do diabła. Mam kłopot.

Praca może zaczekać.

– Chodź ze mną. Mamy w kuchni jakieś opatrunki.

Ściągam kurtkę i okrywam jej ramiona, a potem pomagam przejść przez ulicę. Jestem pewien, że może iść o własnych siłach, ale z jakiegoś powodu nie mam ochoty jej puścić. Podoba mi się, że mogę jej pomóc. Podoba mi się dotyk jej ciała, to, jak się o mnie opiera. Wydaje mi się to takie… właściwe.

Wpuszczam ją do domu, a potem prowadzę do kuchni, żeby poszukać bandaża. Wyciągam z szafki apteczkę i wyjmuję zestaw pierwszej pomocy. Zerkam na nią i widzę, że przygląda się fotografiom na ścianie. Zdjęciom moich rodziców.

Błagam, nie pytaj mnie o nich. Nie teraz. Proszę.

To nie jest rodzaj rozmowy, jaką chciałbym prowadzić w tym momencie. Szybko coś mówię, żeby odwrócić jej uwagę od zdjęć.

– Trzeba to najpierw oczyścić, zanim nałożysz opatrunek.

Podwijam rękawy, odkręcam kran i zwilżam wodą serwetkę. Łapię się na tym, że staram się robić wszystko powoli, chociaż powinienem się spieszyć. Z jakiegoś powodu pragnę przedłużyć te chwile spędzane razem z nią. Nie wiem dlaczego, ale moje pragnienie, aby poznać ją lepiej, nagle zamieniło się w potrzebę. Po prostu muszę poznać ją lepiej. Odwracam się do niej, ale ona ucieka wzrokiem. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego jest nagle taka zakłopotana, ale jest naprawdę nieziemsko urocza.

– W porządku – mówi, wyciągając rękę po serwetkę. – Mogę to zrobić.

Wręczam jej serwetkę i sięgam po bandaż. Zapada niezręczne milczenie, ja szarpię się z opakowaniem. Jej obecność w moim domu sprawia, że nagle wydaje się jakoś niesamowicie cichy i pusty. Nigdy nie zauważam tej ciszy, kiedy jestem sam, ale to, że żadne z nas nic nie mówi, zaczyna być coraz bardziej krępujące. Staram się coś wymyślić, żeby zapełnić tę pustkę.

– A więc co właściwie robiłaś na zewnątrz, w piżamie, o siódmej rano? Jeszcze się nie rozpakowaliście?

Kręci głową i wrzuca serwetkę do kosza na śmieci.

– Kawa – mówi rzeczowo.

– Aha. Rozumiem, że nie należysz do skowronków.

Mam cichą nadzieję, że tak właśnie jest. Wydaje się czymś zdenerwowana. Oczywiście wolałbym złożyć to na karb braku kawy niż obojętności. Podchodzę bliżej, aby umieścić opatrunek na jej ramieniu. Waham się chwilę przed dotknięciem jej ręki i biorę głębszy oddech, przygotowując się na falę podniecenia, która ogarnia mnie za każdym razem, gdy jej dotykam. Umieszczam opatrunek na miejscu i delikatnie poklepuję czubkami palców, mocniej dociskając krawędzie. Ma teraz gęsią skórkę, więc obejmuje się ramionami i pociera po przedramionach.

Wywołuję w niej dreszcze. To dobrze.

– Gotowe – stwierdzam, zupełnie niepotrzebnie jeszcze raz poprawiając opatrunek. – Jak nowa.

Ona odchrząkuje.

– Dzięki. – Wstaje. – A poza tym, kiedy już wypiję swoją kawę, jestem skowronkiem.

Kawa. Ona potrzebuje kawy. Ja mam kawę.

Szybko podchodzę do blatu, na którym jest dzbanek z resztką jeszcze ciepłej kawy. Chwytam kubek z szafki, napełniam go i stawiam przed nią.

– Chcesz śmietanki albo cukru?

Kręci głową i uśmiecha się do mnie.

– Czarna wystarczy. Dzięki.

Opieram się o stolik barowy i obserwuję, jak przytyka kubek do ust. Delikatnie dmucha przed dotknięciem wargami do jego krawędzi, a potem upija niewielki łyk, cały czas patrząc mi prosto w oczy.

Nigdy w życiu tak bardzo nie pragnąłem być kubkiem kawy.

I dlaczego, do diabła, muszę iść do pracy? Mógłbym tu zostać i przez cały dzień przyglądać się, jak ona pije kawę. Patrzy teraz wprost na mnie, przypuszczalnie zastanawiając się, dlaczego bez przerwy się na nią gapię. Prostuję się i zerkam na zegarek.

– Muszę już iść. Mój braciszek czeka w samochodzie i jadę do pracy. Odprowadzę cię do domu. Możesz zatrzymać kubek.

Patrzy na kubek i odczytuje napis. Nawet nie zauważyłem, że dałem jej kubek ojca. Dotyka palcami liter i się uśmiecha.

– Nic mi nie będzie – mówi i wstaje, szykując się do wyjścia. – Myślę, że teraz już wiem, jak chodzić prosto.

Przechodzi przez salon i otwiera frontowe drzwi. Zauważam swoją kurtkę leżącą na oparciu kanapy. Chwytam ją szybko.

– Layken, weź to. Na dworze jest zimno.

Próbuje odmówić, ale stanowczo kręcę głową i zmuszam ją, żeby wzięła kurtkę. Jeśli ją zabierze, będzie musiała w końcu oddać, a ja na to właśnie liczę. Uśmiecha się, narzuca kurtkę na ramiona i rusza przez ulicę.

Gdy wsiadam do samochodu, jeszcze raz odwracam się, żeby się upewnić, czy dotarła bezpiecznie. Podoba mi się ten widok, kiedy tak idzie w mojej kurtce zarzuconej na piżamę. Kto by pomyślał, że piżama i kapcie z Darthem Vaderem mogą być tak cholernie seksowne.

– Layken! – wrzeszczę. Odwraca się i gdy sięga do klamki, wołam: – Niech moc będzie z tobą!

Ze śmiechem wsiadam do samochodu, zanim ona zdąża cokolwiek odpowiedzieć.

– Dlaczego to trwało tak długo? – pyta Caulder. – Z-z-z-zamarzam tutaj.

– Przepraszam – odpowiadam. – Layken się skaleczyła.

Wyjeżdżam z podjazdu na ulicę.

– Co się stało?

– Próbowała chodzić po oblodzonym betonie w kapciach z Darthem Vaderem. Upadła i się skaleczyła.

Caulder chichocze.

– Naprawdę ma kapcie z Darthem Vaderem?

Uśmiecham się do niego.

– Sam widziałem.

Rozdział 3

Miesiąc miodowy

– Uwielbiam o tym słuchać – mówi Lake z szerokim uśmiechem, leżąc obok mnie na łóżku. – Więc wydawało ci się, że jestem ładna, tak?

– Nie, wcale nie myślałem, że jesteś ładna. Uważałem, że jesteś absolutnie piękna – poprawiam ją.

Odgarniam włosy z jej twarzy, a ona przytula się do mojej ręki i całuje wnętrze dłoni.

– A co ty o mnie myślałaś?

Uśmiecha się.

– Starałam się w ogóle nie myśleć o tobie. Podobałeś mi się, ale miałam wtedy tyle rzeczy do zrobienia, a poza tym byliśmy w Michigan zaledwie od pięciu minut, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Ale okoliczności oczywiście cały czas stykały nas ze sobą. I z każdą kolejną chwilą, gdy znajdowałeś się obok mnie, czułam, że jestem coraz bardziej tobą zauroczona.

– Zauroczona? – śmieję się.

Odpowiada szerokim uśmiechem.

– Byłam bardzo zadurzona w tobie, Will. Zwłaszcza gdy pomogłeś mi z tym opatrunkiem. I po naszej pierwszej wyprawie do sklepu spożywczego.

– Muszę przyznać, że po tej wycieczce oboje byliśmy zadurzeni.

Zauroczenie

Staram się przebrnąć przez swój plan lekcji na następny tydzień, ale jakoś nie potrafię się skupić. Próbuję się zorientować, co jest w niej takiego, że całkowicie pochłania moje myśli, ale nie mogę nic wymyślić. Po incydencie z opatrunkiem tego ranka nie umiem myśleć w pracy o niczym innym, tylko o niej. Naprawdę żałuję, że nie zrobiła albo nie powiedziała czegoś głupiego, co przerwałoby jakoś tę władzę, jaką ma nade mną. To idiotyczne.

Jeszcze nigdy myśli o jakiejś osobie nie pochłaniały mnie aż tak bardzo. A przecież to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję; tylko że to jest jedyna rzecz, jakiej pragnę.

Caulder wpada do domu, zanosząc się śmiechem. Zrzuca buty i idzie przez salon, kręcąc głową.

– Ta dziewczyna od Dartha Vadera spytała mnie, jak dojechać do sklepu spożywczego. Nie umiem prowadzić. Ona jest taka głupia. – Otwiera lodówkę.

Wstaję.

– Ona jeszcze jest na dworze?

Biegnę do drzwi i widzę jej jeepa zaparkowanego na ulicy. Szybko wciągam buty i wybiegam z domu, żeby ją złapać, zanim odjedzie. Na szczęście dostrzegam, że manipuluje przy swoim GPS-ie, więc mam trochę czasu.

Ciekawe, czy nie będzie miała nic przeciwko temu, żebym pojechał z nią do sklepu. Oczywiście, że będzie miała. To wyglądałoby dość niezręczne.

– To nie jest dobry pomysł – mówię, podchodząc do jej samochodu, a potem zaglądam przez okno.

Zerka na mnie, skrywając uśmiech w kącikach ust.

– Co nie jest dobrym pomysłem? – pyta, odkładając GPS-a na miejsce.

Cholera. Co nie jest dobrym pomysłem? Nie przemyślałem tego. Wyrzucam z siebie pierwsze kłamstwo, jakie przychodzi mi do głowy.

– Tam są ciągle jakieś roboty drogowe. Ten aparacik mógłby cię wyprowadzić w pole.

Właśnie ma odpowiedzieć, kiedy obok zatrzymuje się drugi samochód i jakaś kobieta wychyla się, mówiąc coś do Layken przez okno. To musi być jej matka; są praktycznie takie same. Taki sam akcent i wszystko.

Nadal stoję obok samochodu, zaglądając przez okno. Korzystam z nieuwagi Layken, żeby się jej przyjrzeć. Ma ciemnobrązowe włosy, ale nie tak ciemne jak matka, i popękany lakier na paznokciach. Wygląda, jakby przygryzała paznokcie, co z jakiegoś powodu sprawia, że podoba mi się jeszcze bardziej. Vaughn nigdy nie ruszała się z domu, jeśli nie miała włosów i paznokci w idealnym stanie.

Z drugiego samochodu wyskakuje Kel i zaprasza do siebie Cauldera, który zdążył się pojawić obok mnie. Caulder pyta, czy może iść do nich, więc chwytam klamkę drzwi samochodu Layken, nie martwiąc się o ewentualne konsekwencje. Do diabła, raz się żyje.

– Jasne – odpowiadam. – Wrócę za chwilę, Caulder. Tylko pojadę z Layken do sklepu.

Otwieram drzwi i wsiadam, niewiele się zastanawiając nad tym, co robię. Ona rzuca mi krótkie spojrzenie, ale wydaje się bardziej rozbawiona niż zirytowana. Biorę to za kolejny dobry znak.

– Nie umiem dobrze wyjaśnić drogi dojazdu. Nie masz nic przeciwko temu, że po prostu z tobą pojadę?

Śmieje się i wrzuca bieg, zerkając na pas bezpieczeństwa, który zdążyłem zapiąć.

– Chyba nie.

Najbliższy sklep spożywczy jest tylko dwie przecznice dalej. A to oznacza, że nie miałbym okazji spędzić z nią dość czasu sam na sam, więc postanawiam, że poprowadzę ją trochę naokoło. Dzięki temu będę miał szansę poznać ją lepiej.

– A więc twój braciszek nazywa się Caulder? – pyta, wyjeżdżając z naszej ulicy.

Podoba mi się, jak wypowiada imię Cauldera z tym gardłowym akcentem na pierwszej sylabie, odrobinę głębszym, niż to potrzebne.

– Tak, mój jedyny brat. Rodzice przez wiele lat starali się o drugie dziecko. I kiedy wreszcie urodził się Caulder, takie imiona jak Will zdążyły wyjść z mody.

– Podoba mi się twoje imię – odpowiada.

Uśmiecha się do mnie, a jej policzki lekko różowieją, więc szybko odwraca wzrok w stronę drogi.

Chce mi się śmiać z jej zakłopotania. Czy to był komplement? Czy po prostu ze mną flirtuje? Boże, mam nadzieję, że tak.

Mówię, żeby skręciła w lewo. Wrzuca kierunkowskaz, a potem unosi rękę, żeby poprawić włosy i przeciąga po nich przez całą długość aż do samego końca. Na ten widok głośno przełykam ślinę. Kiedy ponownie kładzie ręce na kierownicy, delikatnie muskam palcami jej włosy, a potem poprawiam kołnierzyk bluzy.

Spoglądam na jej opatrunek, starając się sprawiać wrażenie, że dlatego jej dotknąłem, choć w rzeczywistości po prostu chciałem musnąć jej włosy. Czując dotknięcie moich palców, wzdryga się odruchowo. Chyba naprawdę wprawiam ją w zakłopotanie. Mam nadzieję, że nie zaczynam jej działać na nerwy.

– Trzeba będzie wkrótce zmienić opatrunek – mówię.

Podciągam z powrotem jej bluzę i poklepuję.

– Przypomnij mi, żebym złapała kilka w sklepie.

Mocno trzyma kierownicę i uważnie wpatruje się w drogę. Przypuszczalnie nie jest przyzwyczajona do jazdy po śniegu. Powinienem był zaproponować, że to ja poprowadzę.