Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 281 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Theodore Boone: Aktywista - John Grisham

Mając prawo po swojej stronie, Theo Boone zawsze wychodził obronną ręką z prawniczych kłopotów, zapewniając jednocześnie triumf sprawiedliwości. Ale co robić, gdy prawo ewidentnie wspiera brudne interesy – kontrowersyjną, budzącą wielkie emocje budowę czteropasmowej obwodnicy miasta, która negatywnie odbije się na leżących w jej pobliżu budynkach, szkołach i obiektach użyteczności publicznej? W tej sytuacji sądy nie mają nic do powiedzenia: ostateczna decyzja budowlana leży wyłącznie w rękach wpływowych urzędników. Za obwodnicą są firmy budowlane i transportowe, wpłacające duże kwoty na fundusze wyborcze miejscowych polityków. Do jej zwolenników należy też ojciec Theodore'a, działający w imieniu bogatego dewelopera, planującego zakup 80 hektarów ziemi w pobliżu autostrady. Theo musi znaleźć sposób, aby ocalić przed wywłaszczeniem farmę należącą do ojca szkolnego kolegi. I to sposób zgodny z prawem. Zadanie wydaje się beznadziejne do momentu, gdy Boone natrafia na dokumenty stanowiące niezbity dowód, iż chodzi o przekręt na miliony dolarów...

Opinie o ebooku Theodore Boone: Aktywista - John Grisham

Fragment ebooka Theodore Boone: Aktywista - John Grisham

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:

THE­ODO­RE BO­ONE: THE AC­TI­VIST

Co­py­ri­ght © Bo­one & Bo­one LLC 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Lech Z. Żołędziow­ski 2014

Re­dak­cja: Piotr Choj­nac­ki

Zdjęcie na okładce: An­drey Yur­lov/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-018-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

The­odo­re Bo­one jest bo­ha­te­rem se­rii po­wieści Joh­na Gri­sha­ma liczącej czte­ry tytuły: Młody praw­nik, Upro­wa­dze­nie, Oskarżony i Ak­ty­wi­sta. Jak żar­to­bli­wie wy­po­wia­da się o niej sam pi­sarz, to jego od­po­wiedź na cykl książek o Har­rym Pot­te­rze. Bo­one jest uczniem gim­na­zjum w Strat­ten­bur­gu, sy­nem pary ad­wo­katów, który o pra­wie wie więcej niż większość do­rosłych. Choć ma do­pie­ro trzy­naście lat, na sali sądo­wej spędza nie mniej cza­su niż na bo­isku. Spraw, którymi się zaj­mu­je, z pew­nością nie można za­li­czyć do błahych – to upro­wa­dze­nie, kra­dzież, a na­wet mor­der­stwo. Czy Theo sam w przyszłości zo­sta­nie sędzią lub ad­wo­katem? Czas pokaże…

Mając pra­wo po swo­jej stro­nie, Theo Bo­one za­wsze wy­cho­dził obronną ręką z praw­ni­czych kłopotów, za­pew­niając jed­no­cześnie triumf spra­wie­dli­wości. Ale co robić, gdy pra­wo ewi­dent­nie wspie­ra brud­ne in­te­re­sy – kon­tro­wer­syjną, budzącą wiel­kie emo­cje bu­dowę czte­ro­pa­smo­wej ob­wod­ni­cy mia­sta, która ne­ga­tyw­nie od­bi­je się na leżących w jej po­bliżu bu­dyn­kach, szkołach i obiek­tach użytecz­ności pu­blicz­nej? W tej sy­tu­acji sądy nie mają nic do po­wie­dze­nia: osta­tecz­na de­cy­zja bu­dowlana leży wyłącznie w rękach wpływo­wych urzędników. Za ob­wod­nicą są fir­my bu­dowlane i trans­por­to­we, wpłacające duże kwo­ty na fun­du­sze wy­bor­cze miej­sco­wych po­li­tyków. Do jej zwo­len­ników należy też oj­ciec The­odo­re’a, działający w imie­niu bo­ga­te­go de­we­lo­pe­ra, pla­nującego za­kup 80 hek­tarów zie­mi w po­bliżu au­to­stra­dy. Theo musi zna­leźć sposób, aby oca­lić przed wywłasz­cze­niem farmę należącą do ojca szkol­ne­go ko­le­gi. I to sposób zgod­ny z pra­wem. Za­da­nie wy­da­je się bez­na­dziej­ne do mo­men­tu, gdy Bo­one na­tra­fia na do­ku­men­ty sta­no­wiące nie­zbi­ty dowód, iż cho­dzi o przekręt na mi­lio­ny do­larów.

JOHN GRI­SHAM

Współcze­sny pi­sarz ame­ry­kański, au­tor 30 po­wieści, w tym czte­rech dla młodzieży, fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go re­por­tażu oraz zbio­ru opo­wia­dań. Jego książki uka­zują się w 40 języ­kach, a ich łączny nakład osiągnął 275 mi­lionów eg­zem­pla­rzy. Dzie­więć z nich zo­stało ze­kra­ni­zo­wa­nych. W 2011 pi­sarz otrzy­mał pre­stiżową na­grodę li­te­racką Har­per Lee.

www.jgri­sham.com

Tego au­to­ra w Wy­daw­nic­twie Al­ba­tros

FIR­MA

KAN­CE­LA­RIA

ZA­KLI­NACZ DESZ­CZU

KRÓL OD­SZKO­DO­WAŃ

WIĘZIEN­NY PRAW­NIK

OSTAT­NI SPRA­WIE­DLI­WY

CA­LI­CO JOE

KO­MO­RA

DA­RUJ­MY SO­BIE TE ŚWIĘTA

UŁASKA­WIE­NIE

RA­PORT PE­LI­KA­NA

NIE­WIN­NY CZŁOWIEK

TRE­NER

APE­LA­CJA

BRAC­TWO

TE­STA­MENT

Jake Bri­gan­ce

CZAS ZA­BI­JA­NIA

SY­CA­MO­RE ROW

The­odo­re Bo­one

OSKARŻONY

AK­TY­WI­STA

Roz­dział 1

Stroną prze­ciwną w dzi­siej­szej de­ba­cie była drużyna Cen­tral­nej, „tej dru­giej” szkoły śred­niej w mieście i od­wiecz­ne­go ry­wa­la Gim­na­zjum Strat­ten­bur­skie­go. Gdy GS roz­gry­wało z Cen­tralną mecz czy za­wo­dy w ja­kiej­kol­wiek dys­cy­pli­nie spor­to­wej, za­wziętość za­wod­ników rosła, na wi­dow­ni za­sia­dał większy tłum, a staw­ka me­czu au­to­ma­tycz­nie się zwiększała. To samo do­ty­czyło po­ty­czek po­za­spor­to­wych. Przed mie­siącem Dys­ku­syj­ny Klub Klas Ósmych GS uczest­ni­czył w de­ba­cie w szczel­nie wypełnio­nej auli Cen­tral­nej. Gdy jury ogłosiło zwy­cięstwo gości, wi­dow­nia dała głośno wy­raz swe­mu nie­za­do­wo­le­niu. Roz­legły się na­wet gwiz­dy i bu­cze­nie, zo­stały jed­nak szyb­ko uci­szo­ne. Od uczest­ników międzysz­kol­nych po­ty­czek wy­ma­ga­no od­po­wied­nie­go za­cho­wa­nia i spor­to­we­go du­cha wal­ki we wszyst­kich dys­cy­pli­nach.

Ka­pi­ta­nem drużyny GS był The­odo­re Bo­one, który poza tym pełnił też funkcję jej rzecz­ni­ka, służył ko­le­gom wspar­ciem w trud­nych chwi­lach i za­wsze pre­zen­to­wał końcowe sta­no­wi­sko drużyny. Drużyna do­wo­dzo­na przez Theo nig­dy nie prze­gry­wała, choć nie można jej było na­zwać nie­po­ko­naną, po­nie­waż dwa mie­siące wcześniej chłopcy za­no­to­wa­li re­mis w za­wziętej de­ba­cie z drużyną dziewcząt z ich własne­go gim­na­zjum. Te­ma­tem dys­ku­sji było pod­wyższe­nie gra­ni­cy wie­ku dla uzy­ska­nia pra­wa jaz­dy z szes­na­stu do osiem­na­stu lat.

Ale w tej chwi­li Theo nie myślał o wcześniej­szych de­ba­tach. Sie­dział na sce­nie przy składa­nym sto­li­ku, z Aaro­nem po jed­nej stro­nie i Jo­ey­em po dru­giej. Chłopcy mie­li na so­bie ma­ry­nar­ki i ko­szu­le z kra­wa­ta­mi i pre­zen­to­wa­li się bar­dzo szy­kow­nie. Nie spusz­cza­li wzro­ku z dru­gie­go końca sce­ny, gdzie przy ta­kim sa­mym sto­li­ku sie­działa drużyna Cen­tral­nej. Pośrod­ku sce­ny stał pan Mo­unt – do­rad­ca, men­tor i przy­ja­ciel Theo, który pełnił funkcję mo­de­ra­to­ra. Pan Mo­unt wziął mi­kro­fon i za­po­wie­dział:

– Te­raz w imie­niu Gim­na­zjum Strat­ten­bur­skie­go za­bie­rze głos Theo Bo­one, który za­pre­zen­tu­je końcowe sta­no­wi­sko swo­jej drużyny.

Theo po­pa­trzył na pu­blicz­ność. W pierw­szym rzędzie sie­dział jego oj­ciec, mat­ki – wziętej ad­wo­kat od spraw roz­wo­do­wych – nie­ste­ty nie było na sali. Mu­siała zo­stać w sądzie i była nie­po­cie­szo­na, że nie obej­rzy występu swo­je­go je­dy­na­ka. W rzędzie za pa­nem Bo­one’em roz­siadła się grup­ka dziewcząt, a wśród nich April Fin­ne­mo­re, jed­na z naj­bliższych przy­ja­ciółek Theo, a także ciesząca się naj­większym po­wo­dze­niem ósmo­kla­sist­ka Hal­lie Ker­shaw. Za dziewczętami usiadło kil­ka na­uczy­cie­lek: pani Mo­ni­que z Ka­me­ru­nu, która uczyła hisz­pańskie­go i pla­so­wała się na dru­gim miej­scu pry­wat­ne­go ran­kin­gu Theo na ulu­bio­nych na­uczy­cie­li (pierw­szym oczy­wiście był pan Mo­unt), pani Gar­man od geo­me­trii i pani Ever­ly od angielskie­go, a na­wet pani Gla­dwell, dy­rek­tor­ka szkoły. W su­mie całkiem niezłe gro­no jak na szkolną de­batę. Gdy­by cho­dziło o ko­szykówkę czy fut­bol, pu­blicz­ności byłoby dwa razy więcej, ale w tam­tych drużynach nie grało po trzech za­wod­ników, i szcze­rze mówiąc, me­cze za­pew­niały dużo więcej emo­cji niż de­baty.

Theo sta­rał się te­raz o tym nie myśleć, choć nie przy­cho­dziło mu to łatwo. Był ast­ma­ty­kiem, co wy­klu­czało udział w za­wo­dach spor­to­wych, i de­ba­ty dawały właści­wie je­dyną okazję do za­pre­zen­to­wa­nia się przed szer­szym gro­nem. Cie­szyło go, że większość ko­legów pa­nicz­nie boi się prze­ma­wiać pu­blicz­nie, on zaś ko­chał to robić. Ju­stin mógł całymi dnia­mi kozłować piłkę do ko­szykówki i cel­nie rzu­cać za trzy punk­ty, ale gdy miał stanąć przed klasą i coś po­wie­dzieć, za­czy­nał się jąkać i wsty­dzić ni­czym czte­ro­la­tek. Brian był naj­szyb­szym trzy­na­sto­let­nim pływa­kiem w całym Strat­ten­bur­gu i cho­dził w glo­rii pew­ne­go swej po­zy­cji spor­tow­ca, ale po­sta­wio­ny przed gro­nem słucha­czy wiądł jak kwiat wyjęty z wody.

Od­wrot­nie niż Theo, który rzad­ko za­sia­dał na bo­isko­wej try­bu­nie, by do­pin­go­wać ko­legów, za to spędzał dużo cza­su w sa­lach sądo­wych, z za­chwy­tem ob­ser­wując po­tycz­ki praw­ników obu stron z ława­mi przy­sięgłych i sędzia­mi. Wie­dział, że pew­ne­go dnia on też zo­sta­nie wy­bit­nym praw­nikiem i choć miał do­pie­ro trzy­naście lat, zdążył się już prze­ko­nać, jak ważna dla przyszłego suk­ce­su jest umiejętność prze­ma­wia­nia. A nie było to łatwe. Szcze­rze mówiąc, ko­niecz­ność sta­nięcia na mówni­cy spra­wiała, że żołądek pod­cho­dził mu do gardła, a ser­ce waliło jak osza­lałe. Czy­tał wie­le wspo­mnień o wy­bit­nych spor­tow­cach, którzy przed wyjściem na bo­isko przeżywa­li ata­ki tre­my nie­kie­dy tak potężne, że aż wy­mio­to­wa­li. Theo nig­dy nie mie­wał mdłości, ale czuł strach i nie­pew­ność. Sta­ry, doświad­czo­ny praw­nik po­wie­dział mu kie­dyś: „Gdy­byś nie miał tre­my, synu, toby to zna­czyło, że z tobą jest coś nie tak”.

Theo niewątpli­wie miał tremę, jed­nak z doświad­cze­nia wie­dział, że ten stan szyb­ko mija i gdy przystąpi do działania, mo­tyl­ki w brzu­chu prze­staną trze­po­tać. Przejął mi­kro­fon, spoj­rzał na pana Mo­un­ta i rzekł:

– Dziękuję, pa­nie mo­de­ra­to­rze. – Zwrócił się w stronę drużyny Cen­tral­nej, odchrząknął i raz jesz­cze się na­po­mniał, żeby mówić wol­no i wyraźnie. – Pan Bled­soe ma dużo ra­cji, zwłasz­cza gdy mówi, że ktoś łamiący pra­wo nie może od­no­sić z tego ko­rzyści. A także, że wie­lu młodych Ame­ry­kanów, których ro­dzi­ce się tu uro­dzi­li, nie stać na pójście do col­le­ge’u. Tych ar­gu­mentów nie można zi­gno­ro­wać.

Theo na­brał po­wie­trza i omiótł ocza­mi wi­dow­nię, uni­kając jed­nak kon­tak­tu wzro­ko­we­go z kim­kol­wiek. Udział w de­ba­tach na­uczył go paru sztu­czek i jedną z nich było nie­pa­trze­nie ni­ko­mu pro­sto w oczy. Było to nie­bez­piecz­ne, gdyż gro­ziło utratą wątku. Za­miast tego Theo spoglądał na mar­twe przed­mio­ty – pu­ste krzesło po pra­wej, ze­gar na tyl­nej ścia­nie, okno po le­wej – i sta­le prze­no­sił wzrok z jed­ne­go miej­sca w dru­gie. To po­zwa­lało stwo­rzyć wrażenie, że pil­nie ob­ser­wu­je re­akcję pu­blicz­ności i utrzy­mu­je z nią stały kon­takt wzro­ko­wy. Po­ma­gało to też stwa­rzać po­zo­ry swo­bo­dy w mówie­niu, co za­wsze robiło ko­rzyst­ne wrażenie na ju­ro­rach.

– Jed­nak dzie­ci nie­udo­ku­men­to­wa­nych pra­cow­ników, kie­dyś na­zy­wa­nych nie­le­gal­ny­mi imi­gran­ta­mi, nie wy­bie­rają so­bie miej­sca uro­dze­nia ani do­ra­sta­nia. Ich ro­dzi­ce podjęli de­cyzję o nie­le­gal­nym prze­do­sta­niu się do Stanów Zjed­no­czo­nych i ro­bi­li to zwy­kle z głodu i chęci zna­le­zie­nia pra­cy. Nie można karać dzie­ci za de­cyzję ich ro­dziców. To nie­spra­wie­dli­we. W na­szej szko­le, a także w Cen­tral­nej i każdej in­nej szko­le w na­szym okręgu są ucznio­wie, których ro­dzi­ce złama­li pra­wo. Czy­li też nie po­win­no ich tam być, a jed­nak są przyj­mo­wa­ni i ak­cep­to­wa­ni, nasz sys­tem oświa­ty ich kształci, a z wie­lo­ma się przy­jaźnimy.

Był to bar­dzo gorący te­mat. W całym sta­nie trwała in­ten­syw­na ak­cja pro­pa­gan­do­wa za wy­da­niem za­ka­zu przyj­mo­wa­nia dzie­ci nie­udo­ku­men­to­wa­nych pra­cow­ników do pu­blicz­nych col­le­ge’ów. Zwo­len­ni­cy za­ka­zu ar­gu­men­to­wa­li, że po pierw­sze, wiel­ka licz­ba „nie­le­gałów” w uczel­niach nad­mier­nie obciąży sys­tem kształce­nia uni­wer­sy­tec­kie­go, a po dru­gie, po­zba­wi szans ro­do­wi­tych Ame­ry­kanów, którym bez kon­ku­ren­cji ze stro­ny „nie­le­gałów” udałoby się za­kwa­li­fi­ko­wać do col­le­ge’u. Wresz­cie na kształce­nie „nie­le­gałów” pójdą mi­lio­ny do­larów z po­datków płaco­nych przez praw­dzi­wych Ame­ry­kanów. Drużyna Cen­tral­nej całkiem zgrab­nie i prze­ko­nująco wy­ko­rzy­stała te ar­gu­men­ty w trak­cie de­ba­ty.

– Pra­wo na­ka­zu­je – ciągnął Theo – by w ra­mach sys­te­mu oświa­ty obo­wiązującego w każdej placówce na­sze­go sta­nu przyj­mo­wać i kształcić wszyst­kich w wie­ku szkol­nym, bez względu na ich po­cho­dze­nie. Sko­ro władze sta­no­we mają obo­wiązek łożyć na pierw­sze dwa­naście lat na­uki, dla­cze­go po­tem mają mieć pra­wo, by za­trza­ski­wać drzwi przed tymi, którzy chcą pójść da­lej?

Theo miał przed sobą kartkę, ale ani razu na nią nie spoj­rzał. Ju­ro­rzy ko­cha­li mówców nie­ko­rzy­stających ze ściąg i chłopak wie­dział, że w ten sposób zdo­by­wa do­dat­ko­we punk­ty. Wszy­scy trzej ry­wa­le posługi­wa­li się no­tat­ka­mi.

Zaczął wy­li­czać na pal­cach:

– Po pierw­sze, to kwe­stia uczci­wości. Wszy­scy usłysze­liśmy od na­szych ro­dziców, że po­win­niśmy pójść do col­le­ge’u. To część ame­ry­kańskie­go ma­rze­nia. Dla­te­go uchwa­le­nie pra­wa, które wie­lu na­szym ko­le­gom i przy­ja­ciołom unie­możliwi dalszą naukę, wy­da­je się nie­uczci­we. – Wy­pro­sto­wał dru­gi pa­lec. – Po dru­gie, kon­ku­ren­cja jest za­wsze czymś do­brym. Pan Bled­soe twier­dzi, że oby­wa­te­le Stanów Zjed­no­czo­nych po­win­ni mieć pierw­szeństwo w przyj­mo­wa­niu do col­le­ge’u, bo ich ro­dzice byli tu pierw­si, na­wet jeśli niektórzy ustępują po­zio­mem wie­dzy dzie­ciom nie­udo­ku­men­to­wa­nych pra­cow­ników. Czy na­sze uczel­nie nie po­win­ny po pro­stu przyj­mo­wać naj­lep­szych i nie in­te­re­so­wać się ni­czym in­nym? W całym sta­nie mamy co roku około trzy­dzie­stu tysięcy miejsc dla roz­po­czy­nających naukę w col­le­ge’ach. Dla­cze­go przy­zna­wać komuś spe­cjal­ne względy? Jeśli na­sze uczel­nie będą zwy­czaj­nie przyj­mo­wać naj­lep­szych, czy nie staną się przez to lep­sze i sil­niej­sze? Oczy­wiście, że tak. Nikt nie po­wi­nien się do­stać do col­le­ge’u, jeśli jego kwa­li­fi­ka­cje na to nie zasługują. Ni­ko­mu nie wol­no od­ma­wiać pra­wa do na­uki z po­wo­du miej­sca uro­dze­nia ro­dziców.

Pan Mo­unt ze wszyst­kich sił sta­rał się nie uśmie­chać. Theo płynął na fali i czuł to. Za­bar­wił na­wet głos śla­do­wym to­nem gnie­wu, nie robiąc tego jed­nak na­zbyt dra­ma­tycz­nie. Nie­co tyl­ko zmie­nił in­to­nację na znak, że to, co mówi, jest tak oczy­wi­ste, że właści­wie nie ma o czym mówić. Pan Mo­unt znał ten ton z wcześniej­szych de­bat. Theo szy­ko­wał się do za­da­nia finałowe­go cio­su.

Wyciągnął trze­ci pa­lec.

– Po trze­cie i ostat­nie… – Mówca prze­rwał, za­czerpnął po­wie­trza i po­to­czył wzro­kiem po wi­dow­ni tak, jak­by jego następny ar­gu­ment był tak oczy­wi­sty, że nikt z obec­nych nie może mieć cie­nia wątpli­wości co do jego praw­dzi­wości. – Ist­nie­je wie­le kie­runków stu­diów, których ab­sol­wen­ci mają większe możliwości, lepszą pracę i wyższe za­rob­ki niż lu­dzie bez dy­plo­mu wyższej uczel­ni. To dla nich punkt wyjścia do lep­sze­go życia. A wyższe za­rob­ki ozna­czają wyższe do­cho­dy państwa z po­datków, to zaś z ko­lei ozna­cza lep­sze szkoły i uczel­nie. Ci, którym odmówi się pra­wa do wyższe­go wy­kształce­nia, mogą łatwo dołączyć do gro­na bez­ro­bot­nych, z cze­go rodzą się różnego ro­dza­ju pro­ble­my.

Theo znów prze­rwał i po­wol­nym ru­chem spraw­dził górny gu­zik swo­jej ma­ry­nar­ki. Wie­dział, że z gu­zikiem jest wszyst­ko w porządku, ale chciał stwo­rzyć wrażenie człowie­ka, który bu­dzi naj­wyższe za­ufa­nie.

– Na zakończe­nie chcę po­wie­dzieć, że za­trza­ski­wa­nie drzwi na­szych uczel­ni przed ucznia­mi, których ro­dzi­ce przy­je­cha­li tu nie­le­gal­nie, nie jest słuszne i zo­stało od­rzu­co­ne już w po­nad dwu­dzie­stu sta­nach. To dla­te­go De­par­ta­ment Spra­wie­dli­wości w Wa­szyng­to­nie za­gro­ził wytocze­niem spra­wy sądo­wej władzom na­sze­go sta­nu, jeśli po­dejmą taką uchwałę. To postępo­wa­nie krótkow­zrocz­ne, na­ce­cho­wa­ne złą wolą i po pro­stu nie fair. Żyje­my w kra­ju wiel­kich możliwości i wszy­scy nasi przod­ko­wie przy­by­li tu kie­dyś jako imi­gran­ci. Wszy­scy je­steśmy na­ro­dem imi­grantów. Dziękuję.

Theo wrócił na miej­sce za stołem, a na środ­ku sce­ny stanął pan Mo­unt, który się uśmiechnął i po­god­nym to­nem po­wie­dział:

– Nagródźmy obie drużyny gorącymi okla­ska­mi.

Pu­blicz­ność, którą wcześniej ostrze­ga­no przed wyrażaniem zbyt głośnego uzna­nia lub sprze­ci­wu, za­re­ago­wała ciepłym aplau­zem.

– Zróbmy so­bie te­raz krótką przerwę – rzekł pan Mo­unt. Theo, Aaron i Joey wsta­li z miejsc, po­de­szli do stołu drużyny Cen­tral­nej i uścisnęli dłonie swo­im opo­nen­tom. Wszy­scy po­czu­li ulgę, że mają to już za sobą. Theo skinął głową ojcu, a ten uniósł oba kciu­ki na znak, że chłopiec świet­nie się spi­sał.

Po kil­ku mi­nu­tach jury ogłosiło zwy­cięzcę.

Roz­dział 2

Theo po­zbył się ma­ry­nar­ki i kra­wa­ta, włożył kurtkę kha­ki i od razu po­czuł się swo­bod­niej, choć biała ko­szu­la nie­co raziła zbyt­nią ele­gancją. Śro­do­we lek­cje się skończyły, wy­brzmiał ostat­ni dzwo­nek i chłopak po­ma­sze­ro­wał do szkol­nej sali prób na zajęcia z mu­zy­ki. Kil­ku spo­tka­nych po dro­dze ósmo­kla­sistów po­gra­tu­lo­wało mu ko­lej­ne­go świet­ne­go występu, Theo tyl­ko skrom­nie się uśmiechnął, jak­by nic wiel­kie­go się nie wy­da­rzyło, jed­nak w głębi ser­ca był bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­ny. Ciesząc się ko­lej­nym zwy­cięstwem, uważał, by nie dać nic po so­bie po­znać i nie wyjść na za­ro­zu­mial­ca. „Niech nig­dy suk­ces nie ude­rza ci do głowy – ostrzegł go kie­dyś za­przy­jaźnio­ny we­te­ran bojów sądo­wych. – Za­wsze może się oka­zać, że na następnej ławie przy­sięgłych połamiesz so­bie zęby”. Lub po­nie­siesz klęskę w następnej de­ba­cie.

Prze­szedł przez dużą aulę i wszedł do po­ko­ju prób, gdzie kil­ko­ro ko­legów roz­pa­ko­wy­wało in­stru­men­ty, szy­kując się do zajęć. Pod­szedł do April Fin­ne­mo­re, która właśnie oglądała swo­je skrzyp­ce.

– Świet­na ro­bo­ta – po­wie­działa ci­cho. April rzad­ko mówiła na tyle głośno, by wszy­scy mo­gli ją usłyszeć.

– Byłeś naj­lep­szy.

– Dzięki. I dziękuję, że byłaś. Pu­blicz­ność była faj­na.

– Będzie z cie­bie su­per­praw­nik, Theo.

– Taki mam plan. Tyl­ko nie bar­dzo wiem, jak mu­zy­ka do tego pa­su­je.

– Mu­zy­ka pa­su­je do wszyst­kie­go.

– Sko­ro tak mówisz. – Otwo­rzył duży fu­te­rał i ostrożnie wyjął wio­lon­czelę. April i jesz­cze kil­ko­ro uczniów grało na własnych in­stru­men­tach, inni – w tym Theo – nie mając pew­ności, na ile star­czy im zapału, gra­li na in­stru­men­tach należących do szkoły. Theo za­pi­sał się na lek­cje mu­zy­ki za na­mową April, a także dla­te­go, że jego mama za­chwy­ciła się myślą o synu in­stru­men­ta­liście.

A cze­mu właśnie wio­lon­cze­la? Theo nie tyl­ko nie miał na to od­po­wie­dzi, ale na­wet nie pamiętał, co o tym za­de­cy­do­wało. Do tego stop­nia, że nie był na­wet pe­wien, czy de­cyzję podjął sam, czy ktoś po­sta­no­wił za nie­go. W or­kie­strze smycz­ko­wej gra kil­ka skrzy­piec i altówek, duży kon­tra­bas, co naj­mniej jed­na wio­lon­cze­la i zwy­kle for­te­pian. Dziew­czy­ny zda­wały się pre­fe­ro­wać skrzyp­ce i altówki, Dra­ke Brown od razu za­kle­pał so­bie kon­tra­bas, na­to­miast nikt nie garnął się do wio­lon­cze­li. Od pierw­sze­go pociągnięcia smycz­kiem Theo czuł, że nig­dy w życiu nie na­uczy się do­brze na niej grać.

Próby or­kie­stry zo­stały w ostat­niej chwi­li do­da­ne do sześcio­ty­go­dnio­we­go pla­nu zajęć. Prze­zna­czo­no je dla początkujących, nie­grających na żad­nym in­stru­men­cie. Dla ab­so­lut­nie początkujących i zupełnie zie­lo­nych w mu­zy­ce, uczniów mających w tej dzie­dzi­nie mi­ni­malną wiedzę i jesz­cze mniej­sze uzdol­nie­nia. Theo pa­so­wał do tego opi­su jak ulał, po­dob­nie zresztą jak większość uczest­ników. Próby od­by­wały się raz w ty­go­dniu, trwały go­dzinę i były trak­to­wa­ne na pełnym lu­zie. Głównie cho­dziło o dobrą za­bawę i tyl­ko przy oka­zji prze­my­ca­no trochę na­uki.

Dobrą za­bawę za­pew­niał na­uczy­ciel, pan Sas­strunk, nie­duży żwawy człowie­czek z długi­mi si­wy­mi włosa­mi, ru­chli­wy­mi piw­ny­mi ocza­mi, kil­ko­ma ner­wo­wy­mi ti­ka­mi i wiecz­nie tą samą wypłowiałą ma­ry­narką z brązo­we­go sa­mo­działu. Twier­dził, że w trak­cie swej długiej mu­zycz­nej ka­rie­ry dy­ry­go­wał wie­lo­ma or­kie­stra­mi, a przez ostat­nie dzie­sięć lat uczył mu­zy­ki w col­le­ge’u w Strat­ten. Od­zna­czał się wiel­kim po­czu­ciem hu­mo­ru i par­skał śmie­chem, gdy któryś z pod­opiecz­nych popełnił błąd, co zda­rzało się nie­mal bez prze­rwy. Twier­dził, że jego za­da­niem jest umożli­wie­nie im pierw­sze­go kon­tak­tu z mu­zyką, wstępne jej liźnięcie. I że na­wet nie ma­rzy o zro­bie­niu z nich praw­dzi­wych mu­zyków.

– Po pro­stu spróbu­je­my po­znać kil­ka pod­sta­wo­wych za­sad, ko­cha­ni, i zo­ba­czy­my, co z tego wy­nik­nie – ma­wiał co ty­dzień.

Po czte­rech go­dzin­nych lek­cjach ucznio­wie nie tyl­ko po­lu­bi­li zajęcia, ale zaczęli dużo poważniej pod­cho­dzić do mu­zy­ki.

Wszyst­ko to jed­nak miało się wkrótce zmie­nić.

Pan Sas­strunk spóźnił się dzie­sięć mi­nut i gdy w końcu wszedł do sali prób, wyglądał na przygnębio­ne­go, a jego twa­rzy nie roz­jaśnił zwy­cza­jo­wy po­wi­tal­ny uśmiech. Przez chwilę pa­trzył na uczniów, jak­by nie bar­dzo wie­dział, jak zacząć.

– Właśnie wra­cam od pani dy­rek­tor – po­wie­dział w końcu. – Wygląda na to, że zo­stałem wy­rzu­co­ny.

Kil­ka­naścio­ro obec­nych w sali uczniów nie­pew­nie spoj­rzało po so­bie. Pan Sas­strunk miał taką minę, jak­by był bli­ski płaczu.

– Jak mi oznaj­miła pani dy­rek­tor – podjął na nowo – szkoły pu­blicz­ne muszą za­cisnąć pasa ze względów budżeto­wych. Wygląda na to, że w ka­sie miej­skiej jest mniej pie­niędzy, niż zakłada­no, i w re­zul­ta­cie szkoły muszą zre­zy­gno­wać z sze­re­gu mniej istot­nych zajęć i pro­gramów edu­ka­cyj­nych, i to ze skut­kiem na­tych­mia­sto­wym. Przy­kro mi, ko­cha­ni, ale na­sze zajęcia zo­stały skreślone z pro­gramu. Ko­niec.

Wszy­scy byli zbyt oszołomie­ni wia­do­mością, by co­kol­wiek po­wie­dzieć. Nie było im żal tyl­ko zajęć, które zdążyli po­lu­bić, ale również pana Sas­strun­ka. Pod­czas którejś próby zażar­to­wał, że skromną pen­syjkę ze szkoły odkłada na uzu­pełnie­nie swo­jej ko­lek­cji kom­paktów z dziełami wiel­kich kom­po­zy­torów.

– To chy­ba nie fair – ode­zwał się Dra­ke Brown.

– Po co za­czy­nają zajęcia, jak po­tem z nich re­zy­gnują?

Pan Sas­strunk nie miał na to od­po­wie­dzi.

– Będzie­cie mu­sie­li spy­tać o to kogoś in­ne­go – po­wie­dział tyl­ko.

– Nie ma pan umo­wy o pracę? – spy­tał Theo, za­raz jed­nak pożałował swo­ich słów. To, czy pan Sas­strunk miał umowę o pracę, czy nie, nie po­win­no go ob­cho­dzić. Wie­dział jed­nak, że każdy na­uczy­ciel za­trud­nio­ny w pu­blicz­nej szko­le miej­skiej pod­pi­su­je roczną umowę o pracę. Mówił o tym pan Mo­unt na lek­cji WOS-u.

Panu Sas­strun­ko­wi udało się jed­no­cześnie prychnąć i uśmiechnąć.

– Pew­nie, że mam – od­parł – tyl­ko nie­wie­le mi to pomoże. W umo­wie jest wyraźnie na­pi­sa­ne, że szkoła z ważnych przy­czyn może w każdej chwi­li zre­zy­gno­wać z zajęć. To dość ty­po­wy za­pis.

– Czy­li to żadna umo­wa – mruknął Theo.

– Nie­ste­ty. Przy­kro mi, ko­cha­ni. Kończy­my na­sze lek­cje. Bar­dzo was po­lu­biłem i życzę wam wszyst­kie­go naj­lep­sze­go. Część z was ma mu­zycz­ne uzdol­nie­nia, część nie, ale jak już mówiłem, każde z was, o ile tyl­ko od­po­wied­nio się przyłoży i będzie wy­star­czająco dużo ćwi­czyć, może na­uczyć się grać. Pamiętaj­cie, że ćwi­cze­nie czy­ni mi­strza. Po­wo­dze­nia. – Pan Sas­strunk smut­no się uśmiechnął i wy­szedł z po­ko­ju.

Drzwi się za­mknęły i w sal­ce za­padła ci­sza. Ucznio­wie pa­trzy­li po so­bie w nie­mym osłupie­niu. Pierw­sza ode­zwała się April.

– Theo, zrób coś. To prze­cież nie w porządku.

– Chodźmy do pani dy­rek­tor – po­wie­dział Theo, wstając. – Wszy­scy, jak tu je­steśmy. Wpa­ku­je­my się jej do ga­bi­ne­tu i nie wyj­dzie­my, póki z nami nie po­roz­ma­wia.

– Świet­ny po­mysł.

Wy­szli z sal­ki prób, prze­szli przez aulę i zwartą grupą po­ma­sze­ro­wa­li ko­ry­ta­rzem i przez dzie­dzi­niec. We­szli do główne­go skrzydła, prze­szli długim ko­ry­ta­rzem i do­tar­li do holu przy fron­to­wym wejściu. Wkro­czy­li do se­kre­ta­ria­tu pani Gla­dwell i stanęli przy biur­ku pan­ny Glo­rii, szkol­nej se­kre­tar­ki, której jed­nym z obo­wiązków było strzeżenie dostępu do ga­bi­ne­tu dy­rek­tor­ki. Theo znał pannę Glo­rię i kie­dyś na­wet udzie­lił jej po­ra­dy praw­nej w spra­wie bra­ta, którego po­li­cja przyłapała na jeździe po al­ko­ho­lu.

– Dzień do­bry – burknęła pan­na Glo­ria, mierząc ich wzro­kiem znad oku­larów zsu­niętych na czu­bek nosa. Aku­rat pisała coś na kla­wia­tu­rze i nagłe wtar­gnięcie gro­ma­dy rozzłoszczo­nych ósmo­kla­sistów chy­ba ją trochę zi­ry­to­wało.

– Wi­ta­my, pan­no Glo­rio – po­wie­dział Theo. – Chcie­li­byśmy zo­ba­czyć się z panią dy­rek­tor.

– A o co cho­dzi?

Ty­po­we za­cho­wa­nie pan­ny Glo­rii. Za­wsze mu­siała we wszyst­ko wty­kać nos i wie­dzieć, z czym przy­cho­dzi się do dy­rek­tor­ki. Miała opi­nię naj­bar­dziej wścib­skiej oso­by w szko­le. Theo wie­dział z doświad­cze­nia, że se­kre­tar­ka prędzej czy później i tak o wszyst­kim się do­wie, więc na­wet nie próbował zmyślać.

– Mie­liśmy zajęcia z mu­zy­ki z pa­nem Sas­strun­kiem – wyjaśnił spo­koj­nie. – Który właśnie zo­stał wy­rzu­co­ny z pra­cy. Chce­my po­roz­ma­wiać o tym z panią dy­rek­tor.

Brwi pan­ny Glo­rii pod­je­chały tak wy­so­ko, jak­by Theo zmyślał ja­kieś nie­do­rzecz­ności.

– Pani dy­rek­tor ma te­raz bar­dzo ważne spo­tka­nie – po­in­for­mo­wała, wska­zując głową drzwi ga­bi­ne­tu, które jak zwy­kle były za­mknięte. Theo zda­rzało się wie­lo­krot­nie przez nie wcho­dzić, zwy­kle w miłych oko­licz­nościach, choć zda­rzały się też mniej przy­jem­ne po­wo­dy. Nie da­lej jak w zeszłym mie­siącu uczest­ni­czył w bójce, jego pierw­szej od trze­ciej kla­sy, i zo­stał wte­dy we­zwa­ny przez panią dy­rek­tor na dy­wa­nik.

– Po­cze­ka­my – rzu­cił krótko.

– Jest bar­dzo zajęta.

– Za­wsze jest zajęta. Proszę ją tyl­ko po­wia­do­mić, że cze­ka­my.

– Nie mogę jej prze­szka­dzać.

– W porządku, to po­cze­ka­my. – Theo ro­zej­rzał się po prze­stron­nym se­kre­ta­ria­cie. W części wy­dzie­lo­nej na po­cze­kal­nię stały dwie ławki i kil­ka ste­ra­nych wie­kiem krze­seł. – Nig­dzie się stąd nie ru­szy­my. – Jak na dany znak wszy­scy od­sunęli się od biur­ka i roz­sie­dli na ław­kach i krzesłach. Ci, dla których za­brakło miej­sca, po pro­stu usie­dli na podłodze.

Pan­na Glo­ria słynęła z na­padów złego hu­mo­ru i chy­ba właśnie padła ofiarą jed­ne­go z nich. Złościło ją, że w jej se­kre­ta­ria­cie pa­no­szy się zgra­ja na­bur­mu­szo­nych uczniaków.

– Theo – prychnęła. – Pro­po­nuję, żebyście po­cze­ka­li w holu.

– A dla­cze­go nie tu? – od­warknął Theo.

– Po­wie­działam, że ma­cie za­cze­kać w holu – powtórzyła pan­na Glo­ria pod­nie­sio­nym głosem. Była już na­prawdę zła.

– Kto po­wie­dział, że nie wol­no nam cze­kać w se­kre­ta­ria­cie?

Twarz pan­ny Glo­rii zro­biła się si­no­czer­wo­na, wyglądając, jak­by za chwilę miała eks­plo­do­wać. Na szczęście się opa­no­wała, ugryzła w język i głęboko wes­tchnęła. Nie miała pra­wa wy­rzu­cać uczniów z se­kre­ta­ria­tu i zda­wała so­bie sprawę, że Theo o tym wie. Wie­działa też, że ro­dzi­ce Theo są po­wszech­nie sza­no­wa­ny­mi praw­ni­ka­mi i nie wa­hają się sta­wać w obro­nie syna przed do­rosłymi, gdy rację ma on, a nie oni. Szczególnie pani Bo­one była zna­na ze zde­cy­do­wa­nej po­sta­wy, gdy Theo spo­ty­kał się z jakąś nie­spra­wie­dli­wością.

– Proszę bar­dzo – burknęła. – Tyl­ko za­cho­wuj­cie się ci­cho. Mam pracę do zro­bie­nia.

– Dzięki – kiwnął głową Theo. Miał ochotę złośli­wie dodać, że dotąd nie wy­da­li z sie­bie ani jed­ne­go dźwięku, ale dał spokój. Zwy­ciężył w krótkiej po­tycz­ce z panną Glo­rią i nie było sen­su jesz­cze bar­dziej za­ogniać sy­tu­acji.

Przez pięć mi­nut ob­ser­wo­wa­li w mil­cze­niu, jak se­kre­tar­ka sta­ra się spra­wiać wrażenie za­pra­co­wa­nej, było już jed­nak po czwar­tej i od pół go­dzi­ny w szko­le nie było ni­ko­go. Dzień pra­cy szyb­ko do­bie­gał końca. Po pew­nym cza­sie drzwi pani Gla­dwell otwo­rzyły się i z ga­bi­ne­tu wyszło dwo­je młodych ro­dziców. Nie­mal nie zwra­cając uwa­gi na Theo i jego grupę, pośpiesz­nie opuścili se­kre­ta­riat. Po ich mi­nach było widać, że spo­tka­nie z panią dy­rek­tor nie prze­biegło po ich myśli. Pani Gla­dwell wyszła do se­kre­ta­riatu, spoj­rzała na cze­kającą gro­madę i z uśmie­chem po­wie­działa:

– Theo, świet­nie się dziś spra­wiłeś w de­ba­cie.

– Dziękuję.

– Co tu się dzie­je?

– Wszy­scy cho­dzi­liśmy na zajęcia pana Sas­strun­ka, więc chcie­li­byśmy się do­wie­dzieć, dla­cze­go zo­stały odwołane.

Pani Gla­dwell wes­tchnęła, uśmiechnęła się i spo­koj­nym to­nem oświad­czyła:

– Nie po­wiem, żebym była bar­dzo zdzi­wio­na. Proszę, wejdźcie. – Gro­mad­ka uczniów weszła gęsie­go do ga­bi­ne­tu. Idący na końcu Theo przed za­mknięciem drzwi nie odmówił so­bie trium­fal­ne­go zer­k­nięcia na pannę Glo­rię. Mu­siał jed­nak uczci­wie przy­znać, że za­re­ago­wała na to po­god­nym uśmie­chem.

W ga­bi­ne­cie wszy­scy usta­wi­li się rządkiem przed biur­kiem dy­rek­tor­ki. Dla gości znaj­do­wały się tu tyl­ko trzy krzesła i nikt nie odważył się usiąść. Ro­zu­miejąc to, pani Gla­dwell na­wet nie próbowała ich na­ma­wiać.

– Dziękuję, że wpa­dliście – po­wie­działa i biorąc do ręki jakiś pa­pier, dodała: – Jest mi bar­dzo przy­kro z po­wo­du lek­cji mu­zy­ki. Do­stałam to dziś rano z ku­ra­to­rium. Pi­smo pod­pi­sał pan Otis McCord, główny ku­ra­tor i mój zwierzch­nik. W wy­dzia­le oświa­ty odbyło się wczo­raj nad­zwy­czaj­ne po­sie­dze­nie, na którym omówio­no sy­tu­ację fi­nan­sową. Wygląda na to, że na oświatę w Strat­ten­bur­gu do­sta­nie­my w tym roku o mi­lion do­larów mniej, niż nam obie­cy­wa­no z budżetów mia­sta, okręgu i sta­nu. Wszyst­kie trzy składają się na nasz budżet oświa­to­wy i z różnych po­wodów kwo­ty prze­zna­czo­ne na ten cel zo­stały obcięte. Dla­te­go my też mu­si­my po­czy­nić oszczędności. W całym mieście zwal­nia­ni są na­uczy­cie­le za­trud­nie­ni na umo­wy-zle­ce­nia. Odwoływa­ne są wy­jaz­dy w te­ren. Li­kwi­du­je się do­dat­ko­we zajęcia, ta­kie jak lek­cje mu­zy­ki pana Sas­strun­ka. Li­sta wpro­wa­dza­nych oszczędności jest dużo dłuższa. To bar­dzo smut­ne, ale nie mam na to żad­ne­go wpływu.

Pani Gla­dwell miała dar mówie­nia o wszyst­kim ja­sno i bez ogródek. Chłonąc każde jej słowo, ucznio­wie za­czy­na­li ro­zu­mieć, że nic w tej spra­wie nie mogą zro­bić.

– A co się stało z tymi pie­niędzmi? – spy­tał Theo.

– To trud­ne py­ta­nie. Niektórzy szu­kają przy­czyn w re­ce­sji i spo­wol­nie­niu kra­jo­wej go­spo­dar­ki. Wpływy z po­datków dra­stycz­nie zma­lały i na wie­le rze­czy bra­ku­je pie­niędzy. Inni uważają, że sys­tem oświa­to­wy jest zbyt roz­rzut­ny, zwłasz­cza po stro­nie wy­działu oświa­ty. Tak na­prawdę, sama nie wiem. Ale muszę sto­so­wać się do po­le­ceń. Poza pa­nem od mu­zy­ki muszę też zwol­nić jed­ne­go woźnego, dwie pra­cow­ni­ce stołówki i czte­rech in­struk­torów spor­to­wych, a także roz­wiązać sześć in­nych grup po­za­lek­cyj­nych. Właśnie po­in­for­mo­wałam pana Pe­ar­ce’a, że w tym roku jego kółko na­uko­we klas siódmych będzie mu­siało zre­zy­gno­wać z do­rocz­nej wy­ciecz­ki do elek­trow­ni ato­mo­wej w Ru­sten­bur­gu.

– Strasz­ne – jęknęła Su­san. – To taka wspa­niała wy­ciecz­ka.

– Wiem, wiem. Pan Pe­ar­ce od lat ją or­ga­ni­zu­je.

– Ale to nie fair pod­pi­sy­wać z kimś umowę, dawać mu obiet­nicę za­trud­nie­nia, a po­tem w pół dro­gi się wy­co­fy­wać – rzekł Theo.

– Tak, Theo, to nie fair. Ale nie ja de­cy­duję o pod­pi­sy­wa­niu i anu­lo­wa­niu umów. Zaj­mu­je się tym dział praw­ny urzędu gmi­ny.

Bru­tal­na praw­da za­czy­nała do nich do­cie­rać i kil­ko­ro uczniów po­pa­trzyło po so­bie ze smut­kiem.

– Jest mi bar­dzo przy­kro – ciągnęła pani Gla­dwell.

– Bar­dzo bym chciała móc coś zro­bić, ale to wszyst­ko dzie­je się poza mną. Nie wątpię, że ku­ra­to­rium i pan McCord usłyszą wie­le gorz­kich słów w tej spra­wie i nic nie stoi na prze­szko­dzie, żebyście i wy się w to włączy­li.

– Umilkła i w ga­bi­ne­cie za­padła długa ci­sza. – Jeśli to wszyst­ko, mu­si­my się pożegnać, bo cze­ka mnie następne spo­tka­nie.

– Dzięku­je­my, że nas pani wysłuchała – po­wie­dział Theo.

– To mój obo­wiązek.

W po­czu­ciu po­nie­sio­nej porażki ucznio­wie w posępnym mil­cze­niu opuścili ga­bi­net.

Roz­dział 3

Rod­zi­ce Theo jesz­cze przed jego przyjściem na świat założyli nie­wielką firmę praw­niczą Bo­one & Bo­one. Jej biu­ra mieściły się w ad­ap­to­wa­nym domu miesz­kal­nym, jed­nym z wie­lu po­dob­nie wy­ko­rzy­sty­wa­nych przy ci­chej za­drze­wio­nej ulicz­ce kil­ka prze­cznic od Main Stre­et, w cen­trum Strat­ten­bur­ga. Przy ład­nej po­go­dzie gro­ma­dy praw­ników z tecz­ka­mi ciągnęły Park Stre­et do bu­dyn­ku sądu, od którego dzie­liło ich ja­kieś dzie­sięć mi­nut spa­ce­ru. Pod­czas prze­rwy obia­do­wej na ulicę wy­le­gały tłumy praw­ników, księgo­wych i ar­chi­tektów, którzy roz­ma­wiając i prze­rzu­cając się żar­ta­mi, ru­sza­li ku swym ulu­bio­nym knajp­kom. Se­kre­tar­ki i asy­sten­ci z kan­ce­la­rii praw­niczych często ko­rzy­sta­li z tej oka­zji, by pod­rzu­cić pil­ne pi­sma do in­nych biur czy do sądu.

W tym re­jo­nie, a zwłasz­cza na sa­mej Park Stre­et, dzie­ci na ro­we­rach nie były zbyt częstym wi­do­kiem. Wyjątek sta­no­wił Theo, który co­dzien­nie po szko­le je­chał tędy do biu­ra.

O ile wie­dział, był je­dy­nym trzy­na­sto­lat­kiem w mieście z własnym biu­rem. Biu­ro nie wyglądało zbyt im­po­nująco i spro­wa­dzało się do cia­snej klit­ki na tyłach domu mieszczącego firmę ro­dziców, ale po­ko­ik miał od­dziel­ne wejście z małego, wy­sy­pa­ne­go żwi­rem par­kin­gu za do­mem, z którego ko­rzy­sta­li ro­dzice Theo, po­zo­sta­li pra­cow­ni­cy fir­my i ich goście. W kan­ce­la­riach praw­ni­czych za­wsze bra­ku­je miej­sca, bo praw­ni­cy nie po­tra­fią się zdo­być, by co­kol­wiek wy­rzu­cić (a pro­du­kują tony pa­pie­rzysk), więc pokój był nie­gdyś ar­chi­wum sta­rych spraw, a także ma­ga­zyn­kiem na środ­ki czy­stości. Theo po wpro­wa­dze­niu się opróżnił go ze zbędnych ru­pie­ci i wsta­wił sta­ry sto­lik do kart w roli biur­ka. Na stry­chu zna­lazł połama­ne ob­ro­to­we krzesło, które za po­mocą dru­tu i su­per­kle­ju do­pro­wa­dził do sta­nu używal­ności. Na jed­nej ścia­nie po­wie­sił pla­kat re­kla­mujący jego uko­chaną drużynę Min­ne­so­ta Twins, na dru­giej umieścił swój ry­sun­ko­wy por­tret, który do­stał w pre­zen­cie od April Fin­ne­mo­re na dwu­na­ste uro­dzi­ny.

Na biur­ku trzy­mał ze­szy­ty i przy­bo­ry szkol­ne, pod biur­kiem zwy­kle leżał Ase­sor, jego uko­cha­ny pies. Nikt nie znał dokład­ne­go wie­ku Ase­sora ani jego po­cho­dze­nia poza tym, że tra­fił do miej­skie­go psie­go aresz­tu i w pew­nej chwi­li od uśpie­nia dzie­liła go tyl­ko jed­na doba. Dwa lata temu Theo ura­to­wał mu życie w Sądzie do spraw Zwierząt, nadał nowe imię i za­brał z sobą do domu, gdzie pies spo­koj­nie ułożył się do snu pod łóżkiem chłopca. Ase­sor spędzał dni, włócząc się le­ni­wie po po­miesz­cze­niach biu­ro­wych Bo­one & Bo­one, drze­miąc na małym posłaniu pod biur­kiem Elsy w głównym holu, pod dużym stołem kon­fe­ren­cyj­nym, gdy nikt z nie­go nie ko­rzy­stał, lub leżąc na podłodze w kuch­ni w na­dziei, że ktoś rzu­ci mu coś do je­dze­nia. Ase­sor ważył pra­wie dwa­dzieścia ki­lo­gramów i choć odżywiał się ludz­kim je­dze­niem, opie­kujący się nim we­te­ry­narz stwier­dzał, że ani trochę nie przy­bie­ra na wa­dze. Pies pre­fe­ro­wał słone chrup­ki – chip­sy, pa­lusz­ki i kra­ker­sy, ale nie gar­dził też ka­nap­ka­mi z wędliną. Tak na­prawdę nie gar­dził żad­nym je­dze­niem, a z oka­zji uro­dzin li­czył na kawałek tor­tu. Jeśli ktoś z biu­ra – zwy­kle Theo – wy­ska­ki­wał do lo­dziar­ni Guf­fa, Ase­sor też się spo­dzie­wał przekąski, najchętniej mrożone­go wa­ni­lio­we­go jo­gur­tu. Po­nad­to Ase­sor był chy­ba je­dy­nym człon­kiem per­so­ne­lu kan­ce­la­rii Bo­one & Bo­one, który ze sma­kiem chru­pał okrop­ne owsia­ne cia­stecz­ka co naj­mniej raz w mie­siącu pie­czo­ne i przy­no­szo­ne do biu­ra przez Do­ro­thy, oso­bistą se­kre­tarkę pani Bo­one.

Z rze­czy ja­dal­nych Ase­sor właści­wie nie lubił tyl­ko psiej kar­my. Wolał jeść to, co Theo, czy­li chrup­ki Che­erios z pełnym – broń Boże chu­dym! – mle­kiem na śnia­da­nie oraz to, co ro­dzi­na jadła wie­czo­rem na ko­lację. Do tego prze­gryz­ki wyżebra­ne w biu­rze w cza­sie, gdy Theo był w szko­le.

Żyjąc w śro­do­wi­sku praw­ników, Ase­sor wie­dział, jak ważny jest czas. Umówie­ni klien­ci, kon­fe­ren­cje, ter­mi­ny sądowe, spo­tka­nia, har­mo­no­gra­my po­wo­do­wały, że pra­cow­ni­cy kan­ce­la­rii wciąż zer­ka­li na ze­gar­ki i to ze­gar zda­wał się o wszyst­kim de­cy­do­wać. Ase­sor posługi­wał się własnym ze­garem, który mu mówił, że w środy – jak zresztą w większość po­zo­stałych dni ty­go­dnia – Theo wra­ca ze szkoły około czwar­tej po południu. Dla­te­go już o wpół do czwar­tej układał się pod biur­kiem Elsy i spo­koj­nie usy­piał. Był to jed­nak psi sen, nie­zbyt głęboki, a właści­wie lek­ka drzem­ka z nie­do­mkniętymi do końca ocza­mi i usza­mi nasłuchującymi kroków Theo i brzęku usta­wia­ne­go na gan­ku ro­we­ru.

Usłyszaw­szy wy­cze­ki­wa­ne dźwięki, Ase­sor pod­niósł się i prze­ciągnął tak, jak­by od wie­lu go­dzin drętwiał w bez­ru­chu, po czym wy­lazł spod biur­ka i zaczął cze­kać.

Theo wszedł do holu z ple­ca­kiem prze­rzu­co­nym przez ramię i jak za­wsze rzu­cił przy­ja­zne „Cześć, Elso”. Elsa ze­rwała się z fo­te­la, uszczypnęła go w po­li­czek i spy­tała, jak mu minął dzień. „W porządku”, od­rzekł jak zwy­kle. Elsa po­pra­wiła chłopcu przy­pi­na­ny na gu­zicz­ki kołnie­rzyk ko­szu­li i oznaj­miła:

– Oj­ciec po­wie­dział, że świet­nie się spi­sałeś w cza­sie de­ba­ty. Tak było?

– Chy­ba tak. W każdym ra­zie wy­gra­liśmy. – Ase­sor kręcił mu się przy no­gach, ma­chając ogo­nem i do­ma­gając się piesz­czo­ty i po­wi­ta­nia.

– Bar­dzo ele­ganc­ko wyglądasz w praw­dzi­wej ko­szu­li – po­wie­działa Elsa. Theo spo­dzie­wał się tego, bo Elsa na po­wi­ta­nie zwy­kle mu­siała sko­men­to­wać jego wygląd. Była star­sza od jego ro­dziców, ale ubie­rała się jak dwu­dzie­sto­lat­ka z pokręco­nym gu­stem. Pełniła też funkcję bab­ci Theo i zaj­mo­wała w jego życiu bar­dzo ważne miej­sce.

Theo przy­wi­tał się z psem, po­kle­pał go po głowie i spy­tał:

– Mama w biu­rze?

– Jest i cze­ka na cie­bie! – radośnie wy­krzyknęła Elsa. Star­sza pani try­skała nie­by­wałą wprost ener­gią. – I jest jej bar­dzo przy­kro, że nie do­tarła na de­batę.

– Nic się nie stało. Prze­cież też ma swoją pracę.

– Tak, wiem. W kuch­ni są pe­ka­no­we cia­stecz­ka.

– Kto je upiekł?

– Dziew­czy­na Vin­ce’a.

Theo kiwnął z apro­batą głową i ru­szył przez hol w stronę ga­bi­ne­tu mamy. Drzwi były uchy­lo­ne i mama ge­stem ręki przy­wołała go do sie­bie. Chłopak usiadł przed jej biur­kiem, Ase­sor ułożył mu się przy no­gach. Pani Bo­one trzy­mała przy uchu te­le­fon i słuchała czy­jejś ty­ra­dy. Jej szpil­ki leżały na podłodze, co świad­czyło o wie­lo­go­dzin­nym prze­by­wa­niu w sądzie. Mar­cel­la Bo­one miała czter­dzieści sie­dem lat, była star­sza od większości ma­tek ko­legów szkol­nych Theo i uważała, że praw­nicz­ki w sądzie mają obo­wiązek wyglądać ele­ganc­ko. Do biu­ra zwy­kle ubie­rała się swo­bod­niej, jed­nak na wi­zytę w sądzie szpil­ki były obo­wiązko­we.

Pan Bo­one, którego ga­bi­net znaj­do­wał się na piętrze, rzad­ko bywał w sądzie, a jesz­cze rza­dziej zwra­cał uwagę na swój wygląd.

– Gra­tu­luję – po­wie­działa pani Bo­one, odkładając słuchawkę. – Tata mi po­wie­dział, że świet­nie wy­padłeś. Prze­pra­szam, że nie mogłam być.

Jesz­cze chwilę po­gawędzi­li o de­ba­cie i Theo powtórzył traf­ne ar­gu­men­ty Cen­tral­nej i kontrar­gu­men­ty jego drużyny. Pani Bo­one szyb­ko wy­czuła jed­nak, że coś jest nie tak. Chłopca często zdu­mie­wało, jak mat­ka po­tra­fi wy­czuć, kie­dy coś go gry­zie. Z tych sa­mych względów większość jego kawałów czy prób na­bra­nia jej paliła na pa­new­ce. Wy­star­czyło, że po­pa­trzyła mu w oczy i od razu wie­działa, że coś kom­bi­nu­je.

– Co się dzie­je, Theo? – spy­tała.

– No cóż, możesz za­po­mnieć o mo­jej ka­rie­rze mu­zycz­nej – zaczął, po czym opo­wie­dział o wy­co­fa­niu się szkoły z lek­cji mu­zy­ki. – To ta­kie nie­spra­wie­dli­we. Pan Sas­strunk to taki faj­ny na­uczy­ciel. Żył tymi lek­cja­mi, a poza tym myślę, że po­trze­bo­wał tych do­dat­ko­wych pie­niędzy.

– To okrop­ne, Theo.

– Po­szliśmy z tym do pani Gla­dwell, a ona po­wie­działa, że to wy­dział oświa­ty zarządził oszczędności. Będzie mu­siała po­zwal­niać tre­nerów, woźnych, per­so­nel stołówki. To na­prawdę okrop­ne, a ona nie może nic w tej spra­wie zro­bić. Po­wie­działa, że możemy złożyć skargę w ku­ra­to­rium, ale jeśli w ka­sie bra­ku­je pie­niędzy, to bra­ku­je i ko­niec.

Pani Bo­one obróciła się z fo­te­lem do nie­wiel­kiej szaf­ki na do­ku­men­ty i zaczęła cze­goś w niej szu­kać. Gdy pan Bo­one szu­kał cze­goś w swo­im ga­bi­ne­cie, grze­bał po omac­ku w ster­cie pa­pierów na biur­ku. Tecz­ki z do­ku­men­ta­mi leżały również pod biur­kiem, koło biur­ka, a zda­rzało się też, że po­je­dyn­cze kart­ki wy­su­wały się z te­czek i za­le­gały lu­zem na podłodze. Ga­bi­net pani Bo­one był bar­dzo no­wo­cze­sny, do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ny i wszyst­ko leżało na swo­im miej­scu. Pokój pana Bo­one’a był sta­ry, za­gra­co­ny i pełen nie­po­trzeb­nych szpar­gałów. Mimo to – Theo był wie­lo­krot­nie tego świad­kiem – oj­ciec po­tra­fił zna­leźć szu­kany do­ku­ment nie­mal równie szyb­ko jak mama.

Odwróciła się do biur­ka, trzy­mając w ręce teczkę z ak­ta­mi.

– Ta klient­ka przyszła do mnie w zeszłym ty­go­dniu w spra­wie roz­wo­du. Bar­dzo smut­na hi­sto­ria. Ma dwa­dzieścia czte­ry lata, małe dziec­ko i dru­gie w dro­dze. Nie pra­cu­je, bo cały czas poświęca dziec­ku. Mąż jest początkującym po­li­cjan­tem i wszy­scy tro­je żyją tyl­ko z jego pen­sji. Le­d­wo wiążą ko­niec z końcem i nie ma mowy, żeby było ich stać na pro­wa­dze­nie dwóch domów. Za­su­ge­ro­wałam wi­zytę w po­rad­ni małżeńskiej i podjęcie próby ułożenia so­bie życia w ich związku. Za­dzwo­niła do mnie wczo­raj z in­for­macją, że mąż właśnie do­stał wy­po­wie­dze­nie. Bur­mistrz po­le­cił wszyst­kim pod­ległym so­bie służbom, by obcięły wy­dat­ki o pięć pro­cent. Mamy w mieście sześćdzie­sięciu po­li­cjantów, więc to ozna­cza, że trzech z nich stra­ci pracę. Mąż mo­jej klient­ki jest jed­nym z tej trójki.

– I co ona te­raz zro­bi? – spy­tał Theo.

– Będzie mu­siała jakoś so­bie ra­dzić. Wszyst­ko to jest bar­dzo smut­ne. Po­wie­działa, że wy­da­je jej się, jak­by jesz­cze wczo­raj była w li­ceum i ma­rzyła o pójściu do col­le­ge’u i zro­bie­niu ka­rie­ry. A te­raz jest prze­rażona i nie wie, co z nią będzie ju­tro.

– Poszła w końcu do col­le­ge’u?

– Próbowała, ale obcięto jej po­moc fi­nan­sową.

– Wszędzie cięcia. Co się dzie­je, mamo?

– Go­spo­dar­ka raz rośnie, raz się kur­czy. Jak jest do­bra ko­niunk­tu­ra, to lu­dzie więcej za­ra­biają i więcej wy­dają, dzięki cze­mu do budżetu wpływa więcej pie­niędzy z po­datków. Więcej w po­sta­ci po­datku od sprze­daży, od nie­ru­cho­mości, od…

– Nie bar­dzo ro­zu­miem po­da­tek od nie­ru­cho­mości.

– Już ci tłumaczę. To bar­dzo pro­ste. Tatuś i ja je­steśmy właści­cie­la­mi tego bu­dyn­ku, czy­li nie­ru­cho­mości. Nie­ru­cho­mościa­mi na­zy­wa się bu­dyn­ki i zie­mię, na­to­miast sa­mo­cho­dy, łodzie, mo­to­cy­kle czy ciężarówki za­li­czają się do majątku ru­cho­me­go. Od nich też się płaci po­dat­ki, ale wróćmy do bu­dyn­ku. Jego obecną war­tość oce­nia się na czte­ry­sta tysięcy do­larów, a to dużo więcej, niż zapłaci­liśmy za nie­go wie­le lat temu. Po do­ko­na­niu wy­ce­ny nie­ru­cho­mości przez władze miej­skie służby fi­nan­so­we wy­mie­rzają od niej po­da­tek. W zeszłym roku wy­no­sił on bli­sko je­den pro­cent, co ozna­czało po­da­tek od nie­ru­cho­mości w wy­so­kości czte­rech tysięcy do­larów rocz­nie. To samo do­ty­czy na­sze­go domu, tyle że domy miesz­kal­ne są opo­dat­ko­wa­ne nie­co niżej. Jeśli cho­dzi o majątek ru­cho­my, to sta­no­wią go na­sze dwa sa­mo­cho­dy, a po­da­tek od nich wyniósł około tysiąca do­larów. W su­mie w zeszłym roku wpłaci­liśmy do kasy miej­skiej około sied­miu tysięcy do­larów w po­sta­ci po­datków.

– I co się dzie­je z tymi pie­niędzmi?

– Naj­więcej idzie na szkoły, ale z na­szych po­datków opłacają również straż pożarną i po­licję, szpi­ta­le, zakłada­nie i kon­ser­wację parków i placów za­baw, re­mon­ty ulic, wywóz śmie­ci. Li­sta po­trzeb jest bar­dzo długa.

– Ma­cie wpływ na to, jak te pie­niądze są wy­da­wa­ne?

Pani Bo­one się uśmiechnęła i za­sta­no­wiła przez chwilę.

– Może trochę. Na pew­no nie bez­pośred­ni, ale to my wy­bie­ra­my bur­mi­strza i rad­nych, którzy teo­re­tycz­nie po­win­ni nas słuchać. Ale w prak­ty­ce po pro­stu płaci­my, bo nie mamy wy­bo­ru, i możemy mieć tyl­ko na­dzieję, że na­sze pie­niądze zo­staną rozsądnie wy­da­ne.

– Lu­bisz płacić po­dat­ki?

Pani Bo­one znów się uśmiechnęła, tym ra­zem z na­iw­ności syna.

– Theo, nikt nie lubi płacić po­datków, ale jed­no­cześnie wszy­scy chcą mieć jak naj­lep­sze szkoły, naj­le­piej wy­szko­lo­nych strażaków i po­li­cjantów, piękne par­ki, naj­lep­sze szpi­ta­le i tak da­lej.

– Myślę, że sie­dem tysięcy do­larów rocz­nie to nie tak strasz­nie dużo.

– Theo, to sie­dem tysięcy do­larów tyl­ko do budżetu mia­sta. Płaci­my też po­dat­ki władzom okręgo­wym, sta­no­wym i Wu­jo­wi Sa­mo­wi w Wa­szyng­to­nie. A po­nie­waż go­spo­dar­ka prze­cho­dzi załama­nie, na wszyst­kich po­zio­mach budżeto­wych ro­bio­ne są oszczędności. To nie dzie­je się tyl­ko u nas w Strat­ten­bur­gu.

– To zna­czy, że wszędzie jest tak źle?

– Bywało go­rzej. Jak już mówiłam, raz jest go­rzej, raz le­piej. Tyle że za­wsze od­czu­wa się to boleśniej, gdy do­ty­ka kogoś zna­jo­me­go, jak two­je­go pana Sas­strun­ka czy mo­jej młodej klient­ki. Kie­dy nasi zna­jo­mi tracą pracę, spra­wa od razu na­bie­ra wagi.

– Czy to załama­nie go­spo­dar­ki do­ty­czy też do­brej sta­rej fir­my Bo­one i Bo­one?

– O tak, zwłasz­cza działki two­je­go taty. Jeśli lu­dzie prze­stają ku­po­wać domy i bu­do­wać nowe, cały han­del nie­ru­cho­mościa­mi pod­upa­da. Ale nie ma się czym przej­mo­wać, Theo. Już nie­raz przez to prze­szliśmy.

– Ale to ta­kie nie­spra­wie­dli­we.

– To praw­da, tyle że nikt nie po­wie­dział, że życie ma być spra­wie­dli­we.

Za­dzwo­nił te­le­fon wewnętrzny. Dzwo­niła Elsa.

– Muszę ode­brać – po­wie­działa pani Bo­one. – Myślę, że tata chętnie cię zo­ba­czy.

– Do­bra, mamo. Co dziś na ko­lację?

Ale dow­cip! Była środa, a w środę za­wsze je­dli chińszczyznę na wy­nos ze Złote­go Smo­ka. Pani Bo­one była zbyt zajęta, by prze­sia­dy­wać w kuch­ni.

– Mam dziś ochotę na słodko-kwaśne kre­wet­ki.

– Dla mnie bom­ba – ucie­szył się Theo. Wstał z krzesła, Ase­sor pod­niósł się z podłogi i ra­zem wy­szli z ga­bi­ne­tu.