Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

The Walking Dead. Żywe Trupy. Narodziny Gubernatora ebook

Robert Kirkman

3.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 438 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka The Walking Dead. Żywe Trupy. Narodziny Gubernatora - Robert Kirkman

Na początku był przełomowy i świetnie oceniany komiks...

„Żywe Trupy to synonim nieprzemijającej, wysokiej jakości.” Paweł Deptuch, Carpe Noctem/Nowa Fantastyka

Potem pojawił się rewelacyjny serial...

„Najlepsza nowość w telewizji.” Entertainment Weekly

Aż w końcu przyszedł czas na pierwszą z serii powieści opowiadających historię kultowych postaci z uniwersum The Walking Dead

Gubernator. Ten rządzący Woodsbury despota znany jest z własnego, chorego poczucia sprawiedliwości: w jej imieniu zmusza więźniów do walki z zombie ku uciesze miejscowych, a tym, którzy wejdą mu w drogę, odcina ręce i nogi. Kiedy tylko pojawił się w komiksowym cyklu Żywe trupy, został okrzyknięty przez magazyn Wizard „Złoczyńcą roku”, a jego postać do dziś wzbudza wśród czytelników kontrowersje.

Nadszedł czas, by sięgnąć do korzeni. Dzięki książce, którą trzymasz w ręku, dowiesz się, jak Gubernator stał się tym, kim jest, jak trafił do miejsca, w którym po raz pierwszy ujrzeli go fani serii, i co sprawiło, że wykurzył Ricka i jego towarzyszy z ich bezpiecznej przystani.

Wybierz się w podróż po świecie, gdzie człowiek musi walczyć nie tylko o swoje życie, ale i duszę. Stań na krawędzi przepaści, na której dnie spoczywa ludzkość.

Zobacz, jak powstaje legenda.

Bądź świadkiem narodzin Gubernatora.

Opinie o ebooku The Walking Dead. Żywe Trupy. Narodziny Gubernatora - Robert Kirkman

Fragment ebooka The Walking Dead. Żywe Trupy. Narodziny Gubernatora - Robert Kirkman

the
Walking Dead

Żywe trupy

Narodziny Gubernatora

Robert Kirkman

i

Jay Bonansinga

Kraków 2011

Wstęp

Przygoda Roberta Kirkmana z zombie zaczęła się we wczesnym dzieciństwie, kiedy to miał okazję zapoznać się z kultowymi już filmami George’a A. Romero Night of the Living Dead i Dawn of the Dead oraz ich kontynuacjami i remake’ami. Autor praktycznie w każdym wywiadzie podkreśla, że na The Walking Dead największy wpływ miał właśnie Romero i jego wizja. Inspiracji i pomysłów Kirkmanowi nie brakowało, ale droga do sukcesu była bardzo długa i wyboista.

Koniec lat dziewięćdziesiątych i początek nowego tysiąclecia w przemyśle komiksowym nie były łatwe dla początkujących scenarzystów, którzy pragnęli zaistnieć dzięki własnym autorskim pomysłom. Wydawcy woleli nie ryzykować wtopy z powodu nikomu nieznanych nazwisk i lokowali pieniądze w sprawdzonych, markowych tytułach. Kirkman musiał więc zainwestować własne środki, aby założyć wydawnictwo i wypłynąć na powierzchnię oraz pokazać się szerszej publice. Jego debiut był głośny i kontrowersyjny. Parodia komiksów o superbohaterach z papieżem w roli głównej (Battle Pope) przyciągnęła zarówno czytelników, jak i odpowiedniego wydawcę, którym był Image Comics. Kirkman od razu przedstawił pomysły na kilka własnych tytułów, ale w 2001 roku – jak wspomina – komentarz Erica Stephensona na temat The Walking Dead brzmiał następująco: Słuchaj, nikt nie będzie chciał czytać prostej historii o zombie. Nie ma w tym nic niezwykłego, to tylko garstka ludzi żyjąca w świecie opanowanym przez wirusa. Uważamy, że to jest mało interesujące, i chcielibyśmy, abyś dodał do tego coś jeszcze, co mogłoby przyciągnąć czytelników...

Kirkman nie miał wyjścia, przełknął krytyczną opinię, napisał kilka innych scenariuszy (SuperPatriot i Tech Jacket) i w końcu znalazł sposób, aby podejść wydawców – okłamał ich. Seria miała się toczyć tak, jak ją zaplanował na początku, z tą jednak różnicą, że w kolejnych numerach powoli ujawniałby fakt, że to właściwie kosmici spowodowali powstanie zombie. W ten sposób mieli osłabić potęgę militarną Ziemian i w konsekwencji przeprowadzić inwazję. Oczywiście, ludzie tak łatwo by się nie poddali, co miało doprowadzić do wielkiej i epickiej bitwy między dwoma rasami. Tym razem pomysł bardzo spodobał się wydawcy i już pod koniec 2003 roku pierwszy numer The Walking Dead z rysunkami Tony’ego Moore’a pojawił się na sklepowych półkach. Kosmici jednak się w nim nie znaleźli.

Początki serii nie były lekkie. Premierowy zeszyt sprzedał się w ponad siedmiotysięcznym nakładzie, co na warunki mniejszych wydawnictw było dość przyzwoitym wynikiem, jednak sprzedaż kolejnych znacznie się wahała. Kirkman, pomimo swoich zapowiedzi, jakoby Żywe trupy miały być telenowelą grozy, która nigdy się nie skończy, obawiał się, że seria zostanie anulowana już po dwunastym numerze. Prasa niespecjalnie zwracała uwagę na nowy tytuł, traktując go raczej jako kolejny pulpowy twór będący mieszanką taniej sensacji i horroru. Ratunek przyszedł jednak ze strony samych czytelników, którzy pocztą pantoflową przekazywali sobie informacje o nowej jakości, jaka pojawiła się w komiksach spod znaku krwi i flaków. Dzięki temu już po roku od premiery sprzedaż wzrosła dwukrotnie (i przez następne lata rosła dalej), a scenarzysta mógł spać spokojnie i konsekwentnie prowadzić swoich bohaterów przez świat opanowany przez zombie.

Po ośmiu latach od debiutu marka The Walking Dead znana jest praktycznie na całym świecie. Tytuł ten jest najlepiej sprzedającą się pozycją komiksową z wydawnictw niezależnych, zarówno w formacie zeszytowym, jak i w wydaniach zbiorczych; magazyn The Time uznał go jednym z pięciu najważniejszych komiksów minionej dekady, a ciągła obecność na listach bestsellerów New York Timesa i Amazona oraz statuetka Eisnera, dwie Harvey’a (najbardziej prestiżowe nagrody branży komiksowej) i wiele innych, równie znaczących tylko potwierdza wyjątkowość tworu Roberta Kirkmana.

Mało tego. Żywe trupy okazały się na tyle plastycznym surowcem, że za sprawą Franka Darabonta (reżyser Skazanych na Shawshank i Zielonej mili) zaatakowały również ekrany telewizorów. Pierwszy sezon serialu odniósł wielki sukces, gromadząc przed ekranami ponad 600 milionów widzów w 122 krajach na całym świecie i zdobywając dziesiątki nominacji do przeróżnych nagród branżowych. Powodem tego sukcesu był nie tylko doskonały materiał wyjściowy, ale także doborowy oddział twórców, który przystąpił do realizacji serialu. Gale Anne Hurd (producentka serii Terminator i Obcy), Charles H. Eagle (scenarzysta Dextera i The Shield), Bear McCreary (autor muzyki do Battlestar Galactica), Greg Nicotero (spec od efektów specjalnych i charakteryzacji) czy Drew Struzan (autor kultowych plakatów do m.in. Star Wars i Blade Runnera) to tylko wierzchołek góry lodowej, który brał udział w produkcji pierwszej serii. Każdy z nich chciał i chce nadal być częścią świata wykreowanego przez Kirkmana, dodać coś od siebie, jeszcze bardziej podnieść jakość i być choć trochę kojarzonym z jego marką. Na tym jednak nie koniec. W USA pojawiły się już dwie gry planszowe (jedna z wizualizacją z serialu, druga z komiksu), linia figurek z McFarlane Studios, a na przyszły rok zapowiedziano grę komputerową osadzoną w świecie Żywych trupów. Zapewne to nie koniec i tylko czas pokaże, co nam jeszcze przyszłość przyniesie w temacie zombie Kirkmana.

Niezwykła sprawność w zawiązywaniu fabuły, szokujące cliffhangery, świetnie zarysowane postacie i elektryzujące relacje między nimi, nieustające napięcie, spora dawka emocji, akcji i grozy, fakt, że autor w żaden sposób nie odpuszcza swoim bohaterom, daje do zrozumienia, że nawet ulubieńcy czytelników nie mogą być pewni swojej przyszłości – to największa siła The Walking Dead. Wszystkie te elementy tworzą nierozerwalną całość i są definicją nieprzemijającej, wysokiej jakości, która towarzyszy serii od pierwszego numeru. Kirkman definitywnie zerwał z wizerunkiem opowieści o zombie jako krwawych, tanich historyjek o eliminowaniu żywych trupów. The Walking Dead to rasowy dramat z elementami horroru, ukazujący powolną, lecz nieuniknioną deewolucję człowieka, jego staczanie się i metamorfozę w istotę o podstawowych potrzebach i najniższych instynktach. Autor traktuje zombie jako tło dla pytań o kondycję jednostki i całego społeczeństwa, interakcji pomiędzy bohaterami i ukazania ludzkich zachowań w trudnych sytuacjach. Te kwestie znajdują naprawdę niesamowite odpowiedzi, a na dodatek są doprawione odpowiednią dawką mocnych scen przeznaczonych dla miłośników rasowych horrorów.

Prawie wszystkie pozytywy znajdujące się w komiksie twórcom serialu udało się bardzo sprawnie przenieść na szklane ekrany. A jak to jest w przypadku książki Narodziny Gubernatora? Jay Bonansinga to jeden z najbardziej pomysłowych pisarzy thrillerów, co prawda w Polsce jeszcze nieznany, ale bardzo doceniany zarówno w USA, jak i w innych krajach, gdzie tłumaczone są jego powieści. Nieprzypadkowo Kirkman wybrał akurat go do spisywania wszystkich pomysłów, uwag oraz zarysów wątków i przerabiania ich na zdatne do czytania słowo pisane. Opowieść, jaką postanowili podjąć obaj panowie, jest równie wdzięczna, co niebezpieczna. Wszyscy wiemy, jak kończy się ujawnianie nieodkrytych kart z historii popularnych postaci, dopisywanie opowieści, które w wyobraźni odbiorców wyglądają bardzo różnie. Może się to skończyć albo tragedią, albo strzałem w dziesiątkę. Gubernator to największy złoczyńca, jaki do tej pory pojawił się na kartach The Walking Dead. Bardzo mocno dał się we znaki głównemu bohaterowi serii, naznaczył go i w pewien sposób ukształtował ścieżkę, którą Rick od momentu spotkania z nim podąża po dziś dzień. Miał chore poczucie sprawiedliwości i poglądy, wydawał dziwne osądy. Od razu przykuł uwagę czytelników, namieszał w głowach, rozpalił wyobraźnię. Znalazł się w rankingu stu najbardziej rozpoznawalnych komiksowych złoczyńców, a także zdobył nagrodę czytelników magazynu Wizard w kategorii „Villain of the Year”. Sami więc widzicie, że istniała duża obawa o odpowiednie potraktowanie genezy Gubernatora, ale Jay Bonansinga dał z siebie wszystko, zdał egzamin u Kirkmana i świetnie uchwycił klimat komiksowego pierwowzoru, o czym już za chwilę będziecie mogli przekonać się sami.

Paweł Deptuch

PS:

Miesiąc, w którym debiutuje książka, jest idealnym momentem, aby zwrócić uwagę na dzieło Roberta Kirkmana, jeśli jeszcze nie mieliście okazji. Raz, że pojawia się drugi sezon The Walking Dead w telewizji; dwa, że na polskim rynku dostępny jest już komplet wszystkich wydanych do tej pory tomów komiksowej zombie-epopei (łącznie z dodrukami pierwszych, wyprzedanych do cna albumów), a trzy... po prostu nie wypada nie znać historii Ricka Grimesa, która zapoczątkowała nową modę na zombie.

Dla Jeanie-B, Joeya i Billa… miłości mojego życia.

– Jay

Dla Soni, Petera i Collette… obiecuję, że będę mniej pracował, kiedy opłacimy college.

– Robert

Część pierwszaWydrążeni ludzie

Nie ma nic chwalebnego w umieraniu. Każdy może to zrobić.

– Johnny Rotten

Jeden

Brian Blake, skulony w zatęchłej ciemności, gdzie strach uciska jego pierś, a ból pulsuje mu w kolanach, pragnie tylko jednego – dodatkowej pary rąk, by mógł zakryć swoje własne uszy i odciąć się od odgłosu rozbijanych ludzkich głów. Niestety, obie dłonie zajęte ma czymś innym, trzyma je bowiem na malutkich uszkach dziewczynki przycupniętej obok niego w szafie.

Siedmiolatka trzęsie się w jego objęciach, podskakuje, słysząc każde THWACK-GAHHHH-THUMP dobiegające zza drzwi. Potem następuje cisza, mącona jedynie mlaszczącym szuraniem buta stąpającego po pokrytej krwią posadzce i szumem wściekłych szeptów w przedsionku.

Brian znowu zaczyna kaszleć, nie może nic na to poradzić. Przez ostatnie dni walczył z cholernym przeziębieniem i nadal nie potrafi powstrzymać upartego łaskotania w stawach i zatokach. Dzieje się tak każdej jesieni, kiedy dni w Georgii stają się coraz ciemniejsze i ponure. Wilgoć źle wpływa na jego kości, tłamsi energię, kradnie oddech. A teraz z każdym kaszlnięciem czuje ukłucie tępego, wywołanego gorączką bólu.

Zgina się wpół przy kolejnym ataku, charczy, ale nadal trzyma dłonie przyciśnięte do uszu małej Penny. Zdaje sobie sprawę, że jego zachrypnięte dyszenie ściąga na nich uwagę tych, którzy znajdują się po drugiej stronie drzwi, niesie się po całym domu, ale nic nie może na to poradzić. Każde kaszlnięcie sprowadza światłość – jego niewidzące źrenice rozświetlają tysiące miniaturowych fajerwerków. Szafa, szeroka zaledwie na cztery stopy, głęboka na trzy, jest ciemna jak wnętrze kałamarza, śmierdzi kulkami na mole, mysimi bobkami i starym serem. Z mroku zwisają plastikowe pokrowce na garnitury, ocierają się o twarz Briana. Jego młodszy brat Philip powiedział mu, że w szafie można kasłać. Właściwie Brian mógł sobie kasłać, ile, kurwa, wlezie – odciągnęłoby to potwory – ale nie chciał zarazić córeczki Philipa tym przeklętym przeziębieniem. Jeśli by ją zaraził, Philip rozwaliłby mu łeb.

Atak kaszlu przechodzi.

Chwilę później słyszy kolejne ciężkie kroki przerywające ciszę – kolejny umarlak wchodzi do miejsca, gdzie dokonała się rzeź. Brian przyciska dłonie jeszcze mocniej do głowy Penny, a dziewczynka krzywi się na dźwięk kolejnego Rozwalania Czaszek w d-moll. Gdyby ktoś poprosił go o opisanie hałasu dochodzącego zza drzwi szafy, Brian Blake prawdopodobnie nawiązałby w swojej odpowiedzi do czasów, kiedy z mizernym powodzeniem prowadził sklep muzyczny. Porównałby ten dźwięk do symfonii perkusyjnej, którą wygrywają w piekle – brzmiało to jak popieprzony wyimek z Edgarda Varèse’a albo solówka naćpanego Johna Bonhama, przetykana różnymi zwrotkami i refrenami: powolnym, ludzkim oddechem... szurającymi krokami kolejnego, poruszającego się trupa... świstem siekiery... uderzeniem stali w ciało... i wreszcie wielki finał, czyli wilgotny dźwięk zwłok upadających na oślizgły parkiet.

Znowu przerwa, co sprawia, że ciarki przechodzą Brianowi po kręgosłupie. Zapada cisza. Oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, Brian widzi więc połyskiwanie gęstej krwi tętniczej sączącej się pod drzwi szafy. Wygląda jak olej napędowy. Delikatnie odsuwa bratanicę od powiększającej się kałuży, sadza ją między butami a parasolkami ustawionymi pod tylną ścianą.

Rąbek jeansowej sukieneczki Penny Blake dotyka krwi. Dziewczynka szybko przyciąga materiał do siebie i gorączkowo pociera plamę, jakby samo wchłonięcie krwi przez ubranie mogło ją w jakiś sposób zainfekować. Kolejne konwulsje wstrząsają ciałem Briana, próbuje z nimi walczyć.

Przełyka drapiący ból gardła i ma wrażenie, jakby połknął potłuczone szkło. Przytula do siebie dziewczynkę. Nie wie, co ma powiedzieć lub zrobić. Chciałby jej pomóc. Chciałby wyszeptać jakieś słowo otuchy, ale nic nie przychodzi mu do głowy.

Ojciec dziewczynki wiedziałby, co powiedzieć. Philip by wiedział. Zawsze wie. Philip Blake jest jedną z osób mówiących rzeczy, które każdy zawsze chciałby powiedzieć. Mówi to, co musi zostać powiedziane, i robi to, co musi zostać zrobione. Jak teraz. Jest na zewnątrz razem z Bobbym i Nickiem, robią to, co musi zostać zrobione... Podczas gdy Brian zabunkrował się w ciemnościach niczym wystraszony królik i myśli, co powiedzieć swojej bratanicy.

Biorąc pod uwagę, że Brian Blake jest starszym z dwójki rodzeństwa, mogło dziwić, iż to on zawsze był konusem. Mierzy ledwie pięć stóp i siedem cali, w dodatku w butach na grubej podeszwie. Do tego Brian Blake jest chudy jak strach na wróble, wiszą na nim nawet czarne, obcisłe jeansy i podarty podkoszulek z logiem Weezer. Kozia bródka, bransolety z makramy i burza włosów niczym u Ichaboda Crane’a dopełniają obrazu trzydziestopięciolatka, upodabniając go do przybłędy z jakieś bohemy, istnego Piotrusia Pana, klęczącego teraz w przesiąkniętej zapachem kulek na mole ciemności.

Brian bierze głęboki oddech i patrzy w sarnie oczy Penny, na jej nieruchomą, przerażoną twarzyczkę, bladą jak duch w mroku szafy. Zawsze była cichą, małą dziewczynką o niemal porcelanowej cerze, przypominała trochę chińską laleczkę, a jej twarz otaczała jakaś eteryczna aura. Ale po śmierci matki ta twarzyczka stała się jeszcze bardziej zapadnięta, mizerna i stoicka, niemal przezroczysta, a kosmyki kruczoczarnych włosów zasłaniały wielkie oczęta.

Przez ostatnie trzy dni nie odezwała się prawie ani słowem. Pewnie były to wyjątkowe dni, a trauma objawia się u dzieci inaczej niż u dorosłych, ale Brian obawiał się, że Penny cierpi na skutek jakiegoś szoku.

– Będzie dobrze, mała – szepcze jej Brian do ucha, kończąc zdanie słabym kaszlnięciem.

Mówi coś, ale nie patrzy na niego. Bełkocze, wgapiając się w podłogę; na jej umorusanym policzku błyszczy łza.

– Co się dzieje, Pen? – Brian przytula ją mocniej i wyciera łzę.

Znowu coś mruczy, i znowu, i znowu, ale nie do Briana, jest to raczej jakaś mantra, modlitwa albo inkantacja:

– Nigdy już nie będzie ze mną dobrze, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy.

– Cichutko. – Przyciska delikatnie jej głowę do swojego wygniecionego T-shirtu.

Czuje wilgotne ciepło jej twarzy na swoich żebrach. Znowu zasłania jej uszy, bowiem zza drzwi dobiega kolejne TWACK, gdy ostrze siekiery przecina skórę, twardą czaszkę, kolejne warstwy opon i płat potyliczny. Dźwięk przypomina uderzenie kijem baseballowym w mokrą, miękką piłkę – krew tryska jak woda z rzuconego na podłogę mopa – a po nim słychać już tylko upiorny, chlupoczący łoskot. Może to dziwne, ale dla Briana najgorszą częścią jest właśnie to głuche, mlaszczące ŁUP ciała walącego się na drogie, ceramiczne kafelki.

Owe kafelki zostały wykonane na zamówienie, były bogato inkrustowane, rzeźbione w azteckie wzorki. To uroczy dom... a przynajmniej kiedyś taki był.

Znowu zapada okropna cisza.

Brian tłumi w sobie kaszlnięcie, jakby trzymał w ustach petardę, która zaraz ma wybuchnąć, by w razie potrzeby jeszcze lepiej słyszeć nieregularny oddech, a potem ciężkie kroki i szuranie buciorów po umazanej posoką podłodze.

Ale nic takiego nie następuje, po drugiej stronie drzwi jest jedynie cisza.

Brian czuje, jak dziecko wtula się w niego – mała Penny przygotowuje się na kolejną porcję uderzeń siekiery – ale cisza pozostaje niezmącona. Kilka cali od ich twarzy słychać za to dźwięk zwalnianego zamka, gałka od drzwi szafy zaczyna się przekręcać, przez co Brian czuje na swoim ciele gęsią skórkę. Drzwi otwierają się na oścież.

– Okej, wszystko gra – mówi stojący przed nimi mężczyzna barytonem przesiąkniętym whiskey i papierosami.

Zagląda do środka i patrzy na nich, mrugając oczami, by przyzwyczaić się do ciemności. Po twarzy spływa mu lśniący pot, na policzkach ma rumieniec wywołany przez wysiłek związany z pozbywaniem się trupów. Philip Blake trzyma w spracowanej ręce śliski od krwi trzonek siekiery.

– Jesteś pewien? – mamrocze Brian.

Ignorując brata, Philip wpatruje się w swoją córkę.

– Wszystko w porządku, dyniuszko. Tata jest cały i zdrów.

– Na pewno? – mówi Brian, kaszląc.

Philip patrzy na brata.

– Pamiętałeś, by zasłaniać usta, co?

Brian rzęzi.

– Na pewno jest czysto?

– Dyniuszko? – Philip Blake zwraca się czule do córki z wyraźnym południowym akcentem, a dzikie iskierki przemocy w jego oczach łagodnieją. – Musisz jeszcze tutaj minutkę posiedzieć, dobrze? Zostaniesz tutaj, aż tatuś nie powie, że można wyjść. Rozumiesz?

Lekkim skinieniem głowy blada, mała dziewczynka daje mu znać, że rozumie.

– Chodź! – Philip wywołuje swojego brata z cienia. – Będę potrzebował twojej pomocy przy sprzątaniu.

Brian wstaje na równe nogi i przeciska się przez wiszące w szafie okrycia.

Wychodzi ze środka i mruży oczy, oślepiony jasnym światłem z przedsionka. Rozgląda się, kaszle i rozgląda się raz jeszcze. Przez krótką chwilę wydaje mu się, że bogato zdobiony dwupiętrowy dom w kolonialnym stylu, jasno oświetlony przez wymyślne, miedziane żyrandole, jest w trakcie jakiegoś remontu przeprowadzanego przez ekipę malarzy cierpiących na paraliż. Ściany koloru morskiego upaprane są wielkimi, purpurowymi rozbryzgami, jakby ktoś rzucił w nie jajkiem. Czarno-szkarłatne wzory niby z testu Rorschacha pokrywają drewniane listwy. I wtedy Brian zauważa leżące na podłodze kształty.

Sześć ciał przypomina krwawe strzępy. Nie sposób rozpoznać wieku czy płci, zwłoki są zbyt zmasakrowane, no i ta sina, plamista skóra i zniekształcone czaszki...

Największy trup leży u stóp spiralnych schodów, w rozprzestrzeniającej się kałuży żółci. Inny, prawdopodobnie pani domu, niegdyś będąca jowialną gospodynią, podtykającą gościom pod nos placek z brzoskwiniami; istny symbol południowej gościnności, leży teraz na wznak na uroczym, białym parkiecie. Połamana masa. Strużka szarej materii zwisa z jej otwartej czaszki.

Brian Blake czuje, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a przełyk drga niezależnie od jego woli.

– W porządku, panowie, mam dla nas idealne zadanie – mówi Philip do swoich dwóch pomagierów, Nicka i Bobby’ego, oraz swojego brata, ale Brian ledwo go słyszy, serce wali mu tak mocno, że zagłusza wszystko wokół.

Zauważa inne szczątki – w ciągu ostatnich dwóch dni Philip zaczął nazywać tych, których udało się zgładzić, „podwójnie ugotowaną wieprzowiną” – porozrzucane przy wypolerowanych listwach przypodłogowych, na progu salonu. Może kiedyś były to nastolatki zamieszkujące ten dom, a może goście, którym przyszło zaznać południowej niegościnności zainfekowanego ugryzienia. Ciała leżą w rozpryskach tętniczej krwi. Strzaskana głowa jednego z nich odwrócona jest twarzą w dół, przez co przypomina przewrócony do góry nogami garnek z zupą, i nadal wypompowuje z siebie szkarłatną ciecz, rozlewającą się obficie po podłodze niczym woda z pękniętego hydrantu. Kilka innych nadal ma powbijane w głowy niewielkie siekiery, zagłębione w czaszkach aż po trzonki, niczym flagi tryumfujących podróżników powiewające na niegdyś niezdobytych szczytach.

Ręka Briana wędruje do ust, stanowi istną tamę przed falą, która nadchodzi jego przełykiem. Czuje pulsowanie pod czaszką, jakby ktoś zamknął tam rzucającą się ćmę. Spogląda w górę. Krew kapie z zawieszonego u sufitu żyrandola, a jedna z kropel spada mu wprost na nos.

– Nick, idź po brezent, który widzieliśmy wcześniej w...

Brian pada na kolana, wychyla się i z rykiem wymiotuje na parkiet. Parujący strumień koloru khaki rozbryzguje się na kafelkach i miesza z wydzielinami trupów.

Łzy palą Briana w oczy, kiedy wypluwa z siebie na podłogę cztery dni wypełnione bólem ducha.

Philip Blake pozwala sobie na głęboki wydech, nadal świdruje go adrenalinowy kop. Przez chwilę nie wykonuje żadnego ruchu, by pomóc bratu, lecz stoi spokojnie w miejscu, odkłada na bok zakrwawioną siekierę i przewraca oczami. To istny cud, że w oczodołach Philipa przez te wszystkie lata nie wyżłobiły się od tego jakieś rowki. Ale cóż innego mógł teraz zrobić? Ten biedny sukinsyn to w końcu brat, a rodzina to rodzina... szczególnie w takich nietypowych czasach.

Widać między nimi fizyczne podobieństwo i Philip nie może temu zaprzeczyć. Smukły, żylasty handlarz z wyrobionymi mięśniami, Philip Blake, wcale tak bardzo nie różni się od swojego brata, ma te same ciemne oczy w kształcie migdałów i czarne jak węgiel włosy odziedziczone po ich matce, która miała meksykańskie korzenie. Panieńskie nazwisko mamy Rose brzmiało Garcia, a jej geny zdominowały geny ojca chłopaków, Eda Blake’a, rosłego, szorstkiego potomka Szkotów i Irlandczyków, który nie wylewał na kołnierz. Ale Philipowi, trzy lata młodszemu od Briana, natura podarowała muskuły, którymi spokojnie można było obdarować obu braci. Mierzy ponad sześć stóp, nosi sprane jeansy, robocze buciory i batystową koszulę. Ma wąsy jak Fu Manchu i więzienne tatuaże jak motocyklista. Już chce ruszyć swoje zwaliste ciało i podejść do targanego torsjami brata, być może powiedzieć coś ostrego, ale zamiera. Słyszy dźwięk, który wybitnie mu się nie podoba, dochodzący z przedsionka.

Bobby Marsh, stary przyjaciel Philipa z liceum, stoi u stóp schodów, wycierając ostrze swojej siekiery w spodnie rozmiaru XXL. To postawny trzydziestodwulatek, o tłustych, związanych w cieniutką kitkę włosach, którego wywalili z college’u. Bobby Marsh nie jest tłuściochem, choć z pewnością ma problemy z nadwagą, ale i tak jest typem faceta, którego koledzy z klasy w Burke County High nazywaliby grubą dupą. Stoi i chichocze nerwowo, aż trzęsie mu się bamber, kiedy patrzy na wymiotującego Briana Blake’a. Jego śmiech jest pozbawiony radości, pusty – przypomina tik, nad którym Bobby nie potrafi panować.

Znerwicowany rechot po raz pierwszy wybrzmiał przed trzema dniami, kiedy to jeden z pierwszych umarlaków wychynął z warsztatu przy stacji benzynowej niedaleko lotniska w Auguście. Martwy mechanik miał na sobie przesiąknięte krwią ogrodniczki, a do buta przyczepił mu się długi kawał papieru toaletowego. Truposz próbował spałaszować tłuściutki kark Bobby’ego, ale w porę pojawił się Philip i walnął natręta łomem. Dzięki temu odkryli tego dnia, że mocne uderzenie w głowę załatwia sprawę, lecz cała sytuacja zestresowała Bobby’ego, który gruchnął obłąkanym śmiechem, będącym zapewne częścią jego mechanizmu obronnego. Nawijał potem o „czymś w wodzie”, że jest to „zupełnie jak pierdolona czarna śmierć”. Philip nie chciał wtedy słuchać o powodach, które wywołały tę burzę, i z pewnością nie miał też zamiaru robić tego dzisiaj.

– Hej! – Philip zwraca się do wielkiego mężczyzny. – Nadal sądzisz, że to zabawne?

Śmiech Bobby’ego zamiera.

Na drugim końcu pokoju, nieopodal okna wychodzącego na ciemne podwórko, obecnie przykrytego nocnym całunem, stoi obserwująca wszystko czwarta osoba. Nick Parsons, kolejny przyjaciel Philipa z jego wywrotowego dzieciństwa, jest niskim, szczupłym trzydziestokilkuletnim mężczyzną z zarostem godnym uczniaka i włosami ściętymi po żołniersku – niczym u jakiegoś niereformowanego mięśniaka. Nick to ten religijny kolega z paczki i jemu najtrudniej jest zaakceptować fakt, że muszą walczyć z czymś, co niegdyś było człowiekiem. Jego spodnie i buty poplamione są krwią, a w oczach widać traumę. Patrzy, jak Philip podchodzi do Bobby’ego.

– Przepraszam, stary – bełkocze Bobby.

– Tam jest moja córka – mówi Philip, patrząc Marshowi prosto w oczy.

Złość, panika i ból pulsujące w żyłach Philipa Blake’a stanowią wybuchową mieszankę. Bobby spogląda na zalaną krwią podłogę.

– Przepraszam, przepraszam.

– Bobby, idź po brezent.

Sześć stóp od nich Brian Blake, nadal klęcząc na kolanach i podpierając się dłońmi, opróżnia żołądek z resztek jego zawartości i próbuje się podnieść. Philip podchodzi do starszego brata i klęka przy nim.

– Pozbądź się tego.

– Ja... tfu... – Brian chrypi, pociąga nosem i próbuje zebrać myśli.

Philip delikatnie kładzie wielką, brudną i zrogowaciałą rękę na przygarbionych plecach brata.

– W porządku, bracie... pozbądź się wszystkiego.

– Prze... przepraszam.

– Nic się nie stało.

Brian próbuje się opanować, wyciera usta wierzchem dłoni.

– Myślisz, że dopadłeś wszystkich?

– Tak.

– Jesteś pewien?

– Tak.

– Szukałeś... wszędzie? W piwnicy i w ogóle?

– Tak, proszę pana. Wszystkie sypialnie... nawet strych. Ostatni wylazł, słysząc ten pierdolony kaszel, mógłbym nim, kurwa, umarłego obudzić. Jakaś nastoletnia siksa próbowała odgryźć Bobby’emu jeden z podbródków.

Brian z trudem przełyka gorzką ślinę.

– Ci ludzie... oni... tutaj mieszkali.

– Ale już nie mieszkają.

Brian rozgląda się po pokoju, a potem wpatruje się w brata. Twarz ma mokrą od łez.

– Ale oni byli... rodziną.

Philip kiwa głową, nic nie mówi. Chciałby potrząsnąć bratem i powiedzieć: „I co, kurwa, z tego?”, lecz milczy, jedynie potakuje. Nie myśli o zainfekowanej rodzinie, którą musiał zlikwidować, ani o konsekwencjach tej lasującej mózg rzeźni, której oddawał się przez ostatnie trzy dni. Szlachtował gospodynie domowe, listonoszy i pompowniczych na stacjach benzynowych. Wczoraj Brian wstawił jakąś popieprzoną, intelektualną gadkę o różnicach pomiędzy moralnością a etyką w zaistniałej sytuacji – moralnie nikt nigdy nie powinien nikogo zabijać, nigdy. Ale etyka mówi co innego, że każdy powinien zachować prawo do obrony własnej. Philip jednak nie uważa tego wszystkiego za morderstwo, bo nie można zabić czegoś, co już nie żyje. To jak rozgnieść robaka, temu nawet nie poświęca się jednej myśli. Faktem jest, że Philip nawet nie planował kolejnych ruchów swojej rozwydrzonej kompanii, prawdopodobnie zależących tylko od niego (stał się de facto kimś na kształt lidera tej bandy). Obecnie pochłaniał go jeden tylko cel – odkąd przed niespełna siedemdziesięcioma dwoma godzinami zaczął się ten koszmar, a ludzie zmieniali się w zombie z nieznanych nikomu powodów, Philip Blake dbał tylko i wyłącznie o bezpieczeństwo Penny. Dlatego dwa dni temu wyjechał w cholerę z Waynesboro, swojego rodzinnego miasta.

Trafili do małej, rolniczej osady na wschodnim krańcu centralnej Georgii, ale miejsce to szybko poszło w diabły, kiedy ludzie zaczęli umierać i powracać do życia. Dopiero troska o bezpieczeństwo Penny przekonała go, by stamtąd uciec. Z powodu Penny sprowadził swoich starych kumpli ze szkoły i ze względu na nią ruszyli do Atlanty, gdzie, jak mówili w wiadomościach, pobudowano obozy dla uchodźców. Wszystko dla Penny – jedynej osoby, która pozostała Philipowi Blake’owi. Tylko ona trzyma go przy życiu, jest balsamem na jego poranioną duszę.

Jeszcze na długo, zanim wybuchła ta tajemnicza epidemia, skurcz chwytający serce Philipa dawał o sobie znać ze zdwojoną siłą podczas bezsennych nocy, równo o trzeciej nad ranem. Dokładnie o tej godzinie stracił swoją żonę – trudno uwierzyć, że minęły już cztery lata – na mokrej od deszczu jezdni na południe od Athens. Sarah pojechała w odwiedziny do swojej przyjaciółki pracującej na uniwersytecie w Georgii. Trochę wypiła i straciła panowanie nad autem na krętych drogach Wilkes County.

Od chwili, w której zidentyfikował jej zwłoki, Philip wiedział, że nigdy już nie będzie sobą. Nie miał żadnych oporów przed robieniem tego, co trzeba było zrobić – wziął na siebie dwa etaty, by Penny miała co jeść i w co się ubrać, by zapewnić jej stałą opiekę – ale nigdy już nie był sobą. Może dlatego zaczęło się to, co się zaczęło. Taki mały żarcik samego Boga. Kiedy nadeszła szarańcza, kiedy rzeki spłynęły krwią, facet mający do stracenia najwięcej musiał poprowadzić ich bandę.

– Nieważne, kim byli – mówi wreszcie bratu. – Albo czym byli.

– Tak... chyba masz rację.

Brian zdołał usiąść. Krzyżując nogi, bierze głębokie, świszczące oddechy. Patrzy, jak Bobby i Nick na drugim końcu pokoju rozwijają wielkie rolki brezentu i otwierają worki na śmieci. Zaczynają zawijać wciąż krwawiące trupy.

– Najważniejsze, że oczyściliśmy wreszcie to miejsce – mówi Philip. – Możemy zostać tutaj do rana, a jeśli uda nam się zdobyć trochę benzyny, niewykluczone, że jutro dojedziemy do Atlanty.

– To nie ma sensu – bełkocze Brian, patrząc to na jednego, to na drugiego trupa.

– Co masz na myśli?

– Spójrz na nich.

– Ale co? – Philip ogląda się przez ramię na zmasakrowane szczątki matrony zawijanej w brezent. – Co z nimi?

– To tylko rodzina.

– I co z tego?

Brian kaszle w rękaw i wyciera usta.

– Chodzi mi o to, że... mamy tutaj matkę, ojca, czwórkę dzieci...

– No tak, ale co z tego?

Brian patrzy na Philipa.

– Jakim cudem coś takiego mogło się stać? Jak oni mogli... zmienić się w jednym momencie? Czy jedno z nich zostało ugryzione i przyniosło infekcję do domu?

Philip zastanawia się nad tym przez chwilę – w końcu nadal próbuje rozwikłać, co się tutaj w ogóle dzieje, jak działa całe to szaleństwo – ale wreszcie męczy się myśleniem i mówi:

– Dalej, zabieraj swoje leniwe dupsko i pomóż nam.

Oczyszczenie tego miejsca zajmuje im około godziny. Penny przez cały ten czas nadal siedzi w szafie. Philip przynosi jej maskotkę zabraną z jednego z pokojów należących do dzieci i mówi, że jeszcze chwila i będzie mogła wyjść. Brian zmywa krew mopem, zanosi się kaszlem. Pozostali trzej mężczyźni wynoszą owinięte w brezent zwłoki – dwa duże trupy i cztery mniejsze – przez drzwi przesuwne z tyłu domu na rozległy, cedrowy taras.

Późnowrześniowe niebo nad ich głowami jest czyste i zimne jak czarny ocean. Świecą gwiazdy, szydząc z nich swoim radosnym blaskiem. Z ust trójki mężczyzn ucieka para, odcinająca się wyraźnie na tle nocy, kiedy dźwigają zawinięte ciała, stąpając po pokrytych szronem deskach. Za paski powsadzane mają oskardy. Philip włożył sobie za pasek również pistolet. To stary ruger .22, który przed laty nabył na pchlim targu, ale i tak nie zdecydowałby się teraz na strzał, by nie przyciągnąć hałasem umarłych. Wiatr niesie ze sobą brzęczenie żywych trupów – nieregularne jęki, szurające kroki – dochodzące gdzieś z mroku sąsiednich działek. Szczypiący mróz wydaje się nie pasować do tej pory roku w Georgii, a dziś wieczorem temperatura ma spaść jeszcze niżej, przynajmniej tak twierdził prezenter lokalnej stacji radiowej, zanim jego głos został pochłonięty przez jednostajny szum. Philip i jego drużyna nie przestali monitorować telewizji, radia i Internetu za pomocą należącego do Briana BlackBerry.

Pomimo panującego wszędzie chaosu w wiadomościach zapewniano ludzi, że wszystko jest w porządku – godzien zaufania rząd panuje nad sytuacją – a problem rangi dziury w drodze zostanie rozwiązany w mgnieniu oka. Regularne komunikaty ostrzegawcze nadawane były na częstotliwościach obrony cywilnej; zabraniano w nich wychodzenia z domów, kazano unikać skąpo zaludnionych miejsc i zachęcano do częstego mycia rąk oraz picia wody butelkowanej. Bla, bla, bla.

Oczywiście nikt nie miał żadnych odpowiedzi. I być może najbardziej złowróżbnym znakiem ze wszystkich były awarie kolejnych stacji radiowych. Na szczęście na stacjach benzynowych nadal mieli paliwo, w spożywczakach leżał towar, a elektrownie, sygnalizacja świetlna, komisariaty policji i inne infrastrukturalne oznaki cywilizacji jakoś się trzymały. Ale Philip martwił się, że utrata elektryczności podniesie ryzyko do niewyobrażalnego stopnia.

– Wrzućmy ich do śmietników za garażem – mówi Philip głosem tak łagodnym, że wydaje się niemal szeptem.

Niesie dwa zawinięte w brezent ciała w kierunku drewnianego płotu przylegającego do mieszczącego trzy auta garażu. Chce zrobić to sprawnie i cicho, by nie przyciągnąć żadnych zombie. Bez ognia, bez hałasów, bez strzałów – o ile da się ich uniknąć.

Za cedrowym płotem znajduje się wąska, wysypana żwirem alejka, służąca ludziom, którzy zajmowali się garażami znajdującymi się na podwórku. Nick zaciąga swój ładunek do furtki, solidnej płyty zbitej z cedrowych desek z żelazną klamką. Kładzie zwłoki na ziemi i otwiera bramkę.

Po drugiej stronie czeka na niego stojący na baczność zombie.

– CHŁOPAKI, UWAGA! – wydziera się Bobby Marsh.

– Zamknij, kurwa, ryj! – syczy Philip, sięgając po oskard tkwiący za paskiem, jest już w połowie drogi do furtki.

Nick robi krok w tył.

Zombie rzuca się na niego i zaciska zęby tuż obok lewej strony jego klatki piersiowej. Pożółkła szczęka kłapie nieprzerwanie i bezsilnie niczym kastaniety – w świetle księżyca Nick widzi, że zaatakował go starszy mężczyzna w podartym swetrze, spodniach do golfa i drogich butach. Blady blask odbija się w jego mlecznobiałych, zaszłych kataraktą oczach. To czyjś dziadek.

Nick przygląda mu się przez chwilę, aż wreszcie upada, potykając się o własne nogi. Ląduje na tyłku wprost na bujnym dywanie z wiechliny. Martwy golfista przechodzi przez otwartą furtkę na drugą stronę i kieruje się na trawnik, kiedy pordzewiały metal błyszczy w powietrzu jak błyskawica. Ostry koniec oskarda Philipa ląduje prosto w głowie stwora, przebijając przypominającą łupinę kokosa czaszkę starszego mężczyzny i zagłębiając się we włóknistej membranie opony twardej, by wreszcie dotrzeć prosto do galaretowatego płata ciemieniowego. Roznosi się dźwięk rozbijanego selera, któremu wtóruje strumień ciemnej, słonawej cieczy wytryskujący w powietrze. Zacięty wyraz twarzy starego nagle znika, a on sam zamiera niczym postać z zatrzymanej nagle kreskówki. Zombie pada na ziemię, jakby spuszczono z niego powietrze, niczym pusty worek na pranie.

Philip chwyta oskard, nadal tkwiący w głowie umarlaka, i próbuje go wyciągnąć, szarpiąc w przód i w tył. Utknął.

– W tej chwili zamknij tę pierdoloną furtkę, zamknij furtkę, mówię, i zrób to cicho, do chuja pana – rzuca Philip gorączkowym, teatralnym szeptem, kopiąc potrzaskaną już głowę trupa jednym z ciężkich buciorów z metalowym czubem, by uwolnić oskard.

Pozostali dwaj mężczyźni poruszają się niby w tańcu synchronicznym, Bobby szybko zrzuca swój ładunek i biegnie do bramki, a Nick wstaje na równe nogi i cofa się parę kroków w pełnym strachu odurzeniu. Bobby łapie za żelazną klamkę, rozchodzi się głuchy, metaliczny dźwięk, tak głośny, że odbija się echem nad pogrążonymi w mroku trawnikami.

Wreszcie Philipowi udaje się wydostać oskard z upartej czaszki zombie – wychodzi z niej z miękkim, mlaszczącym odgłosem – i odwraca się w stronę szczątków, które ze sobą przynieśli. Nagle ogarnia go panika, słyszy coś dziwnego, coś niespodziewanego, coś, co dochodzi z domu. Patrzy w tamtą stronę i widzi tył budynku. Wewnątrz pali się światło.

Za drzwiami przesuwnymi pojawia się sylwetka Briana, który wali w szybę, nawołując Philipa i pozostałych do powrotu, teraz, szybko. Na jego twarzy maluje się strach i nie ma on nic wspólnego z martwym golfistą – Philip to czuje – coś innego jest nie tak.

Boże, proszę, by nie miało to nic wspólnego z Penny.

Philip upuszcza oskard i przecina trawnik w kilka sekund.

– A co ze sztywniakami? – woła za nim Bobby Marsh.

– Zostaw ich! – krzyczy Philip, wbiegając po schodach na taras i dopadając do przesuwnych drzwi.

Brian czeka tam na nich.

– Muszę ci coś pokazać – mówi.

– O co chodzi? Gdzie Penny? Wszystko z nią dobrze? – Philip nie może złapać oddechu, kiedy wślizguje się do domu.

Bobby i Nick idą przez taras i również wchodzą w ciepłe objęcia domu.

– Z Penny wszystko dobrze – mówi Brian.

Trzyma w ręce oprawioną w ramkę fotografię.

– Wszystko z nią w porządku. Mówi, że może posiedzieć jeszcze przez chwilę w szafie.

– W pizdu, Brian, co się, kurwa, stało?! – Philipowi udaje się złapać oddech, dłonie zaciska w pięści.

– Muszę ci coś pokazać. Chcesz zostać tutaj na noc? – Brian patrzy przez szybę przesuwnych drzwi. – Ta rodzina zmarła tutaj razem, prawda? Cała szóstka? Sześcioro?

Philip wyciera twarz.

– Wykrztuś to wreszcie z siebie.

– Popatrz, coś zamieniło ich wszystkich naraz. Całą rodzinę, co nie? – Brian kaszle i wskazuje palcem sześć trupów zawiniętych w brezent, leżących nieopodal garażu. – W trawie leży sześć ciał. Popatrz. Mama, tata i czwórka dzieci.

– I co, kurwa, z tego?

Brian podnosi do góry trzymane w ręku zdjęcie zrobione w lepszych dla tej rodziny czasach. Wszyscy uśmiechają się dziwacznie, mają na sobie wyprasowane, odświętne ubrania.

– Znalazłem to na pianinie – mówi Brian.

– No i...?

Brian wskazuje na najmłodsze dziecko na zdjęciu, chłopca w wieku jedenastu, może dwunastu lat. Ma na sobie garnitur w kolorze morskim, na twarz opadają mu kosmyki jasnych włosów, uśmiecha się sztywno. Brian patrzy na swojego brata i mówi grobowym głosem:

– Na fotografii jest ich siedmioro.

Tytuł oryginału:

The Walking Dead: Rise of the Governor

Copyright © Robert Kirkman 2011

Copyright © Jay Bonansinga 2011

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sine Qua Non 2011

Copyright © for the translation by Bartosz Czartoryski, 2011

Copyright © for the Jacket Art by Ribert Sienicki

Redakcja i korekta

Sonia Miniewicz, Paweł Szczepanik, Aneta Wieczorek

Skład

Radosław Dobosz

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. 

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie,  fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-63248-90-1

www.wsqn.pl