The Radium Girls. Mroczna historia promiennych kobiet Ameryki - Kate Moore - ebook
Opis

JEDEN Z NAJWIĘKSZYCH SKANDALI AMERYKI LAT 20.

Wielka korporacja. Unikatowy produkt. Śmiertelne ryzyko. Pracownice – ofiary. Fascynująca opowieść o wyzysku kobiet i narażeniu ich na wielkie niebezpieczeństwo.

W latach 20. XX wieku amerykańska firma United States Radium Corporation opatentowała i produkowała wyjątkowy jak na tamte czasy wynalazek: farbę świecącą w ciemności. Składnikiem odpowiedzialnym za ten efekt był radioaktywny rad. Nieświadome zagrożenia, pracownice fabryk wytwarzały pożądane przez klientów przedmioty, a po zakończeniu swojej zmiany same świeciły w ciemnościach. Kiedy po jakimś czasie zaczęły chorować, firma zignorowała wszelkie zawołania o pomoc i odszkodowania. Rozpoczęła się batalia z korporacją oraz walka o zdrowie i życie. Rozpętano w ten sposób jeden z największych skandali tego czasu w Ameryce.

Książka Kate Moore zawiera wyczerpującą faktografię. Autorka przywołuje głosy głównych bohaterek skandalu, powołuje się na wzruszające świadectwa – jednym zdaniem, historia ta chwyta za serce. I mimo że od tamtej afery minęło niemal sto lat, temat jest nadal aktualny w świecie, w którym prawa pracownicze i prawa kobiet są niezmiennie przedmiotem dyskusji.

Książka - laureatka Goodreads Choice Awards Best History & Biography, bestseller New York Timesa, USA Today, Wall Street Journal i Amazon Charts.

To jest nie tylko ważna część historii, ale przede wszystkim wciągająca książka, która chwyta za serce i motywuje do działania. Trzeba przeczytać.

– Rachel Ignotofsky, autorka książki Kobiety i nauka. One zmieniły świat

Moore rzuca nowe światło na mroczny rozdział historii pracy w Ameryce: radowe dziewczyny, męczennice okrutnego przymierza handlu i nauki, w opowieści autorki dostają drugie życie

– Megan Marshall, zdobywczyni nagrody Pulitzera za biografię Margaret Fuller: A New American Life

Poparte znakomitym researchem dzieło Moore uderza przejrzystością i współczuciem, które powodują, że bohaterki i ich walka stają nam przed oczami jak żywe... Książkę koniecznie muszą przeczytać wszyscy zainteresowani historią Ameryki i kobiet, a także prawem, zdrowiem i bezpieczeństwem

– Library Journal

 

O autorce

Kate Moore jest autorką bestsellerów New York Timesa z ponad dziesięcioletnią praktyką pisarską. Realizuje się w wielu gatunkach, między innymi wspomnieniach, biografiach i powieściach historycznych. W 2015 roku wyreżyserowała docenioną przez krytyków i publiczność sztukę o radowych dziewczętach zatytułowaną „Promienne życiorysy”. Mieszka w Wielkiej Brytanii.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 627

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału: THE RADIUM GIRLS
Projekt okładki: The Book Designers
Zdjęcie na okładce: Cover Image © Health Effects of Exposure to Internally Deposited Radioactivity Projects Case Files. Center for Human Radiobiology, Argonne National Laboratory. General Records of the Department of Energy, Record Group 434. National Archives at Chicago
Adaptacja projektu okładki: KONRAD NOWICKI
Projekt typograficzny i łamanie: MONIKA ŚWITALSKA
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Redakcja: JUSTYNA MROWIEC
Korekta: JOLANTA KUCHARSKA
The Radium Girls. The Dark Story of America’s Shining Women Copyright © 2016 by Kate Moore All rights reserved Originally published in 2016 in the United Kingdom by Simon & Schuster UK Copyright © for the Polish translation by Dorota Konowrocka-Sawa Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-26-6
Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: [email protected] www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla wszystkich pracownic

malujących cyferblaty

i tych, którzy je kochali

Nigdy cię nie zapomnę...

Pokochali cię wszyscy, którzy cię poznali,

A usta, które obdarowywały cię śmiechem,

Odeszły, by poznać róże i kolce życia,

Szukając marzeń utraconych

Gdzieś w świecie, daleko za twoimi murami.

– Rocznik szkoły średniej w Ottawie, 1925

LISTA NAJWAŻNIEJSZYCH POSTACI

NEWARK I ORANGE, NEW JERSEY

PRACOWNICE MALUJĄCE CYFERBLATY FARBĄ RADOWĄ

Albina Maggia Larice

Amelia „Mollie” Maggia, siostra Albiny Maggia Larice

Edna Bolz Hussman

Eleanor „Ella” Eckert

Genevieve Smith, siostra Josephine Smith

Grace Fryer

Hazel Vincent Kuser

Helen Quinlan

Irene Corby La Porte

Irene Rudolph, kuzynka Katherine Schaub

Jane „Jennie” Stocker

Josephine Smith, siostra Genevieve Smith

Katherine Schaub, kuzynka Irene Rudolph

Mae Cubberley Canfield, instruktorka

Marguerite Carlough, siostra Sary Carlough Maillefer

Quinta Maggia McDonald, siostra Albiny i Amelii

Sarah Carlough Maillefer, siostra Marguerite Carlough

THE UNITED STATES RADIUM CORPORATION

Anna Rooney, kierowniczka studia

Arthur Roeder, skarbnik

Clarence B. Lee, wiceprezes

Edwin Leman, główny chemik

George Willis, współzałożyciel (wraz z Sabinem von Sochockym)

Harold Viedt, wiceprezes

Howard Barker, chemik i wiceprezes

Sabin von Sochocky, założyciel i wynalazca farby radowej

Pan Savoy, dyrektor zakładu

LEKARZE

Doktor Francis McCaffrey, specjalista z Nowego Jorku leczący Grace Fryer

Doktor Frederick Flinn, lekarz zakładowy

Doktor Harrison Martland, lekarz z Newark

Doktor James Ewing, doktor Lloyd Craver, doktor Edward Krumbhaar, lekarze zatrudnieni w komisji

Doktor Joseph Knef, doktor Walter Barry, doktor James Davidson, miejscowi dentyści

Doktor Robert Humphries, lekarz ze szpitala ortopedycznego w Orange

Doktor Theodore Blum, dentysta z Nowego Jorku

OSOBY PROWADZĄCE DOCHODZENIE

Doktor Alice Hamilton, Wydział Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda, sojuszniczka Katherine Wiley i współpracownica Cecila K. Drinkera

Andrew McBride, komisarz Departamentu Pracy

Doktor Cecil K. Drinker, wykładowca fizjologii na Wydziale Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda, mąż Katherine Drinker

Ethelbert Stewart, komisarz Biura Statystyki Pracy, Waszyngton, DC

Doktor Frederick Hoffman, statystyk badający sprawę, Prudential Insurance Company

John Roach, zastępca komisarza w Departamencie Pracy

Doktor Katherine Drinker, Wydział Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda, żona Cecila K. Drinkera

Katherine Wiley, sekretarz zarządu Ligi Konsumenckiej, New Jersey

Lenore Young, urzędniczka ds. opieki zdrowotnej w Orange

Swen Kjaer, śledczy krajowy z ramienia Biura Statystyki Pracy, Waszyngton, DC

Doktor Martin Szamatolski, chemik wydający opinie na zlecenie Departamentu Pracy

OTTAWA, ILLINOIS

PRACOWNICE MALUJĄCE CYFERBLATY FARBĄ RADOWĄ

Catherine Wolfe Donohue

Charlotte Nevins Purcell

Frances Glacinski O’Connell, siostra Marguerite Glacinski

Helen Munch

Inez Corcoran Vallat

Margaret „Peg” Looney

Marguerite Glacinski, siostra Frances Glacinski O’Connell

Marie Becker Rossiter

Mary Duffy Robinson

Mary Ellen „Ella” Cruse

Mary Vicini Tonielli

Olive West Witt

Pearl Payne

KADRA KIEROWNICZA RADIUM DIAL COMPANY

Joseph Kelly, prezes

Lottie Murray, kierowniczka studia

Mercedes Reed, instruktorka, żona Rufusa Reeda

Rufus Fordyce, wiceprezes

Rufus Reed, zastępca kierowniczki studia, mąż Mercedes Reed

William Ganley, dyrektor

LEKARZE

Doktor Charles Loffler, lekarz z Chicago

Doktor Lawrence Dunn, lekarz Catherine Donohue

Doktor Sidney Weiner, specjalista ds. promieni Roentgena

Doktor Walter Dalitsch, dentysta

PROLOG

PARYŻ, FRANCJA1901

NAUKOWIEC CAŁKIEM ZAPOMNIAŁ O PRÓBCE RADU. WSUNĄŁ ją dyskretnie do kieszonki kamizelki, zamkniętą w wąskiej szklanej fiolce w ilości tak mikroskopijnej, że nie czuł jej wagi. Miał wygłosić wykład w Londynie. W trakcie całej jego morskiej podróży fiolka z radem spoczywała ukryta w kieszonce.

Był jedną z niewielu osób, które znalazły się w posiadaniu tego pierwiastka. Rad, odkryty przez Marię Skłodowską-Curie i jej męża Piotra Curie pod koniec 1898 roku, tak trudno było wyodrębnić z blendy uranowej, że na całym świecie dostępnych było jedynie kilka gramów. Miał nie lada szczęście, otrzymawszy tę odrobinę od państwa Curie do zademonstrowania podczas wykładów, bo i oni mieli ledwie tyle, by starczyło im na kontynuowanie eksperymentów.

Te ograniczenia nie miały jednak wpływu na postępy pary naukowców. Co dzień odkrywali jakieś nowe właściwości swojego pierwiastka: „Do czego nie jest on zdolny! Działa na kliszę fotograficzną przez grube warstwy czarnego papieru; (...) przeżera, po jakimś czasie zamieniając w proszek – papier lub watę, którymi go owinięto...”[1] – napisała później córka Marii i Piotra. Maria nazywała go „swoim pięknym radem”[2] – i naprawdę był piękny. W głębi ciemnej kieszonki naukowca rozjaśniał mrok, emitując nieprzerwanie upiorną poświatę. „Blade, rozproszone światełka, jakby zawisłe w ciemnościach... Były one dla nas zawsze nowem źródłem wzruszenia i zachwytu”[3] – napisała Maria o zjawisku radioluminescencji.

Wzruszenie i zachwyt. Oczarowanie. Jakby w grę wchodziła jakaś magia, niemal siły paranormalne. Nic dziwnego, że chirurg generalny Stanów Zjednoczonych powiedział o radzie, że „przypomina jednego z tych mitycznych herosów”[4]. Angielski lekarz określił jego niezmierną radioaktywność mianem „nieznanego boga”[5].

Bogowie mogą być serdeczni. Kochający. Życzliwi. A jednak, jak napisał kiedyś dramaturg George Bernard Shaw, „dawni bogowie (...) nieustannie domagają się ludzkich ofiar”[6]. Oczarowanie – w dawnych i współczesnych baśniach – może oznaczać również klątwę.

Chociaż naukowiec zapomniał o radzie, rad nie zapomniał o nim. W każdej sekundzie podróży ku obcemu brzegowi rad kierował swoje potężne promienie na jego miękką, bladą skórę. Kilka dni później mężczyzna wpatrywał się skonsternowany w czerwone znamię wykwitłe tajemniczo na jego brzuchu. Wyglądało jak oparzenie, lecz nie przypominał sobie, by choćby zbliżył się do jakiegokolwiek ognia, który mógłby spowodować taki uraz. Z każdą godziną zmiana stawała się boleśniejsza, przy czym nie tyle rosła, ile wchodziła w głąb – jak gdyby ciało wciąż wystawione było na działanie źródła obrażeń, jak gdyby wciąż palił je ten sam płomień. Zmiana wdzierała się w poparzoną skórę coraz dotkliwiej, aż wreszcie obolały mężczyzna z trudem wciągał powietrze, gorączkowo zachodząc w głowę, co też, na miłość boską, mogło spowodować obrażenia, których nie był nawet świadomy.

Wtedy przypomniał sobie o radzie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

WIEDZA

1NEWARK, NEW JERSEYSTANY ZJEDNOCZONE AMERYKI1917

KATHERINE SCHAUB DZIARSKIM KROKIEM POKONYWAŁA cztery krótkie przecznice dzielące ją od zakładu pracy. Był 1 lutego 1917 roku, ale zimno wcale jej nie doskwierało; od dzieciństwa uwielbiała śnieżne zimy w rodzinnym mieście. Jednak to nie mroźna pogoda była powodem, dla którego tego konkretnego lodowatego poranka była w tak znakomitym nastroju: właśnie dziś zaczynała pracę w wytwórni tarcz zegarowych firmy Radium Luminous Materials Corporation, znajdującej się na Third Street w Newark w stanie New Jersey.

O nieobsadzonym stanowisku powiedziała jej jedna z bliskich znajomych; Katherine była żywą, towarzyską dziewczyną i miała wiele przyjaciółek. Jak sama później wspominała: „Znajoma opowiedziała mi o «studiu zegarków», gdzie wskazówki i cyferki na cyferblatach malowano luminescencyjną emulsją, dzięki której było je widać w ciemnościach. Praca, jak mi wyjaśniła, była interesująca i znacznie bardziej prestiżowa niż zwykła praca w fabryce”[1]. Brzmiało to tak szykownie, nawet w tym krótkim opisie – w końcu nie była to nawet fabryka, lecz „studio”. Katherine, dziewczyna, która miała „bardzo plastyczną wyobraźnię”[2], uznała, że w tym miejscu wszystko może się zdarzyć. Z pewnością biło na głowę pracę, jaką wykonywała wcześniej, pakując towary w domu handlowym Bambergera; jej ambicje sięgały daleko poza halę magazynową.

Była atrakcyjną, zaledwie czternastoletnią dziewczyną; za pięć tygodni wypadały jej piętnaste urodziny. Ta „śliczna blondyneczka”[3] o roziskrzonych niebieskich oczach, modnie podkręconych włosach i delikatnych rysach mierzyła nieco ponad metr sześćdziesiąt wzrostu. Choć otrzymała jedynie podstawowe wykształcenie – co stanowiło „zasadniczo całe wykształcenie, na jakie mogła liczyć w tamtych czasach dziewczyna z klasy robotniczej”[4] – była wściekle inteligentna. „Przez całe swoje życie [Katherine] Schaub (...) żywiła pragnienie (...) zajęcia się zawodowo literaturą”[5] – zanotowano w czasopiśmie „Popular Science”. Bez wątpienia była przebojowa: napisała później, że kiedy dowiedziała się od znajomej o możliwości podjęcia pracy w studiu zegarków, „poszła do menedżera zakładu, pana Savoya, i poprosiła go o pracę”[6].

Takim to właśnie sposobem znalazła się przed zakładem na Third Street, zapukała do drzwi, po czym została wpuszczona do studia, w którym chciało pracować mnóstwo młodych kobiet. Czuła, że złapała Pana Boga za nogi, kiedy przeprowadzano ją przez całe pomieszczenie na spotkanie z kierowniczką studia Anną Rooney. Po drodze mijała dziewczyny malujące cyferblaty, które oddawały się sumiennie swojej pracy; siedziały w rzędach, ubrane w zwykłą odzież, i malowały zegarowe tarcze na akord – tak szybko, że w nieprzyzwyczajonych do tego widoku oczach Katherine ich dłonie wydawały się rozmazaną smugą. Obok każdej z nich stała drewniana tacka z cyferblatami – papierowe tarcze wstępnie wydrukowano na czarnym tle, pozostawiając białe cyfry gotowe do zamalowania – ale to nie one przykuły spojrzenie Katherine, lecz substancja, której używały kobiety. To był rad.

Rad. Cudowny pierwiastek. Wszyscy go znali. Katherine przeczytała o nim masę artykułów w gazetach i czasopismach wychwalających pod niebiosa jego zalety i reklamujących nowe, wzbogacone nim produkty dostępne w sprzedaży – wszystkie o wiele za drogie dla dziewczyny tak skromnej proweniencji. Nigdy nie widziała go z bliska. To była najdroższa substancja na ziemi: jeden gram kosztował 120 tysięcy dolarów (obecnie 2,2 miliona dolarów). Ku jej bezbrzeżnemu zachwytowi okazał się jeszcze piękniejszy, niż to sobie wyobrażała.

Każda pracownica miała własny zapas surowca. Sama rozrabiała farbę, wsypując odrobinę radowego proszku do białego tygielka, po czym dodawała do niego ociupinę wody i nieco kleju na bazie gumy arabskiej. Z ich połączenia powstawała seledynowa, luminescencyjna farba funkcjonująca pod nazwą „Undark” (dosłownie: „Nieciemność”). Drobny, żółty proszek zawierał śladowe ilości radu, który wchodził w reakcję z tworzącym mieszankę siarczkiem cynku, dając w efekcie olśniewający blask. Rezultat zapierał dech w piersiach.

Katherine widziała, że proszek znajdował się wszędzie, zapylone nim było całe studio. Na jej oczach drobne obłoczki pyłu unosiły się w powietrze i osiadały na włosach i ramionach pracujących dziewcząt. Ku jej zdumieniu, same pracownice wydawały się przez to lśnić.

Katherine – jak wiele jej poprzedniczek – była urzeczona. Nie chodziło jedynie o blask, ale o renomę, jaką cieszył się wszechpotężny rad. Niemal od początku nowy pierwiastek promowano jako „największe odkrycie w historii”[7]. Kiedy na przełomie stuleci naukowcy odkryli, że potrafi niszczyć ludzkie tkanki, szybko użyto go do walki z nowotworami, co przyniosło niezwykłe rezultaty. W efekcie – jako że uznano go za substancję ratującą życie, a zatem, jak zakładano, przyczyniającą się do poprawy zdrowia – natychmiast opracowano dla niego masę nowych zastosowań. Aż do śmierci Katherine rad uznawany był za cudowne panaceum, lek nie tylko na raka, ale i na katar sienny, podagrę, zaparcia... wszystko, cokolwiek mogło przyjść człowiekowi do głowy. Farmaceuci sprzedawali radioaktywne opatrunki i pigułki; powstały przychodnie i sanatoria radowe dla tych, którzy mogli sobie na nie pozwolić. Ludzie widzieli w nadejściu radu ziszczenie się biblijnego proroctwa: „Wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach. Wyjdziecie i będziecie podskakiwać jak tuczone cielęta”[8].

Radowi przypisywano zdolność przywracania sił witalnych osobom starszym, „czynienie ze starców młodzieńców”[9]. Jeden z apologetów radu napisał: „Czasem nieomal nabieram przekonania, że czuję we własnym ciele iskry”[10]. Rad błyszczał „jak dobry uczynek na tym padole łez”[11].

Jego urok szybko wyzyskali przedsiębiorcy. Katherine widziała reklamy jednego z cieszących się największym powodzeniem produktów: dzbanka, w którego dnie znajdowały się drobiny radu. Dzięki nim nalana do niego woda stawała się radioaktywna; zamożni klienci pili ją jako tonik: zalecano pięć do siedmiu szklanek dziennie. Ponieważ jednak rozmaite modele dzbanków sprzedawano w cenie około 200 dolarów (obecnie 3700 dolarów), był to produkt leżący całkowicie poza zasięgiem możliwości Katherine. Wodę radową popijali sławni i bogaci, a nie robotnice z Newark.

Miała jednak poczucie, że jest świadkiem wkraczania radu na wszystkie płaszczyzny amerykańskiego życia. To było szaleństwo – tylko tak można to określić. Pierwiastek nazywano „płynnym słońcem”[12], rozświetlał nie tylko szpitale i salony w domach amerykańskich rodzin, ale i teatry, sale koncertowe, sklepy spożywcze i regały z książkami. Odmalowywano go zachwycająco w powieściach i rysunkach satyrycznych, a Katherine, która uwielbiała śpiewać i grać na pianinie, znała zapewne piosenkę Radium Dance, która stała się przebojem po tym, jak zaśpiewano ją w broadwayowskim musicalu Piff! Paff!! Pouf!!!. Sprzedawano radową bieliznę i suspensoria, radowe masło i mleko, radową pastę do zębów (gwarantującą uśmiech bielszy po każdym użyciu), a nawet kolekcję kosmetyków Radior, w której znalazły się wzbogacone radem kremy do twarzy, mydło, róż i prasowany puder. Inne produkty miały bardziej prozaiczne zastosowania: zachwalany w pewnej reklamie „Radium Eclipse Sprayer szybko zabija muchy, komary i karaluchy. Nie ma sobie równych jako środek do czyszczenia mebli, kafli i porcelany. Jest nieszkodliwy dla ludzi i łatwy w użyciu”[13].

Nie każdy z tych produktów faktycznie zawierał rad, który był na to zdecydowanie zbyt drogi i zbyt rzadki, ale wytwórcy ze wszystkich branż umieszczali go w składzie swoich wyrobów, bo każdy chciał uszczknąć kawałek radowego tortu.

A teraz Katherine dzięki nowej pracy miała, ku swemu zachwytowi, otrzymać honorowe miejsce przy stole. Upajała się oszałamiającą scenerią roztaczającą się przed jej oczami. Tymczasem ku jej rozczarowaniu panna Rooney pokierowała ją do pomieszczenia oddzielonego od głównego studia, położonego z dala od radu i lśniących dziewcząt. Katherine nie malowała cyferblatów ani tego, ani następnego dnia, choć z całego serca pragnęła dołączyć do szykownych artystek z drugiej sali.

Na razie miała odbyć staż jako kontrolerka jakości, weryfikując pracę lśniących dziewcząt zajętych malowaniem wskazówek i tarcz.

Panna Rooney wyjaśniła jej, że to ważna praca. Choć firma specjalizowała się w cyferblatach, otrzymała intratne rządowe zamówienie na dostawę święcących w ciemnościach lotniczych urządzeń pomiarowych. Z uwagi na szalejącą w Europie wojnę branża radowa przeżywała rozkwit, a firma wykorzystywała swoją farbę do malowania celowników, kompasów okrętowych i innych instrumentów, które dzięki temu świeciły w ciemnościach. A skoro w grę wchodziło ludzkie życie, praca musiała być wykonana perfekcyjnie. „Miałam dopilnować, by zarysy cyfr były równe i ciągłe, oraz poprawiać drobne niedociągnięcia”[14] – wspominała Katherine.

Panna Rooney przedstawiła ją instruktorce Mae Cubberley, po czym zostawiła dziewczęta same sobie i podjęła swój powolny marsz wzdłuż rzędów zajętych malowaniem pracownic, czujnym wzrokiem zerkając im przez ramię.

Mae uśmiechnęła się i przywitała z Katherine. Miała dwadzieścia sześć lat, a zatrudniono ją do malowania cyferblatów zeszłej jesieni. Choć zaczynała pracę jako zupełna nowicjuszka, cieszyła się już reputacją wspaniałej pracownicy, która regularnie oddaje osiem do dziesięciu tacek wymalowanych cyferblatów dziennie (na każdej tacce znajdowały się dwadzieścia cztery do czterdziestu ośmiu tarcz, zależnie od ich wielkości). Szybko awansowała na instruktorkę pozostałych dziewcząt, co zaowocowało zwiększeniem ich produktywności. Teraz, w bocznej salce, ujęła pędzelek, by zademonstrować Katherine technikę, której uczono wszystkie inspektorki i dziewczyny malujące tarcze.

Używały cieniutkich pędzelków z wielbłądziego włosia w cienkich drewnianych obsadkach. Jak wspominała jedna z pracownic: „Nigdy nie widziałam tak cienkiego pędzelka; przypuszczam, że mógł mieć jakieś trzydzieści włosków; był niezwykle cienki”[15]. Mimo że pędzelki były cienkie, włoski miały tendencję do mierzwienia się, co utrudniało dziewczynom pracę. Średnica najmniejszego zegarka, jaki malowały, mierzyła zaledwie trzy i pół centymetra, co oznaczało, że najdrobniejsze elementy do pomalowania miały zaledwie milimetr szerokości. Dziewczyny nie mogły wyjść poza obrys tych cieniutkich rysunków, inaczej słono by zapłaciły. Musiały zadbać o to, by pędzelki stały się jeszcze cieńsze – a na to znały tylko jedną metodę.

„Wkładamy pędzelki do ust”[16] – powiedziała zwyczajnie Katherine. Technikę tę nazywano ostrzeniem pędzelka ustami, przejęto ją od pierwszych dziewcząt, które pracowały w tej branży, a doświadczenie zdobywały w zakładach malowania porcelany.

Dziewczęta o tym nie wiedziały, lecz w Europie, gdzie cyferblaty od dekady malowano luminescencyjną farbą, robiono to całkiem inaczej. W różnych krajach obowiązywały różne metody, ale nigdzie nie ostrzono pędzelków ustami. Prawdopodobnie dlatego, że pędzli tam nie stosowano: w Szwajcarii posługiwano się pałeczkami z litego szkła, we Francji cienkimi pałeczkami z bawełnianym tamponikiem na końcach, w innych europejskich studiach używano zaostrzonych drewnianych rysików albo metalowych igieł.

Amerykanki nie przejęły bez zastrzeżeń techniki ostrzenia pędzelków ustami. Mae powiedziała, że gdy sama podejmowała pracę niedługo po otwarciu studia w 1916 roku, ona i jej współpracowniczki zgłosiły wątpliwości, odnosząc się „nieco podejrzliwie”[17] do połykania radu. „Pierwsze nasze pytanie brzmiało: «Czy to człowiekowi nie szkodzi?». A oni odparli: «Nie». Pan Savoy powiedział, że to nie jest niebezpieczne i nie musimy się bać”[18] – wspominała. W końcu rad był cudownym lekiem; stykając się z nim, dziewczęta mogły odnieść najwyżej korzyści. W końcu tak przywykły do pędzelków w ustach, że w ogóle przestały o nich myśleć.

Dla Katherine było w tym jednak coś dziwnego, tego pierwszego dnia, gdy raz po raz ostrzyła pędzelek ustami, poprawiając niedociągnięcia. Warto było jednak wytrwać: co chwila przypominała sobie, czemu chce tu pracować. Zakres jej obowiązków obejmował dwa rodzaje kontroli: w świetle dziennym i w ciemnościach – i to właśnie w ciemni objawiała się prawdziwa magia. Wzywając pracownice, by porozmawiać z nimi o ich pracy, zauważyła, że „właśnie w tym pomieszczeniu – bez dostępu światła dziennego – widać było ślady luminescencyjnej farby pokrywające kobiety od stóp do głów: maźnięcie tu i tam na ubraniu, na twarzy, na ustach, na rękach. Część z nich stała tam i nieomal świeciła w ciemnościach”[19]. Wyglądały cudownie, jak jakieś nieziemskie anioły.

Z biegiem czasu Katherine lepiej poznała pozostałe pracownice. Jedną z nich była Josephine Smith, szesnastoletnia szatynka z okrągłą buzią, fryzurą na pazia i zadartym noskiem. Ona również pracowała w domu towarowym Bambergera jako ekspedientka, ale zrezygnowała z zatrudnienia, by zarabiać znacznie wyższą stawkę przy malowaniu cyferblatów. Chociaż dziewczyny nie dostawały miesięcznej pensji, lecz pracowały na akord, otrzymując średnio półtora centa za jeden wymalowany cyferblat, najzdolniejsze zarabiały zdumiewająco dobrze: niektóre nawet trzykrotność średniego wynagrodzenia robotnika, czasem nawet więcej od swoich ojców. Plasowały się w górnych pięciu procentach najlepiej zarabiających kobiet i średnio przynosiły do domu 20 dolarów (obecnie 370 dolarów) tygodniowo, choć najszybsze z łatwością zarabiały więcej – czasem aż dwukrotnie więcej – co dawało roczne wynagrodzenie w wysokości 2080 dolarów (dziś prawie 40 tysięcy dolarów). Szczęściary, którym udało się załapać na wolne stanowisko, czuły się tak, jakby wygrały los na loterii.

Josephine, jak dowiedziała się Katherine w trakcie rozmowy, pochodziła – tak jak ona – z niemieckiej rodziny. Właściwie większość malujących cyferblaty pracownic stanowiły córki albo wnuczki imigrantów. W Newark mieszkało ich mnóstwo: przybywali dziesiątkami z Niemiec, Włoch, Irlandii i innych krajów, co było jedną z przyczyn, dla których firma otworzyła swoje studio właśnie w tym mieście; liczne społeczności imigranckie dostarczały siły roboczej wszelkiego rodzaju zakładom. New Jersey ochrzczono mianem Stanu-Ogrodu ze względu na wysoką produkcję rolną, lecz w istocie ten region był równie produktywny przemysłowo. Na przełomie wieków śmietanka biznesowa Newark nadała swojemu miastu miano Miasta Możliwości i, jak dziewczyny przekonywały się na własnym przykładzie, dorosło ono do swojej dumnej nazwy.

Całość składała się więc na kwitnącą metropolię. Po zamknięciu fabryk tętniło życie nocne. Newark był miastem piwa, gdzie na głowę przypadało więcej saloonów niż w jakimkolwiek innym amerykańskim mieście, a pracownicy nie marnowali wolnego czasu. Dziewczyny malujące cyferblaty odnosiły się do siebie bardzo serdecznie: siadały wspólnie, by zjeść lunch w sali roboczej zakładu w Newark, częstowały się kanapkami i plotkowały przy zakurzonych stołach.

W miarę upływu tygodni Katherine zaczęła dostrzegać wady i zalety malowania cyferblatów: ciągły nadzór panny Rooney, która przechadzała się po studiu, i wszechobecny lęk przed wezwaniem do ciemni, gdzie można było dostać reprymendę za niestaranną pracę. Nade wszystko dziewczęta obawiały się oskarżenia o marnowanie cennej farby, co w ostateczności mogło być powodem do zwolnienia. Lecz chociaż Katherine widziała te minusy, bardzo chciała dołączyć do kobiet w głównej sali. Pragnęła być jedną z lśniących dziewczyn.

Szybko się uczyła i wkrótce była znakomitą kontrolerką, która nie tylko doskonaliła sztukę poprawiania niestarannie wymalowanych cyferblatów swoim zaostrzonym w ustach pędzelkiem, ale i biegle ścierała pył gołą ręką i usuwała nadmiar farby końcem paznokcia; była to technika, której nauczyła ją Mae. Pracowała ze wszystkich sił i wyczekiwała awansu.

Wreszcie pod koniec marca jej wytrwałość przyniosła owoce. „Poproszono mnie o malowanie tarcz. Zadeklarowałam, że spróbuję”[20] – napisała podekscytowana.

Katherine zrealizowała swoje ambicje ciężką pracą, ale tamtej wiosny 1917 roku w grę wchodziły również inne czynniki. Pracownice malujące cyferblaty były w cenie jak nigdy dotąd: firma potrzebowała teraz wszystkich kobiet, które udałoby się jej przyciągnąć.

2

WOJNA TOCZĄCA SIĘ W EUROPIE PRZEZ OSTATNIE DWA i pół roku nie odcisnęła się właściwie w żaden sposób na Stanach Zjednoczonych – jeśli nie liczyć wywołanej przez nią koniunktury. Większość Amerykanów z radością trzymała się z dala od potwornych działań zbrojnych toczących się w okopach po drugiej stronie Atlantyku; opowieści docierały do nich niezłagodzone odległością. Ale w 1917 roku neutralności nie dało się już dłużej utrzymywać. Dnia 6 kwietnia, jakiś tydzień od awansu Katherine, Kongres przegłosował przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny, która miała przejść do historii jako „wojna kończąca wszystkie wojny”.

W studiu malowania cyferblatów mieszczącym się przy Third Street efekty tej decyzji stały się natychmiast odczuwalne. Popyt poszybował w górę. Studio w Newark było zdecydowanie za małe, by wyprodukować żądaną liczbę produktów, więc szefowie Katherine zamknęli je i w miejscowości Orange, znajdującej się nieopodal Newark, otworzyli specjalnie w tym celu wybudowany zakład. Miały w nim pracować nie tylko dziewczęta malujące cyferblaty; firma tak się rozwinęła, że samodzielnie zaczęła wyodrębniać rad z blendy, co wymagało uruchomienia laboratoriów chemicznych i zakładów przetwórczych. Radium Luminous Materials Corporation rozrastała się dynamicznie, więc nowy zakład składał się z kilku obiektów; wszystkie zlokalizowano w samym środku zabudowy mieszkaniowej.

Katherine była jedną z pierwszych pracownic, które przeszły przez próg dwupiętrowego ceglanego budynku, w którym miał się mieścić dział zastosowań. Ona i inne pracownice malujące cyferblaty były urzeczone tym, co zastały. Orange było atrakcyjnym, zamożnym miastem, a mieszczące się na drugim piętrze studio budziło prawdziwy zachwyt: wielkie okna ze wszystkich stron i świetliki w dachu. Do środka wlewało się wiosenne słońce, stwarzając znakomite warunki oświetleniowe do malowania tarcz.

Do potencjalnych pracownic wystosowano apel o wsparcie działań wojennych, na który zaledwie cztery dni po wypowiedzeniu wojny odpowiedziała Grace Fryer. Miała więcej powodów niż inni, by chcieć wesprzeć wysiłek wojenny; dwóch jej braci ruszało wraz z kilkoma milionami amerykańskich żołnierzy walczyć we Francji. Wiele dziewcząt malujących cyferblaty kierowało się ideą pomocy żołnierzom: „Dziewczyny były zaledwie garstką spośród tych licznych ludzi, którzy uważali, że ich zadaniem jest «położenie swojej cegiełki»”[1] – napisała Katherine.

Grace była młodą kobietą o szczególnie obywatelskiej postawie. „Grace już jako uczennica – napisała jedna z jej znajomych z dzieciństwa – chciała być po osiągnięciu dorosłości prawdziwą obywatelką”[2]. Jej rodzina miała zacięcie polityczne; ojciec Daniel był delegatem związku stolarzy i nie sposób było wychować się w jego domu, nie zaraziwszy się jego zasadami. Dość często wyrzucano go z pracy, bo związki zawodowe nie cieszyły się wówczas szczególną popularnością, lecz rodzina, choć może i niezamożna, bardzo się kochała. Grace była jednym z dziesięciorga dzieci – czwarta w kolejności – i szczególnie czuła się związana z matką, również noszącą imię Grace; może dlatego, że była najstarszą dziewczynką. Łącznie w rodzinie wychowywało się sześciu chłopców i cztery dziewczynki, a Grace była bardzo oddana rodzeństwu, szczególnie siostrze Adelaide, najbliższej jej wiekiem, i młodszemu bratu Artowi.

Kiedy ogłoszono nabór do wojska, Grace już pracowała na stanowisku, które pozwalało jej zarobić mniej więcej tyle, co w studiu malowania cyferblatów, ale zrezygnowała z pracy, by zatrudnić się w firmie radowej działającej w Orange, gdzie mieszkała. Była niezwykle inteligentna i ładna: kędzierzawe, kasztanowe włosy, piwne oczy, wyraziste rysy. Wiele osób uważało, że jest uderzająco piękna, ale wygląd nie miał dla Grace szczególnego znaczenia. Skupiła się na karierze zawodowej i jako osiemnastolatka była już na dobrej drodze, by zapewnić sobie pozbawioną finansowych trosk egzystencję. Była, krótko rzecz ujmując, „dziewczyną cieszącą się życiem”[3]. Błyskawicznie nabrała ogromnej wprawy w malowaniu cyferblatów, stając się jedną z najszybszych pracownic – malowała średnio 250 cyferblatów dziennie.

Tej wiosny pracę podjęła również młoda kobieta o imieniu Irene Corby. Była córką miejscowego kapelusznika, radosną siedemnastolatką. „Bardzo często się śmiała – mówiła jej siostra Mary – byle co ją rozśmieszało”[4]. Irene natychmiast zaprzyjaźniła się z koleżankami, zwłaszcza z Grace, a one uważały ją za jedną z bardziej utalentowanych pracownic.

Wyszkolenie nowo zatrudnionych spadło na Mae Cubberley i Josephine Smith. Kobiety siedziały obok siebie przy długich stołach biegnących przez całą szerokość studia; między nimi było przejście, by panna Rooney mogła dokonywać swoich inspekcji przez ramię. Instruktorki nauczyły je, jak przenosić odrobinę materiału (dziewczyny zawsze nazywały rad „materiałem”) do tygielków, „jak drobny obłoczek w powietrzu”[5], a następnie starannie mieszać farbę. Ale wystarczyło najmniejsze drgnienie, by na rękach kobiet zostawały drobinki farby.

Kiedy farba została już wymieszana, trenerki instruowały swoje podopieczne, jak mają zaostrzać pędzelki ustami. „Kazała mi obserwować i naśladować”[6] – zapamiętała Katherine ze szkolenia. I jak niezmienna jest natura świata, tak Grace, Katherine i Irene wykonywały niezmiennie polecenie. Ostrzyły pędzelek wargami... zanurzały go w radzie... i malowały cyferblat. „Obliż, zanurz, maluj”[7]: dziewczyny naśladowały się wzajemnie – lustrzane odbicia, które od rana do wieczora zwilżały, zanurzały i malowały.

Wkrótce orientowały się, że rad na ich pędzelkach zaczyna twardnieć. Dostawały drugi tygielek, rzekomo dla oczyszczenia włosia, ale wodę zmieniano tylko raz dziennie i szybko mętniała: nie tyle czyściła, ile wichrzyła pędzelki, co niektóre pracownice uznawały za dodatkowe utrudnienie; swoje pędzelki zwilżały po prostu wargami. Inne jednak zawsze korzystały z wody: „Wiem, że to robiłam – powiedziała jedna z nich – bo nie mogłam znieść tego ziarnistego smaku w ustach”[8].

Smak farby był kwestią dyskusyjną. „Właściwie nie miała żadnego konkretnego smaku”[9] – zauważyła Grace. A jednak niektóre połykały farbę właśnie dlatego, że lubiły jej smak.

Kolejna nowa pracownica, która tamtego lata posmakowała magicznego pierwiastka, to szesnastoletnia Edna Bolz. „Oto osoba obdarzona od urodzenia pogodnym usposobieniem”[10] – napisano o niej później w magazynie „Popular Science”. Była jedną z wyższych pracownic, choć i tak mierzyła niecałe sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, i miała jakieś wrodzone wyczucie elegancji. Ochrzczono ją przezwiskiem „Laleczki z Drezna”[11], bo miała prześliczne złote włosy i jasną karnację, a do tego idealny zgryz i, być może w efekcie, promienny uśmiech. Z czasem zbliżyła się do kierowniczki, panny Rooney, która opisywała ją jako „bardzo miły typ dziewczyny, bardzo skromnej, z bardzo dobrej rodziny”[12]. Pasją Edny była muzyka, do tego kobieta była głęboko religijna. Podjęła pracę w lipcu, w czasie, gdy produkcja bardzo szybko wzrosła w odpowiedzi na zamówienia ze strony wojska.

Tego lata zakład wprost nie nadążał z realizowaniem zamówień. „To było po prostu wariatkowo!”[13] – wykrzyknęła jedna z pracownic. Dziewczyny już i tak pracowały w nadgodzinach, po siedem dni w tygodniu, by zrealizować złożone zamówienia; teraz studio zaczęło działać również w nocy. Na tle czarnych okien pracownice malujące cyferblaty błyszczały jeszcze jaśniej niż zwykle: manufaktura lśniących duchów trudzących się po nocy.

Choć tempo było wymagające, cały ten układ pod wieloma względami stał się zabawny z perspektywy kobiet, które napawały się dramatyzmem długich szycht malowania cyferblatów dla ojczyzny. Większość stanowiły nastolatki – „radosne, rozchichotane dzierlatki”[14] – które potrafiły sobie wygospodarować czas na odrobinę frajdy. Jedną z ulubionych zabaw było wydrapanie na zegarku swojego imienia i adresu: wiadomości dla żołnierza, który będzie go nosił; czasem żołnierz przysyłał w odpowiedzi liścik. Cały czas zatrudniano nowe dziewczyny, przez co praca stawała się atrakcyjna towarzysko. W studiu w Newark pracowało jakieś siedemdziesiąt kobiet; podczas wojny ich liczba wzrosła ponad trzykrotnie. Dziewczęta siedziały teraz stłoczone po obu stronach stołów, oddalone od siebie ledwie o metr.

Wśród nich była Hazel Vincent. Podobnie jak Katherine Schaub pochodziła z Newark. Miała pociągłą twarz, drobny nosek i jasne włosy, które układała zgodnie z najnowszą modą. Kolejną nowo zatrudnioną pracownicą była dwudziestojednoletnia Albina Maggia, córka imigranta z Włoch. Jej rodzicom urodziło się siedem dziewczynek; Albina była trzecia. Okrąglutka, a przy tym maleńka, ledwie metr czterdzieści dwa, miała klasycznie ciemne oczy i włosy. Cieszyła się z powrotu do pracy – jako najstarsza niezamężna córka zrezygnowała z pracy modystki, by opiekować się matką, która przed rokiem zmarła. Odkryła jednak, że nie jest wcale najszybsza w malowaniu cyferblatów. Stwierdziła, że pędzelki są „strasznie nieporęczne”[15] i dziennie malowała tylko półtorej tacki. Mimo wszystko starała się, jak mogła, zauważając później: „Zawsze pracowałam dla firmy ze wszystkich sił”[16].

Do Albiny dołączyła przy długich drewnianych stołach jej młodsza siostra Amelia, nazywana przez wszystkich Mollie. W studiu znalazła chyba swoje powołanie – okazała się niesłychanie produktywna. O trzydzieści centymetrów wyższa od Albiny, była towarzyską dziewiętnastolatką o szerokiej twarzy i natapirowanych brązowych włosach. Często widywano, jak śmiała się z koleżankami. Zaprzyjaźniła się z inną nowicjuszką, Eleanor Eckert (o przezwisku Ella): nie miały przed sobą tajemnic. Ella była ładna i lubiana; miała bardzo jasne, lekko napuszone włosy i szeroki uśmiech. Niewiele jej trzeba było do śmiechu, czy to w pracy, czy w czasie wolnym. Dziewczęta rozmawiały i razem jadły lunche, jedynie na krótko przerywając pracę, by poczęstować się kanapką przez zatłoczony stół.

Wydarzenia towarzyskie organizowała również firma; największym powodzeniem cieszyły się pikniki. Pracownice malujące cyferblaty, ubrane w białe letnie sukienki i kapelusze z szerokimi rondami, zajadały lody w rożkach, siedząc na prowizorycznej kładce przerzuconej przez płynący obok studia potoczek, machając nogami albo przytrzymując się jedna drugiej, żeby nie wpaść do wody. Na pikniki zapraszano wszystkich pracowników, więc podczas tych spotkań dziewczyny miały okazję poprzebywać z tymi, których rzadko widywały: mężczyznami pracującymi w laboratoriach i pomieszczeniach produkcyjnych. Wkrótce nawiązał się dziwny „biurowy romans”: Mae Cubberley zaczęła się spotykać z Rayem Canfieldem, pracownikiem laboratorium; był to jeden z wielu romansów nawiązywanych przez dziewczęta, choć zwykle nie z kolegami z pracy. Hazel Vincent, dla przykładu, była zakochana w swoim chłopaku z dzieciństwa, jasnowłosym i błękitnookim mechaniku o nazwisku Theodore Kuser.

Założyciela firmy, Sabina von Sochocky’ego, urodzonego w Austrii trzydziestoczteroletniego lekarza, spotykano często na tych piknikach w otoczeniu tłumu pracowników: siedział bez marynarki na kocu ze szklanką zimnego napoju w ręce. Dziewczyny rzadko widywały go w studiu – zwykle był zbyt zajęty pracą w laboratorium, by zaszczycać je swoją obecnością – więc pikniki stanowiły wyjątkową okazję, przy której ich drogi mogły się skrzyżować. To on w 1913 roku wynalazł stosowaną przez nie luminescencyjną farbę, co bez wątpienia było dużym sukcesem. W pierwszym roku działalności jego firma sprzedała dwa tysiące świecących w ciemnościach zegarków; teraz produkcja szła w miliony. Z wielu względów jego przedsiębiorczość była zupełnie nieoczekiwana, ponieważ odebrał wykształcenie medyczne. Początkowo pracę związaną z gospodarczym wykorzystywaniem farby traktował jak „zwykłą chałturę”[17], która miała sfinansować badania medyczne, ale rosnący popyt wymusił na nim bardziej biznesowe podejście do sprawy. Spotkał „pokrewną duszę”[18] w osobie doktora George’a Willisa i tak oto dwóch lekarzy założyło firmę.

Zdaniem kolegów po fachu von Sochocky był „niezwykłym człowiekiem”[19]. Wszyscy nazywali go po prostu „doktorem”. Wydawał się niezmordowany: „zaczynał dzień późno, ale potem gotów był pracować do późnej nocy”[20]. W magazynie „American” określano go mianem „jednego z największych na świecie autorytetów w kwestii radu”[21] – a uczył się od najlepszych: samych państwa Curie.

Dzięki nim oraz lekturze specjalistycznych książek medycznych zrozumiał, że rad niesie ze sobą wielkie zagrożenia. Mniej więcej w tym czasie, gdy studiował pod okiem państwa Curie, słyszano, jak Piotr zauważył, że „nie wszedłby do pokoju, w którym znajdowałby się kilogram czystego radu, bo ten wypaliłby mu skórę na całym ciele, oślepił go i prawdopodobnie zabił”[22]. Wówczas państwo Curie byli już doskonale zaznajomieni z niebezpieczeństwami radu, gdyż sami wielokrotnie doznali poparzeń. Rad leczył guzy, owszem, niszcząc zrakowaciałą tkankę, ale jego oddziaływanie było bezlitosne i w równej mierze unicestwiało zdrowe komórki. Sam von Sochocky doświadczył jego milczącego, złowrogiego gniewu: rad wniknął w jego lewy palec wskazujący, a kiedy lekarz zdał sobie z tego sprawę, odciął jego opuszek. Teraz wyglądał tak, jakby „obgryzło go jakieś zwierzę”[23].

Oczywiście niewtajemniczeni nie mieli o tym wszystkim pojęcia. Większość zwykłych śmiertelników była przekonana, że rad ma wyłącznie pozytywne oddziaływanie; o tym właśnie pisano w gazetach i czasopismach, taki był przekaz reklamowy na opakowaniach produktów i o tym wystawiano spektakle na Broadwayu.

Mimo to pracownikom laboratorium w zakładzie von Sochocky’ego w Orange zapewniono wyposażenie ochronne. Wydano ołowiane fartuchy i zrobione z kości słoniowej szczypce do przenoszenia fiolek z radem. W styczniu 1921 roku von Sochocky napisał, że z radem można pracować „tylko z zachowaniem najwyższych środków ostrożności”[24].

A jednak mimo tej świadomości i uszkodzenia własnego palca von Sochocky był najwyraźniej tak zafascynowany radem, że według wszelkich relacji postępował z nim bardzo nieostrożnie. Znany był z tego, że bawił się fiolkami zawierającymi rad, trzymając je gołymi rękoma i obserwując w ciemnościach luminescencję, lub zanurzał ręce po łokcie w roztworach tego pierwiastka. Niedbale poczynał sobie również współzałożyciel firmy George Willis, który ujmował fiolki radu między kciuk a palec wskazujący, nie zawracając sobie głowy szukaniem szczypiec. Ich współpracownicy, co w końcu zrozumiałe, szli za ich przykładem. Nikt nie przywiązywał wagi do ostrzeżenia Thomasa Edisona, pracującego zaledwie kilka kilometrów od zakładu w Orange, dosłownie w zasięgu wzroku. Edison zauważył kiedyś: „Może być taki stan, w który rad jeszcze nie wszedł, a w którym wywoła opłakane skutki; wszystkie osoby, które z nim pracują, powinny zachować ostrożność”[25].

A mimo to w słonecznym studiu na drugim piętrze nie przejmowano się ani odrobinę. Nie było tu żadnych ołowianych fartuchów, żadnych szczypczyków z kości słoniowej, żadnych specjalistów od medycyny. Zawartość radu w farbie uznawano za tak znikomą, że tego rodzaju środki ostrożności wydawały się zbędne.

Dziewczyny nie miały oczywiście pojęcia, że w ogóle mogłyby ich potrzebować. Używały przecież radu, cudownego leku. Uważały się za szczęściary, zaśmiewając się w swoim gronie i pochylając głowy nad misterną robotą. Grace i Irene. Mollie i Ella. Albina i Edna. Hazel, Katherine i Mae.

Ujmowały pędzelki i oblizywały je raz za razem, jak je nauczono.

Obliż... Zanurz... Maluj.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

Jeśli źródła i daty cytatów są znane, podano je w przypisach.

Prolog

[1] „do czego nie” Ewa Curie, Maria Curie: biografia, tłum. Hanna Szyllerowa, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2013, s. 165

[2] „swoim pięknym” za: The Radium Girls, „Medical Bag”, 1 stycznia 2014, http://www.medicalbag.com/profile-in-rare-diseases/the-radium-girls/article/472385/.

[3] „Blade, rozproszone” Maria Skłodowska-Curie, Piotr Curie, Warszawa ok. 1925, s. 72

[4] „przypomina jednego” Hugh S. Cumming (chirurg generalny Stanów Zjednoczonych), transkrypcja z krajowej konferencji radowej, 20 grudnia 1928, RBP, taśma 3

[5] „nieznanego boga” za: Claudia Clark, Radium Girls (The University of North Carolina Press, Chapel Hill, 1997), s. 49

[6] „dawni bogowie” George Bernard Shaw, Kwintesencja ibsenizmu, tłum. Cecylia Wojewoda, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960, s. 201

Rozdział 1

[1] „Znajoma opowiedziała” KS, Radium, „Survey Graphic” (maj 1932), 138

[2] „bardzo plastyczną” doktor E.B. Krumbhaar do Raymonda H. Berry’ego, 21czerwca 1929, RBP, taśma 3

[3] „śliczna blondyneczka” Dorothy Dayton, Girls Poisoned with Radium Not Necessarily Doomed do Die, „New York Sun”

[4] „zasadniczo całe” Sharpe, Radium Osteitis with Osteogenic Sarcoma...

[5] „Przez całe” Robert E. Martin, Doomed do Die – and They Live!, „Popular Science” (lipiec 1929), 136

[6] „poszła do” KS, notatka dla Berry’ego, RBP, taśma 1

[7] „największe odkrycie” „Chicago Daily Tribune” (21 czerwca 1903)

[8] „wzejdzie słońce” Pismo Święte Starego Testamentu, Księga Malachiasza 3,20, tłum. Biblia Tysiąclecia, cytowane przez doktora Howarda Kelly’ego w „Newark Evening News” (9 stycznia 1914)

[9] „czynienie ze starców” Pan Smith, transkrypt rozprawy sądowej, 26 kwietnia 1928

[10] „Czasem nieomal” JFJ, broszura reklamowa Radiumator, Archiwa Harrisona Martlanda (HMP), Wydział Zdrowia i Nauk Biomedycznych Uniwersytetu Rutgersa

[11] „jak dobry” VS, Can’t You Find the Keyhole?, „American” (styczeń 1921), 27

[12] „płynnym słońcem” John Conroy, On Cancer, Clock Dials, and Ottawa, Illinois, a Town That Failed do See the Light, 1, 14

[13] „The Radium Eclipse” reklama, Muzeum i Towarzystwo Historyczne Hrabstwa LaSalle

[14] „Miałam dopilnować” KS do Berry’ego, notatka, RBP, taśma 1

[15] „Nigdy nie widziałam” Alice Tolan, transkrypt rozprawy sądowej, 26 listopada 1934

[16] „Wkładamy pędzelki” KS do Berry’ego, notatka, RBP, taśma 1

[17] „nieco podejrzliwie” Mae Cubberley Canfield, badanie przed rozprawą, RBP, taśma 2

[18] „Pierwsze nasze” tamże

[19] „właśnie w tym” KS, Radium 138

[20] „Poproszono mnie” KS, notatka dla Berry’ego, RBP, taśma 1

Rozdział 2

[1] „Dziewczyny były” KS, Radium 138

[2] „Grace już jako” Ethelda Bedford, Youngest of Victims Offers Her Body do Save 100 Companions, „Newark Ledger” (24 maja 1928)

[3] „dziewczyną cieszącą” tamże

[4] „Bardzo często” Mary Freedman, zeznanie sądowe, 26 listopada 1934

[5] „jak drobny obłoczek” Alice Tolan, zeznanie sądowe, 26 listopada 1934

[6] „Kazała mi” KS, transkrypt rozprawy sądowej, 25 kwietnia 1928

[7] „Obliż, zanurz, maluj” Melanie Marnich, These Shining Lives (New York: Dramatists Play Service, Inc., 2010), 16

[8] „Wiem, że to” Alice Tolan, zeznanie sądowe, 26 listopada 1934

[9] „Właściwie nie miała” GF, za: „Orange Daily Courier” (30 kwietnia 1928)

[10] „Oto osoba” Martin, Doomed do Die, 136

[11] „Laleczki z Drezna” nieznana gazeta, CHR

[12] „bardzo miły” Anna Rooney, za: notatka USRC, 20 lipca 1927

[13] „To było” artykuł Florence E. Wall, Biblioteka Publiczna w Orange

[14] „radosne, rozchichotane” nieznana gazeta, HMP

[15] „strasznie nieporęczne” AL, zeznanie sądowe, 25 kwietnia 1928

[16] „Zawsze pracowałam” AL, za: Doomed do Die, Tell How They’d Spend Fortune, „Newark Sunday Call”, 13 maja 1928

[17] „zwykłą chałturę” artykuł Florence E. Wall, Biblioteka Publiczna w Orange

[18] „pokrewną duszę” tamże

[19] „niezwykłym człowiekiem” tamże

[20] „zaczynał dzień” tamże

[21] „jednego z największych” VS, Can’t You Find the Keyhole?, 24

[22] „nie wszedłby” William Hammer, Radium and Other Radioactive Substances (Van Nostrand, Nowy Jork 1903), 27, za: Ross Mullner, Deadly Glow (American Public Health Association, 1999), 13

[23] „obgryzło go” artykuł Florence E. Wall, Biblioteka Publiczna w Orange

[24] „tylko z” VS, Can’t You Find the Keyhole?, 25

[25] „Może być” Thomas Edison, za: Edison’s Friends Fear Radium Hurt, „New York Daily News”, 29 grudnia 1903, za: Mullner, Deadly Glow, 17