Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side ebook

Jan Błaszczak  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 302 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side - Jan Błaszczak

„Mecenas”, „filantrop”, „magnetyczna osobowość”, „ludzie po prostu do niego lgnęli”. O Stanleyu Tolkinie w Nowym Jorku mówiło się wiele. Polak, który z powodzeniem prowadził kluby The Dom oraz Stanley’s Bar, gdzie gościła śmietanka nowojorskiej bohemy. Andy Warhol wyświetlał tam swoje filmy, The Velvet Underground grali swoje pierwsze performatywne koncerty, najwięksi jazzmani wdawali się w światopoglądowe dyskusje, a afroamerykańscy aktywiści planowali równościowe pikiety. Ale kim tak naprawdę był Tolkin, o którym polskie archiwa uparcie milczą?

Jan Błaszczak niczym najlepszy detektyw prowadzi nas nowojorskimi ulicami Lower East Side i próbuje rozwiązać zagadkę Stanleya Tolkina. W śledztwie pomagają mu bitnikowskie poetki, organizatorzy punkowych koncertów z lat 70., artyści wizualni, międzynarodowej sławy kompozytorzy, księża z nowojorskich parafii, afroamerykańscy pisarze i potomkowie polskich emigrantów.

A opowieść o Tolkinie jest też przewodnikiem po Nowym Jorku ostatniego półwiecza, gdzie od lat słodki zapach marihuany miesza się z rześkim powietrzem znad East River. Po mieście, którego mieszkańcy, jak niegdyś Stanley Tolkin, próbują realizować swój „American dream”.

„Skoro Nowy Jork był sceną dla tylu zjawisk kulturalnych XX wieku, gdzie w tym wszystkim była Polonia? I co jeśli kaowcem, który w przełomowym momencie wpływał na oblicze miasta, był Polak? Jan Błaszczak jest świetnym, uważnym i wnikliwym miejskim przewodnikiem. Na każdym rogu jego Lower East Side kryją się ślady jakiejś wielkiej historii, a na każdej stronie jego książki jakiś zaskakujący fakt.” Bartek Chaciński

Opinie o ebooku The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side - Jan Błaszczak

Fragment ebooka The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side - Jan Błaszczak

SERIAAMERYKAŃSKA

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 2)

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA

JAN BŁASZCZAK

THE DOM

Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w  internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i  koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Fred W. McDarrah / Premium Archive / Getty Images

Copyright © by Jan Błaszczak, 2018

Opieka redakcyjna Jakub Bożek i Łukasz Najder

Redakcja Anna Mirkowska

Korekta Marcin Grabski / d2d.pl, Joanna Bernatowicz / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-755-9

Paulinie

I

– Telewizor w barze to była rzadkość. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku żaden z moich przyjaciół nie miał tele­fonu, więc o czym my w ogóle mówimy – trzeszczy przez Skype’a nowojorski poeta Ed Sanders podczas naszej pierwszej rozmowy. – W Stanley’s był telewizor, więc przychodziliśmy tam, żeby zobaczyć Kennedy’ego przemawiającego w sprawie radzieckich rakiet. Wszyscy mieliśmy przecież świadomość, że zaraz może nastąpić koniec świata. Tego wieczoru przyszło mi do głowy, że lata sześćdziesiąte to będzie ostra jazda, skoro zaczynają się od czegoś takiego jak kryzys kubański. Wiedziałem, że coś się święci. Oglądałem te wiadomości i nagle zwróciłem się do siedzących przy barze towarzyszy: „Trzymajcie się mocno! Lata sześćdziesiąte jeszcze nam pokażą!”. Miałem rację.

Miał. Napalm w Wietnamie, napalm w Laosie. Zimna wojna i lato miłości. Zamachy na Kinga, Malcolma i Kennedy’ego. Marsze z Selmy i marsz na Waszyngton. Ku Klux Klan i radykalizująca się lewica, która z końcem dekady również uciekała się do aktów terroryzmu. Do tego Czarne Pantery i idący ich śladem Młodzi Lordowie z Portoryko. Wreszcie J. Edgar Hoover i dwuznaczna rola FBI w dużej części powyższej wyliczanki. Po latach powojennej stabilizacji i względnej prosperity amerykańskie społeczeństwo zaczęło się gwałtownie dzielić. W pewnym sensie było to nieuniknione – pokolenie, nad którym nie wisiało widmo głodu, bezdomności i bezrobocia, naturalnie skierowało uwagę na problemy sfery niematerialnej. Zamiast konsekwentnie zmierzać do zakupu domu w rozrastającym się Queens, młodzi zaczęli sobie zadawać różne pytania. Na przykład: dlaczego czarni Amerykanie byli równi na plażach południowego Pacyfiku, ale nie są równi na plaży w Long Island? Albo: dlaczego o wszystkim decydują mężczyźni? Lub po prostu: z jakiego powodu mam dać się zabić w odległym Wietnamie? Najwięcej takich pytań rodziło się w dużych miastach. Zwłaszcza tych, w których z pełną mocą wybrzmiewał głos dysydentów o marksistowskich poglądach. Uciekinierów, którzy schronili się za oceanem przed rosnącymi w siłę europejskimi nacjonalizmami. Imigrantów wierzących, że Ameryka nie tylko zapewni im bezpieczeństwo, ale także stanie się podatnym gruntem dla ich socjalistycznych przekonań.

Wszystkie napięcia polityczne i społeczne napędzały popkulturę, która, na zasadzie sprzężenia zwrotnego, jeszcze je eskalowała. Rewolucji światopoglądowej towarzyszyły więc kolejne rewolucje kulturalne. I odwrotnie. W Nowym Jorku tempo tej metamorfozy było zawrotne. Żeby się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po książkę Dana Wakefielda, który opisał życie w mieście nad rzeką Hudson w latach pięćdziesiątych. Wspominając czas spędzony w Columbia College, pisarz przywołuje zajęcia, podczas których nauczyciel przestrzegał wychowanków przed kupowaniem „The New York ­Times Magazine”. Zamieszczane na jego stronach reklamy pończoch, biustonoszy i w ogóle bielizny były, jego zdaniem, tak pobudzające, że mogły doprowadzić niewinną młodzież do grzechu masturbacji. Nie wszyscy uczniowie się tym jednak przejmowali. Podczas jednego z nudnych wieczorów zorganizowali na kampusie panty raid – zabawę, w ramach której chłopcy pod akademikiem dziewcząt domagali się ich bielizny. Rozchichotane nastolatki droczyły się z nimi z wysokości balkonów, kiedy do akcji wkroczyła policja. Na drugi dzień nowojorska prasa nie zostawiła na studentach suchej nitki – „U. S. News and World Report” sugerował wręcz, że młodzież tak pełna energii powinna mieć natychmiastową szansę, by dać jej upust na wojnie w Korei. Philip Roth nawiązuje do tamtego wydarzenia w powieści Wzburzenie. Przyłapani nastolatkowie wysłuchują tam dramatycznej tyrady konserwatywnego rektora: „Poza murami waszych burs świat płonie, a was rozpala widok damskiej bielizny. Poza siedzibami waszych bractw dzień po dniu dzieje się historia – wojny, bombardowania, masowe rzezie – a wam to jest obojętne. Już niedługo, zapamiętajcie sobie, pozostanie wam to obojętne!”[1].

Diagnoza powieściowego rektora była poniekąd słuszna – pokolenie wchodzące w dorosłość w latach pięćdziesiątych wykazywało się dystansem czy wręcz obojętnością względem światowej polityki. Ona była domeną rządzących, którzy w tym okresie cieszyli się jeszcze dużym zaufaniem amerykańskiego społeczeństwa. W końcu od zwycięskiej wojny minęła dopiero dekada. Franklin Delano Roosevelt wciąż był wspominany jako bohater, a o przedstawicielach władzy mówiono przeważnie z szacunkiem. Ten fundament moralny wzmacniała sytuacja gospodarcza Stanów, która pozwalała weteranom budować domki na przedmieściach, dając początek nowemu, niezwykle licznemu pokoleniu, znanemu później jako baby boomers.

Oddawszy pole waszyngtońskim urzędnikom, obywatele zaczęli szukać drogi ku spełnieniu w swoim wnętrzu. Psychoanaliza okazała się tu uniwersalnym sposobem: pomagała śnić amerykański sen, prowadziła do zbawienia i dawała nadzieję na uwolnienie się od napięć seksualnych, które tłumił gorset konserwatywnego społeczeństwa. Nowy Jork stał się miastem snów. Te najbardziej niezwykłe krążyły po bankietach, przyjęciach i domówkach niczym najlepsze żarty. Młodzi Amerykanie kładli się na kozetkach cztery, a czasem i pięć razy w tygodniu, nierzadko przez kilka lat. Każdy, kto chciał się dorobić, w mig zostawał psychoanalitykiem.

Freudyści sprawowali rząd dusz i nikt ich przesadnie nie kontrolował. Wakefield wspomina, że psychoanalityk zabronił mu się żenić, ponieważ tak wielka zmiana miałaby niekorzystny wpływ na jego terapię. Tłumaczka Helen Weaver narzekała, że jej pierwszy terapeuta w ogóle się do niej nie odzywał, a kilkukrotnie wręcz zasnął podczas spotkania. Ówczesny chłopak, Jack Kerouac, namawiał ją, żeby już lepiej poszła do spowiedzi – przynajmniej była darmowa. Kościół jednak nie wydawał się rozwiązaniem, skoro kluczowym problemem ówczesnej młodzieży była niemożność pogodzenia purytańskiego wychowania z narastającym pożądaniem seksualnym. Freudyzm stał się więc świecką religią Nowego Jorku.

W latach sześćdziesiątych rolę drogich psychoterapeutów zaczęli przejmować newage’owi szamani, gwiazdy rocka i dilerzy. Z reguły były to grupy silnie ze sobą powiązane. Dla muzyków The Velvet Underground kozetką stały się strzykawka i igła, o czym śpiewali ku wściekłości konserwatywnych mediów. Mimo początkowego oporu branży zespół docierał do kolejnych słuchaczy, zdobywając niemały wpływ na losy młodej bohemy. Wulgarni, aroganccy i po prostu genialni The Velvet Underground nie przyciągali tłumów, jednak nieodwracalnie zmieniali życie każdego uczestnika koncertu. O ich debiutanckiej płycie ze słynnym Warholowskim bananem na okładce mówiono, że każdy, kto ją usłyszał, momentalnie zakładał własny zespół. Tak działa rewolucja.

Utwory pisane przez Lou Reeda i altowiolinistę Johna Cale’a brzmiały jak nic wcześniej. Obsceniczna bitnikowska poezja tego pierwszego nie wywołała masowego skandalu głównie dlatego, że na koncertach grupy było zbyt głośno, by ją zrozumieć. Była to zresztą jedna z głównych zasad kwartetu – miało być głośno, miało być intensywnie, miało boleć. The Velvet Underground mogli dogadywać się z Warholem w sprawach artystycznego impresariatu, ale nie znaczyło to, że dbali o swoją reputację i myśleli w kategoriach rynkowych. W wywiadach Cale deklarował, że nienawidzi hipisów, Dylana i folku, a Legs McNeil wspominał, że kiedy rozmawiał z Reedem, miał wrażenie, że siedzi przed nim „zdziadziały i ześwirowany podpity zgred”[2]. Nie inaczej było podczas spotkań z fankami. Reed nie krył się przy tym ze swoją biseksualnością i często pokazywał się z partnerką – popularną drag queen. W nowo­jorskim środowisku krążyły historie o tym, że jego dzikość to rezultat terapii wstrząsowej, którą zafundowali mu rodzice starający się wyleczyć syna z homoseksualizmu. Lou był więc nieobliczalny. Kiedy ze spokojem opowiadał, że ludzie powinni umierać za rock’n’roll, skoro są gotowi ginąć za tyle bezsensownych rzeczy, nie brzmiało to jak zgrany frazes, bo nie wiedziało się, czy zaraz nie sięgnie po nóż.

Ekstremizm grupy podkręcały narkotyki. Cale już wcześniej dał się poznać jako zaopatrzeniowiec minimalisty La Monte Younga i jego teatru The Dream Syndicate. Gustujący w kwasie muzycy testowali, jak długo są w stanie grać jeden dźwięk. Sesje ciągnęły się więc godzinami, a ich echo słychać w długich, jednostajnych utworach The Velvet Underground. Kompozycjach, które wyznaczyły drogę tak wielu zespołom rockowym. Brudne brzmienie i transowy klimat Venus in Furs, I’m Waiting for the Man czy Heroin słychać w piosenkach Sonic Youth, szkockiego Jesus and Mary Chain czy niemieckiego Can. Ludzie bali się Lou Reeda, ale wszyscy chcieli być tacy jak on.

Jeśli w historii dwudziestowiecznej muzyki udałoby się znaleźć zespoły o podobnym wpływie na popkulturę (The Beatles, Kraftwerk, N. W. A.), to trudno o grupę, która zarazem tak bardzo by nią gardziła. Na tym polu członkowie The Velvet Underground mogą poszczycić się niebywałą konsekwencją. Reed w swoim największym przeboju śpiewał o seksie oralnym, a szansę wejścia na szczyt listy najlepiej sprzedających się płyt Billboard 200 zaprzepaścił, wydając Lulu. Nagrany wraz z Metallicą album rzeczywiście pozwolił muzykowi dotrzeć do niezwykle licznej publiczności. Sęk w tym, że utwory napisane na tę płytę, potencjalnie platynową, były tak dziwne, że wściekli miłośnicy thrashmetalowego giganta nie tylko go zbojkotowali, ale wręcz słali groźby śmierci pod adresem Reeda. Podobnie niekomercyjną ścieżkę obrał John Cale, który nieustannie zwodził swoich fanów. Kompozytor raz nagrywał popowe arcydzieła (Paris 1919), a raz sięgał po Ibsena, łączył siły z kompozytorem Terrym Rileyem lub w kokainowym szale odgryzał głowę rzuconemu na scenę kurczakowi.

Wbrew pozorom nieodległa od kariery ikon kontrkultury była droga obrana przez Nico. Niemiecka wokalistka została zapamiętana jako nieumiejąca śpiewać zimna piękność, która pojawiła się w zespole tylko dzięki inicjatywie Warhola. Nawet jeśli to prawda, piosenkarka okazała się wyjątkowo pojętną uczennicą. W 1968 roku ukazał się Marble Index – mroczny zestaw wiecznie rozstrojonych piosenek. Awangardowa, w zasadzie dość nieprzyjemna płyta, o której krytyk Simon Reynolds pisał, że to najbardziej heroinowy album w dziejach.

Jeszcze inną metodę na wypisanie się z kulturalnego establishmentu wybrała Maureen Tucker. Perkusistka na starość zmieniła front i zaczęła oficjalnie wspierać radykalną Tea Party. Chcąc nie chcąc, i ona wpisała się ostatecznie w odstręczającą wyjątkowość The Velvet Underground. Zespołu utrzymującego się przez pierwsze miesiące z udostępniania zdjęć tabloidom, które potrzebowały twarzy do uwiarygodnienia historyjek publikowanych na swoich łamach. Portrety Reeda i Cale’a towarzyszyły więc rewelacjom na temat pedofilów o skłonnościach sadystycznych czy gejów zabijających się z zazdrości o własne siostry. Gdy wczytać się w późniejsze teksty piosenek The Velvet Underground, okaże się, że te tabloidowe fantazje odcisnęły na nich nie mniejsze piętno niż utwory Williama S. Burroughsa czy Delmore’a Schwartza.

Przez wiele lat The Velvet Underground pozostawali w cieniu Patti Smith (jej debiutanckie Horses było zachowawczym albumem wydanym o dekadę za późno) czy hipisów z karierami krótszymi niż zima w San Francisco. A przecież to Reed i spółka reprezentowali siłę, która zmieniła bieg historii. Nie tylko muzyki, ale także obyczajowości. Andy Warhol wspominał:

Wszyscy wiedzieliśmy, że dzieje się coś rewolucyjnego. Po prostu czuliśmy to. Nie da się zrobić czegoś tak dziwnego i nowego bez złamania pewnych barier. „To jest jak rooozstąpienie się Mooorza Czerwonego” – powiedziała Nico, stojąc obok mnie któregoś wieczora na balkonie w The Dom, skąd widać było całą akcję[3].

Wypowiedź Warhola mogła stanowić istotną refleksję na temat ówczesnej kultury i tak lubianego przeze mnie zespołu, jednak mój wzrok przyciągnęła ze względu na nazwę nowojorskiego klubu: The Dom. Zaintrygowało mnie, dlaczego lokal, w którym twórca pop-artu słuchał The Velvet Underground, miał polską nazwę. Postanowiłem się tego dowiedzieć, zakładając, że swoją ciekawość zaspokoję w kilka minut. Informacji o manhattańskim klubie było jednak niewiele. Owszem, raz za razem trafiałem na artykuły poświęcone innym knajpom usytuowanym wówczas na Lower East Side: The Five Spot, Fillmore East czy literackiej kawiarni Le Metro. Z klubem wymienionym przez Warhola nie było jednak tak łatwo. W internecie udało mi się jedynie ustalić nazwiska kilku artystów, którzy występowali w The Dom, adres klubu oraz personalia wła­ściciela. Nazywał się Stanley Tolkin.

Moja ciekawość nie została jednak zaspokojona. Przeciwnie, teraz przed oczami miałem Stanisława, którego los uczynił Stanleyem i który organizował pierwsze koncerty The Velvet Underground w Nowym Jorku. Od tej pory pogłębianie wiedzy o tym enigmatycznym Polonusie stało się moją obsesją. Towarzyszącą mi codziennie idée fixe, coraz natrętniejszą z każdym kolejnym strzępem informacji, który udało mi się zdobyć. Ta dziwaczna mania przybierała najróżniejsze formy. Śledziłem spisy powszechne i wysyłałem wiadomości do osób o nazwiskach zbliżonych do personaliów właściciela klubu, a czasem też do ich sąsiadów. Instruowałem przyjaciół odwiedzających Nowy Jork, by pukali do wskazanych drzwi, a w razie niepowodzenia zostawiali pod nimi liściki. Wydzwaniałem do polskich parafii w Stanach Zjednoczonych, do Związku Weteranów i nowojorskiego konsulatu. Nawiązywałem także bardziej egzotyczne sojusze. Z pomocą przychodził mi nowojorski klub żeglarski oraz Republikańska Partia Florydy. Zwiedzałem również interesujące mnie zaułki w Google Maps Street View, przyglądając się uważnie kolejnym posesjom. Ciągle jednak kręciłem się w kółko, coraz dobitniej uświadamiając sobie, że żaden ze mnie detektyw. Na szczęście wówczas, zamiast zrezygnować, obrałem inną drogę. Ruszyłem tropem artystów, których nazwiska pojawiały się w związku ze Stanleyem. Szybko dowiedziałem się, że równolegle z klubem The Dom Tolkin prowadził bar, który również znajdował się na Lower East Side – w południowej dzielnicy Manhattanu. Nazywał się Stanley’s Bar i najpewniej był w rękach mojego bohatera jeszcze w latach pięćdziesiątych. Choć nie było w nim sceny z prawdziwego zdarzenia, nigdy nie brakowało tam muzyków, poetów i malarzy, których mogłem zapytać o Tolkina. Początkowo każdą uzyskaną w ten sposób informację traktowałem jak małe święto. Kolejne osoby popychały mnie dalej, podrzucając nowe nazwiska. Pomału coś zaczynało się klarować.

Nie wszyscy jednak chcieli rozmawiać przez telefon. Inni powątpiewali, czy jako samozwańczy detektyw zza oceanu dotrę do sedna sprawy. W tym momencie musiałem podjąć decyzję: zadowolić się tymi kilkoma faktami i anegdotkami czy wsiąść do samolotu i ruszyć tropem Stanleya i Lower East Side sprzed pół wieku. Przeważyły ciekawość i debiutancki album The Velvet Underground. Słuchałem go tyle razy, a przecież nigdy nie założyłem zespołu. Teraz miałem okazję się zrehabilitować i przynajmniej napisać książkę.

Miasto w budowie, dzielnica w budowie

– Mogę was na chwilę prosić o uwagę? Wiem, że miło się rozmawia, ale spotkaliśmy się tu w konkretnym celu.

Na środek salonu z widokiem na szeroki bulwar Harlemu wyszła Rashidah Ismaili. Poetka i dramaturżka była ubrana w zwiewny, elegancki strój dyskretnie wskazujący jej wyznanie. Islam, dzięki swoim nakazom, szybko okazał się zresztą moim sprzymierzeńcem – abstynenci mają znacznie lepszą pamięć. Rashidah pochodziła z Beninu i była właścicielką przestronnego mieszkania, do którego trafiłem kilka dni po przybyciu do Nowego Jorku. Pocztą pantoflową dowiedziałem się o jej zaangażowaniu w życie literac­kie Lower East Side lat sześćdziesiątych. Kiedy napisałem do niej z prośbą o spotkanie, przejęła inicjatywę. Obiecała mi, że gdy tylko przylecę na Manhattan, zorganizuje u siebie małe przyjęcie. Słowa dotrzymała.

W sporym salonie zebrało się dziesięć, może dwanaście osób. W rogu pokoju stały pianino i stolik z gramofonem. Igła drgała na płycie. Po pokoju snuł się jazz. Stary, dobry bebop. Przy wejściu do jadalni moją uwagę zwróciły dwie szafki zawalone albumami z dwudziestowieczną sztuką. Siedzący pod jedną z nich rzeźbiarz Michael Kelly Williams leniwie przeglądał monografię Edwarda Clarka. Pastelowe abstrakcje ściągały wzrok aktualnie niezaangażowanych w rozmowę. Gospodyni podejmowała nas nie tylko słowem, ale także jedzeniem. Największym powodzeniem cieszyły się zupy – sycące wywary na bazie indyka lub wołowego ogona. Ten drugi był tradycyjną potrawą kraju, z którego wyemigrowała w latach pięćdziesiątych. Smakował świetnie. Kiedy zjedliśmy, Rashidah kazała wszystkim wziąć krzesła i usiąść w kółku. Atmosfera była przyjacielska, ale poetka tonem nieznoszącym sprzeciwu przybliżyła zebranym zasady gry. Były proste: ja zadawałem pytania, a pozostali goście mieli na nie odpowiadać jeden po drugim. Bez przekrzykiwania się i czekając na swoją kolej. Jak w szkole.

Zebranych różniło wiele: narodowość, wyznanie, wiek oraz status społeczny. Młody wykładowca literatury z Uniwersytetu Nowojorskiego siedział na krześle obok rozgadanego malarza z Marrakeszu, elegancka Niemka dzieliła sofę z siorbiącym zupę afroamerykańskim poetą. Wszystkich łączyło Lower East Side – dzielnica, która w ostatnim stuleciu często się zmieniała, przygarniając uciekinierów, włóczęgów i niepoprawnych marzycieli. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy sprowadzali się tam najstarsi z zaproszonych przez Rashidah gości, w okolicy dominował język polski i ukraiński. Słowianie początkowo wzbraniali się przed nowymi przybyszami, wynajmując mieszkania jedynie swoim rodakom lub trzymając je puste z myślą o dzieciach. One jednak – jak to dzieci – miały inny plan na życie i rozjeżdżały się po całych Stanach. Poza tym nie wszystkim zależało na podtrzymywaniu jednolitego charakteru dzielnicy – w końcu Słowianie stanowili jej istotny element zaledwie od kilku dziesięcioleci. Rzucający się w oczy Polski Dom Narodowy na St. Mark’s Place mógł być oczkiem w głowie nowojorskiej Polonii, ale wielu miejscowych wciąż mówiło o nim Arlington Hall, wspominając jego wcześniejszych właścicieli. Wybudowany w latach trzydziestych XIX wieku, służył pierwotnie niemieckim muzykom oraz żydowskim gangsterom. Tym ostatnim w drugiej dekadzie XX wieku przewodził Benjamin Fein, który wraz ze swoją grupą specjalizował się w ściąganiu haraczy. Bezwzględny gang skutecznie opierał się wszechobecnej w Nowym Jorku włoskiej mafii. Obie strony nie przebierały zresztą w środkach. Nie przekraczały jednak pewnych granic. Do czasu. Gdy podczas porachunków zginął jeden z Włochów, jego kompan Charles Piazza zidentyfikował napastnika na policji. Tego już było za wiele. Donosiciel musiał zapłacić, a płaciło się słono. Płaciło się głową. Zasadzkę urządzono właśnie pod budynkiem Arlington Hall – będącym zresztą kością niezgody między gangami[4]. Gdy tylko Piazza pojawił się na miejscu, z mroku wyskoczyli ludzie Feina. Doszło do strzelaniny. Zamiast włoskiego gangstera napastnicy zabili jednak przypadkowego przechodnia. Na ich usprawiedliwienie należy dodać, że było ciemno i atakowali ze sporego dystansu. Być może w późniejszych latach umiejętność strzelania nocą testowano dokładniej przed przyjęciem do mafii, ale nie było to już zmartwienie Feina. Po kilku podobnych wpadkach postawiono mu zarzut kierowania grupą przestępczą. Co więcej, wielu z jego najbardziej zaufanych ludzi zostało zdekonspirowanych w niejasnych okolicznościach. Gangster uznał, że komuś z jego otoczenia zależy, aby się go pozbyć. Postanowił więc zagrać va banque i sam poszedł na układ z policją. Po całej sprawie przeniósł się na Brooklyn, gdzie prowadził spokojne życie ojca i przedsiębiorcy odzieżowego. Dopiero po trzydziestu latach okazało się, że Fein nie zrezygnował z dawnych przyzwyczajeń, a sprzedawany przez niego towar pochodził z wielkiego napadu rabunkowego. Na starość trafił więc do więzienia za paserstwo.

Na początku XX wieku z Lower East Side zniknęli nie tylko żydowscy gangsterzy, ale także Niemcy, którzy wyprowadzili się na północno-wschodni Manhattan. Przyczyny ich zniknięcia były nie mniej dramatyczne niż losy Feina i jego snajperów. Emigracja z Niemiec przybrała na sile w 1848 roku, kiedy w Berlinie wybuchła rewolucja marcowa. Wielu z nich uciekło do Stanów Zjednoczonych. Część osiedliła się na Lower East Side. Nawet dziś, spacerując wzdłuż ulicy St. Mark’s Place, można natknąć się na znaki ich niegdysiejszej obecności, takie jak choćby napis Bogenschießen ­Gesandtschaft [Związek Łuczniczy] na jednej z kamienic. Anna ­Boester, przyjaciółka Rashidah, słyszała również o zlokalizowanych w tej dzielnicy niemieckiej bibliotece i kościele, w którym dziś odbywają się już msze po hiszpańsku. Sama znała te miejsca z opowieści, bo sprowadziła się na Lower East Side w latach sześćdziesiątych i wynajęła mieszkanie dokładnie naprzeciwko budynku Polskiego Domu Narodowego. Należało ono do Abbiego Hoffmana – autora głośnego tekstu Ukradnij tę książkę, współzałożyciela ruchu Yippies oraz aktywisty sądzonego w znanej sprawie „siódemki z Chicago”. Podczas rozprawy, której medialność można porównać chyba jedynie z procesem O. J. Simp­sona, antywojenni aktywiści protestujący podczas konwencji Partii Demokratycznej w 1968 roku zostali oskarżeni o podżega­nie do zamieszek. Sprawa toczyła się latami, zeznawali w niej między innymi Allen Ginsberg, Timothy Leary i słynny pieśniarz Phil Ochs. Ten ostatni opowiadał pod przysięgą o Pigasusie – zakupionej przez siebie świni, którą aktywiści zgłosili do zbliżających się wyborów prezydenckich.

Jako półkrwi Niemka Boester miała sentymentalny stosunek do Lower East Side. Wiązał się on, niestety, ze smutkiem i poczuciem straty. Jej rodacy wyprowadzili się z okolicy po tragicznym wypadku, który uderzył w niemiecką społeczność. W 1904 roku na środku East River zapalił się i zatonął statek pasażerski General Slocum. Trudno uwierzyć, że tak blisko wielkiego miasta mogło dojść do tragedii, która pochłonęła ponad tysiąc istnień[5]. Złożyło się na nią wiele czynników: niesprawne łodzie ratunkowe, rozpadające się w rękach koła ratunkowe i błędy kapitana – nie chciał on podpłynąć do brzegu, gdyż bał się, że od statku zajmą się drewniane budynki oraz ustawione nad rzeką zbiorniki oleju. W rejsie uczestniczyła szkółka niedzielna, więc wśród pasażerów przeważały kobiety i dzieci, które zazwyczaj nie potrafiły pływać. Kiedy szukający ratunku skakali do wody, ciężkie wełniane stroje szybko ściągały ich na dno. Mężczyźni, którzy nie brali udziału w rejsie, po tej katastrofie często decydowali się na przeprowadzkę. Dalsze życie w okolicy na każdym kroku przypominającej o bolesnej stracie stało się dla nich nie do zniesienia. Pożar na statku General Slocum był największą tragedią, do jakiej doszło w Nowym Jorku aż do czasu zamachów na World Trade Center.

Jeszcze pod koniec XIX wieku, kiedy na Lower East Side dominowali Niemcy, w okolice zaczęli się sprowadzać imigranci z Europy Wschodniej: Polacy, Ukraińcy, Rosjanie i Żydzi. Ściągały ich tu niskie czynsze oraz bliskość fabryk, szwalni i innych dużych zakładów. Nie bez znaczenia było także nieodległe sąsiedztwo najstarszej polskiej parafii w mieście, która mieściła się w kościele przy Siódmej Ulicy. Wielu przybyszów z tego regionu przy­wiozło ze sobą tradycje socjalistyczne. Objawiały się one chociażby dużym zaangażowaniem w rozwój związków zawodowych. Tym ostatnim sprzyjała rezydująca na Lower East Side żydowska mafia. Ze względów ideowych nie brała zleceń wymierzonych w aktywistów reprezentujących pracowników, za to chętnie wykonywała wyroki na przedstawicielach pracodawców. W książce St. Marks Is Dead Ada Calhoun idzie nawet dalej: sugeruje, że wspomniany Benjamin Fein walczył też o prawa kobiet, zatrudniając je jako współpracowniczki.

Progresywne poglądy Feina wpisywały się w charakter dzielnicy w początkach XX wieku. Na Lower East Side mieszkali na przykład anarchiści Emma Goldman i Aleksander Berkman, którzy zaplanowali zamach na kapitalistę Henry’ego Claya Fricka w odwecie za krwawe tłumienie strajków w jego zakładach. Przy St. Mark’s Place kilka lat spędził też Lew Trocki, który w mieszkaniu pod tym adresem pracował wraz z Nikołajem Bucharinem nad kolejnymi numerami magazynu „Nowyj Mir”. Nic dziwnego, że w okresie przedwojennym ta ulica i kilka najbliższych jej przecznic funkcjonowały pod nazwą Hail Marx Place.

Oczywiście społeczność Lower East Side pierwszych dekad XX wieku nie była jednorodna światopoglądowo. Wśród polskich katolików, ukraińskich prawosławnych, a zwłaszcza ortodoksyjnych Żydów nie brakowało konserwatystów. Ten odsetek wzrastał wraz z kolejnymi doniesieniami o biedzie i terrorze zbierających żniwo w Związku Radzieckim. Do tego dochodziła polityka zagraniczna Moskwy, która sprawiała, że przybywający w okresie II wojny światowej imigranci z Europy Środkowej i Wschodniej nie podzielali socjalistycznych poglądów swoich nowych sąsiadów. Od starych kontrkulturowców i aktywistów słyszałem, że nowi przybysze z Europy Wschodniej pomagali wręcz policji w pacyfikowaniu antywojennych demonstracji. Imigranci z powojennej Polski i uciekinierzy ze Związku Radzieckiego dawali się łatwo przekonać, że organizatorzy manifestacji przeciwko wojnie w Wietnamie to komuniści i wrogowie Ameryki. Było ich tym łatwiej zmobilizować, że to przecież synowie robotników, a nie studenci z bogatych domów ginęli w dalekiej Azji. Nic dziwnego, że te rodziny traktowały uliczne protesty i publiczne oskarżanie amerykańskiej armii o zbrodnie wojenne jak bluźnierstwo. Naras­tający konflikt klasowy eksplodował dopiero w 1970 roku, kiedy członkowie związków zawodowych robotników budowlanych zaatakowali studentów protestujących w Nowym Jorku po strzelaninie w Kencie. Wydarzenia te przeszły do historii jako „krwawy piątek”. Uproszczeniem byłoby jednak uznanie konfrontacji za wynik eskalującego konfliktu światopoglądowego między przedstawicielami różnych klas. Nie mniejszą rolę odegrała tu polityka. Przewodniczący agresywnego związku Peter J. Brennan liczył na szczodrość prezydenta z racji swoich zasług. Nie przeliczył się – w 1972 roku Richard Nixon mianował go ministrem pracy.

Wzrastający konserwatyzm nowej fali imigrantów osiedlających się na Lower East Side odbijał się także w uprzedzeniach rasowych i klasowych. Na własnej skórze przekonał się o tym Joe Kaye – na oko osiemdziesięcioletni mężczyzna o wdzięku cechującym zazwyczaj reprezentantów elit kulturalnych. Kaye był kompozytorem oraz zdeklarowanym anarchistą. Kiedy zaczął opowiadać, szybko zrozumiałem, dlaczego idee, które wyznawał, stały w opozycji do porządku obowiązującego w Ameryce lat pięćdziesiątych. Kaye po prostu nie mógł się zgodzić na obowiązujące wówczas status quo – miał czarną żonę.

Była nią zmarła w 2009 roku pisarka Sarah E. Wright, której powieść This Child Gonna Live została wyróżniona przez „The New York Times”, a dziś uznawana jest za prekursorską ze względu na opis czarnej społeczności lat trzydziestych XX wieku z kobiecej perspektywy. W latach sześćdziesiątych afroamerykańscy pisarze i publicyści, rozliczając grzechy rasistowskiej Ameryki, pomijali kwestię płci. Niewątpliwie tak było im łatwiej. Wright rozpoczęła jednak nowy rozdział, dając impuls poczytniejszym afroamerykańskim pisarkom: Toni Morrison czy Alice Walker. Zanim jednak przeczytała w najważniejszej nowojorskiej gazecie, że stworzyła „małe arcydzieło”, musiała się jakoś wprowadzić do południowej dzielnicy tego miasta. Okazało się to nie lada wyzwaniem.

Zdaniem Kaye’a, to właśnie z powodu napływu Portorykańczyków i Afroamerykanów na Lower East Side w latach pięćdziesiątych Żydzi zaczęli się przenosić na przedmieścia. Jak twierdzi kompozytor, ta dzielnica stała się dla nich po prostu zbyt czarna. Tym samym na Lower East Side rozpoczęła się kolejna zmiana ­etniczna. Okolica nie utraciła co prawda wschodnioeuropejskiego charakteru, ale w kolejnych latach coraz chętniej zaczęli się do niej wprowadzać ludzie uciekający przed prześladowaniami rasowymi w południowych Stanach. Choć sam Kaye jest żydowskiego pochodzenia, nie boi się przyznać, że najmniej szczęścia mieli czarni, którzy osiedlali się w okolicach zdominowanej przez jego rodaków Houston Street. Wie, co mówi, ponieważ z obawy przed sąsiadami sam oficjalnie wprowadził się w pojedynkę. Dopiero w nocy dołączyła do niego narzeczona.

– Aby dostać to mieszkanie, musiałem Sarah przemycić. Wprowadziła się w środku nocy, kiedy już podpisałem wszystkie dokumenty. Lokalna społeczność nie pozwoliłaby jej zamieszkać nawet w takich slumsach, jakimi w latach pięćdziesiątych była Lower East Side.

Na początku sprawa nie wyglądała jeszcze najgorzej. Po pierwsze, starsi konserwatywni Żydzi zostali postawieni przed faktem dokonanym. Przede wszystkim jednak nowo przybyli wpisywali się w popularny wówczas model pary: biały mężczyzna i jego czarna kochanka. Problemy zaczęły się dopiero wtedy, gdy Joe Kaye i Sarah E. Wright postanowili sformalizować swój związek. Ich sąsiadka nie mogła sobie z tym poradzić. Przeżywała ich ślub do tego ­stopnia, że potrafiła otworzyć okno w środku nocy i wydzierać się na całą dzielnicę, obrzucając pisarkę wszystkimi epitetami, jakie przychodziły jej do głowy.

– Oni byli gotowi pójść ze mną do sądu, bylebyśmy się tylko wyprowadzili. Bo jak tu mieć za sąsiada białego, który ożenił się z czarną kobietą? Jeśli taka ścieżka nie przyniosłaby pożądanego rezultatu, ta społeczność była gotowa sama opuścić okolicę. I tak też się w końcu stało.

Kolejnym impulsem do przetasowania etnicznego na Lower East Side był bardzo niski standard dostępnych tam mieszkań. W starych kamienicach roiło się od szczurów i karaluchów. Większość lokali nie miała łazienek ani ciepłej wody. Ich lokatorzy myli się więc w baliach ustawionych zazwyczaj w kuchni, najcieplejszym pomieszczeniu. Mieszkania były z reguły niewielkie i ciemne. W tych zlokalizowanych niedaleko East River nierzadko brakowało ogrzewania. Masowe przeprowadzki w obrębie miasta nie były jednak niczym szczególnym. Nowy Jork zawsze składał się z miasteczek zdominowanych przez konkretne narodowości. Powiększających się, zanikających, pozostających w ruchu. Aby lepiej zilustrować te słowa, Kaye zapytał o mój tymczasowy adres. Okazało się, że okolice Osiemdziesiątej Szóstej Ulicy, gdzie się zatrzymałem, długo należały do dzielnicy niemieckiej. W późnych latach trzydziestych odbywały się tam regularne pochody ­German American Bund – organizacji, która jawnie wspierała Adolfa Hitlera. W oczach turysty Nowy Jork mógł sprawiać wrażenie zamkniętego, zadowolonego z siebie organizmu, jednak od samego początku był miastem w budowie.

Przy stole Rashidah przekomarzała się z Davidem Hendersonem – poetą, autorem głośnej biografii Jimiego Hendrixa i kilku tekstów do utworów wybitnych nowojorskich jazzmanów. W docinaniu sobie ta dwójka osiągnęła mistrzostwo – zajmowała się tym od wczesnych lat sześćdziesiątych. Mniej więcej od czasów, kiedy poznali się w Stanley’s Bar, gdzie przy ciemnym piwie za dwadzieścia pięć centów dyskutowało się o poezji i jazzie, Ruchu na rzecz Praw Obywatelskich i malarstwie, Wietnamie i – rzecz jasna – dziewczynach. Głos zabierali muzycy, aktywiści, bitnicy, abstrakcjoniści, dramaturdzy i przypadkowi awanturnicy. Wiele z tych rozmów kończyło się jedynie kacem. Inne zmieniały świat.

Bar Stanleya Tolkina znajdował się na skrzyżowaniu Dwunastej Ulicy i alei B. Jeszcze na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jego klientelę stanowili moi ciężko pracujący rodacy, a w środku dominował język polski. Szybko się to jednak zmieniło. Henderson wspomina, że gdy odwiedził Stanley’s Bar po raz pierwszy, rezydowali tam już starsi intelektualiści, którzy godzinami rozmawiali o swoich bluesowych płytach. Z szafy grającej dobiegały zaś folk, jazz i właśnie blues. Podczas długich wieczorów w barze, z którego płynął dym jak z fabryki, Rashidah odkrywała kolejne nagrania Milesa Davisa. Do dziś zastanawia się, jak to się stało, że twórczość jednego z największych afroamerykańskich muzyków poznała za sprawą Polonusa wywodzącego się z klasy robotniczej.

Pierogi, kiszonki, wielkie półmiski gęstej zupy, kozi ser i pachnący czarny chleb. Pytani o kontakt z polską kulturą nowojorscy artyści zaczynają od kulinariów. Z pewnością dla niektórych Polaków jest to zawód. Byłoby lepiej, gdyby cytowali Gombrowicza czy nucili Króla Rogera. Joe Kaye przestrzega jednak przed takim trywializowaniem zasług słowiańskiej kuchni dla kultury nowojorskiej.

– Miejsca takie jak Lower East Side, pełne licznych tanich sklepów i knajpek, pozwalały przetrwać artystom oraz tym, którzy mieli nimi dopiero zostać. Dziś w Nowym Jorku nie ma miejsca, gdzie mogliby osiąść ci, którzy szukają jeszcze swojego sposobu na życie. Zabiła je gentryfikacja.

Apartament przy Adam Clayton Powell Boulevard powoli pustoszał. Robiło się późno, więc kolejni goście wracali do domu. Najdłużej zasiedział się gadatliwy Henderson, dlatego to jemu przypadło zaopiekowanie się mną w drodze powrotnej. Oponowałem i bagatelizowałem sprawę, żeby nie urazić Rashidah powielaniem stereotypów o niebezpieczeństwach czyhających na Harlemie. Gospodyni nie chciała o tym słyszeć. Najwidoczniej reputacja tej okolicy nie była znowu taka przesadzona. Kiedy się tak spieraliśmy, David zdążył się ubrać i wyjść na klatkę schodową. Już z korytarza ponaglił mnie, informując, że za chwilę przyjedzie autobus. Pożegnałem się szybko, włożyłem buty i wyszedłem za nim na przestronny bulwar.

– Biegniemy – krzyknął David i ruszył w poprzek dwupasmowej ulicy przedzielonej rzędem platanów. Powietrze było rześkie, wypoczęty i pełen sił popędziłem za poetą i dogoniłem go jeszcze przed pasem zieleni. Niczym płotkarze w jednym momencie wskoczyliśmy na murek. Davidowi udało się to bez problemu, choć w jego skoku brakowało młodzieńczej sprężystości. Wpadliśmy do żółtego autobusu i zajęliśmy miejsca na samym końcu. Usiedliśmy i śmialiśmy się, zadowoleni z pomyślnego abordażu. Jeszcze raz przypomniał mi się ten murek na środku jezdni, lekki sprint i przyciężki skok. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że mój towarzysz – wciąż jeszcze roześmiany król nocy – jest już dobrze po siedemdziesiątce.

Pustawy autobus mijał kolejne przecznice. Przed nami rysował się już Central Park. Jechaliśmy na południe Manhattanu. David szukał w głowie nazwisk kolejnych osób, które mogłyby mi pomóc. Uśmiechałem się, kiwałem głową, ale coraz uważniej wypatrywałem tabliczki z numerem mojej ulicy. Pierwsze dni w wielkim mieście dawały mi się we znaki i myślałem już głównie o łóżku. David wysiadał ze mną, ale tylko po to, by przesiąść się do metra. Była dziesiąta, może jedenasta. Dla niego noc dopiero się zaczynała.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] P. Roth, Wzburzenie, przeł. J. Kozak, Warszawa 2011, s. 187.

[2] L. McNeil, G. McCain, Please Kill Me. Punkowa historia punka, przeł. A. Wojtasik, Wołowiec 2018, s. 318.

[3] Tamże, s. 29.

[4] W styczniu 1914 roku przywódca włoskiej mafii Jack Sirocco wynajął tam salę balową, nie zważając na to, że znajdowała się ona w samym centrum terenu kontrolowanego przez ludzi Feina.

[5] Dokładnie 1021 spośród 1342 osób znajdujących się na pokładzie.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl,

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl,

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I